Goniec

Register Login

Dwa światy [13]

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (13)

      Wróciłem z "Miasta Zaginionych Dzieci" (Thunder Bay) chory, podobnie jak pięciu innych nauczycieli i dyrektor szkoły. Nie myśląc za długo, postanowiłem wziąć dwa dni chorobowego i teraz zastanawiam się, jak to będzie odebrane. Już w zeszłym roku zorientowałem się, że szkoła nie traktuje wszystkich równo i że pod pewnymi względami przyjezdni nauczyciele są dyskryminowani (pod innymi wyróżniani). Jest na przykład zapis o tym, że każdy pracownik szkoły ma prawo do trzech dni "traditional leave", który to płatny urlop może być spożytkowany jedynie na owe "tradycyjne" zajęcia, jak polowanie, łowienie ryb etc. Gdy jednak na jesieni chciałem pojechać na jak najbardziej tradycyjny pow-wow, to był problem. Najpierw nie chcieli pozwolić, potem pozwolili, ale nie chcieli zapłacić, w końcu sam doszedłem do wniosku, że nie warto się szarpać i zrezygnowałem z wyjazdu.

 Podobnie jest z dniami chorobowymi: niby są, ale nie ma skąd wziąć nauczyciela zastępczego, więc choryś czy nie – powinieneś się stawić w szkole. Stąd przyjezdni nauczyciele stawiają raczej na profilaktykę i starają się dbać o zdrowie, bo wiedzą, że w sytuacji kryzysowej zdani są na siebie, miejscowi – wprost przeciwnie. Trochę takiej sytuacji pomaga fakt dziwacznego finansowania usług medycznych: nie ma tu stałego lekarza internisty, dentysty, okulisty etc. Nawet pielęgniarki zmieniają się co miesiąc – dwa lub nawet częściej. Specjaliści nie pojawiają się w ogóle, a zwykli interniści może raz na kwartał i zostają najwyżej na tydzień – dwa, płacone mają zwykle per diem, więc nie zależy im szczególnie na liczbie przyjętych pacjentów. Więc jak się ktoś nie "wstrzeli" z chorobą w czas wizyty lekarza – musi lecieć do miasta, zwykle Thunder Bay, czasem Winnipegu, czy nawet Duluth. Przelot i zakwaterowanie ma zapewnione, pobyt trwa zwykle dwa – trzy dni, wizyta u specjalisty najwyżej pół godziny, więc w większości przypadków wizyta u specjalisty kojarzy się z darmową wycieczką      Oczywiście generalizuję i oczywiście trzeba współczuć chorym, jednocześnie trudno się nie dziwić nonszalancji, z jaką ludzie podchodzą do swego zdrowia, z jednej strony w kwestii zupełnego braku profilaktyki, z drugiej strony w kwestii niewątpliwego nadużywania świadczeń medycznych. Prosty przykład z naszej szkoły: jeden z miejscowych pracowników uznaje, że nie wypada mu nosić czapki, nawet przy 30-stopniowym mrozie. Oczywiście choruje. Idzie do lekarza. Oczywiście dalej jeździ swoim ski-doo bez czapki. Po trzech tygodniach pokasływania i narzekania na zły stan zdrowia znów idzie do lekarza i załapuje się na pięciodniowy "medical" (wyjazd w celach medycznych) do Winnipegu. Zrobiona przez jakąś miejscową babcię czapka ze skóry łosia, ocieplona futrem bobra: 120 dolarów, przelot Wunnumin – Winnipeg i cztery noclegi w hotelu: zero dolarów. Podatnicy zapłacą. Przynajmniej poleciał sam, bez opiekuna. Przykłady można by mnożyć.

      Z samej szkoły co najmniej cztery – pięć osób regularnie (przynajmniej raz na dwa miesiące) wyjeżdża z rezerwatu w celach "medycznych". Pod tym względem południowi nauczyciele mają zdecydowanie najgorzej – gdybym poważnie zachorował, koszty transportu medycznego musiałbym pokryć z własnej kieszeni. W tym kontekście dwa dni chorobowego wzięte profilaktycznie dla podratowania zdrowia wydają mi się w pełni zasadne.

