Goniec

Register Login

Lektura Gońca (574)

sobota, 24 marzec 2018 09:01

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (56)

Napisane przez

AntczakWojciechTuż za Świętokrzyską pochód zwolnił jeszcze bardziej. Powietrze stawało się coraz bardziej świeże. Cóż za ulga dla płuc! Po chwili dało się już widzieć światło dzienne wpadające przez otwarty właz kanałowy. Stali tak przez kilkanaście minut, zniecierpliwieni, ale szczęśliwi, że są już prawie u celu wędrówki. Niektórzy próbowali nawet dowcipkować, żartowali sobie jedni z drugich z powodu ich wyglądu, prześcigali się w co dowcipniejszych określeniach, jakby nie wiedzieli, że i oni sami przedstawiają nie mniej żałosny widok od swoich kolegów.
Przed nimi wychodziła spora grupa powstańców z jednego z większych zgrupowań, może nawet byli to żołnierze od „Radosława”. Postój spowodowany był zablokowaniem się noszy z ciężko rannym tuż przed samym wyjściem ze studni włazu, a potem regulujący kolejnością wychodzących zarządzili pierwszeństwo wyjścia tych najciężej rannych i dopiero po nich „Waligóra” i „Orkan” zostali przepuszczeni pod sam właz. Tym razem „Orkan” szedł pierwszy, chwyciwszy rannego pana majora za rękaw jego oficerskiej marynarki, niegdyś eleganckiej, zawsze odprasowanej. Znowu się zatrzymali, bo przed nimi wynoszono kogoś ciężko rannego i trzeba było go najpierw przypiąć do noszy dodatkowymi pasami. Wreszcie udało się go podźwignąć dostatecznie wysoko, tak że ci będący już na powierzchni mogli złapać uchwyty noszy i wyciągnąć rannego z kanału. Teraz przyszła kolej na nich. „Waligóra” podpychał od dołu rannego, a „Orkan”, wchodząc jako pierwszy, asekurował majora, próbując chwycić go za kołnierz, co w sumie nie miało najmniejszego sensu, bo i tu klamry były śliskie i nieco mniejsze niż tam, przy wchodzeniu do kanału, tak mu się przynajmniej wydawało, wobec czego, oglądając się za siebie, jęczał tylko błagalnie: – Panie majorze, panie majorze, ostrożnie... – aż nie poczuł na swych ramionach uścisku silnych rąk wyciągających go z kanału.
Pomimo pochmurnego poranka mrużyli oczy rażone rozproszonym światłem i chciwie chłonęli świeże, jakże bardzo świeże powietrze, w porównaniu z powietrzem płonącego Starego Miasta przesyconym spalenizną oraz tym dusznym i wilgotnym powietrzem wypełniającym kanał. „Orkan” próbował usadowić pana majora na noszach podstawionych przez dwie sanitariuszki w białych, nieskazitelnie czystych fartuchach ze znakami Czerwonego Krzyża.
– To do nas należy! Niech kolega da spokój! Niech kolega sobie teraz odpocznie! – usłyszał stanowczy głos jednej z tych dziewcząt.
– O Boże! Udało się! „Waligóra”! Udało się!
– A co się miało nie udać – odpowiedział niby to obojętnie, jakby chodziło o przejście parkową alejką w słoneczny, niedzielny poranek. – Te, koleś! Daj sie sztachnąć – „Waligóra” zwrócił się do pierwszego napotkanego powstańca z przekrzywioną zawadiacko furażerką, ćmiącego spokojnie papierosa.
