Goniec

Switch to desktop Register Login

Dwa światy (20)

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (20)

      Pierwsza z tradycyjnych indiańskich ceremonii, w jakich było mi dane uczestniczyć, to smudging. Co ciekawe, nie miało to miejsca w rezerwacie, lecz w... Mississaudze w Kanadyjskim Centrum Koptyjskim przy egipskim koptyjskim kościele przy ulicy Eglinton. Było to pięć lat temu, nie byłem wtedy jeszcze nauczycielem i ani myślałem, że los rzuci mnie półtora tysiąca kilometrów na północ.

      Pracowałem wtedy dla organizacji non-profit zajmującej się pomocą nowo przybyłym do Kanady imigrantom. Jako członek 26-osobowego zespołu "settlement workers" (pracowników społecznych do spraw nowo przybyłych), z których każdy był innej narodowości, obsługując klientów z całego świata, miałem szczęście stykać się z mnogością ludzi różnych kultur, ras, wyznań niemal każdego dnia. Rzecz normalna w dużych centrach miejskich Kanady, lecz zgoła niespotykana w Polsce.

 

      Co ciekawe, przy całej mowie o potrzebie otwartości na ludzi innych kultur i wielokrotnych szkoleniach mających na celu budowanie mojej "wrażliwości" (cultural sensitivity) nigdy nie wspominano rdzennych mieszkańców Kanady. Mało kto z mojego zespołu wiedział (bo w ogóle mało kto wie), że nazwy "Mississauga", "Toronto", "Kanada", "Ottawa" i wiele innych są pochodzenia indiańskiego.

      Wracając jednak do mojego pierwszego smudging: jest to ceremonia trochę przypominająca kadzenie, i generalnie ma na celu oczyszczenie miejsca lub osoby. Można ją przeprowadzić na różne sposoby – w zależności od tego, czego się do niej używa. Typowym wyborem jest albo sweet grass lub sage, choć można użyć innych roślin: lawendy, cedru etc.

      Idę o zakład, że sweet grass, nazywana też holy grass, bison grass, a po polsku turówką wonną, jest znana większości czytelników, bo w Polsce robimy przy jej pomocy jedną z najbardziej znanych polskich wódek, czyli Żubrówkę. Sage również jest w Polsce znana, tyle że pod nazwą pochodzącą od łacińskiego salvia, czyli po polsku: szałwia. Szałwia to ogólna nazwa obejmująca ponad 900 różnych gatunków roślin, w tym szałwię białą – używaną przez Indian do smudging, szałwię lekarską – w Polsce stosowana jako przyprawa albo składnik herbatek ziołowych, czy w końcu szałwię wieszczą – rosnący w Meksyku halucynogen, w Kanadzie jeszcze zupełnie legalny.

      Moje pierwsze smudging odbyło się przy użyciu sweet grass (turówki). Moja organizacja zorganizowała AGM (Annual General Meeting, czyli walne zgromadzenie) i ktoś przy tej okazji postanowił, że obrady będzie dobrze rozpocząć od smudging. Przebieg ceremonii był bardzo prosty: prowadząca podpaliła wysuszoną trawę, splecioną na coś w rodzaju sznurka, następnie zaraz zgasiła płomień, lecz nie stłumiła żaru, pozwalając trawie się tlić. Trawa zaczęła wydzielać białawy, słodki dym o dosyć przyjemnym zapachu. Prowadząca zaczęła podchodzić kolejno do uczestników zgromadzenia, zachęcając ich do tego, by ruchem dłoni starali się wachlować dym w swoją stronę.

      Dym tlącej się trawy miał dla mnie wymiar symboliczny (choć pewnie odstrasza też komary i pozwala maskować przykre zapachy) i "oczyszczenie", którego miał dokonać, to bardziej sprawa wewnętrznego nastawienia niż jego ponadprzyrodzonych właściwości. Nie miałem więc najmniejszego problemu z powachlowaniem dłońmi dymu w stronę mojej głowy, bo w końcu – to tylko dym i nic złego nie może mi uczynić. Okazało się, że byłem jedyną osobą przy moim stoliku, która zdecydowała się wziąć udział w ceremonii. Pozostałe dwie osoby kategorycznie odmówiły. Pierwszą był chiński ateista, który potem tłumaczył, że "to przecież głupie", a drugą pakistański muzułmanin – wielce oburzony tym, że oto ktoś go próbuje nakłonić do pogańskich rytuałów. Pomyślałem sobie, że w sumie miałem wiele szczęścia, wychowując się w kraju i czasach, które w jakiś sposób nauczyły mnie zarówno otwartości na poglądy innych, jak i zdrowego do nich dystansu. Bycie otwartym z pewnością pomaga w kontaktach międzyludzkich w rezerwacie, a zdrowy dystans jest tu po prostu warunkiem przetrwania.

