Goniec

Register Login

U Indian

niedziela, 03 czerwiec 2012 11:36

Indiański horror (cz. 1)

Napisane przez

Korespondencja własna z rezerwatu indiańskiego [1]

      A miało być tak pięknie! Szykowała się podróż życia: cztery tygodnie samochodem przez Stany. W planach Arizona i wąwóz Kolorado, Utah i Salt Lake City, Nowy Jork, Floryda i Everglades. Zresztą nie tylko "gdzie", ale i "z kim" wyglądało atrakcyjnie. Myszę znałem jeszcze z studenckich czasów, z Krakowa, pozostała dwójka to jej znajomi – zapaleni podróżnicy. Jeden z chłopaków był dosłownie wszędzie: Europa, Azja, Ameryka Południowa, Australia. Imponowało mi to, sam zawsze chciałem podróżować. Przy tym niesłychanie skromny, wręcz pokorny. Wszystko zapowiadało świetnie spędzony czas. A tu taka... klapa (na usta ciśnie się inne zgoła słowo, no ale są święta, ma być rodzinnie i w związku z tym przyzwoicie, zatem pozostańmy przy "klapa").

      Mówią, że jak Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu rozum zabiera. Coś w tym jest, choć nie bardzo wierzę, by Bóg był tak bardzo zainteresowany zarządzaniem moim życiem na mikroskalę, to raczej wbudowany system: pycha, wręcz buta, nastawienie "co to nie ja!", brak trzeźwej myśli, w chwili gdy najbardziej jej potrzeba, i recepta na katastrofę gotowa... Zacznę jednak od początku.

      Z planowanej podróży udało się zobaczyć Nowy Jork i amerykańską stronę Niagara Falls (to kłamstwo, że "nasza jest lepsza"). Gdy wsiadałem na "Maid of the Mist", zadzwonił mój telefon. Odebrałem. Ktoś po drugiej stronie wyburczał, że jest praca dla nauczyciela w jednym z rezerwatów na północy Kanady, i zapytał, czy jestem zainteresowany. Spędziłem już dwa lata w indiańskim rezerwacie, więc myśl o podróży na północ nie była mi straszna. Mimo sygnałów ostrzegawczych w postaci braku pytania o referencje i świadectwo niekaralności oraz braku kontraktu, który mógłbym przejrzeć przed przyjazdem do rezerwatu, moja pycha popchnęła mnie do przyjęcia pracy. Krótkim "tak" zakończyłem swoją planowaną na cztery tygodnie podróż już po dwóch dniach i zafundowałem sobie prawdziwy koszmar i wyśmienitą lekcję, że niczego nie należy zakładać z góry.

      Wielu doświadczonych ludzi mówiło mi, że indiańskie rezerwaty wyglądają podobnie, że jak widziałeś jeden, to tak jakbyś widział wszystkie. Założyłem (i to był błąd), że skoro uczyli w wielu rezerwatach, to wiedzą, co mówią. Nic bardziej mylnego! Miejsce, w którym byłem poprzednio, wydawało mi się siedliskiem wszelkiego rodzaju patologii, lecz w porównaniu z obecnym był to niemalże raj na ziemi. Po dwóch tygodniach pobytu żartobliwie zacząłem nazywać to miejsce Guantanamo Bay, moi współpracownicy nazywają je po prostu "piekłem". Jedynym pocieszeniem jest, że nie dalej niż za trzy miesiące rok szkolny się skończy i będę mógł wyjechać – w przekonaniu, że przetrwałem najgorszy z dotychczasowych rok w swoim życiu. Rzecz jasna, o ile przetrwam, bo co do tego pewności nie ma żadnej.

      Po części składa się na tę niepewność przyszłości brak jakiejkolwiek umowy o pracę. Pracuję tu jako nauczyciel już siedem miesięcy, a o umowie ani widu, ani słychu. Co prawda przez telefon Band Office Manager obiecał mi, że umowa będzie gotowa na mój przyjazd, a ja założyłem, że nie kłamie – i to był błąd! Kto by tam pamiętał, co tam wtedy w słuchawce szumiało... Może mi się przesłyszało, wodospad Niagara w końcu jest dosyć głośny. Dopytywałem się o umowę trzy razy. Dwa razy usłyszałem, że "już, już będzie gotowa – nasz prawnik właśnie nad nią pracuje". Za trzecim (do trzech razy sztuka!) razem wódz plemienia po prostu ofuknął mnie, mówiąc, że kultura jego plemienia to tradycja ustna i że jak bardzo mi na umowie zależy, to narysuje mi coś na kamieniu, a ja będę sobie to mógł podpisać. Jak się teraz nad tym zastanawiam, to muszę przyznać, że miejscowym byłoby niezmiernie ciężko sklecić jakąś sensowną umowę, bo gdyby chcieli naprawdę opisać moje warunki pracy, to mógłbym z tą umową z miejsca iść do sądu pracy.

      Zacznijmy od braku jakichkolwiek przerw, w tym przerwy na lunch (założyłem, że będą...). Z drugiej strony, biorąc pod uwagę brak ubikacji dla personelu (założyłem, że będzie...), to chyba i lepiej, że nie mam czasu na jedzenie. Jedzenie pociąga za sobą konieczność późniejszej lub wcześniejszej wizyty w toalecie, a to byłby problem. Zresztą kiedy niby miałbym iść, skoro nie mam przerw? Jako nauczyciel, w świetle prawa jestem odpowiedzialny za moich uczniów i nie mogę ich zostawić bez opieki nawet na sekundę. Przydałaby się jakaś pomoc klasowa, szczególnie że uczę trzy klasy w jednej (4, 5 i 6), ale to nierealne. Szkoła zatrudnia już dwóch asystentów i na więcej nie ma pieniędzy. Założyłem, że skoro mam uczyć trzy klasy, to będę miał albo pomoc klasową, albo przynajmniej "okienko" na planowanie lekcji, gdy tymczasem zakładanie czegokolwiek to oczywisty błąd.

      O niebezpieczeństwie, jakie niesie zostawienie uczniów samych sobie, przekonałem się już na samym początku roku. Gdy przyjechałem do rezerwatu (było to niedzielne popołudnie), powitał mnie miejscowy radny plemienia. Obiecał kontrakt, obiecał klucze do szkoły i zapowiedział rychły przyjazd dyrektorki szkoły, która miała mnie wprowadzić w szczegóły. Czekałem na nią do trzeciej w nocy, bo bardzo zależało mi na poznaniu poniektórych szczegółów. Jeden z nich: którą klasę mam uczyć następnego dnia. W końcu zrezygnowany poszedłem spać. Doszedłem do wniosku, że nawet jak przyjedzie, to chyba nie będzie tego ze mną omawiać w środku nocy.

      Następnego ranka obudziło mnie łomotanie do drzwi. Było dziesięć minut po ósmej i intruz, który obudził mnie waleniem do moich drzwi, powiedział, że jestem już spóźniony. Szkoła zaczyna się o 8. Na szczęście jest blisko (2 minuty piechotą) i o 8.20 byłem na miejscu, gdzie powitał mnie tłumek rozwrzeszczanych dzieci i... kucharka. Założyłem, że nie będę JEDYNYM nauczycielem w szkole, która (przynajmniej nominalnie) uczy JK-8 (czyli 8 klas szkoły podstawowej i dwie grupy przedszkolne). Kucharka wprowadziła mnie w tajniki planu dnia – z perspektywy kucharki: 8.30 dzieci jedzą śniadanie, 10.30 dzieci jedzą drugie śniadanie, 12.20 dzieci jedzą lunch. Wszystkie posiłki są opłacane przez radę plemienia i rodzice nie muszą za nie płacić złamanego centa. No świetnie, ale to w dalszym ciągu nie odpowiada na moje pytanie: którą klasę mam uczyć. "A którą sobie chcesz" – spokojnie wyjaśniła kucharka. Dowiedziałem się, że dyrektorka, która miała przyjechać i omówić ze mną szczegóły zatrudnienia, zadzwoniła wcześniej, informując, że nie podejmie pracy w szkole.                       Byłem sam.

      Gdybym miał za grosz rozumu, odwróciłbym się na pięcie i uciekł z tego miejsca gdzie pieprz rośnie. Już pierwszy rzut oka na szkołę dał mi do myślenia. To właściwie nie szkoła, ale dwa baraki zestawione ze sobą bokami. Cztery klasy, miniaturowy gabinet dyrektora, mała, ciasna kuchnia i tyle. Nie ma sali gimnastycznej, nie ma biblioteki szkolnej, nie ma pracowni komputerowej. Pomoce naukowe w większości stare i niekompletne, no i przede wszystkim: brak personelu. Normalnie się o tym nie myśli i po prostu zakłada się z góry, że w kanadyjskiej szkole dziecko będzie miało dostęp do wszelkiego rodzaju specjalistów i pomocy z ich strony. Tak jest w większych kuratoriach, gdzie szkoły mają rozmaite programy i nauczycieli: Special Ed (nauczanie specjalne), program Reading Recovery (nauczanie czytania), ESL (angielski jako drugi język), Speech & Language Therapist (logopeda), Social Worker (pracownik społeczny), Student Success Program, Child and Youth Workers, i tak dalej. Moja szkoła zaczynała rok szkolny z dwiema osobami: z kucharką i ze mną.

      Stałem tak sobie zdezorientowany pośrodku korytarza, w myślach na przemian to uciekając do moich znajomych, którzy właśnie jeździli sobie po Stanach, to starając się zaplanować swoje kolejne kroki, gdy w szkole pojawił się jeden z radnych plemienia. Plemię liczy około 1200 osób i ma 12 radnych, wodza (Chief) i kierownika biura plemienia (Band Office Manager). Widać naoglądał się w czasach dzieciństwa serialu "Mały domek na prerii", bo zasugerował uczenie wszystkich dzieci razem, nie w klasie, ale na korytarzu. Dzieci miałyby siedzieć grzecznie w swoich ławkach i czekać, a ja miałbym kursować między młodszą i starszą grupą przedszkolaków i uczniami wszystkich klas podstawówki. Szczęśliwie jak spod ziemi pojawiła się jeszcze jedna nauczycielka i wybiła mu z głowy ten "genialny" pomysł. Okazało się, że pracowała w tej szkole w zeszłym roku i nie mając innego zatrudnienia, po prostu przyjechała rano zobaczyć co i jak. Radny odszedł, mamrocząc pod nosem coś o niedouczonych i pozbawionych profesjonalizmu nauczycielach. Przed końcem dnia udało nam się ściągnąć do szkoły dwóch miejscowych "wolontariuszy" i podzieliliśmy uczniów na cztery "klasy" i jakoś przetrwaliśmy pierwszy tydzień. Nie było mowy o uczeniu. Wolontariusze, nie mając żadnego planu nauczania ani przygotowania pedagogicznego, pozwalali uczniom na prawie zbyt wiele. W szkole zapanowała atmosfera totalnego rozluźnienia, co szybko zaowocowało konfliktami między uczniami. Codziennie musiałem interweniować w 3-4 bójkach i rozdzielać okładających się kułakami nastolatków.

      Po takim pierwszym tygodniu weekend przespałem właściwie w całości. Chyba tylko dlatego nie spakowałem manatków i nie uciekłem. W poniedziałek znów poszedłem do szkoły, by dowiedzieć się, że mojej współpracowniczki tam nie ma – czyżbym był z powrotem w punkcie wyjścia: jedynym nauczycielem na całą szkołę? Na szczęście nie – koleżanka po prostu zachorowała i nie mogła przyjść. Ludzka rzecz, szkoda tylko, że nie ma kto jej zastąpić. Zostałem sam ze swoją i jej klasą, czyli "ucząc" JK-SK-1-2-3-4. W pośpiechu mówię wolontariuszom co mają robić z uczniami, i idę do swoich klas. Postanowiłem zaryzykować i trzymać uczniów SK-JK-1 i 2-3-4 w oddzielnych klasach, dla ich własnego bezpieczeństwa (w obu grupach wiekowych byli agresywni uczniowie, którzy po prostu nie mogli być razem). Kursując między klasami, odbieram telefony, bo właśnie uczyniono mnie PO (pełniącym obowiązki) dyrektorem.

