Goniec

Register Login

Goniec Poleca

czwartek, 24 sierpień 2017 21:23

My, polani

Napisane przez

Wydawałoby się, że chrześcijaństwo zaspokaja nasze podstawowe pragnienie metafizyczne, jakim jest chęć poznania Największej Tajemnicy Świata. Sondaże przeprowadzone w ostatnich latach przez ośrodki badania opinii publicznej w Polsce, przyniosły jednak zaskakujące wyniki wskazujące na zagubienie i niepewność większości respondentów. Kilka procent z podających się za chrześcijan czy katolików nie wierzy
w istnienie Boga! We wszystkie dogmaty katolickie, również w życie po śmierci
i zmartwychwstanie, wierzy tylko ok. 35 proc., ale i w tej grupie większość ma jednocześnie przekonania pochodzące z innych religii, jak np. wiarę w reinkarnację. Minęło ponad 1000 lat od wprowadzenia chrześcijaństwa na naszych ziemiach, a królują tu herezje i kucanie zamiast klękania w kościołach.
Jak wiadomo, wszystko zaczęło się od Mieszka I, lecz chrystianizacja powszechna dokonała się za czasów jego syna Bolesława. Plan zapewne był taki: zostać najpierw królem słowiańskim, a później może nawet… cesarzem. Wiele na to wskazuje. Bolesław kontynuował przełomowy projekt polityczny swego ojca, natomiast marzenia
i rozmach miał znacznie większe. Agenturę wpływu wśród dostojników cesarstwa opłacał sowicie, bez zachowania dyskrecji, a nawet w sposób manifestacyjny. Budziło to prawie spazmatyczne oburzenie kronikarza biskupa Thietmara i innych, ale wśród większości budowało wizerunek niezwykle bogatego i szczodrego księcia. Szukał Bolesław również protektorów kościelnych, stąd jego świetne relacje z biskupem praskim Wojciechem, późniejszym świętym, którego do kłopotów doprowadził pewien sen.
Przyśnił mu się mianowicie Jezus, który powiedział: „Jam jest Jezus Chrystus, którego sprzedano i oto znowu sprzedają mnie Żydom, a ty sobie chrapiesz”. Sen ten objaśnił Wojciechowi jego przełożony: „Gdy chrześcijanina sprzedaje się Żydom, to sprzedaż odczuwa sam Chrystus, gdyż myśmy Jego ciałem i członkami, w Nim się ruszamy
i jesteśmy”. Praga była wtedy jednym z największych centrów handlu ludźmi, którym zajmowali się przede wszystkim kupcy żydowscy i arabscy. Rozpoczął więc Wojciech walkę
z handlem chrześcijanami, a także wykupywał ich z niewoli. Jego działania były jednak bezskuteczne wobec wielkości dochodów uzyskiwanych w tym procederze. Postanowił zatem opuścić Pragę.
Ambicje Bolesława jednocześnie szły w parze z planami bardzo mu życzliwego Ottona III, który zamierzał odbudować cesarstwo. Łatwo możemy te plany odczytać choćby
z miniatury w Ewangeliarzu wykonanym w klasztorze Reichenau na zamówienie cesarza. Przedstawiono na niej cztery koronowane postaci składające hołd Ottonowi III. Są tam one nazwane następująco: Roma, Galia, Germania i Sclavinia. Sclavinia, czyli słowiańszczyzna.
Te cztery krainy, te cztery królestwa, miały w planie Ottona stanowić części jego cesarstwa.
Kandydat na króla Słowiańszczyzny mógł być wyłącznie jeden – Bolesław, a był to wtedy nie byle kto. Pochodził z ważnego i wpływowego rodu Piastów, a przez matkę – z rodu Przemyślidów władających Czechami. Jego ciotka Adelajda to prawdopodobnie pierwsza żona króla Węgier Stefana, jego siostra Świętosława, najpierw królowa Szwecji, a później Danii, Norwegii i… Anglii! Jej synowie, czyli siostrzeńcy Bolesława i wnuki Mieszka I, to znani nam potężni królowie północy: Olof I, Harald I i Kanut Wielki. Piastowie stworzyli świetnie zorganizowane państwo i uzyskiwali olbrzymie dochody z niezwykle efektywnej działalności gospodarczej. Nie było tak, jak by chcieli niektórzy, że dopiero w X wieku przyszli „Niemcy” i nauczyli nas wszystkiego. Bolesław w sposób naturalny marzył więc
o władzy większej niż miał, a czytając opisy jego pewności siebie, przebiegłości i bogactwa, możemy być pewni, że się w tych marzeniach nie ograniczał.
Słowiańskie plemiona podlegające władzy Piastów stały się nominalnie chrześcijańskie, nie wystarczało to jednak, aby ich książę mógł być królem. W „Żywocie św. Stefana” króla Węgier, czytamy, że mimo starań Mieszko nie otrzymał od papieża korony królewskiej
z powodu „barbarzyńskich obyczajów jego narodu”. Należało więc je zmienić.
Nie były to jednak czasy pierwotnego chrześcijaństwa, które miało, jak opisywał to ze zdziwieniem Pliniusz Młodszy, siłę i szybkość rozprzestrzeniania się zarazy. Instytucjonalizowane, hierarchizowane i wchłaniane od III wieku przez struktury władzy państw europejskich, chrześcijaństwo traciło już swoją pierwotną, tajemniczą energię,
a w skali masowej stawało się projektem cywilizacyjnym lub politycznym. Coś zostało zapomniane, ukryte lub zagubione.

Kto będzie sprzedany?
Do skutecznej ewangelizacji potrzebna byłaby armia tysięcy księży i zakonników znających język słowiański, a tej Bolesław nie posiadał. Ludność należąca do podległych mu plemion miała swoje wielowiekowe wierzenia i swoich bogów, a także własne reguły dobra i zła. Do dokonywania ocen, kto jest dobrym człowiekiem, nie trzeba było wcale być chrześcijaninem. Czy opowieść o żydowskim proroku, który umarł ukrzyżowany i podobno zmartwychwstał, mogła porwać poddanych Bolesława? Wątpliwe. Tym bardziej że handlujący ludźmi przedstawiciele narodu tego proroka, źle się Słowianom kojarzyli i byli źródłem ciągłego strachu.
Aby przekonać podległą sobie ludność do chrześcijaństwa, potrzebny był
spektakularny pomysł i szybki plan realizacyjny. Przymus byłby nieefektywny.
O skomplikowanej drodze do niebieskiego królestwa nie miał im kto opowiedzieć. Co więc mogło być dobrą nowiną dla ludzi żyjących w ciągłym zagrożeniu? Obietnica, że jeśli się ochrzczą, to nie zostaną sprzedani do odległych krain, z których się nie wraca.
Jak wiemy na podstawie kronik tego okresu, masowe chrzty ludności technicznie organizowane były tak, że mieszkańcy danej miejscowości wchodzili do rzeki, jeziora lub morza, a ksiądz polewał ich wodą. Czy setki i tysiące ludzi polewanych wodą przez duchownych niemówiących w ich języku mogło rozumieć, że to polewanie wodą to chrzest oczyszczający z grzechu pierworodnego? I czym jest grzech pierworodny?
Wprowadzenie przez Bolesława zakazu sprzedaży chrześcijan dawałoby narzędzie do szybkiej chrystianizacji poddanych, którzy choć nie rozumieli, czym był chrzest, to jednak rozumieli, że kto zostanie polany, ten nie będzie sprzedany. Zjednywać musiało
jednocześnie wielką sympatię biskupa Wojciecha, który dzięki Bolesławowi czuł się sprawcą tak wielkiego dobra.
Nie mamy jednoznacznych, pisanych dowodów w tej sprawie, ale opowiadanie historii średniowiecza to stawianie mniej lub bardziej spójnych hipotez. Wiemy, że Wojciech opuścił Pragę, bo nie chciał przebywać w miejscu, w którym sprzedawano chrześcijan, natomiast chętnie gościł na dworze Bolesława. Wiemy też z wielu źródeł, że handel ludźmi
w Europie w okresie rządów Bolesława całkowicie się załamał. Podaż rynkowa zniewolonych ludzi spadła tak drastycznie, że cesarz Henryk II zwołał w 1006 roku synod, na którym zabronił sprzedawania chrześcijan kupcom pogańskim, aby nie tracić tych zasobów ludzkich, które cesarstwo jeszcze posiadało.
Bolesław wprowadził ponadto bardzo restrykcyjne „przepisy wykonawcze do chrześcijaństwa”. I tak np. nieprzestrzegający postów mieli wyłamywane zęby,
a cudzołożnikom przybijano gwoździem mosznę do mostu targowego, dając nóż i wybór: śmierć, albo samodzielne obcięcie sobie tej części ciała. Co robiono kobietom, które się źle prowadziły, a co również opisuje kronikarz biskup Thietmar, pomińmy ze względu na nieprawdopodobną drastyczność.
Gdy Wojciech przybył na dwór Bolesława w końcu 996 lub na początku 997 roku, do ochrzczenia na podległych Piastom terytoriach pozostał wyłącznie Gdańsk. I właśnie stamtąd, po przeprowadzeniu masowego chrztu w morzu, wyruszył przyszły święty na misję chrystianizacyjną do Prus, gdzie został zabity, a to stało się przesłanką jego kanonizacji.
Liczne świadectwa mówią o niezwykłym bogactwie Piastów, a w szczególności Bolesława. Wielu historyków źródło tego bogactwa widzi w handlu ludźmi. Znając takie relacje jak „Księga podróży” Benjamina z Tudeli, który w połowie XII wieku pisał o Czechach sprzedających Żydom w niewolę własne dzieci, można zasadnie domniemywać, że ludzie do sprzedaży pozyskiwani byli nie tylko w wyniku zdobyczy wojennych, lecz również
z prowadzonej planowo hodowli.
Upadek tego handlu musiałby w takim razie oznaczać upadek potęgi finansowej Bolesława. Tak się jednak nie stało, a wiele wskazuje na to, że państwo Piastów miało świetnie zorganizowaną gospodarkę surowcową i przetwórczą, która najprawdopodobniej była rzeczywistą podstawą jego finansów.

