Goniec

Switch to desktop Register Login

Lektura Gońca (537)

czwartek, 30 czerwiec 2016 14:50

Pamiątki Soplicy (13)

Napisane przez

pamiatki-soplicySICZ ZAPOROSKA

        Ale nic wszakże nie mogło pana Michała oderwać od powabów Ukrainki, która lubo z jego mowy się czasem naśmiewała, nie bez przyjemności spoglądała na ten nowy hołd oddany jej wdziękom. A ja, lubom był równy jemu młodością, przyznam się, że śpiewem bajarza tyle byłem zajęty, że od niego nic mnie oderwać nie mogło. Z niego się dowiedziałem, że Artem Jełowicki, pan czternastu wsi, był marszałkiem dworu księżnej Ostrogskiej i że na czele jej ludzi nadwornych tak się wsławił pod Suczawą przeciw Wołochom, że król Zygmunt ofiarował mu chorąstwo nadworne litewskie; ale że on tego zaszczytu odmówił z powodu, iż księżna Ostrogska bez niego nie da sobie rady; że wzrósłszy na dworze kniazia Ilii, nie godzi mu się opuścić jego wdowy, a wedle Ewangelii dwom panom służyć nie może – jakoż dopiero po jego śmierci książę Dymitr najechał zamek ostrogski; że kniaź Czetwertyński, dziedzic Komajgroda, co był towarzyszem kniaziów Dymitra i Wasila na tym najaździe, był synem Ostafieja, co swoim kosztem utrzymywał pułk Kozaków w służbie Rzeczypospolitej i wielce był jej zasłużonym; że bardzo mu się chciało kasztelanii bracławskiej, którą jemu król przyobiecał. Obietnicy panowie rady uskutecznić nie dopuścili, chcąc jego wprzódy na wiarę rzymską przeciągnąć, aby za jego przykładem wiele szlachty ruskiej się nawróciło. Ale on był syzmatykiem twardym i sobie tego mówić nawet nie pozwalał, i z powodu niedotrzymania słowa był nieco rozjątrzony; o czym patriarcha moskiewski dowiedziawszy się, wyprawił do niego jakiegoś ihumena z propozycjami, by do cara przylgnął, a że za to zostanie nie kasztelanem, ale kniaziem udzielnym bracławskim, i że mu pora pomścić się nad Rzecząpospolitą, co taką niewdzięcznością odpłaca jego zasługi; a on mu na to odpowiedział:

piątek, 24 czerwiec 2016 00:42

PAMIĘĆ (3)

Napisane przez

MIASTO

Warszawa 1946 rok

        Wiosną 1946 r. przenieśliśmy się z lasu do miasta. Z Milechów do Częstochowy. W tym samym czasie pierwszy raz w życiu znalazłem się w Warszawie,  wtedy zburzonej, ale już odbudowywanej. Potem zamieszkałem i studiowałem w Poznaniu. Potem studiowałem i pracowałem w Warszawie. A potem – ale to już będzie następna historia.

        W czasie wojny byłem w mieście tylko kilka razy. W Kielcach – na jarmarkach, potem przechadzając się w parku pod murami zamku, w którym mieściło się niemieckie więzienie. W jakiejś celi siedział tam ojciec. Może była to cela z oknem wychodzącym na park? Acz zakratowane okna były zabite deskami, to wierzyliśmy, że więźniowie mogli jednak coś widzieć, że może nas zobaczyć ojciec. Wierzyliśmy w jego ocalenie, powrót.

        Raz byłem z rodzicami w Krakowie u pana Józefa Mehoffera, wielkiego artysty, u którego Rodzice zamówili namalowanie obrazu Serca Pana Jezusa, płacąc mu, jak to w czasie wojny, w naturze – kilkunastoma kilogramami masła i baterią słoików miodu. Wczesną wiosną 1946 r., gdy zdecydowana była już nasza wyprowadzka z Milechów, ojciec zabrał  mnie na dwa dni  do Częstochowy, gdzie już urzędował jako dyrektor Izby Przemysłowo-Handlowej. Nocowaliśmy w pokoju gościnnym w jakimś klasztorze nieopodal Jasnej Góry. Pamiętam oślepiający blask żarówki elektrycznej zapalonej jeszcze ciemną nocą, gdy mieliśmy wyjeżdżać o świcie.

piątek, 24 czerwiec 2016 00:38

Wspomnienia z mojego życia (19)

