Goniec

Register Login

Goniec Poleca

Dzień po wizycie prezydenta Andrzeja Dudy w Jersey City, burmistrz tego miasta   zaatakował Polskę na Twitterze. Na pytanie jednego z Internautów o to, czy po całym haniebnym incydencie nie powinien przeprosić naszego kraju, odpowiedział jednoznacznie: „Moja odpowiedź brzmi nie”. Dodał też, że w przyszłości zamierza ubiegać się o stanowisko… ambasadora w Polsce.

Na pytanie czy zamierza przeprosić Polskę Steven Fulop odpowiedział:

– Odpowiedź brzmi: nie. Jednak zdecydowałem, że kiedy będziemy mieć prezydenta z Partii Demokratycznej w 2020, oficjalnie zgłoszę się do Departamentu Stanu z nadzieją, że wyznaczą mnie na ambasadora USA w Polsce. Wydaje mi się, że ten pomysł spodoba się wszystkim i zyzka ich poparcie – napisał polityk.

Wcześniej burmistrza Jersey City krytykował m.in. marszałek Senatu, którego Steven Fulop nazywał „antysemitą” i „białym nacjonalistą”:

– Obraził nie tylko mnie, ale i Polskę, Polaków, za co powinien przeprosić – mówił Stanisław Karczewski.

16 maja br. prezydent Andrzej Duda z małżonką złożyli kwiaty pod Pomnikiem Katyńskim w Jersey City. Podczas uroczystości, która odbyła się po południu miejscowego czasu, obecny był m.in. burmistrz Jersey City Steven Fulop, z którym prezydent, po złożeniu kwiatów, krótko rozmawiał.

Fulop podarował Dudzie miniaturę Pomnika Katyńskiego, którą jego twórca Andrzej Pityński wykonał w 1988 roku pracując nad monumentem, a następnie podarował ją miastu Jersey City. Fulop również złożył kwiaty pod pomnikiem.

Po ceremonii burmistrz Jersey City rozmawiał z dziennikarzami. Jak przekazał, jego rozmowa z prezydentem była otwarta i spontaniczna. Fulop poinformował, że otrzymał od polskiego prezydenta książkę, która opowiada historię Pomnika Katyńskiego; publikacja jest anglojęzyczna.

- Prezydent podkreślił, że pomnik jest ważny dla społeczności polskiej i powinien być ważny dla wszystkich; powinien znajdować się w godnym miejscu. Powiedział, że wolałby, aby tu został, ale jeśli to nie jest możliwe, powinien stanąć w miejscu, które jest godne. Powiedziałem, że takie jest właśnie nasze zobowiązanie - mówił Fulop.

W trakcie uroczystości w pobliżu Pomnika zebrała się grupa kilkudziesięciu mieszkających w USA Polaków, którzy wyrażali swój sprzeciw wobec jego przeniesienia.

Komitet katyński wyproszony został przez polskiego konsula z miejsca dla vipów podczas wizyty pod pomnikiem...

Dały się słyszeć okrzyki "Pomnik musi zostać!" oraz "Fulop przeproś!"

Władze Jersey City i społeczność polska osiągnęły w poniedziałek porozumienie w sprawie Pomnika Katyńskiego. Nowe miejsce, w którym stanie monument, znajduje się na nabrzeżu rzeki Hudson i jest oddalone o 60 metrów w kierunku południowym od jego dotychczasowej lokalizacji przy Exchange Place. Teren, na którym stanie, społeczność polska otrzyma w dzierżawę na 99 lat. Burmistrz Fulop nie podał terminu przeniesienia pomnika.

 

/pap/twitter

piątek, 18 maj 2018 07:59

Cenckiewicz: Polska pośmiewiskiem

Napisał

Wśród laureatów organizowanego przez Narodowe Centrum Nauki konkursu OPUS 14. znalazła się prof. Barbara Engelking, która otrzyma z budżetu państwa 500 tysięcy złotych. W swojej ostatniej książce dotyczącej „polskiego antysemityzmu” oskarża Polaków o udział w Holokauście.

Konkurs OPUS jest adresowany do naukowców niezależnie od stażu i stopnia lub tytułu naukowego. Pieniądze otrzymane w ramach konkursu mogą zostać wydane na stworzenie zespołu badawczego oraz zakup aparatury niezbędnej do realizacji badań.

Przyznanie pieniędzy badaczce „polskiego antysemityzmu” nagłośnił na Twitterze dr hab. Sławomir Cenckiewicz, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego im. gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego. Władze RP dały właśnie pół miliona złotych na kolejne badania prof. B. Engelking – dziękuję za taką obronę polskiego imienia! Polska i jej instytucje stają się pośmiewiskiem, bo sami finansujemy antypolonizm i swoich osobistych wrogów. Cudownie! – napisał Cenckiewicz.

W kolejnym wpisie prof. Cenckiewicz dodał, że innym laureatem konkursu jest dr hab. Piotr Perkowski, autor m.in. „Gender i seksualność w komunistycznej Polsce: perspektywy podejścia historycznego”, który dostał na swoje „badania” 200 tys. zł.

za:     Kresy.pl / pch24.pl / twitter.com

poniedziałek, 14 maj 2018 09:39

Gwałtowne starcia na granicy z Gazą

Napisał

Co najmniej 37 Palestyńczyków zginęło, a 1300 zostało rannych w starciach z żołnierzami izraelskimi na granicy Gazy - podali przedstawiciele strony palestyńskiej.
Do aktów przemocy doszło w związku z poniedziałkowym otwarciem ambasady amerykańskiej w Jerozolimie, co jest postrzegane jako poparcie Stanów Zjednoczonych dla panowania izraelskiego nad całym miastem, które - w myśl postanowień ONZ - było podzielone na część zachodnią, żydowską i wschodnią, palestyńska.
W poniedziałkowych ceremoniach uczestniczą prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump jego córka Ivanka oraz jej mąż David Kuszner.
Palestyńczycy obrzucili izraelskich żołnierzy kamieniami i koktajlami mołotowa na co strona izraelska odpowiedziała ogniem snajperskim. Według danych izraelskiej armii 35 000 Palestyńczyków wzięło udział w gwałtownych starciach przy płocie bezpieczeństwa, a siły zbrojne Izraela działają "w myśl standardowych procedur". Hamas rządzący w Gazie zapowiedział intensyfikację protestów. Zdaniem Izraela mają one na celu przerwanie linii granicznej co umożliwiłoby przeniknięcie terrorystów do Izraela...

Szanowni Państwo!

Mimo nagonki na polskich pisarzy i historyków, po cztero-godzinnym przesłuchanku na lotnisku Luton, Wojciech Sumliński jest w drodze do Southampton na pierwsze spotkanie o książce „To Tylko Mafia”. Następne to sobota i niedziela – Bristol i Londyn (Slough), zapraszamy.

– Potraktowano mnie jak pospolitego PRZESTĘPCĘ! Już na początku zapytali, czy mam przy sobie KSIĄŻKĘ O MAFII, czy będę o niej mówił, wmawiając, że zawarte są w niej treści „EKSTREMISTYCZNE”! Przede zaś wszystkim „oskarżano” o poglądy PRAWICOWE, jak gdyby stanowiło to przestępstwo – informuje Wojciech Sumliński.

Dziennikarz śledczy przyleciał dzisiaj do Anglii na serię prelekcji reklamujących najnowszą książkę „To tylko mafia”.

– Ponad 30 razy zadawano pytania „CZY JEST PAN PRAWICOWCEM” – różnie to pytanie ujmując, próbując wmówić, że są to poglądy w Wielkiej Brytanii niepożądane! Podobnie wypowiadano się też o wydanej niedawno książce TO TYLKO MAFIA, dopytując, czy to właśnie jej promocja jest celem podróży. Jeden z funkcjonariuszy wskazał, że otrzymano w jej sprawie KILKA OSTRZEGAWCZYCH TELEFONÓW Z POLSKI. Pytanie – kto dzwonił? – informuje.