Pieniądze to za mało
Historycy zazwyczaj mają problem z precyzyjną i wyczerpującą odpowiedzią na pytanie, „skąd się biorą pieniądze”. Dotyczy to również okresu piastowskiego. Jest jednak sporo przesłanek. Przede wszystkim mamy dowody ciągłości pokoleniowej, a co za tym idzie pewność międzypokoleniowego przekazywania wiedzy i doświadczeń. Z najnowszych badań genetycznych przeprowadzonych przez prof. Tomasza Grzybowskiego z CM UMK wynika, że pomimo różnych podbojów i przemieszczania się ludów na terenach Europy i Polski, istnieje 70-procentowa zgodność genetyczna między dzisiejszymi Polakami a ludźmi zamieszkującymi tereny między Odrą a Bugiem od kilku tysięcy lat!
Z wykopalisk wiemy, że już 4 tys. lat przed naszą erą, w epoce kamienia łupanego, w rejonie Krzemionek Opatowskich wyprodukowano nie mniej niż 40 milionów siekier, grotów i noży z wydobywanego tam krzemienia. Były one sprzedawane co najmniej
w całej Europie Środkowej i Wschodniej, a sam proces produkcji i dystrybucji wskazuje na wysoki poziom organizacji podziału pracy. Z epoki brązu odkrywane są warsztaty brązownicze, co oznacza, że opanowano tutaj sztukę wydobywania miedzi
i cyny.
Z epoki żelaza mamy świadectwa istnienia znaczącego ośrodka wydobycia rud żelaza i produkcji hutniczej na Mazowszu. Nieco później powstał największy w barbarzyńskiej Europie, ośrodek hutniczy w Górach Świętokrzyskich, gdzie w co najmniej 55 tys. pieców dymarskich wyprodukowano tysiące ton żelaza! Oprócz kopalń powierzchniowych znajdowała się tam, na terenie dzisiejszej miejscowości Rudki, głębinowa kopalnia rud żelaza – jedyna znana dzisiaj, działająca w Europie w pierwszych wiekach naszej ery poza granicami Cesarstwa Rzymskiego. Wiemy również o wydobywaniu srebra, złota, ołowiu, soli, bursztynu w różnych rejonach starożytnej i średniowiecznej Polski.
To zaledwie kilka z wielu przesłanek, z których można wyciągnąć pewny wniosek, że Piastowie i ich poddani korzystali z olbrzymiej wiedzy oraz technicznych umiejętności wypracowanych przez kilkadziesiąt pokoleń górników i hutników.
Badania archeologiczne z tego okresu, a w szczególności metoda dendrochronologiczna, wskazują na zakładanie przez Piastów – z niezwykłym rozmachem i w skali niespotykanej
w tym czasie w Europie – osad służebnych w miejscach nowych odkryć surowców. Przesiedlano do nich duże grupy ludności i rozpoczynano natychmiastową eksploatację odkrytych złóż. Koordynacja, jaką możemy zauważyć, każe domyślać się działania średniowiecznych, słowiańskich geologów, wyspecjalizowanych w poszukiwaniu kopalin. W takiej sytuacji – biorąc pod uwagę pragmatyzm Bolesława – połączenie projektu religijnego: zmotywowania swoich poddanych do szybkiego przyjęcia chrześcijaństwa,
a jednocześnie zdobycie tym uznania wpływowego hierarchy kościelnego, Wojciecha, z projektem ekonomicznym: rozwojem gospodarki surowcowej i przetwórczej, wydaje się być czymś oczywistym.
Do roku 999, czyli daty napisania przez Jana Canapariusa „Żywota św. Wojciecha” – jak to przekonująco wykazał prof. Przemysław Urbańczyk – nie ma żadnych świadectw pisanych istnienia nazwy Polanie lub Polonia. Wcześniejsze kroniki i zapisy wymieniają nazwy wielu plemion słowiańskich, lecz nie tego. Mieszko i Bolesław przedstawiani są jako książęta słowiańscy, a nie władcy Polan. Tak zwany Geograf Bawarski, raport o charakterze szpiegowskim sporządzony około 845 roku dla Ludwika II Niemieckiego przez anonimowego autora, zawiera listę 58 plemion zasiedlających tereny od Łaby aż za Bug, ale nie pojawiają się w nim Polanie. I nagle, od początków XI wieku wszyscy ci Goplanie, Ślężanie, Bobrzanie, Dziadoszanie, Gołęszycy, Wiślanie, Lędzianie i inni stają się Polanami.

Zawołanie ratujące wolność
Najbardziej popularna obecnie etymologia nazw Polska i Polonia wywodzi je od słowa „pole”. Wydaje się to jednak z wielu powodów błędne. Góra Ślęża, jezioro Gopło czy rzeka Wisła, to elementy środowiska przyrodniczego bardzo indywidualne i stworzenie od nich nazw plemion jest czymś naturalnym. Pole natomiast to obszar tak mało charakterystyczny poprzez swoją powszechność, że utworzona od niego nazwa nie wskazywałaby niczego szczególnie wyróżniającego. Zastanawiać też musi szybkość, z jaką ta nowa nazwa została przyjęta przez plemiona podlegające Bolesławowi, oraz szybkość jej rozprzestrzeniania się
w Europie w pierwszych latach XI wieku.
Jeśli jednak przedstawiona hipoteza dotycząca wprowadzenia przez Bolesława zakazu handlu chrześcijanami jest prawdziwa, to zawołanie ochrzczonych: „my polani” lub „my poloni”, zawołanie ratujące wolność, zabezpieczające przed sprzedaniem, jest prawdziwym źródłem nazwy narodu polskiego. Ze sposobu traktowania przez Piastów poddanych jak swojej własności wynika, że dla zwykłej ludności nie było wtedy różnicy między poddaństwem a niewolą. Zasadę „polani nie mogą być sprzedani” można więc uznać za pierwsze uprawnienie obywatelskie. Forma wprowadzenia chrześcijaństwa w Polsce uzyskuje w takiej interpretacji, mimo swej duchowej powierzchowności i instrumentalności, wartość konstytuującą naszą wspólnotę.
Otton III zmarł przedwcześnie, zabrakło więc jego poparcia dla dalszych planów politycznych Bolesława, lecz chrystianizacja Polski została przeprowadzona skutecznie i całkowicie – wszyscy zostali polani. I za to właśnie kronikarze, tacy jak np. Adam z Bremy, określali Bolesława tytułami Rex Christanissimus – Król Arcychrześcijański, czy Athleta Christi.
Projekt polityczno-cywilizacyjny został częściowo zrealizowany, przekaz duchowy nie. Między innymi i w taki sposób rozprzestrzeniało się chrześcijaństwo 1000 lat po Chrystusie, w przeciwieństwie do pierwotnego chrześcijaństwa, które miało własną energię rozwojową.
Chrześcijaństwo w swoich początkach nie tylko nie otrzymywało żadnego wsparcia państwowego czy instytucjonalnego, ale było bardzo gwałtownie i okrutnie zwalczane. Zaskakujące jest więc zarówno niepohamowane tempo jego rozprzestrzeniania się, jak i to, że wzbudzało tak wielkie, religijne zaangażowanie tak wielu ludzi. I lawinowy wzrost liczby wyznawców.
Tłumaczenie tego działaniem nadprzyrodzonym nie wystarczy, tym bardziej że w dzisiejszym chrześcijaństwie aż takiej zapalającej siły nie widać. Ci, którzy twierdzą inaczej, niech sobie odpowiedzą, czy w imię swojej wiary są gotowi stanąć na arenie i zostać publicznie, żywcem zjedzeni przez stado wściekłych z głodu hien. A nie byłaby to szybka śmierć. Takim właśnie sprawdzianom poddawano wielu pierwszych chrześcijan.
O czym więc zapomnieliśmy? Albo co zostało ukryte? Przekaz jakiej wiedzy czy praktyki duchowej został przerwany?

