Goniec

Register Login

Andrzej Kumor

Andrzej Kumor

Widziane od końca.

URL strony: http://www.goniec.net/

Spis treści numeru 21 (24 - 30 maja 2013)

piątek, 24 maj 2013 17:39 Opublikowano w Okładki

"On the road again..."

niedziela, 19 maj 2013 17:11 Opublikowano w Moto-Goniec

Dzisiaj mniej o samochodach, a więcej o jeżdżeniu, tak się składa, że właśnie w miniony weekend bujałem się długodystansowo po amerykańskich hajwejach – i tych płatnych i międzystanowych, i tych mniejszych i tych większych.

Droga Toronto – Filadelfia jest nawet do wytrzymania. Od amerykańskich lotnych patroli drogowych stronię jak od ognia, więc zazwyczaj nastawiam sobie cruise control (po naszemu autotakt) circa 9 mil powyżej ograniczenia, żeby za bardzo nie tamować ruchu, i spokojnie łykam kilometry.

moto20

Kilka obserwacji ogólnych:

1. Wszyscy dzisiaj jeździmy (ja też, niestety) na GPS-y. Jest to bardzo pomocne urządzenie, ale na razie jeszcze nie zastępuje rozumu. Dlatego radzę – zanim przejdziemy do najbardziej popularnego sposobu gepeesowania w 3D, kiedy to maszynka traktuje nas jak półdebila i pilnuje, by za 300 m skręcić w prawo – popatrzyli na mapę w trybie 2D i mniej więcej sprawdzili, czy satelity będą nas prowadziły tam, gdzie chcemy dojechać. O pomyłkę, czasem głupią, nietrudno, nie tylko przy wpisywaniu adresu albo wywoływaniu zapisanych już wcześniejszych celów podróży. Może się więc okazać np., że zamiast na Nowy Jork, jedziemy na Waszyngton, bo dwa lata temu byliśmy tam u cioci i mamy to wpisane w pamięć jako jeden z "ulubionych". Warto jest też mieć przy sobie zwykłą mapę i nie rezygnować z czytania znaków drogowych.

Odradzałbym również korzystanie z licznika prędkości i podawanego przez GPS obowiązującego w danym miejscu ograniczenia prędkości. Nawet jeśli aktualizujemy regularnie mapy, to jednak zdarza się często, że na autostradzie akurat kopią czy betonują i jest nowe ograniczenie z powodu robót drogowych. GPS nie rozgrzesza z odpowiedzialności za kierowanie.

Kolejna rzecz z GPS-em jest taka, że jest to obecnie urządzenie powszechne. Większość map dostarcza Garmin lub Tom Tom (z przewagą tego pierwszego). Większość tych urządzeń pracuje też w oparciu o jednakowe algorytmy oprogramowań zamówionych przez te firmy. Co to oznacza?
No na przykład to, że wszystkie osoby jadące z kierunku Nowego Jorku i Rochester do Kanady GPS kieruje na jeden i ten sam most graniczny – owszem, najbliższy i najwygodniejszy – Lewistona. W moim przypadku było jednak tak – najprawdopodobniej – właśnie z tego powodu, że czas oczekiwania na odprawę na tym moście wynosił 30 minut, a na dwóch pozostałych zero.

Czas oczekiwania na przejściach jest podawany na tablicach świetlnych – więc ponownie uczulam – warto zwracać uwagę na znaki. Polecam ściągnięcie sobie appsa na iPhone czy Android, gdzie można w rzeczywistym czasie uzyskać tę informację – przy nadrobieniu kilkunastu kilometrów możemy się uchronić od granicznego korka. To samo zresztą dotyczy wszystkich innych rozwiązań komunikacyjnych. – GPS-y pchają miliony ludzi po tych samych drogach, warto więc czasem zamiast bez mrugnięcia szeptać jawohl na polecenia z małego puzderka przy szybie, wziąć do ręki staroświecką mapę i popatrzeć, jak wygodnie, a może i romantycznie ominąć korki.