Źródło: http://dzienniknarodowy.pl/sumlinski-lotniska-lond/

Krzysztof Jastrzembski, Londyn

Albo ja wiedziałem, kto to zrobił, albo byłem jednym ze sprawców, więc zwykle wołano mnie, do tego stopnia, że przychodziła milicja. Był taki moment, że mój ojciec, chyba to był koniec szóstej klasy, powiedział, jeszcze jeden taki numer, to ja ciebie sam zawiozę do poprawczaka. Tych historii było dużo, ja próbuję w skróconej wersji to opowiedzieć, ponieważ to jest niesamowite, jak Pan Bóg wybiera sobie ludzi, nie patrzy naszymi oczami, wybiera, inaczej patrząc.

Żeby zrozumieć moją historię życia, to trzeba sięgnąć do mojej mamy. Opowiem tę historię, bo wy jesteście przygotowani, że jakieś nadzwyczajne historie będę mówił wam o moich przeżyciach na misjach, o tym między życiem i śmiercią, może do tego dojdziemy, ale tę historię muszę opowiedzieć, bo ona w jakimś sensie tłumaczy, skąd to się wzięło. Moja mama chciała być siostrą zakonną. Miała osiemnaście lat, w Kodniu mieszkała, w czasie wojny pomagała uwięzionym oblatom, nosiła jedzenie. Mój dziadek, mamy ojciec, też był zaangażowany. Wtedy samochodów nie było, miał dobre konie, więc często tych oblatów z Kodnia do Terespola 18 km do pociągu woził. Był takim wozakiem. Więc księża w domu mojej mamy często bywali. I pewnego dnia do mojej mamy, która miała osiemnaście lat, przyszedł Piotr Nazaruk, mój ojciec. On ją znał, ale nigdy ze sobą nie chodzili, przyszedł i na pierwszym spotkaniu poprosił ją o rękę, zapytał, czy chciałaby wyjść za niego za mąż. A on miał nieskończone osiemnaście lat, a mama skończone osiemnaście. Dlaczego taki młody chłopak chciał się żenić? Otóż kilka miesięcy wcześniej, w ciągu dwóch miesięcy, mojemu ojcu zmarł ojciec w wieku 45 lat, dwa miesiące później, w wieku 43 lat zmarła matka i siostra. On był najstarszy w rodzinie, miał jeszcze dwóch braci i dwie siostry. Jako najstarszy, musiał te dzieci wychowywać, niektóre dużo młodsze od siebie. Jedna siostra miała 15 lat, dwa lata młodsza od niego, jeden chłopiec miał 10 lat, drugi 8 lat. Więc on próbował te dzieci wychowywać. To były powojenne czasy, były tam jakieś babki, niebabki, i babka doradziła, ożeń się, bo tutaj trzeba dzieci wychowywać, żeby jakaś kobieta była w domu na stałe. No i ojciec nie miał pojęcia, kogo wziąć za żonę, a ona mówi, a, tam jest taka Stanisława, dobra dziewczyna, będzie dobrą matką dla twoich dzieci i wychowa, bo pobożna. I ojciec od razu na pierwszym spotkaniu mówi, że chciałby się z nią ożenić. Ale ja chcę iść do zakonu, mama na to. 

        Ojca to nie przestraszyło w żaden sposób, rozeszli się. Dziadek absolutnie nie chciał go wpuszczać nawet do domu, bo to jakiś biedak, sierota, jeszcze nie wiadomo, co to za rodzina, w której wszyscy umierają, jakaś parszywa sprawa. Ale mama powiedziała, ja proboszcza zapytam. Proboszcz często przychodził i na drugi dzień przyszedł w jakiejś sprawie do dziadka, w czasie rozmowy mama zapytała: Proszę ojca, co ja mam zrobić, bo tutaj taki Piotr chciałby się ze mną ożenić, a ja chcę iść do zakonu i nie wiem, co mam robić? A proboszcz zapytał, a dlaczego ty chcesz iść do zakonu? A bo ja chcę życie Bogu poświęcić. A, to ładnie, że ty chcesz Bogu poświęcić życie. A co ty myślisz, co w zakonie będziesz robić? Co będę robić? Będę się modlić, będę robić, co będę umiała, co mi powiedzą. I proboszcz, natchniony Duchem Świętym – tak to widzę – mówi: Słuchaj, jak ty myślisz, że dużo poświęcasz, dużo dajesz Bogu, idąc do zakonu, to ty nie wiesz, jak wygląda życie, bo jeszcze nie byłaś w zakonie. Bo to – mówi – tak, niby mówią, idzie do zakonu, wszystko oddaje Panu Bogu. Ale tak, w zakonie to będziesz miała dach nad głową, nie będziesz się przejmować o mieszkanie, będziesz miała jedzenie, nie będzie trzeba starać się o jedzenie, będziesz miała pracę, modlitwę. To będziesz miała w zakonie większe wygody, niż ty myślisz. I ty myślisz, że ty Bogu coś ofiarujesz? Dobrze, że tak dziecko myślisz, ale wiesz co, ja mam taki pomysł. Jak naprawdę chcesz Panu Bogu coś poświęcić, coś dla Pana Boga zrobić, wyjdź za mąż za tego Piotra i bądź matką dla sierot. I to będzie Bogu poświęcenie, jak ty te dzieci, sieroty, wychowasz na dobrych ludzi. A może któregoś dnia otrzymasz od Boga jeszcze większy dar, niż myślisz. Dziadek był niezadowolony. Mówię o tym, że to jest przykład wiary, zawierzenia. Ksiądz przemówił, Bóg przemówił. I ona z tym nie dyskutowała, ona usłyszała słowa Boże przez księdza. Chcesz się Bogu poświęcić, bądź matką dla sierot. I na drugi dzień spotkała się z moim ojcem i powiedziała, że wychodzi za mąż. I wyszła za mąż. Jeszcze jedno dziecko zmarło, siostra ojca, potem pierwsze ich dziecko zmarło, potem uderzył piorun w dom, spaliło się gospodarstwo. Wiele innych tragedii było. Nigdy nie słyszałem od mamy o jakimś narzekaniu na los. Ona mówiła kiedyś, że była przekonana, że ona ma tam umrzeć, ale jakąś misję ma spełnić, te dzieci wychować. Ona była gotowa na śmierć, kiedy to pierwsze dziecko zmarło, ale nigdy słowa złego nie słyszałem od niej o Bogu czy o księżach. Wtedy przyszła bieda w domu okrutna i od mojego ojca, który w wieku 17 lat stracił rodziców i siostrę, a potem następną i dziecko, ile żyję, nigdy nie słyszałem jednego słowa narzekania na los, na Pana Boga, na cierpienie, a cierpiał sporo. Nigdy się nie chwalił jakimiś darami czy łaskami, ale wiara była nie w słowach, a w czynach, obecna bardzo mocno. Za to świadectwo wiary ja zawsze Bogu bardzo dziękuję.

        Mówię o tym, bo to ukształtowało też mnie jako kapłana, taka wiara od wczesnych dni, kiedy mama mówiła do nas czy do mnie takie proste słowa, które dopiero po jej śmierci sobie uzmysłowiłem lepiej. Oni nigdy nie musieli nam w domu przypominać o modlitwie, o chodzeniu do kościoła, po prostu oni chodzili. Jak ojciec nie szedł do kościoła w niedzielę, to myśmy wiedzieli, że jest chory, bo tylko to mogło być powodem, że nie był w kościele. Nigdy nam nie mówili, idźcie do kościoła, bo to było naturalne, że się idzie. Do szkoły mogłeś iść, nie iść, bo była robota w domu, ale do kościoła, chyba że ciężko chory jak ojciec. Modlitwa rodziców. 