Wściekłość Marka Aureliusza
Najbardziej zaskakujące jest to, że w gronie okrutnych i bezwzględnych prześladowców chrześcijan znalazł się również cesarz i filozof stoicki Marek Aureliusz. Autor wielu myśli, które często dzisiaj cytujemy jako wskazania życzliwej tolerancji, dobroci i filozoficznego dystansu. Jedna z nich brzmi: „Jeżeli postępowanie ludzi jest słuszne, nie powinno się czuć do nich gniewu. Jeżeli niesłuszne, to jasne, że tak postępują niechętnie
i nieświadomie”.
Musi zastanawiać, co filozofa myślącego w taki sposób mogło wyprowadzić z równowagi i sprowokować do zabijania chrześcijan. Czy zaprzeczył własnym przekonaniom? Przecież w religii Rzymu było wielu bogów, łatwo została zorientalizowana i zhellenizowana. Rzym tolerował i pozwalał na wyznawanie kolejnych religii docierających
z innych krain. Za czasów Marka Aureliusza rozwijał się m.in. ezoteryczny kult boga Mitry o niektórych elementach podobnych do chrześcijańskich. Akceptowani byli wyznawcy bogini płodności Kybele. Jej kapłani w czasie misteriów wykonywali ekstatyczny taniec, podobny do wirowania derwiszów, wywołujący stan transu, a zarazem prowadzący do wygłaszania przepowiedni i dokonywania samookaleczeń, łącznie z samokastracją. Świątynie w Rzymie budowano także dla egipskiej bogini Izydy, której kult opierał się na wierze w zmartwychwstanie. Cesarstwo było otwarte na nowych bogów i wciąż powiększało ich liczbę. Jeśli spojrzymy na oficjalne dogmaty chrześcijańskie, to nie ma w nich niczego szczególnie wyróżniającego w politeistycznym świecie Cesarstwa Rzymskiego.
Skąd więc u Marka Aureliusza, tak łagodnego i wyrozumiałego dla błądzących, ten morderczy gniew na wyznawców nauki Jezusa? Jezusa, który przecież nie tworzył nowej religii, a zawsze przedstawiał się, przynajmniej oficjalnie i publicznie, jako ktoś, kto wypełnia
i wzywa do wypełnienia starych zasad religii judaistycznej, również akceptowanej w Rzymie. Marek Aureliusz, zarzucający chrześcijanom szaleństwo, z dzisiejszego punktu widzenia sam wydaje się szaleńcem z powodu swej całkowicie niezrozumiałej niekonsekwencji.
A jednak przecież nim nie był. Musi istnieć logiczne wytłumaczenie jego działań.
Tolerował wszystkich głoszących poglądy dla niego nawet absurdalne, ale oparte na jakimś rozumowaniu, a więc komunikowalne. Tolerancyjność cesarza-filozofa, musiała się jednak kończyć w stosunku do tych, którzy działali na podstawie czegoś niekomunikowalnego czy niewyrażalnego, a więc dla stoickiego racjonalisty – pozarozumowego.
Do kategorii rzeczy niekomunikowalnych, jak wiadomo, zaliczamy przede wszystkim doświadczenia i spostrzeżenia, których nie można odnieść do doświadczeń i spostrzeżeń znanych osobie, z którą rozmawiamy. I tak na przykład całkowitemu daltoniście, który nigdy nie widział kolorów, w żaden sposób nie wyjaśnimy, czym jest kolor zielony albo czerwony.
Inny prześladowca chrześcijan, Pliniusz Młodszy, nawet w trakcie tortur, którym poddawał chrześcijańskie diakonisy, nie usłyszał niczego, co byłby
w stanie zrozumieć, i pozostał z podejrzeniem, że chodzi o specyficzny rodzaj magii.
Czy więc Jezus i pierwsi chrześcijanie nauczali wybranych czegoś ukrytego,
co w prosty sposób nie mogło być komunikowane? Czegoś, co wymagało jakiejś praktyki duchowej?

Droga do Tajemnicy
Są przesłanki, że tak. W rozdziale 13 Ewangelii św. Mateusza czytamy: „Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: »Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich?«. On im odpowiedział: «Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano.(…) Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją”. Retoryczne pozostaje pytanie, czy także nam, współczesnym chrześcijanom, dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, czy poznajemy zaledwie przypowieści? Pismo Święte jest interpretowane na wiele sposobów. Chrześcijaństwo nie było jednak początkowo religią księgi, a religią ustnego nauczania. Jezus nie napisał księgi, mimo że umiał pisać. Czy gdyby nauczał wyłącznie Słowa, napisanie Księgi nie powinno być czymś oczywistym i koniecznym?
W pierwszych wiekach dominował przekaz ustny ewangelii – dobrej nowiny
o królestwie niebieskim (a nie o życiu Jezusa), choć rozpowszechniane były wśród chrześcijan różne pisma dotyczące Jezusa i jego nauki. Oprócz tych uznanych w IV wieku za natchnione i stanowiące Nowy Testament, istniało wiele innych nazywanych dzisiaj apokryfami. Chociażby Ewangelia Tomasza, napisana w I wieku naszej ery, najprawdopodobniej w tym samym czasie co hipotetyczne źródło Q, najstarsza zaginiona księga, na podstawie której powstały Ewangelie kanoniczne. Apokryf Tomasza, mimo że nie jest sprzeczny z Nowym Testamentem, poszerza prezentację nauki Jezusa w sposób nieakceptowany przez Kościół.
Jednym z ważniejszych przykładów wielkiej siły, a także spontanicznego i gwałtownego rozwoju chrześcijaństwa w pierwszych wiekach naszej ery, jest powstanie na pustyni egipskiej, najstarszej w tej religii formy życia zakonnego. Życia rozwijającego praktykę duchową pustelników, której treść przyciągnęła tysiące ludzi. Wśród nich na szczególną uwagę i namysł zasługuje Ewagriusz z Pontu, również ze względu na wielość zachowanych rozpraw jego autorstwa.
Mnich ten spróbował opisać podstawy i wprowadzenie do praktyki duchowej, którą uważał za istotę nauki Jezusa, a której sam nauczał i w której się doskonalił. Na podstawie jego rozważań stworzono w Kościele katolickim katalog grzechów głównych. Jemu samemu natomiast nie chodziło o listę zakazów, lecz o świadomość źródeł zła. Uderzające jest niezwykłe podobieństwo zaleceń religijnych Ewagriusza do wschodnich dróg rozwoju duchowego. Do reguł medytacji, wymagającej wieloletniej pracy, zmieniającej stan świadomości praktykującego i uwalniającej go od wszelkich namiętności.
Początkiem zbawienia jest dla Ewagriusza poznanie samego siebie. „Kto pragnie iść »drogą« Tego, który powiedział Ja jestem Drogą i Życiem, powinien uczyć się od tych, którzy wcześniej nią wędrowali…”. Ewagriusz wskazuje w swych pismach na istnienie ośmiu złych, demonicznych energii atakujących świadomość człowieka i próbujących nią kierować. Złych duchów, które nas używają.
Ich imiona to: Orge (gniew), Porneia (nieczystość), Gastrimagia (obżarstwo), Hyperefania (pycha), Filargyria (chciwość), Lype (smutek), Kenodoxia (próżność, pragnienie sławy)
i Acedia (zniechęcenie). Siły te to przyjemności wrogie człowiekowi, o natrętnym
i uzależniającym charakterze. Pojawiając się w różnych proporcjach i z różną intensywnością w poszczególnych ludziach, uniemożliwiają działanie prawdziwej duchowości człowieka.
Nie chodzi tu o drogę samodyscypliny opartej na siłowym odrzucaniu tych pokus i zwodniczych tęsknot – próby ich tłumienia wręcz je wzmacniają. Chodzi przede wszystkim
o nabycie zdolności rozróżniania między sobą jako osobą, a tymi pociągającymi myślami. Następnie o nabycie zdolności rozpoznawania strategii ich demonicznych podstępów. Celem praktyki zalecanej przez Ewagriusza jest uwolnienie się od tych demonicznych wpływów, a polega ona na specyficznej metodzie samoobserwacji. Na „otwarciu oczu do środka”. Drabina do królestwa niebieskiego ukryta jest według niego w naszej duszy. To uwolnienie i oczyszczenie wewnętrzne, osiągnięcie poziomu beznamiętności, ma otwierać przestrzeń, w której ujawni się Duch Święty. Wtedy właśnie medytacyjny stan odmienionej świadomości pozwala doświadczyć „niebieskiego królestwa”.
Jest to zgodne z tym, co Jezus mówi w Ewangelii św. Łukasza: „Zapytany przez faryzeuszów, kiedy przyjdzie królestwo Boże, odpowiedział im: »Królestwo Boże nie przyjdzie dostrzegalnie; i nie powiedzą: ‘Oto tu jest’ albo: ‘Tam’. Oto bowiem królestwo Boże
pośród was jest«” (Łk 17.20,21).
Bliskość królestwa niebieskiego to nie bliskość w sensie nadchodzącego czasu, lecz bliskość, która jest dostępna dla każdego człowieka w każdym czasie. Coś może być
blisko w takim sensie, że zbliża się niezależnie od naszej woli, jak np. burza albo świt. Coś jednak może być blisko, ale jest zależne od woli konkretnej osoby, jak chociażby zjedzenie jabłka leżącego obok. „Królestwa niebieskiego” doświadczyć można wyłącznie pojedynczo i zależy to jedynie od indywidualnej woli człowieka w dowolnym momencie życia.
Nie jest to jednak jasna i prosta instrukcja. Raczej tylko wskazanie, jak rozpocząć własną drogę do najważniejszego doświadczenia, które może być udziałem człowieka. Drogę ratującą wolność, zabezpieczającą przed zaprzedaniem własnej duszy złu. Jednocześnie Ewagriusz w dziele „O praktyce” ostrzega: „Niektóre zagadnienia ukryliśmy, inne zaciemniliśmy, aby nie dawać psom tego co święte i nie rzucać pereł przed wieprze. Będzie to jednak i tak jasne dla tych, którzy wstąpili na tę samą ścieżkę”.
Opisany sposób odzyskiwania wolności i przestrzeni duchowej, dzięki wewnętrznemu poznaniu prawdy o źródłach zła, mógł dawać tę wielką siłę pierwszym chrześcijanom. Zwłaszcza jeśli łączył się on z mistycznym, ale w jakiś sposób realnym doświadczeniem. Doświadczeniem czegoś, co według tych, którzy to przeżyli, najtrafniej było nazwać „niebieskim królestwem”.

