Goniec

Switch to desktop Register Login

Dwa światy [3]

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
"wskutek nasilenia ruchu pasażerskiego ble ble ble, poleci pan samolotem 90 minut później niż było to planowane". "wskutek nasilenia ruchu pasażerskiego ble ble ble, poleci pan samolotem 90 minut później niż było to planowane".

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (3)

Poprzedni tekst miał być niby o izolacji, a skoncentrowałem się w sumie na narzekaniu na przewoźników. Ci w jakiś sposób musieli to wyczuć, bo w kilka godzin po wysłaniu mojego tekstu do "Gońca" otrzymałem krótkiego maila z Waysaya Airways, że "wskutek nasilenia ruchu pasażerskiego ble ble ble, poleci pan samolotem 90 minut później niż było to planowane". To, że mogę stracić jakieś połączenie po przylocie do Sioux Lookout, nikogo już nie obchodzi. Wraz ze mną z rezerwatu wylatuje co najmniej 6 innych osób, więc postanowiłem zapytać je, jak wygląda ich sytuacja, co było złym pomysłem, bo przy okazji dowiedziałem się, że osoby, które zarezerwowały bilet w trzy tygodnie po mnie, zapłaciły za niego o 100 dol. mniej, a bynajmniej nie było wtedy żadnych wyprzedaży biletów. Cóż, jak to śpiewał zespół "Big Cyc" – Polak zawsze ma pecha.

      Tymczasem pogoda się poprawiła i "wygiel je we wiosce", tyle że nie wygiel, ile paliwo. Przerażenie mnie ogarnia na samą myśl o ekologicznych kosztach przywożenia tu benzyny samolotem, ale zdaje się jestem w swych lękach odosobniony. Setki kilometrów wokoło jedynie jeziora i lasy, trudno myśleć o problemach w skali globalnej. Wieści o ocieplaniu się klimatu przyjmowane są w Wunnumin Lake z lekkim niedowierzaniem, jakkolwiek krótkotrwałość zeszłorocznej zimy (jak i upalność ostatniego lata) wszystkim dała nieco do myślenia.

      Do powstania nowej zimowej drogi jeszcze potrzeba paru tygodni (lód musi się porządnie uformować, no i sama konstrukcja też nieco potrwać musi). Pogoda do tego czasu może się popsuć jeszcze parę razy i znowu może dojść do sytuacji, w której samoloty nie będą mogły lądować. Wydawać by się mogło, że rozsądną rzeczą byłoby zmniejszyć konsumpcję benzyny i jeździć mniej, tymczasem zorganizowano paradę św. Mikołaja. Około 40 półciężarówek, SUV-ów i skuterów śnieżnych jeździło po rezerwacie przez ponad godzinę. "Kryzys paliwowy" nie może przecież przeszkodzić w obchodzeniu świąt. Zresztą "wożenie się" należy do jednej z bardziej popularnych rozrywek. Jak na osadę liczącą około pół tysiąca mieszkańców natężenie ruchu drogowego jest raczej spore. Mimo że z jednego końca rezerwatu można dojść na drugi jego kraniec w czasie nie dłuższym niż 10-15 minut, miejscowi jeżdżą wszędzie i ciągle.

      Pewnego dnia jedna z Indianek, chcąc zrobić nam przyjemność, zaproponowała mi i jednemu jeszcze nauczycielowi wieczorną przejażdżkę. Była sobota i nie bardzo było co robić, więc się zgodziliśmy bez większych namysłów. Początkowo było wesoło, rozmowa toczyła się żwawo, śmiechu było sporo, satelitarne radyjko przygrywało skocznie, jednak po trzech godzinach jeżdżenia w tę i z powrotem nie mogliśmy się doczekać chwili, gdy będziemy mogli wydostać się z samochodu. Wysiedliśmy pozieleniali na twarzach, z postanowieniem, "że nigdy więcej". Postanowienie oczywiście zostało wkrótce zrewidowane przez fakt braku innych rozrywek.

