Goniec

Register Login

Lektura Gońca (566)

piątek, 19 październik 2018 08:48

Historia naszych przeżyć (7)

Napisane przez

aksamit        Woda powoli zaczynała opadać. Blisko naszego domu teren był troszkę wyższy, dlatego mężczyźni zaczęli kopać doły i ściągać potopione bydło, grzebali w tym błocie obawiając się, że jak temperatura wzrośnie, ciała  zaczną się rozkładać i mogłaby wybuchnąć zaraza. 

        Po trzech tygodniach woda opadła tak, że ludzie mogli powrócić do swoich domów. Większość bydła potopiła się. Powódź zniszczyła również wszystko, co rosło na polach. Z pomocą przyszli nam ludzie z terenów niedotkniętych powodzią. Powódź zniszczyła bardzo wiele domów i zabudowań, w tym również i nasz. Później, kilku gospodarzy dostało zapomogę na odbudowę, niestety ojciec nie dostał tej zapomogi. Po trzech latach ojciec pobudował nowy dom. Pobudował także cementową piwnicę. Nie miał doświadczenia a może i z braku czasu, nie pokryli sufitu tej piwnicy tak, że w zimie wszystko zmarzło. Zmarzły nawet ziemniaki, które miały wystarczyć na całą zimę. Zamarznięte ziemniaki robią się słodkie, nie można ich jeść. Można jednak było zetrzeć je na tarce i piec placki ziemniaczane. Nie mieliśmy pieniędzy na kupno dobrych ziemniaków, dlatego całą zimę jadaliśmy placki ziemniaczane i tak przeżyliśmy zimę. 

        Ojciec z początku miał ucznia, który chciał się nauczyć zawodu kołodzieja. Później, kiedy już dorastaliśmy, musieliśmy pomagać ojcu w warsztacie. Najstarszy Józek był oczywiście pierwszy. Jeszcze nie ukończył szkoły powszechnej, a już zaczął pomagać ojcu. Ja, jako młodszy musiałem się zająć kuchnią, zwłaszcza, kiedy matka nie czuła się dobrze. Matka w posagu dostała mały kawałek ziemi, ale to było zbyt mało na wyżywienie tak wielkiej rodziny. Sialiśmy trochę żyta, sadzili ziemniaki, resztę ojciec musiał kupować za pieniądze zarobione w warsztacie. Mieliśmy też krowę by było mleko dla dzieci. Hodowaliśmy także świnię, ale nie po to by było mięso dla rodziny, ale raczej na sprzedaż by zdobyć pieniądze na kupienie butów czy coś z ubrania. Młodszy brat Marian miał za zadanie pilnować stajni. Mieliśmy także kilka kur by mieć jajka, ale i te były przeważnie sprzedawane. 

        W szkole uczyłem się bardzo dobrze, a po skończeniu szkoły powszechnej kierownik tejże szkoły przyszedł do moich rodziców, by ich namówić, żeby mnie uczyć dalej. Szkoły w Polsce podlegały Ministerstwu Oświaty i Wyznań Religijnych. Ministerstwo pozwalało na wysłanie kilku dobrych dzieci na dalsze nauki. Pokrywali opłaty za wpisowe, mieszkanie i wyżywienie, a rodzice płacili za mundurek i książki. Moich rodziców nie było stać nawet na ten wydatek. Ojciec mój powiedział: ”On nie będzie ani doktorem, ani adwokatem, ale dobrym rzemieślnikiem.” Ojciec chciał, abym został szewcem, bo ten zawód zapewniał pracę i zarobki. 

        Wybuch wojny w 1939 roku wszystko przekreślił. Niemcy zaczęli się bardzo panoszyć, że nawet zabierano młodszych ludzi do pracy w Niemczech. Wszyscy Niemcy zdolni do służby wojskowej byli na wojnie. Dlatego młodzi Polacy byli wywożeni do Niemiec i musieli pracować na roli czy w fabrykach. Polscy rolnicy natomiast musieli oddawać bydło czy świnie jako kontyngent dla Niemców. Każda wioska, co tydzień musiała oddać cztery sztuki bydła czy świń. Gospodarze musieli także oddawać zboże bez względu na to czy kto miał czy nie. Jeżeli ktoś nie miał to musiał kupić i oddać. Jeżeli ktoś nie oddał kontyngentu to groziło albo więzienie, albo wysyłka do Niemiec na roboty. 

        Brat Józek był jako pierwszy zabrany do pracy w Rzeszy. Teraz ja musiałem pomagać ojcu w warsztacie. Poza tym, jeżeli matka źle się czuła to także musiałem gotować. Dlatego teraz, jak twierdzą inni gotuję wspaniałe zupy, a moja kwaśna kapusta też cieszy się wzięciem u wielu ludzi. 

        W czasie wojny nie mieliśmy mięsa, dlatego na śniadanie jadaliśmy zawsze chleb i żurek. Na obiad jadaliśmy zazwyczaj ziemniaki z kapustą, a na kolację to, co pozostało z obiadu. 

        Przed wojną, w sąsiedniej wsi blisko kościoła mieszkała rodzina żydowska. Ten człowiek w piątek popołudniu przychodził do wioski i kupował od rolników jakieś zwierzę do uboju. W sobotę wieczorem po szabasie, rolnik przyprowadzał kupione zwierzę do tego żydka, on je zabijał, a cała jego rodzina pracowała tej nocy tak, że w niedzielę rano ludzie wychodząc z kościoła po Mszy mieli szansę kupić świeże mięso raz w tygodniu. Był także rzeźnik, który zabijał świnię i wyrabiał kiełbasy i inne wyroby. Był to człowiek niemieckiego pochodzenia i w czasie wojny donosił Niemcom, co się w okolicy działo. Miejscowa gałąź armii podziemnej wytropiła go i pewnego razu zatrzymali go wracającego z Tarnowa, gdzie składał Niemcom swoje meldunki, zatrzymali go, odczytali wyrok i rozstrzelali. 

        Wszyscy młodzi chłopcy, podobnie jak poborowi do wojska, byli rejestrowani przez Niemców. Jedni byli częściowo zatrudniani w Polsce przy ulepszaniu dróg, torów kolejowych albo przy umacnianiu wałów przeciwpowodziowych wzdłuż rzek, druga część była wysyłana do Niemiec do pracy na roli albo w fabrykach. Przyszła kolejka także i na mnie. W listopadzie 1942 roku miałem jechać do Niemiec. Nie byłem z tego zadowolony, bo nie łatwo jest opuszczać dom rodzinny i udawać się w nieznane. Naparzyłem herbaty z najgorszego gatunku tytoniu i wypiłem. Byłem rzeczywiście chory po wypiciu tego rodzaju napoju. Ale dzięki temu nie zostałem jeszcze wysłany do Niemiec i mogłem zimę spędzić w domu. W marcu w 1943 roku, przyjechało po mnie Gestapo (wojskowa policja), zostałem aresztowany i siłą wysłany do Niemiec. Wprawdzie byłem ostrzeżony o aresztowaniu ale w tych czasach, jeśli nie było tego, kogo szukali, aresztowali ojca czy matkę i trzymali tak długo, aż ta poszukiwana osoba sama się zgłosiła. Nie chciałem narażać ojca czy matki i sam pojechałem z Gestapo. 

        W Krakowie Niemcy mieli miejsce, w którym nas wszystkich połapanych przetrzymywano; w dwa albo trzy dni i rozdzielali na grupy i wysyłano do Rzeszy. Ja zostałem skierowany do szybkiego przeszkolenia w pracy związanej z mechaniką i dlatego pozostałem jeszcze w Krakowie dwa miesiące. Miałem szczęście jeszcze jedną Wielkanoc spędzić z rodziną. 

        W maju wysłano mnie do Niemiec do pracy w fabryce Volkswagen. Tam skierowano mnie na kurs spawania. Następnie zostałem przydzielony do działu, gdzie Niemcy budowali bomby samolatające. 

        Pierwsza noc po przyjeździe była zapowiedzią tego, co nas wszystkich później czekało niemal każdej nocy, alarmy przeciwlotnicze. Każdy alarm zabierał nam po kilka godzin snu. W pobliżu polskiego obozu budowano nową fabrykę. W czasie nalotów budynek jej był używany jako schron przeciwlotniczy. Ale gdyby bomba trafiła w budynek wtedy około tysiąca ludzi, którzy tam się chronili, mogło pożegnać się z życiem. W czasie nalotu zazwyczaj w nocy, biegliśmy do tego budynku. Wewnątrz też były ciemności. Namacaliśmy jakieś wióry, czy trociny; było miękko, więc tam ulokowaliśmy się. Tymczasem w tych odpadach drewna były wszy i one przeszły na nas. Tak, więc nie tylko w łagrach sowieckich, czy Oświęcimu, ale również i w Niemczech doświadczyliśmy co to znaczy mieć wszy. Ostrzyżono nam włosy, gorąca łaźnia, wyparowane ubrania pomogły nam w ich zwalczaniu. Od tego czasu szukaliśmy tam nie trocin, a piasku i tak przeczekiwaliśmy czas alarmu. 

        Pracowaliśmy w fabryce po 12 godzin dziennie. W soboty niektórzy pracowali w fabryce, a reszta zajmowała się sprzątaniem obozu. Niedziele zasadniczo mieliśmy wolne od pracy, ale czasami i w ten dzień musieliśmy pracować. 

        Jadalnie były podzielone według narodowości. Polacy nie byli traktowani dobrze, ale jeńcy rosyjscy byli jeszcze gorzej. Na śniadanie z początku dostawaliśmy po cztery cieniutkie kromki chleba i coś w rodzaju kawy zbożowej. Na obiad zupa zazwyczaj z brukwi pastewnej, a w lecie szpinak. Rzadkością były nawet kartofle w łupinkach. Kolacja - po kilka kromek chleba. 

        Z czasem jadłospis był zmieniony. Dwa razy w tygodniu dostawaliśmy po kilogramowym bochenku chleba. Kto potrafił opanować głód i podzielił ten chleb, to miał codziennie choć mały kawałek. Inni, mniej opanowani, zjedli ten chleb naraz i potem głodowali dopóki nie dostali następnego bochenka. Ja od czasu do czasu dostawałem z domu paczkę i w niej kilka kawałków wysuszonego chleba. 

        W obozie była kantyna, gdzie można było kupić coś w rodzaju piwa. Czasami kupowałem piwo, wkładałem ten suchy kawałek chleba do piwa i jak chleb rozmokł, zjadałem. 

        Po jakimś czasie zostałem przydzielony do pracy w nocy. Ta zmiana była o tyle lepsza, że w czasie dziennych nalotów nie musieliśmy iść do schronu, a mogliśmy spać a ponadto w czasie nocnego nalotu miałem okazję do krótkiej drzemki. Było i tak, że w dzień Bożego Narodzenia musiałem pracować. 

        Pierwszy raz przeżyliśmy ciężkie bombardowanie w Wielką Sobotę 1944-go roku. Tego dnia rano pierwsze bomby spadły blisko fabryki, a jeszcze bliżej polskiego obozu. 

        Trzy koleżanki, które zawsze chodziły razem, wracały z porannego spaceru i taki traf, że bomba upadła akurat na nie. Pozbierano jedynie drobne szczątki ciała. Nie było nawet czego zbierać, aby pogrzebać. Rozbita była wartownia, jeden niemiecki wartownik został zabity a także jeden Rosjanin, który współpracował z Niemcami. W czasie bombardowania zabite zostały 4 psy policyjne. Zakopano je, ale w nocy chłopaki poszli, psy wykopali i mieli psią pieczeń zamiast święconego. 

        Od tego czasu dzienne naloty się bardzo się wzmogły. Kilka dni potem aliancki samolot bardzo uszkodzony spadając uderzył w ścianę działu, gdzie budowano latające bomby. Ściana była zniszczona i wiatr połączony z dymem od topiącego się żelaza był przyczyną, że wszyscy bez wyjątku chodzili z oczyma bardzo popuchniętymi. Ale mimo to musieliśmy wszyscy pracować. Bomby V były kierowane na Londyn i osiągały cel. To było powodem radości Niemców, że nastąpi przełom w wojnie i Wielka Brytania się podda. 

        Kierownikiem naszego obozu był Niemiec, który stracił rękę podczas kampanii wrześniowej. Obawialiśmy się, że będzie się mścił na nas za swoje kalectwo, na szczęście nie. Powiedział do nas: ”Jeżeli wy się mnie podporządkujecie i nie będziecie mi sprawiać kłopotów, to ja też nie będę się mścił na was. Nie wasza wina, że ja straciłem rękę. Mnie posłali tam i musiałem iść”. 

        Zaraz po przyjeździe do Niemiec jeden z tych, co wcześniej przyjechali, powiedział do mnie: ”W czasie nalotu staraj się ulokować w tym wąskim pomieszczeniu w schronie.” Były tam pomieszczenia różnych wielkości. Następny nalot i bomba uderzyła tam, gdzie była ściana. Ci w wąskim pomieszczeniu, a ja między nimi, dostali po głowach kawałkami cementu, który się oberwał od sufitu. W sąsiednim schronie było zabitych trzech Polaków i kilkunastu rannych. Jeden z jego kolegów stracił nogi poniżej kolan. Od tego czasu większość ludzi chroniło się podczas nalotu w rowie kanalizacyjnym. Następny nalot odbył się w dzień i w polskim obozie dwa baraki były rozbite, ale na szczęście wszyscy byli w pracy i nie było ani rannych ani zabitych. Ta część fabryki, gdzie ja pracowałem, była zupełnie zniszczona. Niemcy chcieli dalej produkować bomby V, postanowili przenieść fabrykę w bardziej bezpieczne miejsce w Zagłębie Saary, na pograniczu niemiecko-francuskim. 

piątek, 12 październik 2018 08:59

Historia naszych przeżyć (6)

Napisane przez

aksamit         Od tego momentu przysyłał mamie po kilka Funtów Sterlingów a czasem nawet paczkę z ciastkami. Osobiście niewiele korzystałam z tego, bo byłam za daleko od domu. Podróż do domu na wakacje zabierała trzy dni jazdy pociągiem. 