Śródmieście! Upragnione Śródmieście, sprawiało wrażenie, jakby tu wojna już się skończyła. Budynki w większości całe, niezburzone, a nawet miały szyby w oknach! A dziewczyny w czystych, powiewnych sukienkach, w pantofelkach, w białych skarpetkach... Uśmiechnięte, patrzące na nich, utytłanych, oblepionych kanałową mazią, wycieńczonych, patrzące z niedowierzaniem, że można być aż tak brudnym, jakby przybyli nie wiadomo skąd. Pierwszym pragnieniem było teraz pragnienie odpoczynku, choćby chwilowego. Weszli na jedno z podwórek przy Chmielnej i usiedli pod domem, opierając się plecami o ścianę. Siedzieli z wyciągniętymi nogami, obojętni, milczący, ale wciąż zdziwieni panującym tu spokojem, tą śródmiejską enklawą, której nie objęło jeszcze Powstanie, enklawą wolną od wojny.
Gdzieś z wyższych pięter dochodziły głośne tony „Warszawianki”, a potem nadano wiadomości, a po nich Zbigniew Świętochowski przeczytał bardzo wzniosły, a jeszcze bardziej „bojowy” wiersz i znowu ten sam fragment „Warszawianki” – sygnał powstańczej rozgłośni. Patrzyli w górę, z dna studni podwórka, patrzyli na skrawek szarego wciąż nieba z trzepoczącymi się na jego tle gołębiami, jakby niezdecydowanymi, gdzie mogłyby bezpiecznie przysiąść.
– Panowie! – usłyszeli kobiecy głos. – Poczekajcie, przyniosę wam coś do jedzenia. Nie odchodźcie! – wołała z góry niewiasta w hustce-turbanie z fikuśnym węzełkiem nad czołem.
A oni nie mieli wcale zamiaru stąd odchodzić, przynajmniej na razie. Zjawiła się po chwili, przynosząc im w bańce na mleko trochę kartoflanki i kilka kawałków smacznego, ba, najsmaczniejszego razowca, jaki kiedykolwiek jedli. Spałaszowali to w kilka sekund, a ta kobieta w średnim wieku stała jeszcze nad nimi z wyrazem współczucia, litości na swej brzydkiej twarzy.
– A jakbyście chcieli się panowie umyć, to ja zaraz zawołam pana Wacława, znaczy się pana Kolasę, bo on tu teraz niby dozorcuje w zastępstwie po tym całym Romaniuku, pijaku... Porządny człowiek, przyjechał tu z Krakowa, no i sie musiał zostać na całe te zawieruche... Panowie nie odchodzą, ja zaraz wracam – powiedziała, znikając.
Morzyła ich coraz większa senność w cieple wstającego na dobre dnia. Niewrażliwi na bijący od nich odór, przysnęli w tej ciszy porannej, wolnej od terkotu broni maszynowej, od złowróżbnego skrzypienia nakręcanych „szaf” i pikujących z wyciem messerschmittów, bezwładni odpłynęli w niebyt z głowami na piersiach...
– Halo! Panowie powstańcy, obudźcie się! Halo! Mówię do was, panowie! – usłyszeli męski głos z oddali. – Chodźcie za mną, do pralni. Nalałem wam wody do balii...
Ocknęli się z obezwładniającego ich snu, odruchowo sięgając po broń, którą zostawili przed wejściem do kanału. Stanęli zaraz na równe nogi wystraszeni swoją bezbronnością. Mrużąc oczy przed słońcem odbitym w szybach okien na ostatnim piętrze, rozjaśniającym coraz bardziej podwórko-studnię, powoli wracali do rzeczywistości.
– A panowie skąd się tu wzięli, jeśli wolno zapytać?
– Prosto z kanału... ze Starego Miasta.
– Ma się rozumieć, to od razu widać i czuć. Ale bez obrazy, panowie... Pytam przez ciekawość, bo na Starym Mieście mieszka moja siostra ze szwagrem i trójką dzieci, przy Rycerskiej. Może panowie wiedzą, gdzie jest Rycerska?

