Goniec

Switch to desktop Register Login

U Indian

piątek, 27 kwiecień 2012 21:58

Dwa światy [15]

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (15)

      Od dłuższego czasu próbuję zmierzyć się z tematem miejscowej religijności, a temat to obszerny i niełatwy do opisania. Pierwszy raz chciałem coś o tym wspomnieć jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia. Chciałem napisać, jakie to miłe i odświeżające nie musieć się kryć z tym, że świętuję Boże Narodzenie, to religijne, tradycyjne, a nie komercyjne z Rudolfem i tłustym Santa Clausem i (nie daj Boże!) elfami, "panią Claus" i cokolwiek tam jeszcze studio rysunkowe Disneya do spółki z Coca Colą wymyśliło.

      Z niesmakiem wspominam swoistą nagonkę, z jaką się spotkałem, gdy byłem jeszcze studentem studium nauczycielskiego, i gdy tuż przed grudniową przerwą świąteczną nieopatrznie napomknąłem coś o Bożym Narodzeniu. Nie pamiętam już nawet, co to było, ale zaraz zwrócono mi uwagę, że powinienem być bardziej "sensitive". W żadnym wypadku nie powinienem używać sformułowania "Christmas", bo tak jak teraz mogę urazić uczucia studiujących ze mną muzułmanów, żydów, hindusów, sikhów, antyklerykałów, gejów, ateistów, agnostycznych feministek-lesbijek i z kimkolwiek tam jeszcze byłem w grupie, tak w przyszłości mogę skrzywdzić jakieś dziecko, przedkładając w swojej klasie jedną (moją) tradycję religijną nad inne. Poza tym i Chanuka i Kwanzaa mają miejsce w grudniu, więc nie mogę "holiday season" utożsamiać wyłącznie ze świętami Bożego Narodzenia. Nie sposób nie uznać zasadności powstrzymywania się od osobistych uwag na temat religii w klasie przy dzieciach, ale przecież byłem wśród dorosłych.

      Nie jestem szczególnie dobrym katolikiem, jeśli chodzi o demonstrowanie religijności, regularne uczęszczanie do kościoła, czy też ewangelizowanie, czyli głoszenie Dobrej Nowiny, i może właśnie dlatego wzbudził się we mnie sprzeciw. Przecież nie chciałem nikogo nawracać, nie wiedziałbym nawet, od czego zacząć, ale...

      Na samym początku roku szkolnego mieliśmy krótki wykład o Rosz Haszana (Shana Tova!) i wszystko było w porządku, miesiąc później było Diwali i również nie było problemu z mówieniem o jego znaczeniu, a już zupełnie niedawno przypadło Eid i gratulowaliśmy (Eid Mubarak!) muzułmanom, to dlaczego teraz, przy okazji świąt Bożego Narodzenia (między innymi) mamy w najlepszym wypadku rozdać sobie kartki mówiące "Season Greetings" i bez słowa rozejść się na dwa tygodnie?         W odpowiedzi usłyszałem, że chrześcijaństwo tak długo tłamsiło wyznawców innych religii, tak długo monopolizowało życie społeczne w Kanadzie, że po prostu w dobrym tonie byłoby, może nie od razu kajanie się, że się jest chrześcijaninem (choć i tacy się zdarzyli), ale przynajmniej dyplomatyczne milczenie na ten temat.

      Zdziwiłem się, słysząc to, i powiedziałem, że wychowałem się w komunistycznej Polsce, gdzie władza patrzyła na religię raczej niechętnie, ale dopiero teraz, w teoretycznie przepełnionej duchem tolerancji, wielokulturowej Kanadzie po raz pierwszy czuję się dyskryminowany ze względu na moją tradycję religijną i nie bardzo rozumiem, dlaczego mam się wstydzić tego, kim jestem. Ponadto, w moim mniemaniu, otwarcie przestrzeni publicznej dla wyznawców innych religii (jak najbardziej zresztą rozsądne w obliczu zmieniającej się kanadyjskiej demografii) nie musi oznaczać jednoczesnego zamykania jej dla chrześcijaństwa. Powinniśmy przyjąć model indyjski i wprowadzić ustawowo dni wolne od pracy podczas większych świąt każdej liczącej się religii, lub chiński – w ogóle nie uznawać żadnych świąt religijnych, bo obecna schizofrenia niczemu dobremu nie służy. Przecież i tak wiadomo, co jest "the reson for the season". Odpowiedzi się nie doczekałem, bo każdy w końcu chciał już pójść do domu i cieszyć swoim "season"...

      Podobnych sytuacji było niestety więcej, nie czas i miejsce na ich wyliczanie, dość przytoczyć jeszcze jedną anegdotkę z czasów studiów nauczycielskich. Otóż jednym z zadań mających na celu rozbudzenie naszej wrażliwości na inne kultury było znalezienie jakiegoś ich cywilizacyjnego osiągnięcia, wkładu w nasze życie, jakim jest ono teraz. Jedna z prezentacji dotyczyła szachów. Starożytna gra, wymyślona w Indiach, uczy strategicznego myślenia i tak dalej. Prezentacja w sumie niezła, tylko że w swoim zapale szerzenia wrażliwości kulturowej, mówca zaczął dowodzić, jak to ta wspaniała gra została "skradziona" (w sensie kulturowym) Hindusom przez imperialistycznych chrześcijan, którzy jedną z figur ochrzcili mianem biskupa. W sali rozległy się "ochy" i "achy" nagradzające mówcę za jego odwagę przeciwstawienia się dziejowej niesprawiedliwości społecznej i potępiające złe praktyki.

      Nie mogłem powstrzymać śmiechu. Podniosłem rękę i powiedziałem, że to wszystko prawda – w świecie anglosaskim starożytny indyjski "słoń" został zastąpiony "bishopem", ale już w Polsce jest to po prostu "goniec", w Niemczech "laufer" (biegacz, goniec), we Francji "fou" (głupiec), na Słowacji "strelec" (strzelec, łucznik), a w Rosji (zawsze to bliżej Indii) to dalej słoń, więc tezy o kulturowym zamachu są nieco na wyrost. Prezenter nie był zbyt zadowolony z mojego wystąpienia, ale po prostu nie lubię, jak ktoś sieje propagandę, nie sprawdziwszy wprzódy faktów. Mam nadzieję, że sam tego nie uczynię, pisząc ten tekst.

      Wracając jednak do czasów obecnych i do rezerwatu. Jestem tu jedynym "pakoish", czyli katolikiem. Pakoish tak naprawdę ma dwa znaczenia i najpierw oznacza Francuza, a dopiero potem katolika. Już to mówi nieco o historii tych terenów – pierwszymi katolikami, z którymi spotkała się miejscowa ludność, byli francuscy misjonarze. Widać nie pobyli w okolicy długo, bo rezerwat jest (czy też raczej był) anglikański.

      Spory budynek świątyni wznosi się majestatycznie na wzgórzu przy drodze na lotnisko. Flaga anglikańskiego Kościoła w Kanadzie łopocze smutno na wietrze: czerwony krzyż świętego Jerzego Zwycięzcy, patrona Anglii, w jej rogach cztery liście klonu symbolizujące cztery prowincje Kościoła w Kanadzie. W odróżnieniu od czerwonego liścia na fladze narodowej Kanady, te są zielone – ma to symbolizować młodzieńczy wigor Kościoła w nowym kraju i nowym narodzie, czyli coś czego jednak nie sposób tu znaleźć.

      Kościół jest przystosowany do przyjęcia osób poruszających się na wózkach inwalidzkich (ma rampę), pewnie w zamyśle starszych członków wspólnoty, i od progu wita znajomym, słodkim zapachem leciwych drewnianych ław. Gazetka ścienna, nieaktualizowana od lat, jakimś dziwnym smutkiem ściska serce i budzi nostalgię za dawnymi czasami, gdy nadzieja była jeszcze żywa. Na zdjęciach uśmiechnięci Indianie, budowniczowie kościoła, liczne grono duchownych wraz z wizytującym wspólnotę biskupem. Na stoliku obok gazetki ściennej parę czasopism religijnych "Today's Native Father" z poradami dla wiernych. Najnowsze datowane na rok 1992. Obok szafka z hymnałami, czy też książeczkami do nabożeństwa – kilka po angielsku, większość w... cree.

      Język oji-cree nie doczekał się jeszcze tłumaczenia Biblii czy modlitewników, w związku z tym większa część nabożeństwa (czytania, śpiewy, modlitwy) jest w cree, którego nikt poza paroma leciwymi księżmi i organistą nie rozumie. Wieść gminna mówi o konflikcie pokoleniowym w Kościele. Wysunięte ze strony młodszych propozycje, by używać oji-cree w większym stopniu, nie zostały przez starsze pokolenie przyjęte. W związku z tym jedynie kazania są w miejscowym języku, a reszta nabożeństwa jest po prostu niezrozumiała dla większości jego uczestników. Na ścianie za ołtarzem napis, którego żaden z pytanych przeze mnie wiernych nie potrafił mi przetłumaczyć, czy nawet odczytać. Dopiero prowadząca liturgię pani ksiądz (Kościół anglikański uznaje kapłaństwo kobiet) po chwili zastanowienia wyjawiła mi jego treść (której w sumie mogłem się domyślić, gdybym się mocno zastanowił – trzy razy pod rząd to samo słowo): "Święty, Święty, Święty, Bóg".

      Przez dwa lata mojego pobytu w rezerwacie wybrałem się do kościoła anglikańskiego na nabożeństwo zaledwie dwa razy: za pierwszym byłem jednym z trzech wiernych, za drugim – było już lepiej, bo to specjalna wieczorna liturgia niby po angielsku i z komunią – wiernych było ośmiu (społeczność rezerwatu liczy około pół tysiąca osób). Za każdym razem miałem poczucie winy, bo ze względu na moją obecność prowadzący nabożeństwo postanowił tłumaczyć jego część, w tym kazanie, na angielski, przez co wszystko trwało o wiele dłużej. Oczywiście czyniąc to, patrzył na mnie, a za nim reszta zgromadzenia. Nie dość, że już przez to czułem się nieswojo, to jeszcze tłumaczenia były tak fatalne, że i tak nie rozumiałem ani słowa. Starałem się jednak w strategicznych (jak mi się wydawało) miejscach potakiwać, kiwając głową, dając do zrozumienia, że niby wiem, co do mnie mówi. W końcu jednak zrezygnowałem, bo uświadomiłem sobie, że to raczej niedobrze okłamywać księdza, nawet jeśli to ksiądz innego wyznania.           Zemściło się to na mnie, bo po nabożeństwie podszedł do mnie, uścisnął mi dłoń i zapytał, co myślę o jego kazaniu. Wymamrotałem jakieś nieskładne uwagi o ogólnym charakterze i uciekłem czym prędzej, ciągle mając poczucie winy w stosunku do pozostałych dwóch (lub siedmiu) wiernych: w końcu przeze mnie musieli siedzieć w kościele o jakieś dwadzieścia minut dłużej.

