Goniec

Register Login

Nowa przygoda: Alberta - korespondencja własna z rezerwatu

Oceń ten artykuł
(14 głosów)

borucki    Z wielkim smutkiem, ale bez większego zdziwienia przyjąłem wiadomość o strzelaninie w szkole w La Loche w Saskatchewan. Pracując "na północy" już dobrych parę lat, błąkając się pomiędzy rezerwatami, prowincjami, szkołami, poznaje się ludzi, co to albo bywali tu i ówdzie, albo przynajmniej znają kogoś, kto tam bywał. Co mnie zadziwia, to siatka niezwykłych połączeń między ludźmi.

Do teorii "sześciu stopni oddalenia" (czyli tego, że [za Wikipedią]: "Liczba pośredników między dwiema osobami w całej populacji ludzi na Ziemi nie przekracza sześciu stopni oddalenia") nie trzeba mnie przekonywać. Mimo tego, że rozum podpowiada mi, że to szarlataneria, a nie nauka... to jednak przykładów mógłbym mnożyć. Na przykład znam kogoś, kto wychował się z bliską przyjaciółką zabitego nauczyciela z Uxbridge. Znam ludzi, którzy zdobyli swoje wykształcenie, kończąc ten sam program na tym samym uniwersytecie co i on, i w końcu znam ludzi, którzy uczyli w La Loche. Nie wspominając o tym, że parę lat temu sam tam złożyłem podanie o pracę. Pewnie byłbym tam do dziś, gdyby mnie przyjęto. Moi znajomi nie mieli o miejscowości najlepszego zdania. Też bym nie miał, gdyby okradziono mnie w dzień po przyjeździe do wioski i zdemolowano mi samochód trzy razy w ciągu sześciu miesięcy. W artykułach na temat La Loche czytam: "mamy tu wspaniałą wspólnotę, wspaniałą młodzież, wspaniałych nauczycieli", więc może moi znajomi po prostu mieli pecha. W tym właśnie rzecz i o tym właśnie chcę napisać.

    Śmierć Adama Wooda, 35-latka z Ontario, świeżego absolwenta studium nauczycielskiego, przygnębiła mnie chyba bardziej, niż chcę to przyznać. Przypomniał mi się wiersz autorstwa Wisławy Szymborskiej, a wraz z nim te wszystkie sytuacje, o których mógłbym powiedzieć, że "zdarzyło się nie mnie".

    Wszelki wypadek
    Zdarzyć się mogło.
    Zdarzyć się musiało.
    Zdarzyło się wcześniej. Później. Bliżej. Dalej.
    Zdarzyło się nie tobie.
    Ocalałeś, bo byłeś pierwszy.
    Ocalałeś, bo byłeś ostatni.
    Bo sam. Bo ludzie. Bo w lewo. Bo w prawo.
    Bo padał deszcz. Bo padał cień.
    Bo panowała słoneczna pogoda.
    Na szczęście był tam las.
    Na szczęście nie było drzew.
    Na szczęście szyna, hak, belka, hamulec,
    Framuga, zakręt, milimetr, sekunda.
    Na szczęście brzytwa pływała po wodzie.
    Wskutek, ponieważ, a jednak, pomimo.
    Co było to było gdyby ręka, noga,
    O krok, o włos
    Od zbiegu okoliczności.
    Więc jesteś?
    Prosto z uchylonej jeszcze chwili?
    Sieć jednooka, a ty przez to oko?
    Nie umiem się nadziwić, namilczeć się temu.
    Posłuchaj
    Jak mi prędko bije twoje serce.

    Z pewnością wielu czytelników "Gońca" może odnieść się do tego wiersza, wspominając chwile, w których zagrożenie było tuż-tuż. Na co dzień nie pamiętam o tych wydarzeniach. Śmierć kolegi po fachu przypomniała mi o kilku z nich.

