Goniec

Switch to desktop Register Login

U Indian: Seks w rezerwacie

Oceń ten artykuł
(17 głosów)


boruckidoglowkiOd dłuższego czasu się zabieram do napisania tego tekstu. Zaczynam temat i porzucam. Unikam go. Znajduję tematy zastępcze. Może powinienem w ogóle go porzucić. Może w tym właśnie wypadku milczenie byłoby lepsze. Rozważam za i przeciw płynące z opisania tych dosyć bolesnych i raczej osobistych historii. Decyduję się o tym pisać, by dać pełniejszy obraz tego, jak wygląda moje życie w rezerwacie. Nie wiem, czy potrafię to zrobić bez wdawania się w sądy wartościujące, bez krzywdzenia ludzi surową oceną ich działań i przekonań. Łatwo jest rościć sobie pretensje do moralnej wyższości, gdy się nie przeszło przez to samo, co oni. Jak mówi indiańskie przysłowie, "przejdź milę w moich butach" – zanim zaczniesz mnie oceniać.

Ostatnio wspomniałem o znajomej pielęgniarce i o szalonych plotkach, jakie zaczęły krążyć po rezerwacie, po tym jak ludzie widzieli nas idących razem na spacer. Przyznam, że strasznie mnie to zaskoczyło, bo wierzę w to, że (heteroseksualny) mężczyzna może mieć koleżanki i przyjaciółki, z którymi będzie spędzać czas, rozmawiać, i to bez żadnych ukrytych erotycznych fantazji i zapędów. Może to naiwne (?) przekonanie wyrobiło we mnie liceum ogólnokształcące – w mojej klasie było zaledwie 3 chłopców (łącznie ze mną) i 27 dziewcząt. Po czterech latach treningu w takim "babińcu" czuję, że łatwiej mi nawiązywać kontakty z kobietami niż z mężczyznami. Zwykle nie mam oporów, by podejść do nieznanej kobiety i po prostu z nią pogadać, zagadnąć przyjaźnie i zażartować. Takie nastawienie sprawiło, że często znajdowałem się w nie lada tarapatach w rezerwatach. Tego rodzaju zachowania częstokroć bywają opatrznie interpretowane – jako chęć nawiązania intymnych relacji.
W pierwszym z "moich" rezerwatów nie było jeszcze tak źle. Co prawda zaraz na początku roku szkolnego dwie całkiem nadobne dziewoje (czyli śliczne młode dziewczyny) zapukały do naszych drzwi (mieszkałem ze współlokatorem) i wyraziły chęć "przywitania" nas w rezerwacie. Mój współlokator odesłał je z kwitkiem i nikt nas więcej nie niepokoił. Myślałem, że wzięto nas za gejów (czy jak tam Redaktor Naczelny pisze: pederastów), ale na początku drugiego roku, gdy mój współlokator wyjechał na tydzień na konferencję do Thunder Bay, odezwała się do mnie przez Fejsbuk pewna bezzębna kobieta w wieku mojej matki i zasugerowała potajemne spotkanie. Bynajmniej nie w celu oglądania mojej kolekcji znaczków.
Wcześniej rozmawiałem z nią parę razy na neutralne tematy typu pogoda, łowienie ryb i tak dalej, aż pewnego razu zaczęła mi się zwierzać z rozmaitych przykrych przeżyć ze swojej przeszłości. A to, że nie ma zębów, bo mąż ją bił, a to że dziecko, którym się opiekuje, to sierota, której rodzice zginęli w wypadku, etc. Zrobiło mi się jej żal, słuchając tych wszystkich historii, i powodowany zwyczajnym odruchem powiedziałem jej kilka miłych słów. Nie sądziłem, że stanie się to przyczyną, dla której uzna, że można zaproponować mi pożycie intymne. Całkowicie zaskoczony jej propozycją palnąłem z głupia frant, że nie będzie mnie w domu... Głupia wymówka, no niby gdzie indziej miałbym być? Nie przyjęła tego lekko i do końca roku unikała mnie, jednocześnie dając mojemu współlokatorowi (z którym wcześniej nie miała nic do czynienia) liczne dowody sympatii. A to zaprosiła go na wspólne polowanie na głuszce, a to przyniosła mu kawałek ciasta, które upiekła, a to wzięła go na ryby.
Trochę było mi żal, że omijają mnie te atrakcje, ale równocześnie byłem zadowolony, że zostawiła mnie w spokoju i nie wysuwa w stosunku do mnie żadnych dalszych propozycji. Na koniec roku uwieńczyła swą "zemstę", przynosząc mojemu współlokatorowi okazały dreamcatcher z przepięknie wyszytym koralikami wilkiem. Wręczając mu ten wspaniały podarunek, spojrzała na mnie i powiedziała, że dla mnie... zabrakło jej koralików. Zabolała mnie ironia jej słów. Oczywiście, żal mi było, że nie dostałem podarunku, ale jeszcze bardziej było mi żal tego, że zupełnie tego nie zamierzając – uraziłem jej uczucia. Nikt nie lubi się czuć odrzucony i wzgardzony. Postanowiłem na przyszłość być ostrożniejszy w kontaktach z płcią przeciwną w rezerwacie.