Dusze nieumyte
Łatwo oczywiście takie sugestie podważyć, nazywając je gnostycyzmem, który odrzucany jest jako herezja. Jednak nie każdy gnostyk może być uznawany za heretyka, skoro św. Paweł mówi: „Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest
a którego macie od Boga…” (1 Kor 6.19). Jeśli przyjmuje się te słowa z wiarą
lub przynajmniej z nadzieją, to jest czego szukać i jest wiedza do zdobycia
i przeżycia. Takie poszukiwanie nie może być uznane za heretyckie.
Po V-VI wieku, utracony został ukryty przekaz, w tak tajemniczy sposób porywający i przyciągający do chrześcijaństwa wyznawców różnych religii. Do nawracania pogan: Germanów, Franków, Słowian i innych, trzeba było coraz więcej środków przymusu fizycznego, politycznego i różnych forteli. Pogaństwo ze swoimi wielowiekowymi tradycjami nie było podatne na nową religię, w sytuacji gdy przestawała ona dawać rzeczywistą przemianę duchową, opartą na indywidualnym przeżyciu doświadczenia metafizycznego.
Dzisiejszy Kościół katolicki nie wymaga od nas, wyznawców, myślenia ani pracy duchowej. Ogranicza się do prostego głoszenia podstawowych dogmatów wiary i przykazań, choć już bez restrykcji karno-wykonawczych, nie tylko tak drastycznych jak te Bolesława Chrobrego, a po prostu żadnych. Osłabianie siły chrześcijaństwa potęguje coraz szerzej rozpowszechniana w Kościele obietnica powszechnego zbawienia dla wszystkich i bez wysiłku. Każdemu po równo i za darmo. Nawet narzucenie sobie reżimu postępowania zgodnie z przykazaniami nie stanowi przecież przemiany wewnętrznej. Łatwo i właściwie bez problemu przywracać można sobie wciąż na nowo stan niewinności. Bez trwałego uwolnienia się od ograniczających, złych, demonicznych popędów wewnętrznych. Kucany katolicyzm do żadnej przemiany duchowej nas nie prowadzi.
Czy my, chrześcijanie, którzy stworzyliśmy najpotężniejszą cywilizację w historii
świata, jesteśmy lepszymi ludźmi niż inni? Czy jest w nas mniej pychy, gniewu,
zawiści, nieczystości, chciwości, lenistwa, nieumiarkowania?
Czy nie lepiej byłoby zainicjować poszukiwanie dróg przemiany duchowej, podejmując ryzyko błądzenia, niż godzić się na te herezje, które nas opanowały?
To, co miało wnikać i przekształcać, spłynęło po nas. Ciała mamy polane, dusze nieumyte. Być polanym 1000 lat temu to było aż nadto. Być polanym dziś, zazwyczaj znaczy niewiele.

Tekst ukazał się pierwotnie
w dwumiesięczniku „Arcana”

malloch        Emanuel Macron, nowo wybrany francuski prezydent, nie ma dzieci; niemiecka kanclerz Ángela Merkel nie ma dzieci, brytyjska premier Theresa May nie ma dzieci, włoski premier Paolo Gentiloni nie ma dzieci, premier Holandii Mark Rutte, Szwecji Stefan Lofven, Luksemburga Xavier Bettel i Szkocji Nicola Sturgeon; wszyscy oni nie mają dzieci. Można tak wymieniać dalej. Bezdzietnym prezydentem Łotwy jest Raymonds Vejonis, bezdzietnym prezydentem Litwy jest Dalia Grybauskaite, a Rumunii Klauss Werner Iohannis, Jean Claude Juncker, prezydent Komisji Europejskiej, również nie ma dzieci ani rodziny.

        Ujmując rzecz wprost: nieproporcjonalnie duża liczba osób podejmujących ważne decyzje o przyszłości Europy nie ma bezpośredniego potomka, dziecka, wnuka, czy nawet rodzeństwa, których dobro byłoby tutaj na szali, nie mają oni rodzin i całą swoją uwagę skupiają na jednej, dominującej i wszechpotężnej organizacji społecznej, której są wierni, mianowicie na państwie.

piątek, 21 lipiec 2017 08:19

Dżuma na jachcie „Czarodziejka”

Napisane przez

nikt2917        Proszę czytelników o słuchanie podczas lektury tej muzyki: https://www.youtube.com/watch?v=weRrdvXXjlc  Właściwie na słuchaniu można by poprzestać…

        Przyznam, że dzieją się wokół Polski rzeczy straszne. Po wielce znaczącej wizycie Trumpa, wpłynął do Warszawy z Londynu Wisłą okręt piracki, jacht „Czarodziejka”, którego pasażerowie przywlekli tu geopolityczną dżumę. Perspektywa bowiem zagłady resztek naszej suwerenności (polska suwerenność to oksymoron po prawdzie), stała się jeszcze bardziej realna. Trzydniowa wizyta brytyjskiej pary książęcej nie służy przecież tylko, jak cynicznie pisze prasa angielska, „oczarowaniu Polaków,” ale przede wszystkim należy ją postrzegać jako bardzo ważny kolejny sygnał, jakie plany w swojej wielkiej grze mają mocarstwa morskie wobec Polski.