      Po tym pierwszym razie uczestniczyłem w smudging jeszcze wiele razy – w różnych miejscach i okolicznościach, co pozwoliło mi tę ceremonię nieco lepiej poznać. Zwykle miała formę bardziej złożoną niż za pierwszym razem – prowadzący używali szałwii, która ponoć jest "mocniejsza" niż turówka, i specjalnej muszli ślimaka morskiego, o wdzięcznej nazwie "słuchotka" (abalone), albo małej miseczki z połówki kokosa. Muszla słuchotek ma to do siebie, że jest niezwykle wytrzymała i wygląda bardzo okazale, będąc pokryta wewnątrz barwną, opalizującą masą perłową. Muszla jest dobra też o tyle, że do smudging nie powinno się używać pojemnika z materiału stworzonego/przetworzonego przez człowieka. Z drugiej strony, użycie jej niesie z sobą problemy. Niektórzy uważają, że skoro muszla pochodzi z morza, nie powinno się jej używać do rytuałów związanych z ogniem (bo to wbrew jej morskiej naturze). Ponadto muszle mają otwory, przez które może wysypać się popiół spalonej szałwii, a to też niedobrze – popioły nie powinny zostać w środku, raczej należy się ich pozbyć, bo symbolizują one negatywne energie i emocje, których w końcu chcemy uniknąć.

      Innym sposobem oczyszczania jest sweat lodge, czyli coś w rodzaju rytualnej sauny. Podobnie jak w przypadku smudging, sweat lodge może być przeprowadzony na dziesiątki różnorakich sposobów, generalnie jednak ich zasada jest zbliżona. W moim wypadku wyglądało to następująco...

      Oczywiście wszystko stało się nagle, w sposób niezaplanowany, właściwie bez możliwości głębszego zastanowienia się co, jak, po co i dlaczego. Rano w szkole usłyszałem, że do rezerwatu przybył zaproszony przez wodza "elder", który organizuje sweat lodge. "A co to?" – zapytałem. "Chcesz iść?" – usłyszałem zamiast odpowiedzi. Wiedząc, że to pewnie najlepsza odpowiedź, na jaką mogę liczyć, i że – jak zwykle – nikt mi niczego nie będzie tłumaczył, bez wahania powiedziałem: "No jasne!". W końcu czasami jedynym sposobem na dowiedzenie się czegoś więcej jest własne uczestnictwo w imprezie.

      Nikt mi nie powiedział, że powinienem wziąć ze sobą: jakiś prezent dla prowadzącego, tytoń, na rozpoczęcie ceremonii, i jakieś lekkostrawne jedzenie (najlepiej jakieś pełne soku owoce) na jej zakończenie, tak że wyszedłem na gbura. Na szczęście powiedziano mi o konieczności wzięcia kąpielówek i ręcznika, zresztą nie miałem czasu zabrać nic więcej, bo zaraz po szkole podjechał po mnie samochód, którym wywieziono mnie jakieś pięć kilometrów za rezerwat, gdzie niedaleko brzegu, w lesie stał mały, pokryty skórami, starymi wykładzinami i brezentem szałas. Zresztą wszystko tu jest niedaleko brzegu i w lesie (rezerwat leży na porośniętym lasem półwyspie).

      Przed szałasem paliło się dosyć spore ognisko, wokół którego siedziało kilka osób. Pięciu mężczyzn i trzy dziewczyny. Dwóch z mężczyzn nie znałem, więc pomyślałem, że to pewnie "Elder" (będę pisał "Starszy") i jego pomocnik. Obaj byli półnadzy. Wokół starszego, dosyć grubawego mężczyzny leżało sporo intrygujących przedmiotów: grzechotki z muszli żółwia, obciągnięte skórą bębny, wachlarze z orlich piór, skórzane woreczki i zip-locki wypełnione całą masą różnych suszonych roślin. To pewnie "medicines", pomyślałem. Nie myliłem się, gdyż później starszy wziął je ze sobą do szałasu. Młodszy był muskularny, na jego torsie widać było poprzeczne charakterystyczne blizny, niezawodny znak, że uczestniczył w Tańcu Słońca. Taniec Słońca w jego pełnej wersji, z samookaleczeniami, był zabroniony w Kanadzie od 1895 do 1951 roku.

