Goniec

Register Login

Przyjdą zmiany?

Oceń ten artykuł
(2 głosów)


Troszkę będzie w tym tekście podróżowania w czasie i przestrzeni, bo o nowym rezerwacie póki co niewiele mogę napisać. Ludzie wydają się mili, uczniowie w szkole sympatyczni i w miarę grzeczni. Pod tym względem to kolosalna różnica w porównaniu do poprzedniego rezerwatu, gdzie każdy uczeń klął jak szewc i w ciągu pierwszego tygodnia w szkole miało miejsce kilka bójek, w tym jedna na tyle poważna, że trzeba było wzywać pogotowie i policję. Taka już chyba specyfika tego poprzedniego rezerwatu, bo na przykład w trakcie noworocznej zabawy Indianie pobili się tam siekierami, niczym nasi górale ciupagami. Nie bardzo w te góralskie historie o laniu się ciupagami wierzę, a tu i owszem, bijatyka była i "podatnik" pewnie znów zabulił za przylot helikoptera z Thunder Bay. Teraz "podatnik" będzie musiał zapłacić jeszcze za nowy radiowóz, bo miejscowi skradli stary. Cieszę się, że już tam nie jestem, chociaż ciekawią mnie dalsze losy wspólnoty (jak na przykład, moich uczniów i ludzi, których tam poznałem).


Na przykład z niecierpliwością oczekuję wieści na temat wyników wyborów nowego wodza i członków rady plemiennej. Gdy kreślę te słowa (sobota, po 20.00) w wiosce właśnie zamknięto lokal wyborczy i odbywa się liczenie głosów. Mam nadzieję, że wybory przyniosą zmiany i że zarówno nieudolny i nieuczciwy wódz, jak i jego równie nieudolni radni stracą stanowiska. Z drugiej strony, wiem, że system jest po ich stronie.
Jedną z bolączek rezerwatów jest chory system rządów, w którym grupa sprawująca władzę ma tak dużą (o ile nie całkowitą) kontrolę nad finansami i wszystkimi innymi aspektami organizacji życia społecznego, że zupełnie nie jest w jej interesie zmiana status quo. Za dużo przywilejów do stracenia... No i co ze sobą zrobić w wyniku utraty posady? O pracę w rezerwacie raczej trudno, a i wątpliwe, by dla starego wodza znalazło się miejsce wśród urzędników nowej administracji. Nie dziwota, że wodzowie trzymają się stołków rękami i nogami. Z kolei ludzie, którzy mogliby pragnąć zmian, zwykle mają za mało środków, by je przeforsować. Chyba że zaczną werbować sojuszników, obiecując im przyszłe korzyści (stanowiska, zamianę domu na większy lub jego remont itd.). W ten sposób niezdrowa sytuacja się powtarza. Pożyjemy, zobaczymy. Te wybory mogą być inne, bo zamieszanie wokół ustawy C-45, głodówka Theresy Spence i manifestacje Idle No More pobudziły większą niż zwykle liczbę Indian do głosowania.


Mówiąc o Idle No More – to, co pokazują media, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Prawdziwe wrzenie widzi się, wchodząc na grupy internetowe rezerwatów, czy też czytając uaktualnienia na Facebooku. Na początku miałem bardzo pozytywne nastawienie do "ruchu". Pobiegłem nawet na demonstrację w Toronto, gdzie protestujący na skrzyżowaniu Yonge i Dundas zablokowali ruch na 20 minut. Teraz mój entuzjazm znacznie osłabł. Co ciekawe, stało się to na samej manifestacji. Po prostu zdałem sobie sprawę, że (znowu!) jestem wśród niepoprawnych romantyków.
Podstarzali hipisi, młodociani hipsterzy, oczywiście całkiem spora grupa Indian, spragnieni czynu "działacze", ekolodzy z zamiłowania i wszelkiej maści kontestatorzy. Za wiele wątków, za dużo spraw na raz, jednym słowem, ideowy kociokwik. Gdybym w tym wszystkim trochę nie siedział, bez wątpienia pogubiłbym się, czytając transparenty. Głosiły one wszystko: od walki o "treaty rights" (prawa przyznane Indianom na mocy traktatów), przez sprzeciw wobec ustawy C-45, obrzucanie inwektywami premiera Harpera, informowanie o nierównościach w finansowaniu indiańskich szkół, nawoływanie do "Indiańskiego powstania", dopytywanie się o zaginione Indianki (to temat na zupełnie inny artykuł), do przypominania o szkołach rezydencjalnych i Sixties Scoop (to też zupełnie osobny temat) i walki o wodę i czystą, ekologiczną energię.
Zdałem sobie sprawę, że inicjatywa Idle No More, jakkolwiek chwalebna, bo nawołująca do (politycznej) aktywności, raczej marne ma szanse na zdziałanie czegokolwiek. Nie tylko przez tę oszałamiającą różnorodność problemów, z jakimi się stykamy, mówiąc o sytuacji Indian, lecz również przez brak "dobrej woli" ogółu społeczeństwa, a co za tym idzie – nastawienia polityków.


