Goniec

Switch to desktop Register Login

U Indian: Oswajanie nowej rzeczywistości

Oceń ten artykuł
(10 głosów)

Zmiany przyszły i mój poprzedni rezerwat ma nowego wodza. No może nie takiego całkiem "nowego". Wilfred King był już wodzem Gull Bay przez osiem lat, aż do 2010 roku, kiedy to Miles Nowegijick – jeden z radnych rady plemienia – doszedł do wniosku, że będzie lepszym wodzem. Sprawiedliwszym. Bardziej sumiennym. Oddanym wszystkim członkom plemienia, a nie tylko najbliższej rodzinie – o co zaczęto oskarżać starego wodza. Miles zebrał wystarczająco duże poparcie, by w 2010 wygrać wybory na wodza. Szykowały się zmiany.
Dziś, po dwóch latach rządów Nowegijicka, rezerwat jest uboższy o półtora miliona dolarów (które zostały zaoszczędzone za kadencji Kinga) i został praktycznie bez środków finansowych. "Nowy-stary" wódz musiał zamknąć (do odwołania) szkołę, przychodnię, urząd plemienia, remizę, czyli właściwie wszystko, co do funkcjonowania potrzebuje pieniędzy. Jedyne, co w rezerwacie jeszcze funkcjonuje, to policja, bo ta utrzymywana jest z budżetu prowincji (właśnie na wypadek sytuacji, w której rezerwat "bankrutuje").


Zgodnie z informacjami przekazanymi przez Kinga – poprzedni wódz i członkowie rady plemienia wypisywali czeki, wiedząc, że rezerwat nie ma już pieniędzy. Z innych relacji można wywnioskować, że ze szkoły, z urzędu plemienia, z przychodni "poznikało" wiele rzeczy, w tym sprzęt komputerowy. King twierdzi, że nie ma żadnej dokumentacji księgowej pozwalającej wyjaśnić losy "znikniętych" (niczym parówki – w filmie "Miś") pieniędzy. A stary wódz tradycyjnie nie odpowiada na e-maile i telefony.


Piszę o tym wszystkim otwarcie, z użyciem nazwisk, bo nie jest to żadną tajemnicą i gazety w Thunder Bay trąbią o tym od tygodnia, czyli momentu, gdy wyniki wyborów były już znane i gdy nowy wódz wydał komunikat prasowy o fatalnej sytuacji finansowej rezerwatu. Oczywiście środowiska związane z poprzednim wodzem zaciekle go bronią, mówiąc, że jest to nadzwyczaj uczciwy człowiek i że wina spoczywa na radnych plemienia, którzy wykorzystali jego naiwność i dobre serce... Może, może... Jednak skoro tak, to czemuż nie wypowie się publicznie i odrzucając oskarżenia raz na zawsze, nie przedstawi dokumentacji finansowej wydatków plemienia? Czemu przynajmniej nie odda książeczek czekowych plemienia nowemu wodzowi? Dlaczego też przez ostatnie dwa lata nie odbyło się ani jedno spotkanie rady plemienia?
Póki co rząd stanął na wysokości zadania i obiecał pomoc finansową rezerwatowi-bankrutowi. Rząd, czy raczej jego przedstawiciele byli nawet na tyle wyrozumiali, że postanowili nie wymagać sprawozdań finansowych za ostatnie dwa lata! Wódz King zobowiązał się jednak do przeprowadzenia kontroli finansowej, za co należą mu się słowa uznania. Coś mi mówi, że jeszcze o Gull Bay usłyszę. Teraz jednak pozostaje mi zadowolenie z wyników wyborów.


Przenieśmy się jednak do mojego nowego rezerwatu. Uczę już trzeci tydzień i jakoś nikt się nie kwapi, by podpisywać ze mną jakąś umowę, a i do płacenia nikt się nie wyrywa, co mnie nieco stresuje, szczególnie po moich doświadczeniach z Gull Bay. Uspokajają mnie nieco zapewnienia innych nauczycieli, że rezerwat płaci. Może nie zawsze na czas, ale płaci. No pożyjemy, zobaczymy. Póki co czuję się "Amerykaninem" (nie w sensie obywatela USA, ale mieszkańca Ameryki Północnej) pełną gębą – linia i karty kredytowe "wymaksowane", pożyczki nabrane tu i ówdzie, czyli życie na kredyt jak się patrzy.