 

    Wspomnienie pierwsze

    Kilka lat temu. Uczę w małej indiańskiej wiosce w północnym Ontario. Zwyczajny, zwykły, nudny dzień pracy. Nagle nieplanowany dzwonek. Spoglądam na zegarek. Jestem w połowie lekcji. O co chodzi? Skrzeczący głos z megafonu instruuje mnie, że muszę udać się z moimi podopiecznymi do biblioteki. Wychodzimy z klasy i schodzimy po schodach do "biblioteki" – jest nią duże, zagracone pomieszczenie położone centralnie w budynku naszej szkoły. Pachnie kurzem i butwiejącym papierem nieruszanych od lat książek. Inne klasy też się już schodzą. Dzieci harcują w najlepsze wśród starych, koślawych krzeseł i stołów, biegają między regałami dającymi schronienie nieaktualnym już od lat podręcznikom i atlasom, w których ciągle znaleźć można Czechosłowację i ZSRS. Od czasu do czasu książka, której nikt nigdy nie przeczytał i której nikt już zapewne nigdy nie przeczyta, spada z półki na podłogę, strącona łokciem czy ramieniem nieuważnego ucznia. Bezskutecznie staram się zaprowadzić porządek. W końcu kapituluję, zadowalając się tym, że mam przy sobie może z trójkę uczniów z mojej dwudziestki.

    Dyrektor coś bełkocze o zagrożeniu, o tym, że interwencja policji, że zamykamy szkołę i wysyłamy dzieci do domu. Nie rozumiem, o czym mówi. Nie ma to sensu. Nie ma daru jasnego wypowiadania myśli. Zagaduję miejscowe pomoce klasowe i od słowa do słowa dowiaduję się, w czym rzecz. Menedżer miejscowego sklepu uciekł dziś z rezerwatu porannym samolotem. Tym o 11.15. Żadna to nowina. Od tygodni mówiło się o jakichś nadużyciach etc.

    A, teraz rozumiem: uciekł, a wraz z nim uciekła żona jednego z miejscowych. Ten wpierw uderzył w butelkę, a gdy zabrakło alkoholu, złapał za strzelbę i wyszedł przed dom, po czym zaczął strzelać na prawo i lewo. Desperat, którego życie legło nagle w gruzach, bez planu, bez niczego do stracenia, za to z bronią w garści, kieszeniami wypchanymi nabojami i sercem pełnym gniewu. Nie dalej niż trzy minuty drogi od szkoły. Piechotą. Wolnym krokiem. Uczniowie jakoś dowiadują się, o co chodzi. W tym momencie wydają się wiedzieć więcej od dyrektora. Jedna z moich uczennic, 9-letnia dziewczynka o wielkich brązowych oczach, podchodzi bliżej, kuca obok i świdrując mnie wzrokiem, pyta "Are you afraid to die?".

    Pytanie mnie szokuje. Nie wiem, co odpowiedzieć. Do tej pory zupełnie nie myślałem o tej ewentualności. Byłem zaaferowany ściganiem uczniów po bibliotece i próbami okiełznania ich wybryków. Chciałem dopilnować, by siedzieli spokojnie i słuchali dyrektora. Byłem zbyt zajęty tym, by się wykazać jako nauczyciel. Teraz powoli do mnie dociera jej pytanie. A co, jeśli desperat dojdzie do wniosku, że nienawidzi przyjezdnych, bo właśnie jeden z nich skradł mu żonę? Co, jeśli przyjdzie tu z tą strzelbą i zacznie strzelać w tłum uczniów? Zresztą nawet nie będzie musiał tu przychodzić: dyrekcja zarządziła koniec szkoły na dziś i rozpuszcza uczniów do domów – pod presją telefonów rodziców. Słyszę, jak moi podopieczni (czwarta klasa) zmawiają się, by iść w stronę domu, gdzie mieszka. Myślę o tym, by przeczekać to całe zamieszanie w szkole, ale... sumienie nie pozwala mi zostawić moich uczniów samym sobie. W miarę zbliżania się do domostwa desperata moich uczniów opuściła ich brawura i poprosili mnie, bym ich odprowadził do domu.

    W trzy lata po tym zdarzeniu następny desperat – tym razem jakiś rozżalony nastolatek – wziął dwie strzelby rodziców i parę kartonów amunicji. Przyczaił się w krzakach aż do wieczora i po zmroku zaczął strzelać do przechodniów. Nie pamiętam, ilu postrzelił, zanim go spacyfikowano. Trzech? Czterech? Tego udało mi się uniknąć – uczyłem już gdzie indziej.

