Goniec

Switch to desktop Register Login

Dwa światy (18)

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (18)

      Wszyscy wydają się mieć dosyć szkoły. Ledwie co wróciłem z przedłużonego March Break, a już wyglądam czasów, kiedy znów będę mógł się wylegiwać do 8.00, zamiast zrywać się o 6.40, by biec do szkoły, kiedy będę mógł myśleć, o czym dusza zapragnie, a nie o lekcjach na kolejny dzień, kiedy będę mógł spędzić wieczór, oglądając America's Next Top Model, a nie poprawiać prace uczniów, i tak dalej.

      Słoneczne dni i coraz wyższe temperatury nie pomagają w skupieniu się nad pracą. Uczniowie przychodzą do szkoły coraz mniej chętnie, coraz rzadziej, coraz później. W miniony poniedziałek rano przyszło zaledwie czterech uczniów, z tego dwójka spóźniła się przeszło kwadrans. Spojrzałem na swoją gromadkę i roześmiałem się, bo nie miałem pojęcia, co z nimi zrobić: niby tylko czwórka dzieci, ale na tak różnych poziomach i o tak różnych umiejętnościach, że nijak nie dało się zrobić czegoś z nimi jako grupą. Właściwie to powinienem się cieszyć, że takie sytuacje zdarzają się w mojej klasie dosyć rzadko, gdy tymczasem w tutejszej "szkole średniej" to codzienność. W zeszłym semestrze klasa 10 liczyła jednego ucznia, klasa 9 aż... czterech.

      Miejscowi kurczowo trzymają się idei prowadzenia szkoły średniej na terenie rezerwatu, mimo że liczba uczniów w żaden sposób nie uzasadnia jej istnienia. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest oczywista niechęć rodziców do rozstawania się z dziećmi, smutna przeszłość (pisałem już o szkołach rezydencyjnych) i strach, że dziecko po prostu zginie w większym mieście. Nie jest to obawa bezzasadna.

      Zaledwie w miniony poniedziałek w Kitchenuhmaykoosib (Big Trout Lake) odbył się pogrzeb 11-letniej Chloe Matthews, która zginęła w przerażający sposób podczas turnieju hokejowego, który odbywał się w Sioux Lookout w czasie March Break. Policja i koroner wzbraniają się przed upublicznieniem szczegółowych informacji o jej śmierci ze względu na dobro śledztwa i z obawy przed eskalacją przemocy, ale miejscowi wiedzą, co się stało. Wiedzą, że ktoś dziecko spoił do nieprzytomności, prawdopodobnie zgwałcił (dziewczynkę znaleziono bez ubrania) i zostawił nieprzytomne na mrozie własnemu losowi. Ten, przy 30-stopniowym mrozie, mógł być tylko jeden – śmierć z wyziębienia. W takich wypadkach trudno powstrzymać się przed zadaniem zasadnego w sumie pytania "A gdzie byli rodzice?". Problem w tym, że przerzuca ono część odpowiedzialności na nich, przesuwając ich w stronę sprawcy... Rodzice żyją, czy też raczej żyli, w prostym, szczęśliwym świecie, gdzie synonimem zagrożenia jest wataha wilków, zbłąkany niedźwiedź, kruchy lód na jeziorze, zdziczały pies. W świecie, gdzie dziecko może swobodnie i w miarę bezpiecznie poruszać się samo po wiosce. Pewnie nawet nie uświadamiali sobie, jak wielkim zagrożeniem są źli ludzie, o sercach poczerniałych od żądz i nienawiści.

      Ciągle trwają poszukiwania 15-letniego Jordana, który jest (był?) uczniem szkoły średniej w Thunder Bay i który zaginął 7 lutego. Jak dotąd policja znalazła jakąś czapkę i but, i zadeklarowała, że poszukiwania wchodzą w fazę "odzyskiwania" (ciała). Małe to pocieszenie dla rodziny. Jordan jest szóstym (!) indiańskim uczniem, który zginął w Thunder Bay w ciągu ostatnich pięciu lat. Przed nim byli: Curran Strang z Pikangikum (zginął w 2005), Paul Panacheese z Mishkeegogamang (2006), Robin Harper z Keewawywin (2007), Reggie Bushie z Poplar Hills (2007), Kyle Morriseau z Keewaywin (2009). Nie liczę tu już nawet 16-letniej dziewczyny z Sachigo Lake, która zginęła w Thunder Bay we wrześniu minionego roku (ze względu na jej wiek nie ma zgody na publikację jej imienia). Nie dziwota, że rodzice wolą mieć szkołę na miejscu w rezerwacie, nawet jeśli się to wiąże z raczej niskim poziomem nauczania.