Postanowienie było dobre, ale doświadczenia z kolejnego rezerwatu pokazały mi, że jest ono zgoła niewystarczające i że najlepiej byłoby po prostu unikać JAKICHKOLWIEK kontaktów z płcią przeciwną. Co jest raczej niemożliwe, biorąc pod uwagę, że będąc nauczycielem w rezerwacie, jest się niejako osobą publiczną i czasami po prostu trzeba rozmawiać, czy to z rodzicami dzieci, czy też z koleżankami z pracy.
Nie wiem, jak to ująć, bez bycia posądzonym o jakiś męski szowinizm, pragnienie napompowania własnego ego czy zwyczajną mitomanię, ale... nie mniej niż sześć kobiet chciało się ze mną przespać.
Nic, nic z tego, czego wcześniej w życiu doświadczyłem lub nauczyłem się, nie przygotowało mnie na tego rodzaju sytuację.
Na bycie zwierzyną łowną.


Z początku nawet nie pojmowałem sytuacji, w której się znalazłem.
Przyznam ze wstydem, iż to, że ktoś o mnie zabiega, że komuś wydaję się atrakcyjny, że ktoś mnie pragnie, miło połechtało moją męską próżność. Szybko jednak zorientowałem się, że żadnej z tych kobiet nie chodzi tak naprawdę o "mnie" jako osobę i że każda z nich ma jakiś własny ukryty cel w ubieganiu się o moją uwagę.


Uskrzydlająca mnie euforia niedoszłego Casanovy opadła tak szybko, jak się pojawiła, i jedyne, co pozostało, to bolesne zderzenie z rzeczywistością. Zrozumiałem, że jestem towarem. Środkiem do celu – jakikolwiek by to był cel.
Może chodziło im o zakosztowanie czegoś "egzotycznego"?
Może widziały we mnie księcia z bajki, który wyrwie je z rezerwatu, zabierze do Toronto, z dala od ich toksycznych związków?
Może pragnęły przygody: seksu bez zobowiązań?
Może chodziło o to, że mam pracę i stałą pensję, i to w miejscu, gdzie prawie wszyscy są bezrobotni?
Może po prostu chciały być z kimś, kto ich nie zdradzi z połową rezerwatu i po pijaku nie wybije zębów.
Rozumiem te wszystkie motywacje, ale nie miałem ochoty być pionkiem w czyjejś grze. Łatwiej mi to jednak jest powiedzieć, niż było zrobić. Z natury jestem raczej towarzyski i otwarty, więc stanowiłem w miarę łatwy cel dla ich zakusów, tym bardziej że wszystko zawsze zaczynało się niewinnie. No, prawie zawsze.
Jedna z kobiet wtoczyła mi się do mieszkania pod pretekstem bycia spragnioną. Po prostu zapukała i poprosiła o szklankę wody, gdy otworzyłem drzwi. Powinienem kazać jej czekać na dworze, ale tego nie zrobiłem i zaprosiłem ją do środka. W końcu "gość w dom – Bóg w dom". No i nie chciałem, by mi naleciało much.


