Goniec

Switch to desktop Register Login

U Indian: Świat się zmniejszył

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

boruckidoglowkiŻycie raz po raz zaskakuje mnie fantastycznymi zbiegami okoliczności. Na przykład jestem w szkole i idę sobie korytarzem, nie wadząc nic nikomu, gdy widzę na ścianie znajome znaczki. Jak Boga kocham: ruski! Znaczy się rosyjski. Nigdy go jednak tak w szkole nie nazywaliśmy. Zawsze był to dla nas ruski i tyle. Nie pojmowałem różnicy aż do pamiętnych wydarzeń szóstej klasy podstawówki, gdy z uwagi na koleżankę o ustach tak ślicznych, że Angelina Jolie może się schować, wziąłem udział w konkursie recytatorskim prozy i poezji... radzieckiej.


Języka Gogola nie kumałem nic a nic – ledwo co rozpoznawałem litery (a i to nie zawsze poprawnie), no i jak już wspomniałem, zupełnie nie miałem pojęcia, że ruski, rosyjski i radziecki to trzy różne rzeczy. W domu były jakieś przekłady, a że w końcu nikt nie mówił, że koniecznie trzeba po rosyjsku – złapałem za dwie pierwsze z brzegu książki. Padło na Puszkina (Eugeniusz Oniegin) i Tołstoja (Piotr Pierwszy). Konkursem się zbytnio nie przejmowałem, bo tak naprawdę chodziło mi o możliwość spędzenia czasu w towarzystwie mojej koleżanki. Zostawaliśmy raz w tygodniu po szkole w klasie z nauczycielką "od ruskiego" i deklamowaliśmy nasze utwory. Mogłem się bez przeszkód gapić na usta Iwony i wsłuchiwać w jej głos. Był maj, za oknem coś tam kwitło i coś tam kwiliło, a śląskie powietrze – zawsze pełne pyłów i sadzy, nigdy wcześniej nie miało tak słodkiego posmaku.
Zacząłem śnić na jawie: Oto wygrywam konkurs. Iwona wpatruje się we mnie z podziwem. Przechyla głowę. Jej oczy błyszczą tak wspaniale! Jej usta, pełne kuszącej słodyczy, zbliżają się ku moim... I tak dalej.


W końcu przyszedł dzień konkursu. Poszło mi fatalnie. Najpierw – przy zapisach – uświadomiono mi, że Puszkin i Tołstoj nie należą do kanonu literatury radzieckiej, więc tak naprawdę nie mieszczą się w formule konkursu. Moja nauczycielka jakoś ubłagała organizatorów, by jednak pozwolono mi wziąć udział. Niechętnie zgodzili się – miałem występować jako ostatni, na szarym końcu imprezy. Ponadto okazało się, że z całej rzeszy uczestników tylko Iwona i ja nie przygotowaliśmy się do wystąpienia po rosyjsku. Ze łzami w oczach przesiedziałem trzy godziny wbity w dosyć niewygodny fotel, wsłuchując się w bełkot kolejnych recytatorów. Gdy wyszedłem na scenę, znudzone twarze członków jury dały mi jasno do zrozumienia, jakie mam szanse na zwycięstwo.


Skoro nie mogłem wygrać, to postanowiłem przynajmniej rozerwać to sztywne towarzystwo. Dość powiedzieć, że okrasiłem mój występ raczej sporą dawką "ruchu scenicznego" (potem powiedziano mi, że to było kolejne faux pas, bo recytatorzy powinni stać sztywno – jakby kij połknęli, a "atmosferę" budować przy użyciu głosu – odpowiednio modelując tembr, intonację etc.). Gdy przy słowach z "Oniegina": "Przyjechał – było już po wszystkim. Na stole sztywny leżał trup: Dla chciwej ziemi świeży łup", zesztywniałem, gwałtownie przechyliłem głowę i wywaliłem język – zastygając tak na kilka sekund w pozie "wisielca" – sala ryknęła śmiechem.

obrazek

 