      Co ciekawe, w krytycznych miejscach rezerwatu, to jest na "głównych" skrzyżowaniach, poustawiane są znaki drogowe "Stop", których większość osób przestrzega (sic!). Pomimo tego, że nikt tu nie musi posiadać prawa jazdy, by prowadzić (i mało kto je ma), kultura na drodze jest bardzo wysoka w porównaniu do Toronto czy Mississaugi. Większość tutejszych kierowców sygnalizuje zamiar skrętu czy przełącza światła na krótkie, by nie oślepiać jadących z naprzeciwka. Generalnie ma się wrażenie, że ludzie jeżdżą bardzo ostrożnie, w trosce o innych użytkowników dróg, co w sumie jest koniecznością, jeśli weźmie się pod uwagę, ile się wszędzie wałęsa dzieci, psów i – ostatnio – nauczycieli na rowerach.

      Do tych ostatnich zaliczam się ja i mój współlokator. Jesteśmy jedynymi dorosłymi, którzy jeżdżą po okolicy na rowerach. Miejscowi mają sporo uciechy, widząc mnie sunącego gdzieś na rowerze, zwykle zwalniają i omijają mnie szerokim łukiem, co byłoby nie do pomyślenia w Toronto, gdzie rowerzystami obija się hydranty. Raz nawet zwrócono mi uwagę, że nie jestem zbyt widoczny, gdy jeżdżę na swoim rowerze po zmroku, i powinienem jakoś ten problem rozwiązać. To miłe, że ktoś o tym pomyślał.

      Zakup roweru znacząco wpłynął na moje życie – po obejściu wszystkiego, co się obejść dało, i części tego, czego się obejść nie dało, czułem się uwięziony w rezerwacie. Rower zmienił moje nastawienie dramatycznie. Niby wszystko jest tak samo – jedna, jedyna droga do lotniska, ale świadomość, że mogę tam dotrzeć w 20 minut spokojnej jazdy, zamiast w godzinę forsownego marszu, pozwoliła mi "oswoić" to miejsce. Jednocześnie mam nadzieję, że uda mi się zapoczątkować trend na zdrowszy styl życia i że więcej osób zacznie myśleć o jeździe na rowerze jako o alternatywnym sposobie transportu i/lub spędzania wolnego czasu, i jednocześnie sposobie na zaoszczędzenie pieniędzy.

      Litr benzyny kosztuje tutaj sporo ponad 2 dol. Cena oczywiście się waha, jak i na południu. Nie wiem, ile wynosi obecnie, dwa tygodnie temu, jeszcze przed naszym małym kryzysem paliwowym, było to 2,39 dol. za litr, czyli prawie dwa razy drożej niż w okolicach Toronto.

      To niemało, tym bardziej że większość tutejszych pojazdów to paliwożerne potwory. Kręci się po okolicy parę samochodów osobowych, reszta to SUV-y, półciężarówki, quady, a w zimie – skutery śnieżne. Pojazdów używa się aż do zdarcia, reperując ewentualne uszkodzenia przy pomocy duct tape, sznurka czy czym popadnie. Miejscowi rozumieją doskonale mądrość ukrytą w powiedzeniu, że "rozwiązania prowizoryczne często są też najtrwalsze".

      Tak jak miejscowych bawi do łez widok mnie na rowerze, pedałującego z mozołem pod górę na żwirowej drodze, tak i ja nie mogę się powstrzymać od uśmiechnięcia się (przynajmniej!) na widok przedpotopowych skuterów śnieżnych czy na wpół zdezelowanych samochodów wesoło pobrzękujących metalowymi trzewiami. Mój ulubiony minivan przemierzający rezerwat w tę i we w tę zawsze bawił mnie widokiem swoich foliowych "szyb". Niestety, chyba się zepsuł, bo stał sromotnie przez tydzień na głównym skrzyżowaniu i chyba przestanie dostarczać mi radości. Pewnie jak reszta, w końcu trafi na cmentarzysko pojazdów, czekając na kogoś, kto go zdemoluje do reszty.