      Już sama niezrozumiałość nabożeństw jest ogromnym problemem, nie jest jednak problemem dla Kościoła największym, bo tym jest mroczna przeszłość, zarówno ta dalsza, jak i całkiem niedawna. Dalsza przeszłość to oczywiście szkoły rezydencjalne/rezydencyjne (residential schools). Mało kto o nich wie, bo na ogół w kanadyjskich liceach o tym nie uczą (chyba że ktoś weźmie specjalny kurs), nikt też się szczególnie nie obnosi z ogłaszaniem czarnych kart kanadyjskiej historii: z tym że do niedawna dokonywała się cicha rzeź indiańskiej kultury i samych Indian, za którą premier Harper przeprosił dopiero w czerwcu 2008 roku.

      Jednakże zacznijmy od początku (w wielkim skrócie i upraszczając jak się da): w połowie XIX wieku formujące się z wolna państwo kanadyjskie zdało sobie sprawę z problemu, jaki stanowi ludność rdzenna. Nie można było przecież Indian zostawić samym sobie i jak gdyby nigdy nic budować sobie na ich ziemiach kraju, dlatego też w 1876 roku wyszła ustawa, tzw. Indian Act, która regulowała życie miejscowej populacji i definiowała, kto jest Indianinem (a kto nie), co zresztą czyni do dziś dnia. Na mocy tej ustawy rząd federalny stawał się również odpowiedzialny za edukację Indian. Nie mając ku temu ani zaplecza personalnego, ani środków finansowych, rząd zlecił tę pracę różnym instytucjom religijnym. Wkrótce po tym Kościoły (anglikański, katolicki, metodystyczny, prezbiteriański, kongregacjonalistyczny – te trzy ostatnie stworzyły później United Church of Canada) zawarły z rządem porozumienia regulujące, kto i co dostaje "pod opiekę". Większość Kościołów w zasadzie miała już od lat szkoły misyjne, więc system wydawał się być sensowny. Gwoli sprawiedliwości trzeba tu nadmienić, że nie można utożsamiać szkół misyjnych ze szkołami rezydencjalnymi, jednakże wiele z tych ostatnich powstało na bazie szkół misyjnych, jak na przykład prowadzona przez księży oblatów St. Mary's IRS (Indian Residential School). W 1931 roku szkół rezydencjalnych było już w całej Kanadzie ponad 80.

      Dość powiedzieć, że system nie działał na korzyść Indian. Dzieci już w wieku 6 lat mogły być zabrane przez "agentów do spraw Indian" z ich indiańskich wiosek, bywało, że bez zgody rodziców. Dzieci były następnie osadzane w "szkołach", gdzie wiele z nich było bitych, głodzonych, wykorzystywanych seksualnie, gdzie zabraniano im posługiwać się ich językiem czy praktykować tradycyjne obrzędy, za to zmuszano je do pracy i narzucano nową, obcą religię.

      Oczywiście nie każde dziecko zostało pobite lub zgwałcone, pewnie nie każda szkoła przypominała piekło i nie każdy nauczyciel szkół rezydencjalnych był sadystą-pedofilem, niemniej jednak statystyki śmiertelności uczniów (na początku XX wieku sięgające 30-60 proc.), świadectwa tych, którzy szkołę jakoś cudem przeżyli, czy w końcu raport specjalnej królewskiej komisji badającej sprawę szkół rezydencjalnych (opublikowany w 1996 roku, czyli znowu – całkiem niedawno) rzucają bardzo ponure światło na to, co się w nich działo.

      W latach 60. rząd zdecydował się zamknąć część szkół, a pozostałym zaczął się baczniej przyglądać, w końcu powołano wspomnianą już Royal Commission on Aboriginal Peoples, która opublikowała swój słynny raport (dostępny w całości w Internecie; bardzo interesująca lektura dla każdego, kogo choć trochę obchodzą sprawy kanadyjskich Indian), który na samym wstępie stwierdza jasno i wyraźnie: "Our central conclusion can be summarized simply: The main policy direction, pursued for more than 150 years, first by colonial then by Canadian governments, has been wrong". Raport obwinia szkoły rezydencjalne o to, że przez nie współczesne indiańskie społeczności mają problemy z nadużywaniem substancji odurzających, samobójstwami, sensowną organizacją życia rodzinnego. Nie mówimy tu o wydarzeniach sprzed stu lub więcej lat – ostatnią szkołę rezydencyjną (White Calf Collegiate) zamknięto w 1996 roku.

      Indianie z mojego rezerwatu chodziliby do szkoły rezydencyjnej Pelican Lake prowadzonej przez anglikanów. Czasem (rzadko i zawsze niechętnie) wspominają historie z dzieciństwa ich rodziców, czy to własnego: "Mama schowała mnie w szafie pod stertą koców, by mnie nie wzięto do szkoły". "Mój ojciec spędził w Pelican Falls [szkoła rezydencyjna w Sioux Lookout] siedem lat, głównie pracując. Po siedmiu latach wyrzucono go ze szkoły, bo był za stary na dalszą naukę – ze świadectwem ukończenia drugiej klasy szkoły podstawowej". Szkoła rezydencjalna Pelican Lake (Falls) działała w latach 1926-1973.

      Tyle przeszłości dalszej. Przeszłość bliższa wiąże się z osobą Ralpha Rowe – anglikańskiego duchownego i drużynowego harcerzy (Boy Scouts), który w latach 1971-1986 pracował w kilkunastu rezerwatach północnego Ontario, w tym również w Wunnumin Lake. Rowe jeździł od społeczności do społeczności, by organizować gry i zabawy i jednocześnie seksualnie molestował (gwałcił lub usiłował gwałcić) powierzonych jego opiece chłopców. Najmłodsza z jego ofiar miała sześć lat, najstarsza – szesnaście.

      W 1994 roku Rowe usłyszał 27 zarzutów napaści, został skazany na sześć lat więzienia, wyszedł po czterech i pół roku. W 2007 roku postawiono mu szereg nowych zarzutów, ale większość została odrzucona, na dodatek nowy wyrok uwzględnił czas, jaki Rowe spędził już w więzieniu, tak że wyszedł on na wolność już następnego dnia.

      Stale spotykam ludzi, którzy zostali przez niego skrzywdzeni. Wiem, że to oni, choć sami mi tego nie powiedzieli – to mała wspólnota i niewiele da się tu ukryć. Zastanawiam się, czy nie patrzą na mnie przez pryzmat spotkania z nim. Nie są to rozważania przyjemne. Czasami myślę, że to w ogóle cud, że miejscowi Indianie ciągle mimo wszystko wysyłają swoje dzieci do szkoły prowadzonej przez białych i nie dziwię się, że niektórzy bardzo niechętnie. I wcale się też nie dziwię, że Kościół anglikański świeci pustkami podczas nabożeństw.

      Szkoda, że nikt mi nie powiedział tych rzeczy, gdy zaczynałem tu pracę, szkoda, że musiało mi to zająć prawie dwa lata, by się dowiedzieć tego, co wiem, a co jest zaledwie czubkiem góry lodowej. Z pewnością pomogłoby mi to lepiej zrozumieć złożoność sytuacji, w jakiej się znalazłem, oszczędziło frustracji i zwiększyło moją wyrozumiałość. Owszem, próbowałem czytać materiały na temat szkół rezydencjalnych, owszem, skończyłem parę uniwersyteckich kursów na ten temat, ale rzeczywistość zawsze przerasta nasze wyobrażenia.

      Dokończenie wątku miejscowej religijności, w tym o ekstatycznym festiwalu religijnej odnowy, jaki miał miejsce w zeszłym tygodniu, i o tradycyjnych obrzędach, w jakich brałem udział – za tydzień.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

piątek, 27 kwiecień 2012 21:54

Dwa światy [14]

Napisane przez

goosehuntinggoniecKorespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (14)

            Dziecięciem będąc, czytałem sporo. Nic innego nie było do roboty. Telewizja oferowała jedynie dwa programy, z czego jeden oferował w ciągu tygodnia pozycje typu "Rolniczy tydzień", "W świecie ciszy", "Pegaz", a drugi był stale zajęty przez obrady Sejmu. Matka, zajęta w pracy i na studiach, powierzyła opiekę nade mną babci, która panicznie bała się wypuścić mnie z domu, w związku z tym trzeba było sobie jakoś radzić i samemu zapewnić rozrywki. Miałem szczęście, że były to czasy, gdy nie było jeszcze Xboxów, Wii, Playstation, czyli tych wszystkich wspaniałych wynalazków, które doskonale kradną czas i jeszcze lepiej zabijają wyobraźnię, ucząc myśleć sztywnymi w sumie schematami.

Miałem z góry ustalony schemat działania z babcią: wabiłem biedulkę do oglądania telewizji barwnymi opowieściami o tym jaki to fascynujący odcinek "Rolniczego tygodnia" właśnie pokazują, i gdy zasypiała w fotelu (przy "Rolniczym tygodniu" trudno było nie przysnąć) zakradałem się do lodówki, kradłem ze trzy parówki, przemykałem do babcinego pokoju i tam, o ile miałem szczęście i babcia zapomniała zamknąć szafę, kradłem jeszcze garść lub dwie rodzynek, które schowane głęboko między wykrochmalonymi prześcieradłami czekały na święta Bożego Narodzenia, zwykle bezskutecznie. Po zabezpieczeniu prowiantu wdrapywałem się na szafę, gdzie miałem swoją kryjówkę, i przez najbliższe parę godzin z wypiekami na twarzy czytałem książki. Gościłem tam Karola Bunscha, Karola Maya, Jamesa Olivera Curwooda, Jacka Londona, Roberta Luisa Stevensona, Szarą Sowę, Jamesa Coopera, Alfreda Szklarskiego, Marka Twaina, Arkadego Fiedlera... Szczególnie miło wspominam rewelacyjne "Złoto Gór Czarnych" Szklarskich i minitrylogię Fiedlera: "Wyspa Robinsona", "Orinoko", "Biały Jagua      Młodzieńcze lektury w znacznym stopniu ukształtowały moją romantyczną, pełną przekłamań wizję Indian i północy, nie dziwota więc, że rezerwat początkowo mnie rozczarował: samochody, klockowate domy-bliźniaki, nowoczesny, północno-amerykański styl życia włącznie z zamiłowaniem do lichych programów telewizyjnych i nadwagą mieszkańców. Powoli jednak zacząłem odkrywać, że pewne rzeczy były jednak jak w książkach... Na przykład sam "pierwszy kontakt" z dziećmi był iście podręcznikowy.