        Czasami opowiadam, jak mój ojciec lubił sobie wypić, bo kto nie lubi sobie wypić. Nie był alkoholikiem. Raz widziałem, jak mój ojciec się modli, bo jako małe dziecko spałem w tym pokoju co rodzice, a potem dołączyłem do pokoju, gdzie spały siostry. Niekiedy przyszedł późno, wypity taki, to choćby nie wiem jaki był, to jak szedł do łóżka, to wtedy go słyszeliśmy, jak on się modli. Długo się nie modlił, przyklęknął tylko przy łóżku w stronę Pana Jezusa na krzyżu, obrazu Matki Bożej i figurki Matki Bożej, i wtedy przeżegnał się i tak się mocno uderzał w pierś „Boże, bądź miłościw grzesznej duszy” i coraz głośniej. Aż szyby się trzęsły, jak ojciec się modlił i przepraszał za swoje grzechy. Trzy razy „Boże, bądź miłościw” to był cały jego pacierz, ale on był bardzo wymowny, nie miał siły więcej modlitw wymówić, ale te trzy razy „Boże, bądź miłościw” było. I w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego na początek i koniec. To kształtuje człowieka. 

        Po siódmej klasie podstawowej szkoły byłem na spotkaniu ministrantów w Obrze, zostałem nagrodzony, jako jeden z czterech najlepszych ministrantów – z 60 ich było w Kodniu, którzy najwięcej służyli. Zostałem wysłany na rekolekcje. Znowu to mówię, bo to jest, jak Bóg działa. Nie mówię tego po to, żeby pokazać, jakie mamy fantastyczne życie, niesamowite, do filmu, do książki, tylko jeżeli to mówię, to chcę pokazać, jak Bóg działa. Jaki Bóg jest dobry, miłosierny, jak Bóg działa w moim życiu. 

        Po szkole podstawowej byłem w takim dołku, że tak powiem, jeżeli chodzi o zachowanie. To były między innymi takie sprawy, „że jeśli jeszcze raz, to cię zawiozę do poprawczaka”. Ale byłem ministrantem, lubiłem służyć i trzy kilometry dziennie lubiłem iść rano na mszę przed szkołą. Rodzice nie zawsze byli zadowoleni. Dla nas punktem honoru, dla moich dwóch sióstr, było, żeby ani jednych rorat nie zawalić, a na wschodzie zimy są długie. Ojciec nie woził nas, tylko przez zaspy, polną drogą trzy kilometry mieliśmy do kościoła i byliśmy często jednymi z pierwszych. Kościół otwierali i my jako piersi wpadaliśmy. Po mszy oblaci dawali kawę i jakąś bułkę i to było nasze jedyne śniadanie. Czasami rodzice nie chcieli nas wypuścić, więc myśmy po ciemku się ubierali, po cichutku, kiedy ojciec z matką doili krowy, myśmy się wymykali z domu, żeby być na roratach, bo było punktem honoru, żeby ani jednych rorat nie opuścić. 

        Kiedy znalazłem się w Obrze, czterech nas pojechało, był taki moment, że wsiadamy w Olsztynie do autobusu i z Olsztyna do Obry jest siedem kilometrów. Kilku oblatów, jeden z nich znany mi, wsiadło do autobusu, bo miał być pogrzeb jednego oblata. I tak w połowie drogi pokazał się kościół już na widoku i ten jeden oblat nachylił się do mnie i mówi: Wiesiu, patrz, patrz, już widać klasztor w Obrze. Zapamiętaj sobie, bo za parę lat tu przyjedziesz, bo będziesz się kształcił na księdza. Pufff! Myślałem, że on mówi tak do wszystkich. Proroctwo się spełniło. Na tych rekolekcjach to był tydzień, kiedy mogłem być poza domem, kiedy ani krów nie musiałem paść, ani orać, ani bronować za końmi, bo to był początek lipca. Nareszcie mogłem pograć w piłkę, kajakami popływać. Ale każdego dnia były nauki, może ze trzy, i była Msza Święta. Żadnych kazań nie pamiętam. Jest pierwszy dzień rekolekcji dla ministrantów – spora grupa nas była, koło setki – i taka metoda była ojca, który prowadził, że czytał Ewangelię, która będzie następnego dnia na mszy, a my, żebyśmy do tego zrobili nasze komentarze. Pierwsza ewangelia była na temat talentów, jeden, pięć, dziesięć. Nawet nie usłyszałem, że trzeba coś napisać, żeby z każdej grupy ktoś wyszedł i przeczytał rozważania, parę zdań, jak on rozumie tę ewangelię. 

        Wieczorem ojciec Mieczysław Hałaszko, który był moim kuzynem i jest oblatem, proboszczem w Kędzierzynie, wtedy był po pierwszym roku, przyszedł do nas i pyta: Chłopaki, piszecie? Nikt nie miał ochoty pisać, więc do mnie – Wiesiu, napisz. I napisałem i to było moje pierwsze kazanie. Jeszcze nie miałem pojęcia, że będę kaznodzieją. Na jednym ze spotkań ksiądz opowiada taką historię. Słuchajcie, jesteście na ziemię posłani przez Boga do spełnienia misji, każdy z was ma misję do spełnienia. I do spełnienia tej misji dostaliście dary, zdolności, talenty – właśnie o tych talentach było – różne talenty. Każdy z nas chce być szczęśliwy, każdy może być szczęśliwy wtedy, kiedy na ziemi będzie robił to, co Bóg pragnie, żebyś robił. Tak mniej więcej brzmiała ta myśl. I tak jak mantrę zaczął wyliczać może ze dwadzieścia różnych zawodów. Może Pan Bóg chce, żebyś był lekarzem – to wybierz szkołę, która cię doprowadzi, zostań lekarzem i staraj się być najlepszym lekarzem, jakim możesz zostać przy twoich zdolnościach, bo wtedy będziesz szczęśliwy, robiąc to, co robisz, i robiąc to najlepiej. I tak wymieniał: lekarzy, nauczycieli, rolników. I jako ostatni taki dodatek – ale może też kogoś z was Pan Bóg chce, żeby został misjonarzem, oblatą czy księdzem. Wybierz, idź do seminarium. Nie patrz, żeś słaby, grzeszny. Jak cię Bóg powołuje, to ci da zdolności. I jak będziesz księdzem, staraj się być najlepszym księdzem w tej łasce, którą otrzymasz, i z tymi zdolnościami, jakie masz. Tylko wtedy będziesz szczęśliwy. Możesz Bogu powiedzieć nie i wybrać sobie inną szkołę, tylko nie jestem pewien – mówi – czy będziesz szczęśliwy, będziesz się męczył i niekoniecznie będziesz szczęśliwy. 

        No dobrze, ale jak wiedzieć, gdzie Bóg mnie woła? On mówi, ja nie znam innej metody jak modlitwa. Słuchajcie, jesteście ministrantami, modlicie się rano, wieczorem, od dzisiaj albo raz na jakiś czas, raz w tygodniu, w niedzielę, powiedz Bogu w modlitwie takie zdanie – Panie Boże, wskaż mi drogę, jaką chciałbyś, żebym szedł przez życie, czy powiedz, gdzie chcesz, żebym pracował. Coś takiego. Zaręczam wam, że kiedy trzeba będzie wybrać, Bóg da wam znać. Bóg odpowie. I pójdziecie, i będziecie.