        Na chłodno, bez emocji – zimny trup leżący w dole z wapnem nie posiada emocji – rozbierzmy na czynniki pierwsze ważną wizytę „Williama i Kate”, która nic nie ma wspólnego z kurtuazją. Pomimo tego, że – jak mówią lokalni dziennikarze w naszym grajdołku – para książęca, tu cytat: „to są niesłychanie mili, sympatyczni, dobrze wychowani ludzie” – są to przede wszystkim odwiedziny mające charakter wybitnie polityczno-wojskowy. Nie – towarzyski. Kto tego nie pojmuje i bawi się jakimiś bredniami oraz infantylizuje całość i sprowadza to do kwestii PR-owych, wizerunkowo-sentymentalnych, popkulturowych, oblanych jakimś stereotypowym lukrem, głęboko się myli. Popełnia zasadniczy błąd poznawczy. No, ale tu, w Obszarze Wisły, to wielowiekowa tradycja: niepojmowanie prawdziwej roli Anglii w historii Polski. 

piątek, 14 lipiec 2017 07:38

Argonauci Międzymorza

Napisane przez

nikt2817        „Polacy powinni nauczyć się żyć w swoich etnicznych granicach jako mały naród i porzucić myśl o tym, że są potęgą. To arogancki naród i niemający ani zdolności, ani siły, aby kultywować swój skrajny nacjonalizm (…), historycznie wrogo odnoszący się do Rosji, zawsze sprawiali kłopot pokojowo nastawionym Rosjanom. Muszą dostać lekcję lub nadal będą wichrzycielami. Nierozsądne jest uwzględniać interesy małego narodu jak Polacy, jeśli narusza to interesy stuosiemdziesięciomilionowego narodu rosyjskiego” – Maksym Litwinow (właśc. Enoch Meyer Wallach-Finkelstein) – plakożerca, były sowiecki ludowy komisarz spraw zagranicznych, ambasador sowiecki w Waszyngtonie, 28 października 1943 r., na miesiąc przed konferencją teherańską, podczas lunchu w Moskwie do zausznika Roosevelta, ambasadora USA w Sowietach – Williama Averella Harrimana.

        Kiedy sowiety przekroczyły linię Curzona, dyrektor ds. Europy w Departamencie Stanu – James E. Dunn – w swoim tajnym memorandum z 19 lipca 1944 r. przedstawił amerykańskie stanowisko; na 12 dni przed wybuchem powstania warszawskiego pisał: „Jedyne, co rząd powinien robić, to uważnie obserwować rozwój sytuacji w Polsce i nie dać się – pod wpływem nacisków propagandowych – wplątać w poparcie takich żądań, które w świetle dalszego obrotu spraw mogą okazać się bezzasadne. Jednocześnie powinniśmy unikać wszelkich deklaracji zobowiązujących nas nieodwracalnie do stałego popierania polskiego rządu na uchodźstwie”.

Amerykańska Grand Strategy – czyli zbawienne Aleje Jerozolimskie

        Trump w swoim przemówieniu z 6 lipca powiedział otwarcie nie tylko mieszkańcom Obszaru Wisły, ale także innym członkom NATO, że wolą imperium jest to, aby Europa, zwłaszcza nasz region, uwolniła się od mrzonek, które mogą prowadzić na manowce samodzielności (wielki kontynentalny Pakt Trzech: Berlin-Rosja-Chiny) oraz – aby wszem wobec było wiadomo – że imperium życzy sobie od wszystkich – pod przykrywką walki o wspólne wartości cywilizacyjne, religijne i kulturowe – poświęcenia swoich zasobów dla obrony państwa żydowskiego i obrony jego strategicznych interesów na Bliskim Wschodzie. Innymi słowy, główny przekaz jego wystąpienia sprowadzał się do tego: „Szykujcie się na wojnę z Persją. Płaćcie za to, zbrójcie się i bądźcie gotowi. Wasza krew i poświecenie, wasze zasoby przydadzą się”. 

piątek, 07 lipiec 2017 15:21

O nowych książkach Grzegorza Brauna

Napisane przez

900 550        Zaglądając do warszawskich księgarni oraz surfując po Internecie, dokonałem ostatnio trzech ważnych znalezisk. Ukazały się bowiem, w niewielkich odstępach czasu, trzy fascynujące nowe książki Grzegorza Brauna. Jestem przekonany, że wszystkie one znajdą się wkrótce w polskich księgarniach w Toronto, wielu jest bowiem w całej Ameryce Północnej ludzi okazujących życzliwe zainteresowanie jego osobie, pracom, ideom i dziełom. Ja chciałbym jednak już teraz te książki jakoś zapowiedzieć i w ten sposób ułatwić ich poszukiwanie. 

        Te książki to: „Iskry Boże”, czyli Polskie drogi do świętości (Wydawnictwo Prohibita, Warszawa 2017); „Świat według Brauna”. Z Grzegorzem Braunem rozmawiają Piotr Doerre i Krystian Kratiuk (Biblioteka Polonia Christiana, Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. ks. Piotra Skargi, Kraków 2017); Tomasz Grzegorz Stala „Plusy dodatnie, plusy ujemne. Z Braunem o Bolku” (Wydawnictwo 3DOM, Częstochowa 2017). 

niedziela, 09 lipiec 2017 07:50

POLIN, CZYLI GHOST GROUND

Napisane przez

Falat-z-polesia

Pisane na kilka godzin przed wystąpieniem Trumpa na placu Krasińskich 

        Kiedy nadeszło wezwanie, Polska nie zwlekała; nie ociągała się i zaryzykowała tym wszystkim, co osiągnęła, nie chcąc narażać na szwank swojego honoru, więc jej córy oraz synowie odpowiedzieli spontanicznie, ukazując siłę ducha jedności narodowej i samopoświęcenia, dzięki którym Polska  –  poprzez wiele wysiłków i zgryzot – jest członkiem grupy wielkich narodów Europy. (...) Koniec tego wszystkiego, koniec znoju, zawodu i cierpień zostanie nagrodzony tym, którzy wiernie służyli na rzecz wolności Europy  i świata; bowiem  wstanie świt, szybciej niż nam się obecnie zdaje. Wstanie świt wtedy, gdy obłąkańcza próba ufundowania pruskiej dominacji opartej na nienawiści rasowej,  opartej na czołgach, tajnej policji,  wszechobecnym nadzorze i wielu podłych współpracownikach-Quislingach zniknie jak koszmarny sen. I z chwilą, kiedy ujrzymy  jutrzenkę wolności i nadziei, nie tylko silne, wreszcie świetnie uzbrojone demokracje, ale również wszystko to, co szlachetne i nieustraszone, w Nowym Świecie, jak i  Starym, odda  hołd Polsce wstającej z kolan, odda hołd Polakom będącym ponownie wielkim narodem – sir Winston Churchill – bandyta, zbrodniarz wojenny i łotr  –  w przemówieniu radiowym wygłoszonym w maju 1941 r. do durnych i naiwnych, lubiących takie łatwe, toksyczne brednie Polaczków z okazji ich masońskiego święta Konstytucji 3 Maja.

        Wizyta Trumpa w Polin oraz jego wystąpienie na placu Krasińskich zapewne w niczym nas nie zaskoczy. Po pierwsze, wszystkie oczekiwania imperatora są już wypełniane przez władzę warszawską (oni myślą, że to doskonały sposób na uwiarygodnienie swojej pozycji i zdobycie legitymizacji w oczach suzerena amerykańskiego): większe zakupy jankeskiej broni (m.in. patrioty), zwiększanie polskich nakładów na zabezpieczanie interesów polityczno-wojskowych w regionie, przygotowania do głębszego zaangażowania Polski w konflikt na Bliskim Wschodzie (bo przecież nasze wojska są już tam obecne, a niedawna wizyta Dudy w jednostce Grom jest chyba zapowiedzią pełnego wejścia tej jednostki do działań a to w Syrii, a to np. w Mosulu, a to na odcinku katarskim, jeśli zajdzie taka potrzeba, tzn. kiedy Waszyngton wyrazi takie życzenie). 

        Tak, tutejsi władcy nie pojmują, że nasz kraj będzie używany taktycznie przez Waszyngton na odcinku antyniemieckim, mamieni nasi władcy będą złudną obietnicą, że Polin stać się może mniej więcej tak samo ważnym partnerem jak Niemcy, dzięki instrumentalnemu wykorzystaniu naszego państwa i narodu do chwilowej, nie wiemy, jak długotrwałej, amerykańskiej zagrywki przeciwko Berlinowi, mającej na celu osłabienie pozycji Berlina w Europie i na  świecie.

 To bardzo niedobra dla nas wiadomość, ponieważ Trump popycha nas jeszcze głębiej w politykę bezalternatywności. Na odcinku wschodnim jesteśmy już od pewnego czasu dokładnie zamknięci. Immunizowani na niepodległe zagrania.  Amerykanie rozpoczęli tę rzecz bardzo sprawnie w kwietniu 2010 r., pogłębili zasadniczo w 2014 r., więc teraz  –  z powodów bardzo ważnej układanki o charakterze strategicznym – po raz kolejny używają swojego polskiego wasala do zamknięcia nam odcinka zachodniego, czyniąc nasz kraj jeszcze bardziej bezwolnym, zdanym tylko na wolę amerykańską, bez możliwości geopolitycznego balansowania.