      Wspominając już Thunder Bay, czy też "Miasto Zaginionych Dzieci", jak je sam nazywam, warto napisać o czymś bardziej pozytywnym i dokończyć moją opowieść o parafii Kitchitwa Kateri Anamewgamik, czyli katolickiej wspólnocie indiańskiej mającej swoją siedzibę przy 451 Syndicate Avenue North.

      Parafia, jak sama nazwa wskazuje, jest pod wezwaniem Kateri Tekakwitha, znanej też jako "Lilia Mohawków". Jest to pierwsza osoba pochodzenia indiańskiego, która została wyniesiona przez Kościół katolicki na ołtarze jako błogosławiona. Mieszkańcy Toronto mogą sobie obejrzeć jej nader gustowny witraż, który sąsiaduje z witrażem wyobrażającym księdza Popiełuszkę, w małym kościółku The Newman Centre przy 89 St. George Street.

      Kateri urodziła się w 1656 roku, w Ossernenon, wiosce Mohawków, na terenach dziś zajmowanych przez Nowy Jork. Jej ojcem był Kenneronkwa, wódz Mohawków, matką Kahenta, chrześcijanka z plemienia Algonkinów. Kateri jako dziecko straciła rodziców w wyniku epidemii ospy, lecz wkrótce została adoptowana przez swego stryja, wodza Klanu Żółwia (stąd w popularnej ikonografii bywa wyobrażana z żółwiem). Jako przybrana córka wodza, cieszyła się sporym zainteresowaniem mężczyzn swojego plemienia, pomimo pozostałych po ospie blizn, które znacząco szpeciły jej twarz. Nie mogła przekonać się do pragmatycznego małżeństwa, związku, który nie byłby powodowany uczuciem. Pociągnęło ją chrześcijaństwo z jego ideą bezinteresownej miłości. Mając 20 lat, w niedzielę Wielkiej Nocy, 18 kwietnia 1676 roku, została ochrzczona przez jezuickiego misjonarza Jacques'a de Lamberville'a, ku wyraźnej niechęci członków swojego plemienia. Otoczona pogardą, obrzucana wyzwiskami i w końcu groźbami, musiała opuścić swoją wioskę. Przedzierała się samotnie przez lasy, by dotrzeć do Kahnawake w pobliżu Montrealu, gdzie poświęciła się innym: uczyła dzieci modlitwy i opiekowała się chorymi. Zmarła wkrótce po tym, 17 kwietnia 1680 roku, mając zaledwie 24 lata. Została beatyfikowana 22 czerwca 1980 roku przez Jana Pawła II.

      Doprawdy trudno sobie wyobrazić lepszą postać jako patrona indiańskiej parafii, którą chciałem odwiedzić, odkąd tylko dowiedziałem się o jej istnieniu. Jako niespełniony student religioznawstwa, zawsze ciekawy odmiennych kultur i nietypowych obrządków, po prostu nie mogłem tam nie pójść, choć trochę to nieładnie iść do kościoła z czystej ciekawości... Koniec końców z żalem zrezygnowałem z wizyty w polskich kościołach w Thunder Bay i poszedłem do Kitchitwa Kateri Anamewgamik.

      Zaraz po wejściu musiałem z trudem stłumić śmiech, słysząc akcent księdza, który właśnie udzielał sakramentu chrztu. Wydało mi się przezabawne to, że był z... Indii. Nieco wstyd mi swojej pierwszej reakcji (bo było nie było, obnaża ona moją zaściankowość), jednak ciągle wydaje mi się zabawne, że oto ja, polski katolik na dalekiej kanadyjskiej prowincji uczący angielskiego indiańskie dzieci, spotkał indyjskiego zakonnika jezuitę, który przyjechał do Kanady, by krzewić wśród Indian prawdy wiary religii powstałej/objawionej na Bliskim Wschodzie. Swoją drogą fascynujące jest to, w jaki sposób idee podróżują po świecie i to, gdzie i kogo można spotkać. O niecodziennych spotkaniach w Thunder Bay jeszcze napiszę nieco dalej, tymczasem zajrzyjmy razem do parafii Kateri.

      Kościół mały, ale jasny i wygodny. Prosty (ot, parę desek przybitych do ściany) ołtarz w kształcie tipi, po obu jego stronach dwa "healing circles"; mównica (pulpit) urządzona z konaru drzewa i nakryta obrusem ze skóry obdartej z jakiegoś biednego jelenia; amatorskie i raczej brzydkie, ale autentyczne i przez to ujmujące, witraże przedstawiające sceny z życia Indian; mała, może 40-centymetrowa figurka błogosławionej Kateri. Wnętrze robiące raczej małe wrażenie. Jednak zgodnie ze słowami pieśni ("Kościół to nie tylko dom z kamieni i złota, kościół żywy i prawdziwy, to jest serc wspólnota"), nie marmury i pozłacane posągi świętych naturalnej wielkości są najważniejsze, ale poczucie przynależności, poczucie swoistej jedności z innymi wiernymi.