Tym bardziej że na amerykańskich drogach wyraźnie dzisiaj widać działanie waszyngtońskiego "stimulusa". Na mojej prostej trasie chyba ze trzy razy przeciskałem się między poważnymi przebudowami, remontami i modernizacjami. Oczywiście za każdym razem był korek. Dlatego wcale nie jest głupio poszukać sobie może nieco dłuższej trasy alternatywnej. Być może pojedziemy nieco dalej, ale za to bezboleśnie po pustej szosie. W moim przypadku zamiast jechać z Binghampton 81. międzystanową do New York Thruway w Syracuse, skręciłem na puściuteńką I390 na Rochester. Trochę więcej kilometrów, za to piękne okoliczności przyrody, no i nie zapłaciłem tyle za Thruway co z Syracuse. Warto poszukać sobie jakiejś wygodnej zwykłej drogi, nie autostrady – ograniczenia prędkości są na nich zwykle zbliżone do autostradowych – 55 mil/h. Mniej się człowiek zmęczy psychicznie i wewnętrznie odpocznie.

2. Kolejna obserwacja dotyczy wyprzedzania. Niestety wiele osób jeździ lewym pasem, zamiast zostawić wolną drogę dla wyprzedzających i przekraczających dopuszczalną prędkość. Denerwujące też jest to, że ludzie wyprzedzają tak, jakby mieli coś w gaciach, czyli zamiast przyspieszyć zdecydowanie i zjechać na prawy pas, wyprzedzają przy różnicy prędości 3 km/h, tamując ruch lewego pasa na kilka ładnych minut. No a przecież gdyby tylko depnęli...

3. Coraz więcej odcinków drogowych patrolowanych jest z powietrza. To będzie się nasilało z oczywistych powodów. Skąd to wiem? Proszę sobie popatrzeć na ebay, ile firm sprzedaje drony.Drony już dzisiaj patrolują drogi w Kanadzie w ramach pilotażowych programów OPP.

Przy okazji, coraz bardziej rozwija się ruch cywilnych pilotów dronów, którzy latają w trybie fpv (fly per video lub First Person View) Już za 1000 dol. możemy sobie kupić chiński zestaw np. oparty na platformie styropianowego samolotu elektrycznego skywalker, który pozwala na zainstalowanie kamery wideo w kokpicie modelu i latanie w rzeczywistym czasie – obraz z kamery przekazywany jest bezpośrednio albo na ekran naszego komputera, albo też wprost do specjalnych gogli pozwalających widzieć krajobraz okiem kamery. W ten sposób możemy sobie latać tuż nad progiem wodospadu Niagara, czy też między kominami elektrowni. Niektórzy wyczynowcy – mimo zakazów: latają na tak wielkie odległości i wysokości rzędu 4 kilometry w promieniu 30 kilometrów od nadajnika.

Policja ma do dyspozycji nie tylko modele samolotów co quadkoptery – najpopularniejszy dzisiaj rodzaj elektrycznych dronów, dzięki którym można zawiesić się z oczami w powietrzu i czatować – m.in na kierowców, którym wydaje się, że nikogo nie ma na drodze.

Przed czym przestrzega
Wasz Sobiesław

W połowie ub. wieku... to już tak dawno – kontestujący PRL dziennikarz, pisarz, jazzman niepokorny, "bikiniarz", Leopold Tyrmand (jego "Dziennik 1954" publikował GONIEC), wydał najbardziej znaną w jego twórczości powieść "Zły". Wydał też ciekawy zbiór opowiadań pod zbiorowym tytułem "Gorzki smak czekolady Lukullus".

Pomyślałem o tym, czytając dwie najlepsze i najpopularniejsze gazety polonijne (wiadomo które), bo dość mocno między nimi zaiskrzyło na stylu felietonów wydawcy jednego i wydawczyni drugiego tygodnika. Aż prosi się, żeby sparafrazować tytuł L. Tyrmanda o gorzkim smaku czekolady.
Jako stali, wierni (mierni, bierni, ale wierni) czytelnicy GOŃCA, wiemy, że p. redaktor Kumor ostro jeździ swoim piórem, często nie zwalniając na zakrętach (i pozwalając na to samo niektórym piszącym felietony i listy). No i wpadł w poślizg. Zabić prezydenta? To znaczy – nie wskazując palcem tego zdrajcy, który sprofanował dla żartu (!) nasze godło? Sprać takiego, bo na to zasługuje, po mordzie! O przepraszam, chyba było – po pysku. Bo jeśli chodzi o pierwsze określenie, to pamiętam z historii (a może z humoru z zeszytów szkolnych), że Władysław Herman wszedł na tron po mordzie św. Stanisława i banicji swego brata Bolesława, jak się okazało zbyt śmiałego.

