Goniec

Switch to desktop Register Login

Dwa światy [9]

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (9)

      Wunnumin Lake jest tak zwanym "dry reserve", czyli po naszemu objęty jest całkowitą prohibicją i zakazem innych środków odurzających. Nie można alkoholu tu spożywać, sprowadzać, ani nawet posiadać. Chyba jedynymi, którzy się do tego stosują, są nauczyciele, bo miejscowi dostęp do niego mają, go przywożą, i oczywiście piją. Ceny przemycanego alkoholu sięgają nieba: 26oz Bacardi to przynajmniej 250-300 dolarów (tyle przynajmniej głosi plotka), bo dla bezpieczeństwa nie dopytuję się o takie rzeczy. Mój kontrakt sprawia sprawę jasno: złapią cię na piciu, wylecisz najbliższym samolotem.

      Mam w stosunku do tego mieszane uczucia. Pewnie, przymusowa abstynencja jest z pewnością korzystna dla mej kieszeni i zdrowia, ale czasami chciałoby się napić czy to lampkę wina do obiadu, czy po piwie z innymi nauczycielami, szczególnie w piątek wieczór, po ciężkim tygodniu pracy. Piątkowe wieczory są tu szczególnie depresyjne, bo początkowo człowiek cieszy się chwilową wolnością niczym spuszczony ze smyczy pies; zachłystuje wręcz rozkoszną myślą o tym, że "dziś wieczorem nic nie muszę robić i nic się nie stanie", ale wkrótce uświadamia sobie, że właściwie to nie ma co ze sobą zrobić... Telewizja? XBox? Książka? Niby to wszystko jest, ale wkrótce się to wszystko przejada, a człowiek do zadowolenia i zdrowia psychicznego potrzebuje odmiany. Raczej łatwo byłoby się rozpić.

      Miejscowi piją "hombrew". Robi się toto i sprzedaje na galony (jeden galon = w przybliżeniu cztery litry), a przepisów jest chyba tyle, ilu jest użytkowników. Właściwie chyba wystarczy jakikolwiek sok, byleby dodać do niego drożdże (albo i nie, bo skonfiskował je na lotnisku czujny policjant, wtedy nadpleśniała kromka chleba będzie musiała wystarczyć) i zostawić w spokoju w ciepłym miejscu przynajmniej na cztery dni. Większość uczniów naszej szkoły wydaje się być za pan brat z tym wynalazkiem, co skutkuje zabawnymi sytuacjami w klasie. To jest w mojej klasie, bo sytuacje związane z homebrew w starszych klasach (jak na przykład atak mdłości znajdujący gwałtowne rozwiązanie na podłodze szkolnej łazienki) są już mniej zabawne.

      Pewnego razu zostawiłem swój napełniony sokiem pomarańczowym bidon (jakby ktoś nie wiedział: butelkę wożoną w specjalnym koszyku na ramie roweru) przez weekend na moim szkolnym biurku. W poniedziałek sięgnąłem po niego bez zastanowienia i po prostu wypiłem zawartość. Sok może nie był najświeższy, ale przy cenie 10 dol. za litr ani w głowie było mi go marnować. Wkrótce po tym poprosiłem dzieci na dywan, by przeczytać im historyjkę. Ledwie otworzyłem usta, usłyszałem: "Uuuu, śmierdzisz jak homebrew". Trochę ciężko było dzieciom wytłumaczyć, że to był tylko sok, no bo w końcu z czego się robi homebrew? To zresztą mogłem już wiedzieć, bo innym razem, gdy kupowałem w miejscowym sklepie rzeczony sok pomarańczowy Tropicana, osaczająca mnie gromadka dzieci od razu zawyrokowała: "O, chcesz zrobić homebrew!".