Napisane przez

1943Mimo niekorzystnej sytuacji polskość na Śląsku utrzymywała się. Świadectwo polskości ludu polskiego wystawił nawet uczony niemiecki Mikołaj Henel, który w swoim dziele pt. „Silesiographie” z r. 1613 stwierdził bez ogródek, że „ślązacy swoją polską mowę pielęgnują z zaciętością i że górnośląskie miasta i wsie są zupełnie polskie”. Nic więc dziwnego, że gdy Jan III Sobieski spieszył z odsieczą pod Wiedeń, ludzie ze łzami w oczach padali na kolana i wiwatowali w polskiej mowie na cześć polskiego króla, jak piszą naoczni świadkowie, pamiętnikarze francuscy d’Alerac i Dupont. „Żaden monarcha – pisał d’Alerac – nie spotkał się z tak jaskrawymi wyrazami hołdu ze strony ludności państwa obcego, jak król polski ze strony poddanych cesarza”. Dupont dodawał, iż „tak mieszkańcy miast, jak i wsi zbiegali się zewsząd, aby ujrzeć tego, od którego jedynie oczekiwali swych wolności, swego życia i mienia”.

        W roku 1740 zmarł cesarz Karol IV, ostatni męski potomek Habsburgów, a kraje podlegające koronie austriackiej, zgodnie z zasadami sankcji pragmatycznej z roku 1717, miały przypaść najstarszej córce cesarza, Marii Teresie. Dotyczyło to również Śląska. Zawarte w sankcji pragmatycznej ustalenia zostały zakwestionowane przez licznych pretendentów. Swoje wojska zgromadził na pograniczu również król pruski Fryderyk II i ofiarował Marii Teresie pewną pomoc, w zamian za co żądał Śląska. Nie czekając na odpowiedź, wtargnął na jego obszar.

393px-Julian Ursyn Niemcewicz 11        Jeszcze za życia obdarzono go wieloma niezwykłymi tytułami. Mówiono więc o nim: człowiek-Polska. Albo: wyrocznia narodu, lutnista przeszłości. Na powszechny szacunek zasłużył sobie bowiem i jako pisarz, i jako działacz ruchów patriotycznych, i jako żołnierz.

        Julian Ursyn Niemcewicz urodził się 16 lutego 1758 roku (choć niektóre źródła podają, że urodził się w 1757 roku) w miejscowości Skoki koło Brześcia, w średnio zamożnej rodzinie szlacheckiej. Był pierwszym z 16 dzieci Jadwigi i Marcellego. Kiedy Julianek miał już ośmioro rodzeństwa i 12 lat – z woli ojca skierowano go do warszawskiego korpusu kadetów, jak na francuski wzór nazywano istniejącą od 1765 roku Szkołę Rycerską, której jednym z pierwszych wychowanków był Tadeusz Kościuszko.

piątek, 24 czerwiec 2016 00:01

Pamiątki Soplicy (12)

Napisane przez

pamiatki-soplicySICZ ZAPOROSKA

        A dla przesyłania wiadomości, które tylko ustnie mogły przechodzić, bo nie było sposobu w papierki się wdawać, ciągle przedzierając się pomiędzy nieprzyjaciół, wysłano nas czterech młodzieży, na których spuścić się można było, bo i pan Azulewicz od nas nie wiekiem, ale wziętością był starszy, bo, biegły w językach bisurmańskich, posiadał szczególną ufność wodzów konfederacji, której to ufności nie zawiódł. Otóż było nas czterech jemu dodanych: pan Michał Ratyński, cześnikowicz miński, pan Wojciech Massalski, regentowicz oszmiański, pan Mikosza, co dobrze bisurmańczyzny wyuczywszy się, został później tłomaczem Rzeczypospolitej w Stambule, i ja; a każdy z nas osobno musiał jechać, dla uniknienia podejrzenia, i dopiero w Humaniu złączyć się nam trzeba było, gdzie pan Mładanowicz, rządca generalny, miał instrukcją od JW. Potockiego, wojewody kijowskiego, swojego pana, aby nas opatrzył, co tylko pan Azulewicz rekwirować będzie, i chociaż nas z Lwowa wyprawili, każdy swoją drogą do Humania szczęśliwie trafił, oprócz pana Massalskiego, który został męczennikiem miłości ojczyzny. Bo natrafiwszy na komendę pana Branickiego, wówczas łowczego koronnego, a który już się zaprawiał na krwi rodaków, został do niego przyprowadzony. Jakiś pana łowczego dworzanin wydał, że go widział we Lwowie przy dworze JW. Paca, starosty ziołowskiego, marszałka generalnego konfederacji. Zaczął go pan Branicki wybadywać, od kogo, gdzie i z czym jedzie, bo domyślał się, że z czymś ważnym; kusił go różnymi obietnicami, potem katował niemiłosiernie. Ale szlachetny młodzieniec, pamiętny swojej przysięgi, gdy ani łagodnością, ani datkami, ani mękami nie dał się zachwiać, oddał go JW. Branicki komendzie moskiewskiej, która jako szpiega natychmiast go powiesić kazała.

