Goniec

Switch to desktop Register Login

Indiański horror (cz. 1)

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Korespondencja własna z rezerwatu indiańskiego [1]

      A miało być tak pięknie! Szykowała się podróż życia: cztery tygodnie samochodem przez Stany. W planach Arizona i wąwóz Kolorado, Utah i Salt Lake City, Nowy Jork, Floryda i Everglades. Zresztą nie tylko "gdzie", ale i "z kim" wyglądało atrakcyjnie. Myszę znałem jeszcze z studenckich czasów, z Krakowa, pozostała dwójka to jej znajomi – zapaleni podróżnicy. Jeden z chłopaków był dosłownie wszędzie: Europa, Azja, Ameryka Południowa, Australia. Imponowało mi to, sam zawsze chciałem podróżować. Przy tym niesłychanie skromny, wręcz pokorny. Wszystko zapowiadało świetnie spędzony czas. A tu taka... klapa (na usta ciśnie się inne zgoła słowo, no ale są święta, ma być rodzinnie i w związku z tym przyzwoicie, zatem pozostańmy przy "klapa").

      Mówią, że jak Pan Bóg chce kogoś ukarać, to mu rozum zabiera. Coś w tym jest, choć nie bardzo wierzę, by Bóg był tak bardzo zainteresowany zarządzaniem moim życiem na mikroskalę, to raczej wbudowany system: pycha, wręcz buta, nastawienie "co to nie ja!", brak trzeźwej myśli, w chwili gdy najbardziej jej potrzeba, i recepta na katastrofę gotowa... Zacznę jednak od początku.

      Z planowanej podróży udało się zobaczyć Nowy Jork i amerykańską stronę Niagara Falls (to kłamstwo, że "nasza jest lepsza"). Gdy wsiadałem na "Maid of the Mist", zadzwonił mój telefon. Odebrałem. Ktoś po drugiej stronie wyburczał, że jest praca dla nauczyciela w jednym z rezerwatów na północy Kanady, i zapytał, czy jestem zainteresowany. Spędziłem już dwa lata w indiańskim rezerwacie, więc myśl o podróży na północ nie była mi straszna. Mimo sygnałów ostrzegawczych w postaci braku pytania o referencje i świadectwo niekaralności oraz braku kontraktu, który mógłbym przejrzeć przed przyjazdem do rezerwatu, moja pycha popchnęła mnie do przyjęcia pracy. Krótkim "tak" zakończyłem swoją planowaną na cztery tygodnie podróż już po dwóch dniach i zafundowałem sobie prawdziwy koszmar i wyśmienitą lekcję, że niczego nie należy zakładać z góry.

      Wielu doświadczonych ludzi mówiło mi, że indiańskie rezerwaty wyglądają podobnie, że jak widziałeś jeden, to tak jakbyś widział wszystkie. Założyłem (i to był błąd), że skoro uczyli w wielu rezerwatach, to wiedzą, co mówią. Nic bardziej mylnego! Miejsce, w którym byłem poprzednio, wydawało mi się siedliskiem wszelkiego rodzaju patologii, lecz w porównaniu z obecnym był to niemalże raj na ziemi. Po dwóch tygodniach pobytu żartobliwie zacząłem nazywać to miejsce Guantanamo Bay, moi współpracownicy nazywają je po prostu "piekłem". Jedynym pocieszeniem jest, że nie dalej niż za trzy miesiące rok szkolny się skończy i będę mógł wyjechać – w przekonaniu, że przetrwałem najgorszy z dotychczasowych rok w swoim życiu. Rzecz jasna, o ile przetrwam, bo co do tego pewności nie ma żadnej.

      Po części składa się na tę niepewność przyszłości brak jakiejkolwiek umowy o pracę. Pracuję tu jako nauczyciel już siedem miesięcy, a o umowie ani widu, ani słychu. Co prawda przez telefon Band Office Manager obiecał mi, że umowa będzie gotowa na mój przyjazd, a ja założyłem, że nie kłamie – i to był błąd! Kto by tam pamiętał, co tam wtedy w słuchawce szumiało... Może mi się przesłyszało, wodospad Niagara w końcu jest dosyć głośny. Dopytywałem się o umowę trzy razy. Dwa razy usłyszałem, że "już, już będzie gotowa – nasz prawnik właśnie nad nią pracuje". Za trzecim (do trzech razy sztuka!) razem wódz plemienia po prostu ofuknął mnie, mówiąc, że kultura jego plemienia to tradycja ustna i że jak bardzo mi na umowie zależy, to narysuje mi coś na kamieniu, a ja będę sobie to mógł podpisać. Jak się teraz nad tym zastanawiam, to muszę przyznać, że miejscowym byłoby niezmiernie ciężko sklecić jakąś sensowną umowę, bo gdyby chcieli naprawdę opisać moje warunki pracy, to mógłbym z tą umową z miejsca iść do sądu pracy.