        Wakacje mieliśmy w czasie Bożego Narodzenia, bo wtedy w Afryce był okres żniw. Te kilka dni, które spędzałam w domu z rodziną, były dla mnie bardzo przyjemne. Przed naszym oknem rosły krzewy mango i bananów. Jak już pisałam, w takich nieludzkich czasach dorastaliśmy szybko nie tylko cieleśnie, ale i psychicznie. Chcieliśmy, aby jak najszybciej nadrobić stracone lata w Rosji. Choć w tym czasie nie interesowali mnie jeszcze chłopcy, to jednak to nie przeszkadzało mi należeć do harcerstwa czy innych organizacji. Kiedy byłam kasjerką w Sodalicji, mieliśmy profesora, który interesował się przyrodą. Chodziliśmy z nim po terenie, gdzie zbierał różne owady i rośliny, które potem suszył i gdzieś je posyłał. Mieliśmy stary patefon i raz w miesiącu urządzaliśmy potańcówki. Tańcowały przeważnie dziewczyny, bo większość chłopców przebywało w Egipcie, ale zabawa zawsze przyjemna. 

        Jak już wspominałam, zawsze wolałam naukę od zabawy. (Moja koleżanka Lilka napisała tak o mnie: ” Jadzia była zawsze spokojna i poważna. Nie brała nigdy udziału w naszych dzikich zabawach, ale zawsze życzliwa i gotowa do pomocy słabszym w nauce. Za mnie napisała zadanie karne, zadane mi przez rektora ks. Dziduszko. 

        Inna koleżanka była jej do śmierci wdzięczną za pomoc w łacinie, która jej sprawiała bardzo dużo kłopotu.”) 

        Jak już pisałam dojrzewałyśmy szybko fizycznie i psychicznie. Nie było to dane moim starszym braciom. Staszek zmarł w Rosji na tyfus i na pewno padł pastwą szakali i dzikich psów. Tadzio doświadczył innego życia. Po powrocie do domu próbował prowadzić gospodarkę, ale to było bardzo trudne, bo większość narzędzi rolniczych były rozkradzione przez miejscowych ludzi. Nie mając innego wyboru wstąpił do armii podziemnej, a potem do Armii Berlinga pod dowództwem Sowieckim. Stalin traktował tak Polaków, żeby ich jak najwięcej wyniszczyć. W sierpniu 1944-go roku Armia Czerwona była tuż po drugiej stronie Wisły. Polacy, rozpoczęli powstanie spodziewając się, że Sowieci przyjdą z pomocą. Jednak to było inaczej. Stalin zarządził odpoczynek swoim wojskom. Na prośby Polaków posłał kilka pułków przez Wisłę z karabinami bez amunicji. Niemcy otoczyli tę garstkę nieszczęsnych, a co nie wybili, to zabrali do niewoli. Po dwóch miesiącach rozpaczliwych zmagań powstanie upadło. Miasto zostało zniszczone a ludność popędzona do Niemiec piechotą o głodzie i chłodzie, bo była już jesień. 

        Wojska rosyjskie znowu zaczęły się posuwać naprzód, mając zawsze Polaków w pierwszych szeregach. W maju 1945-go roku weszły w głąb Niemiec. Polacy posunęli się za bardzo wprzód i Stalin znowu zarządził odpoczynek Rosjanom pozwalając Niemcom na otoczenie polskiego korpusu. Brakło paliwa do pojazdów i amunicji, Polacy uzbrojeni jedynie w karabiny stawiali czoła czołgom niemieckim. Znowu masakra, 28 maja Tadzio został zabity kilka dni przed ukończeniem wojny. (Dwóch braci nie dożyło 20-go roku życia.) Tadzio został pochowany w Niemczech. Po wojnie ciała tych zabitych zostały przeniesione do Polski i pochowane na cmentarzu wojskowym w Zgorzelcu. 

        Znowu za pomocą Czerwonego Krzyża ojciec był o tym fakcie powiadomiony, podano nawet miejsce i numer grobu, ale dane okazały się błędne. Kilka lat temu mieliśmy w Kanadzie księdza polskiego pochodzenia Witolda Michalskiego, który wyjechał do pracy w Kanadzie i pracował w naszej parafii. Na jego zaproszenie przyjechali do Kanady jego byli parafianie z Polski. Poznaliśmy ich i opowiedziałam im trochę o naszych przeżyciach a oni po powrocie do kraju pojechali do Zgorzelca, odnaleźli prawdziwy grób Tadzia, i ja będąc na zjeździe „afrykańców” we Wrocławiu miałam to szczęście, że oni przyjechali po nas i zawieźli mnie i męża do Zgorzelca na ten cmentarz. 

        Klęcząc na grobie Tadzia pomodliłam się i popłakałam wspominając nasze beztroskie, wesołe, dziecinne lata. Po zakończeniu wojny Stalin wysiedlił Niemców z ziem zachodnich, które niegdyś należały do Polski, ale były zagrabione przez Prusy (obecnie Niemcy), i były okupowane przez nich przeszło 600 lat. Teraz te ziemie ponownie wróciły pod administracje polską. Niestety, utraciliśmy obszary na wschodzie, te gdzie ja się urodziłam. Ludzie, którzy przeżyli lata na Syberii, nie mieli gdzie wracać i byli osiedleni na tych terenach. Większość tych, co byli w Afryce, jeżeli mieli ojca czy matkę w Wielkiej Brytanii, mogli do nich dołączyć.

        Tak  też było z moim ojcem i bratem. Ojciec, mimo że uczestniczył w dwóch wojnach światowych, teraz nie mógł wracać do swojej posiadłości, bo tereny te na podstawie umów jałtańskich, zostały włączone do ZSRR, dlatego musieliśmy pozostać i osiedlić się w Szkocji. 

        Byli polscy żołnierze po zakończeniu wojny mogli pozostać i pracować jedynie na roli albo w kopalniach węgla. Ojciec mając trochę doświadczenia w pracy w kopalni na Syberii zdecydował się do pracy w kopalni.

        W 1948 roku przyszła wreszcie nasza kolejka na do wyjazdu do Szkocji i połączenia się z ojcem i bratem Mietkiem. 

        Nasza podróż z Afryki do Szkocji statkiem i pociągiem trwała ponad miesiąc. W czasie podróży nie traciłam czasu, ale założyłam coś na podobieństwo przedszkola i zabawiałam małe dzieciaki podczas podróży; przynajmniej nam się nie nudziło. 

        Nie można porównywać pogody afrykańskiej do tej w Szkocji. Po przyjeździe Ojciec zabrał do miasta nas wszystkich by kupić odpowiednie ubrania potrzebne w klimacie szkockim Mimo to nie uchroniło nas od zaziębień i kataru. 

        Zamieszkaliśmy w pięknym miasteczku turystycznym nad zatoką morską Firth Of Forth. W czasie lata wiele ludzi przyjeżdżało na tutejsze plaże. 

        Jeśli chodzi o naukę, o dalszych studiach nie było mowy. Tylko Franek miał szansę zapisać się do szkoły technicznej w Anglii. Marysia dokańczała szkołę powszechną. Ja i Hela musiałyśmy podjąć pracę. W tej okolicy, gdzie mieszkaliśmy, nie było wielkich szans na otrzymanie pracy. Hela poszła do pracy w miejscowym hotelu, a dla mnie ojciec znalazł pracę w jednym z tych hosteli, gdzie mieszkali górnicy, w pobliżu pracy Ojca. Ale lepszy rydz niż nic. Tam też poznałam mojego przyszłego męża, Władka.      


Władek Aksamit

        Ja, Władysław Aksamit, urodziłem się już w wolnej Polsce, w województwie krakowskim (przed I wojną światową – zabór austriacki), w 1924 roku. Byłem drugim z rzędu z ośmiorga rodzeństwa. Mojego ojca matka zmarła, kiedy on miał 10 lat. Z pierwszego małżeństwa było 4- ro dzieci. Macocha była bardzo dokuczliwa i Ojciec mając 14 lat opuścił dom i obrał sobie zawód kołodzieja. W tamtych czasach kołodziej i kowal byli bardzo potrzebni. 

        Po czterech latach nauki zdał wymagany egzamin i wyjechał do Wiednia, gdzie pracował aż do wybuchu pierwszej wojny światowej. Brał udział w w wojnie, a później w walkach z Armią Czerwoną. Można powiedzieć, że ojciec był mieszczaninem, ale po wojnie osiedlił się na wsi i tam pracował. Z drzewa wykonywał narzędzia rolnicze, które następnie kowal wykańczał. Polska była przez przeszło 130 lat pod okupacją potężnych sąsiadów: Rosji, Prus (dzisiejsze Niemcy) i Cesarstwa Austriackiego. 

        Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Polska zaczynała pokonywać zaniedbania pozostawione po zaborcach. Podobnie rolnictwo zaczęło się rozwijać i nie brakowało pracy na roli, dlatego było wielkie zapotrzebowanie na narzędzia rolnicze na wsiach. 

        Ojciec poznał tam miejscową dziewczynę i niedługo potem pobrali się w listopadzie 1921- go roku. (I tu ciekawostka, że moi rodzice i rodzice Jadzi, mojej żony, brali ślub w tym samym dniu.) 

        Po roku urodził się im pierwszy syn. Ja byłem z kolei drugim. Od dzieciństwa moje życie nie było łatwe. Dwa miesiące po moim urodzeniu mama zachorowała. Medycyna w tamtych czasach nie była tak wysoko postawiona, jak dzisiaj. Lekarze po skończonych studiach musieli się opierać na własnym doświadczeniu i na wrodzonej intuicji. Do dziś nie wiemy, co to była za choroba i z jakiego powodu zmarła. (Zmarła mając 57 lat). 

        Następnie urodził się jeszcze jeden brat i siostrzyczka, która zmarła po dwóch dniach. Następnie urodziło się jeszcze dwóch braci i trzy siostry. Nasza wioska Demblin jest położona na nizinie, u zbiegu Wisły i Dunajca. W lipcu 1934-go roku nasze okolice nawiedziła wielka powódź. Ponieważ nasz dom był położony nieco wyżej od innych, w czasie tej powodzi nie  mieliśmy wielkich strat. Natomiast te gospodarstwa położone niżej straciły prawie wszystkie bydło. 

        W tym czasie w naszej wsi kwaterowała drużyna wojskowa (Strzelec), która pracowała przy naprawie i podwyższaniu wałów ochronnych przeciwpowodziowych. Fala powodziowa, która zalała nasze okolice, przyszła oczywiście z gór. Strzelcy mieli na wyposażeniu wielkie łodzie, pływali po wsi od domu do domu, zbierali ludzi, i wywozili na wały ochronne Wisły i Dunajca. Nie mogli jednak zbliżyć się do naszego domu, bo silne ogrodzenie na to nie pozwoliło. Po kilku godzinach przyjechał rybak z czółnem i ten dopiero wywiózł naszą rodzinę. Statki z żeglugi rzecznej podpływały do wałów i zabrały wszystkich i transportowały za Wisłę, gdzie tereny były o wiele wyżej położone. Dopiero po upływie trzech dni, mój ojciec wraz z innymi mężczyznami powrócili do wioski. Jakie było jego zdziwienie; przed opuszczeniem domu zostawił otwarte okno. W dużej izbie był piec do gotowania i pieczenia chleba i na tym piecu siedziała kura, obok kury były trzy jajka. A nadto obok niej siedział nasz głodny pies, ale nie ruszył tych jajek a tylko pilnował. Ojcu się ciepło zrobiło w sercu i tylko wskazał psu te jajka, a ten tylko na to czekał. W kilku sekundach jajek już nie było. 

piątek, 05 październik 2018 16:06

Byłem w Polsce (26)

Napisane przez

Braniecki1918 01No a potem był stan wojenny - to wiesz... Zaczęła się reorganizacja, przyszli wojskowi komisarze, pułkownik siedział u mnie w gabinecie od świtu do nocy, wszystkich wzięli krótko za mordy i produkcja ruszyła! To co - napijemy się?

-Jasne.

Akurat weszła żona Włodka - Ewa - z zaproszeniem na kolację.

-A wie pani, pani Ewo, że dom piękny... zacząłem, bo rzeczywiście willa była ogromna i wspaniale urządzona.

-Jaka pani?! Jaka pani? Ewka jestem!

-A, to trzeba brudzia wypić! Ewcia - co ci dać żabciu - dżin z soczkiem, czy może czystą? - wtrącił się zaraz Włodzio.

-Jak brudzia to tylko czystą! Ale czy myśmy już kompletnie zwariowali? Nie pamiętasz mnie? Przecież my się znamy z uczelni, tylko że ja byłam na handlu!

-Ależ naturalnie! Przepraszam cię - chyba jakaś skleroza mi się na oczy rzuciła - tłumaczyłem się nieporadnie!

Ale w istocie rzeczy trudno ją było poznać, bo czas wszystko zmienia. W jej przypadku raczej na korzyść, bo kobieta była jak łania.

Znałem ją jako młodą dziewczynę. Już wtedy była ładna, ale teraz to była pani całą buzią, wysoka, na szpilkach, króciutko obcięta.

Tak, to przez te włosy - pomyślałem. Na uczelni nosiła długie, rozpuszczone... Zaraz jej to powiedziałem.

-O, to pamiętasz! - uśmiechnęła się wesoło.

-Jakżeż mógłbym zapomnieć - przymiliłem się, chcąc zatrzeć moje faux pas.

A więc kolacyjka, tatarek, wędlinki, grzybki, jakieś mięsko w ostrym sosie, bakłażany, coś tam jeszcze no i oczywiście wyborowa. Ewa wspomniała, że do tego mięska może by winko, ale Włodzio aż zamachał rękami:

-A co tam będziemy zmieniać! Wyborowa najlepsza! Patriotycznie Ewciu! Patriotycznie! Pamiętaj!