      Dzwoni wódz – trzeba odebrać. Proszę o możliwość zamknięcia szkoły, lub przynajmniej o możliwość wysłania części dzieci do domów. Odpowiedź jest negatywna. Szkoła ma być otwarta, choćby nie wiadomo co. Rozmawiając z wodzem, jestem w progu swojej klasy i obserwuję moich uczniów, gdy ma miejsce wypadek: jeden z uczniów (nazwijmy go Kazio) niczym nie sprowokowany podchodzi do ławki drugiego (niech będzie, że Jasio) i wywraca ją na do góry nogami, na to Jasio bez sekundy wahania wbija Kaziowi w pierś długopis – głęboko, na 3-4 centymetry. Mój świat zamiera i nagle przyspiesza. Nawet gdybym był w klasie, nie miałbym możliwości zareagowania, wszystko wydarzyło się tak szybko. Zresztą w klasie jest jedna z wolontariuszek i ona również nie zdążyła zapobiec wypadkowi. Sprawy po tym toczą się błyskawicznie: telefon na policję (mus w takich okolicznościach) i na pogotowie (miejscowej pielęgniarki nie ma w rezerwacie i karetka musi przyjechać z odległej o kilkadziesiąt kilometrów miejscowości). W tym czasie Kazio obficie broczy krwią z rany, a Jasio wyraża nie tyle skruchę, ile ubolewa, że "chybił, bo przecież celował w serce".

      Następnego dnia do szkoły przychodzi ojciec Jasia, jak i Jasio we własnej osobie. Ojciec Jasia (tak, Jasia, nie Kazia!) oskarża mnie o to, że to wszystko moja wina, bo przecież nic takiego by się nie wydarzyło, gdybym był w klasie (to, że od progu mojej klasy do ławki Jasia jest bliżej niż od tablicy czy mojego biurka, to dla niego nieistotne), a sam Jasio z uśmiechem mówi, że nie mogę go zawiesić, bo wódz nie chce, by uczniowie byli zawieszani (bo podobno przez to mają negatywny stosunek do szkoły i przestają przychodzić). Dzwonię do wodza i pytam, czy to prawda. Ano prawda. Drugi tydzień uczenia, a ja już tyle się sam nauczyłem.

Aleksander Borucki

Znad jeziora Nipigon

niedziela, 03 czerwiec 2012 11:30

Dwa światy [28]

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (28)

      Koniec przygody z rezerwatem (przynajmniej na jakiś czas) zbliża się milowymi krokami. Wydaje mi się to takie "nierzeczywiste", że za parę (dosłownie za dwa) dni już mnie tu nie będzie – pewnie na zawsze. Będzie to taki mały koniec świata: wszystkie problemy i kłopoty, troski i zmartwienia, nadzieje i radości związane z rezerwatem pozostaną daleko i z wolna znikną w strumieniu czasu, jak łzy znikają w deszczu. A może nie znikną? Może rezerwat zmienił mnie na tyle, że jestem już "człowiekiem północy", niezdolnym do tego, by odnaleźć się na południu? Z pewnością nie wyglądam powrotu do ulicznych korków, tłoku w autobusach, smrodu spalin, anonimowości wśród dziesiątków tysięcy podobnych mi przechodniów i tym podobnych "zdobyczy cywilizacyjnych", jakie niesie ze sobą mieszkanie w nowoczesnym mieście.

      Z pewnością trudno będzie pożegnać się z bliskością miejsca pracy, z iluzorycznym (ale zawsze) poczuciem ważności i byciem rozpoznawalnym, z jeziorem, które jest nie dalej niż sto metrów od mojego domu, z lasem, śpiewem budzących mnie co rano kardynałów i jękliwym nawoływaniem nurów (loon). Miejsce jest po prostu przepiękne i już teraz wiem, że bardzo mi będzie tego piękna brakować. Będzie mi brakować dzikiej przyrody i świadomości, że mogę iść godzinami (ba! godzinami... dniami albo i tygodniami) przez las i nikogo nie zobaczę. Ciężko również będzie wyrwać się stąd pod względem "społecznym". Mam na myśli to, że mieszkając przez prawie dwa lata, w pewnym sensie wtopiłem się w miejscową społeczność, zacząłem żyć jej życiem i jej problemami.

      To zresztą jedno z zagrożeń życia na rezerwacie, o których nikt nie wspomina. Człowiek przyjeżdża "zielony" i zaczyna poznawać tubylców, w celach czysto zresztą zawodowych – by lepiej zrozumieć mentalność swoich uczniów, uwarunkowania kierujące ich życiem etc., a kończy się byciem wciągniętym w miejscową "dramę" i "politics". Są nauczyciele, którzy utrzymują dystans – nie zawsze zdrowy. Słyszałem opowieści o nauczycielce z... (nie, nie wymienię nazwy miejscowości), która po szkole od razu szybko idzie do domu, gdzie się zamyka aż do następnego ranka, z nikim nie rozmawia, nigdzie nie wychodzi, z nikim się nie zadaje. Na domiar złego dom ma wszystkie okna zabite deskami...

      Osobiście nie byłbym w stanie tak żyć, więc pokutuję teraz za moje grzechy – zbytnią integrację z miejscowymi i byciem wciągniętym w ich codzienne troski i kłopoty, w świat błahych plotek i ogromnych dramatów. Obu ostatnimi czasy (przez ostatnie dwa tygodnie) było sporo...          A to ktoś złośliwie rozciągnął żyłkę do łowienia ryb w poprzek drogi i zranił dziecko, a to jeden z nastolatków strzelał ze swojej wiatrówki do innych dzieci, a to ktoś po kilkunastu latach bycia wzorowym pracownikiem został nagle wyrzucony z pracy, bo w jego bagażu znaleziono parę igieł...

      Tego ostatniego to zupełnie nie rozumiem, chociaż jest zgodne z logiką miejscowej "war on drugs". Wojna ta przebiega w ten sposób, że prawdziwe "grube ryby", dilerzy narkotyków i przemytnicy powiązani z prominentnymi rodzinami w rezerwacie, bez przeszkód prowadzą swój interes, tymczasem z całą surowością karze się "płotki" – pozbawionych wsparcia narkomanów czy nawet osoby z ich rodzin, jak to miało miejsce w tym wypadku.

      Historia – o ile przedstawiono mi ją w miarę uczciwie – wyglądała tak, że w czyimś bagażu (bagaż miejscowych sprawdzany jest na lotnisku) znaleziono parę igieł, bynajmniej nie krawieckich, ale takich do wstrzyknięć. Nie ma mowy o narkotykach, czy nawet strzykawkach – igły, po prostu igły. Wystarczyło to jednak, by rada plemienia zażądała od "winnego" natychmiastowej rezygnacji z pracy. Nieistotne jest, że wszyscy wiedzą, że osoba ta nie bierze (przynajmniej ostatnio) narkotyków, podobnie jak nie jest tajemnicą, że bierze je jej córka. Miejscowi nie słyszeli widać o "redukcji szkód" (harm reduction), SIS (safe/supervised injection sites), nie pomyśleli widać też, że sterylne igły można dostać w miejscowej przychodni, pewnie wystarczy poprosić. Namawiam tę zwolnioną z pracy osobę do walki o jej pracownicze prawa, ale wiem, że raczej nie ma to sensu. Wiem, że nie jest wystarczająco asertywna, by to uczynić, by otwarcie przeciwstawić się swojej społeczności i by dochodzić swej racji w sądzie.

      Ktoś jednak widać ma tego wszystkiego powoli dosyć, bo w miejscowym sklepie pojawiła się wywieszka, której anonimowy autor lub autorka odwołują dilerów od czci i wiary.

      Anonim pojawił się na sklepowej tablicy rano, wzbudzając nie lada emocje wśród miejscowych – rzadko kto ma odwagę, by wygłaszać swoje zdanie, a tu proszę. Ludzie czytali, kiwali głowami ze zrozumieniem i rozchodzili się do swych zajęć, jakie to tam kto miał. Nikt jeszcze nie wiedział, jak prorocze są słowa listu.          Tej samej nocy wspólnotę obudziły telefon przyjaciół i członków rodzin z innych rezerwatów. Ktoś się właśnie dowiedział, że jeden z mieszkańców Wunnumina, 30-letni syn mojej bliskiej znajomej, umarł w Sioux Lookout, najprawdopodobniej z przedawkowania. Wieść obiegła wioskę lotem ptaka i wkrótce prawie wszyscy jej mieszkańcy byli na nogach. Poinformowano i mnie. Zgodnie z miejscowym zwyczajem, udałem się do domu dotkniętego tragedią, by pokazać moje wsparcie, by po prostu tam być.

      Była już późna noc, może druga w nocy, gdy wyszedłem z domu. Księżyc na dzień przed pełnią jasno oświetlał drogę, psy w całej wiosce wyły wniebogłosy, okna większości domostw były rozświetlone, a ich mieszkańcy stali na werandach, nerwowo paląc papierosa za papierosem, czy po prostu gapiąc się w przestrzeń przed nimi w milczeniu. Nie wziąłem kurtki, po prostu wybiegłem z domu zaraz po usłyszeniu hiobowej wieści. Było chłodno. Przyśpieszyłem kroku.

      Gdy doszedłem do domu znajomej, zastałem go pustym – drzwi wejściowe otwarte na oścież, światło zapalone w każdym pokoju, brak domowników. Dom sprawiał wrażenie porzuconego w popłochu. Przed drzwiami leżały rozrzucone, czy też raczej porzucone osobiste rzeczy, jakieś części garderoby etc. Ktoś poradził mi pójście do domu rodziców znajomej, nie dalej jak sto metrów w górę drogi. Tam zastałem ponad czterdzieści osób, siedzących i stojących gdzie popadnie. Pomimo obecności tylu osób, w domu panowała grobowa cisza. Uścisnąłem dłonie dziadkom tragicznie zmarłego i wyszedłem.

      Przed domem dowiedziałem się od jednego ze zgromadzonych tam palaczy, że moja znajoma pojechała z mężem do lasu, by się przejść, wypłakać, wykrzyczeć, wyryczeć w samotności. Poszedłem przed jej dom i czekałem, czekałem, czekałem... Przyjechali nieco przed trzecią w nocy. Porozmawiałem nieco na osobności i z nią, i z jej mężem, który właśnie obchodził urodziny. Przyjechał miesiąc temu z Północnej Afryki i też czuje się zagubiony w obcym kraju. Dowiedziałem się, że zmarły pojechał do Sioux, by wziąć udział w programie odwykowym. Żadne słowa pociechy nie przychodziły mi na myśl. Posiedziałem z pół godziny i poszedłem do domu. Muszę się spakować – pomyślałem – za dwa dni wyjeżdżam i problemy tego miejsca nie będą mnie już dotyczyć. Czy aby na pewno?

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

niedziela, 03 czerwiec 2012 11:28

Dwa światy [27]

Napisane przez

  Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (27)

      Od wyjazdu z rezerwatu dzielą mnie już nie miesiące, a zaledwie tygodnie, i chociaż już poprzednio pisałem o tym, jak ciężko będzie się z tym miejscem rozstać, to jednak coraz bardziej oczekuję dnia wyjazdu.

