Goniec

Register Login

Lektura Gońca (546)

Jeszcze na początku kampanii Tymiński wybrał się na promocję książki byłego I sekretarza partii komunistycznej Edwarda Gierka. Był to wywiad- rzeka o tytule "Przerwana dekada", jaki przeprowadził z nim dziennikarz Janusz Rolicki. Poszedł tam z ciekawości, aby zobaczyć Gierka, którego nigdy w życiu nie widział. Nawet w telewizji. Do wejścia budynku hotelu "Holiday Inn" w centrum Warszawy, gdzie odbywała się promocja, prowadził długi czerwony dywan. Szedł z siostrą i jej znajomą, gdyż sam nie byłby nawet w stanie rozpoznać Gierka. Kilka metrów przed nimi szedł dość otyły człowiek z dużymi uszami. Nagle ludzie stojący po bokach tego czerwonego dywanu zaczęli pluć na idącego przed nim mężczyznę. I to zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Skonfundowany Tymiński zaczął się nawet przez chwilę obawiać czy też aby na niego również nie zaczną pluć. Zapytał się wówczas siostry, kim jest ten mężczyzna, na którego tak plują. – "To Jerzy Urban. Były rzecznik prasowy rządu Jaruzelskiego" – usłyszał w odpowiedzi.

– Dziś dzień wielki – oznajmił mi pewnego wieczora Bogdo – dzień zwycięstwa buddyzmu nad wszystkiemi innemi wyznaniami! W tym dniu przed ośmiu wiekami wielki chan Kubłaj zawezwał do siebie kapłanów wszystkich wyznań i rozkazał im opowiadać, w co i jak każdy z nich wierzy.

Wszyscy wychwalali swoich bogów i swoich najwyższych kapłanów. Wśród lamów zaczął się spór.

Tylko jeden lama milczał. Wreszcie pobłażliwie się uśmiechnął i rzekł:

– Wielki Bogdo – chanie, panie i władco! Rozkaż każdemu z nich uczynić cud i dowieść siły swoich bogów. Później wybierz sam boga najpotężniejszego!
Kubłaj-Chan zgodził się na jego radę i wydał kapłanom rozkaz wykonania cudu; lecz wszyscy milczeli i nikt nie ruszył się z miejsca.

– Teraz – rzekł nachmurzony chan do milczącego lamy – musisz uczynić cud ty, nieproszony doradco! Dowiedź potęgi swych bogów!...

Skarbnik, otwierając szafy i kufry, ozdobione srebrem i złotem, opowiadał:

– To są dziwne w swoich kształtach kawałki złota z Bej-Kemu, to – czarne sobole z Kemczyckiego Nojonatu. Tu są złożone cudotwórcze "panty" (wiosenne rogi jelenie); w tej szkatule z rogu barana skalnego wodzowie Oroczenów przysłali z dalekiej północy czarowne korzenie "Dżeń-Szengu" i "Cybetu", pachnącego piżmem; ten kawał bursztynu pochodzi z brzegów morza, wiecznie pokrytego lodem, a waży 134 łana (11 funtów); tu przechowujemy drogie kamienie z Indyj...

Długo jeszcze wyliczał, opowiadał i sam nie mógł ukryć zachwytu nad pokazywanemi rzeczami.

Na negatywne wypowiedzi o roli Polaków pochodzenia żydowskiego w polityce, pozwolił sobie w kampanii wyborczej tylko Wałęsa, uważający zapewne, że to przyniesie mu poparcie ludzi niechętnych Mazowieckiemu.

Sam problem silnej reprezentacji czy nadreprezentacji ludzi o etnicznym pochodzeniu żydowskim w postsolidarnościowych elitach politycznych, a w szczególności w grupie środowiska politycznego "Gazety Wyborczej", w tym salonu Kuronia i Geremka, został stworzony mechanizmem reguł ich samokooptacji. Niejawne i niejasne reguły samokooptacji Komitetu Obywatelskiego dla potrzeb Okrągłego Stołu, były w istocie oparte o sieć powiązań towarzyskich głównie środowisk warszawskich. W tych okolicznościach ten samodobór doprowadził do sytuacji tej nadreprezentacji. Postsolidarnościowi politycy o żydowskim pochodzeniu etnicznym, na czele z Michnikiem i Geremkiem, sami siebie po prostu tak dobrali. Ponieważ były to grupy polityczne wspierające szokową transformację, która miała charakter kompradorski gospodarczo, a politycznie antynarodowy, część opinii publicznej przeciwnej tej transformacji wiązała przyczynowo jej kompradorski i antynarodowy charakter z etnicznym pochodzeniem żydowskim części tych samozwańczych elit. I ich żydowskim pochodzeniem etnicznym wyjaśniała kompradorski charakter polityki rządów postsolidarnościowych.