Wypiliśmy więc z ładnych, kryształowych kieliszków i drążyłem dalej:

-I co było dalej? Jak było w końcówce, a potem po 89-tym?

-Końcówka była marna, bo naprawdę wszystko się rozprzęgało i wyglądało na to, że nawet ci wojskowi komisarze troszkę osłabli, ale jeszcze mnie trzymali, jeszcze szło jakoś żyć ha, ha, ha! Nie narzekałem, ale powiem ci szczerze, że jak już wyprowadzali ten partyjny sztandar to czułem, że nie ma odwrotu i trzeba się na nowo ustawiać!

I popatrz się - tyle się człowiek narobił, naszarpał, łba ponadstawiał i wszystko na nic! Wszystko minęło jakbyśmy nigdy nie istnieli. Jeszcze się potem czepiali...

-Czepiali? To co - miałeś jakieś kłopoty?

-Eee, ja to nie - wiesz jak jest - ja sobie zawsze jakoś poradzę, ale wielu poszło na zieloną trawkę...

-No dobrze, a jak to teraz widzisz? Wygląda na to, że kraj kwitnie i naprawdę rośnie w siłę! Ludzie ładnie ubrani...

-A kiedy nie byli? - wtrąciła nagle Ewka. Ja tam nigdy goła nie chodziłam, no chyba żeby Włodziowi troszkę urozmaicić!

-Widzisz Marcin - to jest dziewczyna! - zachwycił się Włodek patrząc łakomie na Ewkę.

Ale czekaj, czekaj - mówisz, że kraj kwitnie, że tego-śmego... Zaraz widać, że tu nie mieszkasz! Z tym kwitnięciem to też nie jest i nie było tak prosto!

Widzisz...

I tu zaczęła się długa prezentacja Włodkowego stanowiska. Mówił o początku lat dziewięćdziesiątych, drapieżnym kapitalizmie, nadużyciach, prywatyzacji, mafiach, a przede wszystkim o możliwościach jakie się podówczas otworzyły.

-Chyba nie dla wszystkich Włodziu - zdołałem wtrącić.

Ale Włodzio był zdania, że dla wszystkich, i że jak ktoś chciał robić pieniądze i miał łeb na karku to w krótkim czasie mógł dojść do milionów. Rzucał przykładami, nazwiskami, przytaczał całe historie błyskawicznych karier - głównie finansowych.

-Bo widzisz Marcin - teraz mamy 2004 i wiele rzeczy się uspokoiło, ale mówię tu o samym początku, sprzed prawie piętnastu lat. Wszyscy wtedy - jak zwariowani - mówili tylko o pieniądzach. Kasa, kasa - tylko o tym! Teraz mówi się raczej o emeryturach i jak się do nich doczołgać, ale też o czym mówić? Kto się miał nachapać, to się nachapał. Ja sam też się już nie szarpię. Po co mi drugi zawał - sam powiedz? Wystarczy mi to co mam.

Ale cały czas nie mogłem się od niego dowiedzieć co przez te piętnaście lat - od 1989 - robił. Jak się urządził w nowych warunkach.

Włodek omijał te pytania. Mówił ogólnikami:

“Wiesz jak jest - trzeba jakoś żyć! Jakoś tam dajemy sobie radę, z głodu nie umieramy...” i temu podobne głupoty. Wyglądało na to, że z czasów dyrektorowania wyniósł ładne pieniądze i żyje z kapitału, ale Ewa - może po tej wódeczce - wygadała się trochę i przynosząc kawę i ciasta powiedziała:

-Mówię ci Marcin, że też bym chciała wyjechać. Włodzio to walczy z tymi fabrykami i przez to tu siedzimy, ale powiem ci, że wszystko tu jest jakieś nerwowe, nikomu nie można wierzyć i cały czas w strachu...

W tym momencie Włodzio, chociaż już ździebko podcięty, popatrzył na nią takim wzrokiem, że Ewa aż spłonęła i zamilkła w pół słowa.

-Jakie fabryki Włodziu? - zaraz zapytałem, ale już w momencie zadawania tego pytania widziałem, że popełniłem błąd.

-Nie wiem co ta moja cipcia plecie - chyba było o jednego za dużo... powiedział twardo i widziałem, że jest zły, więc przestałem, a Ewa siedziała milcząco aż do końca.

Wyszedłem późnym wieczorem i nie powiem - było miło - ale po tej uwadze Ewki, atmosfera jakby się troszeczkę zważyła. Ciągle jeszcze było dużo namawiania do jedzenia, dużo śmiechu i żartów. Na koniec piliśmy Martella, a ja zrozumiałem, że z tego tonącego Titanica jakim była polska gospodarka późnych lat osiemdziesiątych Włodek zdążył uratować coś dla siebie i nie wyszedł z pustymi rękami.

Z jego poprzednich opowiadań zrozumiałem, że wielu prominentów kończącej się Polski Ludowej umiało zabezpieczyć sobie na własność zakłady, w których wcześniej byli dyrektorami.

Dlaczego Włodziowie mieli by się bać i dlaczego Ewa myślała o wyjeździe nie wiem, ale mogłem się dość łatwo domyślać.

Takie były moje spotkania i przeżycia w czasie tych krótkich pięciu dni 2004 roku.

Staszek Manturzewski, Włodzio, paru kuzynów - wszyscy na pewno zadowoleni, ale jednocześnie jakby żałujący minionego. Każdy z innych powodów, to na pewno, ale mimo wszystko jakby odrobinę zagubieni.

Jedyną osobą, która mogła mieć inny, ale prawdopodobnie bardzo trzeźwy osąd polskich spraw i niebywałego rozwoju gospodarczego był mój wuj Stefan Moysa-Rosochacki.

Otóż wuj Stefan był w naszej rodzinie kimś prawdziwie specjalnym! Przede wszystkim był powiernikiem, doradcą, psychologiem i po prostu dobrym człowiekiem.

Niezwykle dyskretny i mądry, nie raz i nie dwa podtrzymywał na duchu, radził i wręcz pomagał. Nie miał swojej rodziny, był kawalerem, w dużej mierze poświęconym nauce.

Po trochę zwariowanej rozmowie ze Staszkiem i tej drugiej z Włodziem, chciałem pogadać z kimś neutralnym, który w latach komunistycznych nie był ani po jednej ani po drugiej stronie, a po ustrojowej transformacji nic nie stracił ani niczego nie zyskał. Bo wuj Stefan był jezuitą.

Prawdę mówiąc poszedłem do niego żeby trochę odpocząć po paru ruchliwych dniach biegania po Warszawie, spotkaniach i zwiedzaniach. W obecności wuja Stefana zawsze czuło się spokój. Z całą pewnością sprzyjała temu klasztorna cisza. U wuja zawsze było kojąco.

Żeby to lepiej zobrazować muszę zrobić małą dygresję, ale tylko na chwilę i na pewno wrócę do wuja i do końcówki mojego pobytu w Polsce 2004-go roku.

W mojej szkole był taki zwyczaj, że zaraz na początku pierwszego roku szkolnego - a była to podówczas klasa ósma - wszyscy nowi uczniowie jechali na tygodniowy biwak. Jak już wielokrotnie mówiłem to była męska szkoła, mieściła się w Warszawie na Mokotowie i należała do Stowarzyszenia PAX.

Ten zapoznawczy biwak miał na celu przygotowanie nowych uczniów do warunków, zasad i wymagań szkoły i wdrożenie ich w jej klimat.

Biwak organizowany był w pięknym ośrodku Stowarzyszenia w Zakroczymiu nad Wisłą. Ogromny teren, domki kempingowe, stołówka, miejsce na wieczorne ognisko, a także - co już się nam trochę mniej podobało - wydzielone miejsce, gdzie odbywały się lekcje pod chmurką. Te lekcje były raczej ulgowe i nie najważniejsze, bo głównie chodziło o poznanie się, zgranie i nawiązanie koleżeńskich więzi.

Jedzenie było świetne, zajęć fizycznych mnóstwo, konkursy, biegi i sporo fizycznego wysiłku. Jednym słowem znakomity wstęp do szkolnej orki, wściekłych klasówek, jeszcze wścieklejszych kartkówek z matematyki których nie cierpiałem z całego serca!

W ogóle nigdy nie rozumiałem po co jest to nieustanne sprawdzanie poziomu mojej wiedzy! Przecież uczyłem się dla siebie! Nie mogłem tego pojąć, dlaczego komuś zależy na tym żeby mnie torturować sprawdzianami i odpytywaniami.

Ale wracam do rzeczy. Otóż mój biwak przypadł na wrzesień 1963. Mieszkałem z trzema kolegami. Nowymi kolegami, bo ostatecznie wszystko było dla mnie nowe.

W dwa dni po przyjeździe, o szarym świcie, ktoś zapukał do okna naszego domku. Wszyscy czterej porwaliśmy się na równe nogi, bo wiadomo - nowe miejsce, chłodno, spaliśmy jak psy na pudle. Ale nie było żadnego alarmu. Po prostu nasz kapelan - ojciec Robert - szukał kogoś, kto posłużyłby mu jako ministrant przy mszy św.

Tak, to był ten sam ojciec Robert, który trzy lata później wspomniał na lekcji religii profesora Kotarbińskiego nazywając go nestorem polskich ateistów.

Koledzy siedzieli cicho - widocznie nie widzieli się wczesnym rankiem w zimnym kościele - więc wziąłem na odwagę i zgodziłem się pójść.

Poszliśmy we dwóch - to jest ojciec Robert i ja - do pobliskiego klasztoru ojców Kapucynów. Msza św. przy przy bocznym ołtarzu i prawie pustym kościele. Parę starszych kobiet, przemykający gdzieś zakonnik, a poza tym żywego ducha. Wrześniowy, ciepły ranek, słońce prześwitujące przez witraże i ciche słowa modlitw wpływały na mnie uspokajająco i jakby domowo.

Trzeba bowiem powiedzieć, że ten początkowy czas w nowej szkole, środowisku i mieście był dla mnie - jak to się dziś mówi - stresujący. Myślę, że nie tylko dla mnie. To tak jak pierwsze dni w wojsku, czy pierwsze minuty czy godziny w więzieniu, które decydują o tym co będzie, jak będziesz traktowany i jakie zajmiesz miejsce. Nie wiem czy wyrażam się jasno, ale chodzi o to, że męskie środowiska takie już są - liczy się pierwsze wrażenie.

A po mszy św. ojcowie kapucyni zaprosili nas na śniadanie. Słoneczny refektarz, duży drewniany stół i dobre, proste śniadanie. Mleko, chleb, ser i miód. Siedzieliśmy w pięciu - trzech zakonników, ojciec Robert i ja. Brązowe habity, białe sznury i sandały na gołe stopy. I wszyscy byli niezwykle serdeczni. Ale nie mówiło się o sprawach religijnych, chociaż mogłoby się to wydawać naturalne... Nie, nic z tych rzeczy. Mówiliśmy trochę o mojej szkole i pytano skąd jestem, ale szybko rozmowa zeszła na gołębie, bo jeden z ojców był zapalonym gołębiarzem i trzymał ich około setki w przy klasztornym gołębniku. Miał na imię Leon i faktycznie znał się na rzeczy. Opowiadał tak ciekawie o inteligencji i zmyśle orientacyjnym tych fascynujących ptaków, że zaraz po śniadaniu poszliśmy je zobaczyć.

Trochę się denerwowałem, że spóźnię się na biwakowe zajęcia, ale ojciec Robert uspokoił mnie mówiąc, że bierze wszystko na siebie i na pewno nie będę miał kłopotów.

Ten cichy klasztor, spokojne śniadanie z zakonnikami i oglądanie gołębi było dla mnie niezwykle odprężające i miłe. Tak jakby mnie moja babcia pogłaskała ciepłą ręką po głowie.

I ten czas był może najlepszym lekarstwem na moje niepokoje związane z rozpoczynającą się szkołą i wszystkim co było z nią związane.

Aksamitny dotyk tamtego poranka pamiętam do dziś.

W 2004 roku idąc na spotkanie z moim wujem do klasztoru ojców Jezuitów na Rakowieckiej czułem jakbym wracał do tego spokojnego klasztoru kapucynów, cichego kościoła i gołębi ojca Leona.

Ale zaraz po pierwszych słowach powitania zauważyłem, że wuj nie chce rozmawiać ani o zmianach, ani o polityce, ani o rosnącym dobrobycie.

To było diametralnie inne spotkanie niż poprzednie - w willi mojego kolegi Włodzia. Siedziałem u wuja w celi, którą był obszerny, zawalony książkami pokój z dużym oknem wychodzącym na ogród. Podobnie jak tam, w zakroczymskim klasztorze ojców kapucynów, tak i tu gruchały gołębie i od czasu do czasu zrywały się z łopotem i leciały małą gromadką gdzieś ponad klasztorem, Rakowiecką, wielkim więzieniem, aż gdzieś w kierunku kina Moskwa i Łazienek.

Wuj chciał raczej wiedzieć co u mnie, jak dzieci, jak się nam ułożyło i jakie mamy plany. Na moje pytania o Polskę odpowiadał tylko, że Polska jest tak wolna jak nigdy i Bogu trzeba za to dziękować.

I tak dobiegła końca moja pierwsza wizyta w Kraju.

Jakżeż inna od tych późniejszych, a w szczególności ostatnich, które także minęły, ale zostawiły tyle wspomnień i wzruszeń!

W marcu 2018 roku wracaliśmy do Kanady. Do domu. 

Jechaliśmy na Okęcie mijając niezliczoną ilość rond, bo ronda są wizytówką polskich dróg i ulic.

Warszawa była szara i zimna. Czekając na samolot przypominałem sobie wszystkie moje wizyty w Kraju, spacery po Warszawie, wycieczki do innych miast... Przypominałem sobie też te wcześniejsze i zorientowałem się, że za każdym razem widziałem Polskę inaczej. Zawsze była inna a jednocześnie ta sama. Bo przecież wiadomo, że Polska jest jedna.

