Goniec

Register Login

Goniec Poleca

Nazywam się Wiesław Nazaruk, urodzony 11 listopada 1958 roku, więc w tym roku 60-tka już, w Kodniu nad Bugiem, jako siódme dziecko moich rodziców, Piotra i Stanisławy, już nie żyją. Najstarszy brat zmarł krótko po porodzie, potem było pięć sióstr i ja byłem ostatnim dowodem miłości rodziców. (...)

                  Wybrałem sobie na bierzmowaniu imię Antoni, ponieważ był taki ojciec Antoni Pośpiech, cudowny ksiądz, w Kodniu wtedy był, zajmował się ministrantami. Ja – broń Boże, nie powstała we mnie żadna myśl o kapłaństwie – ale tak myślałem sobie jako dziecko, że chciałbym być dobrym człowiekiem, a on był takim uosobieniem dobroci, której ja doświadczałem jako ministrant. On niedawno zmarł, wspaniały kapłan.

                  I nie dlatego, żeby mu sprawić przyjemność, że jako proboszcz Antoni, tylko żeby coś mi przyświecało. A ten Antoni, którego zresztą niedawno odwiedziłem, Padewski w Lizbonie, to dowiedziałem się od tamtej strony z Nieba, że jest jednym z moich autentycznych patronów, a przez bierzmowanie stał się opiekunem mojej duszy – bo mamy aniołów stróżów, patronów wybranych, i też takich, których, tak doświadczyłem w moich wędrówkach po ziemi i po tamtej stronie, możemy mieć wielu patronów, świadomie i nieświadomie, dobrze jak wiemy i ich wybieramy. I Antoni mi towarzyszy.

                  Mam jeszcze jedno imię. Już to zaznaczam na początku, nie żeby przestraszyć, ale Indianie Psie Boki, tak się nazywają, gdzie zaczynałem pracę na Dalekiej Północy Kanady, nad Wielkim Jeziorem Niewolniczym, dali mi w krótkim czasie imię, przezwisko. W ich języku brzmi to Jattigua, czyli Mały Ksiądz. Mały to może być wzrostem, albo też mało ważny.

                  Też mi to podobało się, bo był inny ksiądz, który był moim szefem, i nazywali go Jattigao, czyli szef. A mnie nazywali niski, chociaż oni nie byli wyżsi ode mnie, a potem w krótkim czasie, po kilku miesiącach, dołożyli mi jeszcze jatti, Jattigua Jatti, mały ksiądz, który dużo mówi. A to niekoniecznie gaduła. Żeby dodać sobie splendoru, to jest mały ksiądz, który ma dużo do powiedzenia.

                  No bo jeżeli się spotykało z ludźmi raz na krótki czas, na przykład spędzało się w jakiejś wspólnocie tydzień, dwa albo miesiąc – i to była jedna albo dwie wizyty w ciągu roku – to w tym czasie trzeba było dużo nadrobić spotkań, kazania, codziennie jakieś katechezy, chrzty. I oczywiście te spotkania trwały wtedy długo.

                  Indianie nie są wielomówni, więc to szybko im podpadło. Słowo jatti, zanim poznali chrześcijaństwo, było na określenie człowieka dużo mówiącego, a kiedy misjonarze dotarli, oni nie mieli w słownictwie swoim czegoś takiego jak ksiądz. A ksiądz przychodził, tłumaczył i dużo mówił, więc słowo jatti na mówiącego – taki, co dużo mówi.  (...)

                  Kodeń jako miasto ma ponad 500 lat, jako miasto znany jest z Matki Bożej Kodeńskiej. To jest trzeci obraz w historii narodu polskiego koronowany po Częstochowie, w tamtym roku było 300-lecie, Troki na Litwie i Kodeńska 1723 rok. Ma przepiękną historię opisaną przez Zofię Kossak-Szczucką w „Błogosławionej wina”. Burzliwa historia.

                  Tam mi Pan Bóg wybrał miejsce przyjścia na świat. Jestem za to wdzięczny. Wiem osobiście od Pana Jezusa, że Matka Boża wzięła mnie pod opiekę od pierwszej chwili od urodzenia. Kiedy się urodziłem, byłem bardzo słaby i nie miałem siły nawet wydać głosu. Lekarze powiedzieli, że do sześciu dni umrę, że tylko cud może mnie uratować od śmierci. Mama już doświadczyła śmierci pierwszego syna, więc miała takie doświadczenie.

                  I tak sześć dni zamienia się już w 60 lat. I jakoś się dogadujemy z Panem Bogiem, a Matka Boża Kodeńska towarzyszy mi przez cały czas. Doświadczałem dzięki jej wstawiennictwu, obecności świadomej, kiedy prosiłem, albo też kiedy sama wychodziła z inicjatywą czynienia cudów wobec mnie. Więc potem dowiadywałem się, że to jej zawdzięczam uratowanie ze śmierci czy z jakiegoś wypadku.

                  Moja historia jest nieprawdopodobna, taka burzliwa i obfita w nadzwyczajne rzeczy, że muszę się bardzo streszczać i bardzo wybiórczo potraktować niektóre sprawy. Żeby opowiedzieć historię, to trzeba by ją opisać, a ja nigdy do pisania się nie brałem, ale otrzymałem polecenie. Bo do tej pory, kiedy opowiadałem na rekolekcjach, czy na spotkaniach, czy w wywiadach telewizyjnych i radiowych, pytano, czy historie mojego spotkania z Bogiem, moje przeżycia wiary czy przeżycia śmierci i życia, tych krawędzi, są gdzieś zapisane. Ja mówiłem,  że nie.