      Miejscowi jednak "wiedzą swoje" i gdy odwiedziłem przychodnię, posypały się "dowcipne" komentarze o na temat mojego domniemanego pijaństwa podczas konferencji, zresztą nie do końca bezzasadne. Nie żebym się publicznie upił, ale po prostu powszechnie się mniema, że "konferencje" służą głównie pijaństwu i robieniu zakupów. Czyli: byłeś na konferencji? A to musiałeś nieźle zapić! I istotnie: kilka osób nie potrafiło odnaleźć się w sytuacji wolnego dostępu do alkoholu i nadużyło jego konsumpcji, do tego stopnia, że nie zdążyło na powrotny autobus do Sioux Lookout. Inni (a może ci sami) już pierwszej nocy przenieśli imprezę ze swojego pokoju hotelowego na korytarz i tym samym wymusili interwencję pracowników ochrony. Kilka osób zostało przez dyrektorów swych szkół (w konferencji brali udział pracownicy kilku północnych szkół) poproszonych o opuszczenie prelekcji i "wypoczęcie", a niektórzy "zniknęli" zaraz po przyjeździe do hotelu. Pewnie dlatego organizatorzy konferencji wprowadzili ostrą kontrolę w postaci konieczności podpisywania list obecności zarówno na początku, jak i na końcu każdego wykładu. Szczerze współczułem miejscowym, widząc, jak cierpią podczas długaśnych szkoleń i wykładów. Mnie do siedzenia w milczeniu przez sześć godzin dziennie i słuchania czyichś wywodów przygotowało dziewięć lat studiów, zaś dla niektórych z nich było to pierwsze doświadczenie tego rodzaju. Nie dziwota więc, że jak tylko można było, odwiedzali LCBO w celu zaopatrzenia się w "środki dopingujące".

      Z mojego punktu widzenia, konferencja była raczej nieudana, bo nie dowiedziałem się niczego, czego już bym nie wiedział, ale miło było spotkać "towarzyszy boju" z innych szkół i powymieniać się z nimi doświadczeniami. Szczególnie miło wspominam spotkanie ze znajomą Filipinką, która uczy w jednym z rezerwatów, a tak jak i ja wcześniej – mieszka "na stałe" w Mississaudze. Miło również było wyrwać się choć na tydzień z rezerwatu i zrobić to wszystko, co tutaj jest niemożliwe, a przecież tak normalne, lub codzienne, gdy mieszka się na południu: pojeździć samochodem, pochodzić po sklepach, przejść się po parku, pójść do kina, napić się piwa, pójść do restauracji, zamówić pizzę, zjeść parę świeżych owoców, posłuchać CBC News, pójść do baru potańczyć.

      Co jednak ciekawe, po kilku dniach wszystko to zaczęło mnie męczyć i nie mogłem doczekać się powrotu do rezerwatu – widać dopadło mnie coś, co encyklopedie określają jako "powrotny szok kulturowy", czyli trudności readaptacyjne po powrocie do własnej kultury. Podejrzewam, że w wakacje wrócić do "domu" będzie jeszcze trudniej – po dwóch latach pobytu (z przerwami, a jakże) w rezerwacie. Już w zeszłym roku miałem z tym nielichy problem. Wracałem do Toronto z wielkimi planami prowadzenia bujnego życia kulturalnego i towarzyskiego, z ambicjami doskonalenia zawodowego i podróżowania co nieco, a skończyło się głównie na siedzeniu w mieszkaniu. Gwar dużego miasta w połączeniu z niemiłosierną spiekotą był dla mnie nie do zniesienia. Przez pierwszy tydzień w ogóle nie mogłem spać odzwyczajony od ulicznych hałasów i łuny miejskich świateł. Zasypiałem wycieńczony nad ranem i spałem do południa, budząc się zlany potem.

      Pod tym względem Wunnumin dużo lepiej mi służy – noce są rozkosznie ciemne, chłodne i ciche. Dla kogoś takiego jak ja, kto całe życie mieszkał w mieście, to nie lada odkrycie – wyjść na zewnątrz podczas bezchmurnej nocy w czasie nowiu księżyca i zobaczyć miliardy gwiazd czy zorzę polarną (choć ta niezbyt tu częsta), czy po prostu zasypiać w ciemności tak ciemnej i ciszy tak cichej, że czasami wyciągam przed siebie rękę, by sprawdzić, czy ktoś mnie czasem nie zamknął w jakimś hermetycznym pudle... Dopiero od niedawna głośno mówi się o "zanieczyszczeniu światłem" i próbuje jakoś temu przeciwdziałać. Mieszkając na południu, nawet nie mogłem zrozumieć, w czym problem, póki nie przyjechałem na północ i nie doświadczyłem na własnej skórze dobrodziejstwa cichej, spokojnej nocy i niczym niezmąconego snu.

Aleksander Borucki

Wunnumin Lake, Ontario

Fot. Aleksander Borucki

Ostatnio zmieniany niedziela, 03 luty 2013 16:41
Zaloguj się by skomentować