        Osobiście mnie to nie dziwi, warto może tylko o tym wspomnieć, choćby dla kronikarskiej ścisłości. Oczywiście całe przemówienie Trumpa będzie nas bardzo pompować w naszej biednej dumie i wspierać w naszej potrzebie dowartościowania, ale  można zakładać, że nie będzie to tylko mowa-pic. Mowa-siano. Nie. Posunięcia amerykańskie będą miały poważne konsekwencje dla losów naszego narodu i państwa. Bardzo niedobre konsekwencje. Oczywiście poza rzuceniem Polski na amerykański odcinek antyniemiecki cała jakaś zabawna idea Międzymorza pod protektoratem jankeskim nie przyjmie ani form trwałych, ani istotnych z punktu widzenia naszych interesów. To tylko jedno z narzędzi negocjacyjnych Waszyngtonu w przepychankach z Berlinem i Moskwą – oraz ze względu na Nowy Jedwabny Szlak – naturalnie z Chinami. Waszyngton właśnie do Pekinu mówi tym gestem, że obejmuje patrymonium nad końcówką Jednego Szlaku i  Jednej Drogi… Na żadnym z  poziomów nikt nie pyta i nie będzie pytał Warszawy o zdanie, ma ona tylko odpowiednio szybko akomodować względem oczekiwań Waszyngtonu, to wszystko… 

        Warto mocno podkreślić, że Warszawa może zakładać, że te wszystkie jej posunięcia i gesty wobec USA, odsuną od niej poważne zagrożenie wiszące nad naszymi głowami, a mianowicie roszczeniami żydowskimi. Jednak, jak już wiadomo, dotychczasowe działania Polski nie tylko nie oddaliły tego zagrożenia, ale w głęboko niepokojący sposób potwierdziły ich realność i powagę oraz to, że tu żadnej litości nie będzie i  Kaczyński zapewne to pojmuje, że nadejdzie D-day, dzień, kiedy Żydzi za pomoc naszych drogich sojuszników – Waszyngtonu i Londynu – z ujmującym uśmiechem, może przypominającym ten Macierewicza Antoniego, spokojnie do nas rzekną pewnego dnia: „Sprawdzam”. 

        Bardzom w związku z tym ciekaw, z jakim przekazem przyleciał do nas  ze swoim teściem Jared Kushner. W Warszawie oczywiście nie będą miały miejsca żadne backroom deals. Litości. Takie dile zawierane są tylko między partnerami. Dziś Polaczkom zakomunikowane zaledwie będą pewne kierunki oraz wyartykułowane oczekiwania przykryte łatwymi pochwałami…

        Ghost Ground

        Termin Ghost Ground oznacza dzikie nieużytki, tereny niczyje, zaniedbane, czekające na rekultywację i odnowę. Przemianę. Transformację. Nowych właścicieli. Tak zapewne określane jest w nomenklaturze wielkich nie tyle terytorium Polin, Rzeczpospolitej Przyjaciół, ile cała Europa Środkowowschodnia, cały pas borderline region, choć osobiście preferuję perfekcyjnie trafne określenie na państwa naszego obszaru – LIMITROFY…

        Wydarzeniem o wiele ważniejszym, niż żenująca komedia warszawska czy jakiś teatr, tj.  szczyt G-20 w Hamburgu, była silna odpowiedź na nie ze Wschodu. Odpowiedź poważna i naprawdę znacząca. Była to mianowicie dwudniowa wizyta Xi w Moskwie 3-4 lipca. Jasne, poza ważnymi decyzjami dotyczącymi infrastruktury o charakterze strategicznym,  był to zrytualizowany poniekąd przekaz obu mocarstw skierowany do Waszyngtonu, że potrafią balansować sprawnie wobec posunięć USA i  że partnerstwo chińsko-rosyjskie trwa, choć po prawdzie każdy z tych partnerów łypie okiem na Stany Zjednoczone, oczekując z tęsknotą dobrej oferty skierowanej do niego…         

        Ceremonia odznaczania Xi ważnym orderem rosyjskim (http://www.kremlin.ru/events/president/news/54973) pokazała, kto tak naprawdę jest prawdziwym panem na Kremlu. Jest nim chiński cesarz. To bardzo sprytna zagrywka rosyjska, nic nieumniejszająca ani Rosji, ani Putinowi wbrew pozorom. Szokujące dla mnie słowa Putina zamykające tę uroczystość, słowa skierowane osobiście do Xi, podkreślające jego znaczenie, wkład w relacje rosyjsko-chińskie, mają w istocie charakter trybutarny, bezprecedensowy, Putin bowiem nie tyle wychwala osobę Xi, ile bardzo umacnia i wspiera – i tak już bardzo mocną – jego pozycję w systemie chińskiej władzy. Zatrzymajmy się na chwilę przy tym. Otóż Putin nie kieruje tego przekazu do Chin ani do Xi. On skierował tę wiadomość do Trumpa. Uzmysławia to nam, jak bardzo Rosja nadal nie jest pewna, jaką ofertę strategiczną otrzyma z USA. Po prawdzie tego samego oczekuje Pekin. Obie strony czekają na poważne oferty. Putin, tak wstrząsająco mówiąc w kremlowskiej sali tronowej do Xi, uzmysłowić chce Ameryce, że to za długo trwa, że jej ociąganie się z rozwinięciem relacji jankesko-rosyjskich skutkuje dalszym balansem ruskim w stronę Środka.  Rosjanie pojmują, naturalnie, że nad Potomakiem trwa ferment, walka w elitach, co do obrania kierunków strategicznych, ale Rosjanie równie dobrze mogą to postrzegać jako celowe działanie dezinformujące, celową robotę USA, dzięki której – za pomocą niby chaotycznego, amatorskiego, nieskoordynowanego, niespójnego działania –  Amerykanie trzymają i Chiny, i Rosję w stanie gorączkowego zawieszenia, w stanie gorączkowej niepewności i protagoniści Stanów  Zjednoczonych zdają się postrzegać już tę sytuację w taki sposób, że ten stan, to nie stan przejściowy, o charakterze taktycznym, ale pełnowymiarowa strategia postępowania, która od adwersarzy USA wymaga zużywania szybciej swoich zasobów, sił, energii, zdecydowanie większego wkładu militarnego, wywiadowczego i analitycznego. TO TAKA STRATEGICZNA ASYMETRYCZNA GRA.  Zgrabne. I muszę przyznać, że po raz kolejny Amerykanie udowadniają, podobnie jak zrobili to w Krainie U w 2014, że to oni narzucają tempo i tworzą strategiczne środowisko geopolityczne, do którego warunków nadal muszą dostosowywać się inni gracze, z wysiłkiem próbujący dotrzymać kroku imperium zza stawu.

        My tu w Bolanda, w Polin, w Rzeczpospolitej przyjaciół musimy pamiętać, że dzisiejsze panoptikum z Boratem w roli głównej na placu Krasińskich to część tej strategicznej asymetrycznej gry amerykańskiej stosowanej wobec wszystkich innych – Berlina, Moskwy, Pekinu…

        Tuż przed wizytą  amerykańskiego Borata, przybył do  Warszawy gość, który przyjechał z naprawdę ważnymi rzeczami. On nie opowiadał nam farmazonów, nie opowiadał głupot, nie bawił bon motami, nie czarował, nie sprzedawał żadnych kocobałów. On przyjechał z konkretami.  A mianowicie 3 lipca odwiedził Polin przewodniczący Knesetu Yuli Yoel Edelstein.

        Spotkał się Dudą (http://www.prezydent.pl/aktualnosci/wydarzenia/art,658,prezydent-andrzej-duda-przyjal-przewodniczacego-knesetu.html), jak również z marszałkami Sejmu i Senatu (pośrednicy do przekazania posłania Kaczyńskiemu, choć nie wiemy, czy potajemnie Edelstein nie spotkał się z samym Kaczyńskim, wg mnie – tak). 

        Postrzegam tę wizytę – o wiele ważniejszą  w wymiarze politycznym niż wizyta Trumpa –  jako: żydowską kontrolę perymetru, nad którym, w wyniku ewentualnej zgody Waszyngtonu i Moskwy –  Żydzi sprawowaliby patrymonialny nadzór polityczno-ekonomiczny,  to taka kontrola przed wizytą Borata. Taki rewizorski checking, czy wszystko gra, czy wszystko jest na najlepszej drodze, aby Warszawa poważniej zaczęła publicznie deklarować to, co zostało już prawdopodobnie ustalone i co MUSI  się wydarzyć, a mianowicie zwrot mienia żydowskiego w Polin. Nie podniecajmy się za bardzo ani nie załamujmy rąk, to stały wariant gry wobec Polski i ta kwestia nie była mimo wszystko wiodącym tematem rozmów  z polskimi politykami w mojej ocenie… Co nim zatem mogło być?