      Zacznijmy od braku jakichkolwiek przerw, w tym przerwy na lunch (założyłem, że będą...). Z drugiej strony, biorąc pod uwagę brak ubikacji dla personelu (założyłem, że będzie...), to chyba i lepiej, że nie mam czasu na jedzenie. Jedzenie pociąga za sobą konieczność późniejszej lub wcześniejszej wizyty w toalecie, a to byłby problem. Zresztą kiedy niby miałbym iść, skoro nie mam przerw? Jako nauczyciel, w świetle prawa jestem odpowiedzialny za moich uczniów i nie mogę ich zostawić bez opieki nawet na sekundę. Przydałaby się jakaś pomoc klasowa, szczególnie że uczę trzy klasy w jednej (4, 5 i 6), ale to nierealne. Szkoła zatrudnia już dwóch asystentów i na więcej nie ma pieniędzy. Założyłem, że skoro mam uczyć trzy klasy, to będę miał albo pomoc klasową, albo przynajmniej "okienko" na planowanie lekcji, gdy tymczasem zakładanie czegokolwiek to oczywisty błąd.

      O niebezpieczeństwie, jakie niesie zostawienie uczniów samych sobie, przekonałem się już na samym początku roku. Gdy przyjechałem do rezerwatu (było to niedzielne popołudnie), powitał mnie miejscowy radny plemienia. Obiecał kontrakt, obiecał klucze do szkoły i zapowiedział rychły przyjazd dyrektorki szkoły, która miała mnie wprowadzić w szczegóły. Czekałem na nią do trzeciej w nocy, bo bardzo zależało mi na poznaniu poniektórych szczegółów. Jeden z nich: którą klasę mam uczyć następnego dnia. W końcu zrezygnowany poszedłem spać. Doszedłem do wniosku, że nawet jak przyjedzie, to chyba nie będzie tego ze mną omawiać w środku nocy.

      Następnego ranka obudziło mnie łomotanie do drzwi. Było dziesięć minut po ósmej i intruz, który obudził mnie waleniem do moich drzwi, powiedział, że jestem już spóźniony. Szkoła zaczyna się o 8. Na szczęście jest blisko (2 minuty piechotą) i o 8.20 byłem na miejscu, gdzie powitał mnie tłumek rozwrzeszczanych dzieci i... kucharka. Założyłem, że nie będę JEDYNYM nauczycielem w szkole, która (przynajmniej nominalnie) uczy JK-8 (czyli 8 klas szkoły podstawowej i dwie grupy przedszkolne). Kucharka wprowadziła mnie w tajniki planu dnia – z perspektywy kucharki: 8.30 dzieci jedzą śniadanie, 10.30 dzieci jedzą drugie śniadanie, 12.20 dzieci jedzą lunch. Wszystkie posiłki są opłacane przez radę plemienia i rodzice nie muszą za nie płacić złamanego centa. No świetnie, ale to w dalszym ciągu nie odpowiada na moje pytanie: którą klasę mam uczyć. "A którą sobie chcesz" – spokojnie wyjaśniła kucharka. Dowiedziałem się, że dyrektorka, która miała przyjechać i omówić ze mną szczegóły zatrudnienia, zadzwoniła wcześniej, informując, że nie podejmie pracy w szkole.                       Byłem sam.

      Gdybym miał za grosz rozumu, odwróciłbym się na pięcie i uciekł z tego miejsca gdzie pieprz rośnie. Już pierwszy rzut oka na szkołę dał mi do myślenia. To właściwie nie szkoła, ale dwa baraki zestawione ze sobą bokami. Cztery klasy, miniaturowy gabinet dyrektora, mała, ciasna kuchnia i tyle. Nie ma sali gimnastycznej, nie ma biblioteki szkolnej, nie ma pracowni komputerowej. Pomoce naukowe w większości stare i niekompletne, no i przede wszystkim: brak personelu. Normalnie się o tym nie myśli i po prostu zakłada się z góry, że w kanadyjskiej szkole dziecko będzie miało dostęp do wszelkiego rodzaju specjalistów i pomocy z ich strony. Tak jest w większych kuratoriach, gdzie szkoły mają rozmaite programy i nauczycieli: Special Ed (nauczanie specjalne), program Reading Recovery (nauczanie czytania), ESL (angielski jako drugi język), Speech & Language Therapist (logopeda), Social Worker (pracownik społeczny), Student Success Program, Child and Youth Workers, i tak dalej. Moja szkoła zaczynała rok szkolny z dwiema osobami: z kucharką i ze mną.