Nigdy więcej już nie zaproszono naszej szkoły na konkurs prozy i poezji radzieckiej. Usta Iwony nigdy nie odnalazły moich ust. A ja sam nabrałem dosyć silnej awersji do nauki rosyjskiego i gdy w parę miesięcy po tych wydarzeniach kolega z klasy, niejaki Baran Artur, postawił się nauczycielce, mówiąc, że on "się ruskiego uczyć nie będzie", gorąco go poparłem. Na pohybel Ruskim! Wytrwaliśmy tak z Arturem w tym postanowieniu przez kolejne dwa lata szkoły aż do skończenia podstawówki. Nie wiem, na jakich zasadach przechodziliśmy z klasy do klasy. Wydaje mi się, że nauczycielka była po prostu wdzięczna, że nie musi już przygotowywać dzieci do konkursu. Zresztą system się już walił – moja klasa była jedną z ostatnich, które miały rosyjski jako język obcy przez cztery lata. Trzy lata później do szkół wszedł angielski.
Wracając jednak do mojego rezerwatu... Aż mną zatrzęsło, gdy zobaczyłem na ścianie kartkę z jakimś pismem po rosyjsku. Samo centrum północno-zachodniego Ontario. Osada, oddalona od najbliższego miasteczka o setki kilometrów lotu samolotem... i list po rosyjsku na ścianie. Zaintrygowany zatrzymałem się. Mozolnie zacząłem odczytywać pismo – na szczęście napisane dosyć wyraźnie. Ze "zdrastvujte" poszło w miarę łatwo – potem zaczęły się schody. Musiałem odwołać się do pomocy instancji wyższych (czyli Rodzicielki). Przy pomocy telefonu komórkowego zrobiłem zdjęcie, zaraz po tym wrzuciłem je na Fejsbuka i po chwili miałem gotowe tłumaczenie:


Dzień dobry! Nazywamy się Wowa i Masza Potanowy. Mieszkamy w Rosji, na Uralu, w mieście Czelabińsk. Mamy piękną przyrodę. Dużo brzóz i leśnych polan z kwiatami i jagodami. Narysowaliśmy brzozę i polanę. Jesteśmy bardzo przyjaźni i uczęszczamy do przedszkola w Czelabińsku. Nasze przedszkole jest bardzo dobre. Mamy dużo zabawek, książek i farb. Jest nam tu bardzo wesoło.Do widzenia!

 

list


Istotnie – obok był obrazek polany z brzozą. Okazuje się, że po północnym Ontario od lat krąży paczka wypełniona rysunkami dzieci – z Rosji, Niemiec, Austrii, różnych rezerwatów i miast Ontario. W tym roku dostaliśmy ją my. Naszym zadaniem jest zorganizować wystawę rysunków, nakłonić naszych studentów do narysowania lub namalowania czegoś, po czym dołączymy ich prace do reszty i prześlemy paczkę dalej. Świat stał się mały.


Czym prędzej przetłumaczyłem tekst listu na angielski i zaniosłem nauczycielce, która go wywiesiła, do powieszenia przy rosyjskim oryginale. Wchodzę do jej klasy, a tu z głośników ryczy "Gdzie ten, który powie mi, że do końca swoich dni, że do ostatniego tchu będę całym życiem mu?" Brathanków. Okazuje się, że jeden z poprzednich nauczycieli był Polakiem i zostawił na komputerze swoją muzykę. Szkoda, że już go tu nie ma, bo fajnie byłoby czasami porozmawiać po polsku. Tak czy siak – nad moimi próbami przyswojenia znajomości rosyjskiego musi ciążyć jakaś klątwa. Ledwie przetłumaczyłem list, a na Czelabińsk spadły fragmenty meteoru.


Wspominałem już Rafała, którego spotkałem u Indian w szałasie potu. Tak jak i ja studiował on w Krakowie, i to mniej więcej w tym samym czasie. Zastanawiam się, czy czasami nie było tak, że na przykład jechaliśmy razem tramwajem "na Hutę" albo siedzieliśmy przy sąsiednich stolikach w jakiejś knajpie na Kazimierzu. Całkiem prawdopodobne. Rafał nie jest bynajmniej jedyną osobą z Polski, którą spotkałem u Indian.
Gdy byłem na szkoleniu w Sioux Lookout, poznałem Polkę, która pracuje w organizacji zajmującej się szkoleniem "indiańskich" nauczycieli (tj. zarówno Indian, jak i nie-Indian, którzy pracują w rezerwatach północnego Ontario). Miło było natknąć się na jakiś rodzimy akcent podczas konferencji.