        Wróciłem do domu i jedyne, co zapamiętałem, modlić się. A to jako tako mi szło, więc zacząłem się pytać Pana Boga, gdzie chcesz, żebym szedł do szkoły, bo tu 8. klasa i trzeba wybierać. Przy mszy służę za każdym razem, to po komunii od razu uderzało mnie, a zapytałeś się, co masz robić – Panie Jezu, pokieruj mną, żebym poszedł, tam gdzie trzeba. Po jakimś czasie tej modlitwy wychodzę z kościoła, patrzę, a tam jest gablotka przy kościele, o której wiedziałem, że jest, ale nigdy tego nie czytałem, bo po co miałem czytać, co mnie to obchodzi, jakieś zdjęcia i afisze. Zatrzymałem się, a tam była kartka, na niej mozaika zdjęciowa i podpis „Bóg mnie woła do kapłaństwa”. Ja nie czytałem tego zdania, tylko zatrzymałem się na zdjęciach, a to była reklama Markowic, niższego seminarium, jak oni grają w piłkę, różne rzeczy, kościółek, modlitwa. Przyglądałem się, a z Kodnia były tabuny chłopaków, którzy do tej szkoły chodzili – mało który został księdzem, ale kilku rozpoznałem. Przyglądając się, po jakimś czasie zacząłem zauważać ten napis, „Bóg mnie woła do kapłaństwa”. Jak szedłem do szkoły, to zawsze z siostrami przechodziliśmy koło kościoła i zawsze było naszym zwyczajem, że wchodzimy do kościoła pozdrowić Pana Jezusa. Doszło do tego, że musiałem zatrzymywać się przy tej gablotce, i zaczął mnie denerwować ten napis „Bóg mnie woła do kapłaństwa”. Nieee! Coś takiego było, dlaczego mnie? Absolutnie. Ponieważ mnie to denerwowało, to zacząłem chodzić inną stroną, i okazało się, że z drugiej strony jest druga gablotka, której nigdy nie widziałem, bo chodziłem jedną stroną do zakrystii jako ministrant. W drugiej gablotce patrzę, a tu taki duży afisz, na nim młodzieniec, i „Pójdź za mną” – Jezus podpisał się. I adres Wyższe Seminarium Obra. Zacząłem wychodzić z kościoła środkiem, nie w prawo, nie w lewo, tylko prosto w bramę, bo mnie denerwowały te afisze. I przestałem mówić Panie Boże pokaż mi drogę, którą mam iść. 

        Ale to nie dawało mi spokoju i kiedy był czas decyzji w końcu 8. klasy szkoły podstawowej, to wiedziałem, chociaż niesprzyjające warunki były, że mój kuzyn wystąpił z kapłaństwa, to byłem pewny. Nie umiałem tego wytłumaczyć. Nie wiem, czy byłem kiedyś zakochany w jakiejś dziewczynie, chyba nie, bo mi się zawsze wszystkie podobały. W szkole podstawowej byłem takim bawidamkiem, łącznie z nauczycielkami. To są historie niesamowite, na inną sesję. W końcu kiedy był czas podań do szkoły średniej, to wiedziałem – Markowice i koniec. Nie było wytłumaczenia, była pewność, że to jest droga, która mnie doprowadzi do kapłaństwa. A przecież było można wybrać liceum na miejscu.

        Poszedłem do ojca Karola Lipińskiego, który wtedy był wikarym, bo dokumenty już złożyłem, ale potrzebne było tzw. świadectwo moralności, że ksiądz mnie zna, jestem taki chłopak itd. I ksiądz Karol pyta – do Markowic? Tak. Mmmm, no dobrze. Poszedł do klasztoru, pochwalił się. Tutaj był kiedyś ojciec Hajduk proboszczem, a u nas był wtedy superiorem. Ojciec Hajduk znał mojego ojca, dobrze znaliśmy się wtedy. I to się rozeszło, oni dyskutowali, czy to świadectwo moralności dać. I ojciec Karol spotkał mnie następnego dnia – bo nie od razu mi to świadectwo napisał – i mówi: Wiesiu, nie żebym mówił, nie idź do Markowic, że nie nadajesz się na księdza, ale jak chcesz maturę zrobić, to po maturze dopiero, a może tutaj byś w Terespolu uczył się, rodzicom byś pomógł na roli, tutaj pomógł w kościele, dekoracje. Ja tak spojrzałem na niego, myśląc, że on będzie w zachwycie, że ja chcę być księdzem, a on mi odradza. Powiedziałem: Nie, jak nie pójdę do Markowic, to księdzem nie zostanę. Byłem tak pewny – wiem, że to Duch Święty wtedy przemawiał również i przez niego, i przeze mnie, i do dzisiaj jestem przekonany, że gdybym nie poszedł do Markowic, księdzem nie zostałbym. 

        Mój ojciec był bardzo przeciwny temu wszystkiemu. W Kodniu były różne wróżki, znawczynie życia mężczyzn w mojej rodzinie, i mówiły – za dwa tygodnie, za dwa miesiące, do Bożego Narodzenia wyrzucą go itd. Nie wyrzucili mnie na Boże Narodzenie, po roku jedna wróżka mówi: Wiesiu, ja was znam, ja ciebie znam, ty nie masz szans zostać księdzem, ja się znam na ludziach. 

        Nie żałuję ani jednego dnia, ani jednej godziny spędzonej w Markowicach, chociaż kiedy byłem powołaniowcem w moim pierwszym życiu tutaj, 30 lat temu, przez dwa lata, to nigdy nikomu nie poradziłem, żeby szedł do Markowic. Chociaż przekonany byłem, że dla mnie to była jedyna, najlepsza droga. Mój ojciec był bardzo przeciwny temu, nie tylko dlatego, że ten kuzyn wystąpił, ale mu się nie mieściło w głowie, że mogę być księdzem, no i kto rolnictwem się zajmie itd. Ta historia z moim ojcem skończyła się w ten sposób, że on przez cztery lata w Markowicach, rok na Świętym Krzyżu nowicjatu i sześciu lat w Obrze, ani razu mnie nie odwiedził. On mi nigdy słowa nie powiedział, że nie, bo był taki moment, że musiał podpisać się, że będzie płacił za moją szkołę, uczenie się. Zgoda rodziców była wymagana. I on dwa tygodnie z moją mamą rozmawiali i nie wiedzieli, co zrobić. W końcu był czas na podpisanie, to ojciec przy stole i powiedział: To jest twoje życie, ja za ciebie żyć nie będę. Mogę ci pomóc, ale żyć, to ty musisz sam i od ciebie zależy, kim będziesz, ale jak masz być złym księdzem, to nawet nie zaczynaj, nie idź, nie rób śmiechu, bo zrobisz, nie daj Boże, to co Witek – ten kuzyn. Ja się odważyłem powiedzieć – Nie zrobię.  – Co nie zrobisz!? – mój ojciec był raptus – a co ty wiesz o życiu? Ile masz lat? – Piętnaście. – A on ma trzydzieści, i zobacz, co zrobił! Co ty wiesz, co w życiu zrobisz, a co nie zrobisz! Jak masz zrobić to co Witek, to nie zawracaj głowy i wycofaj papiery. Tu szkoły cię przyjmą. Ja mówię, idę do Markowic. – To jest twój wybór, ale jak będziesz księdzem złym, to w domu mi się nie pokazuj. 

        Taki ojciec, i dobrze, że tak powiedział.

Ciąg dalszy za tydzień

O. Wiesław Nazaruk na podst. YouTube

We środę wieczorem w oficjalnym komunikacie Białego Domu podano, że prezydenta USA Donald Trump podpisał ustawę 447 zobowiązującą administrację amerykańską m.in. do poparcia roszczeń żydowskich wobec tzw mienia bezspadkowego w Polsce. Wysiłki Polonii zmierzające do zablokowania tej ustawy spaliły na panewce.