A potem samolot wzbił się w niebo i przez marcowe chmury ujrzałem jeszcze raz Warszawę, która oddalała się dalej i dalej, niknąc powoli z moich oczu.

Drodzy Przyjaciele - na tym kończy się moje wspomnienie z Polski. Dziękuję Wam za Wasze zainteresowanie, pochwały, komplementy i ciepłe opinie! Dawały mi ogromnie dużo zadowolenia i radości!

piątek, 05 październik 2018 15:04

Historia naszych przeżyć (5)

Napisane przez

aksamitWtedy po raz ostatni widziałam brata Staszka już w mundurze. Po upływie czasu ojciec dowiedział się, że kilka dni później On zmarł na tyfus. Kiedy przyszedł czas do zaokrętowania w drogę do Persji, byłam tak słaba, że nie mogłam podnieść nawet głowy. Hela jednak uparła się, że muszę iść, bo jeśli nie to podzielę los z tymi nieszczęsnymi, którzy tam zmarli i stali się pokarmem hien i szakali. Każdego rana wynosili kilkoro dzieci, które zmarły w nocy, nie grzebano ich, a jedynie wyrzucali ich ciała na pole. Nie było czasu na - 35 - pogrzeby czy modlitwy. (Niedawno moja koleżanka napisała: „Helenka jest prawdziwą bohaterką. Sama przecież dzieciak, jakimś cudem potrafiła ciebie nieprzytomną siłą zaciągnąć na okręt, mając jeszcze pod opieką młodszego brata i dwuletnią siostrzyczkę.”) Nic nie pamiętam tej podróży przez morze Kaspijskie do Persji. Przytomność odzyskałam dopiero w szpitalu. Zaraz po przyjeździe ostrzygli nas, wykąpali i dali nowe koszulki i spodenki, dlatego, że byliśmy zawszawieni. Znowu ulokowali mnie w takim ośrodku zdrowia, do czasu aż nabrałam sił i zaczęłam się podnosić o własnych siłach i jeść. Tam straciłam kontakty z pozostałą rodziną. Kiedy stan mojego zdrowia na to pozwolił, zostałam przewieziona z Pahlevi do Teheranu, gdzie „sortowano” nas i - 36 - rozsyłano do innych krajów. Hela uparła się, że nie pojedzie aż się dowie, co się ze mną dzieje. Brat Franek i siostra Marysia byli z nią. Jaka radość, gdyśmy się znowu połączyli. (Brytyjczycy rozsyłali dużo ludzi do Australii, Nowej Zelandii, albo Meksyku.) W tym czasie po przyjeździe do Persji mama zwolniła się z wojska i zaczęła nas poszukiwać. Ktoś jej powiedział, że ja zmarłam. Jakie było jej zdumienie i uciecha, kiedy wysiadając z autobusu ktoś wołał ”Mamo, Mamo!” Zanim przyszła nasza kolejka do przejazdu do innego obozu mama dostała wiadomość, że ojciec był w wojsku i brał udział w bitwie pod Tobrukiem. Jako trochę starszy wiekiem był wysłany do Szkocji konwojując jeńców - 37 - niemieckich. Tam został przydzielony do głównej komendy zaopatrzenia i przeszkolenia nowych ochotników. Nas wszystkich przesyłano od obozu do obozu, gdzie zazwyczaj spędzaliśmy po dwa albo trzy miesiące. Brytyjczycy mieli zamiar nas także przesłać do Szkocji, ale w tym czasie niemieckie łodzie podwodne tak grasowały na Morzu Śródziemnym, że dla bezpieczeństwa zaniechali tego planu. Byliśmy już załadowani na okręt, gdzie życie było luksusem po tych wszystkich naszych przejściach. Jednak po kilku tygodniach oczekiwania przeładowano nas na pociąg, którym dojechaliśmy do Afryki, do Północnej Rodezji, (obecnie Zimbabwe). Po przyjeździe ulokowano nas w byłym obozie wojskowym, któremu nadaliśmy nazwę - 38 - Bwana M’Kubwa. Ludzie inteligentni nie marnowali czasu, i w każdym obozie zakładali szkoły. W ciągu tych naszych przenosin od obozu do obozu, ukończyłam 4 klasy szkoły powszechnej. W każdym obozie, gdzie zajechaliśmy, zapisywałam się do następnej klasy. Nasz obóz był ulokowany w jakiejś dzikiej okolicy. Do miasta Ndola było kilka godzin pieszo. Dookoła były tylko dzikie krzewy. Tam pierwszy raz zobaczyłam czarnego człowieka. Było to dla mnie bardzo dziwne, czarna skóra i tylko białe zęby i świecące oczy. Ale z czasem przyzwyczaiłam się i do tego. Obóz był dosyć duży i te rodziny ulokowane po krańcach tego obozu miały niemały spacerek zanim doszły do jadalni. W Bwana M’Kubwa nie przebywałam długo. W zaroślach było wiele - 39 - węży i innych trujących stworzeń. Moja siostra Hela raz spotkała się oko w oko z tygrysem. Nie wiem, czy tygrys nie był głodny czy zobaczywszy pierwszy raz białego człowieka zawrócił i uciekł w krzaki. Zaryzykowałam i zapisałam się do gimnazjum. Moja chęć do nauki w ciągu naszej podróży nie poszła na marne. Zdałam egzamin i zostałam przyjęta. Pomimo płaczu mamy wyjechałam najpierw do Digglefold a później do Lusaki w Rodezji Południowej. Nasze mieszkania w obozie to po prostu szałasy pokryte trawą, gdzie gnieździły się całe masy termitów. Nie było to nic dziwnego, kiedy rano budziło się na podłodze, bo przez noc termity zjadły nogi od łóżka. Tak samo było w szkole w Lusace. Szałas i kilka stołków to była cała klasa. Nie było - 40 - podręczników. Kilka kartek papieru i ołówek do zapisywania tego, co mówił profesor. Pierwszy rok był bardzo ciężki, ale lubiłam to wszystko. Mam bardzo miłe wspomnienia z tamtych czasów. Musiałam studiować przy lampie oliwnej, a czasem już po zgaszeniu świateł brałam lampę pod koc i dalej pracowałam, żeby być przygotowaną na drugi dzień. Początkowo ta szkoła była tylko dla dziewcząt, ale na drugi rok dobudowano więcej szałasów i przyszło kilku chłopców. Nie było ich wielu, bo większość z nich zapisało się do kadetów pozostając w Egipcie. Byłam najmłodszą z dziewczyn i czasem musiałam słuchać uszczypliwych żarcików z tego powodu. Większość dziewczyn to były panny po 16-17 lat. Nauka w szkole zaczynała się rano. Na - 41 - południową przerwę dawano nam zazwyczaj brązową albo czarną fasolę, albo kaszę kukurydzianą. To prawda, że fasola zastępuje nawet mięso i jest bardzo pożywna, ale jedzenie takiego posiłku codziennie, czasem się sprzykrzyło. No, ale nie było wyboru. Po południu mieliśmy przerwę na naukę, bo w tej gorączce niemożliwym było cokolwiek robić. Dopiero bliżej wieczora, kiedy słońce przestało przypiekać, uczyliśmy się dalej. Ja i kilka innych koleżanek skończyłyśmy gimnazjum w trzy lata. Ojciec od momentu rozstania ciągle szukał z nami kontaktu, aż w końcu za pomocą Czerwonego Krzyża wreszcie nas odnalazł.

piątek, 28 wrzesień 2018 08:48

Byłem w Polsce (25)

Napisane przez

 Braniecki1918 01Poznaliśmy się w 1970 w Largactilu - pełnym dymu papierosowego klubie na Rynku Starego Miasta.

        Po “milionie” lat nie utrzymywania kontaktów spotkaliśmy się nagle - jak grom za jasnego nieba! I od razu wiedzieliśmy, że musimy pogadać! I to pogadać “pa duszam”!

        Jak to zwykle przy takich spotkaniach bywa zaczęliśmy od pytań, ale w gruncie rzeczy to ja pytałem, bo Staszka jakoś moje powyjazdowe losy mało interesowały. Prawdę mówiąc było mi to na rękę, bo ostatecznie nie przyjechałem po to żeby opowiadać o sobie a raczej aby poznać różne opinie o nowych czasach, zmianach i w ogóle o nowej Polsce. 

        I prawie od razu - po pierwszym moim pytaniu - poczułem u Staszka nutkę smutku, czy żalu.

        -Pełne sklepy, mówisz? No i co z tego? Tyle z tego, że wszyscy gonią za pieniądzem, kupują i nie przestają się porównywać z Zachodem... 

        Staszek wyglądał jakby zniesmaczony. 

        Zamówiliśmy kawę. Patrzyłem na niego i starałem się przypomnieć nasze rozmowy sprzed lat. Niewiele się zmienił. Nigdy nie dbał o swój wygląd mówiąc, że nie obchodzi go co ktoś o nim powie. Parafrazował słynne powiedzenie Einsteina:

        -Gdy jestem w domu to chodzę jak chcę, bo i tak wszyscy mnie tam znają, a jak jestem na ulicy, to też chodzę jak chcę, bo i tak nikt mnie tam nie zna.

        Był jakby ponad codziennością, a jednocześnie cały czas o niej mówił. 

        -Mafia szaleje - opowiadał - po prostu dzieją się straszne rzeczy i ludzie nie śpią spokojnie, bo nikt nie wie czy ktoś mu się do domu w nocy nie włamie, nie zgwałci żony i nie obrabuje do ostatniej złotówki.

        Ale znając go wiedziałem, że w wielu kwestiach przesadza, faktom nadaje inne brzmienie i w każdej jego opinii, a nawet zdaniu jest drugie dno. 

        Cały czas drzemał w nim wieczny rewolucjonista i buntownik, żyjący czasami “Po Prostu” i Klubu Krzywego Koła. 

        Mówiąc o rozbojach i mafijnych porachunkach w latach dziewięćdziesiątych wracał do jednego ze swoich ulubionych tematów - do warszawskich gangów przestępczych. Pamiętam, że to był pierwszy temat, jaki poruszył gdy poznaliśmy się w 70-tym roku. 

        Teraz znowu nawiązywał do tego. 

        Rozmowa ze Staszkiem nigdy nie była uporządkowana, bo zawsze kluczył, doszukiwał się jakichś nieistniejących znaczeń, a przede wszystkim mówił nieprzytomnie długimi zdaniami, w których nie mogłem wyłapać tego nadrzędnego. 

Wracał do dawnych lat, porównywał, drążył, o coś pytał żeby natychmiast samemu na to odpowiedzieć - jednym słowem - monolog z pogranicza szaleństwa. Ale Mantu - bo tak go niektórzy nazywali - taki już był. 

        W każdym razie zrozumiałem jedno, że siedzi w nim jakaś tęsknota za minionym, ale nie za systemem demokracji ludowej, czy powiedzmy komunizmem, ile raczej za walką z nim. Wyglądało na to, że żałuje konspiracji, zagrożenia ze strony bezpieki, buntu przeciw władzy i tego wszystkiego z czym zżył się za młodu. 

        W 1945-tym miał zaledwie siedemnaście lat i cała młodość upłynęła mu w latach stalinowskich, a potem w różnych formach kontestacji. Nie wiem dlaczego, ale wrażenie, że żal mu w pewnym sensie tamtych lat, nie opuszczało mnie do końca spotkania. 

        Staszek był akurat po ukończeniu swojego kolejnego filmu - tym razem o Himilsbachu i cały czas wracał do niego i ciągle z pewną nutką zadumy i jakby nostalgii za tym prostym, biednym światem, w którym - w mojej opinii - czuł się najlepiej. 

        Pełne sklepy, brak cenzury, otwarte granice - to wszystko było ważne, ale jak to się teraz mówi “nie do końca”. 

        I ciekawa rzecz, że podczas tego pierwszego pobytu w Polsce rozmawiałem z wieloma ludźmi i dość często miałem wrażenie, że ta nowa, kapitalistyczna rzeczywistość jakoś ich przerasta. Być może spotykałem niewłaściwych ludzi lub po prostu podobnych do mojego Staszka, dla których najlepsze ich lata upłynęły w opozycji. 

        Niemniej wszyscy doceniali wolność - a w szczególności to, że mają w domach paszporty i mogą jeździć “gdzie chcą”!

        Staszek Manturzewski z całą pewnością był oryginałem, ale mimo wszystkich jego dziwacznych posunięć i zachowań stał twardo na ziemi i nigdy niczego nie zapominał. Pod koniec spotkania powiedział:

        -A wiesz Marcin - cały ten czas nie mogę ci zapomnieć, że nie skontaktowałeś mnie wtedy z twoim Antkiem. 

        A mówiąc to wspominał mojego kumpla Antka Sobótkę, który w latach sześćdziesiątych chuliganił po Czerniakowie i dochrapał się pewnego uznania wśród warszawskiej żulii. 

        Staszek bardzo chciał się z nim zaprzyjaźnić, zrobić badania, wywiady bo pochłaniała go wtedy chęć napisania książki, ale Antek żadną miarą nie chciał się na to zgodzić i nawet zagroził mi obiciem pyska za “rozpowiadanie o nim po całym mieście!”

        Rozstaliśmy się ze Staszkiem czując, że to chyba nasze ostatnie spotkanie. Rzeczywiście umarł w dziesięć lat później - w 2014. Mimo wszystkich jego dziwactw będzie pamiętany przez wielu. Przeze mnie z całą pewnością!

        Myślę, że nie przystawał do tych historycznych zmian, które wstrząsnęły Polską. Ale inna rzecz, że mogę się mylić - ostatecznie nikt nigdy nie wiedział co tak naprawdę drzemie w Staszku Manturzewskim.

        Pięć dni to stanowczo za mało żeby wyrobić sobie jakąkolwiek opinię o polskich fundamentalnych zmianach. Byłem też żarłocznie ciekawy losów kolegów, znajomych a specjalnie tych, których miniony system wywindował wysoko i zapewnił znaczącą karierę. 