                  Miałem producenta filmowego, który chciał nakręcić film o moim życiu czy o niektórych wydarzeniach mojego życia, ja powiedziałem, że nie, bo jestem zakonnikiem, trzeba pozwolenia, a poza tym nie mam napisanego nic, ani jednego zdania, ponieważ – odpowiedziałem – nie miałem takiego polecenia z góry. Znamy ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną, i oni otrzymali polecenie zapisu, przekazania ludziom, żeby to służyło umacnianiu wiary. I nie miałem żadnego takiego wewnętrznie polecenia, żeby to opisać. I myślałem, że tak zostanie, ale jakiś czas temu otrzymałem z góry polecenie, że mam to spisać. I już od kilku miesięcy przymierzam się, ale nie napisałem jeszcze ani jednego wyrazu. Narasta to we mnie, to się gromadzi. Jak Jezus powiedział – Duch Święty cię poprowadzi, co i jak masz napisać z tego, co dane było mi przeżyć.

                  To pierwsze, przeżycia na granicy życia, to że przeżyłem, a dużo dzieci wtedy umierało. Pamiętam z wczesnego dzieciństwa, że sąsiadki przychodziły, różne ciotki i patrząc na mnie, mówiły – nie możemy się nadziwić, że ty żyjesz. Ja nie wiedziałem wtedy, co to znaczy. Ale słyszę – Wiesiu, nie możemy napatrzyć się na ciebie, ty żyjesz. Potem się dowiadywałem. Jako najmłodsze dziecko w domu, dzięki siostrom, które chodziły do szkoły, to się szybko uczyłem. Nie mieliśmy światła elektrycznego w Kodniu, na uboczu mieszkaliśmy, więc przy lampie siostry siadały i się uczyły, a ja nie mogłem się doczekać do szkoły, więc podsłuchiwałem, jak one się nawzajem uczyły wierszy. I mama zawsze mówiła, patrzcie, on tylko posłuchał i powtórzył wiersz, a wy się uczycie, uczycie i tróje dostajecie.

                  Miałem szczęście, że kiedy moi rodzice na roli byli zajęci, to latem moje siostry brały mnie do szkoły. Nie chodziłem do przedszkola, to było niemożliwe w tamtych warunkach, a gdy poszedłem do podstawówki, to wszystkich nauczycieli znałem, bo siostry brały mnie do swoich klas. Fajne to było, siedziałem z chłopakami i gdzieś tam okazywałem jakieś zdolności rysowania, dostawałem kartki, ołówki, potem chłopaki brali mnie na ramiona i na tablicy mogłem rysować do woli. Nauczycielki podziwiały, więc została u mnie taka niedobra cecha, jak narcyzm, zadowolenie z siebie. Potem się dowiedziałem, jakiś psycholog mi powiedział, że to nie jest dobre.

                  W szkole podstawowej wszystko mi fajnie szło i przez to, że okazywałem zdolności do rysowania, pisania, to potem jeszcze doszło zainteresowanie muzyką. Ponieważ mój wujek grał na akordeonie, taki samouk, mój ojciec bardzo lubił akordeon, więc nie mógł się doczekać, kiedy będę wystarczająco duży, żebym też grał. Mój rozwój muzyczny szybko się zakończył, jeśli chodzi o akordeon, bo mój ojciec myślał, że ja po paru ćwiczeniach zagram mu „Fale Dunaju”. On bardzo lubił ten walc. I się pokłócił przy wódce z nauczycielem, że on już pięć lekcji opłacił, a syn „Fal Dunaju” nie umie zagrać. Tak zakończyła się moja edukacja, bo się pobili.

                  Potem się uczyłem troszeczkę sam, potem doszła trąbka, bo kolega grał na trąbce w orkiestrze kodeńskiej. Trąbka i akordeon mi zostały i towarzyszą mi, chociaż nigdy nie byłem w żadnej szkole muzycznej, ale i na misjach, i jak jeżdżę na rekolekcje, to używam troszeczkę, zwłaszcza przy grupach dziecięcych, ale nie tylko, do starszych też, to jest taki mój znak rozpoznawczy. Nie żeby to było w formie koncertu, show, popisówki jakiejś, teatrzyku, tylko służy to, zwłaszcza trąbka, jako element głoszenia Słowa Bożego. Dobieram pieśni, dosyć znane, i ta pieśń jest zwykle streszczeniem tego, co chcę w kazaniu powiedzieć. Zdarzały się bardzo ciekawe rzeczy, np. miałem rekolekcje chyba w tamtym roku i ksiądz proboszcz, bardzo wymagający skądinąd, mówi – wiesz, to kazanie następne to skróć, bo trzeba, żeby było krócej. Mówię, nie ma problemu, bo trąbka zajmuje 3 – 4 minuty do pięciu, to nie będzie trąbki. Mówi – Nie, nie, trąbka będzie, tylko kazanie skrócisz.

                  O powołaniu – nie zastanawiałem się nigdy, żeby być księdzem, bo było takie rozdwojenie, kiedy w 6. – 7. klasie podstawówki zastanawiałem się, co zrobić, to jedni nauczyciele uważali, że może właśnie w muzykę powinienem się wybrać, rozwinąć, a niektórzy właśnie, że rysowanie, malowanie. A mój ojciec chciał, żebym był rolnikiem, no bo następca i ta ziemia przez kogoś musi być uprawiana.

                  Miałem w 7. klasie taki pomysł, że wszystko pogodzę. Nawet wiedziałem, z jaką dziewczyną się ożenię, miała na imię Elwira, ona była też muzycznie rozwinięta, lepiej niż ja, jej ojciec był właśnie tym nauczycielem akordeonu, z którym się mój ojciec pobił. Zaprzyjaźniliśmy się niezależnie od tego i miałem pomysł, że ożenię się z Elwirą, będziemy mieli czworo dzieci, będziemy w soboty i niedziele grali, będziemy mieli zespół muzyczny rodzinny, ziemię dam w dzierżawę, a w ciągu tygodnia będę malował obrazy, które będę sprzedawał i będziemy mieli z czego żyć oprócz muzyki.