      Na co dzień mogą nas różnić tysiące rzeczy, ale gdy przychodzimy tu wspólnie, by celebrować misterium naszej wiary, schodzą one na dalszy plan. Tego tej wspólnocie nie brakuje, być może przez to, że jest nieliczna i od razu widać, że w kościele każdy zna każdego. Ludzie nie rzucają się do wyjścia jeszcze przed końcowym błogosławieństwem, byle jak najszybciej wyjechać z zatłoczonego parkingu, klnąc w duchu tych, co zjeżdżają na następną mszę i blokują nam drogę. Po mszy większość jej uczestników zeszła do salki parafialnej na dole, gdzie był przygotowany poczęstunek – sheppard's pie, bannock, jakaś zupa. Zaglądnąłem tam z ciekawości i gdy chciałem się chyłkiem wymknąć, zostałem zauważony i "nakrzyczano" na mnie, że nawet nie spróbowałem jedzenia. Była w tej bezpośredniości serdeczność i ciepło, które czasami trudno znaleźć w większych wspólnotach parafialnych.

      Inną różnicą było użycie tradycyjnych bębnów i melodii podczas śpiewów w trakcie odprawiania mszy, jak i język samych pieśni – indiański dialekt. To spodobało mi się niezmiernie. Odkąd pamiętam, fascynował mnie pierwotny, prosty i zarazem poruszający mnie do głębi dźwięk bębnów. Jeden z muzyków, długowłosy młody Indianin, z którego ust nie spływał radosny uśmiech, miał wymalowane na swoim bębnie krwawiące, otoczone cierniowym wieńcem serce – bardzo zbliżone do tego, jakie można zobaczyć na obrazkach pokazujących błogosławioną Faustynę. Uznanie wartości tej muzycznej tradycji, znalezienie dla niej miejsca w ramach liturgii Mszy Świętej uważam za tak rewelacyjny, jak i oczywisty pomysł. Jednak nie dla wszystkich widać oczywisty, skoro w moim rezerwacie powiedziano mi, że duchowni (anglikańscy), a za nimi starsza część wspólnoty niechętnie spoglądali na bębny, bo ich dźwięk miał przyzywać diabła. Pewnie dlatego miejscowe drumming circle spotyka się potajemnie wieczorami.

      Na koniec jeszcze o innych niecodziennych spotkaniach w Thunder Bay. Będąc tam, nie mogłem nie odwiedzić Domu Żołnierza Polskiego przy Cumberland Street. Miałem nadzieję spotkać jakichś weteranów II wojny światowej i nie rozczarowałem się. W barze "Polonia" miałem zaszczyt wychylić kieliszek whisky z panem Stefanem Szajką, 95-letnim weteranem kampanii wrześniowej. Moją radość ze spotkania z nim zmącił rozdzierający serce smutek powodowany tym, że podobnie jak w Toronto, dom SPK w Thunder Bay świecił pustkami i weteran przez dłuższy czas siedział przy stoliku sam jak palec, nie mając do kogo ust otworzyć. Gdy się zorientował, że mówię po polsku, nie mógł się nacieszyć i próbował w ciągu 5 minut rozmowy opowiedzieć mi historię swojego życia, a to było nader interesujące. Żal wielki, że człowiek ten, dożywa swoich ostatnich dni opuszczony przez rodaków. Ani świetna domowa kuchnia, ani niska cena piwa nie przyciągają do domu SPK zbyt wielu polonusów, a szkoda. Na szczęście, do polskiego baru przychodzi kilku bardzo sympatycznych Szkotów, którzy nie skąpią panu Stefanowi swojej uwagi i życzliwości.

      Innym bardzo pozytywnym spotkaniem było poznanie przemiłych właścicieli polonijnego sklepu London Variety, do którego trafiłem przez przypadek. Ci bardzo sympatyczni, otwarci i życzliwi ludzie z cierpliwością wysłuchali moich opowieści o trudach północnego życia, oferując mi w razie potrzeby swoje wsparcie. Niezmiernie mnie to ujęło, bo przecież byłem nikim innym, niż przypadkowym wędrowcem, który zawitał do ich sklepu, by kupić kilkanaście paczek Delicji Szampańskich i pęto kiełbasy jałowcowej. Takie spotkania pozwalają odzyskać wiarę w dobroć człowieka i nadzieję, że w tym, co robię na północy, jest jakiś sens.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

Ostatnio zmieniany niedziela, 03 luty 2013 16:36
Zaloguj się by skomentować