Goniec

Switch to desktop Register Login

Dwa światy [26]

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (26)

      Życie w rezerwacie uczy, że z okazji trzeba korzystać, jak tylko się nadarzą, bo inaczej może być za późno. Weźmy na przykład taki długi weekend Victoria Day. Teoretycznie rozsądnie byłoby poczekać z rozrywkami typu przejażdżka łódką czy wędrówka po lesie do wolnego od pracy poniedziałku, a sobotę i część niedzieli zarezerwować na ocenianie prac uczniów i planowanie lekcji na przyszły tydzień, wszystko zgodnie z mądrą skądinąd zasadą: wpierw praca, później przyjemność. Gdy jednak usłyszałem o tym, że znajoma planuje wycieczkę łodzią aż do rzeki Winisk, łatwo dałem się skusić – i dobrze! W sobotę zrobiło się zimno i zaczął padać deszcz, a Victoria Day był zupełnie do niczego: zimno i śnieg... I tak już przez trzy dni aż do dzisiaj: śnieg, wietrzysko i zimno... Przyznam, że coraz lepiej rozumiem miejscowych, którzy potrafią wszystko rzucić i pojechać na ryby, bo... akurat można.

      Rzeka Winisk swego czasu stanowiła ważny trakt podróżniczy, bo mając początek w jeziorze Wunnumin, płynie na wschód do jeziora Winisk (na jego środku na wyspie Eastwood położona jest osada Webequie), a stamtąd na północ aż do Zatoki Hudsona. Rzeka ma długość 475 kilometrów, czyli nieco mniej niż połowa długości Wisły, i za wyjątkiem mieszkańców trzech Indiańskich osad (Wunnumin, czyli mojego rezerwatu, wspomnianego Webequie i położonego tuż przy jej końcu Peawanuck) nikt z niej raczej nie korzysta. Istnieje co prawda Winisk River Provincial Park, ale nie oferuje on żadnego zaplecza turystycznego. Zresztą trudno mówić o tym, by mieszkańcy rezerwatów z niej "korzystali", ot, czasami ktoś się wybierze w jej okolice na ryby i tyle. Rzeka (przynajmniej w pobliżu Wunnumin) ma nader wartki nurt i sporo bystrzy, więc podróż łodzią motorową przy niskim stanie wody raczej nie jest wskazana.

      Będąc w rezerwacie prawie dwa lata, człowiek przestaje zwracać uwagę na pewne fakty, które skądinąd są jej warte. Jak na przykład to, że odwiedzany pewnie przez nie więcej niż 20 osób rocznie (o ile aż tyle) Winisk River Provincial Park obejmuje swą powierzchnią obszar równy 15 Białowieskim Parkom Narodowym, czy też po prostu prawie całej Puszczy Białowieskiej. W niczym to oczywiście nie umniejsza Białowieskiemu Parkowi, który co roku odwiedza 200 tysięcy turystów, niemniej jednak pozwala uświadomić sobie ogrom Kanady i niesłychanego potencjału, jaki ma jej północ. Czasami myślę sobie, że warto byłoby zorganizować tu jakieś zaplecze turystyczne, zwabić turystów atrakcyjną stroną internetową ze zdjęciami pięknej przyrody i opowieściami o udanych połowach i polowaniach...

      Zaraz jednak łapię się na tym, że to "południowe" myślenie, kogoś obcego, kogoś "z zewnątrz", dla kogo piękno tego miejsca jest wciąż świeże, zaskakujące i atrakcyjne. Dla większości miejscowych jest to tak zaś pospolite i zwykłe, że ci w życiu by nie pomyśleli o czymś podobnym. Wprost przeciwnie, większość moich uczniów jest podekscytowana perspektywą nadchodzących wakacji i spędzenia ich w Thunder Bay czy w Kenora. Przypomina mi to pewne wydarzenie z Polski, kiedy to odwiedziłem Pieniny i po raz pierwszy wspiąłem się na Trzy Korony. Oszołomiony przecudnym widokiem przełomu Dunajca zszedłem do Krościenka, gdzie – wciąż pełen ekstazy – wdałem się w rozmowę z miejscowym, który brutalnie sprowadził mnie na ziemię wyznaniem, że na Trzech Koronach nigdy jeszcze nie był, no bo i po co? Góry wszędzie dookoła, ale po co by tam po nich łazić. Spoci się człowiek tylko i zmęczy. No niby prawda. "Cudze chwalicie..."