      Gdy tylko przybyłem do rezerwatu, a był to gorący sierpniowy dzień, postanowiłem przebrać się w szorty i ruszyć na odkrywanie okolic. Pomny przestróg tyczących się miejscowej fauny w postaci meszek (black flies) i komarów ruszyłem w teren, wprzódy spryskawszy się obficie "OFF!". Zupełnie niepotrzebnie. Komarów i meszek prawie nie było, a gdyby nawet były, to nie udałoby im się do mnie dopchać: zostałem osaczony przez miejscowe dzieci, które koniecznie chciały dotknąć moich owłosionych, bladych europejskich nóg. Czyniąc to, zaraz wrzeszczały "eeewwwww" (w tłumaczeniu na nasze: "fuuuj") i mówiły mi, że powinienem się ogolić. Jeden chłopczyk rozbawił mnie do łez, spoglądając na mnie podejrzliwie i pytając z całą powagą "Are you going to be a Sasquatch?". Sasquatch, czyli Wielka Stopa, to rodzaj tutejszej Baby Jagi, którą babcie straszą dzieci, po to by te nie chodziły same do lasu. To znaczy by nie chodziły same do lasu ZA DALEKO, bo las przecież dookoła i nie da się do niego nie wejść.

      Niedawno przeżywałem "powtórkę z rozrywki", bo w odpowiedzi na mrozy wyhodowałem sobie brodę, która jest źródłem zainteresowania najmłodszych, i gdy w minioną sobotę poszedłem na lodowisko, od razu zostałem otoczony popiskującą gromadką miejscowych i przyjezdnych dzieciaków, które nie chciały dać mi spokoju dopóty, dopóki nie dałem im dotknąć (czytaj: "poszarpać z intencją sprawdzenia, jak mocno jest przytwierdzona do reszty") mojej brody. Zresztą jeden z uczniów mojej klasy ilekroć skończy jakieś zadanie i przyniesie mi do sprawdzenia swoją kartkę czy zeszyt, zawsze znajdzie czas, by zacząć mnie szarpać za włosy na przedramionach. Przestałem już na to reagować, po prostu staram się pamiętać o zakładaniu koszul z długimi rękawami.

      Przez ostatni tydzień rezerwat żył hokejem. W miniony weekend odbywał się turniej, a w poniedziałek przyjechała misjonarska drużyna "kichi-mo-go-maan", dosłownie "długich noży", czyli Amerykanów. (Następna rzecz jak w książkach! O "długich nożach" pisał Szklarski w "Tomku na wojennej ścieżce"... Nazwa zapewne wzięła się od szabel noszonych przez amerykańskich kawalerzystów.) Amerykanie tłukli się autobusem z Pensylwanii przez prawie pięćdziesiąt godzin, po to by pograć w hokeja z miejscowymi amatorskimi drużynami, zorganizować krótką miniszkołę hokejową dla dzieci i... porozmawiać o Jezusie, o ile ktoś zechce.

      Zwykle włącza mi się w głowie coś w rodzaju ostrzegawczej lampki, gdy ktoś zbliża się do mnie z uśmiechem na ustach i kolorową broszurą pod pachą, Amerykanie jednak szybko urzekli mnie swoją naturalną prostotą, szczerością, otwartością i życzliwością. To, że nie narzucają się z naukami biblijnymi, nie pozostaje bez znaczenia. Ich przekaz jest jasny, ale nie nachalny ani przytłaczający. Ot, przyjechali i grają w hokeja, organizują hokejowe konkursy i szkółkę hokejową dla dzieci. Owszem, rozdają bransoletki z napisami typu "Bóg uczynił Cię wyjątkowym" i ręczniczki z cytatami z Pisma Świętego, ale głównie to ich życzliwa, przyjacielska postawa skłania do zastanowienia się nad własnymi wyborami i systemem wartości. Trudno również nie być pod wrażeniem ich dynamicznej gry w hokeja – bez większych trudności rozgromili wszystkie (czyli aż cztery, w tym jedna młodzieżowa) miejscowe drużyny. Stąd też, gdy dyrektor szkoły zapytał mnie, czy miałbym coś przeciwko temu, by przyszli do mej klasy porozmawiać z dziećmi, zgodziłem się bez chwili wahania, podobnie zresztą jak pozostali nauczyciele. Mina mi nieco zrzedła, gdy zaraz po wejściu rozdali dzieciom bogato ilustrowane książeczki zawierające 25 opowieści biblijnych i poprosili je o ustawienie się do zdjęcia. Nic takiego nie miałoby racji bytu w żadnej publicznej szkole na południu. Cóż, Północ rządzi się swoimi prawami. Jutro moja klasa i Amerykanie wybierają się wspólnie na łowienie ryb spod lodu, pewnie będzie więcej okazji do rozmów. Z natury jestem dociekliwy i korci mnie, by dowiedzieć się więcej o tym całym przedsięwzięciu.

      Wracając do turnieju hokejowego... Turniej był pierwotnie przewidziany na 12 drużyn, ale w związku ze zgonami w Webequie i KI (jak wszyscy w skrócie nazywają Kitchenuhmaykoosib Inninuwug, czyli po angielsku Big Trout Lake), drużyny tych rezerwatów nie przyjechały i z 12 zrobiło się 7, w tym trzy miejscowe. Miejscowi amatorzy ćwiczą rzadko, nie są w formie i nie mają za wiele motywacji, bo nawet nie zdobyli trzeciego miejsca, mając w turnieju trzy drużyny i grając u siebie. A gra warta była świeczki: główną nagrodę stanowiło 10.000 dolarów. Zastanawiam się, skąd wzięto na to pieniądze, skoro wpisowe drużyn wynosiło zaledwie 800 dolarów.

      Tak czy siak, turniej był sporym wydarzeniem, atmosfera panująca przy lodowisku była iście festiwalowa. Brakowało tylko budki z kiełbaskami, a człowiek poczułby się jak w domu – wszędzie nieprawidłowo zaparkowane samochody i mniej lub bardziej podpici miłośnicy sportu. Jeden nawet chciał mnie pobić, bo nie spodobało mu się, że robię zdjęcia tłumu (na których i tak nie można było nikogo rozpoznać) – bez jego pozwolenia. Nigdy chyba się tak nie ucieszyłem na widok dzieci, które nie zdając sobie sprawy z przebiegu wydarzeń, uratowały moje "cztery litery", bo przybiegły do mnie i otoczyły mnie wianuszkiem, przekrzykując się wzajemnie: "Buy me something! Buy me something!". Zareagowałem szybko i zamiast zwykłego "Chakse shooniiyaan" ("nie mam pieniędzy") dałem się zaciągnąć w stronę kafeterii, gdzie się sprytnie wtopiłem w tłum, uciekając zarówno dzieciom, jak i "kibolowi".

      Prócz oczywistych emocji związanych z hokejem (rozegranych zostało w sumie ponad dwadzieścia gier; planowo miało ich być dwadzieścia siedem, ale gracze jednej z miejscowych drużyn zabalowali i nie stawili się na lodowisku na czas, tym samym gier było dwadzieścia sześć) i obecnością przyjezdnych dziewcząt, dodatkową atrakcję stanowiło bingo, która to gra domaga się osobnego opisu. Trzy noce z rzędu życie w wiosce zamierało na godzinę, bo wszyscy lub prawie wszyscy wsłuchiwali się w swoje odbiorniki radiowe, mając nadzieję na wygraną: piątkowa pula wynosiła pięć tysięcy dolarów, a największa, sobotnia pula równała się wygranej turnieju hokejowego, czyli sumie dziesięciu tysięcy dolarów. Oczywiście przy takich wygranych cena karty również jest niebagatelna i może wynosić od dziewięćdziesięciu do stu pięćdziesięciu dolarów. To spory wydatek jak na każdą kieszeń, jednak chętni do gry znajdują się bez problemu. Czasami zdarza im się nawet przejechać spory dystans między rezerwatami, tylko po to by dać szansę swojemu szczęściu.

      Oczywiście ani tego typu nonszalancja, ani sam turniej nie byłyby możliwe, gdyby nie to, że zima ścięła lodem jeziora i rzeki, co umożliwia komunikację między rezerwatami. Pod tym względem nastawienie do zimy różni drastycznie od tego, co myślimy o niej na południu. Na południu owszem, człowiek wyczekuje tych kilku płatków śniegu na święta Bożego Narodzenia ("bo to tak nastrojowo i uroczo"), ale poza tym, to niechby była jak najkrótsza. Tu wprost przeciwnie – zimy wyczekuje się z utęsknieniem, zima umożliwia podróże, lub przynajmniej czyni je znacznie krótszymi, zima pozwala przewieźć pożądane towary, zimą spadają ceny (jak na przykład cena benzyny – spadła z około 2,20 dol. na 1,60 dol.), zimą najłatwiej zdobyć drewno na opał, zimą zastawia się sieci i łapie ryby bez większego trudu, zima paradoksalnie czyni życie łatwiejszym, a przez to jest cenionym sprzymierzeńcem w pokonywaniu trudów północnej egzystencji.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

piątek, 27 kwiecień 2012 21:51

Dwa światy [13]

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (13)

      Wróciłem z "Miasta Zaginionych Dzieci" (Thunder Bay) chory, podobnie jak pięciu innych nauczycieli i dyrektor szkoły. Nie myśląc za długo, postanowiłem wziąć dwa dni chorobowego i teraz zastanawiam się, jak to będzie odebrane. Już w zeszłym roku zorientowałem się, że szkoła nie traktuje wszystkich równo i że pod pewnymi względami przyjezdni nauczyciele są dyskryminowani (pod innymi wyróżniani). Jest na przykład zapis o tym, że każdy pracownik szkoły ma prawo do trzech dni "traditional leave", który to płatny urlop może być spożytkowany jedynie na owe "tradycyjne" zajęcia, jak polowanie, łowienie ryb etc. Gdy jednak na jesieni chciałem pojechać na jak najbardziej tradycyjny pow-wow, to był problem. Najpierw nie chcieli pozwolić, potem pozwolili, ale nie chcieli zapłacić, w końcu sam doszedłem do wniosku, że nie warto się szarpać i zrezygnowałem z wyjazdu.