      Ten tydzień nie zaczął się dobrze. Już noc z niedzieli na poniedziałek była nader nieprzyjemna: ktoś zakradł się nocą do domu mieszkającej po sąsiedzku nauczycielki i podpalił na progu, tuż przy drzwiach, worek ze śmieciami. Na szczęście ogień szybko dostrzeżono i ugaszono, zanim zdołał się rozprzestrzenić, bo gdyby to się stało, konsekwencje mogły być tragiczne. W przeciwieństwie do mojego teacherage (barak dla nauczycieli), który ma alternatywne drogi ucieczki – tylne drzwi i duże okno w salonie, które można by wybić krzesłem i tamtędy uciec, dom wspomnianej nauczycielki stałby się pułapką bez wyjścia. Nie wiadomo, czy był to celowy atak, czy tylko kretyński wygłup zblazowanego, znudzonego do reszty nastolatka, konsekwencją mogłaby być śmierć koleżanki z pracy. Oczywiście sprawcy nie odnaleziono.

      Trójka nauczycieli (w tym ja) nie spała tej nocy więcej niż godzinę, dwie. Mimo to następnego dnia dyrektor nie zdecydował się na zawieszenie zajęć, nie mieliśmy nawet kryzysowego zebrania pracowników, by omówić sytuację, mimo że wszyscy byliśmy sprawą dosyć wstrząśnięci. Dopiero wieczorem szef naszego wydziału oświaty wygłosił pogadankę do miejscowych, grożąc przedterminowym zamknięciem szkoły w wypadku powtórzenia się sytuacji. Kto wie, może pojadę do domu na dwa tygodnie przed planowanym końcem roku...

      Jakby tego było mało, przez ostatni tydzień musiałem katować swoich uczniów egzaminem EQAO. Celowo używam słowa "katować", bo istotnie przypominało to tortury. Nie mam najlepszej opinii na temat standaryzowanych testów, ale nie w tym rzecz. Problem ze stosowaniem tego typu testów w rezerwacie polega na tym, że dzieci, choć może są w klasie 3, to jednak uczą się angielskiego zaledwie od roku. Uczniowie klas trzecich z południa mieli przynajmniej już trzy lata nauki angielskiego (rok lub dwa przedszkola, klasa pierwsza i druga) więcej niż moi. Skończyło się na tym, że moje dzieci zrezygnowane zamykały się w sobie po pięciu minutach bezradnego spoglądania na pytania testowe.

      Wyglądało to mniej więcej tak:

      - Aleks, Aleks, nie wiem, co mam robić!

      - Przeczytaj pytanie, przeczytaj odpowiedzi i wybierz tę, która wydaje Ci się właściwa.

      - Ale ja nie umiem czytać!

      - Spróbuj przeczytać tyle, ile umiesz...

      (minutę później)

      - Aleks! Aleks! Pomóż mi!

      - Przykro mi, ale to jest test i nie mogę Ci pomóc, musisz to zrobić samodzielnie.

      - Ale ja nie potrafię! Czemu nie chcesz mi pomóc?

      - To jest test i musisz to zrobić samodzielnie. Postaraj się zrobić to najlepiej jak potrafisz, a jeżeli nie potrafisz odpowiedzieć na to pytanie, przejdź do następnego...

      Wiem, że równie dobrze mógłbym moim uczniom dać ten test po polsku czy po rosyjsku. Żal mi było patrzeć na moich uczniów wychodzących z klasy z poczuciem porażki i świadomością, że nie są w stanie rozwiązać testów, bo wydaje mi się, że tego właśnie ich ten test nauczył, a mianowicie, że nic nie potrafią, że nauczyciel im nie pomoże, że nie są w stanie rozwiązać pytań testowych, ale to nieważne, bo test (ten czy inny) i tak nie ma wpływu na ich życie. Żeby im (i sobie) jakoś osłodzić życie, postanowiłem nie prowadzić normalnych lekcji poza testem, mieliśmy dodatkowe godziny wu-ef, pracowni komputerowej i muzyki.

      Jakby próba zamordowania koleżanki z pracy i męczenie uczniów bzdurnym testem to było mało, jakby tego, że dziś rano (pierwszy czerwca i Dzień Dziecka!) spadł śnieg, jeszcze było mało... Ni stąd, ni zowąd do mojej klasy przyszła dziś pracownica Tikanagan (organizacji typu Children's Aid) i zabrała jedną z moich podopiecznych. Było to zupełnie niespodziewane i bardzo bolesne: ot, jeden z moich uczniów znika z mojej klasy, bez zapowiedzi i na zawsze.

      Co innego, gdy ma to miejsce w sposób naturalny, gdy kończymy razem rok szkolny, rozstajemy się i możliwe, że się już nigdy razem nie spotkamy. To naturalna kolej rzeczy, owszem, smutna dla każdego nauczyciela (są "wyjątki", które sprawiają, że niektóre z rozstań są raczej radosne), ale oczekiwana. Co innego jednak, gdy ktoś przychodzi w środku lekcji, pośpiesznie zabiera dziecko z klasy i nagle wiadome jest, że uczeń już nie wróci. Poczułem się nagle uboższy, ograbiony z możliwości uczenia tego dziecka przez następne dwa tygodnie. Wiem, że to dla tego dziecka dobra zmiana (mam nadzieję, że będzie zmianą na lepsze), ale i tak mi przykro, w końcu przyjechałem tu między innymi po to, by dać szansę takim właśnie dzieciom. By dzieciom, o które (jak się wydaje) nikt nie dba i o które nikt się nie troszczy, wskazać lepszą przyszłość.

      Pewnie nie powinno się w życiu, a tym bardziej w byciu nauczycielem, kierować się poczuciem misji, bo łatwo się zniechęcić, łatwo popaść w przygnębienie i łatwo mieć poczucie klęski. Pewnie lepiej po prostu "robić swoje", ale nieco trudno zmienić to, kim się jest. Nie dziwota, że w takie dni człowiek myśli tylko o jednym, tylko jedno pomaga jakoś przetrwać kolejny tydzień: weekend! Weekend, czyli czas na wędrówki po lesie, łowienie ryb, polowanie...

      W zeszły weekend wybraliśmy się na polowanie na łosia, niestety szczęście nie dopisało – ani śladu zwierzyny... Za to na ryby zawsze można liczyć. Szkoda tylko, że najbliższy weekend będzie wypełniony pracą: czas wypisać świadectwa na koniec roku, przy czym już wiem, że oceny nie są istotne – wszyscy uczniowie mają być przesunięci, czy też raczej "przepchnięci" do następnej klasy. Na nic moje tłumaczenia, że niektórzy z nich za nic w świecie nie są na to gotowi, i że tylko spowolnią resztę, że to nieedukacyjne – promować ucznia pomimo braku obecności w szkole, pomimo braku postępów w nauce, pomimo tego, że nic nie robi na lekcjach. Podobnie jak w wielu innych sprawach związanych z wychowaniem dzieci – jako nauczyciel nie mam tu na to wpływu. Kuriozalne jest, że w tym roku z ponad 20 uczniów klasy 8, jedynie piątka czy szóstka otrzyma świadectwa ukończenia jej, reszta niby nie zaliczy roku, ale i tak WSZYSCY zostaną przepchnięci do pierwszej klasy szkoły średniej.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

niedziela, 03 czerwiec 2012 11:26

Dwa światy [26]

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (26)

      Życie w rezerwacie uczy, że z okazji trzeba korzystać, jak tylko się nadarzą, bo inaczej może być za późno. Weźmy na przykład taki długi weekend Victoria Day. Teoretycznie rozsądnie byłoby poczekać z rozrywkami typu przejażdżka łódką czy wędrówka po lesie do wolnego od pracy poniedziałku, a sobotę i część niedzieli zarezerwować na ocenianie prac uczniów i planowanie lekcji na przyszły tydzień, wszystko zgodnie z mądrą skądinąd zasadą: wpierw praca, później przyjemność. Gdy jednak usłyszałem o tym, że znajoma planuje wycieczkę łodzią aż do rzeki Winisk, łatwo dałem się skusić – i dobrze! W sobotę zrobiło się zimno i zaczął padać deszcz, a Victoria Day był zupełnie do niczego: zimno i śnieg... I tak już przez trzy dni aż do dzisiaj: śnieg, wietrzysko i zimno... Przyznam, że coraz lepiej rozumiem miejscowych, którzy potrafią wszystko rzucić i pojechać na ryby, bo... akurat można.

      Rzeka Winisk swego czasu stanowiła ważny trakt podróżniczy, bo mając początek w jeziorze Wunnumin, płynie na wschód do jeziora Winisk (na jego środku na wyspie Eastwood położona jest osada Webequie), a stamtąd na północ aż do Zatoki Hudsona. Rzeka ma długość 475 kilometrów, czyli nieco mniej niż połowa długości Wisły, i za wyjątkiem mieszkańców trzech Indiańskich osad (Wunnumin, czyli mojego rezerwatu, wspomnianego Webequie i położonego tuż przy jej końcu Peawanuck) nikt z niej raczej nie korzysta. Istnieje co prawda Winisk River Provincial Park, ale nie oferuje on żadnego zaplecza turystycznego. Zresztą trudno mówić o tym, by mieszkańcy rezerwatów z niej "korzystali", ot, czasami ktoś się wybierze w jej okolice na ryby i tyle. Rzeka (przynajmniej w pobliżu Wunnumin) ma nader wartki nurt i sporo bystrzy, więc podróż łodzią motorową przy niskim stanie wody raczej nie jest wskazana.

      Będąc w rezerwacie prawie dwa lata, człowiek przestaje zwracać uwagę na pewne fakty, które skądinąd są jej warte. Jak na przykład to, że odwiedzany pewnie przez nie więcej niż 20 osób rocznie (o ile aż tyle) Winisk River Provincial Park obejmuje swą powierzchnią obszar równy 15 Białowieskim Parkom Narodowym, czy też po prostu prawie całej Puszczy Białowieskiej. W niczym to oczywiście nie umniejsza Białowieskiemu Parkowi, który co roku odwiedza 200 tysięcy turystów, niemniej jednak pozwala uświadomić sobie ogrom Kanady i niesłychanego potencjału, jaki ma jej północ. Czasami myślę sobie, że warto byłoby zorganizować tu jakieś zaplecze turystyczne, zwabić turystów atrakcyjną stroną internetową ze zdjęciami pięknej przyrody i opowieściami o udanych połowach i polowaniach...

      Zaraz jednak łapię się na tym, że to "południowe" myślenie, kogoś obcego, kogoś "z zewnątrz", dla kogo piękno tego miejsca jest wciąż świeże, zaskakujące i atrakcyjne. Dla większości miejscowych jest to tak zaś pospolite i zwykłe, że ci w życiu by nie pomyśleli o czymś podobnym. Wprost przeciwnie, większość moich uczniów jest podekscytowana perspektywą nadchodzących wakacji i spędzenia ich w Thunder Bay czy w Kenora. Przypomina mi to pewne wydarzenie z Polski, kiedy to odwiedziłem Pieniny i po raz pierwszy wspiąłem się na Trzy Korony. Oszołomiony przecudnym widokiem przełomu Dunajca zszedłem do Krościenka, gdzie – wciąż pełen ekstazy – wdałem się w rozmowę z miejscowym, który brutalnie sprowadził mnie na ziemię wyznaniem, że na Trzech Koronach nigdy jeszcze nie był, no bo i po co? Góry wszędzie dookoła, ale po co by tam po nich łazić. Spoci się człowiek tylko i zmęczy. No niby prawda. "Cudze chwalicie..."