Czyżby pan redaktor począł sobie też nazbyt śmiało w tym wstępie o patriotyzmie? Podejrzewam, że tak. Bo większość obywateli (jakakolwiek by była) wybrała demokratycznie – vox populi vox Dei – prezydenta (jakikolwiek by był, a jaki jest, każdy widzi) naszego "nieszczęśliwego kraju", jako rzecze p. Michalkiewicz.

W zapale oratorskim (?) szanowny pan A.K. poślizgnął się i nieco wypadł z trasy. Prawdę powiedziawszy, ta trasa nie jest ani dokładnie wytyczona, ani wyraźnie oznakowana. Ale dobry kierowca musi umieć radzić sobie w niełatwych nieraz warunkach. No bo tak po prawdzie, nasz (like it or not) prezydent, skądinąd hrabia Komorowski z korzeniami drzewa genealogicznego na Litwie, chciał tylko "przysolić" temu okropnemu PiS-owi, narodowcom, afirmującym się patriotom, tj. połowie (teraz już nawet "większej połowie") zdrowo myślącego społeczeństwa.

Wystąpił w happeningu z orłem, wprawdzie czekoladowym, ale białym! "Hej strzelcy wraz, nad nami orzeł biały...".

Nie ulega wątpliwości, że była to aluzyjna alegoria w stosunku do polskiego godła. Ale aluzja dość nieprecyzyjna, na pewno celowo. Na ten przykład orzeł nie miał korony. Może więc był to orzeł kościuszkowców spod Lenino? Nie był też przedstawiony w pozycji z szeroko rozłożonymi skrzydłami – dziób w lewo! W tej sytuacji ciężko byłoby nawet dobremu prokuratorowi udowodnić obrazę majestatu. Mają wszak Amerykańscy swego osła i słonia jako maskotki swoich partii i groźnego "wuja Sama" w cylindrze, a te symbole przedstawiane są często w złośliwych satyrycznych rysunkach. Tego naszego czekoladowego symbolu nikt nie spostponował. Chyba że spostponowaniem było samo jego zaistnienie. Był biały. Mógł być więc też zrobiony z lukru jak baranek wielkanocny (uwaga – symbol Chrystusa!), a takowe po święceniu jako dzieci z apetytem chrupaliśmy.

Ponieważ dwa najpopularniejsze tu nasze periodyki odchylone jeden w lewo, drugi w prawo – [insynuację pominięto – red.], pani wydawczyni skądinąd zawsze nawołująca skłóconą Polonię do zgody – nie mogła przepuścić okazji, ażeby nie dołożyć nielubianemu GOŃCOWI. Bezczelny atak na głowę państwa! Co za beznadziejny poziom polonijnej prasy! Włos się jeży na całym ciele! A jednak go czyta!

Osobiście uważam, że nasz "litewski" prezydent próbuje pognębić PiS, nie zwracając uwagi, że przy okazji depcze polski patriotyzm. Nie przynosi mu to chluby, ale żeby zaraz go po mordzie? Wg Macierewicza, pan Komorowski wskoczył na stanowisko prezydenta – po mordzie swego poprzednika. Ach ta spolszczona rusko-litewska arystokracja! Takie piękne nazwiska, a ciągle od czasów Unii wychodzą na trouble makers. Mieliśmy i w centralnej Polsce ziemiaństwo, arystokrację. Ale gdzie im tam szaraczkom na 500 ha do liczących tysiące hektarów latyfundiów na Podolu czy Wołyniu. Na ten aspekt polskiej historii mało zwracają uwagę współcześni historycy. A przecież tym wschodnim możnowładcom mogło być bliżej do carskiej Moskwy niż do Warszawy, o ile tylko gwarantowano im zachowanie przywilejów. A cóż jest pewniejszego od rosyjskich gwarancji?

Pan redaktor AK (jak to ładnie brzmi) ciężką i owocną pracą zbudował znaczący polonijny periodyk, w stosunkowo krótkim czasie zostawiając za sobą wiele dużo starszych, tradycyjnych periodyków. Chwała mu za to. Ale będąc na szczycie, trzeba być wyważonym. Bo tam czasem ślisko. Szlachectwo zobowiązuje!

Ostojan
Toronto, 13 maja 2013