 

    Wspomnienie drugie

    Inny rezerwat. Jestem na polowaniu. Nic innego nie ma w rezerwacie do roboty. Nie ma kawiarni, restauracji, grupy znajomych, chcących przyjść na kawę albo zapraszających na ciastko. Nudy.

    Kończymy właśnie krótki postój i ruszamy dalej. Mój przewodnik grzebie się, więc sam obejmuję prowadzenie. Wiem, dokąd iść, właściwie nie potrzebuję przewodnika, ale z grzeczności, z szacunku chodzę na polowania z miejscowymi. Nagle ogarnia mnie niepokój. Nie wiem dlaczego. Po prostu czuję, że coś jest nie tak. Stawiam kolejny krok i przez myśl przewija mi się obraz sprzed kilku sekund: grube paluchy mojego przewodnika mocujące się niezgrabnie z mechanizmem jego strzelby. Kolejny krok. Słyszę, jak mój przewodnik cicho klnie. Nie mam czasu się obrócić. Słyszę stukot uderzającej o kamienie strzelby i następujący o ułamek sekundy później huk wystrzału. Spoglądam na leżącą nie dalej niż trzy –cztery kroki ode mnie strzelbę. Lufę ma skierowaną nieco na lewo ode mnie. Wybucham śmiechem. Po indiańsku. Nic się nie stało, więc można się śmiać. Trudno o lepszy moment do radości. Właśnie nie zginąłem.

 

    Wspomnienie trzecie

    Idę na niedzielny spacer przez skute lodem jezioro. Cieszę się jak dziecko, że można pójść w nowe miejsce. Że przez jakiś czas nie będzie trzeba chodzić ciągle tymi samymi dwoma – trzema szlakami wokół rezerwatu. W dwadzieścia minut można go obejść tak czy siak. Zamarznięte jezioro to prawie że nieograniczone możliwości pieszych wędrówek! Idę, pewnie stawiając kroki. Od ponad miesiąca temperatury były ujemne. Sporo poniżej zera. Lód powinien być wystarczająco gruby. Nie jest.

    Inaczej niż na filmach – nie słyszę złowrogiego odgłosu oznajmiającego to, że zaraz pęknie. Po prostu pęka, a ja natychmiast ląduję w lodowatej wodzie. Strach, czy w ogóle jakiekolwiek inne przemyślenia nie pojawiają się w mojej głowie. Całe moje "ja" nagle zostało zredukowane do "nie chcę tu już być". Nie wiem, jak się wydostałem. Następną rzeczą, jaką zapamiętałem, była pośpieszna wędrówka do domu w zamarzających na mnie ubraniach i to, jak wpadłem pod prysznic bez ściągania spodni czy grubych, wełnianych skarpet.

 

    Wspomnienie czwarte

    Znowu minus 45. Szkoła znowu zamknięta. Dziesiąty raz w tym miesiącu, a może jedenasty? Trzeci miesiąc z rzędu pracuję po dziesięć dni w miesiącu. W Toronto czy takim Edmonton – byłbym zachwycony! Tutaj mam już tego dosyć. Przeczytałem siedem książek, obejrzałem ze trzydzieści filmów, nie mam pojęcia co ze sobą zrobić. Można oszaleć z nudów. Biorę szkolne skidoo. Nie informując nikogo dokąd jadę zapalam maszynę i ruszam przez wyludnioną wioskę. Wszyscy siedzą w domach. Jest zimno. Bardzo zimno. Podniecenie wyprawą rozgrzewa mnie. Coś się dzieje! Pruję przez zaspy i śniegi. Tratuję krzaki i małe drzewa zasypane śniegiem. W końcu dojeżdżam do celu. Jest nim małe wzniesienie nad zatoczką. Przepiękne miejsce! Dyszę ciężko, bo nie było łatwo przedzierać się przez głębokie zaspy i zasypane śniegiem krzaki. Postanawiam zrobić parę zdjęć. Ściągam swoje grube rękawice ze skóry łosia, ściągam drugą warstwę rękawic, no i trzecią. Kładę je na siedzeniu skutera śnieżnego. Wyłączam silnik. Drażni mnie jego warkot, drażni mnie smród spalin. Wyciągam telefon i robię kilka zdjęć. Jest tak zimno, że telefon wysiada po dwóch minutach. Czuję, że ręce drętwieją mi z zimna. Czas wracać – myślę. Podchodzę do swojej śnieżnej maszyny i widzę, że moje rękawice zamarzły na kość. Nie jestem w stanie ich nałożyć. Śmieję się rozbawiony własną nierozwagą. Rozpinam kurtkę i wkładam je pod pachy, by je odmrozić. Przeszywa mnie dreszcz. Jest cholernie zimno. Trzeba wracać. A rękawice jeszcze niegotowe. Drepczę w miejscu, by się rozgrzać co nieco. Nie pomaga. Pakuję ręce do kieszeni – dalej zimno, ale przynajmniej mróz już tak ich nie szczypie. OK, chyba już mogę spróbować. Z trudem nakładam chłodne, mokre rękawice na zdrętwiałe ręce. Próbuję odpalić skidoo. Ciągnę za sznurek zapłonu. Raz, drugi, trzeci. Nic. Już mi nie do śmiechu. Cztery, pięć, sześć. Zmieniam rękę. Siedem, osiem, dziewięć. Nic. W oczy zagląda mi strach. Uświadamiam sobie, że jest tak zimno, że nie przetrwam tu dłużej niż parę godzin. Nikt mnie nie będzie szukał prędzej niż za dwa – trzy dni. Jedenaście, dwanaście.  