                  Bardzo dobry pomysł, ale w ten pomysł wkroczył Pan Bóg i dobrze na tym wyszedłem. Nigdy w życiu bym sobie sam tego nie wymyślił, kapłaństwa, bo pochodząc z takiej, a nie innej rodziny, bardzo wschodniej i żywiołowej, to nie wchodziło w rachubę. Chociaż kiedy decydowałem się po szkole podstawowej iść do niższego seminarium w Markowicach, to był najbardziej nieszczęśliwy moment, żeby taką drogę wybrać, ponieważ akurat brat cioteczny mojej mamy jakoś miesiąc – dwa miesiące wcześniej wystąpił z kapłaństwa, oblatem był, dwa lata po święceniach. Wystąpił, by się ożenić. W takim wypadku w takiej małej miejscowości to jest napięcie. I teraz ja, z moim życiorysem – dzisiaj to by nazwali ADHD, ale wtedy to nie brzmiało tak – nadpobudliwością w szkole – dobrze się uczyłem, ale byłem wszędzie, gdzie coś się działo...

Ciąg dalszy za tydzień

O. Wiesław Nazaruk na podst. YouTube

Legendarny działacz podziemnej Solidarności Władysław Frasyniuk powiedział “Gazecie Wyborczej” o zwycięstwie lewicy laickiej nad komunistami w 1989 roku: „To myśmy ich, k**wa, po-ko-na-li!” Tę wypowiedź znakomicie i celnie zripostował Włodzimierz Czarzasty z SLD: „Drogi Władysławie Frasyniuku! Żeście komunistów pokonali? No nie. Wyście się z nami, k.…wa, przy Okrągłym Stole i 4 czerwca 1989 r. do-ga-da-li. Cytując tę polemikę trudno było uniknąć kwiecistego języka, jednak to właśnie ów język dobrze obrazuje z jaką klasą polityczną mamy w Polsce do czynienia po 1989 roku.

Owo „dogadanie się” tzw. konstruktywnej opozycji z komunistami przy Okrągłym Stole skutkowało między innymi niedopuszczeniem do władzy w Polsce reprezentacji środowisk patriotycznych i niepodległościowych.

Długo i naiwnie Polonia na całym świecie oczekiwała otwarcia i działań kolejnych rządów III RP, w celu inkorporacji Polonii w proces zmian struktury politycznej i społecznej III Rzeczpospolitej, tak jak to miało miejsce u zarania II Rzeczpospolitej. W roku czekającej nas 100 rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości trudno przemilczeć fakt, że trzon polityczny, odrodzonej po 123 latach niewoli, II Rzeczpospolitej rekrutował się w istotnej mierze spośród polskiej emigracji, począwszy od wielkiego Jana Ignacego Paderewskiego.

Tymczasem, po 1989 roku to Polacy żyjący na emigracji jako pierwsi zostali odepchnięci od udziału w polskim życiu społecznym i politycznym z jednym zastrzeżeniem: pieniądze od rodaków spoza kraju powinny nadal płynąć ciepłym strumieniem do Polski. Gwoli wyjaśnienia: według danych Banku Światowego z 2015 roku, Polonia amerykańska co roku wysyła do Polski przeszło 900 milionów dolarów; w 2015 roku Polskie Radio podało, że Polacy z Wielkiej Brytanii każdego roku transferują do kraju ok. 3 mld funtów.

Po drugiej wojnie światowej Polonia amerykańska, podobnie jak brytyjska przejęła na siebie obowiązek walki o reprezentowanie prawdy historycznej i przechowania polskiej tożsamości narodowej. Celnie wyraził to Kazimierz Łukomski – wiceprezes KPA w słowach:” Naszym wspólnym obowiązkiem jest: reprezentować wobec świata rzeczywiste interesy i aspiracje narodu polskiego oraz informować o rozwoju sytuacji w Polsce i jej dążeniach, potrzebach i prawach.” Nic dziwnego, że za to właśnie Polonia, tak na kontynencie, jak i za Oceanem była inwigilowana i rozbijana przez wrogów Polski i proces ten bynajmniej nie zatrzymał się w 1989 roku. Doktryna wszystkich służb PRL, a zwłaszcza ich ostatniego szefa gen. Kiszczaka zakładała dezintegrację polonijnych organizacji poprzez wprowadzanie do nich agentów wpływu.

Mimo, że PRL u nie ma już od blisko 30 lat, jednak wiele z osób, „zadaniowanych” do niszczenia emigracji nadal bryluje na rautach w polskich placówkach dyplomatycznych, paradach i uroczystościach religijnych. Do dziś kuleje proces odkłamywania historii emigracji w oparciu o archiwalne zbiory IPN, w tym tzw. zbiór zastrzeżony. Odnosi się wrażenie, że historycy koncentrują się chętnie na pierwszych latach powojennych, ale jak ognia unikają np. okresu lat 80 tych, przecież kluczowych także dla naszej współczesności i budowania wielu karier, także na emigracji.

Doskonałą ilustracją procesu odsunięcia Polonii (emigracji) od wpływu na rozwój suwerennej Polski była pewna dyplomatyczna podróż. Na początku 1990 roku, ówczesny - pierwszy, jak to podkreślano po 1945 roku - niekomunistyczny premier Tadeusz Mazowiecki, podczas wizyty Londynie nie spotkał się z prezydentem RP na uchodźstwie Ryszardem Kaczorowskim, bo uznał, że spotkanie byłoby „poniżające wobec prezydenta Jaruzelskiego, swojego rządu i państwa”. Dokument, będący zapisem tej dyplomatycznej hańby, dopiero po latach ujawnił dyrektor Wojskowego Biura Historycznego MON, dr hab. Sławomir Cenckiewicz. Podczas spotkania z Polonią, premierowi Mazowieckiemu zadano pytanie: „Dlaczego w jego rządzie są nadal komuniści, a prezydentem jest W. Jaruzelski”. Premier odpowiedział: „dzięki tym ludziom doszło do przemian w Polsce, a ja jestem premierem”.