      Podobnie zresztą było z tą naszą wyprawą do rzeki Winisk. Płynie się tam około 40 minut, ale rzekomo warto, bo miało tam być mnóstwo ryb. Skończyło się jednak na tym, że po dwóch godzinach łowienia i zaangażowaniu w akcję aż dziewięciu wędkarzy, mieliśmy w sumie trzy ryby. Nasz przewodnik się zdenerwował i zarządził strategiczny odwrót do osady. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się nie dalej niż pięć minut łodzią od rezerwatu, przy słynnym Rabbit Point, gdzie w pół godziny nie starając się zbytnio w trójkę złowiliśmy 28 dorodnych walley. Zdaniem przewodnika, w tym roku ryby są coś opieszałe i pojawią się przy Winisk za tydzień, dwa. Tak czy siak, wybraliśmy się daleko, po to co mieliśmy tuż pod nosem. Jutro mamy się wybrać w przeciwną stronę niż leżąca na wschód Winisk, w stronę rzeki Pipestone, którą można dotrzeć aż do Pickle Lake, miejscowości leżącej na końcu autostrady 599. W zimie Pickle Lake nabiera znaczenia jako ostatnia miejscowość przed wjazdem na lodową drogę. Poza sezonem jest to raczej ponure miejsce, gdzie "droga zawraca". Chociaż może nie dla wprawnych kajakarzy, którzy przyjeżdżają tam, by spróbować swych sił w starciu z rzeką Pipestone, o czym można więcej poczytać na stronie: http://kokanie.ca/pipestone-river-canoe-route.

      Prócz łowienia, przejażdżek łodzią, filetowania złowionych ryb, polowań na kaczki, wędrówek po lesie jest jeszcze jedna rzecz, która wypełnia mi wolny czas: cookouts i barbeques. Czyli po "naszemu" grillowanie czy to na świeżym powietrzu, czy też w tipi. Czasem ma to formę prostą i nader spontaniczną (a zróbmy tu ognisko, bo to miłe miejsce, i usmażmy coś, bo jestem głodny), czasem nader pracochłonną i złożoną, wymagającą wielogodzinnych przygotowań. Ostatnie większe cookout, na którym byłem podczas Victoria Day, miało miejsce w tipi klanu McKay. Byłem jednym z bodajże 20 gości, którzy raczyli się miejscowymi specjałami: potrawka z łosia (moose stew), owsianka z gęsią (goose porridge), smażony walley, gotowana white fish, gotowane rybie wnętrzności (fish guts – od tego trzymałem się z daleka), czy nawet wędzony-gotowany bóbr, który był prawdziwym przebojem wieczoru. Począwszy od samych żartów związanych z powiedzeniem "eat the beaver", po podchody związane z wyłowieniem kawałka mięsa, który nie byłby przyczepiony do bobrzej łapy, ogona, głowy... Różnice pokoleniowe dały się zauważyć gołym okiem: starsi goście rzucili się na bobra, pałaszując go tak, że aż im się uszy trzęsły, młodsi spoglądali na to z obrzydzeniem, kolejno odmawiając namowom spróbowania choć kęska bobrzego mięsa. Sam spróbowałem. Smak jest... eee... interesujący.

      Mogłoby się wydawać, że życie w rezerwacie jest wspaniałe, pozbawione trosk i wypełnione przyjemnościami. Pragnąłbym, by tak było! Ostatnio jednak miały miejsce wydarzenia, które sprawiły, że spoglądam na kalendarz, jakby częściej licząc dni dzielące mnie od wyjazdu. Jednym z nich było znalezienie stołowego noża (butter knife) na patio mojego domu. Jestem pewien, że sam go tam nie zostawiłem, wniosek nasuwa się jeden: ktoś się próbował włamać. Swoją drogą, nie wiem, jak mogło mu się nie udać. W zeszłym roku sam się do siebie "włamałem", po tym jak zatrzasnąłem sobie drzwi, nie biorąc ze sobą kluczy. Była to moja pierwsza próba włamania zakończona powodzeniem po bagatelka 3 minutach szarpania za klamkę. Chcąc nie chcąc, zacząłem zabierać ze sobą co cenniejsze (laptop, aparat, portfel) rzeczy do szkoły.

      Drugie wydarzenie sprawia, że włamanie wydaje się przyjemną wizytą starego znajomego. Nie dalej jak parę dni temu do jednego z domów wtargnął uzbrojony w strzelbę mężczyzna, wystrzelił parę razy w powietrze, wrzeszcząc, że chce pieniędzy i że tu jeszcze wróci. Oczywiście nikt nie został aresztowany, nie wszczęto żadnego postępowania.

      Od dawna wiadomo, że sporo miejscowych nie radzi sobie z nałogami. Istnieje miejscowa strona fejsbukowa, na której ludzie ogłaszają, co chcą sprzedać – od razu widać kto tkwi w szponach nałogu, po tym że ogłasza gotowość sprzedaży czego tylko popadnie za bezcen. Jednak kradzieże i włamania oraz wyzbywanie się przedmiotów gromadzonych z trudem przez lata nie wydają się aż tak groźne, gdy się pomyśli o desperacie ze strzelbą. Jeśli włamania i wandalizm, jeśli podpalenia i kradzieże nie były jasnym znakiem dla liderów wspólnoty, to ta ostatnia sytuacja powinna nim być.

      Chyba zresztą jest, bo w zeszłym tygodniu wódz zwołał naradę, na którą wezwał wszystkich członków społeczności... za wyjątkiem białych nauczycieli. Wszystkie miejscowe instytucje zamknięto, a ich pracowników przywołano na naradę – poza szkołą i nauczycielami. Dyrektor nie miał odwagi powiedzieć nam tego wprost (zresztą mało co ma odwagę powiedzieć wprost, taki już ma styl zarządzania), ale sam został poinformowany o tym, że biali nauczyciele nie są mile widziani na naradzie. Oburzyło mnie to niezmiernie, bo w sumie to my, pracownicy szkoły, rozpoczęliśmy akcję przemian w społeczności, goszcząc wcześniej trzy długaśne spotkania mające na celu dyskusję nad poprawą sytuacji, na które mało kto (poza pracownikami szkoły) przyszedł. Poza tym, w moim mniemaniu, tak długo jak tu mieszkamy, chcąc nie chcąc, jesteśmy członkami społeczności i jej problemy dotyczą nas w tym samym stopniu co miejscowych.

      Cóż, widać miejscowi muszą mieć na ten temat inne mniemanie, do czego oczywiście mają prawo. Nie dziwota, że chcą prać swe brudy we własnym domu, bez zapraszania "gości". Tym bardziej, że nauczyciele, choćby z racji wykonywanego zawodu i w przeciwieństwie do większości miejscowych, są dosyć wygadani i nie boją się publicznego zabierania głosu, czy też wygłaszania krytycznych uwag. Nie dziwota, że "władza" nie chce dopuszczać takich ludzi do dyskusji, tym bardziej gdy tajemnicą poliszynela jest, że ludzie z najbliższego otoczenia wodza wydatnie przyczyniają się do problemów społeczności. Ostatnio coraz jaśniej zauważam rozdźwięki wewnątrz wspólnoty, podziały na równych i równiejszych, powiązania między stanowiskiem "wuja" a otrzymywanymi przywilejami, solidarność klanów wobec swoich członków i ich szowinizm wobec członków innych klanów, i tak dalej.

      Są chwile, gdy zastanawiam się, "co ja tu do licha ciężkiego robię?", są jednak też chwile, gdy wszystko nabiera sensu, każdy oddech wydaje się głębszy i pełniejszy, każde uderzenie serca mocniejsze, każdy krok pewniejszy i każda myśl jaśniejsza. Zaczynam zauważać pewnego rodzaju regularność w ich występowaniu, bo o ile pierwsze pojawiają się w kontaktach z ludźmi, to drugie zwykle pojawiają się w momentach kontaktu z naturą. Natura uspokaja, wycisza, pozwala nabrać dystansu do życia i odnaleźć równowagę: dla głazu leżącego na plaży od tysiącleci moje dzisiejsze problemy są bez znaczenia, dla motyla, który spoczął na nim na chwilę, by osuszyć swe skrzydła, i który nie przeżyje lata, każda sekunda jest bezcenna, nie do stracenia. I głaz, i motyl są tu po to, by mnie czegoś nauczyć.

niedziela, 03 czerwiec 2012 11:23

Dwa światy [25]

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (25)

      Dosyć często jestem raczej bezmyślny i bezkrytycznie przyjmuję niesprawdzone informacje, i co gorsza – podejmuję na ich podstawie decyzje. Było tak w miniony czwartek, kiedy to wyszedłem z domu ubrany w szorty, a to tylko dlatego, że dzień wcześniej mój współlokator powiedział mi, że nazajutrz temperatura ma wynieść +24 stopnie. Właściwie wiele się nie pomylił, bo było +24, tylko że w skali Fahrenheita (czyli po ludzku: -4 C). Rower z trudem niósł mnie ku szkole wśród śnieżnej zamieci, mam nadzieję, że ostatniej w tym roku.

      Mimo tego, że przemarzłem do kości, postanowiłem trzymać się dzielnie i nie zmienić szortów na sensowniejsze ubranie podczas przerwy na lunch. Miejscowi z politowaniem kręcili głowami, a jeden nawet powiedział, że przeze mnie zima będzie dłuższa, bo zgodnie z miejscowym przesądem, ubierając się nieodpowiednio do warunków pogodowych – zaklinamy jeszcze gorszą pogodę. Trzeba przyznać, że jest w tym pewna mądrość. Ja byłem ubrany nie na to, jaka pogoda była, ale na to jaka chciałbym, by była. Cóż, nie jestem pierwszym, który zapłacił karę za myślenie życzeniowe.

      W piątek mieliśmy tak zwany dzień tradycyjny, kiedy to dzieci niby mają przyswajać sobie elementy miejscowej kultury i tradycji. Założenie słuszne, tylko trudno wykonalne, gdy nie ma instruktorów, którzy mogliby im te elementy przybliżyć. Skończyło się na tym, że wraz z nauczycielką Anishinaabemowin (Oji-Cree) wzięliśmy dzieci na spacer, czy też nawet dwa spacery – jeden przed, a drugi po lunchu.

      Najlepiej nasze "dni tradycyjne" podsumowuje rozmowa dyrektora szkoły z jedną z miejscowych nauczycielek, której miałem przyjemność być świadkiem kilka miesięcy temu. Wyglądało to tak: dyrektor wchodzi do jej klasy i widzi, że część dzieci siedzi przy swoich biurkach, część przechadza się po klasie, część leży na podłodze. Nie ma żadnych znaków, które wskazywałyby na to, że coś się dzieje – w sensie przyswajania sobie przez dzieci wiedzy. Poirytowany zwraca się do siedzącej przy biurku nauczycielki: "Dlaczego dzieci nic nie robią?". "Jak to nic? Mamy dzień tradycyjny..." – broni się nauczycielka. "No ale uczniowie po prostu siedzą i nic nie robią. To chyba nie jest miejscowa tradycja!" – dyrektor nie daje za wygraną. "Jak to nie? Właśnie, że jest" – ucina nauczycielka.

      Niestety, coś w tym jest. Na przykład w zaledwie jeden tydzień wybudowano w rezerwacie "doczepkę" do miejscowego kościoła zielonoświątkowców. Budynek jest duży, okazały. Tempo robót było zaskakująco szybkie. Okazało się, że w pracę nie są zaangażowani miejscowi, tylko grupa wolontariuszy z południa. 10 chłopa postawiło kościół w mniej niż osiem dni. Tymczasem miejscowa brygada budowlańców od ponad roku zmaga się z ukończeniem nowego "centrum biznesowego" – ja szumnie określono szopę stojącą nieopodal kościoła. Końca robót nie widać. Nie ma kultury przestrzegania terminów ukończenia robót, nie ma poczucia odpowiedzialności przed innymi.