"Dwa rezerwaty temu" poznałem też polską pielęgniarkę i co prawda historia jej spotkania nie może się równać historii spotkania Rafała, ale warta jest przytoczenia dla ukazania, jakim strasznym "piekiełkiem" jest rezerwat. A było to tak...
Wiedziałem już, że wyjadę z tego rezerwatu. Dostałem umowę na następny rok, ale odmówiłem jej przyjęcia. Nie ze względu na złe warunki pracy czy płacy (chociaż wszystkie rezerwaty płacą gorzej niż szkoły utrzymywane przez prowincję, co zupełnie nie ma sensu, biorąc pod uwagę koszta dojazdu, pobytu etc.), ale przez "względy osobiste". Po prostu gdy byłem w tym rezerwacie przez pierwszy rok, moja żona przyjechała do mnie kilka razy w odwiedziny. Dzieci w szkole bardzo ją polubiły i często się o nią dopytywały, co było dla mnie nie do zniesienia, gdy zostałem w rezerwacie na drugi rok – już po rozstaniu z żoną. Nie mogłem dłużej znieść tego miejsca, gdzie tyle rzeczy kojarzyło mi się z żoną, i postanowiłem wyjechać, dla zachowania psychicznej równowagi. Zanim to jednak nastąpiło, do rezerwatu przyjechała polska pielęgniarka – tuż przed końcem roku szkolnego. Była to bardzo sympatyczna i ładna dziewczyna, ale nie zwracałem na to zbytniej uwagi, będąc zaprzątnięty własnymi problemami. Dla mnie była przede wszystkim kimś, z kim mogłem porozmawiać po polsku. Po blisko dwóch latach posługiwania się prawie wyłącznie angielskim, odrobiną OjiCree i prawie całkowitym milczeniu w rodzimym języku było to niezwykle wyzwalające doświadczenie.


Wiedziałem, że wyjadę, i pamiętałem, jak ciężko było mi samemu na początku "przebić się" do miejscowych. Postanowiłem, że przez te ostatnie dwa tygodnie pobytu w rezerwacie posłużę nowo poznanej koleżance jako przewodnik. Od razu zaproponowałem jej, że ją oprowadzę po rezerwacie, na co chętnie się zgodziła. Spacer nie był długi, bo i rezerwat nieduży. Od do sklepu i z powrotem. Góra 20 minut. Nazajutrz była sobota, więc zaprosiłem ją na śniadanie. Przyszła, no bo czemu nie. Ustaliliśmy, że następnego dnia – w niedzielę – pokażę jej, gdzie najlepiej iść na plażę, co też uczyniłem. Potem przez tydzień byłem bardzo zajęty pracą, wypisując świadectwa, przygotowując moją klasę na lato – wszystko trzeba popakować w pudła, opisać, ustawić w jednym kącie – na wypadek gdyby szkoła miała stać się miejscem ewakuacji dla mieszkańców pobliskich rezerwatów z uwagi na pożar lasu czy jakąś inną katastrofę. Nie miałem czasu na nic innego niż pracę, ale ustaliliśmy, że przed moim wyjazdem wpadnę jeszcze do pielęgniarki na obiad, co zresztą się stało. Wkrótce po tym wyjechałem. Zapomniałem o wszystkich tych wydarzeniach, bo trzeba przyznać, że nie są to jakieś niezwykłe przygody warte zapisania w pamiętniku. Teraz to opisuję, by pokazać, jakie to wszystko było normalne i w sumie banalne.
Tyle, że w rezerwacie, gdzie ludzie nie mają nic lepszego do roboty, widok nas spacerujących razem i odwiedzających się wywołał nie lada sensację. Niedawno, bo w tym tygodniu, czyli prawie w dwa lata po fakcie (i dwa rezerwaty dalej), doszły mnie słuchy, jakie to historie o mnie ludzie opowiadają. Historie burzliwego i namiętnego romansu, który doprowadził do rozpadu mojego małżeństwa i mojego wyjazdu z rezerwatu – ponoć rzuciłem wszystko, by jechać za tą pielęgniarką nie wiadomo dokąd.


Cóż... pozostaje jedynie pozazdrościć ludziom takiej wiary w miłość. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, jak się przedstawia życie miłosne i intymne w rezerwatach, trudno się dziwić takim historiom. Ale o tym – następnym razem.


Aleksander Borucki
Północne Ontario

Zaloguj się by skomentować