 Podobnie jest z dniami chorobowymi: niby są, ale nie ma skąd wziąć nauczyciela zastępczego, więc choryś czy nie – powinieneś się stawić w szkole. Stąd przyjezdni nauczyciele stawiają raczej na profilaktykę i starają się dbać o zdrowie, bo wiedzą, że w sytuacji kryzysowej zdani są na siebie, miejscowi – wprost przeciwnie. Trochę takiej sytuacji pomaga fakt dziwacznego finansowania usług medycznych: nie ma tu stałego lekarza internisty, dentysty, okulisty etc. Nawet pielęgniarki zmieniają się co miesiąc – dwa lub nawet częściej. Specjaliści nie pojawiają się w ogóle, a zwykli interniści może raz na kwartał i zostają najwyżej na tydzień – dwa, płacone mają zwykle per diem, więc nie zależy im szczególnie na liczbie przyjętych pacjentów. Więc jak się ktoś nie "wstrzeli" z chorobą w czas wizyty lekarza – musi lecieć do miasta, zwykle Thunder Bay, czasem Winnipegu, czy nawet Duluth. Przelot i zakwaterowanie ma zapewnione, pobyt trwa zwykle dwa – trzy dni, wizyta u specjalisty najwyżej pół godziny, więc w większości przypadków wizyta u specjalisty kojarzy się z darmową wycieczką      Oczywiście generalizuję i oczywiście trzeba współczuć chorym, jednocześnie trudno się nie dziwić nonszalancji, z jaką ludzie podchodzą do swego zdrowia, z jednej strony w kwestii zupełnego braku profilaktyki, z drugiej strony w kwestii niewątpliwego nadużywania świadczeń medycznych. Prosty przykład z naszej szkoły: jeden z miejscowych pracowników uznaje, że nie wypada mu nosić czapki, nawet przy 30-stopniowym mrozie. Oczywiście choruje. Idzie do lekarza. Oczywiście dalej jeździ swoim ski-doo bez czapki. Po trzech tygodniach pokasływania i narzekania na zły stan zdrowia znów idzie do lekarza i załapuje się na pięciodniowy "medical" (wyjazd w celach medycznych) do Winnipegu. Zrobiona przez jakąś miejscową babcię czapka ze skóry łosia, ocieplona futrem bobra: 120 dolarów, przelot Wunnumin – Winnipeg i cztery noclegi w hotelu: zero dolarów. Podatnicy zapłacą. Przynajmniej poleciał sam, bez opiekuna. Przykłady można by mnożyć.

      Z samej szkoły co najmniej cztery – pięć osób regularnie (przynajmniej raz na dwa miesiące) wyjeżdża z rezerwatu w celach "medycznych". Pod tym względem południowi nauczyciele mają zdecydowanie najgorzej – gdybym poważnie zachorował, koszty transportu medycznego musiałbym pokryć z własnej kieszeni. W tym kontekście dwa dni chorobowego wzięte profilaktycznie dla podratowania zdrowia wydają mi się w pełni zasadne.

      Miejscowi jednak "wiedzą swoje" i gdy odwiedziłem przychodnię, posypały się "dowcipne" komentarze o na temat mojego domniemanego pijaństwa podczas konferencji, zresztą nie do końca bezzasadne. Nie żebym się publicznie upił, ale po prostu powszechnie się mniema, że "konferencje" służą głównie pijaństwu i robieniu zakupów. Czyli: byłeś na konferencji? A to musiałeś nieźle zapić! I istotnie: kilka osób nie potrafiło odnaleźć się w sytuacji wolnego dostępu do alkoholu i nadużyło jego konsumpcji, do tego stopnia, że nie zdążyło na powrotny autobus do Sioux Lookout. Inni (a może ci sami) już pierwszej nocy przenieśli imprezę ze swojego pokoju hotelowego na korytarz i tym samym wymusili interwencję pracowników ochrony. Kilka osób zostało przez dyrektorów swych szkół (w konferencji brali udział pracownicy kilku północnych szkół) poproszonych o opuszczenie prelekcji i "wypoczęcie", a niektórzy "zniknęli" zaraz po przyjeździe do hotelu. Pewnie dlatego organizatorzy konferencji wprowadzili ostrą kontrolę w postaci konieczności podpisywania list obecności zarówno na początku, jak i na końcu każdego wykładu. Szczerze współczułem miejscowym, widząc, jak cierpią podczas długaśnych szkoleń i wykładów. Mnie do siedzenia w milczeniu przez sześć godzin dziennie i słuchania czyichś wywodów przygotowało dziewięć lat studiów, zaś dla niektórych z nich było to pierwsze doświadczenie tego rodzaju. Nie dziwota więc, że jak tylko można było, odwiedzali LCBO w celu zaopatrzenia się w "środki dopingujące".

      Z mojego punktu widzenia, konferencja była raczej nieudana, bo nie dowiedziałem się niczego, czego już bym nie wiedział, ale miło było spotkać "towarzyszy boju" z innych szkół i powymieniać się z nimi doświadczeniami. Szczególnie miło wspominam spotkanie ze znajomą Filipinką, która uczy w jednym z rezerwatów, a tak jak i ja wcześniej – mieszka "na stałe" w Mississaudze. Miło również było wyrwać się choć na tydzień z rezerwatu i zrobić to wszystko, co tutaj jest niemożliwe, a przecież tak normalne, lub codzienne, gdy mieszka się na południu: pojeździć samochodem, pochodzić po sklepach, przejść się po parku, pójść do kina, napić się piwa, pójść do restauracji, zamówić pizzę, zjeść parę świeżych owoców, posłuchać CBC News, pójść do baru potańczyć.

      Co jednak ciekawe, po kilku dniach wszystko to zaczęło mnie męczyć i nie mogłem doczekać się powrotu do rezerwatu – widać dopadło mnie coś, co encyklopedie określają jako "powrotny szok kulturowy", czyli trudności readaptacyjne po powrocie do własnej kultury. Podejrzewam, że w wakacje wrócić do "domu" będzie jeszcze trudniej – po dwóch latach pobytu (z przerwami, a jakże) w rezerwacie. Już w zeszłym roku miałem z tym nielichy problem. Wracałem do Toronto z wielkimi planami prowadzenia bujnego życia kulturalnego i towarzyskiego, z ambicjami doskonalenia zawodowego i podróżowania co nieco, a skończyło się głównie na siedzeniu w mieszkaniu. Gwar dużego miasta w połączeniu z niemiłosierną spiekotą był dla mnie nie do zniesienia. Przez pierwszy tydzień w ogóle nie mogłem spać odzwyczajony od ulicznych hałasów i łuny miejskich świateł. Zasypiałem wycieńczony nad ranem i spałem do południa, budząc się zlany potem.

      Pod tym względem Wunnumin dużo lepiej mi służy – noce są rozkosznie ciemne, chłodne i ciche. Dla kogoś takiego jak ja, kto całe życie mieszkał w mieście, to nie lada odkrycie – wyjść na zewnątrz podczas bezchmurnej nocy w czasie nowiu księżyca i zobaczyć miliardy gwiazd czy zorzę polarną (choć ta niezbyt tu częsta), czy po prostu zasypiać w ciemności tak ciemnej i ciszy tak cichej, że czasami wyciągam przed siebie rękę, by sprawdzić, czy ktoś mnie czasem nie zamknął w jakimś hermetycznym pudle... Dopiero od niedawna głośno mówi się o "zanieczyszczeniu światłem" i próbuje jakoś temu przeciwdziałać. Mieszkając na południu, nawet nie mogłem zrozumieć, w czym problem, póki nie przyjechałem na północ i nie doświadczyłem na własnej skórze dobrodziejstwa cichej, spokojnej nocy i niczym niezmąconego snu.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

piątek, 27 kwiecień 2012 21:47

Dwa światy [12]

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (12)

      Początek roku szkolnego, dzieci jeszcze zainteresowane nowym nauczycielem, sadowią się na dywanie, by wysłuchać historyjki. Z zaciekawieniem spoglądają na okładkę. Nie znając alfabetu, nie mogą przeczytać tytułu, ale podoba im się obrazek i feeria kolorów. Przy wyborze książki stawiam na sprawdzoną w bojach klasykę (dr Seuss) i na interaktywność książki. Już sam podtytuł jest zachęcający z mojego punktu widzenia: "Dr. Seuss's Book of Wonderful Noises!". Wspaniałe hałasy! Czyż może być lepszy sposób na "rozruszanie" uczniów niż naśladowanie dźwięków: zwierzęcych głosów, odgłosów natury, i ta

k dalej?

   Przygotowuję uczniów, wprowadzając postać pana Browna, bohatera książki.

Opowiadam, ile to ciekawych rzeczy potrafi on zrobić. Uczniowie są podekscytowani. Zastanawiam się na głos, czy i oni potrafiliby zrobić niektóre z rzeczy, jakie pan Brown umie. "Chcecie spróbować?" – pytam. "Yeaaaa! Yeeesss!" – przekrzykują jeden drugiego, w górze las

rąk. "Idzie dobrze" – myślę sobie z zadowoleniem. – "Lekcja się uda!". Uczniowie wiercą się niecierpliwie, pragnąc spróbować swych sił i sprostać memu wyzwaniu. Biorę książkę do ręki, pokazuję okładkę, biorę głęboki oddech, staram się opanować swoją nerwowość, zapomnieć na chwilę o tym, że mam dziwny akcent i przeczytać tekst dobrze, z czystą

dykcją, odpowiednią intonacją, nie za szybko, nie za wolno. Czytam tytuł "Mr. Bro

wn can moo. Can you?".

      Przygotowując się do lekcji, zaplanowałem sobie ten moment dokładnie: powtórzyć pierwsze zdanie, intonując przeciągle, z przesadą słowo "moo", czyli zaryczeć jak krowa. Powtórzyć, poczekać na wybuch śmiechu, przeczytać drugie zdanie "Can you?", powtórzyć, zachęcić dzieci do zaryczenia "moo". Potem pójdzie już jak z płatka – powtarzanie kolejnych odgłosów z książki nie powinno być trudne: "boom, sizzle, meaow, woof-woof" etc. W głowie mam obraz zaangażowanych w lekcję i roześmianych dzieci.