      Wracając do naszego "dnia tradycyjnego": przed lunchem mieliśmy łowić ryby, ale żadne z dzieci nie przyniosło wędki ani nie było ubrane odpowiednio, więc większość czasu spędziliśmy, chodząc z uczniami od domu do domu po to, by mogli wziąć, co im potrzebne: wędki, kurtki etc. Gdy w końcu opóźnieni ponad dwie godziny dotarliśmy do miejsca, skąd mieliśmy łowić, to było zbyt wietrznie, by nawet spróbować. Mnie samego gwałtowny podmuch wiatru zrzucił ze śliskich kamieni wprost w lodowatą wodę. Moi uczniowie z trudem utrzymywali się w pozycji stojącej. Na dodatek wiatr przywlókł ze sobą lodowe kry ze środka jeziora, więc o zarzucaniu wędek nie było mowy. Sporo jednak uciechy było w przeskakiwaniu z kry na krę, w próbach utrzymania równowagi na mniejszych krach i "rozhuśtania" większych...

      Po lunchu poszliśmy na "nature walk". W moim mniemaniu była to strata czasu, bo taki "nature walk" powinien mieć jakiś cel: a to obserwujemy zmiany w przyrodzie (wiosna w końcu i wszystko budzi się do życia po siedmiu miesiącach zimy), a to szukamy znaków obecności drapieżników, a to uczymy się nazw drzew i innych roślin... Tymczasem nasza koordynatorka programu tradycyjnego nie miała żadnych pomysłów, włącznie z tym dokąd pójść. Chcąc nie chcąc, musiałem wziąć sprawy w swoje ręce i wyznaczyć cel wędrówki, a co ubawiło mnie setnie, bo mieszam tu zaledwie drugi rok, a ona – całe życie. Podczas samego spaceru zasugerowałem, by przepytała dzieci z nazw drzew w miejscowym języku, na co odpowiedziała ze szczerym uśmiechem, że sama zna tylko dwie nazwy: brzozy i topoli. Cóż, nazwać brzozę w Anishinaabemowin, to i ja potrafię (łigosz).

      Tu i ówdzie próbowałem zatrzymać dzieci, coś im pokazać i wyjaśnić, ale nie bardzo były zainteresowane, więc zrezygnowany postanowiłem po prostu cieszyć się z faktu, że nie muszę siedzieć cały dzień w klasie, że po prostu chodzę sobie po lesie, nic w sumie innego nie robiąc, i mam za to płacone jak za każdy zwyczajny dzień uczenia. Nie było to łatwe, bo nie lubię dostawać pieniędzy za "nic", no ale w końcu nadzorowałem dzieci, więc jakąś tam pracę wykonałem.

      To było w zeszły piątek. Nie minął tydzień, a lód całkowicie zniknął. Ba! Tydzień! Już w poniedziałek pierwsi śmiałkowie poszli "pływać", czyli taplać się w wodzie, bo tak naprawdę pływać to mało kto potrafi. Pogoda przyniosła gwałtowne ocieplenie i wtorek i środa przywitały nas temperaturami rzędu 26-28 stopni Celsjusza. W połączeniu z brakiem jakiegokolwiek wiatru i całkowicie bezchmurnym niebem żar był nie do zniesienia.

      Tak się złożyło, że we wtorek szkoła wzięła udział w porządkowaniu rezerwatu (czytaj: zbieraniu śmieci, jakie ludzie przez ostatnie parę miesięcy beztrosko rzucali gdzie popadnie). Zebraliśmy ponad 300 (!) ogromnych worów na śmieci, które wypełniliśmy po brzegi puszkami, butelkami, papierami, bliżej niezidentyfikowanymi kawałkami plastiku, zużytymi pieluchami, pojemnikami po oleju silnikowym, opakowaniami po chipsach i tak dalej. Niby wszystko pięknie, ale serce mi się krajało, widząc piękny las i jezioro tak strasznie zanieczyszczone! Przy tym ogromie pracy nie zebraliśmy nawet połowy z leżących dookoła śmieci. Najgorszy jednak był stosunek dzieci do tego, co robiliśmy: albo nie potrafiły dostrzec śmieci i przechodziły obok nich obojętnie (co pokazuje mi, że mieszkanie wśród odpadków jest dla niektórych z nich tak normalne, że śmieci stały się dla nich naturalną częścią krajobrazu), albo buntowały się przeciw temu, co robiliśmy, wykazując, "bo przecież wszyscy tak robią" (śmiecą). Nie wszyscy.

      Przez dwa lata mieszkania tutaj nie zostawiłem w lesie ani jednej puszki, butelki, opakowania. Nie byłem w Polsce harcerzem, nie udzielałem się w LOP (Lidze Ochrony Przyrody), nie należałem do PTTK, ale jakoś mi przekazano dyrektywę "gdy idziesz w las, staraj się opuścić go w lepszym stanie niż go zastałeś", czyli nie śmieć, nie niszcz roślinności, nie zabijaj i nie płosz zwierząt itd. itp. Nie potrafię zrozumieć i zaakceptować miejscowej mentalności, która zezwala na czynienie tego wszystkiego. Rozumiem polowanie, bo sam chodzę polować, bo jedzenie jest drogie i upolowanie łosia, czy nawet paru kaczek pozwala jakoś połatać domowy budżet. Nie rozumiem jednak, dlaczego dorosłym się wydaje, że siedmiolatek może biegać po rezerwacie ze swoją wiatrówką i strzelać do wszystkich bez wyjątku zwierząt w okolicy, włączając w to psy i koty sąsiadów. Nie rozumiem śmiecenia i bezmyślnego niszczenia zabawek, cudzej i swojej własności.

      Obiecano dzieciom zapłacić (!) dwa dolary od wora śmieci, ale i to nie było wystarczającą zachętą. Niektórzy z moich uczniów po dziesięciu minutach "zbierania" śmieci rzucili swe worki w las i poszli na plażę pomimo moich zachęt, próśb, gróźb i wrzasków. "I already have money" – usłyszałem w odpowiedzi na moje kuszenie ich dwoma dolarami za worek. O poczuciu odpowiedzialności za wygląd wspólnoty, dumie z mieszkania w ładnym, czystym miejscu nie ma mowy.

      Próbuję to zmieniać i kształtować u moich uczniów postawy bardziej przyjazne środowisku, ale przykład w pierwszym rzędzie idzie od ich rodziców lub opiekunów. Pewne rzeczy po prostu wynosi się z domu i choćbym na głowie stawał, nie będę w stanie odwrócić czy zmienić nawyków wpajanych dzieciom przez ich otoczenie, w tym rodzinę i przyjaciół. Nie da się tego zrobić, nie przeciwstawiając szkoły domowi, co w końcu prowadzi do otwartego konfliktu: my – oni.

      Wspominałem o wandalizmie i włamaniach. Problem niestety narasta. Nie dalej jak dwa dni temu ktoś podpalił nieczynne zresztą od miesięcy Centrum Młodzieżowe (czy też "Youth Caffee"). Ogień szybko ugaszono, ale budynek nadaje się do rozbiórki, a większość znajdujących się w nim rzeczy (gry, meble etc.) do wyrzucenia. Dziś ma się odbyć walne zebranie członków wspólnoty. Mają radzić, jak zapobiec dalszym problemom w rezerwacie. Wiem, że spora część rodziców i członków wspólnoty za wszystko co złe obwinia szkołę (Facebook jest wspaniałym narzędziem do wymiany myśli i opluwania bliźnich... Niejednokrotnie natknąłem się w nim na nieprzychylne uwagi wobec szkoły i nauczycieli). W sumie to instytucja obca, zarządzana przez białych etc.

      Mimo, że do końca mojego pobytu w Wunnumin Lake pozostał mniej niż miesiąc (odrzuciłem kontrakt na przyszły rok), ciekawy jestem wyników spotkania. Przez te dwa lata to miejsce stało się mym domem, związałem się z nim bardzo mocno i trudno będzie się z nim rozstać. Naturalne jest, że ogarnia mnie troska o "mój" rezerwat.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

niedziela, 13 maj 2012 09:35

Dwa światy (24)

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (24)

     Jest środa wieczór, gdy piszę te słowa z Wunnumin Lake. Myślę o odległym o setki kilometrów Thunder Bay, gdzie rodzina i przyjaciele Jordana Wabasse (15-letniego ucznia szkoły Dennis Franklin Cromarty) zbierają się w smutku w centrum wolontariuszy, skąd prawie codziennie grupy ochotników wyruszały na poszukiwanie zaginionego chłopca. Zaledwie dwa dni temu, w 90 dni od czasu jego zaginięcia, odnaleziono w rzece Kaministiquia ciało chłopca. Dziś wieczorem koroner oznajmił, że odnalezionym jest Jordan. Przyczyna śmierci: utonięcie. Jak na ironię, Dennis Franklin Cromarty obchodziło również dziś ceremonię zakończenia roku szkolnego dla uczniów klasy 12. Cóż, życie musi toczyć się dalej.

      Tymczasem w rezerwacie zakończył się "minifestiwal zimowej drogi" i znowu jest wszystko po staremu, co oznacza, że szkoła ponownie stała się obiektem ataków wandali. Póki festiwal trwał sobie w najlepsze, wandale świętowali, popijając bełt (homebrew) i tańcząc (czy też raczej pląsając) w miejscowej "remizie" do 2 – 3 w nocy. Teraz jednak znów nie ma rozrywek, więc trzeba się czymś zająć. Wczoraj rano włamano się do miejscowego przedszkola, demolując je, a na zakończenie dnia wybito dwie szyby w szkole. Straty spowodowane wandalizmem idą w setki tysięcy dolarów, nie wspominając już o straconym czasie i straconych złudzeniach.

      Nowi nauczyciele dziwią się mojej obojętności, temu, że wzruszam ramionami, widząc kolejne grafitti, kolejną wybitą szybę, kolejną zabawkę czy pomoc naukową bezmyślnie zniszczoną i porzuconą przed szkołą. Po pewnym czasie człowiek po prostu obojętnieje, obniża się jego próg wrażliwości... Rzeczy z gruntu wynaturzone stają się w końcu normalne i nawet w jakiś sposób znajome i oczekiwane. Pamiętam, jak sam na początku mojego uczenia w rezerwacie złościłem się, że miejscowi nauczyciele wykazują podobną obojętność, że "nic nie robią", by zmienić sytuację.

      Teraz sam rozumiem, jak mało można uczynić bez współpracy rodziców. Prostym przykładem jest sytuacja sprzed miesiąca, kiedy to grupa nastolatków włamała się do obu miejscowych sklepów, kradnąc pop-corn, chipsy, napoje gazowane etc. Miejscowa policja złapała kilku młodocianych... i co z tego? Nastolatkowie mieli świetną zabawę na komisariacie, żartując sobie, śmiejąc się z siebie nawzajem i po prostu wygłupiając się. Policjanci zadzwonili do domów, ale w niektórych przypadkach rodzicom nie chciało się odebrać ich "pociech" z komisariatu. Bezradni policjanci musieli wypuścić zatrzymanych. Konsekwencji nie było i nie będzie.

      Podobnie sprawa ma się ze szkołą. Szef naszego wydziału oświaty "nie wierzy w karanie winnych". Zamiast porządnego złojenia skóry, aresztu domowego, prac społecznych stosuje się "restorative justice", które polega na tym, że "winny" i "poszkodowany" prowadzą dialog w obecności i pomocy mediatora. Wygląda to tak, że większość poszkodowanych nie ma odwagi wyrażenia tego, co czują lub myślą, a większość poszkodowanych po prostu przeczekuje nudne, nieprzyjemne spotkanie, co najwyżej burcząc słowa przeprosin, które nie mają nic wspólnego ze skruchą czy poczuciem chęci naprawy sytuacji. Sytuację komplikuje fakt, że szkoła jest w sumie bezosobowa, nie ma kto jej reprezentować, co najwyżej dyrektor.