        Po paru telefonach umówiłem się z jednym z nich, z którym byliśmy na jednym roku na studiach. Nasze drogi jakoś się potem rozeszły, ale od czasu do czasu dochodziły mnie słuchy, że Włodek idzie jak burza, jest dyrektorem zjednoczenia i “szykuje się w ministry”! A trzeba wiedzieć, że taki dyrektor zjednoczenia to było stanowisko przez duże “S”, z ogromnymi przywilejami i apanażami. To nie było jakieś tam “mickey-mouse byle co”! 

        No ale to było wiele lat temu, czasy się zmieniły więc byłem ciekawy.

        Po paru próbach znalazłem jego telefon. Trochę potrwało zanim podniósł słuchawkę. 

        Oczywiście, trochę sapania dla złapania oddechu, bo widocznie musiał wstać i podejść do telefonu, ale za chwilkę usłyszałem tubalny, dyrektorski głos i powszechnie znany wykrzyknik:

        -Rodecki słuam!!! 

        W zasadzie, za dawnych czasów taki początek brzmiał trochę inaczej, bo mniej więcej tak:

        -Rodecki! Czego chcecie??!!

        Na szczęście czegoś takiego już nie było. Zostało mu tylko to “słuam!”

        Naturalnie nazwisko i imię zmieniłem. Reszta jest prawdziwa.

        Tak więc umówiliśmy się u Włodka w jego domu i jadąc tam czułem, że gdzie jak gdzie, ale tam na pewno znajdę odpowiedź na moje pytania dotyczące losów tych, którzy pozostali w Kraju.

        -To co będzie - winiaczek czy czysta?

        -Czysta. A jaką masz - wyborową czy żytko z kłosem?

        -Marcinku! Wszystko mam! Co chcesz. Powiedz i otwieram!

Uwierzyłem na słowo i usiedliśmy.

        Takie było nasze powitanko po, jakby nie było, trzydziestu latach niewidzenia. Rozglądałem się trochę po domu, ale raczej dyskretnie, bo ostatecznie niektórzy nie lubią tego. Szybko się jednak zorientowałem, że z Włodkiem nie ma “żadnych krępacji”, bo Włodzio był otwarty, wesoły, pełen ha, ha, ha i szerokich gestów. 

        Prawdziwy dyrektor! Gruby, mówiący głośno, co zdanie to dowcip i jak się okazało już po zawale... Nic mu to nie przeszkadzało w paleniu papierosów, które palił w domu, bo jak twierdził: 

        “U nas, stary, żyje się tak jak dawniej i nigdy nie pozwalam, żeby mój gość wychodził i palił na ulicy! Moja Ewcia pali, ja palę i jak ktoś z gości ma życzenie zapalić to naturalnie też pali! Wódka stoi na stole i nie chowam jej gdzieś po kątach jak to teraz robią!”

        Zapalił Dunhilla, rozlał wyborową i rozwalił się wygodnie w fotelu. 

        -No, co tam u ciebie? Jak sobie radzisz?

        -Włodziu, zaraz o tym pogadamy, ale powiedz mi jak tu było, jak jest, co się dzieje z naszymi kolegami...

        -Kolegami? A różnie! Jedni już nie żyją, inni na emeryturze, mamy dwóch czy trzech ministrów, jeden to nawet wicepremierem został, ale o nim to chyba musiałeś w tej swojej Kanadzie słyszeć...

        -Który to?

        -A Grzesiek Kołodko. Ministrem finansów też był, ale w zeszłym roku zdjęli go z tego stołka...

        -Popatrz, popatrz! A inni?

        -No wiesz, sporo pouciekało - porozjeżdżało się po świecie, jak te szczury z okrętu...

        -Włodek!!! Ja też wyjechałem...

        -Aaa, przepraszam, przepraszam! Wiesz, mówiłem ogólnie, nie personalnie... No więc niektórzy powyjeżdżali, a reszta została. 

        Pytasz jak było, to ci powiem. Jeszcze tak do Solidarności to jakoś się ciągnęło, ale potem, jak się zaczęły te ciągłe strajki to myślałem, że zwariuję. Województwo dzwonili, Warszawa dzwonili, partia mnie naciskała - a ja między młotem i kowadłem! Towarzyszu dyrektorze to, towarzyszu dyrektorze tamto, towarzyszu dyrektorze a co będzie z planem??? 

        A czy ja, do k... nędzy wiedziałem co będzie z planem?! Kim miałem robić? Wszystko się rozchodziło w szwach i nie było czym łatać.

        Byłeś tu jeszcze, co? 

        -Jeszcze byłem...

        -No to wiesz jak było. Łatwo nie było! To moje zjednoczenie to była wielka organizacja. Nie myśl sobie! Osiemnaście zakładów pracy! Nerwów do czorta, a pracy jeszcze więcej...Skończyło się zawałem, ale szybko się podniosłem i dalej do roboty! Na pierwszą linię Marcinku! Na pierwszą linię!

        “Tu się psia nędza nikt nie oszczędza!” Marcinku! 

piątek, 28 wrzesień 2018 08:06

Historia naszych przeżyć (4)

Napisane przez

aksamit         Leżałam, majacząc, we dnie i w nocy, aż wreszcie „wylizałam” się z tego, ale tylko częściowo. Straciłam głos na kilka miesięcy. Wreszcie ktoś doradził mamie, żeby ugotowała herbaty z młodych pęków sosny i dawała mi to do picia. Paskudne świństwo, ale pomogło. Powoli odzyskiwałam głos, ale jeszcze do dzisiaj mam plamy na płucach. Lubiłam śpiewać, ale musiałam zaprzestać, bo nawet teraz, podczas silnych mrozów, mam chrypliwy głos. Nadeszła wiosna i potem lato. Chodziliśmy do lasu na jagody, a jesienią na grzyby. Jednego razu przyszliśmy do domu bez grzybów. Powiedzieliśmy ojcu, że tam było dużo grzybów, ale wszystkie robaczywe. Kazał nam wrócić i przynieść te grzyby. Znalazł gdzieś kawałek blachy i na tej blasze na piecu wyłożył te grzyby. Co za widok, jak te robaki szybko uciekały z grzybów. Następnie ugotował te grzyby i mieliśmy niezłą kolację. Od tego czasu nie lubię grzybów.          W Rosji dorastaliśmy bardzo szybko. Rodzice i starszy brat pracowali w kopalni dniami a nawet nocami, dlatego na nas dzieci spadła odpowiedzialność na prace w domu. Szczęście, że Helenka zawsze lubiła pracować w kuchni. Ona teraz gotowała, oczywiście, jeśli było coś do gotowania. Ona także prała te „szmatki”, które nam jeszcze zostały. Mogliśmy tylko śnić i marzyć o mięsie, mleku czy maśle a jedynie zadowolić się tym, co było dostępne. Ale nie było tak tam dużo. Moim zadaniem było wystawanie w kolejkach by kupić jakiś chleb, jeżeli przywieźli go do sklepu, czy pobranie zapracowanych pieniędzy.

        Nareszcie przyszła niespodziewana wiadomość. Niemcy zaatakowali Rosję Sowiecką! Pomimo przechwałek, Stalin nie miał ani wojska ani dostatecznie broni. Zadecydował jednak, by użyć tych Polaków tych, którzy jeszcze pozostali przy życiu, i uformować Polską Armię do pomocy do walki z Niemcami. Polski generał Władysław Sikorski przyjechał z Londynu do Moskwy i uzgodnił ze Stalinem utworzenie Wojska Polskiego w Sowietach. Ojciec dowiedział się, że na południu zaczyna się formować Polskie Wojsko.

         Rosjanie zamknęli obóz, w którym przebyliśmy, ponownie załadowali nas do bydlęcych wagonów, i tak pojechaliśmy do Kazachstanu. Pozwalali wyjechać całym rodzinom. Jechaliśmy w gorszych warunkach niż przedtem. Niewiele mieliśmy do zabrania ze sobą; o głodzie i chłodzie, ale wyjechaliśmy. Po przyjeździe na miejsce, ulokowali nas w lepiankach, że mieliśmy tylko jakiś dach nad głową. Wokół równina, jak okiem sięgnąć. Ani jednego drzewka. Jedno dobre, że było ciepło, że nie musieliśmy już marznąć. Na opał zbieraliśmy suchą trawę. 

        Niedaleko był kołchoz, (państwowe gospodarstwo rolne) gdzie uprawiano buraki cukrowe. Pewnego razu staliśmy koło drogi patrząc jak furmani wieźli buraki do gorzelni. Jeden burak spadł z wozu podnieśliśmy i zanieśli do naszego lokum-lepianki. Kiedy ojciec to zobaczył i gdzieś znowu „wytrzasnął” kawałek blachy, zrobił tarkę, utarł tego buraka i mieliśmy wspaniałe placki buraczane na kolację. Od tego czasu staliśmy koło drogi a furmani zrzucali nam po kilka buraków. To nas uratowało od śmierci głodowej. 

        Cukier, zawarty w tych burakach,  dobrze nas wzmacniał. Wiele rodzin zmarło tam śmiercią głodową. Najgorszy był brak  wody. Pragnienie dawało się bardzo wszystkim we znaki. Wreszcie ojciec dowiedział się, gdzie się formuje polskie wojsko. Obydwaj z bratem Staszkiem wstąpili do wojska. Rosjanie przyobiecali ojcu, że oni się zajmą pozostałymi członkami rodzin. Po kilku tygodniach oczekiwania mama posłała mnie z bratem Mietkiem na poszukiwanie ojca. Szliśmy cały dzień, aż wreszcie znaleźliśmy ojca już w pociągu, gotowego do odjazdu do Persji. Tylko kilka minut, a nie spotkalibyśmy ojca, wtedy pozostalibyśmy w Rosji i na pewno pomarli tam bez jego opieki i zaradności. Dowiedziawszy się, co się dzieje, wyskoczył jeszcze z wagonu i - 32 - pobiegł do komendanta obozu z zażaleniem. Komendant kazał nam natychmiast wracać i powiedzieć mamie, żeby nas jak najprędzej przyprowadziła się do obozu. Znowu w nocy wracaliśmy z Mietkiem bez jedzenia i wody tak, że Mietek zemdlał mi w drodze drodze. Można sobie wyobrazić, co ja wtedy przeżywałam. Ale Opatrzność Boża czuwała nad nami. Jasny księżyc świecił i jakoś szczęśliwie powróciliśmy do naszej lepianki. Rano, mama zebrała nas wszystkich i udaliśmy się do wspomnianego obozu. Tam ulokowali nas, dzieci w sierocińcu, a mama, aby ułatwić wyjazd do Persji musiała  wstąpić do wojska. Brat Mietek był za młody, aby być przyjętym do wojska, dopisał sobie rok do metryki, wstąpił do kadetów i wyjechał do Egiptu. Nas dzieci porozdzielali według wieku, ale mimo to udało się nam być w tym samym budynku. Sierocińcem opiekowali się wojskowi, Polacy. Pewnego dnia dali nam do jedzenia mięso z puszki konserwowej i arbuzy. To jedzenie pomieszane z brudną, żółtą wodą z otwartego zbiornika, doprowadziło nas wszystkich do strasznej choroby. Wiele dzieci zmarło wtedy na dezynterię. (Po latach, gdy byłam na zjeździe we Wrocławiu, podszedł do nas człowiek, który przyniósł kilka kartek z nazwiskami dzieci, sierot. Rodzice przyczepiali karteczki z nazwiskami tych dzieci w nadziei, że może kiedyś ktoś się tymi dziećmi zaopiekuje. Wiele dzieci tam pomarło i on był jednym z tych, którzy co rana wynosili ciała tych zmarłych w nocy. Niektóre z tych dzieci, co przetrzymały tę - 34 - biedę, były adoptowane przez rodziny w Nowej Zelandii, nigdy nie pamiętały swoich rodziców ani nazwisk.) Mnie udało się przetrwać, ale chorowałam bardzo ciężko. Utraciłam dużo krwi i dlatego traciłam siły.

piątek, 21 wrzesień 2018 05:25

Historia naszych przeżyć (3)

Napisane przez

aksamitTej nocy około tysiąca osób z naszej okolicy dzieliło także nasz los. W naszym wagonie było około 50 osób. W tym wagonie był mały piec i wiadro do zaspokojenia własnych potrzeb. Ktoś miał koc i tym zasłonięto ten róg z kubłem dla większej prywatności. Aby mieć wodę, musieliśmy topić śnieg. Tylko na niektórych stacjach można było dostać kubek gorącej wody, ale pociąg zatrzymywał się zbyt krótko, żeby można było tej wody dostać. Zdarzały się wypadki, że ludzie, czekając w ogonku, nie zdążyli wrócić do wagonu i tam już pozostali. O nich potem nie było nic wiadomo.

Jeśli możesz wspomóż nasze wydawnictwo

Nasza podróż na Ural trwała przeszło miesiąc, w bydlęcych wagonach, a temperatura utrzymywała się na poziomie 30-40 stopni Celsjusza. Po naszym odjeździe nasza babcia poszła z kuzynem do naszego domu i chcieli jakoś zabezpieczyć to, co pozostawiliśmy. Mój brat Tadzio nie był wtedy w domu, był w szkole w odległym mieście. Po zajęciu wschodnich terenów, Sowieci pozamykali wszystkie szkoły i dlatego mój brat wrócił do domu piechotą i zaczął z pomocą babci i wujka prowadzić gospodarkę. Niestety, nie było to możliwe, bo wszystkie narzędzia rolnicze zostały rozkradzione.