        Pan Edelstein to rosyjski Żyd, opresjonowany w więzieniach sowieckich, jeden z tych, co dali nogę z Sowietów przez Warszawę dzięki operacji „Most” w końcu lat 80. (historia jednak ma poczucie humoru: wg mnie, ponownie taki rewers „Mostu” opcjonalnie jest szykowany z Izraela i Europy Zachodniej w  naszym kierunku przez Waszyngton i Moskwę…). Reprezentuje państwo posiadające doskonałe stosunki z Rosją, uważające ją za partnera strategicznego, istotnego dla swoich interesów oraz bezpieczeństwa. Nasi żydowscy przyjaciele potrafią balansować i dbać świetnie o swój interes narodowy, szkoda zatem, że nie potrafią tego ich warszawscy podwykonawcy, którzy czujnie odmawiają sobie prawa prowadzenia suwerennej polityki na wielu kierunkach… Otóż pan Edelstein – to taki „Francuski Łącznik” –  on biega tu za posłańca. A od kogóż to przewodniczący Knesetu przywiózł posłanie do Kaczyńskiego Jarosława? A mianowicie sądzę, że przekazał nam message od prezydenta Putina, przekazał nam informacje od Rosji, która jest zapewne i zaniepokojona destabilizacją architektury bezpieczeństwa w regionie w wyniku posunięć amerykańskich, i jednocześnie może wyrażać wolę deeskalacji, w związku z tym jest to po części tylko message do nas (ostrzeżenie? innego rodzaju propozycje do rozważenia? inne opcje?), ale przede wszystkim jest to przekaz do Trumpa, który otrzyma za pośrednictwem polskim przed szczytem G-20. Posłaniec żydowski jest tu niezmiernie ważny. Wskazuje to na chęć dogadania się w regionie i na poziomie globalnym tak przez Moskwę, jak i przez Waszyngton, a używana jest tu (tradycyjnie) żydowska przyzwoitka, diler najlepszy, pośrednik żydowski, który jest żywotnie zainteresowany dobrą kooperacją jankesko-ruską. Przepyszne! I Polacy, jak zwykle, nie pojmują, że są tylko ponownie statystami w dużej grze.

        Ażeby nie być gołosłownym i podeprzeć swoje hipotezy pewnymi faktami, to tylko przypomnę, że pan Edelstein wrócił właśnie z trzydniowej bardzo ważnej wizyty w Moskwie, gdzie przebywał  w dniach 27-29 czerwca br. i gdzie  bardzo ciepło i kordialnie został przyjęty przez Rosjan, a spotkał się (z partnerami rozmawiał po rosyjsku) z Ławrowem,  Matwijenko – przewodniczącą  izby wyższej, tj. Rady Federacji, oraz Wiaczesławem  Wołodinem – przewodniczącym Dumy, w której zresztą 28 czerwca wygłosił ważne przemówienie  transmitowane na żywo do Izraela! 

        Żydzi pragną dogadania się Ameryki i Rosji przede wszystkim ze względu na Persję, oni chcą ją utopić rękoma obu imperiów,  stąd pan Edelstein wszem wobec mówił, że dobre relacje pomiędzy Moskwą i Waszyngtonem są kluczowe dla pokoju światowego i oczywiście dla państwa Izrael. Sama zaś Rosja, wg niego, gra istotną rolę w regionie i Izrael musi współpracować z Moskwą, aby rozwiązywać wspólne problem. To dlatego podczas przemówienia w Dumie, Edelstein w chytry sposób posuwał się nawet do cytowania Starego Testamentu: At the conclusion of his speech, Speaker Edelstein asked to convey a blessing in Hebrew from Jerusalem, „the eternal capital of the Jewish People, from which the message of justice and the war against evil has been coming out for nearly 3,000 years.” He then recited the following verse from Psalms: ”Peace be within thy walls, and prosperity within thy palaces. For my brethren and companions` sakes, I will now say: `Peace be within thee.` For the sake of the house of the LORD our God I will seek thy good”.

        Godne polecenia – relacje z wizyty Edelsteina w Moskwie:

        Speaker Edelstein greeted warmly in Moscow as he begins official visit; tells Russian Federation Council Chairwoman Matviyenko `we must continue to develop our relations and discuss our differences of opinion in a serious and honest manner” https://www.knesset.gov.il/spokesman/eng/PR_eng.asp?PRID=13488

        Speaker Edelstein delivers historic address to Russian Federation Council; says „in the same language which I was imprisoned for teaching, I bless you with the ancient Jewish blessing: Shalom Aleichem!” https://www.knesset.gov.il/spokesman/eng/PR_eng.asp?PRID=13489

        29.06 spotkanie z Ławrowem: Knesset Speaker Edelstein to Russian FM Lavrov: ”Good relations between Moscow and Washington crucial for world peace” https://www.knesset.gov.il/spokesman/eng/PR_eng.asp?PRID=13493

        29.06 spotkanie z Wiaczesławem  Wołodinem – przewodniczącym Dumy.

https://www.knesset.gov.il/spokesman/eng/PR_eng.asp?PRID=13494

Speaker Edelstein told his host that the purpose of his visit is to „strengthen the relations between our nations, and I am also glad for the opportunity to meet you. The relations between our countries are on the right track, and even when we don`t see eye to eye, the dialogue, particularly if it is conducted in Russian, will help us understand each other and advance processes”.

        Trump ze względu na stosunki wewnątrzamerykańskie oraz ze względu na legitymizację swojej władzy – która poniekąd trwa in statu nascendi – nie chce zbliżenia bezpośredniego z Moskwą, ale potrzebuje pasa transmisyjnego, kryszy żydowskiej, a Żydzi ochoczo mu ją dają.  Niech każdy, kto ma choć trochę oleju w głowie, sam sobie to wszystko ułoży, wszystkie puzzle, i odpowie sobie samemu na pytanie, dokąd to wszystko zmierza…

        A to, jak działa Waszyngton wobec graczy zbyt wolnych od jego wpływu, widać choćby po niedawnym ostrzelaniu tureckiego statku przez grecki okręt (jankeski podwykonawca, zwracam). Tam w grę wchodzi naturalnie rozgrywka wokół Kataru. Jego losy omawiane będą w Kairze dziś. Tam w regionie widać także płynność relacji i sojuszy, kiedy Katar jest wspierany i przez Turcję, i  przez Persję, a grozi mu wywrócenie w wyniku działania agentury jankeskiej – Izraela, Saudów, Egiptu (ci mocno zblatowani z Moskwą), ZEA i Kuwejtu – czyli akcja-pokłosie po wizycie Trumpa w maju w Rijadzie.  Rozwałka Kataru to taka część zamiast całości, bo prawdziwym celem jest Persja...

***

        A poza tym uważam, że Jeruzalem musi by wyzwolona.

Grodno, 6 lipca 2017 r.

piątek, 23 czerwiec 2017 14:58

Polacy w Kraju Klonowego Liścia

Napisane przez

        Budowali drogi, mosty, pierwsze linie kolejowe i domy na preriach. Podczas II wojny światowej przybywali jako uchodźcy, a w czasach Solidarności jako imigranci polityczni. Polacy w Kanadzie. W 150. rocznicę jej powstania Muzeum Emigracji w Gdyni zaprasza na wystawę „Polacy w kanadyjskiej mozaice. 150 lat historii”. Wernisaż 1 lipca.

Canada Day - 1 lipca 1867 roku wszedł w życie akt zjednoczenia trzech brytyjskich kolonii w Ameryce Północnej. 