      Wracając jednak do największego wydarzenia ostatnich dni, czyli "Winter Road Spring Mini Festival", to trzeba powiedzieć, że impreza była dosyć udana. Zaczęła się już w zeszły czwartek i trwała przez cztery dni aż do niedzieli. Każdy dzień w sumie wyglądał podobnie: około południa miejscowi zbierali się w Norman Hall, by gotować góry jedzenia, które było dostępne za darmo i dla wszystkich, oprócz nauczycieli, którzy w tym czasie musieli organizować gry i zabawy dla dzieci i nie mogli skorzystać z tego aspektu festiwalu. Oczywiście słowo "organizacja" stosowane jest tu w luźnym sensie konieczności bycia gdzieś indziej, niż początkowo planowano i dokąd się przyszło, rozpoczęcia zajęć później niż planowano, po odświeżającej godzinie stania przed zamkniętym budynkiem i czekania na Bóg wie co, i w końcu robienia czegoś innego, niż planowano, bo do tego, co planowano nie przywieziono czegoś tam, i tak dalej.

      Po grach i zabawach (jak już się w końcu odbyły) był czas na krótką chwilę wytchnienia przed (tu fanfary!) grą w BINGO. Bingo jest miejscowym bogiem. Gdy się rozpoczyna, wszystko inne zamiera i traci znaczenie. Milkną wszystkie odgłosy normalnego życia i słychać jedynie szum maszyny losującej numery i stukot dabberów (wypełniony tuszem mazak z gąbką na jednym końcu służący do znaczenia numerów na karcie do gry w bingo).

      Popełniłem błąd, kupując w przedsprzedaży kartę na trzy festiwalowe dni (bagatelka dwieście dolarów!). Mając kartę, nie mogłem nie grać, a to kosztowało mnie dodatkowo kilkanaście godzin mojego życia. Bingo zaczynało się codziennie około siódmej wieczór i trwało do dziesiątej lub jedenastej w nocy. Zwykle grane jest "przez radio", tym jednak razem ze względu na festiwal było grane "tradycyjnie" – w sali Norman Hall. Frekwencja dopisała. Naliczyłem ponad stu obecnych (nie licząc dzieci i młodzieży), co w przybliżeniu stanowi 25 proc. miejscowej społeczności. Nagrody były spore i emocje sięgały zenitu przy okazji ostatniej gry, kiedy wygrana padła dopiero przy 66 numerze, czyli bardzo późno (typowo przy grze w bingo używa się 75 liczb). Wygraną stanowił dwuletni truck lub – w przypadku większej ilości wygranych – dziesięć tysięcy dolarów do podziału.

      Po bingo szybko sprzątano salę i zamieniano ją w dyskotekę. Skoczna muzyka rozbrzmiewała codziennie do drugiej – trzeciej w nocy, a długo po tym wokół szkoły (oddalona zaledwie 3 minuty marszu od Norman Hall) krążyły watahy nietrzeźwych nastolatków. Jak łatwo się domyślić, frekwencja była znikoma, bo kto by się przejmował nauką, gdy się odbywa tak ważny festiwal. Wcześniej od szkoły ważniejszy był sezon polowań na gęsi, niedługo rozpocznie się sezon polowania na kaczki, po tym będzie sezon łowienia ryb, sezon zbierania jagód, sezon polowania na głuszce, sezon przygotowywania się do zimy, sezon drogi zimowej, sezon łowienia spod lodu, sezon hokejowy... Czasami mnie samemu wydaje się, że nawet jeśli szkoła to dobry pomysł, to jest jakoś tak źle zaplanowana – za bardzo zbiega się z innymi ważnymi wydarzeniami w życiu. W końcu, szkoła nie ucieknie, czyż nie?

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

niedziela, 13 maj 2012 09:33

Dwa światy (23)

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (23)

Ostatnio w rezerwacie nie można narzekać na nudę. Najpierw wybory (moje pierwsze kanadyjskie wybory!), potem polowanie, w końcu Winter Road Spring Mini Festival, który rozpoczął się w środę, ale po kolei.

      Wybory w Wunnumin upłynęły spokojnie i bez szczególnych emocji. Wygrał konserwatysta, co było do przewidzenia, mimo że większość znanych mi "jabłek" głosowała na liberałów albo NDP. "Jabłko" to pejoratywne określenie, jakie Indianie nadają czasem swoim współplemieńcom, które oznacza "Indianina żyjącego i myślącego na sposób białych": czerwony z zewnątrz, biały w środku.

      Dla mnie były to wybory szczególne, bo moje pierwsze. Poprzednie mnie ominęły, bo w geście sprzeciwu wobec bezsensownej śmierci Roberta Dziekańskiego na lotnisku w Vancouverze, wzbraniałem się przed przyjęciem kanadyjskiego obywatelstwa i przez długi czas zwlekałem z wysłaniem wniosku o nie. W końcu jednak doszedłem do wniosku, że skoro już żyję w tym kraju, to warto mieć jakiś wpływ na to, jak jest rządzony. Nieco o to trudno przy głupawej ordynacji wyborczej (jakoś zawsze bardziej mi się podobała ordynacja proporcjonalna niż większościowa), ale lepsze to niż nic.

       Same wybory były raczej mało ekscytujące, tym bardziej że mój kandydat przegrał, dużo bardziej ekscytujące było oglądanie relacji ze studia wyborczego z gronem miejscowych. Mój gospodarz bardzo się martwił losem Stephena Harpera i ilekroć na ekranie były pokazywane wyniki liberałów, zadawał pytanie "I co Stephen Harper teraz ze sobą zrobi?". Nie śmiałem powiedzieć, że pan Harper to przewodniczący Partii Konserwatystów, która w wyborach odniosła zwycięstwo. "Ot, poinformowany wyborca" – myślałem sobie.

      Jeszcze bardziej ekscytujące było moje pierwsze "prawdziwe" polowanie. Niby bywałem już na polowaniach wiele razy, ale tym razem to nie była żadna amatorszczyzna w stylu hasania po lesie z procą w poszukiwaniu głuszców, tylko prawdziwa poważna operacja. Wszystko zaczęło się wcześnie. Prawdziwi myśliwi w rezerwacie wstają wcześnie. Tak około 3.30 nad ranem.

      Było jeszcze ciemno, gdy wsiedliśmy w samochód R., jednego z najbardziej doświadczonych myśliwych w rezerwacie, i pojechaliśmy w stronę lotniska. Tam bez zbędnej zwłoki przesiedliśmy się na dwa skutery śnieżne i czym prędzej ruszyliśmy w dalszą drogę. Sunęliśmy środkiem zamarzniętego jeziora, spowici poranną mgłą. Kruchy o tej porze roku lód trzeszczał groźnie pod ciężarem skutera, który czasami zapadał się niebezpiecznie w zewnętrzną warstwę roztopionego lodu (slushu). Znikoma widoczność sprawiała, że wzrok nie był w stanie przebić mgły na dalej niż 40-50 metrów, co sytuacji dodawało grozy i magii. Nieregularna linia brzegowa jeziora to przybliżała się, to uciekała ode mnie, przesuwając przed moimi oczami znikające szybko we mgle pokręcone i niewyraźne kształty drzew i skał. Nie mogę znaleźć odpowiednich słów, by opisać magię tej porannej podróży. Po niespełna godzinie dotarliśmy na miejsce: Purdy Bay, i bez słowa zaczęliśmy rozstawiać decoys. Operacja była poważna – mieliśmy ich aż czterdzieści! Przy ich rozstawianiu o mało co nie zażyłem kąpieli. Nie znając jeziora, chciałem przejść po lodzie zbyt kruchym, by mógł mnie utrzymać, co wzbudziło śmiech mojego przewodnika. Gestem wskazał mi bezpieczniejszą, okrężną drogę.

      Około piątej rano decoys były już rozstawione, pozostało usiąść i czekać. Polowanie na gęsi przypomina nieco pilotowanie samolotu: godziny nudy przeplatane są krótkimi momentami przypływu adrenaliny. Siedziałem sobie na skrzynce na mleko, spoglądając w szare, chmurne niebo, wtulając się w parkę i wsłuchując w ryk wiatru. Było zimno. Ubrałem się tak, jakbym się ubrał na mroźny zimowy dzień: para ocieplanych kalesonów, dwie pary spodni, specjalny trykot z długimi rękawami, kamizelka, ciepła bluza, kurtka i ciężka zimowa parka, mimo tego dygotałem z zimna. Siedzenie bez ruchu nie pomagało. Miejsce było odsłonięte i wiejący z prędkością 30 km/h wilgotny wiatr przeszywał mnie chłodem aż do szpiku kości. Prócz jego wycia panowała absolutna cisza. Monotonia (wszystko tonęło we mgle) i szarość krajobrazu sprawiła, że zasnąłem.

      Z krótkiej drzemki obudził mnie gwałtownie huk wystrzałów i zapach prochu. Zanim się zorientowałem, co się dzieje, nasz indiański przewodnik ustrzelił dwie kaczki. Była szósta rano i niebo robiło się jaśniejsze. Myśliwy wyszedł z czatowni i poszedł po kaczki. Spoglądałem na niego z podziwem i zazdrością. Masywny mężczyzna, o szerokich barach i dumnym spojrzeniu sunął pewnie przez lód po swoją zdobycz. Ubrany w maskujący strój myśliwych, nie wydawał się odczuwać dotkliwego zimna, które tak mocno dawało mi się we znaki. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest tu u siebie, że jest w swym żywiole. Jego obecność dawała mi poczucie bezpieczeństwa, pewność, że wszystko będzie dobrze. Jestem tu przecież z zawodowcem.

      Jedna z kaczek trafiona została w skrzydło i ciągle żyła. Leżała na lodzie nie dalej niż półtora metra od kamienistego brzegu jeziora. Śledziłem wzrokiem przewodnika, który zmierzał ku niej z uśmiechem na ustach. Ściszonym głosem chciałem wyrazić swój podziw, ale słowa wiwatu zamarły mi na ustach. Mój przewodnik był od kaczki nie dalej niż dwa kroki i nie dalej niż dwa kroki od brzegu, gdy nagle zniknął mi z oczu, zapadając się całkowicie pod lód. Stałem oszołomiony, nie wiedząc, co robić. Po sekundzie czy dwóch, które wydawały się wiecznością, przewodnik wynurzył się z wody i rzucił mi błagalne spojrzenie o pomoc, które mnie otrzeźwiło i pchnęło do działania. Wyskoczyłem z czatowni, złapałem za leżący nieopodal drąg i ruszyłem w jego stronę. Zanim jednak pokonałem dzielące nas dwadzieścia metrów, myśliwy wydostał się na ląd o własnych siłach. "Zimno" – rzucił krótko i ruszył w stronę ukrytego w nadbrzeżnych zaroślach szałasu.