Sytuację komplikuje fakt, że by dostać wypłatę, muszę mieć konto w CIBC. Inaczej dostanę do ręki czek i tyle. Mogę się głowić, co dalej z nim robić. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to go sobie wsadzić w du...żą kopertę i wysłać do swojego banku w Toronto. Oczywiście wiązałoby się to z dodatkowymi 2-3 tygodniami opóźnienia. Nie rozumiem, dlaczego rezerwat nie może mi zapłacić przelewem na konto w TD czy w BMO, ale o zrozumienie pewnych rzeczy w rezerwatach lepiej nie zabiegać, bo to próżny trud. Szkoda też, że nikt mnie wcześniej o tym nie poinformował – poszedłbym w Toronto do oddziału CIBC i otworzył sobie konto w ciągu pół godziny.
Tutejszy rezerwat jest na tyle rozwinięty, że ma placówkę CIBC, gdzie się udałem tak szybko, jak tylko usłyszałem te nowiny. Placówka przypomniała mi dzieciństwo i punkt skupu butelek po piwie, który miał siedzibę się w obskurnym kantorku miejscowego "blaszaka". Plusem było to, że nie było kolejki. Przy punkcie skupu butelek zawsze była. Pozwalając sobie na dygresję – chyba właśnie tam zaszczepiono we mnie bakcyla filozoficznych dociekań nad naturą świata. Stałem sobie w kolejce, by oddać butelki, które jakieś żule zostawiły na miejscowym boisku, i zastanawiałem nad kwestiami szeroko pojętej aksjologii (jak to możliwe, że dla kogoś pusta butelka jest bez wartości, gdy tymczasem można za nią dostać 20 złotych?), estetyki (które butelki ładniejsze: zielone czy brązowe?), epistemologii (czy pani w skupie pozna się, że jedna z butelek jest wyszczerbiona, jeśli schowam ją pod innymi?) i ontologii (czymże byłby świat bez pustych butelek?).
Koniec dygresji. Wracamy do zasypanego śniegiem rezerwatu i obskurnego kantorka. Podpisałem dwa papiery i z nadzieją w głosie zapytałem panią w okienku, czy mogę przyjść pod koniec tygodnia po odbiór czeków itd. Spojrzała na mnie, jakbym się z choinki urwał (a było przed 6 stycznia, czyli w zasadzie jeszcze okres świąteczny), rzuciła okiem na wiszący na ścianie kalendarz, przewróciła kartkę (w tym momencie kolana się pode mną ugięły), machnęła niedbale ręką w okolicach końca lutego i powiedziała, że może wtedy. "Może". Pozostał mi uśmiech i triumfalny powrót do domu. Kolejna przeszkoda pokonana.


Właściwie sam sobie jestem winny, bo drugi raz w życiu znajduję się w tej sytuacji. Wunnumin Lake (mój pierwszy rezerwat) wymagał od pracowników założenia konta w BMO. Mogłem się przed przyjazdem dobrze dopytać, co i jak. No ale jak to mówią – mądry Polak po szkodzie. Swoją drogą te banki to straszne złodziejstwo. Będę miał teraz trzy konta, ale żadnych pieniędzy na żadnym z nich. Za każde będę płacił – wyjdzie w sumie około 25 dolarów miesięcznie (o ile nie więcej). Uzbiera się tych opłat na 300 dolarów rocznie, czyli trzy dni w tym roku przepracuję tylko po to, by utrzymywać banki.


Dosyć narzekania (przynajmniej na ten temat). Póki co nowy rezerwat mi się podoba – większość ludzi, których spotykam, jest sympatyczna i, co najważniejsze, szkoła wydaje się być w miarę zadbana. Spora w tym zasługa dyrektorki – byłej miejscowej nauczycielki. Kobieta wydaje się mieć jasną wizję tego, co chce osiągnąć (a to już połowa sukcesu), i zna lokalne realia, innymi słowy nie oczekuje cudów. W zeszłym roku rezerwat miał dyrektora z południa – z wszelkimi tytułami i kursami wymaganymi przez Ministerstwo Oświaty. Na nic się to zdało. Po kilku miesiącach dyrektor podziękował za współpracę i czmychnął z rezerwatu. Po prostu nie da się tutaj funkcjonować, tak jak widziałoby to ministerstwo. Dyrektorka nie dość, że odebrała mnie z lotniska, to jeszcze obwiozła po okolicy, pokazując, co gdzie jest. Niby mała rzecz, ale pozwala się szybciej odnaleźć w nowym, obcym miejscu.