      Stałem tak sobie zdezorientowany pośrodku korytarza, w myślach na przemian to uciekając do moich znajomych, którzy właśnie jeździli sobie po Stanach, to starając się zaplanować swoje kolejne kroki, gdy w szkole pojawił się jeden z radnych plemienia. Plemię liczy około 1200 osób i ma 12 radnych, wodza (Chief) i kierownika biura plemienia (Band Office Manager). Widać naoglądał się w czasach dzieciństwa serialu "Mały domek na prerii", bo zasugerował uczenie wszystkich dzieci razem, nie w klasie, ale na korytarzu. Dzieci miałyby siedzieć grzecznie w swoich ławkach i czekać, a ja miałbym kursować między młodszą i starszą grupą przedszkolaków i uczniami wszystkich klas podstawówki. Szczęśliwie jak spod ziemi pojawiła się jeszcze jedna nauczycielka i wybiła mu z głowy ten "genialny" pomysł. Okazało się, że pracowała w tej szkole w zeszłym roku i nie mając innego zatrudnienia, po prostu przyjechała rano zobaczyć co i jak. Radny odszedł, mamrocząc pod nosem coś o niedouczonych i pozbawionych profesjonalizmu nauczycielach. Przed końcem dnia udało nam się ściągnąć do szkoły dwóch miejscowych "wolontariuszy" i podzieliliśmy uczniów na cztery "klasy" i jakoś przetrwaliśmy pierwszy tydzień. Nie było mowy o uczeniu. Wolontariusze, nie mając żadnego planu nauczania ani przygotowania pedagogicznego, pozwalali uczniom na prawie zbyt wiele. W szkole zapanowała atmosfera totalnego rozluźnienia, co szybko zaowocowało konfliktami między uczniami. Codziennie musiałem interweniować w 3-4 bójkach i rozdzielać okładających się kułakami nastolatków.

      Po takim pierwszym tygodniu weekend przespałem właściwie w całości. Chyba tylko dlatego nie spakowałem manatków i nie uciekłem. W poniedziałek znów poszedłem do szkoły, by dowiedzieć się, że mojej współpracowniczki tam nie ma – czyżbym był z powrotem w punkcie wyjścia: jedynym nauczycielem na całą szkołę? Na szczęście nie – koleżanka po prostu zachorowała i nie mogła przyjść. Ludzka rzecz, szkoda tylko, że nie ma kto jej zastąpić. Zostałem sam ze swoją i jej klasą, czyli "ucząc" JK-SK-1-2-3-4. W pośpiechu mówię wolontariuszom co mają robić z uczniami, i idę do swoich klas. Postanowiłem zaryzykować i trzymać uczniów SK-JK-1 i 2-3-4 w oddzielnych klasach, dla ich własnego bezpieczeństwa (w obu grupach wiekowych byli agresywni uczniowie, którzy po prostu nie mogli być razem). Kursując między klasami, odbieram telefony, bo właśnie uczyniono mnie PO (pełniącym obowiązki) dyrektorem.

      Dzwoni wódz – trzeba odebrać. Proszę o możliwość zamknięcia szkoły, lub przynajmniej o możliwość wysłania części dzieci do domów. Odpowiedź jest negatywna. Szkoła ma być otwarta, choćby nie wiadomo co. Rozmawiając z wodzem, jestem w progu swojej klasy i obserwuję moich uczniów, gdy ma miejsce wypadek: jeden z uczniów (nazwijmy go Kazio) niczym nie sprowokowany podchodzi do ławki drugiego (niech będzie, że Jasio) i wywraca ją na do góry nogami, na to Jasio bez sekundy wahania wbija Kaziowi w pierś długopis – głęboko, na 3-4 centymetry. Mój świat zamiera i nagle przyspiesza. Nawet gdybym był w klasie, nie miałbym możliwości zareagowania, wszystko wydarzyło się tak szybko. Zresztą w klasie jest jedna z wolontariuszek i ona również nie zdążyła zapobiec wypadkowi. Sprawy po tym toczą się błyskawicznie: telefon na policję (mus w takich okolicznościach) i na pogotowie (miejscowej pielęgniarki nie ma w rezerwacie i karetka musi przyjechać z odległej o kilkadziesiąt kilometrów miejscowości). W tym czasie Kazio obficie broczy krwią z rany, a Jasio wyraża nie tyle skruchę, ile ubolewa, że "chybił, bo przecież celował w serce".

      Następnego dnia do szkoły przychodzi ojciec Jasia, jak i Jasio we własnej osobie. Ojciec Jasia (tak, Jasia, nie Kazia!) oskarża mnie o to, że to wszystko moja wina, bo przecież nic takiego by się nie wydarzyło, gdybym był w klasie (to, że od progu mojej klasy do ławki Jasia jest bliżej niż od tablicy czy mojego biurka, to dla niego nieistotne), a sam Jasio z uśmiechem mówi, że nie mogę go zawiesić, bo wódz nie chce, by uczniowie byli zawieszani (bo podobno przez to mają negatywny stosunek do szkoły i przestają przychodzić). Dzwonię do wodza i pytam, czy to prawda. Ano prawda. Drugi tydzień uczenia, a ja już tyle się sam nauczyłem.

Aleksander Borucki

Znad jeziora Nipigon

Zaloguj się by skomentować