Kiedy Niemcy rozpoczęli wojnę ze Związkiem Radzieckim, doszli w nasze strony bardzo szybko i zaraz zaczęli łapać wszystkich młodych ludzi i wysyłać do Niemiec na roboty. W Niemczech wszyscy zdolni do noszenia broni byli w wojsku i dlatego ludzie z Polski, Rosji i innych okupowanych krajów musieli zająć ich miejsce i pracować na roli albo w fabrykach. Tadzio nie chciał jechać do Niemiec, więc przyłączył się do miejscowej armii podziemnej. Początkowo Niemcy mieli wielką przewagę nad Armią Czerwoną, dlatego Stalin zdecydował użyć polskich wysiedleńców, którzy pozostali przy życiu, do pomocy w wojnie z Niemcami.
Jak już pisałam, po przeszło miesiącu podróży zmęczeni, głodni i wymarznięci przyjechaliśmy na Ural w okręgu Czelabińsk w północnych górach Uralu. Każda rodzina dostała jeden pokój w baraku, w którym świeciły jedynie puste ściany. Był tylko jeden piec na drzewo, który służył do gotowania i ogrzewania. Nie było łóżek, wszyscy dorośli i dzieci musieli spać na lodowatej ziemi. Można sobie wyobrazić spanie na gołej ziemi bez pościeli i ubrania dostosowanego do tych warunków.

Ten obóz, gdzie my mieszkaliśmy był kiedyś więzieniem. Nie było tu nawet urządzeń higienicznych. W tym rejonie nie było dróg a jedynym połączeniem ze światem to podróż po torach kolejowych piechotą do najbliższego miasteczka. Dzisiaj nie mogę się nadziwić, jak mimo wszystko mogliśmy tam żyć i przetrzymać.
Zaraz po przyjeździe do tego obozu ojciec, mama i starszy brat Staszek musieli iść do pracy w kopalni rudy żelaza. Mama nigdy poprzednio nie pracowała, a zwłaszcza w takich warunkach, mdlała w windzie ze strachu. Na szczęście zarządca kopalni wziął ją do sprzątania biura i zastępowania go w czasie jego nieobecności. Brat Mietek miał pod opieką konia zarządcy. Woził go, kiedy zaszła jakaś potrzeba. Ja musiałam chodzić do szkoły. Wieczorami, a nawet bardzo wcześnie rano, wystawałam w kolejce mając nadzieję, że może uda mi się coś kupić do zjedzenia, kiedy przywieźli do miejscowego sklepu. Podobnie było z wypłatą za pracę dla ojca i brata. Czasem udało mi się otrzymać kilka rubli, nigdy całej zapłaty. O kupieniu mleka czy mięsa, nie było mowy. Czasami udało mi się kupić soloną lub wędzoną rybę, albo na pół zmarzniętych ziemniaków, ale też nie za każdym razem.

Wspomniałam wcześniej, że od urodzenia byłam cichym, potulnym dzieckiem, a tutaj w tych warunkach, bardzo szybko się zmieniłam. Nie było mi dziwne wystawanie w kolejkach, czy pokonywanie odległości w czasie tych okropnych mrozów do miasta w nadziei, że może sprzedam jedną z sukienek mamy. Sprzedając, musiałam trzymać sukienkę aż dostałam do ręki pieniądze. Zazwyczaj udawało mi się kupić ziemniaków, ogórków albo zmarzniętej kapusty. Tylko raz udało mi się kupić małych ciasteczek. Jaka to była wtedy radość! Gdyby nie te sukienki mamy, które ten żołnierz wrzucił wtedy na sanie, na pewno pomarlibyśmy z głodu. Nie mogę sobie teraz wyobrazić, jak ja wtedy jako dziecko mogłam stać w kolejce pół nocy by coś kupić, a często nie kupiłam nic.

Jak już wszystko wysprzedaliśmy, pozostał jedynie ojca piękny zegarek kieszonkowy. W tamtych czasach mężczyźni nosili takie zegarki na złotych łańcuszkach, przypiętych do pętelki w kamizelce, żeby tego zegarka nie upuścić, bo wtedy mógłby się uszkodzić. Ofiarowałam się pójść i sprzedać ten zegarek, ale ojciec myślał, że jestem za mała i mogą mnie oszukać. Poszedł sam. Po jakimś czasie przychodzi ze spuszczoną głową. Ktoś chciał ten zegarek zobaczyć, więc ojciec dał mu do ręki, a ten z zegarkiem uciekł.

Ten spryciarz tak szybko się ulotnił z tym zegarkiem, a była to dla nas ostatnia rzecz do spieniężenia. Od tego czasu pozostały nam jedynie zarobione ruble, ale aby je otrzymać musiałam stać w kolejkach. Żaden z robotników nigdy nie otrzymał pełnej, należnej zapłaty. Było dobrze, jeśli dostał połowę. Jak przyszłam ze szkoły, to musiałam szybko biegnąć i stać przy okienku w nadziei, że może dostanę kilka rubli. Górnicy zazwyczaj po skończonej zmianie pchali się do tego okienka. Byłam mała i zazwyczaj wciskałam się między nogami tych ludzi i w ten sposób byłam bliżej okienka. Pewnego razu już wsadziłam rękę do okienka, a kasjerka zamykając okienko przytrzasnęła mi rękę. Krzyknęłam z bólu a kasjerka ponownie otwarła okienko i widząc mnie płaczącą dała mi kilka rubli więcej. Tych pieniędzy było zawsze za mało na kupno czegoś, ale żywności w sklepie też było niewiele. Pomimo tych wszystkich trudności jakoś radziliśmy sobie. Na szczęście nasz ojciec był zawsze zaradnym i czasami przynosił nam kawałek chleba albo solonej ryby. Ja musiałam chodzić do szkoły, i to dosyć oddalonej, często głodna. Zawsze lubiłam szkołę, nawet teraz, pomimo tak ciężkich warunków, uczęszczałam, a nawet bardzo szybko nauczyłam się języka rosyjskiego. Dawniej zawsze lubiłam czytać książki, ale teraz nie było książek ani czasu na czytanie. Pracowaliśmy wszyscy ponad siły i często kładliśmy się spać głodni. W kopalni nie było ustalonych godzin i ludzie musieli pracować aż „stójka” zadecydował, czy czas iść do domu. Zima dawała się wszystkim we znaki. Minus 40 stopni Celsjusza było normą; nie mieliśmy odpowiedniego ubrania dostosowanego do tak surowego klimatu. Po wodę trzeba było iść przeszło kilometr z wiaderkiem, by przynieść tej zamarzniętej wody, a nawet czasem ręce przymarzały do wiaderka. Brakowało ciepłych butów, skarpet i rękawic. Pierwszej zimy w tym ”raju” zachorowałam na zapalenie płuc. Nie było doktora ani żadnych lekarstw.

goniec.net

piątek, 21 wrzesień 2018 05:23

Byłem w Polsce (24)

Napisane przez

Braniecki1918 01Ale przepraszam, bo daleko odbiegłem od tematu! Jak zwykle gubię się w dygresjach, ale czasami nie mogę sobie odmówić trochę szerszego spojrzenia na fakty.
A fakty były takie, że byliśmy zachwyceni Wybrzeżem!

Kiedyś sądziłem, że najlepiej podróżować późnym listopadem, albo na przełomie lutego i marca, ale wygląda na to, że wielu myśli podobnie i na przykład Trójmiasto o każdej porze roku jest pełne ludzi. Nie ma czasu na nudę.

Cóż z tego skoro znowu musieliśmy pędzić z powrotem do Warszawy, bo sprawy wołały.

A wołały dlatego, że z mamą nie tylko nie było lepiej, ale wręcz gorzej bo gips na ramieniu ciążył jej jak kajdany i pogłębiał depresję i tęsknotę do śmierci.
Co można zrobić? Znowu próbowałem rozmawiać z lekarzem, ale wynik był taki jak poprzednio.

-Czy ma pan postanowienie o ubezwłasnowolnieniu mamy?

-Nic podobnego.

-No widzi pan. Mama decyduje o sobie.

-Naturalnie, ale widzi pan, że nie może mówić, a gips jest dla niej niepotrzebną torturą. Czy nie można by założyć bardziej ludzkiego usztywnienia?

Coś mi się przypominało, że widziałem takie usztywniające rękawy w Kanadzie, ale nie byłem pewny. Chodziło nam głównie o ulżenie starej osobie.

Lekarz zareagował tak jak poprzednio.

-Z medycznego punktu widzenia gips jest niezbędny!

A mama cierpiała.

Przypomniała mi się w związku z tym pewna historia.

Miałem kiedyś kolegę, który był dobrym kardiologiem i miał ojca - nałogowego palacza. Ojciec miał już blisko dziewięćdziesiątki, ale palił jak smok - jeden od drugiego.

Jego domowy lekarz wywarł na niego presję, żeby rzucił palenie, ale ten, chociaż starał się iść za tym wskazaniem, męczył się przeokropnie. Syn -kardiolog przyjechał na święta, zbadał ojca, popatrzył na jego mękę, podał mu paczkę papierosów i powiedział:

-Niech sobie tatuś zapali!

-Synku, ale mój lekarz powiedział, że...

-Proszę o tym nie myśleć! Proszę sobie spokojnie zapalić!

Ojciec zapalił i był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie! Umarł w parę lat potem na uwiąd starczy. Umierając kazał sobie zapalić papierosa i syn-kardiolog zrobił to spokojnie i bez wahania.

-Dziękuję Bogu, że dał mi takiego synka!

To były jedne z ostatnich słów szczęśliwego staruszka.

Zakazy, nakazy, kilogramy wmuszanych lekarstw i całe to “pastwienie się” nad starymi ludźmi zawsze było dla mnie zagadką!

Piszę te moje polskie refleksje na bieżąco i często gęsto nie sprawdzam tego co napisałem parę dni wcześniej. Wiem, że czasami obiecuję “wrócić do tego później”. Dziś chcę nawiązać do jednej z tych obietnic.

Zanim to jednak zrobię jeszcze dwa słowa o gipsach, lekarstwach i lekarskim podejściu do starych ludzi. Niezależnie od moich opinii, trzeba przyznać, że w ogromnej większości lekarze są wspaniałymi ludźmi. Zrozumiałe jest, że mają swoje przepisy i muszą się ich trzymać a moje opinie są w tej materii bardzo subiektywne. Ale taki już jestem.

Mnie się wydaje, że z mlekiem matki wyssałem pewną awersję wobec lekarzy. Moja mama nigdy nie chodziła do lekarza, troje dzieci urodziła w domu i nie pamiętam żeby się na coś skarżyła. Jasne, że zdarzało się jej chorować, ale jakoś sama dawała sobie z tym radę.

Chyba podobnie jest ze mną, jakkolwiek wiele razy spotkałem się z zarzutami, że “mówię jak ciemny chłop ze wsi”, albo że jestem “hipokrytą”, bo chodzę na przykład do dentysty itp.

Wszystko to prawda, niemniej moja niechęć do lekarzy pozostaje niezmieniona. Co ja na to poradzę? Proszę mnie mieć za wytłumaczonego!

A teraz wracam do rzeczy.

Szczerze powiem, że prędzej bym się wywozu na Sybir spodziewał niż tego, że będę “zagranicznym” turystą we własnym kraju.

W gruncie rzeczy nie planowałem żadnej emigracji. Tak się po prostu ułożyło. Co prawda miałem kiedyś małe ciągotki wyjazdowe, ale jakoś minęły. To było w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych kiedy przy jakiejś okazji znalazłem się na Zachodzie i sprawy zaczęły zmierzać w kierunku pozostania tam na stałe. Coś tam zaczęło kiełkować. Szybko to jednak porzuciłem, wróciłem do domu i z przyjemnością zanurzyłem się w entuzjazm nowego. To nowe to był głęboki oddech po gomułkowskiej szarości.

Gierek przynosił świeżość spojrzenia. Tak to wtedy widziałem i czułem.

Przypominają mi się tutaj wspomnienia dość znanego, po wojnie, działacza gospodarczego Henryka Różańskiego, który w pierwszych powojennych latach był rewindykatorem polskiego mienia zagrabionego przez Sowietów. A była tego nieprzeliczona ilość.

Całe fabryki, parki maszynowe, tabory kolejowe i wszystko co mogło mieć wartość było wywożone do Związku Sowieckiego.

Sowieci argumentowali, że biorą mienie poniemieckie, które należy się im jak psu kość, ale w wielu przypadkach kradli nasze, polskie, bez oglądania się na racje. Różański walczył o to zębami i pazurami. Oczywiście na tyle na ile mu pozwolono.

W swoich wspomnieniach pisze tak:

“Przedstawiam wydarzenia tak, jak je odbierałem, przeżyłem i zapamiętałem... Odzwierciedlają więc one mój punkt widzenia i to taki, jakim był wtedy gdy się rozgrywały. Nie poddaję ich żadnej korekcie z punktu mojego dzisiejszego widzenia pewnych spraw”.

I ja też - podobnie jak on - piszę o pierwszej połowie dekady lat siedemdziesiątych tak jak ją wtedy widziałem, a widziałem ją jako dobrą. Dobrą i obiecującą.
Tak dla Polski jak i dla mojego pokolenia.

Mało tego. Byłem dumny z tego, że buduje się Trasę Łazienkowską, Zamek Królewski, Hutę Katowice i tyle innych. Zresztą nie tylko to. W sumie wszyscy, którzy wchodziliśmy wtedy na rynek pracy byliśmy pełni energii i zapału. Chcieliśmy robić kariery, urządzać się i po prostu dobrze żyć. A czy mogło być inaczej?
Jednak w drugiej połowie dekady, a dokładniej po czerwcu 1976 zrozumiałem, że jestem jak biedny, otumaniony chomik, który w swoim obłąkańczym biegu w plastikowym kółku, nie dociera do żadnego celu.

Spotykałem się wtedy z moimi kolegami i rozmowom i dyskusjom nie było końca, ale czuło się, że wielu z nas opadły skrzydła i “świeżość poranka” należy do przeszłości. Wtedy też zaczęło się mówić “ten kraj”.

“Ja w tym kraju na pewno nie będę sobie życia marnował!” - słyszało się tu i tam.

Inna rzecz, że to już było parę lat po skończeniu studiów i ten i ów zdążył się jakoś urządzić, mieszkanko umeblować, fiacika kupić, a co najważniejsze miał żonkę jeśli nie w pierwszej, to w drugiej ciąży.

Niektórzy złapali wiatr kariery w żagle i parli do przodu.