Miarą kompromitacji owego pierwszego, niekomunistycznego premiera i jego otoczenia, a zwłaszcza tzw. doradców, jest „Traktat między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” z 17.06.1991. Strona polska, chcąc za wszelką cenę, normalizacji stosunków z jednoczącymi się Niemcami, mimo pierwotnego zamiaru, odstąpiła od domagania się odszkodowań i zwrotu mienia polskich organizacji, skonfiskowanego na mocy tzw. dekretu Göringa.

Dziś, kiedy kwestia reparacji powraca, władze niemieckie mówią wprost: „z naszego punktu widzenia traktat z 1991 roku zamknął ten temat ostatecznie.”

Gdy udostępniono kopię wynegocjowanego porozumienia, specjalistom od prawa międzynarodowego w Stanach Zjednoczonych z prof. Lenczowskim na czele, zadali oni tylko jedno pytanie: „Jacy agenci przygotowali ten dokument, skoro nie pada tam ani słowo o odszkodowaniu dla Polski za straty wojenne, ani o odszkodowaniu dla polskich ofiar, ani o kwestii restytucji mienia polskiego zagrabionego na terenie III Rzeszy”. Dziś wiemy więcej o PRL-owskich uwikłaniach nie tylko szefa MSZ u w rządzie Mazowieckiego, ale i dwóch czołowych doradców do spraw niemieckich. Dostęp do MSZ-owskiego archiwum i protokołów z negocjacji prowadzonych tuż po 1989 r. ze stroną niemiecką mógłby tylko dopełnić ten obraz. 29 lat po rozmowach okrągłego stołu w Stanach Zjednoczonych konsulowie do spraw Polonii ciągle muszą być oddelegowani z Polski. To tak jakby w armii do obsługi specjalistycznej armaty zatrudnić płetwonurka. Dla porównania ambasadorem Izraela w USA jest Amerykanin żydowskiego pochodzenia i w Izraelu nikomu to nie przeszkadza, bowiem Ron Dermer wychowany na Florydzie i wykształcony w najlepszych amerykańskich uniwersytetach mówi i zachowuje się jak Amerykanin. Posiada wielu kolegów ze studiów co jest ogromnym kapitałem społecznym. Znamienne, że tzw. elity opozycyjne tworząc zręby polskiej polityki zagranicznej po 1989 roku, jak ognia bały się skorzystać z doświadczeń i rady polskiej emigracji niepodległościowej, tak na kontynencie jak i w Ameryce, natomiast bez oporu angażowały do tego byłych funkcjonariuszy aparatu komunistycznego i ich potomków. Niestety, model ten, z uporem godnym lepszej sprawy, praktykowany jest do dziś.


Finansowanie polonijnych organizacji i projektów

Szybko przystąpiono do budowania narzędzi, przez które można było „komunikować z Polonią i Polakami na Wschodzie”. Powołano więc: Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” organizację pozarządową utworzoną w lutym 1990 roku z inicjatywy marszałka Senatu RP pierwszej kadencji prof. Andrzeja Stelmachowskiego, a potem wiele innych. Kulisy tego procesu ujawnił były dyplomata Krzysztof Baliński w słynnej już książce „MSZ polski czy antypolski”, podając liczne przykłady lokowania w organizacjach i fundacjach działających w Polsce agentury, uzupełnianej krewnymi i znajomymi warszawskiego salonu. Stworzono szczelny system finansowania, dbający o spolegliwość Polonii wobec okrągłostołowego establishmentu., który funkcjonuje do dziś i ma się dobrze.

Paradoksalnie, efekt działań tych idących już w dziesiątki organizacji i fundacji jest taki, że im więcej środków przyznawanych Polonii, tym mniejsze jej zaangażowanie w obronę dobrego imienia Polski. Minister Kiszczak zapewne chichocze zza grobu, bo wypełnia się jego słynna doktryna.

I tak, flagowe polonijne projekty w Ameryce i w Europie milczą w momencie, gdy polska racja stanu potrzebuje ich wsparcia. Przypomnijmy jak „pięknie zaprezentowała” się polonijna szkoła liderów na spotkaniu z nowo wybranym Prezydentem Dudą w ambasadzie w Waszyngtonie. Pod wodzą ambasadora Schnepfa, młodzi polonusi ochoczo bombardowali pytaniami Prezydenta dobrej zmiany. 14 października 2016 roku w Konsulacie RP w Kolonii, szef tamtejszej polonijnej rady konsultacyjnej - fasadowego gremium powołanego jeszcze za rządów PO-PSL - dziennikarz Bartosz Dudek w obecności senator RP Janiny Sagatowskiej oświadczył, że „od czasu zmiany rządu Polacy w RFN muszą się wstydzić za swój kraj”.

Na sali wypełnionej po brzegi polonijnymi prominentami odezwał się tylko jeden głos protestu, który zresztą panowie prezesi potraktowali ostentacyjnym buczeniem. Ów, tak głośno wyrażany „wstyd za Polskę dobrej zmiany” nie przeszkadza jednak tym samym polonijnym działaczom ubiegać się o kolejne granty i dotacje.

Dochodzi już do takiej schizofrenii, że Polacy, którzy nie otrzymują żadnych finansów z Warszawy, spontanicznie organizują wsparcia dla premiera Morawieckiego i polityki polskiego rządu, a ci którzy od lat doją polskiego podatnika, pod płaszczykiem aktywnej polonijnej aktywności, honorują nagrodami Panów Tusków i Owsiaków.

Czy rzeczywiście z Warszawy nie widać tej patologii i pilnej potrzeby ewaluacji systemu, który generuje tego rodzaju sytuacje?


Jak naprawić ten bałagan?

Po płomiennych apelach marszałka Senatu Karczewskiego i ministra MSZ Dziedziczaka do Polonii: „o reagowanie na przejawy antypolonizmu” należy jednak zwrócić uwagę na kilka istotnych kwestii:

1. Reagowanie na przejawy antypolonizmu musi mieć miejsce przede wszystkim w krajach, gdzie do takich aktów dochodzi. (oficjalne protesty, żądanie sprostowania, personalne kontakty z zagranicznymi mediami itp.)