      Zostaliśmy w czatowni sami, nie wiedząc, co robić. W niczym jednak nie mogliśmy pomóc, o powrocie nie było mowy, więc jedyne, co mogliśmy zrobić, to usiąść i trzymać się planu polowania na gęsi. Po niespełna godzinie wpatrywania się w chmurne, puste niebo i wsłuchiwania się w bezlitosne wycie niestrudzonego wiatru, usłyszeliśmy gęganie pary gęsi. Złapałem za strzelbę, a mój towarzysz zaczął je wabić ile sił w płucach. Za wszelką cenę starałem się zachować powagę, ale jak tu się opanować, jak człowiek widzi kolegę o poczerwieniałej z wysiłku twarzy, który wydaje z siebie zabawne i coraz bardziej rozpaczliwe piski, ku całkowitej obojętności gęsi? Już miałem parsknąć śmiechem, gdy od strony szałasu rozległo się głośne gęganie – nasz przewodnik, nie bacząc na ziąb, wyskoczył na zewnątrz w samej bieliźnie i zaczął pomagać wabić gęsi. Pomogło. Gęsi zatoczyły jeszcze dwa okrążenia i wylądowały tuż naprzeciw nas. Powoli, by ich nie spłoszyć, podnieśliśmy się z moim towarzyszem z czatowni, wycelowaliśmy, równocześnie nacisnęliśmy spusty naszych strzelb, huknęły jednocześnie jakby oddano pojedynczy strzał... Obie padły jak na komendę. Moja pierwsza gęś i zresztą ostatnia tego dnia. Okazji do strzelenia więcej było sporo, ale nie mając doświadczenia i nie będąc dobrze obeznany z bronią, za to niesiony emocjami, strzelałem za nisko, za wysoko, za szybko, za późno i za każdym razem niecelnie... Dzień zakończyliśmy z pięcioma gęsiami (czy też gęśmi) i dwoma kaczkami.

      Tym razem postanowiłem upiec moją gęś z jabłkami, bo jakoś mi się ten przepis nachalnie narzucał na myśl od dłuższego czasu. Przy okazji znalazłem fascynującą stronę internetową promującą mięso gęsi: www.gesina.info.pl.

      Najlepszy czas na polowanie na gęsi już minął, ale niektórzy z miejscowych próbują szczęścia codziennie. Jest szansa, że jezioro niedługo odmarznie i zacznie się sezon polowania na kaczki. Trudno zresztą mówić o "sezonie". Miejscowi wydają się polować, kiedy tylko się da. W końcu jeść trzeba cały czas, a nie tylko w jakimś "sezonie".

      Skoro już mowa o jedzeniu, to na najbliższe dni zanosi się niezła wyżerka w związku z Winter Road Spring Mini Festivalem. Wódz i rada plemienia postanowili uczcić udany sezon zimowej drogi – w przeciwieństwie do poprzedniego roku, w tym roku udało się do rezerwatu przywieźć paliwo, materiały budowlane i inne towary, bez których osada nie mogłaby funkcjonować.

      Festiwal zaczął się w środę sporą biesiadą, na którą wszyscy mieli wstęp wolny. Przez następne trzy dni w rezerwacie odbywać się będą gry i zabawy, miejscowa hala rozlegać będzie śmiechem i muzyką, a każdego wieczora (co najważniejsze) wszyscy zgromadzą się przy swoich odbiornikach radiowych, by grać w bingo, o czym za tydzień.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

niedziela, 13 maj 2012 09:30

Dwa światy (22)

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (22)

      Tak jak podejrzewałem, święta na północy upłynęły pod znakiem polowań. Miejscowi i nie tylko miejscowi spędzali czas, sklecając "blinds" (czatownię) i siedząc w nich ukryci, czekali na gęsi czy też kaczki. Tym, którzy nie poskąpili paliwa, by pojechać gdzieś dalej poza osadę, udało się nawet ustrzelić kilka ptaków, co niezwłocznie zostało obwieszczone wszem wobec w postaci opisów, czy też zdjęć na Fejsbuku.

      Miałem szczęście wziąć udział we wszystkich etapach procesu polowania na gęsi, choć sam nie miałem szczęścia nic ustrzelić, zresztą może i dobrze, bo ani licencji łowieckiej, ani nawet pozwolenia na broń nie mam, ale kto by się tym w rezerwacie przejmował? Nie mogłem strzelby kupić na południu, ale życzliwi miejscowi pośpieszyli z pomocą... Większość z miejscowych ma po kilka, lub nawet kilkanaście strzelb, i niektóre są chyba nawet zarejestrowane.

      Łowy czas zacząć... Zaczyna się dosyć prosto – najpierw trzeba znaleźć dobre miejsce, co łatwe, jak się mieszkało w okolicy od dziecka i się wie, gdzie gęsi zazwyczaj lądują. Tam buduje się czatownię, która jest rodzajem parawanu skleconego z patyków, gałęzi, sosenek. Jak człowiekowi nie zależy szczególnie na jej wyglądzie (czatownia nie musi być piękna), to można to zrobić w góra 10 minut, pod warunkiem że ma się pod ręką potrzebne materiały.

Miejscowi zwykle mają więcej niż jedną czatownię (blind) i przemieszczają się od jednej do drugiej w zależności od pogody i postępujących roztopów. Niektóre czatownie są tuż za wioską, do innych trzeba jechać dwadzieścia kilometrów i więcej po z wolna roztapiającym się lodzie.

      Potem pozostaje rozstawić decoys ("bałwanki") i zaczaić się w krzakach z książką, najlepiej grubą. Jak na horyzoncie pojawią się gęsi czy też kaczki, trzeba – jak mi powiedziano – zacząć hałasować ile wlezie, naśladując ich głosy. Gęsi ponoć myślą podobnie jak mieszkańcy polskich akademików i przylecą przywabione hałasem z nadzieją na grubszą imprezę. Wtedy trzeba powstrzymać nerwy, pozwolić im wylądować i dopiero wtedy strzelać. Miejsce, w którym byłem, widać nie było najlepsze, bo przez cztery godziny czajenia się w krzakach i walki z sennością zobaczyłem zaledwie jednego orła i dwa kruki. Pewnie trzeba było wybrać się dalej, bo jak wyczytałem na Fejsbuku, grupa lokalnych nastolatków upolowała 18 gęsi i 13 kaczek – nie dalej jak w zeszły wtorek.

      Cóż, sam nic nie ustrzeliłem, ale zgodnie z miejscową tradycją myśliwi chętnie dzielą się zdobyczą (w szczególności jak im się zaoferuje pieniądze na benzynę, choć wielu czyni to zupełnie bezinteresownie), tak że dostałem dwie nikkah (gęsi). No i klops. Co taki jak ja mieszczuch ma teraz z nimi zrobić?! Pozostaje chyba zakopać pod drzewem, byleby nikt nie zobaczył... Trzeba było wziąć się za skubanie, a następnie za opalanie ptactwa. Nie miałem pojęcia, jak to zrobić, ale szczęśliwie pośpieszono mi z pomocą, udzielając porad: spokojnie, powoli, nie więcej niż 2-3 pióra na raz, tak by nie zedrzeć skóry; zostawić pierze, które się następnie opali. Zresztą różnych technik jest sporo.

      No i w końcu gotowanie. W sumie mógłbym sam wrzucić ptaka do piekarnika i upitrasić gęś z jabłkami, bo co to za sztuka? Chciałem jednak "tradycyjnie". Do tego to już potrzebne były miejscowe kucharki. W niespełna dwie godziny przygotowały kilka "typowych" dań: gotowaną gęś, owsiankę na gęsi, kluski z gęsią, oczywiście bannock (coś w rodzaju podpłomyka). Smaku potrawom dodawał fakt, że gotowanie odbyło się od początku do końca na zewnątrz, na ognisku, bez kuchni, bieżącej wody i tak dalej. Za stoliki i krzesła posłużyły oczywiście nieocenione skrzynki na mleko.

      Przy okazji historyjka z rodzaju zabawnych lapsusów językowych. Przypomniała mi się, bo gęś w języku oji-cree to "nikka", czyli słowo nieco zbliżone w brzmieniu do indiańskiego odpowiednika wydry (niggak).

      Swego czasu czarterowe loty w okolicy obsługiwał ciemnoskóry pilot. Razu pewnego został poproszony o przywiezienie starego myśliwego z jego "trap line". Myśliwy ów mało co rozumiał po angielsku, jeszcze mniej potrafił powiedzieć. Pilot zaś miejscowego języka wcale nie znał. Był jednak miły i po wylądowaniu chciał nawiązać przyjacielską rozmowę ze starym Indianinem. "How was the hunt? Was it good?" – zapytał. Indianin potakiwał głową, nie mając większego pojęcia, o co chodzi. "I see you have many hides and fur here" – zauważył pilot. Indianin nic nie odpowiedział. "What did you kill?" – zapytał ponownie pilot, pokazując ręką na skóry. Indianin załapał, o czym toczy się rozmowa, i próbował wytłumaczyć, co udało mu się upolować, pokazując na palcach ile. Osiem kun, dwa bobry (amik), jeden wilk (mahingan), dwa lisy... Tym razem to pilot potakiwał głową. Indianin uśmiechnął się do pilota, ciesząc się z dobrego przebiegu rozmowy. Pokazał na palcach trzy i próbując znaleźć angielski odpowiednik wydry (w oji-cree to "niggak") powiedział ... "niggers". Na czym rozmowa się skończyła, bo pilot z przerażeniem uciekł do samolotu i odleciał bez myśliwego.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

niedziela, 13 maj 2012 09:28

Dwa światy (21)

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (21)

      Dziś o garści przygód rozmaitych. Na południe może już wiosna zakrada się nieśmiało, ale ontaryjska północ ciągle pamięta o zimie. Jeszcze całkiem niedawno śniegu było po pas, a w zeszłym tygodniu odbyły się nawet zawody w łowieniu spod lodu. Nie poszedłem, bo nie dość, że nagrody były raczej nieciekawe, to jeszcze nigdy nic w ten sposób nie złowiłem. Konkurs z pewnością nie był dobrym czasem, by się zacząć uczyć poprawnych technik wędkarskich – nie dość, że konkurencja spora, to jeszcze trzeba uiścić wpisowe w postaci pięćdziesięciu dolarów. Trochę żal, bo moja nowa wędka była użyta w tym sezonie tylko dwa razy i ani razu przeze mnie.

      Postanowiłem jednak pojechać rzucić okiem na miejsce, gdzie zawody się odbywają – miejsce co roku to samo, w przesmyku pomiędzy jedną z wysp i stałym lądem. Indianie wiedzą dobrze, gdzie w zależności od pory roku łowić ryby. Jesienią to "rapids", czyli bystrza, latem – "Rabit Point", zimą po prostu "ice fishing spot" ("zimowy punkt łowienia ryb"). Nikt sobie nie zajmuje głowy zbytecznymi nazwami, przecież od dziecka każdy wie, gdzie się łowi ryby, podobnie jak każdy wie, że jagody zbiera się nie gdzie indziej, ale właśnie na "blueberry hill" ("wzgórzu jagód").

      Jezioro jest na tyle czyste, duże i jeszcze niewyeksploatowane, że przy odrobinie cierpliwości teoretycznie wszędzie można coś złowić. Najczęściej szczupaka, od których się tu roi. Jednakże znając "odpowiednie" miejsce ma się dużo, dużo lepsze wyniki przy dużo mniejszym nakładzie pracy, o czym sam się przekonałem.

      Ostatniej jesieni zaproszono mnie na ryby właśnie na bystrza: łodzią płynęło się tam około 40 minut, czyli w sumie dosyć daleko, a że wyruszyliśmy późno (oczywiście wszyscy zawsze są spóźnieni), to gdy dotarliśmy na miejsce, zaczęło się już ściemniać. Nie było za dużo czasu na wędkowanie, ot, najwyżej godzina. Było to moje pierwsze wędkowanie: nie wiedziałem, jak założyć haczyk, jak zarzucić, w którą stronę kręcić kołowrotkiem, ani nawet jak porządnie trzymać wędkę... W łodzi były jeszcze cztery osoby, wprawni, doświadczeni wędkarze, więc patrząc na sprawę obiektywnie – nie mogłem spodziewać się zbyt dobrych wyników: nie dość, że sam nie umiem wędkować, to konkurencja spora. Mimo to złowiłem siedemnaście dużych ryb, a nie liczę już nawet, ile wypuściłem, bo były za małe, ani ile uciekło mi z haczyka, bo nie potrafiłem ich w porę wyciągnąć. Dosłownie, co zarzuciłem wędkę, to czułem, że coś ciągnie żyłkę. Takie miejsce!