Izrael "zlikwiduje" prezydenta Syrii Baszara el-Asada i obali jego rząd, jeśli Iran będzie nadal wykorzystywał syryjskie terytorium do prowadzenia ataków na państwo żydowskie - oświadczył w poniedziałek izraelski minister energetyki Juwal Szteinic. Tel-Awiw jest zaniepokojony militarną obecnością Iranu w Syrii. Izraelskie lotnictwo wojskowe coraz częściej atakuje irańskie cele w tym kraju.
"Dotychczas Izrael nie angażował się w wojnę domową (w Syrii)", ale "jeśli syryjski prezydent Baszar el-Asad będzie w dalszym ciągu pozwalał Iranowi działać na syryjskim terytorium, Izrael zlikwiduje go i obali jego reżim" - oświadczył Szteinic, który należy do izraelskiego gabinetu bezpieczeństwa. "Jeśli Asad pozwoli Iranowi zamienić Syrię w bazę wojskową wymierzoną przeciwko nam, w celu atakowania nas z syryjskiego terytorium, to powinien wiedzieć, że będzie to jego koniec" - dodał minister.
Napięcie między Izraelem a Iranem wzrosło na początku lutego, gdy Izrael stracił samolot wielozadaniowy F-16 podczas ataku na irańskie obiekty w Syrii. Izrael następnie przeprowadził bardziej intensywne naloty w Syrii, atakując kilkanaście celów irańskich i syryjskich. Władze izraelskie wyrażają coraz większe obawy, że Iran i jego szyiccy sojusznicy, wrodzy Izraelowi, mogą ugruntować swoje pozycje w pogrążonej w konflikcie zbrojnym Syrii.
9 kwietnia w prowincji Hims w środkowej Syrii doszło do nalotu na bazę syryjskich sił powietrznych T-4, a popierająca władze Syrii Rosja przypisała ten nalot Izraelowi. Zginęło wówczas co najmniej 14 bojowników walczących po stronie reżimu Baszara el-Asada, w tym siedmiu Irańczyków.
Armia izraelska zapowiedziała wówczas kontynuację ataków rakietowych na obiekty irańskie bądź takie, które są związane z siłami zbrojnymi Iranu, a władze w Teheranie oświadczyły, że odpowiedzą na ten atak.
Niedawno izraelski premier Benjamin Netanjahu oświadczył, powołując się na tajne dokumenty, że Iran kłamał w sprawie swojego programu jądrowego, a po zawarciu porozumienia nuklearnego ze światowymi mocarstwami w 2015 roku "poszerzał wiedzę o broni jądrowej dla wykorzystania jej w przyszłości". USA mają w najbliższym czasie zdecydować, czy wycofują się z tego porozumienia.

W środę Netanjahu będzie rozmawiał na ten temat z Władimirem Putinem.  (pap)

poniedziałek, 07 maj 2018 09:22

Filipiny zmieniają kierunek sojuszy

Napisał

Filipiny od czasów II wojny światowej były krajem silnie związanym ze Stanami Zjednoczonymi. To amerykańska armia walczyła tam z Japończykami, a następnie lokowały się tam amerykańskie koncerny.
Tymczasem obecny prezydent tego kraju Rodrigo Roa Duterte, który prowadzi politykę niepopularną na Zachodzie, w tym między innymi w sposób drakoński rozprawia się z handlem narkotykami oraz prześladuje homoseksualistów, zdaje się wybierać opcję chińską.
Podczas swojej niedawnej wizyty w Chinach Duterte miał uzyskać zapewnienia, że państwo to będzie chroniło i broniło Filipin "przed zewnętrznymi zagrożeniami". Jednocześnie prezydent skrytykował Stany Zjednoczone za zablokowanie sprzedaży uzbrojenia co miało miejsce rok temu właśnie ze względu na kontrowersje otaczające jego politykę. Duterte obecnie zwrócił się do Chin i Rosji i pochwalił oba te kraje za ofertę pomocy nie obarczoną żadnymi warunkami, dodał że chińscy i rosyjscy eksperci pomogli Filipinom w walce przeciwko nielegalnym kartelom narkotykowym oraz terroryzmowi. Zarówno Chiny jak i Rosja przedstawiły Filipinom bogatą ofertę uzbrojenia.

Nazywam się Wiesław Nazaruk, urodzony 11 listopada 1958 roku, więc w tym roku 60-tka już, w Kodniu nad Bugiem, jako siódme dziecko moich rodziców, Piotra i Stanisławy, już nie żyją. Najstarszy brat zmarł krótko po porodzie, potem było pięć sióstr i ja byłem ostatnim dowodem miłości rodziców. (...)

                  Wybrałem sobie na bierzmowaniu imię Antoni, ponieważ był taki ojciec Antoni Pośpiech, cudowny ksiądz, w Kodniu wtedy był, zajmował się ministrantami. Ja – broń Boże, nie powstała we mnie żadna myśl o kapłaństwie – ale tak myślałem sobie jako dziecko, że chciałbym być dobrym człowiekiem, a on był takim uosobieniem dobroci, której ja doświadczałem jako ministrant. On niedawno zmarł, wspaniały kapłan.

                  I nie dlatego, żeby mu sprawić przyjemność, że jako proboszcz Antoni, tylko żeby coś mi przyświecało. A ten Antoni, którego zresztą niedawno odwiedziłem, Padewski w Lizbonie, to dowiedziałem się od tamtej strony z Nieba, że jest jednym z moich autentycznych patronów, a przez bierzmowanie stał się opiekunem mojej duszy – bo mamy aniołów stróżów, patronów wybranych, i też takich, których, tak doświadczyłem w moich wędrówkach po ziemi i po tamtej stronie, możemy mieć wielu patronów, świadomie i nieświadomie, dobrze jak wiemy i ich wybieramy. I Antoni mi towarzyszy.

                  Mam jeszcze jedno imię. Już to zaznaczam na początku, nie żeby przestraszyć, ale Indianie Psie Boki, tak się nazywają, gdzie zaczynałem pracę na Dalekiej Północy Kanady, nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym, dali mi w krótkim czasie imię, przezwisko. W ich języku brzmi to Jattigua, czyli Mały Ksiądz. Mały to może być wzrostem, albo też mało ważny.

                  Też mi to podobało się, bo był inny ksiądz, który był moim szefem, i nazywali go Jattigao, czyli szef. A mnie nazywali niski, chociaż oni nie byli wyżsi ode mnie, a potem w krótkim czasie, po kilku miesiącach, dołożyli mi jeszcze jatti, Jattigua Jatti, mały ksiądz, który dużo mówi. A to niekoniecznie gaduła. Żeby dodać sobie splendoru, to jest mały ksiądz, który ma dużo do powiedzenia.

                  No bo jeżeli się spotykało z ludźmi raz na krótki czas, na przykład spędzało się w jakiejś wspólnocie tydzień, dwa albo miesiąc – i to była jedna albo dwie wizyty w ciągu roku – to w tym czasie trzeba było dużo nadrobić spotkań, kazania, codziennie jakieś katechezy, chrzty. I oczywiście te spotkania trwały wtedy długo.

                  Indianie nie są wielomówni, więc to szybko im podpadło. Słowo jatti, zanim poznali chrześcijaństwo, było na określenie człowieka dużo mówiącego, a kiedy misjonarze dotarli, oni nie mieli w słownictwie swoim czegoś takiego jak ksiądz. A ksiądz przychodził, tłumaczył i dużo mówił, więc słowo jatti na mówiącego – taki, co dużo mówi.  (...)

                  Kodeń jako miasto ma ponad 500 lat, jako miasto znany jest z Matki Bożej Kodeńskiej. To jest trzeci obraz w historii narodu polskiego koronowany po Częstochowie, w tamtym roku było 300-lecie, Troki na Litwie i Kodeńska 1723 rok. Ma przepiękną historię opisaną przez Zofię Kossak-Szczucką w „Błogosławionej wina”. Burzliwa historia.

                  Tam mi Pan Bóg wybrał miejsce przyjścia na świat. Jestem za to wdzięczny. Wiem osobiście od Pana Jezusa, że Matka Boża wzięła mnie pod opiekę od pierwszej chwili od urodzenia. Kiedy się urodziłem, byłem bardzo słaby i nie miałem siły nawet wydać głosu. Lekarze powiedzieli, że do sześciu dni umrę, że tylko cud może mnie uratować od śmierci. Mama już doświadczyła śmierci pierwszego syna, więc miała takie doświadczenie.