piątek, 16 marzec 2018 13:19

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (55)

Napisane przez

AntczakWojciech        Najpierw stanęła przed nim ta dziewczyna z bukietem polnych kwiatów przyglądająca mu się bardzo uważnie, jakby to nie ona, ale on nagle wtargnął w jej świat, zakłócił jej spokój, a jednocześnie zafascynował ją swoim niezwykłym wyglądem. On, niewiele od niej starszy, w zszarganym ubraniu, cały mokry i utytłany szlamem z sadzawki... Przyglądała się mu najpierw z ciekawością, a potem z coraz większym strachem i kiedy chciał jej powiedzieć, żeby uciekała stąd czym prędzej, dziewczyna, odrzucając kwiaty, odwróciła się od niego i powoli zaczęła sunąć tuż nad tą breją, przenikając przez idących przed nim uciekinierów, jakby była tylko bezcielesną zjawą, a potem odwróciła się jeszcze i pokazała mu język, a on w końcu pojął, że to jest dusza tamtej dziewczynki, tylko starszej o dziesięć lat Marysieńki ze Śródmieścia... A w chwilę potem pojawił się on, Restun (co za dziwne imię!). Młodzian, który patrząc na niego z jakąś ni to pogardą, ni szyderstwem, a może po prostu ze współczuciem, że jest ciągle jeszcze tak naiwny i wciąż nie przestaje wierzyć temu Zwodzicielowi podającemu się za samego Boga Miłości. I cóż z tego ma, same cierpienia! Bo gdyby Miłościwy Bóg tak naprawdę istniał, to nie pozwoliłby na to wszystko, jak choćby śmierć tej dziewczynki i tych tysięcy zabitych, umierających z wycieńczenia, ran i głodu... On żeruje na waszej naiwności! Szczególnie na waszej polskiej łatwowierności! On chce was wszystkich wyniszczyć... no, może nie tak wszystkich do końca! Zostawi sobie was jeszcze trochę na później, aż zrozumiecie, wy uparci naiwniacy, że on nie jest żadnym Bogiem Miłosiernym, ale najzwyklejszym sadystą, któremu wasze cierpienie, i nie tylko wasze, ale całej przyrody stworzonej niby to przez siebie, sprawia wręcz boską rozkosz! A całe to tłumaczenie o grzechu pierworodnym można sobie włożyć między bajki! Rozumiesz teraz, Wiciu Kawecki, ty maminsynku, wciąż niedowartościowany chłoptysiu, co sobie ubrdałeś, że najwygodniej się w życiu urządzisz, jak zostaniesz katabasem, ty żałosny kutasino... ty... szalony „Orkanie”, a właściwie bezużyteczny... organie! Co się mi tak przyglądasz, że co, że na odchodne nie śmieję się strasznym, szyderczym, szatańskim śmiechem, z jakim przedstawia się mnie w tych wszystkich szmatławych powieścidłach, a ostatnio nawet w filmach?... Zdziwiony jesteś, aż tak bardzo zdziwiony, że jednak istnieję i mówię teraz do ciebie, Witoldzie – „Organie”? Wiem, że nigdy, tak ostatecznie nie traktowałeś mnie serio, a teraz już wiesz, że jestem naprawdę! Jak chcesz, możesz mnie nawet dotknąć... Nie bój się, nie zjem cię! No, śmiało, bohaterze posrany!! Aha, zapomniałem ci się przedstawić prawdziwym swoim imieniem, bo Restun to tylko na użytek pospólstwa, mało inteligentnych osobników. Tobie, jako mimo wszystko w miarę rozgarniętemu chłoptasiowi, wyjawię: „A imię moje jest Czterdzieści I Cztery” – powiedział, zbliżywszy się do „Orkana”, i chuchnął mu w twarz smrodem jeszcze gorszym niż ten panujący tu, w kanale.

piątek, 09 marzec 2018 08:03

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (54)

Napisane przez

AntczakWojciech        – Ta jest! – zameldował ten o imieniu Franek. 

        – Pan starszy strzelec... ten, zapomniałem... 

        – Starszy strzelec „Waligóra”. 

        – No właśnie, więc pan starszy... ten, strzelec przyszedł tutaj w sprawie zrabowanego, jakoby przez was szmajsera. I czego tam jeszcze?

        – Chlebaka. 

        – Właśnie tak, chlebaka, podwładnego starszego strzelca. Co wy na to?                           

        – My? 

        – My? – powtórzył jak echo „Albinos”. – A w życiu, panie chorąży! To chiba jakaś bardzo gruba pomyłka tu zaszła, mi sie widzi!

        – Sami właśnie słyszycie, strzelec „Paligóra”, że oni nie mają z tym nic wspólnego... A kiedy to niby miałoby się stać i gdzie, uważacie?

        – Jakieś niecałe godzine temu, niedaleko Miodowy, a w bok od Długi ulicy, panie ten, choronży.

        – Nie, to niemożliwe, bo oni obaj na wyraźny mój rozkaz byli zupełnie gdzie indziej – powiedział, odwracając się do niego bokiem.

        – W porządelu, ty podcięta kometo!         