I to był czas życiowych decyzji. Jechać, nie jechać.

No więc wyjechaliśmy. Chcieliśmy zacząć inny etap. W nowym środowisku, nowym kraju i nowym systemie.

Pierwszy raz przyjechałem na małą wizytkę do Polski po długim, prawie dwudziestoletnim okresie, ale ten czas był dla mnie bez porównania dłuższy niż ilość lat! To było tak jakbym przekroczył całą epokę! Ostatecznie wracałem do kompletnie innego kraju, który teraz należał do NATO a nie Paktu Warszawskiego, do Unii Europejskiej, a nie RWPG, gdzie obowiązującym systemem była gospodarka wolnorynkowa, a nie scentralizowana planowa i tak dalej!

To był przeskok, który zatykał dech w piersiach!

Moje ostatnie przyjazdy były już łagodniejsze, bo wiedziałem czego się trzymać i oczekiwać, ale ten pierwszy był prawdziwym wstrząsem.

Dlatego moje polskie wspomnienia muszą objąć także i tę pierwszą wizytę, która trwała zaledwie pięć dni, ale chyba najbardziej utkwiła mi w pamięci.

Chodziłem wtedy warszawskimi ulicami jak szalony, bo w ciągu tych krótkich dni chciałem zobaczyć jak najwięcej. I właśnie wtedy - najzupełniej przypadkowo - natknąłem się na Stanisława Manturzewskiego, którego poznałem wiele lat wcześniej, prowadziłem z nim podówczas ożywione rozmowy i dyskusje.

Ten Manturzewski był interesującym człowiekiem, dużo starszym ode mnie. Wspominałem go trochę wcześniej przy okazji opisywania mojej wędrówki po Starówce. Obiecałem, że napiszę jeszcze o nim. No więc mimo różnicy wieku byliśmy na ty. Trochę socjolog, trochę reżyser, scenarzysta, pisarz. Nakręcił parę filmów.

niedziela, 16 wrzesień 2018 23:39

Historia naszych przeżyć (1-2)

Napisane przez

Zapraszamy do lektury wspomnień Państwa Władka i Jadzi Aksamit, mieszkających w Belleville w Ontario. To kolejna niesamowicie ciekawa historia polskich losów, mianowicie państwo Aksamit poznali się w Szkocji, gdzie pani Jadwiga Czuło trafiła po całej epopei, bo z rodziną została wywieziona na Syberię, za Czelabińsk. Stamtąd dotarła do Armii Andersa, stamtąd chora została wywieziona przez Morze Kaspijskie razem z wojskiem do Persji, potem do Palestyny, a stamtąd z kolei obóz w Rodezji w Afryce. Potem przyjechała do Szkocji, gdzie poznała swojego męża Władysława Aksamit, który z kolei po wywiezieniu z Krakowa na roboty do Niemiec, znalazł się we Francji i tam po wyzwoleniu wstąpił do Wojska Polskiego. Zapraszamy do lektury „Historii naszych przeżyć”.

I
Jadwiga Czuło

Przez długi czas zbierałam się do napisania historii moich przeżyć. Wiele szczegółów już nie pamiętam, ale postaram się opisać wszystko tak, jak pamiętam. Jest to historia moich radosnych dziecięcych lat, mojej rodziny, wojny, wysiedlenia, nadludzkich cierpień na Uralu, wyzwolenia i następnych pogodniejszych i lepszych lat. Piszę te wspomnienia dla mojej rodziny, przyjaciół i wreszcie dla siebie samej, by nie zapomnieć tego wszystkiego, co przeżyłam.
Polska była krajem, który po przeszło 130 latach rozbioru przez Rosję, Prusy i Cesarstwo Austriackie, po I wojnie światowej odzyskał wolność. Sąsiedzi Polski byli naszymi odwiecznymi wrogami, zawsze gotowi do rozdarcia naszego kraju.
Nasz ojciec urodził się w okolicach Krakowa, pod zaborem austriackim. Po wybuchu pierwszej wojny światowej jako 17-letni chłopak wstąpił do Legionów Józefa Piłsudskiego. W czasie wojny służył w artylerii, a później brał udział w walkach z Armią Czerwoną. Po zakończeniu działań wojennych w 1920 roku wojska polskie zatrzymały się na wschodnich terenach. Większość żołnierzy pozostała tam, również z nimi nasz ojciec. Rząd Polski dał tym byłym legionistom po 20 hektarów ziemi i materiały na budowę domów i zabudowań gospodarczych. Ziemie te były opuszczone przez byłych rosyjskich bogaczy, którzy po rewolucji październikowej byli albo wywiezieni, albo rozstrzelani przez nowe władze komunistyczne, które objęły władzę w Rosji.
Byli polscy żołnierze mieli szanse dokończenia szkół przerwanych przez wojnę. Nasz ojciec wziął kurs buchalterii i księgowości. Później prowadził miejscową placówkę Kasy Stefczyka. Pozycja ta dawała mu lepsze zarobki, a także poszanowanie okolicznej ludności. Pracując w kasie, a także prowadząc gospodarstwo rolne, miał wiele obowiązków. Tu ojciec poznał miejscową dziewczynę i po niedługim czasie wzięli ślub, w listopadzie 1921 roku.
Ja, Jadwiga Czuło, urodziłam się 20 kwietnia 1929 roku w Rogoźnicy w Polsce. Byłam czwartą z rzędu w rodzinie i pierwszą dziewczynką po braciach, Staszku, Tadziu i Mietku. Od urodzenia byłam chorowitym dzieckiem. Nawet doszło do tego, że mama i sąsiedzi zgromadzili się koło mojego łóżeczka i modlili się, myśląc, że już umarłam. Ojciec jeszcze zdążył przyjechać z doktorem z miasta, który jakimś cudem odratował mnie. Po mnie jeszcze przyszli na świat siostra Helenka, brat Franek i najmłodsza Marysia.


Nasz dom, który ojciec pobudował, był bardzo ładny. Dom był zbudowany z drewna, ale otynkowany z zewnątrz. Główne wejście było obszerne, ale nieużywane zbyt często. Duża sień prowadziła bezpośrednio do kuchni. Oprócz tego były jeszcze cztery pokoje. Kuchnia była najważniejszym miejscem, tu wszyscy jedli, bawiliśmy się, odrabiali lekcje, a nawet spali.
Pokój, w którym ojciec trzymał książki, był bardzo ważnym miejscem, z dużym biurkiem, kasą, i półkami pełnymi książek. W tych czasach ludzie zaczynali się odbudowywać i zawsze przychodzili do ojca po pożyczki albo spłacali raty. Trzeci pokój był naszą jadalnią. Jadalnia była używana tylko na specjalne okazje, tak jak np. wigilia Bożego Narodzenia, albo wtedy, kiedy jakiś inspektor przychodził sprawdzać ojca książki. Po raz ostatni, jak pamiętam, ten pokój był użyty z okazji chrzcin mojej najmłodszej siostry, Marysi. Ja miałam wtedy 10 lat. Na tę okazję ja i Hela musiałyśmy „szlifować” podłogę. To szlifowanie było bardzo ciężkie, tak że musiałyśmy się ciężko napracować. Ostatni pokój to była sypialnia rodziców, w nim dwa podwójne łóżka i szafy na ubrania. W tym pokoju odmawialiśmy nasze wieczorne modlitwy.
Nasze budynki gospodarskie były bardzo dobrze zaplanowane, w wielkim kwadracie. Duża brama od drogi, po prawej stronie był nasz dom, a naprzeciw duży budynek, gdzie magazynowaliśmy nasze plony. Wzdłuż tego była letnia kuchnia. Był to duży budynek z bloków cementowych, przedzielony na dwie części, gdzie także trzymaliśmy mąkę i mięso. W tych czasach nie było dzisiejszych lodówek i zamrażaczy; aby mięso się nie psuło, musiało być solone albo wędzone. Tam też był duży piec do pieczenia chleba. Pamiętam, jak mama piekła sześć dużych bochenków chleba każdego tygodnia. Tam też piekła rozmaite ciastka i kołacze na święta. Wracając ze szkoły, z daleka dolatywał zapach pieczonego podpłomyka, który zaraz zjadaliśmy, póki był ciepły, a najlepiej smakował z masłem. Był jeszcze jeden duży budynek, gdzie trzymaliśmy nasze konie, krowy i świnie. Mieliśmy także kurnik na kury i inne ptactwo domowe. Wielka stodoła na siano i zboże, zanim było wymłócone, a potem słomę na zimę. W środku tego było podwórze, które my, dzieci, musiałyśmy często w lecie zamiatać.
Nasza okolica była płaszczyzną. To był kraj rolniczy. Kilka drzew tu i tam, ale nie mieliśmy większych lasów ani fabryk. Ludzie utrzymywali się tylko z rolnictwa. Na naszej ziemi uprawiane były: zboża, ziemniaki i inne warzywa. Ojciec miał także plantację tytoniu. Do pracy na roli ojciec miał parę koni tak pięknych, że ludzie z całej okolicy nam zazdrościli.

Podobnie jak ojciec, mój brat Mietek też był zakochany w koniach. Wszystkie wolne chwile spędzał przy koniach.
Powodziło się nam bardzo dobrze, ale okoliczni ludzie ledwo wiązali koniec z końcem. Ojciec zawsze starał się najmować ludzi do pomocy w pracach na roli, a specjalnie przy tytoniu. Mama miała zawsze dziewczynę do pomocy w kuchni.
Będąc najstarszą dziewczyną w rodzinie, i do tego chorowitą, byłam trochę rozpieszczana i traktowana łagodniej, a specjalnie przez braci. Pamiętali, że niewiele brakowało, żeby nie było mnie wśród nich. Powodem moich chorób była alergia na mleko. Mama karmiła mnie wtedy wodą i innymi kaszkami. Do dziś dnia nie mogę pić mleka. Możecie sobie wyobrazić życie na farmie bez mleka?! Jednak musiałam się przyzwyczaić do wody i kaszek ryżowych. Zawsze wolę ryż bardziej niż ziemniaki. Pamiętam, jak idąc ze szkoły, umyśliłam sobie, że będzie ryż na obiad. Bardzo byłam zawiedziona, gdy na stole były ziemniaki zamiast ryżu, i nie chciałam jeść obiadu. Mięso było rzadkością, jedynie w zimie zabijaliśmy świnię, a mięso łatwiej było uchronić od popsucia.
Kiedy urodziła się siostra Helenka, miałam dwa latka. Od najmłodszych lat Helenka lubiła pracować w kuchni. Ja natomiast się starałam gdzieś ukryć, żeby tylko nie pomagać nic w kuchni. Bardzo natomiast lubiłam książki. Interesowały mnie nawet książki kasowe i często przypatrywałam się, jak ojciec prowadził biuro, pisząc ręcznie. Specjalnym moim zainteresowaniem było patrzeć, jak ojciec dodawał i odejmował, używając dawnych drewnianych liczydeł.
Nasze dziecięce lata były radosne. To prawda, że nie mieliśmy zabawek tak wiele jak dzisiaj. Robiłyśmy sobie lalki ze szmatek, a chłopaki strugali łyżwy z drewna. Bawiliśmy się w sklep albo w szkołę. Nasi starsi bracia, chcąc się nas pozbyć, kazali się nam chować, że będą nas szukać. Jak usłuchałyśmy i pochowałyśmy się, to oni się gdzieś ulatniali i musiałyśmy bawić się same.
Lato cieszyło nas bardziej niż zima. Grywaliśmy w coś podobnego do dzisiejszego palanta. Kopaliśmy też dołki w ziemi i staraliśmy się tam wpędzić jabłko. To było nieco podobne do golfa. W zimie mieliśmy łyżwy i narty. Specjalną uciechą było obwinięcie się płaszczem i zjeżdżanie na dół z góry bez sanek i bez nart. W naszym gospodarstwie był wielki sad.
Lubiłam szkołę. Uczyłam się bardzo dobrze.
Wielką uciechą było, wracając ze szkoły zwłaszcza na wiosnę, iść przez pastwisko boso przez wodę i błoto, a potem otrzymywaliśmy burę od mamy za pobrudzenie nóg. Blisko szkoły było wielkie drzewo, a na nim bociany miały gniazdo. Bałam się, że bocian mnie porwie i gdzieś poniesie. Tak dorastaliśmy, nie spodziewając się, jak okrutny nas czeka los.
1 września 1939 roku Niemcy zaatakowali nasz kraj. Polska, będąc raczej małym krajem, znalazła się zdana na łaskę losu, zwłaszcza że kilkanaście dni później Sowieci wkroczyli w nasze wschodnie tereny. Po kilku tygodniach oporu Polska musiała się poddać.
Nasze tereny były położone na wschodnich rubieżach, blisko rosyjskiej granicy, znaleźliśmy się pod rosyjską okupacją. My, dzieci, dowiedzieliśmy się o wojnie, kiedy dwa niemieckie samoloty bombardowały pobliską stację kolejową. Po pierwszy raz zobaczyliśmy samoloty. Zaczęliśmy biegać po polu i machać rękami do tych samolotów. Ale Niemiec, zobaczywszy nas, zawrócił i zaczął strzelać do nas. Ojciec narobił krzyku i kazał się nam pochować. To były początki naszego okrutnego losu.
Zanim Armia Czerwona doszła w nasze okolice, miejscowi ludzie zaczęli terroryzować i rabować nas. A działo się tak dlatego, ponieważ ojciec miał w domu kasę i książki rachunkowe, które oni chcieli zniszczyć, aby nie było dowodów, ile kto był winien. Aresztowali ojca, ale po kilku dniach wypuścili. Prawie codziennie ktoś przychodził z karabinem na sznurku, ustawiał nas pod ścianą i brał, co mu się podobało. Zabrali radio, zastawę ze stołu, a nawet pościel. Ojciec miał nowy rower, więc poodkręcał pedały, by był niesprawny, ale oni nawet taki też zabrali. Nasz piec kuchenny miał dookoła gałki mosiężne na ozdobę, myśleli, że to jest złoto, i też zabrali. Początkowo baliśmy się bardzo, ale po czasie przyzwyczailiśmy się do tego i widząc, że ktoś idzie, sami ustawialiśmy się pod ścianą.
Ojca aresztowano kilka razy, aż wreszcie widząc, że ktoś idzie, wymykał się gdzieś w pole. Właściciela pobliskiego folwarku zabrali, wyprowadzili w pole i zastrzelili. Ojciec nie chciał, aby spotkało go to samo. Tak było przez kilka miesięcy. Pewnej nocy zbudziło nas pukanie do okna. Ktoś z uczciwych ludzi przybiegł i pobudził nas, bo nasze budynki gospodarskie były w ogniu. Wystraszyłam się wtedy tak, że do dziś dnia wyglądam przez okno, zanim pójdę spać, aby się upewnić, że nic się nie pali w okolicy. Głównym ich zadaniem było, żeby nas podpalić i zniszczyć wszystkie dokumenty kasowe, jakie ojciec posiadał, jako kierownik miejscowej kasy.
10 lutego 1940 roku, w czasie największych mrozów, wczesnym rankiem zbudziło nas walenie kolbą do drzwi. Przyszli znowu ludzie, ale tym razem przyszedł także żołnierz sowiecki. Jak zwykle ustawiliśmy się pod ścianą, ale żołnierz kazał nam się ubierać, bo pojedziemy w lepsze miejsce. Mam, prosiła żołnierza, żeby nas nie zabierali, ale raczej zastrzelili nas na miejscu, ale on kazał mamie się pakować i wynosić wszystko na sanie czekające przed domem. Brat Staszek nie stracił głowy, ale zaczął pomagać temu żołnierzowi i wynosić wszystko, co popadło, i nawet stary rower, który stał pod ścianą, wrzucił na sanie. Te rzeczy były później niemal zbawienne. Za ten stary rower np. kobieta na Uralu dawała codziennie litr koziego mleka dla małej, kilkumiesięcznej Marysi. Dotychczas Marysia musiała się zadowolić tym, że mama zawijała kawałek cukru w szmatkę i dawała jej ssać. Ten cukier utrzymywał naszą siostrzyczkę przy życiu.
Ojciec, widząc żołnierza i ludzi, nie wiedział, co się dzieje, i jak zwykle ulotnił się tylnymi drzwiami. Obawiał się, że mogą wyprowadzić go w pole i zastrzelić. Jednak później zorientował się i wrócił do nas na stację, dokąd nas zawieziono. Bardzo dobrze, że ojciec do nas dołączył, bez niego nie byłoby łatwo pokonywać trudności w czasie naszego wygnania. Na stacji kolejowej spotkaliśmy naszych sąsiadów, osadników, którzy jak i my dzielili nasz los. Następnie wpakowano nas do bydlęcych wagonów, jak zwierzęta. To był początek naszej podróży w nieznane.