      Siedzieliśmy razem przy ognisku, spoglądając na żarzących się w nim kilka pokaźnych rozmiarów kamieni, które Starszy nazywał "Grandfathers" i o których mówił, że będą naszymi nauczycielami. Siedzieliśmy razem przy ognisku w sercu kanadyjskiej głuszy, setki kilometrów od najbliższego miasta. Siedzieliśmy przy ognisku przy brzegu jeziora, czystego jeszcze na tyle, że ryby z niego można jeść bez strachu. Siedzieliśmy przy ognisku, czekając na rozpoczęcie sweat lodge i rozmawiając o... Polsce, Lechu Wałęsie i papieżu Janie Pawle II. Okazało się, że Starszy został poproszony, by być członkiem delegacji witającej Papieża przy okazji jego wizyty i spotkania z Indianami w Fort Simpson w 1984 roku. Zgodził się na to bez wahania, ale do spotkania nie doszło ze względu na ulewny deszcz, więc prędko o tym zapomniał. Gdy w trzy lata później jechał samochodem, usłyszał w radiu własne nazwisko – po prostu ktoś go nie wykreślił z listy delegatów właśnie witających Papieża, który tym razem odwiedził Fort Simpson bez przeszkód.

      Posiedzieliśmy jeszcze trochę przy ognisku, gdy Starszy doszedł do wniosku, że nikt więcej już nie przyjdzie i że można zaczynać, zaledwie dwie godziny po początkowo ustalonym czasie. Zaczął zbierać daninę tytoniu, co wprowadziło mnie w zakłopotanie, bo przecież żadnego tytoniu ze sobą nie miałem. Gdybym chociaż palił! Mógłbym naprędce porozpruwać papierosy... Dodatkowo w zakłopotanie wprowadził mnie widok kobiet, czy też raczej dziewczyn, które choć do tej pory trzymały się z daleka, teraz zbliżyły się, trzymając w dłoniach woreczki z tytoniem. Aha, widać trafiłem na "liberalny" sweat, skoro będzie koedukacja. Starszy zebrał pokaźny wór tytoniu. Byliśmy gotowi do rozpoczęcia ceremonii.

      Przed wejściem, czy też raczej wczołganiem się do namiotu Starszy udzielił nam wskazówek, jak to robić: wejście w szałas symbolizuje powrót do łona matki, do stanu niewinności, dlatego rozbieramy się do bielizny, zostawiając za sobą wszystkie ziemskie posiadłości, bierzemy ze sobą jedynie ręczniki. Wchodzimy pojedynczo i kierując się w lewą stronę, ruchem zgodnym z ruchem wskazówek zegara okrążamy namiot, tak że ten, co wchodzi pierwszy, znajdzie się najbliżej wejścia. Najpierw wchodzi on, potem jego pomocnik, potem ja, potem pozostali dwaj mężczyźni, na końcu dziewczyny. Na zewnątrz zostaje kolejny pomocnik, który będzie czuwał nad naszym bezpieczeństwem, dbał o to, by szałas był perfekcyjnie szczelny, podawał kolejne Grandfathers, które wylądują w wykopanym pośrodku szałasu dołku, i wodę do ich polewania.

      Gdy się wczołgaliśmy do szałasu, ogarnęły mnie wątpliwości. Czy to na pewno bezpieczne? Czytałem o tym, że całkiem niedawno, w 2009 roku, w Arizonie działacz New Age postanowił zorganizować "sweat lodge", w wyniku której trzy osoby umarły. Indian z plemienia Dakota (Lakota) ogarnął słuszny gniew i wkrótce po tym pozwali go do sądu oskarżając o świętokradcze wykorzystanie ich religijnych tradycji, bez dogłębnej ich znajomości czy przygotowania. Konstrukcja naszego szałasu nie budziła szczególnie mojego zaufania. Ale było już za późno na odwrót, ciężka płachta starej wykładziny zakryła wejście i w szałasie zapadła kompletna ciemność.