        – A ty, licz się ze słowami, bandziorze jeden! Wynocha! Wont mi stąd! – krzyczał chorąży i chwiejąc się na nogach, wskazywał, „Waligórze” wyjście.

piątek, 02 marzec 2018 07:56

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (53)

Napisane przez

AntczakWojciechXL 

        Na „ziemi niczyjej” pojawiło się nagle, nie wiadomo skąd, jakichś trzech w niemieckich kompletnych mundurach, ale z wyraźnie odcinającymi się od czerni ich mundurów, biało-czerwonymi opaskami. A „ziemią niczyją” nazywano kilkunastometrowy pas przestrzeni między powstańczymi a niemieckimi posterunkami. Ci trzej szli sobie powoli, zupełnie się nie kryjąc przed Niemcami, i to od razu wydało się „Virtusowi” podejrzane. Czekał wraz z kilkoma innymi, najbliżej niemieckich pozycji bardzo dobrze zamaskowanych, a powodujących co jakiś czas spustoszenie wśród cywilów przychodzących niedaleko stąd po wodę, ciągle jeszcze tryskającą z pękniętej rury wodociągowej, a tamci paradowali, najwyraźniej udając niezorientowanych. Tymi „powstańcami” zjawiającymi się w neutralnym pasie między stanowiskami obu walczących stron byli najczęściej Ukraińcy. Dlatego Dowództwo zalecało powstańcom zachować czujność wobec nieznajomych z biało-czerwonymi opaskami.

        „Virtus”, mimo wydania wyraźnego rozkazu zachowania całkowitej ciszy, nagle, wraz z innymi, usłyszał głośno wołającego do nich strzelca „Matuszewskiego” i zaraz zobaczyli go, jak wybiega na przedpole:

        – Tutaj, chłopaki! Tu... – nie dokończył, padając rażony krótką serią. 

piątek, 23 luty 2018 08:18

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (52)

Napisane przez

AntczakWojciech        Jakaś siła nie pozwalała mi zrobić nawet kroku, a on stał i patrząc na mnie, uśmiechał się nieznacznie, czekał na mnie, a ja nie mogłem zrobić najmniejszego gestu, nawet żadnego ruchu ani wydobyć z siebie choćby jednego słowa, żeby powiedzieć mu... coś bardzo ważnego. Ale co?! Nie wiem...

        – Bzdura! – skwitował to jednym słowem Chyliński, wstając raptownie z krzesła. I to było jego ostatnie słowo skierowane do ojca. O świcie Jan Chyliński został zawiadomiony o zgonie Bolesława Bieruta i szybko przewieziony do willi. Co do czasu śmierci Przewodniczącego jest kilka wersji, te dwie, podane przez żonę i syna, i kolejna podana przez Jana Nowaka-Jeziorańskiego w jego „Wojnie w eterze”, gdzie autor pisze, że Bierut jakoby miał się wybrać na spacer w asyście ochroniarzy. Nagle poprosił ich o pozostawienie go samego. W pół godziny potem, kiedy go odnaleziono siedzącego na ławce, już nie żył. Sugerowano, że mogła to być śmierć samobójcza na wieść o naradzie Biura Politycznego PZPR-u w dniu 3 marca, na której potępiono politykę stalinizacji, za którą odpowiedzialny był bezpośrednio sam Bolesław Bierut. Mówiło się także o zabójstwie dokonanym przez sowieckiego agenta na polecenie tajnych służb polskich lub sowieckich. W Polsce krążyła dość szeroko rozpowszechniana pogłoska, że Bierut został rzekomo zlikwidowany przez Rosjan, gdyż mógł być przeszkodą w przeprowadzeniu destalinizacji w Polsce, rzekomo...

piątek, 16 luty 2018 08:13

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (51)

Napisane przez

AntczakWojciech         A jakie rodzyństwo ma?

        - Mam. Starszą siostrę, bo brata w łapance chwycili szkopy i nie wiadomo, co z nim... 

        - Oj, to niedobrze... A nie myślisz ty wrócić do rodzicieli, żeby im podporą na stare lata być? Bo jakby nie daj Bóg i ty i brat nie wrócili do dom, to siostra sama nie wydoli. No chiba, żeb, sie jej jaki dobry chłop trafił, a i broń Boże, nie jedynak, ta może by i wydolili na stare lata... No, ta mówi mi tu prawde, ile mu wiosen mineno? Dwanaście, a może aż trzynaście, drogie dziecko?

        - Siedemnaście, siedemnaście skończę na świętego Marcina. 

        - A na któren to rok będzie? 

        - W tym. 

        - A nie breszy mi tu? 

        - Jakże ja bym śmiał panu kłamać... 

        - Napiwszy sie jeszcze wody? - Gdyby pan był tak uprzejmy, to bym jeszcze z pół kubeczka poprosił i co nieco do obmycia się...