      Sok pomarańczowy to jednak nie jedyny surowiec do wyrobu homebrew. Zdaje się, że można również do tego użyć zgoła niecodziennych składników... Często chodząc po lesie, napotykałem w dziwnych miejscach porzucone bezładnie butelki po keczupie. Zachodziłem w głowę, po co komu w środku lasu 750-mililitrowe butelki keczupu Heinza, w końcu zapytałem jednego z miejscowych i wytłumaczenie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Miejscowi albo dodają go do "zaprawy", albo po prostu wykorzystują poręczne butelki, by cieszyć się "czymś mocniejszym" na łonie przyrody. Trochę to już nieco ponad mój smak, no ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

      Homebrew to niewinna zabawa przy innych metodach oszałamiania się stosowanych przez miejscowych, szczególnie młodzież. Nastolatek siłą rzeczy homebrew nie zrobi – ani nie będzie miał za co, ani gdzie. Nie wspominając już o konieczności uprzedniego planowania i potrzebie cierpliwego odczekania trzech, sześciu, czy nawet dziewięciu dni... Większość nastolatków i to niezależnie od szerokości i wysokości geograficznej, cechuje nastawienie "tu i teraz". Pomijając stare i sprawdzone metody typu wąchanie oparów benzyny (skradzionej pod osłoną nocy z czyjegoś ATV czy trucka), klejów czy farb, płyn do płukania ust, sprej do włosów czy różne płyny samochodowe (Borygo i Butapren przecież przerabialiśmy i w Polsce w latach 80.), zawsze przecież można spróbować czegoś nowego.

      Dużą popularność zdobywa sobie obecnie oxycontin, lek przeciwbólowy dostępny ponoć tylko na receptę. Jakimś jednak sposobem substancja trafia na ulice, a stamtąd przy pomocy rozmaitych grup przestępczych do rezerwatu. Przemyt musi się komuś na południu opłacać, bo trucizna stale tu dociera. Miejscowa policja, czyli NAPS (Nishnawbe-Aski Police Service), przeszukuje na lotnisku bagaże wszystkich przyjezdnych, ale nie ma możliwości bycia wszędzie i zawsze. W zimie narkotyk można przewieźć zimową drogą, w lecie popularne są zrzuty, gdzieś w umówionym miejscu, poza terenem rezerwatu, gdzie NAPS nie ma już jurysdykcji.

Starszyzna zachodziła w głowę, co też mogą robić małe, żółte cessny, które pozornie bez celu przelatują nad rezerwatem i bez lądowania odlatują na południe. Tajemnica wydała się trzy lata temu, gdy dwójka staruszków wybrała się do źródełka po wodę (niektórzy miejscowi, głównie starszyzna, nie lubią smaku kranówy, nie ufają "białej wodzie" – istotnie czasami z kranu płynie biała zawiesina i po wodę jeżdżą do źródła 20 kilometrów poza rezerwat). Widząc lecący nisko samolot, pomachali przyjaźnie, na co samolot zawrócił i zrzucił małą paczuszkę. Kobieta chciała uciekać, myśląc, że to... bomba, mężczyzna kierowany ciekawością podszedł bliżej. Małe zawiniątko kryło marihuanę i Percocet (silny lek przeciwbólowy) o czarnorynkowej wartości 32 tysięcy dolarów. Tym razem przemyt się nie udał. Staruszkowie oddali paczuszkę na policję, przez parę dni dręczeni byli przesłuchiwaniami i do dziś dnia nie przestali się obawiać, że którejś nocy, gdy będą już spali, ktoś z zemsty podpali ich dom.