      Postępuję zgodnie z planem. Ryczę "moo", oczekując wybuchów śmiechu. W klasie zalega grobowa cisza. Dzieci wpatrują się we mnie z dziwnymi wyrazami twarzy. W ich oczach kryje się coś w rodzaju zdziwienia, zażenowania i bojaźni razem wziętych. Zbity z tropu, czytam książeczkę pośpiesznie, bez większego entuzjazmu, dzieci w końcu podchwytują jej rytm, ale dosyć niemrawie. Lekcja jest daleka od tego, co sobie zaplanowałem, choć nie jest całkowitą porażką, z pewnością nie jest udana. Później dowiaduję się od miejscowego nauczyciela, że "moo" oznacza w OjiCree ni mniej, ni więcej "gówno", czyli "Mr. Brown can moo" dzieci odczytały jako "Pan Brown potrafi się wysr...ć". Mało kto spodziewa się usłyszeć coś takiego od nauczyciela, czyż nie?

      Mój współlokator podobnym lapsusem kiedyś rozśmieszył młodszych i zgorszył starszych członków miejscowego grona pedagogicznego, gdy mówiąc o swoim polowaniu na głuszce, powiedział, że ustrzelił "kitchi bubushke" zamiast "kitchi babashke". "Babashke" istotnie oznacza głuszca, "bubush" – część kobiecego ciała, dosyć intymną część. Przy okazji dygresja – większość miejscowych "przekleństw" to po prostu nazwy męskich i żeńskich organów, słowa związane z ich używaniem, stanem eee "higienicznym", bądź też słowa związane z funkcją wydalania (wpasowałem się tu dobrze ze swoim "moo"!).

      Zarówno ja, jak i mój współlokator, chcąc nie chcąc padliśmy ofiarami różnic kulturowych, w tym przypadku tych najprostszych, zakorzenionych w odmienności lingwistycznej. Filozofowie i socjologowie od lat prześcigają się w wymyślaniu nowych pojęć, które mogą określić tego rodzaje sytuacje, i sposobów na radzenie sobie, gdy już zaistnieją. "Cultural sensitivity", "cross cultural sensitivity", "cultural awareness", czy zupełnie niedawno "cultural safety" są modnymi tematami wszelkiego rodzaju szkoleń, które jednak mało dadzą, gdy – słowami Stanisława Sojki – "na człowieka się zamykam". Z masy różnorodnych określeń i teorii, które w gruncie rzeczy są podobne, najbardziej mi się podoba "cultural safety", bo zakłada element niebezpieczeństwa – w przypadku zrobienia czegoś "niewłaściwego". Przy czym niebezpieczeństwo dotyczyć może każdej ze stron, a to co "niewłaściwe" w jednej z kultur, może być szczytem poprawności w drugiej. Stąd czasami po prostu trzeba się "rozpakować" w sensie wyjścia poza swoje przekonania i przyzwyczajenia, stereotypy i wyobrażenia, by móc funkcjonować w danym środowisku bez frustracji i względnie "bezpiecznie".

      Łatwo o tym zapomnieć, gdy się jest młodym absolwentem studiów nauczycielskich, z głową wypełnioną ideami o naprawianiu świata i wyrównywaniu niesprawiedliwości społecznych poprzez zapewnianie indiańskim dzieciom jednakowych szans na edukację na dobrym poziomie. I wtedy zderzenie z odmienną rzeczywistością kulturową może naprawdę zaboleć... Podobnie gdy się jest młodym Indianinem porzucającym swój, bezpieczny w sumie, rezerwat dla dalszej edukacji w większym mieście.

      Sprawą, która mnie aktualnie nurtuje są włamania do naszej szkoły i ogólny wandalizm. Pozytywną wiadomością jest, że szef naszego wydziału oświaty zdecydował się na wyciągnięcie konsekwencji w stosunku do winnych i pozbawił ich finansowego wsparcia, którego szkoła zwykle udziela podczas turniejów hokejowych w Sioux Lookout. W związku z tym kilku uczniów nie będzie się mogło na nie wybrać. Pozostaje mieć nadzieję, że zrozumieją, dlaczego szkoła, którą niszczą i wandalizują, nie chce im dać pieniędzy, że nie zadziała to wprost przeciwnie do zamierzenia i że uczniowie nie będą czuli jeszcze większej niechęci do szkoły. Czas pokaże, co się stanie, mam nadzieję, że jednak da im to do myślenia i że zaczną myśleć o konsekwencjach swoich poczynań, a to jest niezmiernie istotne, niezależnie od tego gdzie się znajdą.

      Od poniedziałku jestem na konferencji w Thunder Bay, czy jak to sam sobie nazywam: "mieście zaginionych dzieci". Nad konferencją cieniem kładzie się fakt zaginięcia indiańskiego ucznia szkoły średniej w Thunder Bay. Niestety, w Thunder Bay młodzi Indianie "giną" dosyć często. 15-letni Jordan Wabasse pochodzi oryginalnie z rezerwatu Webeque i zaginął w miniony poniedziałek, prawie dwa tygodnie temu. Obecnie mało kto wierzy, że Jordan się znajdzie cały i zdrowy. Myśląc o nim, zastanawiam się, ilu uczniów mojej szkoły mogłoby z łatwością podzielić jego los i wdać się w większe czy mniejsze tarapaty. Rezerwat jest relatywnie bezpiecznym miejscem i zdarza się widzieć uczniów, czy nawet całkiem małe dzieci włóczące się po nocach, do drugiej, trzeciej w nocy. Ani oni, ani ich rodzice nie myślą o możliwych konsekwencjach podobnego postępowania w większym mieście. Ot, kolejna różnica kulturowa, której zignorowanie jest potencjalnie bardzo groźne dla nastoletnich Indian.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

piątek, 27 kwiecień 2012 21:44

Dwa światy [11]

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (11)

      Zabawne jest, jakie rzeczy pamięta się czasami ze swojego dzieciństwa i jak ono nas warunkuje na całe życie. Często w pamięci pojawia mi się następujący obraz: jest słoneczny dzień, bawimy się z kolegą w pobliżu klatki schodowej jego bloku, z okna na parterze co i rusz wygląda jego mama, na ścianie bloku, obok nazwy ulicy i numeru bloku: Wrocławska 114C, widnieje niewielka metalowa tablica. Zielonkawa farba zaczęła się na niej łuszczyć, ale napis jest ciągle dobrze widoczny: "Paragraf coś-tam, artykuł coś-tam Kodeksu Cywilnego: Za szkody wyrządzone przez dzieci odpowiadają rodzice". Rzecz niewielka i niby bez znaczenia, ale jakoś we mnie została na te wszystkie lata jako przestroga i przypomnienie o tym, że, jako to śpiewa Dębiec52 w piosence "To my Polace": "Konsekwencje nie giną, Dojrzeją jak wino, jak cień będą przy Tobie, A gdy nadejdzie czas upomną się o swoje, Upomną się o swoje".

piątek, 27 kwiecień 2012 21:37

Dwa światy [10]

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (10)

Po tym tygodniu mój pokój wygląda jak pobojowisko. Rzucone niedbale ubrania zaścielają podłogę, przykrywając jakieś stare naczynia, wysuszoną, nadgryzioną zębem czasu (i moim zresztą też) skórkę pomarańczy, puszki po Red Bullach i szkolne papierzyska. Papiery leżą na podłodze, stoją w stosach na szafkach, zwisają z tychże szafek, przelewają się z kąta w kąt, i wciskają się gdzie popadnie... Ale to już niedługo, bo tylko do piątku, kiedy w końcu będę miał nieco czasu, by to wszystko uprzątnąć i odespać, odpocząć, odżyć na nowo. Kto ma nauczyciela w rodzinie, ten wie, co jest przyczyną mojego niechlujstwa: report cards (świadectwa na półrocze).

      W tym roku mamy i nowy system, i nową administrację, co przekłada się na nowe wymagania: zamiast z góry ustalonych komentarzy, bzdurnych co prawda, ale wygodnych, władza nakazała nam napisanie zindywidualizowanych komentarzy dotyczących każdego ucznia i każdego przedmiotu. Od tygodnia śpię po trzy godziny dziennie, cały wolny od zajęć szkolnych czas poświęcając na napisanie świadectw. Czasami zastanawiam się, czy te sześć – siedem tygodni wolnego (o ile nie wezmę "dobrowolnego" kursu doskonalenia zawodowego albo nie będę pracował na jakimś "campie") w ciągu lata wynagradzają stres i długie godziny pracy w ciągu roku szkolnego.

      Zwykle dzień wygląda tak: pobudka o 6.30, śniadanie etc., szkoła o 8.00 (uczniowie przychodzą na 9.00, ale my musimy być wcześniej, szczególnie gdy w grę wchodzi "dyżur śniadaniowy") i do 16.30, powrót do domu ok 17.00, dwie godziny jęczenia przed telewizorem (w to wchodzi pranie, gotowanie, sprzątanie, zmywanie etc.) i powrót do szkoły na 19, gdzie człowiek radośnie planuje lekcje na dzień następny, ocenia prace albo coś tam innego robi aż do 22, czy nawet 23. Powrót do domu, sen, i następnego dnia to samo. W sumie cieszę się, że jestem tu, a nie w Toronto czy Mississaudze, gdzie w grę wchodziłyby jeszcze czasochłonne dojazdy i rozpraszające uwagę pokusy życia w wielkim mieście. Tutaj trudno robić co innego poza pracą, a dojazd do szkoły zajmuje mi trzy do czterech minut.

      Piszę "dojazd", bo mam rower, o czym już zdaje się wspomniałem. Z nastaniem srogiej zimy rowerem jeździ się rewelacyjnie, bo trwający od kilku tygodni 40-stopniowy mróz spiął śnieg, czyniąc go twardym niczym asfalt, trzeba się tylko przed wyjściem z domu zdecydować, na jakiej przerzutce chce się jechać, bo po jakimś czasie spędzonym na zewnątrz nie bardzo chcą przeskakiwać. Miejscowi się dziwują, i co i rusz któreś z dzieci (mając za nic namacalny, empiryczny dowód w postaci mnie szusującego wszem i wobec) próbuje mi wmówić, że "w zimie na rowerze jeździć się nie da". No bo przecież się da. Specjalne zimowe opony kosztowały co prawda po 99 dol. za sztukę, ale ileż sprawiają radości! Szczególnie jak się jedzie przez zamarznięte jezioro po śladach snowmobile'ów. Póki jednak co naśladowców nie ma i chwilowo jestem jedynym (odkąd współlokatorowi na skutek mrozu zepsuł się rower) cyklistą we wsi.

      W miejscu takim jak Wunnumin Lake, gdzie rozrywek wiele nie ma, człowiek musi sobie samemu czymś wypełnić wolny czas. Tego ostatniego jest tak niewiele, że szkoda marnować go przed ekranem telewizora. Zwykłe dni tygodnia w ciągu zimy nie pozwalają na wiele – po szkole zwykle jest już ciemno i dosyć nieprzyjemnie, a grasujące po okolicy wilki i wygłodniałe miejscowe psy do spacerów również nie zachęcają. Nieco inaczej jest w weekendy, gdy wolnego czasu zawsze nieco się znajdzie (za wyjątkiem ostatniego weekendu, który spędziłem, wypisując świadectwa).