SFsta        Drewno i kamień dominowały przy budowie mostów aż do drugiej połowy XVIII stulecia, bo dopiero w 1779 roku angielski inżynier i pionier hutnictwa (wynalazł m.in. sposób koksowania węgla do celów hutniczych oraz dokonał pierwszego w świecie wytopu żelaza przy użyciu koksu, bez węgla drzewnego) – Abraham Darby, zbudował nad rzeką Severn w Wielkiej Brytanii pierwszy w świecie most żeliwny. Jest to most łukowy, o rozpiętości przęseł 31 metrów.

        Na terenie Ameryki łukowe mosty żeliwne nie zdobyły popularności. W tym czasie, gdy w Europie mosty żeliwne wzorowano na dawnych łukowych mostach kamiennych – John Finley zbudował w 1796 roku pierwszy most wiszący, nad rzeką Jacobscreek, a w 13 lat później – na rzece Merimac słynny most łańcuchowy o rozpiętości skrzydeł aż 75 metrów!

        Opierając się na amerykańskich doświadczeniach – konstruktorzy europejscy budowali odtąd głównie stalowe mosty łańcuchowe o rozpiętości skrzydeł nawet do 176 metrów. Po zastąpieniu łańcuchów przez kable – inżynier J. Chaley zbudował w 1834 roku we Fryburgu w Szwajcarii most wiszący o rozpiętości skrzydeł 275 metrów. Drewnianą jezdnię tego mostu zawieszono na 4 plecionych linach stalowych, z których każda składała się z 1056 drutów średnicy 3 mm.

piątek, 17 czerwiec 2016 16:00

Wspomnienia z mojego życia (18)

Napisane przez

1943        Ustalono, że linia demarkacyjna przebiegać będzie według aktualnego frontu.

        Formalnie biorąc, nastąpiło zawieszenie broni. Niemcy jednak nadal nie czuli się zobowiązani do ścisłego przestrzegania zawartych w układzie warunków, w dalszym ciągu próbowali korygować na swoją korzyść przebieg linii demarkacyjnej, gdzieniegdzie dochodziło znowu do walk.

        Polskie Dowództwo Główne wyzyskało chwile wytchnienia i przystąpiło do budowania regularnej armii, wprowadzając nowy układ organizacyjny. Całą Wielkopolskę podzielono na 3 duże okręgi wojskowe, ściśle związane z trzema frontami: północny – ppłk Grudzielski, zachodni – płk Milewski, południowy – płk Kuszewski. Wreszcie podporucznicy przestali pełnić funkcje przerastające ich kwalifikacje, zwłaszcza że skończyła się partyzantka. Otwarto szkoły oficerskie i podoficerskie oraz krótkie kursy, które wypuszczały pierwszych absolwentów.

        Silna i wyszkolona armia była potrzebna – nie tylko dla zabezpieczenia granic Wielkopolski i całego zaboru pruskiego od zachodu, ale przede wszystkim od północy, gdzie Niemcy zgromadzili potężną armię z wojsk, które, jak już mówiliśmy, opuszczały wschodni front.

piątek, 17 czerwiec 2016 15:21

Pamiątki Soplicy (11)

Napisane przez

pamiatki-soplicyTRYBUNAŁ LUBELSKI
         
        Otóż rozgniewany W. Kurdwanowski tej biednej wdowy uporem ułożył sobie procederem wydrzeć, czego pieniędzmi dostać nie mógł. Miał on sobie obowiązanym neofity Abramowicza, który liznąwszy jurysterii, do wszystkich takowych interesów był sposobny. Jakoż podobnymi na obywatela się wykierował, tak że miał już gdzieś pod Berdyczowom kilka wiosek, które potem dzieci jego odziedziczyły, a przecie żadnego brudnego interesu nie opuścił, byle mu za niego coś kapnęło. Bo to był z tych, jakich niektórym potrzeba; jego antecesor za dwanaście srebrników Chrystusa Pana zdradził, on za sześć całą by Świętą Trójcę przedał.