piątek, 14 wrzesień 2018 08:30

Byłem w Polsce (23)

Napisane przez

Braniecki1918 01Prawdę mówiąc, mieszkałem wtedy nie w Sopocie, lecz we Władysławowie, i do Sopotu dojeżdżałem kolejką, ale w czasie weekendów zostawałem aż do poniedziałku rano i najwcześniejszym pociągiem wracałem do Władysławowa. 

        Uczestniczyłem wtedy w kursie językowym zorganizowanym przez Szkołę Nauki Języków Obcych „Lingwista”, którą prowadziła pani Zofia Bastgen. W tamtym czasie była dość znaną tłumaczką, pisarką i felietonistką. Zapisałem się na trzy kursy, w wyniku czego spędziłem tam wtedy sześć tygodni i, szczerze mówiąc, nie żałowałem. Atrakcji było co niemiara, bo kursy były koedukacyjne, czasu było sporo, plaża całkiem ładna, no i mieliśmy zupełną swobodę wyjazdów do Trójmiasta. Był tylko jeden warunek, a mianowicie taki, że nawet poza codziennymi lekcjami trzeba było, między sobą, mówić w obcym języku. Kto był na francuskim, to po francusku, a kto był na angielskim, to po angielsku. 

        Może bym nawet na te wakacyjne kursy nie pojechał, bo ostatecznie kto sobie chce rujnować wakacje, ale uległem namowom ojca i raz jeszcze powtórzę – nie żałowałem! Ani przez sekundę! 

        Nie ulega kwestii, że obecność dziewczyn była najważniejsza. Nauka i owszem, ale wszystko to rozmywało się jakoś na wieczornych potańcówkach, wyjazdach do Non-Stopu i na plaży. 

        Tuż obok był sportowy ośrodek Cetniewo, gdzie akurat nagrywano film „Bokser” z Danielem Olbrychskim, Leszkiem Drogoszem, Lutkiewiczem i całą plejadą ówczesnych aktorów. Chodziliśmy więc tam wieczorami trochę popatrzeć, a trochę dla samych spacerów, bo przecież wiadomo, że nie ma nic piękniejszego niż „morza szum, ptaków śpiew...”.

        Jednym z naszych nauczycieli, który uczył nas angielskiego, był przeciekawy człowiek – Karol Mortimer – poliglota. To był starszy mężczyzna, który miał niebywałe zdolności językowe, bo biegle mówił coś sześcioma językami – z tym że angielskim lepiej niż polskim. Urodzony w Anglii – z matki Polki i ojca Anglika – na naszym kursie zastępował nauczyciela, który akurat zachorował. On sam nie miał nic wspólnego z nauczaniem, tyle tylko, że doskonale mówił po angielsku. Czasem trudno w ostatniej chwili znaleźć zastępstwo, więc wzięto go trochę „z przypadku”. Pani Bastgen nie chciała czy nie mogła odwoływać zaplanowanych kursów, więc postarała się o takie zastępstwo. 

        I ten przypadek okazał się czystym błogosławieństwem, bo pan Karol był niesłychanie ciekawym człowiekiem, a przede wszystkim doskonałym lektorem. Nie można było sobie wyobrazić lepszego! Miał chyba wrodzoną kapitalną zdolność uczenia i nawet największe nudziarstwo, jakim jest gramatyka, w jego wydaniu wydawało się interesujące. Wiele razy powtarzał, że znajomość języków była jego największym kapitałem, a nawet zdarzyło się, że parę razy uratowała mu życie. Przytaczał różne przykłady, głównie z czasów wojny, nie tylko tej wielkiej, światowej, w czasie której walczył w Afryce, ale także z czasów późniejszych, bo jak się okazało, brał udział w zapomnianych konfliktach, w których zaangażowana była Wielka Brytania, a gdzie on był potrzebny jako tłumacz. 

        Jego opowiadania mogły stanowić kanwę dla filmu lub książki, a przedstawiał je piękną angielszczyzną, akcentując to, co z punktu widzenia nauki języka było istotne. 

        W pewnym sensie przypominał mi mojego dziadzia, który zawsze powtarzał, że znajomość języków jest jednym z najważniejszych elementów edukacji dziecka. Tak był zresztą sam wychowany.

        Właśnie dzięki tej znajomości języków, po katastrofie 1939, kiedy to niezwyciężona Armia Czerwona wkroczyła na teren jego podolskiego gospodarstwa i pozbawiła wszystkiego, co posiadał, utrzymał jakoś głowę na powierzchni wody, a po wojnie mógł zarobić na utrzymanie rodziny.

        Wakacje we Władysławowie miały jednak jedną dość przykrą wadę, a mianowicie tę, że nad całym miasteczkiem unosił się paskudny zapach produkowanej gdzieś w pobliżu mączki rybnej. Gdy jechało się w kierunku Helu, zapach mijał.

        Teraz, w czasie naszego ekspresowego wypadu z Warszawy, nie mogłem nie pojechać w te strony. Ku mojemu ogromnemu zadowoleniu fetor mączki rybnej zginął, ale wraz z nim zginęło także wiele znajomych miejsc, bo wszystko zarosło, nowe domy zmieniły wygląd ulic i nawet plaże wyglądały inaczej. Zupełnie inaczej niż w Sopocie.

        Jechaliśmy z moją Żoną wzdłuż półwyspu, aż na sam „koniec Polski”, gdzie wokół cypla wody otwartego Bałtyku wlewają się do Zatoki. Mimo mojego „południowego” pochodzenia morze zawsze miało dla mnie ogromnie dużo czaru, który wzmagał się, gdy czułem zapach nasączonego smołą drewna. Ten zapach kojarzył mi się z portem, zacumowanymi statkami, dalekimi rejsami i czarem wyrwania się w daleki świat!  W takich momentach stawałem się jednym z bohaterów mojej ukochanej książki Stevensona „Wyspa skarbów”. Byłem więc Billym Bonesem albo Długim Johnem Silverem czy Israelem Handsem, walczyłem na noże na skwarnych Wyspach Żółwich, piłem rum i w ogóle byłem piratem szukającym skarbów.

        Jakby na moje specjalne zamówienie właśnie na Helu zdarzyło mi się usłyszeć zapomnianą historię, która w swoim czasie elektryzowała prawie cały świat. W czasie dobrego lunchu w restauracji – nomen omen – „Captain Morgan” rozmawialiśmy z jednym ze stałych bywalców, który opowiadał o gdyńskim porcie. Wśród wielu wspomnień przypomniał całkiem niedawną wizytę wycieczkowego statku MV „Aurora”, który wcześniej nazywał się „Stockholm” i był jednym z uczestników głośnego zatonięcia statku „Andrea Doria”. Statku wyładowanego dziełami sztuki. I oto dowiedziałem się, że zatonięcie „Andrea Dorii” miało miejsce właśnie po zderzeniu ze „Stockholmem”! A do tego wszystkiego ta słynna katastrofa miała miejsce dokładnie w czasie mojego pierwszego pobytu w Sopocie w 1956 roku, co ostatecznie nic nie znaczyło, ale miło zagrało w mojej wyobraźni.

        Jeśli przyjąć, że miarą cywilizacyjnego rozwoju są ubikacje, to Hel z całą pewnością zmieściłby się w czołówce. Tam bowiem ubikacje są super i wydaje się, że stanowią ważną część miejscowej gospodarki. To jest znakomity biznes, panuje zdrowa konkurencja, reklamy i ogłoszenia są kuszące, ale jednocześnie łagodne, delikatne, a nawet wytworne. 

        „Zapraszamy na chwilkę relaksu! Nasze ubikacje lśnią czystością!”

        Albo:

        „Tu zrobisz tanio!”.

        Albo:

        „Posiedź z nami!”.

        Idąc ulicą, czyta się je z przyjemnością i ogromnym poczuciem bezpieczeństwa. Zresztą żadna z tych reklam nie jest przesadzona. Ubikacje są czyściuteńkie, przytulne i nieustannie odświeżane.

        Jakaż niebotyczna różnica pomiędzy nimi a tą nieszczęsną kloaką na jarmarku w Białej Podlaskiej w 1968 roku, o której pisałem przy okazji wspominania mojej pielgrzymki do Kodnia.

        Ale co ja tu mówię o Białej sprzed pięćdziesięciu lat? Weźmy na przykład rzymską Bazylikę Santa Maria Maggiore! Jakkolwiek by było Bazylikę Większą!  Tamtejsza ubikacja doprowadziła mnie swego czasu do łez! Wyrywam się z tłumu wiernych, bo muszę! Biegnę w panice do kruchty, pytam o ubikację – nikt nic nie wie! Wreszcie ktoś pokazuje – o tak – to tu – w dole. Zbiegam schodami prawie do katakumb, a tu jedna ubikacyjka i długa, koedukacyjna kolejka! A po wejściu? Otwór w posadzce!!! I to nie było przed wiekami, tylko raptem parę lat temu!

        I jeszcze inny kwiatuszek. Studencki akademik w Leningradzie w 1970 r., gdzie zdarzyło mi się być na miesięcznej praktyce. O, tam stanąłem twarzą w twarz z czymś zupełnie nieznanym! Otwarte kabiny! Nie ma drzwi! Co? Jak? Dlaczego? Przecież fundamentem naszej kultury są zamknięte drzwi ubikacji!!! A jednak! A do tego – zamiast toaletowego papieru – na wbitym w ściankę gwoździu parę kartoników lub kawałków grubej gazety, która przy dotknięciu brudziła farbą drukarską. 

        Szło się wzdłuż tych otwartych kabin, dyskretnie odwracając wzrok od siedzących tam ludzi. Czasem coś się jednak widziało. Jedni wczytywali się w zawieszone skrawki gazet z takim skupieniem, jakby czytali najciekawszy romans, a nie fragment sprawozdania z partyjnego posiedzenia komitetu obwodowego, inni machali ręką – niby to z pozdrowieniem, a jeszcze inni mówili wesoło „Zdrawstwujtie! Kak dieła?”.

        Jak higienicznie zakończyć posiedzenie kartonikiem? Albo ociekającą drukarską farbą gazetą? Oto jest pytanie na miarę rozwoju światowego mocarstwa!

        I jeszcze coś smaczniejszego. Ciemna ubikacja! Bywają takie, szczególnie wtedy, gdy zepsuje się jakiś włącznik, stycznik czy coś innego, co powoduje, że światło włącza się dopiero po zamknięciu za sobą drzwi. Wchodzi się, a tu kompletna ciemnia, w której nie widać własnej ręki. 

        Miałem parę takich zwariowanych sytuacji w życiu i każda z nich doprowadzała mnie do klaustrofobicznej paniki! Jeszcze gdy – nie daj Boże – tych zamkniętych drzwi nie można otworzyć, bo w ciemności nie można wymacać zamka, albo ręce trzęsą się ze zdenerwowania, to po prostu wpadam w szaleństwo. W takich chwilach tracę zdolność racjonalnego rozumowania i zdarzyło mi się kiedyś wyłamać całe drzwi z futryną! Ile człowiek ma siły w momencie panicznego lęku, to wyobrażenie przechodzi. Kosztowało mnie to wtedy ładną sumkę i nie pomogły protesty! Drzwi trzeba było wymienić. 

Strona 1 z 41