      Cóż zatem można robić? Można na przykład wybrać się na narty (mało popularne: nie widziałem jeszcze nikogo na nartach), albo na snowshoeing. To ostatnie stanowi nie lada wyzwanie przy głębokich śnieżnych zaspach, sięgających gdzieniegdzie powyżej pasa (ot z metr, metr dwadzieścia śniegu), ale i świetne ćwiczenie.

      Z chęci zaimponowania znajomym mieszczuchom (czy jak się teraz mówi: dla lansu), chciałem nawet kupić parę tradycyjnych rakiet śnieżnych, ale okazało się, że ostatni (miejscowy) Indianin pamiętający jak je wyrabiać, umarł w latach osiemdziesiątych. Lokalne rzemiosła i język zanikają wraz z coraz większym rozleniwianiem się ludzi przed ekranami telewizorów i komputerów. Oryginalne, tradycyjne rakiety śnieżne ciągle można kupić, a nawet mieć zrobione na zamówienie, ale te plastikowe, z nalepką "made in China", są przecież tańsze, no i trwalsze, co znaczy, że po zepsuciu się będą leżeć na wysypisku przez następne 10.000 lat, zamiast zgnić w dwa lata jak staromodnie uczyniłyby drewniane.

      Z innych zajęć miejscowych, zajęć z pogranicza rozrywki i konieczności (w zależności od stanu majątkowego danej osoby), jest łowienie ryb, przy czym może to przyjąć jedną z dwóch form: łowienie w przerębli albo założenie sieci. Pewnie używam złych nazw i prowadzący rubrykę wędkarską (o ile to czytają) złapią się za głowy. Ice fishing (łowienie spod lodu, w przerębli) przypomina nieco piknik, tyle że nudnawy, bo ludziska siedzą od siebie w kilkumetrowych odstępach, nic nie mówią, tylko słuchają swoich iPodów (jak je mają). Czasami ciszę przerwie krótka, kilkuzdaniowa rozmowa zakończona wybuchem śmiechu. Podobno miejscowy język przesycony jest humorem i każda rozmowa jest okazją do powiedzenia czegoś żartobliwego. Sama logistyka tych wypraw jest zabawna. Skoro jezioro jest tuż-tuż, nie ma mowy o żadnych przygotowaniach, robieniu kanapek czy zabieraniu termosu z kawą. Po prostu wskakuje się na ski-doo i już. Oczywiście nikt się nie przejmuje również żadnymi namiotami czy grzejnikami... Dość powiedzieć, że moją zeszłoroczną wyprawę na ice fishing długo wspominałem, a każde wspomnienie wywoływało u mnie dreszcze. Założyłem najcieplejsze ubrania, ale wciąż nie dość ciepło, by siedzieć pięć godzin na zamarzniętym jeziorze przy lodowatym wietrze. Co ciekawe, miejscowi niby narzekają, że zimno ale zdają się nie przejmować się tym zbytnio i siedzą niewzruszeni przy swej przerębli przez następne kilka godzin.

      Net fishing jest nieco bardziej skomplikowane niż łowienie w przerębli, bo wymaga rozpięcia kilkudziesięciometrowej sieci (oczywiście pod lodem) między dwoma niewielkimi przeręblami. Samo ich wywiercenie nie stanowi większego problemu, ale trafienie siecią z jednej do drugiej może być całkiem kłopotliwe. Nie wspominając już o konieczności sprawdzania sieci przynajmniej raz (najlepiej dwa lub trzy razy) w tygodniu, bez zważania na warunki pogodowe, które – jak tydzień temu – mogą być nader niekorzystne. A właśnie tydzień temu po raz pierwszy zostałem zaproszony na sprawdzenie sieci. Tak się złożyło, że był to (jak dotąd) najchłodniejszy dzień roku – po raz pierwszy od początku zimy Environment Canada ostrzegało miejscową ludność przed wyjątkowo mroźną pogodą. Istotnie, było przerażająco zimno, szczególnie na środku jeziora, przy przejmującym wietrze temperatura spadła do około -50C.

      Moje zadanie było proste: stać z boku i nie przeszkadzać. Taki podział ról przyjąłem z ulgą, bo mróz był nie do zniesienia. Z podziwem patrzyłem na parę Indian, wybierających ryby z sieci. Jako że sieć była zadbana (często sprawdzana), większość ryb jeszcze żyła. Wyciągnięte z sieci i rzucone na lód walczyły zażarcie o życie i zamarzały w dziwacznych pozach w czasie krótszym niż 10-15 sekund. Chciałem nakręcić krótki film przy pomocy mojego aparatu, ale bateria odmówiła posłuszeństwa po dwóch minutach robienia zdjęć, co więcej, moje dłonie zmarzły na tyle, że miałem problem z odłożeniem aparatu do plecaka, nie wspominając już o założeniu rękawiczek, sztywnych od mrozu, stwardniałych na kość. Tymczasem Indianie, jak gdyby nigdy nic wyciągali z sieci rybę za rybą. Po około godzinie opróżniliśmy sieć z przeszło trzydziestu ryb. Naszym łupem padli skrzelaści przedstawiciele pięciu gatunków, z czego miejscowi jedzą tylko dwa: whitefish i walleye. Dwa dorodne szczupaki (Jackfish czy też Northern Pike), dwa spore miętusy (słyszałem nazwy: Mariah, Ellpout, Burbot) i sześć suckers (cokolwiek to jest, z "twarzy" przypomina nieco karpia) zostało ze wstrętem odrzuconych na bok. Ze smutkiem patrzyłem na porzucone ryby. Sam ryb nie jem i się na nich nie znam, ale wydało mi się to niezwykłym marnotrawstwem. Po powrocie zasięgnąłem języka i dowiedziałem się, że szczupaka to jeszcze niektórzy starsi członkowie plemienia zjedzą, ale młodsi (czytaj 60-latkowie i młodsi) to już nie, bo podobno za bardzo ościsty i za dużo się trzeba napracować, by usunąć wszystkie ości. Suckers to może ktoś jadł ze sto lat temu, ale teraz nikt o nich nawet nie myśli w kategoriach pożywienia, no a biedny miętus to moich Indian w ogóle rozbawił swoim widokiem, gdy go wyciągali z sieci, no bo kto by jadł coś tak brzydkiego? No chyba, że ja, w końcu też mam wąsy... Żartom, że to będzie moja nocna przekąska, nie było końca. Cóż, po co komu przejmować się kilkoma rybami, gdy w jeziorze ich w bród? Szkoda tylko, że jesiotry (sturgeon) już wszystkie wyłowione.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

piątek, 27 kwiecień 2012 21:26

Dwa światy [9]

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (9)

      Wunnumin Lake jest tak zwanym "dry reserve", czyli po naszemu objęty jest całkowitą prohibicją i zakazem innych środków odurzających. Nie można alkoholu tu spożywać, sprowadzać, ani nawet posiadać. Chyba jedynymi, którzy się do tego stosują, są nauczyciele, bo miejscowi dostęp do niego mają, go przywożą, i oczywiście piją. Ceny przemycanego alkoholu sięgają nieba: 26oz Bacardi to przynajmniej 250-300 dolarów (tyle przynajmniej głosi plotka), bo dla bezpieczeństwa nie dopytuję się o takie rzeczy. Mój kontrakt sprawia sprawę jasno: złapią cię na piciu, wylecisz najbliższym samolotem.

      Mam w stosunku do tego mieszane uczucia. Pewnie, przymusowa abstynencja jest z pewnością korzystna dla mej kieszeni i zdrowia, ale czasami chciałoby się napić czy to lampkę wina do obiadu, czy po piwie z innymi nauczycielami, szczególnie w piątek wieczór, po ciężkim tygodniu pracy. Piątkowe wieczory są tu szczególnie depresyjne, bo początkowo człowiek cieszy się chwilową wolnością niczym spuszczony ze smyczy pies; zachłystuje wręcz rozkoszną myślą o tym, że "dziś wieczorem nic nie muszę robić i nic się nie stanie", ale wkrótce uświadamia sobie, że właściwie to nie ma co ze sobą zrobić... Telewizja? XBox? Książka? Niby to wszystko jest, ale wkrótce się to wszystko przejada, a człowiek do zadowolenia i zdrowia psychicznego potrzebuje odmiany. Raczej łatwo byłoby się rozpić.

      Miejscowi piją "hombrew". Robi się toto i sprzedaje na galony (jeden galon = w przybliżeniu cztery litry), a przepisów jest chyba tyle, ilu jest użytkowników. Właściwie chyba wystarczy jakikolwiek sok, byleby dodać do niego drożdże (albo i nie, bo skonfiskował je na lotnisku czujny policjant, wtedy nadpleśniała kromka chleba będzie musiała wystarczyć) i zostawić w spokoju w ciepłym miejscu przynajmniej na cztery dni. Większość uczniów naszej szkoły wydaje się być za pan brat z tym wynalazkiem, co skutkuje zabawnymi sytuacjami w klasie. To jest w mojej klasie, bo sytuacje związane z homebrew w starszych klasach (jak na przykład atak mdłości znajdujący gwałtowne rozwiązanie na podłodze szkolnej łazienki) są już mniej zabawne.

      Pewnego razu zostawiłem swój napełniony sokiem pomarańczowym bidon (jakby ktoś nie wiedział: butelkę wożoną w specjalnym koszyku na ramie roweru) przez weekend na moim szkolnym biurku. W poniedziałek sięgnąłem po niego bez zastanowienia i po prostu wypiłem zawartość. Sok może nie był najświeższy, ale przy cenie 10 dol. za litr ani w głowie było mi go marnować. Wkrótce po tym poprosiłem dzieci na dywan, by przeczytać im historyjkę. Ledwie otworzyłem usta, usłyszałem: "Uuuu, śmierdzisz jak homebrew". Trochę ciężko było dzieciom wytłumaczyć, że to był tylko sok, no bo w końcu z czego się robi homebrew? To zresztą mogłem już wiedzieć, bo innym razem, gdy kupowałem w miejscowym sklepie rzeczony sok pomarańczowy Tropicana, osaczająca mnie gromadka dzieci od razu zawyrokowała: "O, chcesz zrobić homebrew!".