      Oczywiście moim towarzyszom z łodzi poszło jeszcze lepiej, co przyczyniło się do kłopotów w drodze powrotnej: łódź obarczona dodatkowym balastem w postaci setek ryb stała się ciężka i jej silnik zaczął nieprzyjemnie rzęzić, by w końcu zgasnąć. Zrobiło się ciemno, zaczęło nieprzyjemnie mżyć zimnym, wrześniowym deszczem, a do domu było jeszcze daleko. Nasz pilot doszedł do wniosku, że przyczyną jest brak lub raczej – znikoma ilość paliwa. Poszarpał łodzią, postukał nieco w silnik i jakoś go uruchomił. Nie było jednak mowy o tym, byśmy mogli dopłynąć z powrotem do rezerwatu tą samą drogą, którą przypłynęliśmy – musieliśmy wziąć skrót przez ni to strumyk, ni to przesmyk pomiędzy dwoma wyspami, co okazało się nielichą przygodą: woda była tam zbyt płytka i za wąska, by łódź mogła przepłynąć, więc musieliśmy wysiąść i ją przepchać.

      Bez wątpienia ta noc zapadnie mi w pamięci na długo: brodzenie po łydki w zimnym, lepkim mule, przedzieranie się przez gęste zarośla, przepychanie ciężkiej od dobrego połowu łodzi nie jest czymś, czego w pracy nauczyciela doświadcza się na co dzień. Jakoś dotarliśmy, ale na tym przygoda się nie skończyła. Musieliśmy jeszcze ryby oskrobać i wyfiletować. Pracowaliśmy w trójkę i zajęło nam to trzy godziny. Skończyliśmy nieco przed drugą w nocy.

      Wracając jednak do mojej niedawnej wyprawy do "ice fishing spot". Ta podróż też dostarczyła mi nielichych wrażeń. Jedzie się drogą do lotniska, by nieco za wysypiskiem śmieci odbić w prawo i wjechać... na jezioro. Tam, już po lodzie, jedzie się przez 20 minut aż do łowiska. Lód gruby, bo ponadmetrowy, ale i tak wrażenie jest dziwne: z obu stron piętrzą się śnieżne zaspy, a gładka, lodowa droga połyskuje w słońcu. Opony zimowe zdały egzamin na piątkę, zapewniając rewelacyjną przyczepność. Idealnie gładka i twarda nawierzchnia sprawiła, że jechało się tam z prawdziwą przyjemnością. W kilku miejscach zatrzymałem się, by przez przejrzysty lód spojrzeć na podwodny świat. Naszła mnie zabawna myśl, że może tam, na dnie, siedzi jakiś prastary mądry jesiotr, spogląda w górę i widząc mnie przez lód, myśli, że w jego akwarium dziś duży ruch...

      Z zeszłego roku pamiętałem, że ktoś wybudował przy łowisku tipi, więc postanowiłem sprawdzić, jak wygląda ono w tym roku. Nie był to zbyt szczęśliwy pomysł. Początkowo szło w miarę nieźle, ale już po niespełna trzydziestu metrach od drogi zacząłem zapadać się w śnieg po uda (lub też jedno udo) przy każdym niemalże kroku, co nie dość, że mnie spowolniło, to jeszcze nie było zanadto przyjemne. Przy tak głębokim śniegu moje niezbyt dobrze założone stuptuty (musiałem to słowo specjalnie znaleźć; po angielsku: gaiters, czyli ochraniacze na nogi, nakładane na buty i spodnie) nie pomagały wiele. Na dodatek przy okazji wygrzebywania się ze śniegu spojrzałem dokładniej na podłoże i... strach przeciągnął po mych plecach swe długie, zimne paluchy, przyprawiając mnie o drżenie. Dookoła roiło się od śladów wilków. Niektóre z nich musiały być ogromne, bo ich łapy zostawiły ślady wielkości moich dłoni. Machinalnie sprawdziłem, czy mam przy pasku swoją procę, ale zdając sobie sprawę z tego jak żałosną byłaby bronią przeciwko watasze wygłodniałych wilków zaśmiałem się sam z siebie. Strach dodał mi motywacji i czym prędzej wygrzebałem się ze śniegu, wskoczyłem na rower i pognałem w stronę osady, myśląc, że następnym razem nie ma się co ruszać z domu bez strzelby.

      Skoro mowa już o strzelbach, to wszyscy niecierpliwie czekają, kiedy pójdą one w ruch: wszak lada dzień zacznie się sezon polowań na gęsi. Z niektórych osad już dobiegają wieści o udanych polowaniach. Wiele osób pozmieniało swoje zdjęcia na Facebooku na zdjęcia gęsi. Całkiem prawdopodobne, że Wielkanoc minie nam w rezerwacie pod znakiem gęsiej masakry, tym bardziej że na początek maja przewidziany jest tu "festiwal zimowej drogi" (Ice Road Fest), co zabawne jest o tyle, że "ice road" już od dawna jest nieprzejezdna z uwagi na wysokie temperatury i szybkie topnienie śniegu. W związku z festynem Rada Plemienia (Band Office) zwróciła się do miejscowych myśliwych z prośbą o dostarczenie wszelkiego rodzaju świeżej zdobyczy: głuszców, gęsi, łosi, bobrów, karibu, i co tam jeszcze się pod lufę nawinie, a co można zjeść. Za głuszca podobno płacą dziesięć dolarów, więc sam się zastanawiam, czy nie ruszyć na łowy z moją wierną procą przy boku.

      Na zakończenie z serii "humor zeszytów szkolnych", czyli "zabawne" sytuacje, które przytrafiają się czasami podczas nauczania. Zabawne patrząc z zewnątrz, bo mi wcale do śmiechu nie było.

      Sytuacja pierwsza miała miejsce na samym początku roku szkolnego. Podczas lekcji matematyki jedna z dziewczynek w mojej klasie ni stąd, ni zowąd zaczęła coś nucić. Początkowo nie zareagowałem, ale nucenie stawało się coraz bardziej dokuczliwe, tak że po mniej więcej dziesięciu minutach zwróciłem się do uczennicy (nazwijmy ją Kasią, czyli Cathy) z prośbą: "Cathy, could you please stop humming? You might be distracting other students?". "But it is a nice song!" "Yes, I know it is a nice song, but still, we are trying to learn some mathematics here and we could have our music lesson later". "But it is a Jesus song!" – przyznam, że to wyznanie zbiło mnie nieco z tropu. – "Eee, that's very nice, it is a Jesus song, but…" – wkrótce przekonałem się, że wdawanie się w dyskusję było błędem. – "You do not like Jesus song?" – po części zapytała, a po części stwierdziła zmartwiona Cathy, po czym spojrzała mi w oczy i powiedziała: "You HATE Jesus!". Jak na komendę dzieci jedno po drugim podjęły "Aleks hates Jesus! Aleks hates Jesus!". Jak na złość jedna z miejscowych nauczycielek, osoba raczej wierząca, przechodziła korytarzem i rzuciła mi raczej... zdziwione spojrzenie. W taki to sposób dzieci doszły do wniosku, że nie ma co ze mną rozmawiać o religii, bo przecież nienawidzę Jezusa.

      Innym razem, a było to w listopadzie, przy okazji NAAAW (National Aboriginal Addiction Awareness Week), omawiałem z uczniami projekt plakatu na temat "Jak prowadzić dobre życie". Przeprowadziłem klasową dyskusję i burzę mózgów... W formie obłoczka i odchodzących od niego promieniście linii utrwaliłem owoc naszej dyskusji na tablicy. Wśród propozycji było między innymi: playing video games, eating pizza, playing with friends, hunting, camping i tak dalej. W sumie zadowolony z wyników postanowiłem jeszcze raz wyjaśnić zadanie: "OK, so you know what to do now. Draw a poster. On your poster there should be a picture of something that makes you happy. What can make you happy? What do you like doing? For instance..." i tu zacząłem sczytywać z tablicy propozycje, a że zrobiłem to nader szybko, za szybko i bez uwagi na wypowiadane słowa, wyszła mi dosyć niefortunna zbitka hunting i camping, czyli nie inaczej jak "humping". Ku mojemu zaskoczeniu dzieci (klasa 3) słowo rozpoznały i gromadnie wyraziły dezaprobatę w postaci soczystego "eeeew".

      W końcu mamy kwiecień. O obu sprawach nie wspominałem więcej i dawno zapomniałem, czy raczej zapomniałbym, gdyby nie wydarzenie z zeszłego tygodnia. W mojej klasie odbywała się akurat lekcja Oji-Cree, z miejscową nauczycielką. Zwykle wychodzę, ale tym razem zostałem. Ni stąd, ni zowąd Cathy znowu zaczęła nucić swoją piosenkę. Tym razem siedziałem cicho jak mysz pod miotłą, w końcu to nie moja lekcja, no i nie chcę się narazić na niczyj gniew, czy to ludzki, czy to Sił Nadprzyrodzonych. Nie udało mi się wywinąć: Cathy podniosła głowę z nad ławki i zapytała "Who likes Jesus songs?", a widząc mnie, dorzuciła "Aleks hates Jesus songs!". "Debwe?" (w Oji-Cree: "doprawdy?") – zapytała miejscowa nauczycielka. – "Aha" – odpowiedziały dzieci, zaraz pomocnie dopowiadając, że "Aleks likes...". Uciekłem z klasy tak szybko jak tylko mogłem, ścigany śmiechem miejscowej nauczycielki.

      Mnie do śmiechu nie było. Swoją drogą, nauczyło mnie to pokory i ostrożności – nie mam pojęcia, co dzieciom może wydać się ważne i co zostanie w ich pamięci. Wiem, że za dziesięć lat nie tyle będą pamiętały, co mówiłem, ale jaki byłem. Mam nadzieję, że będzie to pozytywne wspomnienie.

      Z okazji świąt życzę tak Państwu, jak i sobie samemu chęci, roztropności i odwagi w pozostawianiu po sobie wszędzie dobrych, pozytywnych wspomnień, które ubogacą czyjeś życie i nam samym pozwolą lekko kroczyć w przyszłość, wiedząc, że nie zmarnowaliśmy czasu, jaki został nam tu dany.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

niedziela, 13 maj 2012 09:25

Dwa światy (20)

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (20)

      Pierwsza z tradycyjnych indiańskich ceremonii, w jakich było mi dane uczestniczyć, to smudging. Co ciekawe, nie miało to miejsca w rezerwacie, lecz w... Mississaudze w Kanadyjskim Centrum Koptyjskim przy egipskim koptyjskim kościele przy ulicy Eglinton. Było to pięć lat temu, nie byłem wtedy jeszcze nauczycielem i ani myślałem, że los rzuci mnie półtora tysiąca kilometrów na północ.

      Pracowałem wtedy dla organizacji non-profit zajmującej się pomocą nowo przybyłym do Kanady imigrantom. Jako członek 26-osobowego zespołu "settlement workers" (pracowników społecznych do spraw nowo przybyłych), z których każdy był innej narodowości, obsługując klientów z całego świata, miałem szczęście stykać się z mnogością ludzi różnych kultur, ras, wyznań niemal każdego dnia. Rzecz normalna w dużych centrach miejskich Kanady, lecz zgoła niespotykana w Polsce.