        Ułożyli więc z sobą następną machinacją: dziad pani Glinkowej od antecesorów pana Kurdwanowskiego nabył tę wioskę, która go tak mocno tentowała; a donacja, kontrakt resignationis i kwit de pretio na nią były w aktach żytomierskich. Przekupują więc niejakiego Chamca, plenipotenta pani Glinkowej, aby oryginały spomiędzy jej papierów wydobył i im oddał; one dostawszy jadą natychmiast do Żytomierza i tam za tysiąc czerwonych złotych wyrabiają u Chojeckiego, pisarza ziemskiego tamecznego, iż z akt wydziera obiatę tych dokumentów, a tak zatarłszy wszelki ślad nabycia wsi, zapozywa W. Kurdwanowski panią Glinkową o nieprawne posiadanie majątku sine nullo dato et accepto.  

slideshow 1206 his moczygemba ss        W roku 1808 na małą rzeką Chicago i jeziorem Michigan, na tzw. Terytorium Indiańskim, powstał fort, wokół którego wyrosło osiedle cywilów – drugie (po Detroit) większe skupisko ludzkie w tej części Ameryki. W cztery lata później, w czasie wojny z Anglią, stanicę zniszczyli Indianie ze szczepu Illinois (od nich to właśnie wziął potem swą nazwę jeden ze stanów USA), którzy załogę i osadników wycięli w pień. Nawiasem mówiąc, tej krwawej operacji przewodził wielki wódz Indian i zarazem generał brytyjskiej armii – Tecumseh, który zresztą zginął rok później w bitwie w południowym Ontario, nad rzeką Tamizą.

        Po zakończeniu wojny angielsko-amerykańskiej – osadę i fort nad rzeką Chicago odbudowano, choć przez 15 lat liczba cywilów pod fortem nie przekraczała nigdy 15 rodzin.

piątek, 10 czerwiec 2016 15:33

Pamięć (2)

Napisane przez

RODZICE

        Mój ojciec, Juliusz Henryk Braun, urodził się 2 lipca 1904 r. w Dąbrowie Tarnowskiej, w polskiej Galicji rządzonej przez Austrię. Jego zaplecze rodzinne stanowiła uczciwa, skromna, solidna, obywatelska praca i postawa jego ojca, Karola Brauna, notariusza i działacza „Sokoła”, oraz matki, Henryki z Millerów, Sokolicy, społecznicy, harcerki (w wolnej Polsce była komendantką Chorągwi Krakowskiej ZHP). Ojciec sam był w młodości harcerzem, podobnie jak jego starsi bracia, Kazimierz i Jerzy.

        Kazimierz (już go przypomniałem) był legionistą, walczył z bolszewikami w 1920 r., zginął śmiercią lotnika w 1920 r. Jerzy też walczył w wojnie z bolszewikami. Był poetą. To on napisał i skomponował w 1918 r. słynną pieśń „Płonie ognisko i szumią knieje...”. Był komendantem harcerskiego hufca w Tarnowie,  publicystą i filozofem. W czasie II wojny założył organizację „Unia”, przewodził konspiracyjnej Radzie Jedności Narodowej i był ostatnim Delegatem Rządu na Kraj (Rządu Polskiego z siedzibą w Londynie), potem stalinowskim więźniem. Zmarł w Rzymie wygnany z kraju. Ojciec miał też młodszą siostrę, Jadwigę, która była aktorką, w czasie wojny żołnierzem Związku Walki Zbrojnej (ZWZ). Gdy przekraczała, idąc jako kurierka z Warszawy do Wilna, linię demarkacyjną między Niemcami i Sowietami w zimie 1940 r., została złapana, skazana na osiem lat łagru. Wyszła z niego dzięki umowie Sikorskiego ze Stalinem, dołączyła do 2. Korpusu gen. Andersa i tam została dyrektorem Teatru Dramatycznego, z którym przeszła, wraz z wojskiem, z „ziemi nieludzkiej” do Palestyny, Włoch, Londynu, gdzie zamieszkała po wojnie. Od lat 60. żyła na emigracji w Kanadzie.