                  I tak sześć dni zamienia się już w 60 lat. I jakoś się dogadujemy z Panem Bogiem, a Matka Boża Kodeńska towarzyszy mi przez cały czas. Doświadczałem dzięki jej wstawiennictwu, obecności świadomej, kiedy prosiłem, albo też kiedy sama wychodziła z inicjatywą czynienia cudów wobec mnie. Więc potem dowiadywałem się, że to jej zawdzięczam uratowanie ze śmierci czy z jakiegoś wypadku.

                  Moja historia jest nieprawdopodobna, taka burzliwa i obfita w nadzwyczajne rzeczy, że muszę się bardzo streszczać i bardzo wybiórczo potraktować niektóre sprawy. Żeby opowiedzieć historię, to trzeba by ją opisać, a ja nigdy do pisania się nie brałem, ale otrzymałem polecenie. Bo do tej pory, kiedy opowiadałem na rekolekcjach, czy na spotkaniach, czy w wywiadach telewizyjnych i radiowych, pytano, czy historie mojego spotkania z Bogiem, moje przeżycia wiary czy przeżycia śmierci i życia, tych krawędzi, są gdzieś zapisane. Ja mówiłem,  że nie.

                  Miałem producenta filmowego, który chciał nakręcić film o moim życiu czy o niektórych wydarzeniach mojego życia, ja powiedziałem, że nie, bo jestem zakonnikiem, trzeba pozwolenia, a poza tym nie mam napisanego nic, ani jednego zdania, ponieważ – odpowiedziałem – nie miałem takiego polecenia z góry. Znamy ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną, i oni otrzymali polecenie zapisu, przekazania ludziom, żeby to służyło umacnianiu wiary. I nie miałem żadnego takiego wewnętrznie polecenia, żeby to opisać. I myślałem, że tak zostanie, ale jakiś czas temu otrzymałem z góry polecenie, że mam to spisać. I już od kilku miesięcy przymierzam się, ale nie napisałem jeszcze ani jednego wyrazu. Narasta to we mnie, to się gromadzi. Jak Jezus powiedział – Duch Święty cię poprowadzi, co i jak masz napisać z tego, co dane było mi przeżyć.

                  To pierwsze, przeżycia na granicy życia, to że przeżyłem, a dużo dzieci wtedy umierało. Pamiętam z wczesnego dzieciństwa, że sąsiadki przychodziły, różne ciotki i patrząc na mnie, mówiły – nie możemy się nadziwić, że ty żyjesz. Ja nie wiedziałem wtedy, co to znaczy. Ale słyszę – Wiesiu, nie możemy napatrzyć się na ciebie, ty żyjesz. Potem się dowiadywałem. Jako najmłodsze dziecko w domu, dzięki siostrom, które chodziły do szkoły, to się szybko uczyłem. Nie mieliśmy światła elektrycznego w Kodniu, na uboczu mieszkaliśmy, więc przy lampie siostry siadały i się uczyły, a ja nie mogłem się doczekać do szkoły, więc podsłuchiwałem, jak one się nawzajem uczyły wierszy. I mama zawsze mówiła, patrzcie, on tylko posłuchał i powtórzył wiersz, a wy się uczycie, uczycie i tróje dostajecie.

                  Miałem szczęście, że kiedy moi rodzice na roli byli zajęci, to latem moje siostry brały mnie do szkoły. Nie chodziłem do przedszkola, to było niemożliwe w tamtych warunkach, a gdy poszedłem do podstawówki, to wszystkich nauczycieli znałem, bo siostry brały mnie do swoich klas. Fajne to było, siedziałem z chłopakami i gdzieś tam okazywałem jakieś zdolności rysowania, dostawałem kartki, ołówki, potem chłopaki brali mnie na ramiona i na tablicy mogłem rysować do woli. Nauczycielki podziwiały, więc została u mnie taka niedobra cecha, jak narcyzm, zadowolenie z siebie. Potem się dowiedziałem, jakiś psycholog mi powiedział, że to nie jest dobre.

                  W szkole podstawowej wszystko mi fajnie szło i przez to, że okazywałem zdolności do rysowania, pisania, to potem jeszcze doszło zainteresowanie muzyką. Ponieważ mój wujek grał na akordeonie, taki samouk, mój ojciec bardzo lubił akordeon, więc nie mógł się doczekać, kiedy będę wystarczająco duży, żebym też grał. Mój rozwój muzyczny szybko się zakończył, jeśli chodzi o akordeon, bo mój ojciec myślał, że ja po paru ćwiczeniach zagram mu „Fale Dunaju”. On bardzo lubił ten walc. I się pokłócił przy wódce z nauczycielem, że on już pięć lekcji opłacił, a syn „Fal Dunaju” nie umie zagrać. Tak zakończyła się moja edukacja, bo się pobili.

                  Potem się uczyłem troszeczkę sam, potem doszła trąbka, bo kolega grał na trąbce w orkiestrze kodeńskiej. Trąbka i akordeon mi zostały i towarzyszą mi, chociaż nigdy nie byłem w żadnej szkole muzycznej, ale i na misjach, i jak jeżdżę na rekolekcje, to używam troszeczkę, zwłaszcza przy grupach dziecięcych, ale nie tylko, do starszych też, to jest taki mój znak rozpoznawczy. Nie żeby to było w formie koncertu, show, popisówki jakiejś, teatrzyku, tylko służy to, zwłaszcza trąbka, jako element głoszenia Słowa Bożego. Dobieram pieśni, dosyć znane, i ta pieśń jest zwykle streszczeniem tego, co chcę w kazaniu powiedzieć. Zdarzały się bardzo ciekawe rzeczy, np. miałem rekolekcje chyba w tamtym roku i ksiądz proboszcz, bardzo wymagający skądinąd, mówi – wiesz, to kazanie następne to skróć, bo trzeba, żeby było krócej. Mówię, nie ma problemu, bo trąbka zajmuje 3 – 4 minuty do pięciu, to nie będzie trąbki. Mówi – Nie, nie, trąbka będzie, tylko kazanie skrócisz.

                  O powołaniu – nie zastanawiałem się nigdy, żeby być księdzem, bo było takie rozdwojenie, kiedy w 6. – 7. klasie podstawówki zastanawiałem się, co zrobić, to jedni nauczyciele uważali, że może właśnie w muzykę powinienem się wybrać, rozwinąć, a niektórzy właśnie, że rysowanie, malowanie. A mój ojciec chciał, żebym był rolnikiem, no bo następca i ta ziemia przez kogoś musi być uprawiana.

                  Miałem w 7. klasie taki pomysł, że wszystko pogodzę. Nawet wiedziałem, z jaką dziewczyną się ożenię, miała na imię Elwira, ona była też muzycznie rozwinięta, lepiej niż ja, jej ojciec był właśnie tym nauczycielem akordeonu, z którym się mój ojciec pobił. Zaprzyjaźniliśmy się niezależnie od tego i miałem pomysł, że ożenię się z Elwirą, będziemy mieli czworo dzieci, będziemy w soboty i niedziele grali, będziemy mieli zespół muzyczny rodzinny, ziemię dam w dzierżawę, a w ciągu tygodnia będę malował obrazy, które będę sprzedawał i będziemy mieli z czego żyć oprócz muzyki.