       Dyszę ciężko. Czuję, jak strużka lodowatego potu spływa mi po plecach. Oddech zaparowuje mi gogle, więc zdzieram je z twarzy i czuję, jak momentalnie zamarzają mi rzęsy. Ściągam ponownie rękawice, by mieć lepszy uchwyt – tym razem pakuję je do wewnętrznej kieszeni kurtki – i szarpię ze złością i desperacją sznurek zapłonu. W końcu słyszę ciche, nieśmiałe "tyr, tyr, tyr"... OK, już dobrze. Już prawie, prawie. Kilka pociągnięć i silnik w końcu zapala. Dodaję delikatnie gazu. Zakładam rękawice. Ręce mam tak zdrętwiałe, że nie mam już w nich czucia. Nie potrafię zapiąć kurtki. Mocuję się z zamkiem przez parę sekund, w końcu poddaję się. Na szczęście kurtka ma też rzepy. Nie jest to idealne rozwiązanie, ale lepsze to niż nic. Nie czuję już ani dłoni, ani nawet przedramion.

    Wdrapuję się koślawo na skidoo i próbuję jakoś nim sterować. Opornie to idzie. Mroźne powietrze wdziera się przez szczeliny między rzepami niezapiętej kurtki pod nią i oplata mnie niczym lodowy łańcuch. Skóra na twarzy piecze. Będę miał odmrożenia jak się patrzy. Jadę niezgrabnie, obijając się o drzewa, ledwo trzymając się szlaku. Wyję z bólu i przerażenia prawie tak głośno jak silnik mojego skidoo. Do wioski jeszcze daleko. Co kilkanaście metrów zatrzymuję się i tłukę o siebie zdrętwiałe przedramiona, by pobudzić w nich choć odrobinę czucia. Jadę dalej. Oczy mi łzawią nawet pod goglami. Co i rusz muszę je ściągać i zrywać warstwę lepkiego lodu z moich rzęs – inaczej zlepiają się i nic nie widzę. W końcu dojeżdżam do domu.

    W radiowej Trójce leci piosenka "Kultu":

    Znowu dziś widzę zachód słońca
    Znowu udało się doczekać końca
    Mniej szczęścia mieli, ilu ich było
    Wielu, nawet ich nie liczyłem
    Codzienne żniwo swoje zbieram
    Kres podróży każdego dnia
    Być czy mieć? - takie dwa pytania
    Bliżej ku celom posiadania
    Nie mam potrzeby zbyt wiele wiedzieć
    Nie mam potrzeby wiedzieć zbyt wiele
    Gdy wszystko skończy się jak myślałem
    Wsyp mnie do ziemi, stąd przyjechałem
    Bim-bom, bam-bim-bom
    Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon
    Bim-bom, bam-bim-bom
    Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon
    Bim-bom, bam-bim-bom
    Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon
    Bim-bom, bam-bim-bom
    Skąd wiedzieć wszystko, komu bije dzwon

Ostatnio zmieniany piątek, 29 styczeń 2016 19:02
Zaloguj się by skomentować