Wydarzenie to jest uznawane za początek kanadyjskiej państwowości. W 150. rocznicę powstania Kanady Muzeum Emigracji w Gdyni we współpracy z Ambasadą Kanady w Warszawie przygotowało wystawę ukazującą obecność Polaków w historii i współczesności tego kraju. Ekspozycję będzie można oglądać od 1 lipca do 15 grudnia 2017 roku w korytarzu Magazynu Tranzytowego i w sali wystaw czasowych Muzeum. Wernisaż w sobotę, 1 lipca, o godz. 12.00. Wybrane treści wystawy, od 29 czerwca będą prezentowane na terenie Ambasady Kanady w Warszawie. Ekspozycję zobaczą również Kanadyjczycy w Ontario (m.in. w Hamilton Central Library, London Central Library czy na Polskim Festiwalu Roncesvalles w Toronto).

wtorek, 20 czerwiec 2017 21:41

Samobójstwo Europy

Napisane przez


W Europie, w 2017 r. króluje niepewność – kryzys strefy euro, niekończące się wyzwania Unii Europejskiej, wybory w poszczególnych krajach, które przypominają niekończące się uniki przed trafieniem - wszystko to blednie w porównaniu do głębokich, tektonicznych przesunięć polityki kontynentu; przesunięć, które Europejczycy oraz ich sojusznicy ignorują na własną zgubę - pisze w Wall Street Journal Douglas Murray.
- Podczas kryzysu migracyjnego ostatnich lat przemierzyłem kontynent, od wysp, na których imigranci lądują, poprzez przedmieścia, gdzie kończą wędrówkę, po kancelarie, które ich zapraszały do przyjeżdżania.
Przez całe dziesięciolecia Europa zachęcała gastarbeiterów oraz ich rodziny do osiedlania się - choć, jak przyznała kiedyś kanclerz Niemiec Ángela Merkel - nikt nie spodziewał się, że pozostaną na stałe.
Mimo to zostawali, a ich liczba zwiększała się nawet wtedy, kiedy nie było już pracy. Przebudzone przez rezultat takiej polityki europejskie społeczeństwa zaczęły określać się "wielokulturowymi", a dopiero po czasie zastanawiać, co to w ich przypadku oznacza. Czy wielokulturowe społeczeństwo może od nowo przybyłych czegokolwiek wymagać? Czy może byłby to już rasizm?
Od pierwszej dekady trzeciego tysiąclecia legalna i nielegalna imigracja zaczęła przybierać na sile. Z Turcji, Afryki Północnej, regularnie wypływały łodzie, aby nielegalnie przybijać do europejskich brzegów. Syryjczycy, uchodzący przed wojną domową, wdarli się na kontynent, wkrótce dołączyli do nich ludzie z subsaharyjskiej Afryki, Afryki Północnej, Środkowego i Dalekiego Wschodu.
Dzisiaj ta wielka wędrówka ludów nie trafia już na pierwsze strony gazet, co wcale nie znaczy, że ustała. Przeciętnie podczas weekendu, tylko na włoskie wyspy "odbiorcze" przybywa prawie 10 000 ludzi. Dokąd pójdą? Jakie są ich oczekiwania? Czego my po nich się spodziewamy?

Aby znaleźć odpowiedź, konieczne jest postawienie o wiele głębszych pytań. Dlaczego w Europie postanowiono że mamy przyjmować biednych i wywłaszczonych z całego świata? Dlaczego sami zadecydowaliśmy, że ktokolwiek na świecie, kto ucieka od wojny albo tylko szuka lepszego życia, może przybyć do Europy i tutaj pozostać?

Powód po części tkwi w naszej historii, nie tylko we wszechogarniającej winie niemieckiej, która została obecnie poszerzona na cały kontynent, a nawet dotknęła kulturowych "kuzynów" w Ameryce i Australii. Popychani przez tych, którzy pragną naszej zguby, padliśmy na kolana przed ideą, że przecież jesteśmy wszyscy jednakowo winni; wszyscy powinniśmy zostać jednakowo ukarani i w rezultacie wszystkie nasze społeczeństwa powinny zostać przemienione.
W Europie można również zauważyć coś, co nazwałbym "zmęczeniem"; poczucie, że nasza historia dobiega końca, że już próbowaliśmy i religii i wszystkich wyobrażalnych form polityki, i że każda z nich, jedna po drugiej prowadziła nas do katastrofy. Gdy kalamy każdą ideę, którą dotkniemy, to być może każda zmiana jest dobra?
Często mówi się, że nasze społeczeństwa są stare, że populacja się starzeje i dlatego potrzebujemy imigrantów. Kiedy przeciwko tej tezie wysunąć argument że następne pokolenie niemieckich robotników mogłoby pochodzić z bezrobotnej Grecji, a nie z Erytrei, mówi się nam, że potrzebujemy nisko wykwalifikowanych pracowników, którzy nie mówią naszymi językami, ponieważ to Europę "ubogaca kulturowo". Mogłoby się wydawać, że w sercu kultury, która wydała Dantego, Bacha czy Wrena jest jakaś wielka czarna dziura.
Kiedy ludzie wskazują na złe strony takiego podejścia – nie tylko na fakt, że większa imigracja muzułmanów rodzi wiele problemów - terroryzmu nie wyłączając – otrzymują ostateczne wytłumaczenie: to nie ma znaczenia - mówi się nam - ponieważ globalizacja jest nieunikniona, i i tak nie możemy jej powstrzymać.
Wszystkie te tropy razem wzięte pchają nas do samobójstwa, artykułują samozagładę kultury, jak również kontynentu. Rozmowy z europejskimi politykami całkowicie mnie w tym utwierdziły; kiedy z pasją krzyczą "to musi zadziałać", ja mówię, że przy tego rodzaju tak szybkiej zmianie populacyjnej, to w ogóle "może nie działać".
Możliwe, że społeczeństwa Europy nie podzielają tych samobójczych skłonności swoich przywódców. Sondaż przeprowadzony na początku tego roku w 10 krajach na temat stosunku Europejczyków do imigracji z krajów muzułmańskich, wykazał w 8 na 10 badanych krajów, w tym we Francji i Niemczech - że ankietowani nie chcą już imigrantów islamskich.
Od kilku dekad Europa pospiesznie usiłuje się na nowo określić. Kiedy wlewa się do nas cały świat my oddajemy się "dywersyfikowaniu"; w miarę jak wzrasta zagrożenie terroryzmem i przybywa więcej imigrantów opinia publiczna w Europie zaczyna twardnieć.
Dziś apele o więcej "zróżnicowania" to już tylko zawołanie elit, które utrzymują, że społeczeństwu to się nie podoba tylko dlatego, że jeszcze nie jest dostatecznie zdywersyfikowane... Polityka imigracyjna politycznych (i nie tylko) elit Europy sugeruje, że mają one skłonności samobójcze. W najbliższych latach zobaczymy czy pod tym samobójczym paktem podpiszą się również ich społeczeństwa. Ja bym tego wcale nie był taki pewny - kończy Douglas Murray swój tekst w Wall Street Journal.

        W dzisiejszych czasach osoba z Zachodu w Polsce to codzienność. W PRL-u uczyliśmy się języków, przede wszystkim rosyjskiego, w niektórych szkołach średnich i na uniwersytecie był francuski, niemiecki i czasem angielski. Ponieważ tylko niektórzy szczęśliwcy dostawali paszporty, żeby wyjechać, niewiele było motywacji i szans, żeby się językami obcymi posługiwać. Przyjeżdżało do Polski trochę turystów, jak i ci, którzy uczestniczyli w międzynarodowych kongresach, promocjach zagranicznych filmów, albo z występami. Te ostatnie, oblegane przez ludzi łaknących kontaktu z Zachodem, odbywały się często w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki. 

        W pewnym momencie, mając dużo wolnego czasu jako student Uniwersytetu Warszawskiego, postanowiłem, że najwyższy czas, by zacząć wygładzać angielski, którego uczyłem się wcześniej prywatnie. Właśnie przez kontakty z cudzoziemcami. Proponowałem spotkanym ludziom na przykład oprowadzanie po stolicy, za darmo, aby tylko móc praktykować znajomość języka. 

piątek, 12 maj 2017 00:41

Rancho w Wilczej Dolinie

Napisane przez

        Po maturze moja rodzina postanowiła wysłać mnie na budowę okrętów na Politechnikę Gdańską. 

        Nie udało się: oblałem wstępny z matematyki i przyszło mi pracować w zaprzyjaźnionej firmie w Warszawie. Wśród różnych magazynów ilustrowanych, które trzymała dla nas kioskarka, było „Dookoła świata”. Byłem zachwycony, kiedy w tygodniku ukazała się informacja o organizowanych letnich wakacjach w dzikim, najdalszym zakątku Polski, gdzie dodatkowo można było zarobić!  Trzeba było wypełnić przysłany przez redakcję długi kwestionariusz, mający na celu pomóc w selekcji kilkunastu młodych ludzi spośród paru tysięcy w całym kraju, którzy odpowiedzieli na zadane tam pytania dotyczące edukacji, doświadczenia w pracach gospodarskich, ale także hobby, zainteresowań i planów życiowych. Nie pamiętam, co napisałem, ale wspomniałem na pewno, że potrafię doić krowy (co nie było całkiem prawdą) i że w dużym stopniu wychowałem się na książkach o Dzikim Zachodzie i moją pasją byli Indianie Północnej Ameryki. Napisałem też, że uwielbiam studiować języki. To, że znałem angielski, było w jakiejś mierze prawdą, ale wątpiłem, czy umiejętność ta była potrzebna w Bieszczadach. No i wprawdzie ominął mnie turnus lipca roku 1959, ale ku mojemu zaskoczeniu i radości przyjęto mnie do pracy na Rancho na cały sierpień. Zdążyłem jeszcze obejrzeć jedno z lipcowych wydań Polskiej Kroniki Filmowej, pokazujące prawdziwych polskich „kowbojów”.