Polonia może się w to angażować, co zresztą czyni od lat, ale trzeba mieć świadomość, że po drugiej stronie barykady mamy do czynienia z profesjonalnymi mediami o globalnym zasięgu, fachowymi produkcjami medialnymi i wpływowymi fundacjami.

3. Autorzy antypolonizmu, w przeciwieństwie do społeczności polskiej, mają zwykle doskonale zorganizowane finansowanie od swoich rządów, jak również granty rozmaitych fundacji i prywatne donacje.

Niestety, w antypolonizm od lat wpisują się także niektóre tzw. polonijne media, otrzymujące granty z polskiego Senatu oraz niektóre polskie instytucje funkcjonujące za pieniądze polskiego podatnika. Istotne jest to, aby pieniądze polskiego narodu służyły obronie dobrego imienia Polski, a nie wspierały antypolonizm!!! Ponadto w kraju mamy zastępy „usłużnych”, „pożytecznych” i „progresywnych” umiejętnie finansowanych z polskich dotacji, innych źródeł i stronę niemiecką, która w ten sposób przez lat wychowała sobie w Polsce opiniotwórcze lobby przychylne polityce prowadzonej przez Berlin. Nie jest przypadkiem, że realizowany do miesięcy scenariusz „ulica lub zagranica”, opiera się głównie na cichym wsparciu nie tylko niemieckich mediów, ale i władz RFN, czego koronnym dowodem była niedawna wypowiedź niemieckiej minister obrony w Telewizji ZDF o „potrzebie wspierania ruchu oporu w Polsce”.

Istotne jest więc jak najszybsze nakreślenie jednoznacznego i proaktywnego kierunku współpracy, wskazanie skutecznych narzędzi do realizacji polityki historycznej oraz dobór efektywnych polityków w Warszawie i równie efektywnych działaczy polonijnych w państwach mających strategiczne dla Polski znaczenie. Czas na zerwanie z polityką „miernych, ale wiernych” i unikaniem odpowiedzialności za podejmowane decyzje.

Konkluzja:

Pragniemy przypomnieć przedstawiany przez nas w 2016 roku projekt. Powołajmy, tak jak Węgrzy w USA, rządową fundację, która byłaby wsparciem dla budowania propolskiego lobby. Zatrudnijmy najlepszych fachowców z USA, Kanady, Niemiec, Wielkiej Brytanii i z Polski. Niech będzie to „Polska Team”, zespół profesjonalistów komunikujących się po polsku, ale także po angielsku, francusku czy niemiecku, którzy potrafiliby stworzyć sieć zintegrowanych polonijnych organizacji. Potem adoptujmy te rozwiązania w innych krajach. Dokonując tej inwestycji moglibyśmy na dekady przywrócić dawne znaczenie propolskiego lobbingu w USA i innych krajach, a co dalej za tym idzie przyciągnąć do Polski inwestycje, finanse Polonii i innych krajów, tak jak zrobili to Irlandczycy, a także inne nacje.

Odsyłamy Państwa do naszej prezentacji na stronie Narodowego Instytutu Studiów Strategicznych http://niss.org.pl/jak-stworzyc-propolski-lobbing-w-ameryce/. Ważne, by sobie uświadomić, iż dla propolskiego lobbingu w strategicznych dla Polski krajach, nie wystarcza już weekendowy wolontariat, czy pospolite ruszenie Polonii. Trzeba konsekwentnie profesjonalizować społeczność polską i przyciągnąć jej intelektualne zaplecze, bo tylko tak urzeczywistni się postulat ochrony dobrego imienia Polski za granicą.

Za podsumowanie niech posłużą efekty badań prowadzonych na Uniwersytecie Kansas. Wynika z nich, że ”1 dolar zainwestowany w lobbing przynosi $220 zysku. (źródło: Raquel Alexander, Susan Scholz and Stephen Mazza “Measuring Rates of Return for Lobbying Expenditures: An Empirical Analysis under the American Jobs Creation Act”).

Agnieszka Wolska (Niemcy), Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Waldemar Biniecki (USA), Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

(Inf. za Pan Nikt)  Loża B’nai B’rith do Mike'a Pompeo w liście gratulacyjnym sprzed paru dni z okazji zaprzysiężenia go na sekretarza stanu: "B’nai B’rith także oczekuje kontynuacji współpracy z Departamentem Stanu w kluczowej dziedzinie, jaką jest zwalczanie antysemityzmu na świecie i promocji pamięci o Holokauście oraz wspieraniu wypłaty odszkodowań dotyczących ery Holokaustu. Nie mamy wątpliwości, że wysiłki na rzecz postępu w tych kwestiach nadal będą mocno wspierane przez Departament Stanu za pańskiej kadencji.
Przeto mocno nalegamy, aby Departament Stanu mianował Specjalnego Posła ds. Monitorowania i Zwalczania Antysemityzmu. Potrzeba stworzenia tego stanowiska jest większa, niż kiedykolwiek do tej pory, zwłaszcza że antysemickie wystąpienia zwiększają swoją liczbę na całym świecie i mają charakter ponadideologiczny. Bezpieczeństwo wspólnot żydowskich byłoby zasadniczo wzmocnione dzięki powołaniu przez rząd amerykański Specjalnego Posła, skutkowałoby to tym samym traktowaniem priorytetowo kwestii antysemityzmu i umiejscowiłoby amerykańskie przywództwo i moralne władztwo na pozycji wspierającej ideę walki z antysemityzmem."

Treść listu tutaj

sobota, 28 kwiecień 2018 10:47

Trump przygotowuje wojnę?