      Początkowo było nawet dosyć chłodno, bo była już połowa września, zrobił się wieczór i siedzenie w samych kąpielówkach na gołej ziemi nie należało do szczególnych przyjemności. Jednak przecież nie dla przyjemności tu przyszedłem, ale po nauki. Wkrótce szałas się rozgrzał ciepłem ciał zgromadzonych w jego wnętrzu uczestników ceremonii i żarem bijącym od pierwszego kamienia. Starszy wysypał nań jakąś mieszankę ziół, które stykając się z jego powierzchnią, rozbłysły na ułamek sekundy feerią wirujących w ciemności krwawych ogników, by momentalnie po tym zgasnąć, wypełniając szałas swym duszącym aromatem. Starszy polał kamień wodą, która błyskawicznie parując, wypełniła szałas gorącym powietrzem parzącym mi skórę na całym ciele. Zrobiłem błąd, który popełnia każdy nowicjusz: słysząc (bo przecież nie widziałem nic zupełnie), że Starszy łapie za wiadro, by polać kamień, odsunąłem się aż po ścianę szałasu. Tymczasem para, buchając w górę, uderzyła w kopulasty sufit szałasu, tylko po to, by natychmiast spłynąć po jego ścianach wprost na mnie kaskadami gorąca.

      Zapadła grobowa cisza, tak intensywna, że mógłbym przysiąc, że słyszałem szelest kropli potu spływających po moich plecach. W zupełnej ciemności bałem się poruszyć, bo zupełnie straciłem poczucie przestrzeni, nie widząc zupełnie nic. Oczy otwarte czy zamknięte – nie robiło to żadnej różnicy; brak było jakichkolwiek doznań. Jedynym pewnikiem była ziemia, na której siedziałem. Ściana szałasu, która przecież była nie więcej niż dwadzieścia centymetrów za mną, mogłaby być i dwadzieścia metrów, nie odczuwałem jej obecności, będąc zawieszonym w całkowitej czerni. Skóra buntowała się przeciwko nienaturalnym warunkom: w lepkim od wilgoci gorącu przestałem czuć, gdzie się kończę, gdzie się zaczynam, wydawałem się samemu sobie rozpływać, topnieć.

      Starszy odezwał się w końcu. Zachrypniętym głosem zaczął śpiewać pieśń w swoim narzeczu, wtórując sobie rytmicznym biciem w bęben. Zaskoczony usłyszałem dźwięki, tak na prawo, jak i na lewo od miejsca, gdzie siedziałem: zapomniałem, że są tam ze mną inni. Teraz przypomnieli mi o sobie rytmicznym potrząsaniem grzechotek. Starszy skończył pieśń i zaczął nauczać. Z każdym nowym kamieniem, czy też z każdą nową rundą (a tych było cztery) poruszał jeden temat. Każda runda miała za myśl przewodnią jeden z kierunków świata, a większość pouczeń była o potrzebie szacunku: dla drugiego człowieka, dla ziemi, dla partnera w związku, dla siebie samych, dla zwierząt i roślin... Po powiedzeniu, co chciał powiedzieć na dany temat, przyzywał pomocnika, wołając "All my relatives!". Ten otwierał wejście do szałasu, wpuszczając nieco światła i powietrza, i przynosił następne Grandfathers i wodę do ich polewania.

      W końcu, po czterech rundach, czyli w sumie mniej więcej dwóch godzinach, ceremonia dobiegła końca. Pomocnik otworzył wejście i podał nam wodę do picia i pojemniki z jedzeniem. Szczęśliwie dla mnie tradycyjna kultura indiańska polega na dzieleniu się dobrami materialnymi, a w szczególności jedzeniem, i mimo że sam nic nie przyniosłem, nie wyszedłem z szałasu głodny. Na zakończenie Starszy rozdał z powrotem tytoń, który zebrał na początku ceremonii, by uczestnicy mogli wrzucić jego garść czy dwie do dogasającego ogniska. Po podziękowaniu (i zapłaceniu) pomocnikowi rozeszliśmy się spokojnie do domów.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

Ostatnio zmieniany niedziela, 13 maj 2012 16:03
Zaloguj się by skomentować