Większość mieszkańców Kanady widzi Indian w bardzo negatywnym świetle. Komentarze, jakie czyta się na internetowych forach, czy nawet to, co czasami słyszę od ludzi, przyprawia o zawrót głowy. Z tych czy innych względów łatwo było nam przypiąć Indianom łatkę leniwych darmozjadów i nierobów, co to tylko czekają na kolejną zapomogę od rządu, ale prawda – jak zwykle – leży pośrodku.
Dla przypomnienia: powstała w 1991 roku RCAP (Royal Commission on Aboriginal Peoples – pisałem już o niej, gdy poruszałem sprawę szkół rezydencjalnych) po pięciu latach wgłębiania się w zagadnienia związane z sytuacją Indian w Kanadzie opublikowała specjalny raport, którego opasłe pięć tomów próbuje wyjaśnić, co na linii Indianie-Kanada poszło źle i jak temu zaradzić. Ostatni piąty tom raportu przedstawia 20-letni plan naprawy sytuacji i ponad cztery setki sugestii, jak to uczynić.


Dziesięć lat po opublikowaniu raportu, AFN (Assembly of First Nations) wystawiło Kanadzie "świadectwo" z ocenami za wdrażanie jego postanowień. Większość ocen jest negatywna. Rząd po prostu zrobił bardzo mało, by polepszyć sytuację Indian. Widzę to na własnym, szkolnym podwórku. Trudno mi zrozumieć, dlaczego indiańskie szkoły, w których potrzeby są tak wielkie, dostają mniej pieniędzy od prowincyjnych. Znacznie mniej – i to od lat.
Formuła finansowania indiańskich szkół nie zmieniła się od prawie 20 lat. Można mówić o chronicznym niedoinwestowaniu. Polecam artykuł "MacLeans" z sierpnia zeszłego roku, który opisuje sytuację dwóch sąsiadujących ze sobą szkół. Indiańska dostawała 3200 dolarów mniej na ucznia na rok. Łatwo obliczyć, że przy zaledwie setce uczniów (a szkoła liczy ponad trzystu) wychodzi 320 tysięcy rocznie (pensje dla sześciu dodatkowych nauczycieli albo od groma ołówków i kredek). Przez 20 lat można by uzbierać prawie sześć i pół miliona. Nie wspominając już o tym, że koszty operacyjne szkół (i wszystkiego innego) na północy są dużo, dużo wyższe niż tych na południu.
Łatwo Indian ganić i posądzać o lenistwo, trudniej przyznać się do faktu, że sytuacja, w której się znaleźli, została spowodowana w znacznej mierze przez nas samych (czyli "kolonizatorów" bądź "osadników"). Trochę to tak, jakby przetrącić komuś nogi, wrzucić go do studni, a potem narzekać, że tam siedzi, sam nie wychodzi i tylko biadoli, by go wyciągnąć. Zresztą z tym "wrzucaniem" różnie było. Czasami było to nie tyle "wrzucenie", ile "przywabienie".


Na przykład Indianie z Attawapiskat, tego Attawapiskat, o którym ciągle tak głośno i którego wódz Theresa Spence głoduje w Ottawie, znaleźli się tam, gdzie teraz są, przez katolickich misjonarzy, tych samych, których znamy z Mississaugi – oblatów. Nie zarzucam oblatom żadnej złej woli, gorąco wierzę, że chcieli pomóc Indianom przez uczenie ich pisania, czytania, dostęp do nowoczesnych lekarstw i technologii itd., ale koniec końców wyszło, jak wyszło.