      Cmentarzysko pojazdów jest ciekawym miejscem, podobnie zresztą jak miejscowe wysypisko. Nie ma żadnego systemu segregacji czy utylizacji odpadów, nie licząc regularnego podpalania śmieci. Smród palących się plastikowych toreb na śmieci, pojemników po jogurtach, pieluch i rozmaitych organicznych odpadków roznosi się po okolicy i wtedy bynajmniej Kanada nie "pachnie żywicą". Na szczęście, wysypisko jest oddalone od osady na tyle, że wiatr nie donosi tu smrodliwego dymu. Paradoksalnie zima jest gorsza pod tym względem od lata, bo sporo osób po prostu pali śmieci w domowych kozach (opalanych drewnem piecach), co czasami "uatrakcyjnia" mi poranną drogę do szkoły.

      Jedną z rzeczy, które mnie zaskoczyły i zasmuciły (bo zburzyły pielęgnowany przeze mnie od czasów czytania o przygodach Winnetou, idealistyczny stereotyp o indiańskiej kulturze jako tradycji o rozbudzonej ekologicznie świadomości i Indianach jako "opiekunach Matki Ziemi"), jest nastawienie miejscowych jeśli chodzi o śmieci. Mało kto ma opory przed rzucaniem ich gdzie popadnie. Walają się one wszędzie, w szczególności w okolicach sklepu, wokół szkoły, na plażach, w jeziorze. Czasami można się na nie natknąć w najbardziej, wydawałoby się, odludnych miejscach. Płynie człowiek canoe przez Srebrne Jezioro, dobija za potrzebą do małej, liczącej nie więcej niż 5 m średnicy wysepki, na której jest jedno drzewo i dwa krzaki, i co widzi? Skarb! Puszki po pepsi, opakowania po chipsach, pozbawioną głowy lalkę Barbie, butelkę po oleju silnikowym... Moi studenci, napominani przeze mnie, by nie rzucać śmieci byle gdzie, zwykle reagują oburzeniem: "Przecież wszyscy to robią...".

      Rezerwat nie ma służb komunalnych, które by zbierały śmieci, co oczywiście nie pomaga sytuacji. "Południowi" nauczyciele są uprzywilejowani – nasze śmieci są zabierane przez specjalnie wyznaczoną do tego celu osobę. Gorzej mają miejscowi nauczyciele – muszą sami o to zadbać.

Śmieci, o ile nie zostaną unicestwione ogniem, to mają to do siebie, że zostaną rozwleczone po okolicy przez szukające pożywienia psy czy dzikie zwierzęta – lisy, wilki czy też niedźwiedzie. Stąd też wysypisko jest jednym z bardziej niebezpiecznych miejsc w okolicy i nikt nie powinien się tam samotnie zapuszczać, szczególnie po zmroku i bez broni. Oczywiście nikt mi tego nie powiedział podczas orientacji na początku roku szkolnego (to spora sztuka nie zapomnieć poinformować o rzeczach oczywistych) i podczas jednej z moich wędrówek po okolicy trafiłem na wysypisko. Szczęśliwie nie napotkałem żadnych niedźwiedzi czy wilków, znalazłem za to martwego orła. Szkoda było zostawiać tak pięknego ptaka na rozdziobanie krukom i wronom. Mimo że nie bielik, to w końcu orzeł. Pomyślałem, że warto byłoby zabrać parę piór, co jednak nie było tak proste. Poszedłem po znajomego Indianina, artystę – malarza samouka, który rozprawił się z orłem w "tri miga" – zanim spostrzegłem, nie tylko wyrwał orłowi pióra z ogona, ale i obciął mu też skrzydła, głowę i szpony. Tych ostatnich użył do dekoracji własnoręcznie wykonanej przepięknej fajki pokoju. A jednak nie we wszystkim Karl May kłamał!

Aleksander Borucki

Wunnmin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

Ostatnio zmieniany niedziela, 13 maj 2012 15:56
Zaloguj się by skomentować