      Podobnie zresztą było z tą naszą wyprawą do rzeki Winisk. Płynie się tam około 40 minut, ale rzekomo warto, bo miało tam być mnóstwo ryb. Skończyło się jednak na tym, że po dwóch godzinach łowienia i zaangażowaniu w akcję aż dziewięciu wędkarzy, mieliśmy w sumie trzy ryby. Nasz przewodnik się zdenerwował i zarządził strategiczny odwrót do osady. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się nie dalej niż pięć minut łodzią od rezerwatu, przy słynnym Rabbit Point, gdzie w pół godziny nie starając się zbytnio w trójkę złowiliśmy 28 dorodnych walley. Zdaniem przewodnika, w tym roku ryby są coś opieszałe i pojawią się przy Winisk za tydzień, dwa. Tak czy siak, wybraliśmy się daleko, po to co mieliśmy tuż pod nosem. Jutro mamy się wybrać w przeciwną stronę niż leżąca na wschód Winisk, w stronę rzeki Pipestone, którą można dotrzeć aż do Pickle Lake, miejscowości leżącej na końcu autostrady 599. W zimie Pickle Lake nabiera znaczenia jako ostatnia miejscowość przed wjazdem na lodową drogę. Poza sezonem jest to raczej ponure miejsce, gdzie "droga zawraca". Chociaż może nie dla wprawnych kajakarzy, którzy przyjeżdżają tam, by spróbować swych sił w starciu z rzeką Pipestone, o czym można więcej poczytać na stronie: http://kokanie.ca/pipestone-river-canoe-route.

      Prócz łowienia, przejażdżek łodzią, filetowania złowionych ryb, polowań na kaczki, wędrówek po lesie jest jeszcze jedna rzecz, która wypełnia mi wolny czas: cookouts i barbeques. Czyli po "naszemu" grillowanie czy to na świeżym powietrzu, czy też w tipi. Czasem ma to formę prostą i nader spontaniczną (a zróbmy tu ognisko, bo to miłe miejsce, i usmażmy coś, bo jestem głodny), czasem nader pracochłonną i złożoną, wymagającą wielogodzinnych przygotowań. Ostatnie większe cookout, na którym byłem podczas Victoria Day, miało miejsce w tipi klanu McKay. Byłem jednym z bodajże 20 gości, którzy raczyli się miejscowymi specjałami: potrawka z łosia (moose stew), owsianka z gęsią (goose porridge), smażony walley, gotowana white fish, gotowane rybie wnętrzności (fish guts – od tego trzymałem się z daleka), czy nawet wędzony-gotowany bóbr, który był prawdziwym przebojem wieczoru. Począwszy od samych żartów związanych z powiedzeniem "eat the beaver", po podchody związane z wyłowieniem kawałka mięsa, który nie byłby przyczepiony do bobrzej łapy, ogona, głowy... Różnice pokoleniowe dały się zauważyć gołym okiem: starsi goście rzucili się na bobra, pałaszując go tak, że aż im się uszy trzęsły, młodsi spoglądali na to z obrzydzeniem, kolejno odmawiając namowom spróbowania choć kęska bobrzego mięsa. Sam spróbowałem. Smak jest... eee... interesujący.

      Mogłoby się wydawać, że życie w rezerwacie jest wspaniałe, pozbawione trosk i wypełnione przyjemnościami. Pragnąłbym, by tak było! Ostatnio jednak miały miejsce wydarzenia, które sprawiły, że spoglądam na kalendarz, jakby częściej licząc dni dzielące mnie od wyjazdu. Jednym z nich było znalezienie stołowego noża (butter knife) na patio mojego domu. Jestem pewien, że sam go tam nie zostawiłem, wniosek nasuwa się jeden: ktoś się próbował włamać. Swoją drogą, nie wiem, jak mogło mu się nie udać. W zeszłym roku sam się do siebie "włamałem", po tym jak zatrzasnąłem sobie drzwi, nie biorąc ze sobą kluczy. Była to moja pierwsza próba włamania zakończona powodzeniem po bagatelka 3 minutach szarpania za klamkę. Chcąc nie chcąc, zacząłem zabierać ze sobą co cenniejsze (laptop, aparat, portfel) rzeczy do szkoły.