        - Ho! Ho! Widze żeś ta kawalir rezorutny, nie powiem... Dam, czemu i miałbym nie dać ty wody do obmycia... Ale dam ty drugi, ty z balii, co to już z jaki tydzień stoi. A nikomu nie mówi, bo by mnie tu straszna rujnacja dotkła... Jak już tak idzie, to dam też kawalirowi troszku na ząb, niewiele tego, ale dam! Tylko – zawiesił głos i spoglądając w prześwit nieba w wąskim podwórzu-studni i unosząc wskazujący palec przypominał teraz „Orkanowi” apostoła, tylko nie wiedział jeszcze którego, Piotra czy Pawła, a może i Jana, ale nie, na Jana ten dozorca nie mógł w żaden sposób wyglądać, za stary był. W grę mógł wchodzić tylko Piotr albo Paweł, bo ich najlepiej zapamiętał z lekcji religii, jeszcze z tej szkoły na Wyścigach, a może już z tej nowszej przy Wałbrzyskiej, kiedy to przeprowadzili się z Wyścigów Konnych, gdzie ojciec był czas jakiś ważną osobą, bo panem administratorem, jak się Wyścigi Konne przeniosły już na dobre z Pola Mokotowskiego aż tam daleko, na sam koniec Warszawy, na Służewiec, aż za pętlę dziewiętnastki. Później tata najął się był do hrabiostwa Ciołków z roczną pensją niczym minister jaki albo i nawet sam prezydent – jak zapamiętał z dzieciństwa, kiedy mówiono o jego ojcu. – A ten dozorca, czego on może chcieć ode mnie? I nie musiał czekać zbyt długo na odpowiedź.

piątek, 09 luty 2018 08:13

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (50)

Napisane przez

AntczakWojciech        Początkowo Francuzi nazywali tę wojnę drole de querre [dziwną wojną], bo niby wypowiedzieli ją Niemcom, ale obie strony unikały ataku. Zarówno Francja jak i Anglia nie dotrzymały umów zawartych z Polską, umów, które miały zagwarantować Polsce odciążenie Jej, najwyżej w przeciągu dwóch tygodni, kiedy to Polska samotnie odpierała niemieckie na Nią ataki, a potem, dodatkowo jeszcze padła ofiarą sowieckiej napaści. Była to typowa felonia – zdrada sojusznika na polu bitwy jak pisze Leszek Moczulski w „WOJNIE POLSKIEJ” (Wyd.III Lublin 1990 s.422). A teraz tu, w Warszawie, stojący za Wisłą Rosjanie najwyraźniej czekali aż obie strony wyrżną się nawzajem i dopiero wtedy, przy minimalnych swoich stratach, zajmą miasto. Ich pomoc dla Powstania ograniczała się do sporadycznego dostarczania amunicji, broni i żywności zrzucanych z samolotów lecących, co prawda na niskim pułapie, ale zrzuty te dokonywane były bez... spadochronów. Cała ta „pomoc” rozbijała się na bruku lub o gruzy i tym samym była, jak na ironię, czymś zupełnie bezużytecznym.

        Jakąż straszną gorycz (nie po raz pierwszy w tej wojnie) przeżywali Polacy na wieść o wyzwoleniu, niemal bezbolesnym wyzwoleniu Paryża czy w dziewięć miesięcy później, Pragi czeskiej, kiedy oni tu, tak strasznie doświadczeni, łudzili się myślą wyzwolenia ich od Niemców, jeśli już nie przez zachodnich aliantów, to chociaż przez wojsko polskie walczące u boku tychże aliantów, albo choćby i przez „Czerwoną Zarazę” – Sowietów stojących tuż za Wisłą.

piątek, 02 luty 2018 08:05

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (49)

Napisane przez

AntczakWojciech        - Ale teraz są inne czasy. Teraz nikt nie pozwoli im spokojnie żyć za te ich wszystkie zbrodnie, za ten cały świat, który stworzyli, niby w dobrej wierze zamieniając tyle państw w jedno wielkie więzienie, w jakąś gigantyczną kolonię karną... I to w imię czego? Szczęścia przyszłych pokoleń, jak sami twierdzą. Tego jeszcze nie było, jak świat światem!

        - Było, było... Wszystko już było – powiedział z goryczą Bohuszewicz.

