Goniec

Register Login

Dwa światy [2]

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (2)

Gdy po latach starań w końcu dopiąłem swego, tj. dostałem się na studia nauczycielskie w Kanadzie, moje marzenia o świetlanej karierze, świetnych zarobkach i, co najważniejsze, kształtowaniu młodych umysłów zostały stłamszone już podczas pierwszego dnia zajęć. Prowadząca, zresztą niezwykle miła osoba, zaraz po przedstawieniu się, z uśmiechem na ustach powiedziała: "Serdecznie wam wszystkim gratuluję przyjęcia na studia, ale mam nadzieję, że wiecie, że raczej nie dostaniecie pracy w zawodzie...".

      Istotnie, spośród 80 osób z mojej "kohorty" zaledwie 10 ma pracę, z czego piątka w rezerwatach. Pewnie więcej osób mogłoby dostać pracę, bo strona educationcanada.com nawet w zeszłym tygodniu zamieszczała około dwustu ofert pracy w szkołach indiańskich w całej Kanadzie, ale mało kto decyduje się na taki krok.

      Nie ma się co oszukiwać, wyjazd na północ wiąże się z wieloma trudnościami i prawie całkowitą zmianą stylu życia.

      Zmiana pierwsza: izolacja. Do większości rezerwatów przez większość roku nie ma innego dostępu niż drogą lotniczą, co wiąże się ze sporymi kosztami podróży (1400 dol. zapłacę za przelot w obie strony na święta) i innymi licznymi ograniczeniami. Na przykład, by dostać się do mojego rezerwatu, który wcale przecież nie jest położony aż tak daleko na północy, trzeba lecieć z Toronto trzema samolotami: Toronto – Thunder Bay, Thunder Bay – Sioux Lookout, Sioux Lookout – Kingfisher Lake – Wunnumin Lake. W sumie zajmie to cały dzień. O ile podróż Toronto – Thunder Bay jest całkiem komfortowa, w szczególności jeśli leci się "Porterem" z lotniska Billy Bishopa, malowniczo ulokowanego na wyspie na jeziorze Ontario, to pozostałą część trasy pokonuje się przy pomocy raczej małych, ciasnych, hałaśliwie rozklekotanych samolocików, w których pojęcie "komfort podróży" znaczy tyle, ile pojęcie "dobrobyt" w Korei Północnej, czyli ktoś kiedyś o tym słyszał, ale nikt nie wie, co to tak naprawdę jest. Turbulencje i lądowania na żwirowym lotnisku, które miejscowi wykorzystują jednocześnie jako pole golfowe, można boleśnie odczuć. Podczas jednego z lotów zdarzyło mi się i nabić guza, i posiniaczyć "siedzenie".

      Ponadto lokalni przewoźnicy robią wszystko, by jakoś im się ten biznes opłacał, czyli śrubują ceny ile wlezie, ograniczając usługi do niezbędnego minimum. Na ciasteczko raczej nie ma co liczyć, za to można nastawić się na konieczność wyciągnięcia portfela, by dopłacić za nadbagaż. Większość szkół raz do roku pokrywa koszta przelotu w obie strony, ale w przypadku nadbagażu bywa to różnie. Moja za to nie zwraca i za pierwszym razem, gdy leciałem do Wunnumin Lake, zapłaciłem za to srogo. Postanowiłem, zresztą pomimo rad dyrektorki szkoły ("bierz tylko szczoteczkę do zębów, na miejscu wszystko jest"), upchać do plecaka ile wlezie (czyli typowe 75 lbs/30 kg) i z raczej niemrawym uśmiechem, pokornie zgięty ku świętej matce ziemi wyruszyłem na podbój niedalekiej północy.

      Szajka przewoźnicza dopadła mnie dwukrotnie, wpierw Bearskin oskubał mnie na jakieś 60 dolarów ("nadbagaż"), a potem Wasaya na kolejne 50, przy czym Wasaya poinformowała mnie, że pewnie tylko mój podręczny bagaż (mały plecak z laptopem) dotrze ze mną na miejsce tego samego dnia, bo mój właściwy bagaż jest za duży i za ciężki i w samolocie nie ma już miejsca, i tak dalej. Wyuczony na Shreku, zrobiłem smutne "kocie oczy" do obsługującej mnie pani i wyjąkałem, że owszem, wiem, że ciężkie, ale to książki, zabawki i cukierki, które z własnej kieszeni kupiłem dla indiańskich dzieci, które będę uczył.