      Oxy i marihuana to zabawa dorosłych, dla nastolatków są za drogie. Tabletka oxy kosztuje 80 dol., gram marihuany 50 dol. Nie pracując, więc i nie zarabiając (bo niby gdzie tu pracować i zarabiać?), młodzież musi albo kraść, by zdobyć pieniądze na narkotyki, albo je czymś zastąpić. W zeszłym roku wszystkie whiteouts (biały płyn korekcyjny) zniknęły z mojej klasy w ciągu tygodnia. W roku poprzedzającym moje przybycie do rezerwatu, do szkoły, do urzędu plemienia, do żłobka włamywano się nieustannie; do samej szkoły włamano się kilkanaście razy i to tylko po to, by ukraść z niej pojemniki z płynem do dezynfekcji rąk, które Health Canada przysłało z myślą o zapobieganiu epidemii wirusa H1N1. Podejrzewam, że kradzieże bynajmniej nie były powodowane strachem przed świńską grypą.

      Najnowszym "wynalazkiem" stał się propan. Na wiosnę zeszłego roku gromadka młodzieży ukradła skądś butlę z resztką propanu, poszła na plażę i zaczęła wdychać gaz. Gazu było w butli mało, i jak głosi plotka, wywiązała się sprzeczka, podobno doszło do jakieś szarpaniny, ktoś kogoś popchnął, może nawet ktoś kogoś uderzył... Koniec końców jeden z zaprawionych propanem nastolatków padł bez przytomności na piasek, inni uciekli przestraszeni. Gdy nadeszła pomoc, 16-letni uczeń naszej szkoły już nie żył. Oficjalna wersja głosi, że jego organizm nie był w stanie poradzić sobie z wypełniającym płuca propanem.

      Trudno wyobrazić sobie rozmiary tragedii, jakich nabiera takie wydarzenie w społeczności liczącej zaledwie 500 osób. Zapewne przynajmniej jedna trzecia społeczności była z chłopcem spowinowacona, i nie było nikogo, kto by go nie znał osobiście. Tragedia dotknęła wszystkich, zubożyła wszystkich. A przecież zeszły rok był "dobrym" rokiem: prócz wspomnianego wypadku na plaży, tylko jedna osoba, dwudziestoletnia dziewczyna, popełniła samobójstwo.

      Parę lat temu życie odebrało sobie aż pięciu czy sześciu uczniów naszej szkoły. Najmłodsza ofiara miała zaledwie 12 lat. W dzień przed Halloween powiesiła się na bramce na szkolnym boisku. Była to popularna i lubiana dobra uczennica. W ślad za nią podążyli inni. Pięć osób, pięcioro dzieci, to aż jeden procent lokalnej społeczności – dla porównania (i zachowania proporcji), w Mississaudze (Czytelników spoza Mississaugi przepraszam za to porównanie, które pewnie niewiele im powie) byłoby to aż sześć i pół tysiąca osób, ponad sześć tysięcy dzieci w wieku szkolnym. To jak gdyby wszyscy uczniowie John Cabot, Philip Pocock, Cawthra Park i jeszcze dwóch szkół średnich razem wzięci popełnili samobójstwa. Prawda, że sama myśl o tym jest przerażająca i wręcz absurdalna?

      Zastanawiam się, jakie środki przedsięwzięto by na południu, by zapobiec tego rodzaju wydarzeniom w przyszłości. Ile mądrych głów radziłoby, co zrobić, i ile pieniędzy przeznaczono by na programy dla młodzieży. Zaś tutaj... Tutaj zamknięto szkołę na jeden dzień, a potem na jedno popołudnie przyszła do nas para miejscowych pracowników linii kryzysowej, by porozmawiać z dziećmi, o ile te będą miały taką potrzebę. Oczywiście nikt się nie zgłosił, by skorzystać z okazji, co jednak nie znaczy, że potrzeby takiej nie ma.