                  Bardzo dobry pomysł, ale w ten pomysł wkroczył Pan Bóg i dobrze na tym wyszedłem. Nigdy w życiu bym sobie sam tego nie wymyślił, kapłaństwa, bo pochodząc z takiej, a nie innej rodziny, bardzo wschodniej i żywiołowej, to nie wchodziło w rachubę. Chociaż kiedy decydowałem się po szkole podstawowej iść do niższego seminarium w Markowicach, to był najbardziej nieszczęśliwy moment, żeby taką drogę wybrać, ponieważ akurat brat cioteczny mojej mamy jakoś miesiąc – dwa miesiące wcześniej wystąpił z kapłaństwa, oblatem był, dwa lata po święceniach. Wystąpił, by się ożenić. W takim wypadku w takiej małej miejscowości to jest napięcie. I teraz ja, z moim życiorysem – dzisiaj to by nazwali ADHD, ale wtedy to nie brzmiało tak – nadpobudliwością w szkole – dobrze się uczyłem, ale byłem wszędzie, gdzie coś się działo...

Ciąg dalszy za tydzień

O. Wiesław Nazaruk na podst. YouTube

Legendarny działacz podziemnej Solidarności Władysław Frasyniuk powiedział “Gazecie Wyborczej” o zwycięstwie lewicy laickiej nad komunistami w 1989 roku: „To myśmy ich, k**wa, po-ko-na-li!” Tę wypowiedź znakomicie i celnie zripostował Włodzimierz Czarzasty z SLD: „Drogi Władysławie Frasyniuku! Żeście komunistów pokonali? No nie. Wyście się z nami, k.…wa, przy Okrągłym Stole i 4 czerwca 1989 r. do-ga-da-li. Cytując tę polemikę trudno było uniknąć kwiecistego języka, jednak to właśnie ów język dobrze obrazuje z jaką klasą polityczną mamy w Polsce do czynienia po 1989 roku.

Owo „dogadanie się” tzw. konstruktywnej opozycji z komunistami przy Okrągłym Stole skutkowało między innymi niedopuszczeniem do władzy w Polsce reprezentacji środowisk patriotycznych i niepodległościowych.

Długo i naiwnie Polonia na całym świecie oczekiwała otwarcia i działań kolejnych rządów III RP, w celu inkorporacji Polonii w proces zmian struktury politycznej i społecznej III Rzeczpospolitej, tak jak to miało miejsce u zarania II Rzeczpospolitej. W roku czekającej nas 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości trudno przemilczeć fakt, że trzon polityczny, odrodzonej po 123 latach niewoli, II Rzeczpospolitej rekrutował się w istotnej mierze spośród polskiej emigracji, począwszy od wielkiego Jana Ignacego Paderewskiego.

Tymczasem, po 1989 roku to Polacy żyjący na emigracji jako pierwsi zostali odepchnięci od udziału w polskim życiu społecznym i politycznym z jednym zastrzeżeniem: pieniądze od rodaków spoza kraju powinny nadal płynąć ciepłym strumieniem do Polski. Gwoli wyjaśnienia: według danych Banku Światowego z 2015 roku, Polonia amerykańska co roku wysyła do Polski przeszło 900 milionów dolarów; w 2015 roku Polskie Radio podało, że Polacy z Wielkiej Brytanii każdego roku transferują do kraju ok. 3 mld funtów.

Po drugiej wojnie światowej Polonia amerykańska, podobnie jak brytyjska przejęła na siebie obowiązek walki o reprezentowanie prawdy historycznej i przechowania polskiej tożsamości narodowej. Celnie wyraził to Kazimierz Łukomski – wiceprezes KPA w słowach:” Naszym wspólnym obowiązkiem jest: reprezentować wobec świata rzeczywiste interesy i aspiracje narodu polskiego oraz informować o rozwoju sytuacji w Polsce i jej dążeniach, potrzebach i prawach.” Nic dziwnego, że za to właśnie Polonia, tak na kontynencie, jak i za Oceanem była inwigilowana i rozbijana przez wrogów Polski i proces ten bynajmniej nie zatrzymał się w 1989 roku. Doktryna wszystkich służb PRL, a zwłaszcza ich ostatniego szefa gen. Kiszczaka zakładała dezintegrację polonijnych organizacji poprzez wprowadzanie do nich agentów wpływu.

Mimo, że PRL u nie ma już od blisko 30 lat, jednak wiele z osób, „zadaniowanych” do niszczenia emigracji nadal bryluje na rautach w polskich placówkach dyplomatycznych, paradach i uroczystościach religijnych. Do dziś kuleje proces odkłamywania historii emigracji w oparciu o archiwalne zbiory IPN, w tym tzw. zbiór zastrzeżony. Odnosi się wrażenie, że historycy koncentrują się chętnie na pierwszych latach powojennych, ale jak ognia unikają np. okresu lat 80 tych, przecież kluczowych także dla naszej współczesności i budowania wielu karier, także na emigracji.

Doskonałą ilustracją procesu odsunięcia Polonii (emigracji) od wpływu na rozwój suwerennej Polski była pewna dyplomatyczna podróż. Na początku 1990 roku, ówczesny - pierwszy, jak to podkreślano po 1945 roku - niekomunistyczny premier Tadeusz Mazowiecki, podczas wizyty Londynie nie spotkał się z prezydentem RP na uchodźstwie Ryszardem Kaczorowskim, bo uznał, że spotkanie byłoby „poniżające wobec prezydenta Jaruzelskiego, swojego rządu i państwa”. Dokument, będący zapisem tej dyplomatycznej hańby, dopiero po latach ujawnił dyrektor Wojskowego Biura Historycznego MON, dr hab. Sławomir Cenckiewicz. Podczas spotkania z Polonią, premierowi Mazowieckiemu zadano pytanie: „Dlaczego w jego rządzie są nadal komuniści, a prezydentem jest W. Jaruzelski”. Premier odpowiedział: „dzięki tym ludziom doszło do przemian w Polsce, a ja jestem premierem”.

Miarą kompromitacji owego pierwszego, niekomunistycznego premiera i jego otoczenia, a zwłaszcza tzw. doradców, jest „Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” z 17.06.1991. Strona polska, chcąc za wszelką cenę, normalizacji stosunków z jednoczącymi się Niemcami, mimo pierwotnego zamiaru, odstąpiła od domagania się odszkodowań i zwrotu mienia polskich organizacji, skonfiskowanego na mocy tzw. dekretu Göringa.

Dziś, kiedy kwestia reparacji powraca, władze niemieckie mówią wprost: „z naszego punktu widzenia traktat z 1991 roku zamknął ten temat ostatecznie.”

Gdy udostępniono kopię wynegocjowanego porozumienia, specjalistom od prawa międzynarodowego w Stanach Zjednoczonych z prof. Lenczowskim na czele, zadali oni tylko jedno pytanie: „Jacy agenci przygotowali ten dokument, skoro nie pada tam ani słowo o odszkodowaniu dla Polski za straty wojenne, ani o odszkodowaniu dla polskich ofiar, ani o kwestii restytucji mienia polskiego zagrabionego na terenie III Rzeszy”. Dziś wiemy więcej o PRL-owskich uwikłaniach nie tylko szefa MSZ u w rządzie Mazowieckiego, ale i dwóch czołowych doradców do spraw niemieckich. Dostęp do MSZ-owskiego archiwum i protokołów z negocjacji prowadzonych tuż po 1989 r. ze stroną niemiecką mógłby tylko dopełnić ten obraz. 29 lat po rozmowach okrągłego stołu w Stanach Zjednoczonych konsulowie do spraw Polonii ciągle muszą być oddelegowani z Polski. To tak jakby w armii do obsługi specjalistycznej armaty zatrudnić płetwonurka. Dla porównania ambasadorem Izraela w USA jest Amerykanin żydowskiego pochodzenia i w Izraelu nikomu to nie przeszkadza, bowiem Ron Dermer wychowany na Florydzie i wykształcony w najlepszych amerykańskich uniwersytetach mówi i zachowuje się jak Amerykanin. Posiada wielu kolegów ze studiów co jest ogromnym kapitałem społecznym. Znamienne, że tzw. elity opozycyjne tworząc zręby polskiej polityki zagranicznej po 1989 roku, jak ognia bały się skorzystać z doświadczeń i rady polskiej emigracji niepodległościowej, tak na kontynencie jak i w Ameryce, natomiast bez oporu angażowały do tego byłych funkcjonariuszy aparatu komunistycznego i ich potomków. Niestety, model ten, z uporem godnym lepszej sprawy, praktykowany jest do dziś.