        - Może, może rzeczywiście masz rację – zreflektował się Kaszycki dodając po namyśle. Ale, chciałem ci powiedzięć o czymś, czego z pewnością, nie wiesz jeszcze. Otóż, był tu taki starszy , bardzo miły pan, przedwojenny „pepeesiak”. Nazywał się Pużak, Kazimierz Pużak, był przecież nie byle kim, bo sekretarzem generalnym PPS-u - Wolność, Równość, Niepodległość i wiesz, co oni zrobili z nim tu, w tym więzieniu, niemal na moich oczach... oni go najpierw zagłodzili, a jeszcze wcześniej tak mu wyziębili celę, że biedny dziadek każdej nocy prawie zamarzał, przykryty lekkim kocykiem pełnym dziur, a na koniec został zepchnięty ze schodów przez jednego z tych psychopatycznych zbirów, a dokładnie przez klawisza o ksywie „Gruby Janek”. Dopiero, kiedy to się jakimś cudem rozniosło na zewnątrz, po Polsce, a z Polski po świecie, to te bandziory zaczęły go na siłę przywracać do zdrowia, odżywiać wysokokalorycznym jedzeniem... Ogrzali mu celę wstawiając wygodne łóżko z czystą, wykrochmaloną pościelą... I wszystko na nic! Dziadek, znaczy się pan Kazimierz gasł, gasł w oczach, a oni, te sowieckie hieny – mówił podekscytowany, ze łzami w oczach – żeby tylko jakoś usankcjonować, chyba tylko przed sobą samymi, jego i tak już niechybną śmierć, bydlaki kazali go jeszcze zepchnąć ze schodów, jego człowieka-legendę, schorowanego, starszego pana... Kazimierza. Zrobili to tylko dlatego, żeby za wszelką cenę zniszczyć pamięć, że mogło istnieć jakieś inne, niekomunistyczne ugrupowanie... Zmarł cicho w nocy, niezauważalnie. I kiedy wreszcie się im wywinął zrobili mu tu, w więziennej stolarni, bardzo okazałą trumnę i zabili wieko gęsto gwoździami, a gdy jego rodzina przysłała trumnę metalową, to oni wstawili tę drewnianą do tej przysłanej, metalowej i zalutowali ją nie pozwalając do niej zajrzeć. Kiedy wyprowadzali jego ciało, nam zabronili wyglądać przez okna, a i tak nikt by nie wyglądał, bo wszyscy staliśmy przy ścianie w naszych celach, staliśmy na baczność oddając hołd temu wielkiemu Polakowi, którego wcześniej, w czterdziestym piątym Sowieci zwabili na rozmowy wraz z innymi, z całą polską elitą i zrobili im w Moskwie ten słynny „proces szesnastu” – jak wiesz. Jego zwolnili po niecałym pół roku, ale generała Okulickiego, najprawdopodobniej zamordowali, w rok później, akurat w Wigilię... A jego, po darowaniu mu kary, bodajże półtora roku, zwrócili tym niby polskim władzom, tym swoim pachołkom – kontynuował Kaszycki pełen złości, bezsilnej nienawiści. – Pamiętam jeszcze, jak tylko go tu przywieźli. Spotkałem go pierwszy raz na spacerniku, starszego, dostojnego, siwego pana... A każdy się pytał: „Kim jest ten pan?” Dopiero któryś go tam rozpoznał i powiedział kim naprawdę jest i dodał, że poznał go w czasie okupacji, kiedy to Kazimierz Pużak pełnił funkcję przewodniczącego Rady Jedności Narodowej. Wtedy ten ktoś krzyknął do nas: ”Baczność! Czapki z głów!” Popatrzył na nas i spokojnym głosem powiedział do klawisza pilnującego tam na spacerniku:” Odpowiecie kiedyś za tę młodzież, za nich wszystkich, gnębionych, poniewieranych, mordowanych... To są najlepsi synowie naszej Ojczyzny!” I zrobiło się cicho, bardzo cicho i zaraz po tym klawisz zawołał „Grubego Janka”, a ten najpierw przyjrzał się nam wszystkim, a potem bez słowa zamachnął się na pana Kazimierza, a my jak jeden mąż stanęliśmy murem i „Gruby” strefił... – Andrzej skończył i schował twarz w dłoniach, a po chwili dodał:

piątek, 26 styczeń 2018 13:34

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (48)