      Czasami organizowane są większe akcje "prewencyjne", jak "marsz przeciw używaniu narkotyków" czy "marsz zapobiegania samobójstwom". Przyjeżdża wtedy dwóch białych z południa, uśmiechają się do wszystkich dookoła, rozdają małe upominki w postaci naklejek z napisem w stylu "kochaj siebie" czy "życie jest piękne", robią sobie z dziećmi zdjęcia, po czym wyjeżdżają następnego dnia zadowoleni z siebie i z faktu, że wizyta się udała i że zmienili życie tubylców na lepsze. Dzieci lubią te wizyty, bo nie ma wtedy szkoły: rano nauczyciele naprędce przygotowują jakieś plakaty i transparenty, po południu wszyscy maszerują dwa razy dookoła osady. To jest wszyscy nauczyciele, bo większość dzieci zwykle rozbiega się po krzakach, porzucając transparenty i plakaty na drodze.

      Mieszkającym w dużych centrach mieszczuchom łatwo wydawać negatywne sądy o tutejszej młodzieży, i niejeden z moich znajomych pytał, po co tkwię w tym "bagnie" i uczę tych (tu padało kilka lub kilkanaście mniej lub bardziej obraźliwych określeń). Jakże łatwo zapomnieć, jak bardzo jest się uprzywilejowanym, żyjąc w większym mieście, i wydawać sądy! Znajoma nastolatka z południa przez ostatnie parę lat miała dostęp do takich rzeczy, jak: nauka gry na pianinie, gitarze, francuskiego, basen, siatkówka, harcerstwo, tenis, szkoła żeglarska etc. Oczywiście przy wielkim wkładzie czasu i pieniędzy ze strony rodziców (i chwała im za to). Tu rodzice choćby nie wiadomo jak się starali, po prostu nie mają co z dzieckiem po szkole zrobić.

      Poza kilka miesiącami, gdy otwarta jest arena i życiem rządzi hokej, brak jakichkolwiek oddolnych, miejscowych inicjatyw, które zajęłyby miejscową młodzież w godzinach pozaszkolnych. Jest co prawda "Youth Caffee", młodzieżowe centrum, ale przez ostatnie kilka miesięcy jego działalność była co najmniej... podejrzana. Ilekroć pytałem swoich uczniów o biały barak, słyszałem odpowiedź, że to "drug house". W końcu zobaczyłem, że drzwi budynku zostały zabite deskami i usłyszałem plotkę, że pieniądze przeznaczone na działalność centrum zostały ukradzione przez jego pracowników i wydane na oxy. Od niedawna drzwi znowu są otwarte, może tym razem na dłużej.

      Miejscowi niechętnie rozmawiają o uczuciach, w szczególności tych bolesnych. Sporo problemów i negatywnych emocji zamiatanych jest pod dywan sztucznej obojętności i wyciszanych, co jest po prostu wygodne. Skoro nikt nie mówi o problemie, to go nie ma, czyż nie? Wydrapane na ścianie szkoły graffiti mówi mi jednak coś innego, ból spowodowany gwałtownym rozstaniem nie mija sam z siebie. Zagłuszony, pozostaje w nas głęboko i jątrzy jad smutku w naszą duszę. Chciałbym być złym prorokiem, ale wydaje mi się, że jest wyłącznie kwestią czasu, kiedy następne młode życie zostanie stracone w wyniku smutku, nudy, braku sensownych zajęć, chęci zaimponowania rówieśnikom w ten czy inny sposób, braku perspektyw i totalnej obojętności rodziców (niektórych) na to, co pociecha robi. Pozostaje mi jedynie mieć samolubną nadzieję, że nie będę tego świadkiem ani że nie będzie to żaden z moich uczniów. Jako nauczyciel i wychowawca, robię, co mogę, by motywować moich uczniów do podjęcia wysiłku zmagania się z życiem, do wiary we własne siły i do zrozumienia, że czasami, nawet pomimo wszelkich naszych starań, spotyka nas rozczarowanie. Praca ta wykańcza tak fizycznie, jak i psychicznie i jakżeby się czasami chciało wyjść wieczorem do pubu, spotkać ze znajomymi, napić piwa i zrelaksować, no ale cóż, obowiązuje prohibicja.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

Ostatnio zmieniany niedziela, 03 luty 2013 16:43
Zaloguj się by skomentować