Indianie docenili poświęcenie księży i osiedli w pobliżu misji. Oblaci założyli w Attawapiskat pierwszy ogród, zbudowali tartak, szkołę, kościół (zresztą dalej tam stoi), szpital... Stopniowo niewielka osada rozrosła się na tyle, że tradycyjne łowienie ryb i polowanie na karibu nie wystarczało, by wszystkich wyżywić, ani nie było gdzie ich wszystkich pomieścić. Indianie z biegiem lat odeszli od tradycyjnych zajęć i okazało się, że nie bardzo mają co robić i że nikt nie ma pomysłu na zapewnienie im godnej egzystencji. W poprawie warunków życia z pewnością nie pomogły katastrofy, jakie stały się ich udziałem – wyciek dziesiątek tysięcy litrów paliwa, który zniszczył nową szkołę, kolejne powodzie i awaria systemu kanalizacyjnego, w wyniku której ścieki zalały kilkanaście domów, pozostawiając ponad 90 osób bez dachu nad głową. Tymczasem na ich tradycyjnych terytoriach powstała jedna z największych na świecie kopalni diamentów, przynosząca kolosalne zyski korporacji De Beers i odprowadzająca pieniądze bezpośrednio do prowincji Ontario z pominięciem Attawapiskat (De Beers odprowadza do prowincji 13 proc. dochodów, a Attawapiskat dostaje 1 proc.). W osadzie działa też sklep – The Northern – powstały z faktorii handlowej Kompanii Północno-Zachodniej (North West Company), która wcześniej za grosze skupowała od Indian futra i skóry, a teraz ze skór łupi ich samych. Pojemnik soku kosztuje tam ponad 10 dolarów i mało kogo nań stać, a korporacja zanotowała w zeszłym roku zyski rzędu kilkudziesięciu milionów dolarów. Trudno się dziwić Indianom z Attawapiskat, że czują się oszukani, wykorzystani, zepchnięci na bok, gdy reszta kraju czerpie z ich bogactwa i tuczy się na ich krzywdzie i biedzie. W tym wszystkim zachowali wdzięczność do sędziwego, 80-letniego księdza służącego w miejscowej parafii od 1975 roku i nazwali jedną ze szkół jego imieniem.
Podobne odczucia są w innych rezerwatach. Pierwszy z rezerwatów, w których uczyłem, miał na swoich terenach kopalnię złota, drugi (ten gdzie właśnie odbyły się wybory) kopalnię palladu. Każda z kopalni jakoś tam próbuje zjednać sobie przychylność Indian, organizując bezpłatne szkolenia, dając im możliwość zatrudnienia, finansując imprezy czy młodzieżowe drużyny hokejowe, ale w obliczu przerażającej biedy w rezerwatach wynikającej z chronicznego niedofinansowania – wszystko to ciągle wydaje się być za mało, stąd popularność Idle No More wśród Indian.


Gdy rzeczywistość jest szara, przygnębiająca i w sumie bez perspektyw na poprawę sytuacji – łatwo uciec w marzenia i sny o wielkiej przeszłości. Łatwo być internetowym wojownikiem wymachującym szabelką Facebooka i kryjącym się za tarczą komputerowego ekranu. Łatwo dać się złapać na górnolotne hasła "suwerenności", o byciu "obrońcą natury", o "niezbywalnych prawach". Dużo trudniej wziąć się do roboty i dzień po dniu kreować lepszą rzeczywistość dla siebie i swojego plemienia czy też narodu. Szczególnie jest to trudne, gdy – jak to śpiewa Kazik – "roboty tutaj nie ma, i co ty na to powiesz?" i gdy ma się kręgosłup przetrącony przez brak wiary w siebie, paraliżujące poczucie krzywdy i do tego nastawienie "bo mi się należy" (to ostatnie w przypadku Indian o tyle usprawiedliwione, że istotnie naobiecywano im ile wlezie, byleby tylko dobrać się do ich ziemi).
Nie jest to aż tak odległe od tego, co możemy zobaczyć w Polsce w postpegeerowskich wsiach, czy też śląskich miastach, gdzie pozamykano huty i kopalnie i gdzie ludzie nie mają do roboty nic innego niż stanie w kolejce po zasiłek i topienie smutków w butelce gorzały. Jakoś trudno sobie wyobrazić, by z czystym sumieniem móc określić tych ludzi mianem nieudaczników i nierobów żerujących na państwowych zapomogach. Czasami po prostu bywa tak, że jakaś grupa ludzi zostaje wyrzucona z pędzącego ekspresu "postępu" przy okazji kolejnego zakrętu historii.


Aleksander Borucki
Północne Ontario

Ostatnio zmieniany piątek, 18 styczeń 2013 13:53
Zaloguj się by skomentować