Napisane przez

AntczakWojciech        Pociąg w tumanach pary i śnieżnego pyłu minął z hukiem Dworzec Wschodni i dalej mknął chyżo ku granicy Kraju Rad, Kraju-Przodownika, kraju wciąż jeszcze Świetlanej Idei, pierwszego kraju przeprowadzającego eksperyment na żywym organizmie narodu rosyjskiego i innych narodów budujących socjalizm, a na budowli którego pojawiła się pierwsza rysa od czasu, kiedy do władzy doszedł kołchoźnik przekwalifikowany na ślusarza, Nikita Siergiejewicz Chruszczow, mający wielu, bardzo wielu prześmiewców nierzadko odsiadujących za opowiadanie kawałów długoletnie wyroki w sowieckich łagrach, a którzy mimo to wciąż rozpowszechniają ten stary kawał o zdjęciu zamieszczonym w komsomolskiej „Prawdzie” z podpisem: „Towarzysz Chruszczow wśród świń (trzeci od lewej)”. Bo tylko tam (w Kraju Rad – Raju Krat), „gdzie tak swobodnie oddycha człowiek” – jak powtarzali inni kawalarze, powstawały tego rodzaju dowcipy.

        Towarzysz „Tomasz”, jako sowiecki namiestnik batiuszki [ojczulka] Stalina w Priwisljanskoj Stranie [Przywiślańskim kraju], po raz pierwszy jechał tam niezbyt chętnie z poczuciem jakiegoś wewnętrznego, moralnego kaca. Jechał na spotkanie z tym, który wkrótce ośmieli się tak wyraźnie, publicznie podważyć kierowniczą rolę, ba, nawet całą istotę działalności tego, niezaprzeczalnie największego – jak Bierut święcie wierzył – przywódcy wszech czasów, Wielkiego Towarzysza Stalina, bez wątpienia jednego z Olbrzymów, jakiego w ogóle wydała Ludzkość. – A teraz ten pękaty gnom na krótkich nóżkach, ten wsiowy błazen, któremu wydaje się, że jest kimś, że może, ot tak, stanąć bez obaw na czele całego niezwyciężonego Sowieckowo Sajuza [Związku Sowieckiego], że dorównuje, a może i nawet przewyższa w swej nieokiełzanej megalomanii Wielkiego „Soso”... Do czego zmierza ten łysy tłuścioch o kartoflowatym nosie, ten żałosny krasnal?

piątek, 19 styczeń 2018 10:08

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (47)

Napisane przez

AntczakWojciech        Buchnął płomieniem i brunatno-czarnym dymem. Najbardziej kopciła się tylna część tego kolosa. Sparaliżowany, buchając gęstym, gryzącym dymem, uniemożliwił dalsze natarcie piechoty. Kilku Niemców położono natychmiast trupem, a reszta wycofała się w pośpiechu daleko za linię ulicy Konwiktorskiej. Po chwili z płonącej maszyny zaczęła wychodzić załoga, machając białą szmatą i krzycząc histerycznie: „Nicht schissen!” [Nie strzelać!]. Czołgiści, ściągnąwszy hełmy, z podniesionymi rękoma stanęli karnie w szeregu, przerażeni, bo jeszcze przed chwilą nie spodziewali się, że tak skutecznie oberwą, czekali cierpliwie na reakcję powstańców, a ci, trzymając ich w niepewności z wycelowaną bronią, także czekali... na rozkaz swojego dowódcy. Dopiero kiedy „Virtus” wyznaczył dwóch do odprowadzenia jeńców do dowództwa kompanii, dopiero wtedy rozkazał piątce szkopów podejść bliżej. Popędzani przez eskortę okrzykami: „Schneller, schneller!!” [Szybciej...], zniknęli za załomem muru.

        Tymczasowe i krótkotrwałe zwycięstwo dość znacznie poprawiło nastroje w plutonie „Virtusa”.

        – Panie poruczniku, po jaką cholerę się było tak z nimi patyczkować. Ja to bym ich, o tak! – powiedział jeden z jego podwładnych, przeciągając palcem po gardle.

        Ale wcześniej, kiedy tylko pojawił się ten czołg, to on był jednym z pierwszych kryjących się za wyłomem muru w sporej odległości od barykady. „Virtus” nic nie odpowiedział, spojrzał tylko na „bohatera” znacząco i zwrócił się do pozostałych:

        – Chłopcy, pamiętajcie, że przy następnym ataku macie dopuścić piechotę jak najbliżej. Bez paniki! Pamiętajcie! – ostrzegał. – Kończy się nam amunicja, kończy się... – przerwał nagle, nie chcąc psuć ich dobrego nastroju po tym ich „zwycięstwie”.