      Tak więc karierę rozpocząłem od małego kłamstwa, ale koniec końców bagaż poleciał ze mną i chwała Bogu, bo po przylocie okazało się, że moje pojęcie "wszystkiego" znacząco różni się od tego, co rozumiała przez to dyrektorka. Otóż, po pierwsze, nikt nie pojawił się, by mnie odebrać z lotniska, pomimo tego, że wcześniej zadzwoniłem na miejsce, trzy razy informując o dacie przylotu. Perspektywa dreptania 4 kilometry przez las z 40-kilogramowym bagażem na grzbiecie po dniu spędzonym w podróży niezbyt mi się uśmiechała , ale na szczęście na lotnisko zawsze ktoś przyjeżdża, czy to kogoś odebrać, czy to po prostu z nudów, tak więc problemu właściwie nie było. Zabawny był jedynie mój upór przed przyjęciem pomocy ze strony przypadkowej osoby, z którą początkowo nie chciałem się zabrać, tłumacząc, że "przecież zaraz po mnie ktoś przyjedzie, ja poczekam, więc proszę się nie kłopotać". Miejscowy okazał więcej niż ja rozsądku i poczekał wystarczająco długo, by do mnie dotarło, że albo jadę z nim, albo idę sam. Wybrałem jazdę.

      Gdy już dotarłem na miejsce, byłem zachwycony położeniem domu, z dostępem do jeziora i "widokiem za milion dolarów". Już mniej zachwycił mnie mój pokój, w którym nie było zupełnie nic. Świeżo pomalowane na biało ściany i sufit i porządnie wyszorowane płytki PCV swą srogością i prostotą przypomniały mi, że nie jestem tu, by pławić się w luksusach, ale by kaganek oświaty nieść spragnionym wiedzy tubylcom (ach jakże spragnionym!). W piwnicy domu znalazłem jakieś zasłony, które rozpostarłem na podłodze, w ręcznik (który przezornie wziąłem za radą Douglasa Adamsa) zawinąłem skarpety i to było moje posłanie. Trzeba sobie jakoś radzić. Później okazało się, że "teacherage" (dom nauczyciela), w którym mnie ulokowano, w poprzednim roku pełnił inną funkcję, stąd nie był wyposażony jak należało. Większość wyposażenia została rozlokowana po innych domach dla nauczycieli, czy też przewieziona do magazynu, gdzie pewnie leży do dziś dnia. Tak czy siak już następnego dnia dostałem łóżko, bez zbędnych wyjaśnień czy przeprosin. Problem został załatwiony, czyż nie? Tę kulturę załatwiania spraw w ostatniej chwili widać na każdym kroku.

      Lecąc do Wunnumin Lake po raz kolejny, byłem mądrzejszy i ewentualny nadbagaż wysłałem z Thunder Bay jako "cargo", nie wspominając już o założeniu spodni bojówek (cargo pants) i obszernej kurtki z pojemnymi kieszeniami. W obie części garderoby poupychałem ile wlezie i podtrzymując spodnie, udałem się do sali odpraw. Tym razem już nawet nie niepokoiłem się tym, że na 15, 10 i nawet 5 minut przed planowym czasem odlotu samolotu nikt nie oznajmia, do której bramki mam się udać (zresztą nie jest ich aż tak wiele, pewnie ze trzy w Thunder Bay i tylko jedna w Sioux Lookout), wręcz przeciwnie, siedziałem cierpliwie, przeglądając lokalną gazetę.

      Opóźnienia samolotów i to, że wypadają z rozkładu, są tak normalne, że nikt nie zaprząta sobie głowy, by informować o tym pasażerów. Gdy leciałem do Wunnumin w sierpniu, samolot był opóźniony ponad dwie godziny (sam lot trwa około 50 minut), a w momencie, gdy piszę te słowa (środa wieczór), od trzech dni do rezerwatu nie przyleciał żaden samolot, bo od tygodnia nic, tylko sypie śniegiem i wieje. Spowodowało to sporo zamieszania, bo okazało się, że nie ma wystarczająco dużo paliwa ani oleju opałowego, by osada mogła funkcjonować. Normalnie ogromne ilości jednego i drugiego przewożone są zimową drogą (http://en.wikipedia.org/wiki/Ice_road), tyle że zeszłoroczna zima była wyjątkowo krótka i ciepła. Jeziora nie były zamarznięte wystarczająco długo, by przywieźć stosowną ilość paliwa. Minionej nocy miejscowi przedsięwzięli szybką akcję ratunkową, przepompowując co się dało, skąd się dało do głównego generatora, by przynajmniej był prąd we wsi. Tym razem mam pecha, bo i w moim domu zabrakło oleju, nastawiam się więc na kolejną mroźną noc – temperatura wewnątrz to rozkosznie orzeźwiające 6 stopni Celsjusza. Pozostaje ponownie spać w pełnym ubraniu, z czapką i podwójną parą skarpet włącznie, i mieć nadzieję, że jutro przestanie sypać i że chmury podniosą się na tyle, by samolot z paliwem mógł wylądować.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake

goniec-nr-48-2010

Ostatnio zmieniany sobota, 12 maj 2012 10:15
Zaloguj się by skomentować