Finansowanie polonijnych organizacji i projektów

Szybko przystąpiono do budowania narzędzi, przez które można było „komunikować z Polonią i Polakami na Wschodzie”. Powołano więc: Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” organizację pozarządową utworzoną w lutym 1990 roku z inicjatywy marszałka Senatu RP pierwszej kadencji prof. Andrzeja Stelmachowskiego, a potem wiele innych. Kulisy tego procesu ujawnił były dyplomata Krzysztof Baliński w słynnej już książce „MSZ polski czy antypolski”, podając liczne przykłady lokowania w organizacjach i fundacjach działających w Polsce agentury, uzupełnianej krewnymi i znajomymi warszawskiego salonu. Stworzono szczelny system finansowania, dbający o spolegliwość Polonii wobec okrągłostołowego establishmentu., który funkcjonuje do dziś i ma się dobrze.

Paradoksalnie, efekt działań tych idących już w dziesiątki organizacji i fundacji jest taki, że im więcej środków przyznawanych Polonii, tym mniejsze jej zaangażowanie w obronę dobrego imienia Polski. Minister Kiszczak zapewne chichocze zza grobu, bo wypełnia się jego słynna doktryna.

I tak, flagowe polonijne projekty w Ameryce i w Europie milczą w momencie, gdy polska racja stanu potrzebuje ich wsparcia. Przypomnijmy jak „pięknie zaprezentowała” się polonijna szkoła liderów na spotkaniu z nowo wybranym Prezydentem Dudą w ambasadzie w Waszyngtonie. Pod wodzą ambasadora Schnepfa, młodzi polonusi ochoczo bombardowali pytaniami Prezydenta dobrej zmiany. 14 października 2016 roku w Konsulacie RP w Kolonii, szef tamtejszej polonijnej rady konsultacyjnej - fasadowego gremium powołanego jeszcze za rządów PO-PSL - dziennikarz Bartosz Dudek w obecności senator RP Janiny Sagatowskiej oświadczył, że „od czasu zmiany rządu Polacy w RFN muszą się wstydzić za swój kraj”.

Na sali wypełnionej po brzegi polonijnymi prominentami odezwał się tylko jeden głos protestu, który zresztą panowie prezesi potraktowali ostentacyjnym buczeniem. Ów, tak głośno wyrażany „wstyd za Polskę dobrej zmiany” nie przeszkadza jednak tym samym polonijnym działaczom ubiegać się o kolejne granty i dotacje.

Dochodzi już do takiej schizofrenii, że Polacy, którzy nie otrzymują żadnych finansów z Warszawy, spontanicznie organizują wsparcia dla premiera Morawieckiego i polityki polskiego rządu, a ci którzy od lat doją polskiego podatnika, pod płaszczykiem aktywnej polonijnej aktywności, honorują nagrodami Panów Tusków i Owsiaków.

Czy rzeczywiście z Warszawy nie widać tej patologii i pilnej potrzeby ewaluacji systemu, który generuje tego rodzaju sytuacje?


Jak naprawić ten bałagan?

Po płomiennych apelach marszałka Senatu Karczewskiego i ministra MSZ Dziedziczaka do Polonii: „o reagowanie na przejawy antypolonizmu” należy jednak zwrócić uwagę na kilka istotnych kwestii:

1. Reagowanie na przejawy antypolonizmu musi mieć miejsce przede wszystkim w krajach, gdzie do takich aktów dochodzi. (oficjalne protesty, żądanie sprostowania, personalne kontakty z zagranicznymi mediami itp.)

Polonia może się w to angażować, co zresztą czyni od lat, ale trzeba mieć świadomość, że po drugiej stronie barykady mamy do czynienia z profesjonalnymi mediami o globalnym zasięgu, fachowymi produkcjami medialnymi i wpływowymi fundacjami.

3. Autorzy antypolonizmu, w przeciwieństwie do społeczności polskiej, mają zwykle doskonale zorganizowane finansowanie od swoich rządów, jak również granty rozmaitych fundacji i prywatne donacje.

Niestety, w antypolonizm od lat wpisują się także niektóre tzw. polonijne media, otrzymujące granty z polskiego Senatu oraz niektóre polskie instytucje funkcjonujące za pieniądze polskiego podatnika. Istotne jest to, aby pieniądze polskiego narodu służyły obronie dobrego imienia Polski, a nie wspierały antypolonizm!!! Ponadto w kraju mamy zastępy „usłużnych”, „pożytecznych” i „progresywnych” umiejętnie finansowanych z polskich dotacji, innych źródeł i stronę niemiecką, która w ten sposób przez lat wychowała sobie w Polsce opiniotwórcze lobby przychylne polityce prowadzonej przez Berlin. Nie jest przypadkiem, że realizowany do miesięcy scenariusz „ulica lub zagranica”, opiera się głównie na cichym wsparciu nie tylko niemieckich mediów, ale i władz RFN, czego koronnym dowodem była niedawna wypowiedź niemieckiej minister obrony w Telewizji ZDF o „potrzebie wspierania ruchu oporu w Polsce”.

Istotne jest więc jak najszybsze nakreślenie jednoznacznego i proaktywnego kierunku współpracy, wskazanie skutecznych narzędzi do realizacji polityki historycznej oraz dobór efektywnych polityków w Warszawie i równie efektywnych działaczy polonijnych w państwach mających strategiczne dla Polski znaczenie. Czas na zerwanie z polityką „miernych, ale wiernych” i unikaniem odpowiedzialności za podejmowane decyzje.

Konkluzja:

Pragniemy przypomnieć przedstawiany przez nas w 2016 roku projekt. Powołajmy, tak jak Węgrzy w USA, rządową fundację, która byłaby wsparciem dla budowania propolskiego lobby. Zatrudnijmy najlepszych fachowców z USA, Kanady, Niemiec, Wielkiej Brytanii i z Polski. Niech będzie to „Polska Team”, zespół profesjonalistów komunikujących się po polsku, ale także po angielsku, francusku czy niemiecku, którzy potrafiliby stworzyć sieć zintegrowanych polonijnych organizacji. Potem adoptujmy te rozwiązania w innych krajach. Dokonując tej inwestycji moglibyśmy na dekady przywrócić dawne znaczenie propolskiego lobbingu w USA i innych krajach, a co dalej za tym idzie przyciągnąć do Polski inwestycje, finanse Polonii i innych krajów, tak jak zrobili to Irlandczycy, a także inne nacje.

Odsyłamy Państwa do naszej prezentacji na stronie Narodowego Instytutu Studiów Strategicznych http://niss.org.pl/jak-stworzyc-propolski-lobbing-w-ameryce/. Ważne, by sobie uświadomić, iż dla propolskiego lobbingu w strategicznych dla Polski krajach, nie wystarcza już weekendowy wolontariat, czy pospolite ruszenie Polonii. Trzeba konsekwentnie profesjonalizować społeczność polską i przyciągnąć jej intelektualne zaplecze, bo tylko tak urzeczywistni się postulat ochrony dobrego imienia Polski za granicą.

Za podsumowanie niech posłużą efekty badań prowadzonych na Uniwersytecie Kansas. Wynika z nich, że ”1 dolar zainwestowany w lobbing przynosi $220 zysku. (źródło: Raquel Alexander, Susan Scholz and Stephen Mazza “Measuring Rates of Return for Lobbying Expenditures: An Empirical Analysis under the American Jobs Creation Act”).

Agnieszka Wolska (Niemcy), Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Waldemar Biniecki (USA), Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.