      Sok pomarańczowy to jednak nie jedyny surowiec do wyrobu homebrew. Zdaje się, że można również do tego użyć zgoła niecodziennych składników... Często chodząc po lesie, napotykałem w dziwnych miejscach porzucone bezładnie butelki po keczupie. Zachodziłem w głowę, po co komu w środku lasu 750-mililitrowe butelki keczupu Heinza, w końcu zapytałem jednego z miejscowych i wytłumaczenie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Miejscowi albo dodają go do "zaprawy", albo po prostu wykorzystują poręczne butelki, by cieszyć się "czymś mocniejszym" na łonie przyrody. Trochę to już nieco ponad mój smak, no ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

      Homebrew to niewinna zabawa przy innych metodach oszałamiania się stosowanych przez miejscowych, szczególnie młodzież. Nastolatek siłą rzeczy homebrew nie zrobi – ani nie będzie miał za co, ani gdzie. Nie wspominając już o konieczności uprzedniego planowania i potrzebie cierpliwego odczekania trzech, sześciu, czy nawet dziewięciu dni... Większość nastolatków i to niezależnie od szerokości i wysokości geograficznej, cechuje nastawienie "tu i teraz". Pomijając stare i sprawdzone metody typu wąchanie oparów benzyny (skradzionej pod osłoną nocy z czyjegoś ATV czy trucka), klejów czy farb, płyn do płukania ust, sprej do włosów czy różne płyny samochodowe (Borygo i Butapren przecież przerabialiśmy i w Polsce w latach 80.), zawsze przecież można spróbować czegoś nowego.

      Dużą popularność zdobywa sobie obecnie oxycontin, lek przeciwbólowy dostępny ponoć tylko na receptę. Jakimś jednak sposobem substancja trafia na ulice, a stamtąd przy pomocy rozmaitych grup przestępczych do rezerwatu. Przemyt musi się komuś na południu opłacać, bo trucizna stale tu dociera. Miejscowa policja, czyli NAPS (Nishnawbe-Aski Police Service), przeszukuje na lotnisku bagaże wszystkich przyjezdnych, ale nie ma możliwości bycia wszędzie i zawsze. W zimie narkotyk można przewieźć zimową drogą, w lecie popularne są zrzuty, gdzieś w umówionym miejscu, poza terenem rezerwatu, gdzie NAPS nie ma już jurysdykcji.

Starszyzna zachodziła w głowę, co też mogą robić małe, żółte cessny, które pozornie bez celu przelatują nad rezerwatem i bez lądowania odlatują na południe. Tajemnica wydała się trzy lata temu, gdy dwójka staruszków wybrała się do źródełka po wodę (niektórzy miejscowi, głównie starszyzna, nie lubią smaku kranówy, nie ufają "białej wodzie" – istotnie czasami z kranu płynie biała zawiesina i po wodę jeżdżą do źródła 20 kilometrów poza rezerwat). Widząc lecący nisko samolot, pomachali przyjaźnie, na co samolot zawrócił i zrzucił małą paczuszkę. Kobieta chciała uciekać, myśląc, że to... bomba, mężczyzna kierowany ciekawością podszedł bliżej. Małe zawiniątko kryło marihuanę i Percocet (silny lek przeciwbólowy) o czarnorynkowej wartości 32 tysięcy dolarów. Tym razem przemyt się nie udał. Staruszkowie oddali paczuszkę na policję, przez parę dni dręczeni byli przesłuchiwaniami i do dziś dnia nie przestali się obawiać, że którejś nocy, gdy będą już spali, ktoś z zemsty podpali ich dom.

      Oxy i marihuana to zabawa dorosłych, dla nastolatków są za drogie. Tabletka oxy kosztuje 80 dol., gram marihuany 50 dol. Nie pracując, więc i nie zarabiając (bo niby gdzie tu pracować i zarabiać?), młodzież musi albo kraść, by zdobyć pieniądze na narkotyki, albo je czymś zastąpić. W zeszłym roku wszystkie whiteouts (biały płyn korekcyjny) zniknęły z mojej klasy w ciągu tygodnia. W roku poprzedzającym moje przybycie do rezerwatu, do szkoły, do urzędu plemienia, do żłobka włamywano się nieustannie; do samej szkoły włamano się kilkanaście razy i to tylko po to, by ukraść z niej pojemniki z płynem do dezynfekcji rąk, które Health Canada przysłało z myślą o zapobieganiu epidemii wirusa H1N1. Podejrzewam, że kradzieże bynajmniej nie były powodowane strachem przed świńską grypą.

      Najnowszym "wynalazkiem" stał się propan. Na wiosnę zeszłego roku gromadka młodzieży ukradła skądś butlę z resztką propanu, poszła na plażę i zaczęła wdychać gaz. Gazu było w butli mało, i jak głosi plotka, wywiązała się sprzeczka, podobno doszło do jakieś szarpaniny, ktoś kogoś popchnął, może nawet ktoś kogoś uderzył... Koniec końców jeden z zaprawionych propanem nastolatków padł bez przytomności na piasek, inni uciekli przestraszeni. Gdy nadeszła pomoc, 16-letni uczeń naszej szkoły już nie żył. Oficjalna wersja głosi, że jego organizm nie był w stanie poradzić sobie z wypełniającym płuca propanem.

      Trudno wyobrazić sobie rozmiary tragedii, jakich nabiera takie wydarzenie w społeczności liczącej zaledwie 500 osób. Zapewne przynajmniej jedna trzecia społeczności była z chłopcem spowinowacona, i nie było nikogo, kto by go nie znał osobiście. Tragedia dotknęła wszystkich, zubożyła wszystkich. A przecież zeszły rok był "dobrym" rokiem: prócz wspomnianego wypadku na plaży, tylko jedna osoba, dwudziestoletnia dziewczyna, popełniła samobójstwo.

      Parę lat temu życie odebrało sobie aż pięciu czy sześciu uczniów naszej szkoły. Najmłodsza ofiara miała zaledwie 12 lat. W dzień przed Halloween powiesiła się na bramce na szkolnym boisku. Była to popularna i lubiana dobra uczennica. W ślad za nią podążyli inni. Pięć osób, pięcioro dzieci, to aż jeden procent lokalnej społeczności – dla porównania (i zachowania proporcji), w Mississaudze (Czytelników spoza Mississaugi przepraszam za to porównanie, które pewnie niewiele im powie) byłoby to aż sześć i pół tysiąca osób, ponad sześć tysięcy dzieci w wieku szkolnym. To jak gdyby wszyscy uczniowie John Cabot, Philip Pocock, Cawthra Park i jeszcze dwóch szkół średnich razem wzięci popełnili samobójstwa. Prawda, że sama myśl o tym jest przerażająca i wręcz absurdalna?

      Zastanawiam się, jakie środki przedsięwzięto by na południu, by zapobiec tego rodzaju wydarzeniom w przyszłości. Ile mądrych głów radziłoby, co zrobić, i ile pieniędzy przeznaczono by na programy dla młodzieży. Zaś tutaj... Tutaj zamknięto szkołę na jeden dzień, a potem na jedno popołudnie przyszła do nas para miejscowych pracowników linii kryzysowej, by porozmawiać z dziećmi, o ile te będą miały taką potrzebę. Oczywiście nikt się nie zgłosił, by skorzystać z okazji, co jednak nie znaczy, że potrzeby takiej nie ma.

      Czasami organizowane są większe akcje "prewencyjne", jak "marsz przeciw używaniu narkotyków" czy "marsz zapobiegania samobójstwom". Przyjeżdża wtedy dwóch białych z południa, uśmiechają się do wszystkich dookoła, rozdają małe upominki w postaci naklejek z napisem w stylu "kochaj siebie" czy "życie jest piękne", robią sobie z dziećmi zdjęcia, po czym wyjeżdżają następnego dnia zadowoleni z siebie i z faktu, że wizyta się udała i że zmienili życie tubylców na lepsze. Dzieci lubią te wizyty, bo nie ma wtedy szkoły: rano nauczyciele naprędce przygotowują jakieś plakaty i transparenty, po południu wszyscy maszerują dwa razy dookoła osady. To jest wszyscy nauczyciele, bo większość dzieci zwykle rozbiega się po krzakach, porzucając transparenty i plakaty na drodze.

      Mieszkającym w dużych centrach mieszczuchom łatwo wydawać negatywne sądy o tutejszej młodzieży, i niejeden z moich znajomych pytał, po co tkwię w tym "bagnie" i uczę tych (tu padało kilka lub kilkanaście mniej lub bardziej obraźliwych określeń). Jakże łatwo zapomnieć, jak bardzo jest się uprzywilejowanym, żyjąc w większym mieście, i wydawać sądy! Znajoma nastolatka z południa przez ostatnie parę lat miała dostęp do takich rzeczy, jak: nauka gry na pianinie, gitarze, francuskiego, basen, siatkówka, harcerstwo, tenis, szkoła żeglarska etc. Oczywiście przy wielkim wkładzie czasu i pieniędzy ze strony rodziców (i chwała im za to). Tu rodzice choćby nie wiadomo jak się starali, po prostu nie mają co z dzieckiem po szkole zrobić.

      Poza kilka miesiącami, gdy otwarta jest arena i życiem rządzi hokej, brak jakichkolwiek oddolnych, miejscowych inicjatyw, które zajęłyby miejscową młodzież w godzinach pozaszkolnych. Jest co prawda "Youth Caffee", młodzieżowe centrum, ale przez ostatnie kilka miesięcy jego działalność była co najmniej... podejrzana. Ilekroć pytałem swoich uczniów o biały barak, słyszałem odpowiedź, że to "drug house". W końcu zobaczyłem, że drzwi budynku zostały zabite deskami i usłyszałem plotkę, że pieniądze przeznaczone na działalność centrum zostały ukradzione przez jego pracowników i wydane na oxy. Od niedawna drzwi znowu są otwarte, może tym razem na dłużej.