Napisał

Kanclerz Niemiec Ángela Merkel po rozmowach z prezydentem Trumpem przyznała że istniejący układ nuklearny z Iranem nie jest wystarczający dla powstrzymania programu atomowego, a ponadto wpływy Teheranu w regionie muszą być ograniczone.
Merkel złożyła w minionym tygodniu krótką, roboczą wizytę w Waszyngtonie. Podczas konferencji prasowej po spotkaniu z prezydentem USA powiedziała, że geopolityczne wpływy Iranu w Syrii, Libanie i Iraku muszą zostać powstrzymane, a "kwestia Iranu" jest dla Niemiec nawet ważniejsza niż dla Stanów Zjednoczonych ponieważ kraj ten - jak to określiła - "leży u naszych drzwi".
Obserwatorzy zauważają że Merkel, poprzednio wypowiadała się pozytywnie o porozumieniu z Iranem, będącym podstawą dla zniesienia izolacji tego kraju. Eksperci z Europy, którzy kontrolują wykonywanie tego porozumienia przez Teheran poświadczają, że jest ono przez Iran respektowane.
W rezultacie nowej sytuacji na Bliskim Wschodzie wzrosły natomiast wpływy Iranu w Syrii oraz w Libanie co wzbudziło poważny niepokój Izraela; stąd naciski na zerwanie irańskiego porozumienia, przywrócenie sankcji oraz - jak postuluje wielu izraelskich polityków kroki militarne przeciwko Teheranowi.
Prezydent Trump przyznał że zdołał przekonać Merkel do zmiany stanowiska, oświadczając iż "obecnie Kanclerz Niemiec postrzega Iran zupełnie inaczej niż miało to miejsce zanim przekroczyła próg Gabinetu Owalnego w Białym Domu…".

W sobotę nad ranem w szpitalu w Liverpoolu zmarł Alfie Evans – poinformował jego ojciec Tom.

Alfie Evans przebywał w szpitalu Alder Hey od ponad roku, gdzie lekarzom nie udało się zdiagnozować jego choroby.

Brytyjski sąd wydał wyrok śmierci na dziecko, kiedy odebrał prawa rodzicielskie rodzicom i kazał odłączyć je od aparatury. Jak twierdzili lekarze Alfie miał nie przeżyć godziny, a przeżył pięć dni.

Już po wyroku sądu Alfie nie miał podawanego jedzenia przez kilkadziesiąt godzin, a rodzice nie byli dopuszczani do chłopca.

Mimo zaangażowania papieża i nadania chłopcu włoskiego obywatelstwa, sąd nie pozwolił na zabranie go do Włoch, gdzie jeden ze szpitali chciał leczyć Alfiego. Dyrektor szpitala Bambino Gesú przyjechał do Liverpoolu, by osobiście porozmawiać z władzami Alder Hey, ale nie został wysłuchany.

Alfie cierpiał na niezdiagnozowaną chorobę neurologiczną i przebywał w szpitalu Alder Hey w Liverpoolu. Dr Izabela Pałgan, polska lekarka, która w styczniu badała chłopca powiedziała, że reagował wówczas na bodźce i miał kontakt z rodzicami.

Opiekujący się nim lekarze ocenili, że zmiany w mózgu pozbawiły go wzroku, słuchu, smaku i czucia, a dalsza terapia "nie jest w jego najlepszym interesie" i może być nie tylko "daremna", ale także "nieludzka". Mimo że chłopiec oddychał samodzielnie i poruszał ustami lekarze ze szpitala uznali, że jest martwy. Od poniedziałku przestano go żywić. 

Sprawa Alfiego poruszyła ludzi na całym świecie. Pod brytyjskim konsulatem w Warszawie odbyło się kilka demonstracji w obronie chłopca. 

(PAP/KAI)

 

piątek, 27 kwiecień 2018 10:31

Możliwe zjednoczenie Korei?

Napisał

Przywódcy Korei Północnej i Południowej oświadczyli podczas historycznego szczytu, że zobowiązują się do zaprzestania wszelkich aktów wrogości miedzy krajami i podpisz' uk;ad pokojowy formalnie kończący wojnę koreańską z lat 50..

Podczas piątkowego szczytu zgodzili się też, że należy przeprowadzić denuklearyzację Półwyspu Koreańskiego i będą w tej sprawie ściśle współpracować

W piątek doszło do historycznego spotkania przywódców obu Korei, Północnej i Południowej, w Panmundżomie, miejscowości w Koreańskiej Strefie Zdemilitaryzowanej, na granicy obu państw. Przywódca Korei Płn. po raz pierwszy od 1953 roku postawił stopę na ziemi południowokoreańskiej.

Poranna część szczytu była pełna symbolicznych, pojednawczych gestów. Kim, według obserwatorów stara się zrobić wrażenie promotora pokoju. Rozmowy toczyły się w tzw. Domu Pokoju. Przywódca Korei Płn. wpisał się tam do księgi gości. „Zaczyna się teraz nowa historia, era pokoju” – napisał we wpisie do księgi. Z kolei podczas rozmów mówił o „nowej historii pokoju i dobrobytu w relacjach między Koreami”.

W tym roku, na który przypada 65. rocznica rozejmu, Korea Południowa i Północna zgodziły się aktywnie starać się o trójstronne spotkania z udziałem obu Korei i USA, oraz czterostronne spotkania z udziałem obu Korei, USA i Chin, by ogłosić koniec wojny i zbudować stały i solidny pokój – napisano w dokumencie. Zakłada on także dążenie do redukcji zbrojeń, rychłego zaprzestania wszelkich „aktów wrogości” (w tym działalności propagandowej), przekształcenie umocnionej granicy w „strefę pokoju”, jak również dążenie do wielostronnych rozmów z innymi państwami, w tym z USA.

Po podpisaniu deklaracji przywódcy obu krajów po raz pierwszy w historii wystąpili wspólnie na konferencji prasowej. Mun Dze In powiedział, że rozdzieleni krewni będą mogli się ze sobą kontaktować, a linia demarkacyjna stanie się „strefą pokoju”. Zapowiedział też budowę „wiecznego pokoju na Półwyspie Koreańskim” oraz wstrzymanie wszelkich form wrogości pomiędzy państwami.