      Drugie wydarzenie sprawia, że włamanie wydaje się przyjemną wizytą starego znajomego. Nie dalej jak parę dni temu do jednego z domów wtargnął uzbrojony w strzelbę mężczyzna, wystrzelił parę razy w powietrze, wrzeszcząc, że chce pieniędzy i że tu jeszcze wróci. Oczywiście nikt nie został aresztowany, nie wszczęto żadnego postępowania.

      Od dawna wiadomo, że sporo miejscowych nie radzi sobie z nałogami. Istnieje miejscowa strona fejsbukowa, na której ludzie ogłaszają, co chcą sprzedać – od razu widać kto tkwi w szponach nałogu, po tym że ogłasza gotowość sprzedaży czego tylko popadnie za bezcen. Jednak kradzieże i włamania oraz wyzbywanie się przedmiotów gromadzonych z trudem przez lata nie wydają się aż tak groźne, gdy się pomyśli o desperacie ze strzelbą. Jeśli włamania i wandalizm, jeśli podpalenia i kradzieże nie były jasnym znakiem dla liderów wspólnoty, to ta ostatnia sytuacja powinna nim być.

      Chyba zresztą jest, bo w zeszłym tygodniu wódz zwołał naradę, na którą wezwał wszystkich członków społeczności... za wyjątkiem białych nauczycieli. Wszystkie miejscowe instytucje zamknięto, a ich pracowników przywołano na naradę – poza szkołą i nauczycielami. Dyrektor nie miał odwagi powiedzieć nam tego wprost (zresztą mało co ma odwagę powiedzieć wprost, taki już ma styl zarządzania), ale sam został poinformowany o tym, że biali nauczyciele nie są mile widziani na naradzie. Oburzyło mnie to niezmiernie, bo w sumie to my, pracownicy szkoły, rozpoczęliśmy akcję przemian w społeczności, goszcząc wcześniej trzy długaśne spotkania mające na celu dyskusję nad poprawą sytuacji, na które mało kto (poza pracownikami szkoły) przyszedł. Poza tym, w moim mniemaniu, tak długo jak tu mieszkamy, chcąc nie chcąc, jesteśmy członkami społeczności i jej problemy dotyczą nas w tym samym stopniu co miejscowych.

      Cóż, widać miejscowi muszą mieć na ten temat inne mniemanie, do czego oczywiście mają prawo. Nie dziwota, że chcą prać swe brudy we własnym domu, bez zapraszania "gości". Tym bardziej, że nauczyciele, choćby z racji wykonywanego zawodu i w przeciwieństwie do większości miejscowych, są dosyć wygadani i nie boją się publicznego zabierania głosu, czy też wygłaszania krytycznych uwag. Nie dziwota, że "władza" nie chce dopuszczać takich ludzi do dyskusji, tym bardziej gdy tajemnicą poliszynela jest, że ludzie z najbliższego otoczenia wodza wydatnie przyczyniają się do problemów społeczności. Ostatnio coraz jaśniej zauważam rozdźwięki wewnątrz wspólnoty, podziały na równych i równiejszych, powiązania między stanowiskiem "wuja" a otrzymywanymi przywilejami, solidarność klanów wobec swoich członków i ich szowinizm wobec członków innych klanów, i tak dalej.

      Są chwile, gdy zastanawiam się, "co ja tu do licha ciężkiego robię?", są jednak też chwile, gdy wszystko nabiera sensu, każdy oddech wydaje się głębszy i pełniejszy, każde uderzenie serca mocniejsze, każdy krok pewniejszy i każda myśl jaśniejsza. Zaczynam zauważać pewnego rodzaju regularność w ich występowaniu, bo o ile pierwsze pojawiają się w kontaktach z ludźmi, to drugie zwykle pojawiają się w momentach kontaktu z naturą. Natura uspokaja, wycisza, pozwala nabrać dystansu do życia i odnaleźć równowagę: dla głazu leżącego na plaży od tysiącleci moje dzisiejsze problemy są bez znaczenia, dla motyla, który spoczął na nim na chwilę, by osuszyć swe skrzydła, i który nie przeżyje lata, każda sekunda jest bezcenna, nie do stracenia. I głaz, i motyl są tu po to, by mnie czegoś nauczyć.

Zaloguj się by skomentować