Jeśli chodzi o samą szkołę, to wyraźnie po niej widać problemy wynikające z chronicznego niedoinwestowania, o którym już pisałem w zeszłym tygodniu. Zaczyna się od rzeczy tak podstawowych, jak stare krzesła i biurka – pewnie pamiętające czasy, gdy sam chodziłem do szkoły w zeszłym tysiącleciu, po brak personelu innego niż podstawowy. Jest z tym trochę tak jak z papierem toaletowym (bez urazy) – nie widzi się, jak jest ważny, póki go nie zabraknie.


Taka na przykład bibliotekarka. W większości "normalnych" szkół w GTA wziąłbym dzieci do biblioteki raz – dwa razy w tygodniu, gdzie pani bibliotekarka przeczytałaby im bajeczkę (większość dzieci by słuchała – tylko dlatego, że byłaby to dla nich jakaś odmiana), po tym wypożyczylibyśmy książki do czytania w klasie i w ten sposób miałbym dwie lekcje "z głowy". Bynajmniej nie chodzi mi o to, że nie chce mi się planować lekcji i że chcę zarobić na chleb przy jak najmniejszym wkładzie pracy, lecz o to, że pozbawiony jestem możliwości uatrakcyjnienia moim uczniom nauki poprzez "wyprawę" do biblioteki. Czyli czegoś, co zapewnia prawie każda szkoła w południowym Ontario.
Nauczyciel-bibliotekarz, któremu nie brakuje fantazji i ochoty, potrafi zdziałać cuda, nakłaniając nawet najbardziej opornego ucznia do czytania. A chociażby nawet nie miał fantazji ani ochoty na robienie czegoś ekstra, to przynajmniej zadba o to, że biblioteka ma nowe książki i że są one łatwo dostępne zarówno dla uczniów, jak i dla nauczycieli. Nasza szkoła dostała niedawno książki – ponad 70 ogromnych pudeł książek przysłanych szkole za darmo przez Klub Bobra (http://www.clubamick.ca/), no ale co z tego, jeśli nie ma komu ich posegregować, skatalogować, poukładać na półkach? Bibliotekarz (nawet na pół etatu) rozwiązałby sprawę, no ale szkoła nie ma pieniędzy na dodatkowy etat. Nie ma co narzekać – narzekanie jest – jak to mówią Kanadyjczycy – "like rocking in a rocking chair... gives you something to do, doesn't get you anywhere".


Skoro mowa o narzekaniu – z rozbawieniem czytam na fejsbuku opisy przerażającego mrozu, jaki skuł Toronto. Ludziska biadolą, że termometr pokazuje minus 14 stopni Celsjusza (minus 20 temperatury odczuwalnej, czyli po naszemu: wind chill). My mamy tu minus 35 dzień w dzień (co z wind chill daje nam około minus 45 – 50). Ziąb taki, że aż dech zatyka, jak się wyjdzie na zewnątrz.
Parę dni temu popełniłem błąd i popędziłem do szkoły bez rękawiczek. Byłem spóźniony, spieszyłem się, a że nie jest daleko (może ze 20 metrów), to pomyślałem, że rękawiczki mi w sumie niepotrzebne. Zwykle nie są mi potrzebne, bo i do czego? Złapałem za klamkę, a ta... złapała mnie! Dłoń przymarzła mi do metalu. Właściwie to mogłem się tego spodziewać, bo wstając rano, widziałem, że moje okna pokryte są dwucentymetrową warstwą lodu. Od wewnątrz... Wszystko to sprawia, że "przeprosiłem się" z kolejnym wspomnieniem z dzieciństwa: szlafmycą. Jakby kto nie wiedział co to, to służę definicją: "dawne nakrycie głowy, które było zakładane do snu, zazwyczaj przez ludzi starszych, łysych lub przez osoby odczuwające dotkliwy chłód w nocy". Innymi słowy, mam aż trzy powody, by zakładać na noc szlafmycę.


Aleksander Borucki
Północne Ontario

Ostatnio zmieniany środa, 30 styczeń 2013 16:50

1 komentarz

  • Barbara

    Cieszę się , że na łamy Gońca wróciły artykuły o życiu w rezerwatach . Z dużym zainteresowaniem poznaję zycie Indian .
    Pozdrawiam

    Barbara czwartek, 31, styczeń 2013 23:18 Link do komentarza
Zaloguj się by skomentować