Dopiero gdy weszła, zauważyłem, że coś jest z nią nie tak. Była pijana. Wyciągnęła z kieszeni dwie puszki piwa, oznajmiając mi, że są jej urodziny i chce, bym się z nią napił.


Grzecznie odmówiłem, tłumacząc się strachem przed utratą pracy (zwykle w kontrakcie jest klauzula zakazująca nauczycielom spożywania alkoholu na terenie rezerwatu pod groźbą utraty zatrudnienia). Niechętnie przyjęła to do wiadomości. Otworzyła jedną z puszek, pociągnęła spory łyk i rozpłakała się. Po czym zaczęła opowiadać o swoim życiu – przerażająca była to historia. Pełna przemocy, smutku, bezsilności. Miała zaledwie sześć lat, gdy jeden z członków rodziny zgwałcił ją po raz pierwszy. Zanim miała lat czternaście, dziesięciu różnych mężczyzn z wioski używało sobie z nią od czasu do czasu. Wbrew jej woli, a czasami i bez jej świadomości.
Nie wie, kto jest ojcem jej pierwszego dziecka – jako nastolatka podejmowała próby samobójcze i upijała się do nieprzytomności, by zagłuszyć ból. Po jednej z takich libacji zaszła w ciążę.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Czasami słuchanie wystarczy. Gdy się wygadała, delikatnie poprosiłem ją, by sobie poszła. Zapytała, czy może wyjść tylnymi drzwiami. Zgodziłem się, bo co mi za różnica.
Różnica była taka, że idąc do mnie, "urwała się" z imprezy z domu naprzeciwko. Widziano ją, jak wchodziła do mnie – ale nikt nie widział, kiedy wychodziła.
Plotki zaczęły się błyskawicznie. Nie wiem, czy celowo chciała wzbudzić zazdrość swojego partnera, czy wprost przeciwnie – nie chciała, by widziano ją wychodzącą ode mnie i w ten sposób chciała mnie "ochronić", ale przez następne kilka tygodni schodziłem jej chłopakowi – rosłemu Indianinowi – z oczu.


Po tym pierwszym razie przychodziła jeszcze parę razy, za każdym razem robiąc aluzje do tego, że powinniśmy być razem. A to że jej ciotka wyszła za mąż za Europejczyka i że było im razem bardzo dobrze, a to że kiedyś rzuciła już swojego partnera i że była z innym mężczyzną przez rok, ale nic z tego nie wyszło, a szkoda, bo nie jest szczęśliwa w obecnym związku, bo chłopak ją zdradza, pije i bije, a to że powinienem jej dać klucze do mojego mieszkania w Toronto i ona tam zamieszka, skoro mnie i tak tam nie ma... Serce mi się krajało, słuchając tego wszystkiego. No ale co zrobić?
Kolejna nie wdawała się w dłuższe rozmowy – któregoś wieczora znalazła mnie na Fejsbuku i zapytała, co robię. Odpowiedziałem, że jestem zajęty planowaniem lekcji i ocenianiem prac (zwykle jestem tym zajęty). Ta na to, że pewnie jestem zestresowany i potrzebuję się rozerwać, co dobrze się składa, bo ona akurat jest "napalona" i chętnie dostarczy mi rozrywki, a przy tym i sobie ulży. Dwa w jednym. Kto by nie poszedł na taki miły układ? Młoda, zgrabna, dwudziestoparoletnia dziewczyna. Odpisałem jednak, że to nie w moim stylu i że proponuję, by wzięła zimny prysznic.
Następna krążyła wokół mojego domu niczym sęp. Jeździła samochodem w kółko po rezerwacie – czasami przejeżdżała po kilkanaście razy dziennie przed moim domem. Z wnętrza jej samochodu dudniła muzyka, więc nie sposób było nie zauważyć (czy raczej usłyszeć), że przejeżdża.
Ilekroć mnie widziała gdzieś na drodze, zatrzymywała się na pogawędkę. Wkrótce zaczęła pukać do mych drzwi o każdej porze dnia i nocy (kiedyś najpóźniej łomotała do drzwi o drugiej w nocy), zapraszając mnie na przejażdżkę.
Nie dała sobie powiedzieć, że nie znaczy nie. "Nie, nie jadę. Nie mam czasu" – mówiłem. – "Ale, chodź, pojedź, co ci szkodzi pół godziny?" – odpowiadała. I tak z dziesięć minut takiej słownej szarpaniny.