      Miejscowi niechętnie rozmawiają o uczuciach, w szczególności tych bolesnych. Sporo problemów i negatywnych emocji zamiatanych jest pod dywan sztucznej obojętności i wyciszanych, co jest po prostu wygodne. Skoro nikt nie mówi o problemie, to go nie ma, czyż nie? Wydrapane na ścianie szkoły graffiti mówi mi jednak coś innego, ból spowodowany gwałtownym rozstaniem nie mija sam z siebie. Zagłuszony, pozostaje w nas głęboko i jątrzy jad smutku w naszą duszę. Chciałbym być złym prorokiem, ale wydaje mi się, że jest wyłącznie kwestią czasu, kiedy następne młode życie zostanie stracone w wyniku smutku, nudy, braku sensownych zajęć, chęci zaimponowania rówieśnikom w ten czy inny sposób, braku perspektyw i totalnej obojętności rodziców (niektórych) na to, co pociecha robi. Pozostaje mi jedynie mieć samolubną nadzieję, że nie będę tego świadkiem ani że nie będzie to żaden z moich uczniów. Jako nauczyciel i wychowawca, robię, co mogę, by motywować moich uczniów do podjęcia wysiłku zmagania się z życiem, do wiary we własne siły i do zrozumienia, że czasami, nawet pomimo wszelkich naszych starań, spotyka nas rozczarowanie. Praca ta wykańcza tak fizycznie, jak i psychicznie i jakżeby się czasami chciało wyjść wieczorem do pubu, spotkać ze znajomymi, napić piwa i zrelaksować, no ale cóż, obowiązuje prohibicja.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

sobota, 14 kwiecień 2012 23:07

Dwa światy [1]

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario-1

Niedawno w wiadomościach pojawiła się egzotycznie brzmiąca nazwa Eabamatoong i informacja o wprowadzonym tam stanie wyjątkowym. Gazety rozpisały się o morderstwach, próbach podpaleń i incydentach znęcania się nad zwierzętami. Pewnie dla wielu szokujący był fakt, że Eabametoong nie jest jakimś egzotycznym kraikiem w okolicach równika czy w dalekiej Azji, lecz leży w Ontario, w tej samej prowincji co Toronto czy Mississauga.

Cóż, prowincja niby ta sama i kraj niby ten sam, jednak Toronto (stolica prowincji) i Eabametoong (indiański rezerwat) to dwa zupełnie inne światy. Jak bardzo są odmienne, przyszło mi się przekonać już podczas pierwszej rozmowy kwalifikacyjnej (czy jak kto woli: interview) o pracę w szkole indiańskiej. Nie była to wprawdzie rozmowa o pracę w samym Eabametoong, ale i taką miałem.

      Miało to miejsce przeszło dwa lata temu, gdy jeszcze byłem studentem studium nauczycielskiego. Nie dziwota, że podszedłem do sprawy zgodnie z regułami wyuczonymi z książki: koniecznie być na czas, utrzymywać kontrakt wzrokowy, odpowiadać na pytania rzeczowo i konkretnie... Na wyznaczone miejsce przyjechałem z ponad 40-minutowym wyprzedzeniem (dla wszelkiej pewności, że się nie spóźnię), zaparkowałem samochód na hotelowym parkingu, bez trudu znalazłem salę konferencyjną, w której interview miało się odbyć. Mając sporo czasu, usiadłem, by przeglądnąć swoje notatki. Na 15 minut przed ustaloną godziną rozmowy kwalifikacyjnej zacząłem się niepokoić: korytarz był pusty, nikt nie nadchodził. Na dziesięć minut przed interview czatowałem już przed drzwiami windy, a na pięć nie wytrzymałem i zjechałem na dół, by zapytać, czy to na pewno ten hotel i ta sala. Okazało się, że owszem, byłem na właściwym miejscu i o właściwym czasie.

      Przyszło mi jednak czekać kolejne pół godziny, zanim na korytarzu pojawił się wyraźnie zagubiony osobnik, który z w wyglądu z grubsza odpowiadał moim wyobrażeniom o tym, jak rdzenny mieszkaniec Ameryki powinien wyglądać: kruczoczarne włosy, śniada cera... Rozciągnięte dżinsy i bluza z kapturem zaskoczyły mnie nieco, ale w sumie – to nie prowadzący interview mają dobrze wyglądać. Postanowiłem wykazać się inicjatywą i wskazałem przybyłemu właściwą salę, wkrótce przyszły jeszcze cztery osoby, wyraźnie zaspane i raczej wypatrujące przekąsek wyłożonych w sali konferencyjnej niż potencjalnych kandydatów na nauczycieli. Kolejno zaprowadziłem wszystkich na miejsce, a sam cierpliwie czekałem na zaproszenie na – spóźnione już przeszło trzy kwadranse – interview. Okazało się, że niepotrzebnie – ja czekałem na nich na zewnątrz, oni czekali, aż wejdę. Po kolejnych 10 minutach mojego zastanawiania się "co u licha się tu dzieje", jeden z miejscowych się zreflektował i krzyknął, bym już wchodził.

      Rozmowa się rozpoczęła, tyle że nie była to rozmowa, a monolog raczej. Moi rozmówcy ograniczali się do pośpiesznego i niewyraźnego odczytywania standardowych w sumie pytań. Mniej już byli zainteresowani odpowiedziami. Z pięciu osób, które poza mną były obecne, tylko dwie były aktywnie zaangażowane w interview, rola trzech pozostałych była dla mnie raczej niejasna, szczególnie że jeden z mężczyzn głośno rozmawiał przez telefon komórkowy przez prawie cały czas trwania interview, a kolejny starał się zdrzemnąć w kącie za moimi plecami. Jedno było niestandardowe i pamiętam je do dziś. Brzmiało mniej więcej tak: "Co byś zrobił, gdyby w czasie lekcji uczeń zaczął się źle zachowywać i podpalił podręcznik?". Teraz wiem, że to było bardzo konkretne pytanie, które miało z rzeczywistością więcej wspólnego niżby jakikolwiek nauczyciel mógł sobie życzyć. Wtedy zupełnie mnie zaskoczyło.

      Próby utrzymywania kontaktu wzrokowego były raczej nieudane, bo moi rozmówcy wyraźnie starali się go unikać, co z kolei mnie zbiło z tropu. Podobnie było z "rzeczowymi, konkretnymi odpowiedziami", które wydawały mi się za krótkie, bo ilekroć skończyłem odpowiadać na pytanie, zalegała dość długa cisza, którą kilka razy sam w końcu przerwałem, mówiąc "no, to już raczej wszystko co mam do powiedzenia na ten temat".

      Koniec końców – tej pierwszej pracy nie zdobyłem, czekało mnie jeszcze sporo prób, zanim wreszcie dostałem kontrakt na nauczanie klasy 3/4 w jednym z rezerwatów północnego Ontario. W tym roku mija drugi rok mojego pobytu w rezerwacie i w związku z tym czuję się na siłach, by podzielić się z czytelnikami "Gońca" moimi spostrzeżeniami z pracy i pobytu "wśród Indian Ontario", do czego zresztą zainspirowały mnie teksty pana J. Cięciela.

      Jedną z rzeczy, którą z WIELKĄ przykrością muszę sprostować na samym wstępie, jest informacja o zarobkach "przyjezdnych nauczycieli", bo – było, nie było – takim przyjezdnym nauczycielem jestem i ja. Pan Cięciel pisze, że "zarabiają bardzo dobrze i później mają wyższe emerytury". Niestety! Już tak nie jest. Moja pensja porównywalna jest ze średnią pensją nauczycielską na południu Ontario, a emerytury nie mam się co spodziewać, no, chyba że coś sam sobie na nią uskładam. Jednak przy podobnych co na południu zarobkach i północnych realiach jeśli chodzi o ceny żywności, nie wspominając już o dodatkowych kosztach przelotów (o czym później), "przyjezdny nauczyciel" nie może się spodziewać, że coś odłoży. Mimo wszystko wydaje mi się, że będąc nauczycielem, warto przyjechać na północ, bo nie dość, że ma się pracę w zawodzie, to jeszcze w ciekawym miejscu. Przy okazji warto wspomnieć, że w sytuacji, gdy rynek pracy dla ontaryjskich nauczycieli jest przesycony, indiańskie szkoły w północnym Ontario stale poszukują nauczycieli. Zainteresowanym podaję adres strony internetowej specjalizującej się w szkołach tego typu: www.educationcanada.com

      [Dla jasności: termin "Indianin" wydaje się nie mieć negatywnych konotacji w języku polskim, tak jak je ma w języku angielskim, stąd pozwolę sobie na jego używanie od czasu do czasu. Współczesna poprawna kanadyjska terminologia dopuszcza wyrażenia takie jak: Aboriginals (ludność rdzenna) – polskiemu czytelnikowi pewnie kojarzyłoby się to zanadto z australijskimi Aborygenami, Natives ("tubylcy", co po polsku ma dosyć specyficzny wydźwięk i prawie zawsze kojarzy się z pewnego rodzaju zacofaniem) i First Nations (pierwsze narody), co jest mało precyzyjne. Słowo "Indian" obecnie pada w języku angielskim głównie w kontekście prawnym, gdy na przykład mowa o "Indian Act" czy INAC (Indian and Nothern Affairs Canada). Sami Indianie wydają się nie mieć problemów z określaniem siebie tym mianem (czasami nawet skracają je do postaci "NDN"), mogą jednak raczej negatywnie się odnieść do białego, który zrobiłby to samo. Podobna sytuacja ma miejsce z Afroamerykanami i słowem "nigro".]

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

goniec nr 47-2010

niedziela, 15 kwiecień 2012 23:05

Dwa światy [2]

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (2)

Gdy po latach starań w końcu dopiąłem swego, tj. dostałem się na studia nauczycielskie w Kanadzie, moje marzenia o świetlanej karierze, świetnych zarobkach i, co najważniejsze, kształtowaniu młodych umysłów zostały stłamszone już podczas pierwszego dnia zajęć. Prowadząca, zresztą niezwykle miła osoba, zaraz po przedstawieniu się, z uśmiechem na ustach powiedziała: "Serdecznie wam wszystkim gratuluję przyjęcia na studia, ale mam nadzieję, że wiecie, że raczej nie dostaniecie pracy w zawodzie...".

poniedziałek, 16 kwiecień 2012 23:01

Dwa światy [3]

Napisane przez

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (3)

Poprzedni tekst miał być niby o izolacji, a skoncentrowałem się w sumie na narzekaniu na przewoźników. Ci w jakiś sposób musieli to wyczuć, bo w kilka godzin po wysłaniu mojego tekstu do "Gońca" otrzymałem krótkiego maila z Waysaya Airways, że "wskutek nasilenia ruchu pasażerskiego ble ble ble, poleci pan samolotem 90 minut później niż było to planowane". To, że mogę stracić jakieś połączenie po przylocie do Sioux Lookout, nikogo już nie obchodzi. Wraz ze mną z rezerwatu wylatuje co najmniej 6 innych osób, więc postanowiłem zapytać je, jak wygląda ich sytuacja, co było złym pomysłem, bo przy okazji dowiedziałem się, że osoby, które zarezerwowały bilet w trzy tygodnie po mnie, zapłaciły za niego o 100 dol. mniej, a bynajmniej nie było wtedy żadnych wyprzedaży biletów. Cóż, jak to śpiewał zespół "Big Cyc" – Polak zawsze ma pecha.