Kim przemawiając po Munie podkreślał, że Koreańczycy po obu stronach granicy są „braćmi tej samej krwi” i zapowiedział „nową erę pokoju” w dwustronnych relacjach.

środa, 25 kwiecień 2018 20:13

Uśmiercanie w autorytecie prawa

Napisał

Po trwającej prawie pięć godzin rozprawie brytyjski sąd odrzucił apelację rodziców niespełna dwuletniego Alfiego Evansa ws. decyzji sądu niższej instancji o zaprzestaniu podtrzymywania go przy życiu i braku zgody na przewiezienie chłopca do Włoch - poinformowała telewizja Sky News. Po wyroku szpital Alder Hay w Liverpoolu, w którym znajduje się dziecko wydał oświadczenie. Zapewnia w nim, że „dla lekarzy głównym priorytetem jest zapewnienie Alfiemu opieki, na którą zasługuje”.


Prawnik rodziny Evansów ujawnia najnowsze informacje nt. stanu Alfiego
Prawie dwuletni Alfie Evans „ma trudności” ponad 40 godzin po wyłączeniu maszyny podtrzymującej życie – powiedział na rozprawie w sądzie...

zobacz więcej
„Odnotowujemy dzisiejszy wyrok Trybunału Odwoławczego, który odrzucił oba wnioski dotyczące przeniesienia Alfiego do Włoch. Naszym głównym priorytetem pozostaje zapewnienie, że Alfie otrzymuje opiekę, na którą zasługuje, aby zapewnić zachowanie jego komfortu, godności i prywatności” – zaznaczono.

Alfie przebywa w Alder Hey od grudnia 2016 r. Cierpi na ciężką, niezdiagnozowaną dotąd chorobę neurologiczną.

Lekarze argumentowali przed sądami, że u chłopca doszło do nieodwracalnych zmian w mózgu, które pozbawiły go zmysłów wzroku, słuchu, smaku i czucia, a dalsza terapia ”nie jest w jego najlepszym interesie” i może być nie tylko „daremna”, ale także „nieludzka”.

#wieszwiecejPolub nas


Maskotki i świeczki pod ambasadą Wielkiej Brytanii. Polacy wspierają małego Alfiego
Przed ambasadą Wielkiej Brytanii w Warszawie pojawiły się kwiaty, świeczki i maskotki. To symboliczny gest i wyraz solidarności z dwuletnim Alfie...

zobacz więcej
Sąd odrzucił apelację złożoną przez ojca chłopca. Tym samym choremu dziecku po raz drugi odmówiono zgody na wyjazd do Włoch, w celu kontynuowania leczenia, argumentując to faktem, że "nie jest to w jego najlepszym interesie".

Alfie Evansw poniedziałek został odłączony od aparatury podtrzymującej życie, na polecenie sądu i wbrew woli jego rodziców. Po 11 godzinach chłopcu ponownie podano tlen, a władze szpitala poinformowały, że kontynuowane będzie leczenie paliatywne.

Rodzice chłopca walczyli o przetransportowanie go do należącego do Watykanu szpitala pediatrycznego Dzieciątka Jezus w Rzymie. Także dyrektor tego szpitala przybył do Liverpoolu, by osobiście porozmawiać z władzami placówki, w której przebywa chłopiec; nie został wysłuchany.

#wieszwiecej Polub nas

Apele o ratowanie chłopca ponawia wiele środowisk kościelnych i świeckich. Kilkukrotnie prosił o to papież Franciszek, wezwanie ponawiał także prezes papieskiej Akademii Życia abp Vicenzo Paglia.

Wiele instytucji zbiera podpisy pod petycjami o pomoc dla Alfiego. CitizenGo zebrała ponad 200 tys. podpisów pod apelem skierowanym do władz szpitala Alder Hey. Z kolei ojciec Alfiego Thomas Evans, prowadzi w internecie zbiórkę podpisów pod prośbą do królowej Elżbiety II i brytyjskiego Parlamentu.
źródło: IAR, PAP

 

– W Polsce i innych krajach Europy takie dzieci objęte są opieką paliatywną czy domową, czy też w hospicjach. Zapewnia się im komfort aż do naturalnej śmierci. Nie ma czegoś takiego, że dziecko zostaje odłączone na życzenie lekarzy. Jest to nie do przyjęcia – powiedziała o sprawie Alfiego Evansa polska lekarka, która badała dzielnego dwulatka z Liverpoolu.

Dr Izabela Pałgan z Bydgoszczy jakiś czas temu została poproszona przez rodziców Alfiego Evansa o zdiagnozowanie go. Jak przyznała, najbliżsi dziecka chcieli zweryfikować orzeczenia brytyjskich lekarzy u innych specjalistów, w tym spoza swojego kraju. Niespełna dwuletni dziś chłopiec trafił do Alder Hey z powodu drgawek, jako kilkumiesięczne niemowlę. Przebywa tam cały czas. Cierpi na wciąż nieokreśloną chorobę neurodegeneracyjną, która przyczyniła się do zniszczenia części jego mózgu. Lekarze z Liverpoolu wystąpili do sądu o zgodę na odłączenie Alfiego od aparatury medycznej tłumacząc to jego „najlepszym interesem”.

– To nie jest dziecko umierające, w skali pediatrycznej Glasgow ocenione zostało na 8-9 punktów, więc nie jest to stan śmierci mózgu. Dziecko reaguje na głos ojca, okresowo otwiera oczy i przy podawaniu smoczka zaciska usta. Ma więc różne reakcje. Rodzice twierdzą absolutnie, że nawiązuje z nimi kontakt (…). Z pewnością nie jest to dziecko umierające – powiedziała doktor nauk medycznych.

– W Polsce i innych krajach Europy takie dzieci objęte są opieką paliatywną czy domową – są przecież domowe respiratory – czy też w hospicjach. Można też jeszcze próbować diagnozować. Zapewnia się im komfort aż do naturalnej śmierci. Nie ma czegoś takiego, że dziecko zostaje odłączone na życzenie lekarzy. Jest to nie do przyjęcia – oceniła bydgoska pediatra, hematolog i onkolog.