Może trzeba było zatrzasnąć drzwi przed nosem? Kiedyś w końcu uległem, bo przecież nudno w takim rezerwacie jak diabli. Zaczęliśmy rozmawiać. Zastosowałem manewr pod nazwą "typowe nudne pytania nauczyciela": Do jakiej szkoły poszła? Co ją ciekawi? Co chce robić za pięć lat? Otóż ciekawiłem ją ja, a za pięć lat chciała mieć piątkę dzieci – ze mną. Była ode mnie dużo większa i pewnie łatwo bym się z jej objęć nie wyrwał, więc dobrze, że nie przeszła od słów do czynów... Za to następna przeszła.


Zaczęło się (jak zwykle) niewinnie. Odśnieżałem podjazd, gdy zatrzymał się przy mnie samochód. Kierowcą była kobieta w średnim wieku. Powiedziała mi, że jest przewodniczącą komitetu imprezowego w rezerwacie i że za godzinę odbędzie się mecz broomball i że jestem zaproszony. Pomyślałem, że na masowej imprezie będę bezpieczny. Póki co – miałem rację. Po meczu zaprosiła mnie na następny tydzień na kolejny mecz. Przyszedłem, bo zawsze to jakieś urozmaicenie, a nie tylko dom, szkoła, szkoła, dom. Po tym posypały się kolejne niewinne zaproszenia: a to by pojechać skuterem śnieżnym (również większą grupą) przez jezioro i potem wdrapać się na punkt widokowy na wzgórzu na drugim brzegu, a to by odwiedzić pobliską plażę, a to by pójść na ryby i w końcu "przyjdź do mnie dzisiaj w nocy, tak by nikt nie widział". (W języku Odżibuejów wyraża się to słowem "kimuczli". Kochanek to "kimucz".)


Z tego ostatniego zaproszenia nie skorzystałem, z kolejnych też nie. Nie zraziła się zbytnio. Była chyba jakąś daleką krewną Andrzeja Kmicica, który wyłożył Oleńce swoją filozofię związków damsko-męskich w słowach: "Proś, a jak nie dają, to bierz sam!". Przy okazji czyichś urodzin odbywała się plenerowa impreza: ognisko, zespół trojga szarpidrutów, chóralne śpiewy piosenek Johnny'ego Casha, darmowe piwo, chociaż rezerwat niby objęty prohibicją.


Poszedłem. "Przewodnicząca" tym razem nie dała za wygraną. Obłapiła mnie, że niby chce tańczyć, i puścić nie chciała. Jej ręce zaczęły wędrować w miejsca z tańcem raczej niezwiązane. Próbowałem ją odepchnąć, stanąć do niej bokiem, ale nic nie skutkowało. Na szczęście solenizant i matka jednej z moich uczennic zobaczyli, że jestem w tarapatach, i odciągnęli agresorkę. Czmychnąłem do domu. Pogasiłem światła. Ktoś w nocy pukał do drzwi. Nie sprawdzałem kto. Nie musiałem.


Ciężko się o tym wszystkim pisze. Wracam myślą do tych kobiet i robi mi się niezwykle smutno, jak pomyślę o straszliwym głodzie miłości, jaki musiały odczuwać, o emocjonalnej pustce w ich życiu. No ale cóż, nie moja w tym wina i nie moją rzeczą to naprawiać.
W tym roku staram się raczej trzymać z dala od wszystkich kobiet i dziewczyn w rezerwacie. Nie uśmiecham się, nie zagaduję, nawet unikam kontaktu wzrokowego, o ile się da. Wolę być branym za gbura niż mieć dać komuś poczucie, że jestem nim (właściwie to "nią") zainteresowany.
Mimo tych wysiłków z mojej strony już jakaś pijana kobieta zadzwoniła do szkoły w czasie lekcji ,domagając się rozmowy ze mną. Bełkotliwym głosem pytała, co robię po szkole. Cóż... "Nie będzie mnie w domu."

Zaloguj się by skomentować