Badanie pnia mózgu Alfiego nie wykazało, by był on (pień) uszkodzony. A to w tej części znajdują się ośrodki odpowiedzialne za oddychanie. To – w opinii dr Pałgan – również świadczy, że Alfie nie jest w stanie terminalnym. Gdyby tak było, umarłby w przeciągu dwóch, trzech godzin od odłączenia respiratora. – Ten fakt potwierdza, że lekarze się mylą i nie jest właściwe, by odmówić dziecku aparatury podtrzymującej życie.

– W dzisiejszym świecie dzieje się coś strasznego. Jesteśmy tego świadkami i trzeba się temu przeciwstawić – powiedziała dr Pałgan.

W opinii polskiej doktor, Alfie powinien trafić do ośrodka, który zaoferuje mu godną opiekę medyczną i podejmie próbę diagnozy, a przede wszystkim zapewni podtrzymywanie życia i funkcji organizmu.

Źródło: Radio Wnet

RoM

Read more: http://www.pch24.pl/polska-doktor-badala-alfiego--odlaczenie-go-od-aparatury-jest-nie-do-przyjecia-,59826,i.html#ixzz5DjQWJjBG

Act. S 447 czeka obecnie na podpis prezydenta Trumpa. Jedyny znaczący sprzeciw pochodził od posłanki z Florydy  Ileana Ros-Lehtinen
Wysiłki Polonii okazały się nieskuteczne

Ustawa Justice for Uncompensated Survivors (JUST) Act 447. została zatwierdzona przez senat USA w dniu 12.12.2017.
W skrócie ustawa w swoim założeniu zakłada zwrot nieruchomości lub wypłatę rekompensaty za utracone mienie ludności wyznania Mojżeszowego z czasów II wojny światowej.
Względem zapisów tej ustawy rząd Stanów Zjednoczonych zobowiązuje się do wspierania organizacji żydowskich, których celem jest przejęcie nienależnych im “pożydowskich“ obiektów lub wypłacenia ekwiwalentu w formie pieniężnej przez pozwane kraje. Zwrot (rekompensata) obejmuje osoby niemające prawowitych spadkobierców (własność bezdziedziczna).  W prawie międzynarodowym i wewnętrznym funkcjonuje zasada, która zakłada, że w sytuacji, gdy osoba umiera bez potomne lub nie zostawia aktu prawnego w formie spadkowym, taki majątek (nieruchomość) przechodzi na własność skarbu państwa, którego osoba była obywatelem.
Ustawa będzie aktem wywierania nacisków na poszczególne kraje w tym Polskę.

Biały van  wjechał w przechodniów w okolicy Yonge i Finch w Toronto. Są zabici i ranni. Zdarzenie miało miejsce tuż przed godziną 1.30 po południu w poniedziałek. Potrąconych zostało co najmniej 16 osób. Po 16.00 podano, że 9 osób zginęło, wieczorem liczba ofiar wzrosła do 10.

Kierowca uciekł z miejsca wypadku ale został ujęty niedaleko Yonge i Sheppard. Przebywa w areszcie. Policja nie zna motywu. Jak mówią świadkowie, auto wjechało w przechodniów z wielkim impetem i ludzie wyrzucani byli w powietrze jak lalki.

W związku ze zdarzeniem zamknięto linię metra na odcinku między stacjami Finch i Sheppard . Auto było wypożyczone, policja nie podaje rysopisu sprawcy. Biorąc pod uwagę okoliczności, można założyć, że sprawca działał celowo. Policja prosi świadków o kontakt. Ostrzega również, aby unikać tej okolicy ponieważ śledztwo potrwa na pewno kilka dni. Burmistrz Toronto John Tory zaapelował o zachowanie spokoju i podkreślił, że miasto znane jest "z inkluzywności". 

Sprawca został aresztowany, początkowo kierował w stronę policjanta z wyciągniętą bronią czarny przedmiot. Na wezwanie policjant"rzuć to" odkrzyknął, "zabij mnie!". Ostatecznie policjanci obezwładnili go i założyli kajdanki. Policja potwierdziła wieczorem w poniedziałek, że działanie sprawcy było celowe, motyw pozostawał nieznany. Ponoć chodziło o zawód miłosny. Policja podała, że sprawcą jest 25-letni Alek Minassian, który działał w pojedynkę.

 

man in custody

Proszę Państwa, ZŁA WIADOMOŚĆ DLA POLSKI!!! Paul Ryan, Przewodniczący Izby Reprezentantów Kongresu USA (Speaker of the House) zamierza zawiesić normalnie obowiązującą procedurę kongresową i dopuścić głosowanie nie nad własną ustawą H.R.1226, a nad senacką S.447! Głosowanie może się odbyć już w najbliższy wtorek (24 kwietnia 2018). Stanie się to prawdopodobnie zgodnie ze wskazaniami procedury znanej jako "suspension of the rules" tzn debata może zostać ograniczona do 40 minut i kongresmeni nie będa mogli proponować żadnych zmian tekstu ustawy. Żeby ustawa została zatwierdzona potrzebna będzie większość 2/3 wszystkich głosów, żeby stała się prawem będzie musiała być również podpisana przez Prezydenta Stanów Zjednoczonych.

PROSZĘ WSZYSTKICH PAŃSTWA BĘDĄCYCH OBYWATELAMI USA, O TO ABY NATYCHMIAST DZWONILI DO SWOICH REPREZENTANTÓW W KONGRESIE ŻĄDAJĄC ABY GLOSOWALI PRZECIWKO USTAWIE S.447!

http://pac1944.org/ameragenda/ActionAlert.1804a.htm

https://stopacthr1226.org/

 

 

 

Edward Wojciech Jeśman
President & National Director
Polish American Congress
of Southern California
310-234-9900 (direct)
310-291-2681 (cell)
310-693-9498 (fax)
wojtek.jesman (skype)
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

<