Sam Tymiński, choć zachęcany do startu w wyborach, acz też już o tym praktycznie od września przemyśliwujący, długo wahał się przed podjęciem ostatecznej decyzji o zgłoszeniu swej kandydatury. Z jednej strony, chciał swym startem przynajmniej ostrzec Polaków przed zagrożeniami, w obliczu których stanęła Polska i oni sami. A miał już i doświadczenie polityczne, i pieniądze niezbędne na kampanię. Ale z drugiej strony wydawało mu się niemożliwe, żeby mógł zdobyć 100 tys. podpisów poparcia za swoją kandydaturą, co było warunkiem startu w wyborach. Nie miał zaplecza politycznego, a więc i ludzi, którzy chcieliby zbierać dla niego podpisy. Ostatecznie jednak na 10 dni przed ostatecznym terminem rejestracji kandydatów, podjął trudną dla siebie decyzję o starcie w pierwszych wolnych wyborach prezydenckich.

– Sam jeden podjąłem decyzję, aby kandydować w wyborach prezydenckich. Zrobiłem to z kilku powodów: nie podobał mi się kontrakt "okrągłego stołu" i będąc w Polsce miesiąc przed wyborami jako autor książki "Święte psy", rozpoznałem podział na kilka ugrupowań, a każde z nich było głową jednej i tej samej hydry. Brałem w przeszłości udział w akcjach politycznych w Peru i w Kanadzie.

– Gdzie jestem? W jakim czasie żyję? – pałały w moim mózgu pytania.

– 130 dni życia... Krwawy generał – wcielony "bóg wojny"... zbawiciel narodów... – błyskawicznie mknęły myśli, odtwarzając wrażenia z podróży do siedziby Buddhy... Lecz jednocześnie jeszcze niewyraźnie, wprost odruchowo odczuwałem w tym chaosie ideę jakiegoś wielkiego planu i nie dającą się opisać mękę człowieka...

Partyzant powinien uczynić przewagę ze swej małości. Musi być mały, aby podejmować szybkie decyzje i wchodzić w akcje, które przedsięweźmie błyskawicznie, podczas gdy wielkie firmy potrzebują na to miesięcy.

Tymiński opowiedział się za prywatyzacją przedsiębiorstw państwowych, uważając, że tak wielka skala własności państwowej w gospodarce jest jej największym problemem. Ale ostrzegał równocześnie przed pośpiechem w pozbywaniu się przez państwo swych przedsiębiorstw i postulował drogę ewolucyjną.

Potrzebna nam jest ewolucja – pisał Tymiński – a zatem intencją rządu powinno być dążenie do wyprzedaży firm państwowych nabywcom krajowym, czy też zagranicznym, na rynku giełdy akcyjnej, jako najbardziej demokratycznego mechanizmu, niezależnie od popytu. Nie można jednak oddawać tych firm za darmo, czy pół darmo, bez oceny ich wartości przez wolny rynek”.

W parę minut przyszedł od Sipajłowa żołnierz i przyniósł obiecaną kolację. Gdy się nachylił, rozwiązując serwetę, naczelnik sztabu, wskazując go oczami, szepnął:

    – Niech się pan uważnie przyjrzy temu człowiekowi!

    Żołnierz był małego wzrostu, o szerokich, silnych barach. Ubrany był bardzo starannie. Jego gładko wygolona twarz była bardzo uprzejma, spokojna, pełna szacunku „dla naczalstwa”, lecz w szarych przymrużonych oczach i w załamaniu ust było coś odpychającego i strasznego.

    Gdy opuścił jurtę, naczelnik sztabu opowiedział mi, że żołnierz ten, nazwiskiem Czystiakow, jest prawą ręką Sipajłowa i jego przybocznym katem. Ten grzeczny, uprzejmy młodzieniec własnemi rękami dusił ludzi, nie robiąc sobie kłopotu z wieszaniem.

    Powstał i, nim zrozumiałem, co czyni, wylał za drzwi zupę z miski i rzucił pieróg w daleki kąt dziedzińca.

    – Co pan robi? – zawołałem, myśląc, że mój znajomy dostał nagłego obłędu.

    – To poczęstunek Sipajłowa – odparł – a więc niewiadome, czy niema w sobie trucizny. W domu pułkownika obcy nie powinien nic jeść ani pić, gdyż nigdy niewiadome, co go może spotkać...

W przypadkach walki ze skonkretyzowanymi przeciwnikami społecznymi, typu politycy czy partie lub związki zawodowe, stosowanie Reguła Trójkąta polegało na atakowaniu ich nie za ich polityczną działalność, ich ocenę sytuacji i stawiane cele polityczne, ale za wszystko inne, za co tylko się da, a jak się nie da, to trzeba to było kłamliwie wymyślić: za życie osobiste, rodzinne czy poglądy etyczne; za ukrywane motywy działania i wrogie rzeczywiste cele polityczne i prywatne, za złe intencje lub za dobre intencje, którymi wybrukowane jest piekło. Taką szczególna rolę w stosowaniu Reguły Trójkąta odgrywał zarzut antysemityzmu i nacjonalizmu czy tylko nietolerancji dla innych. Nie można przecież było atakować poszczególnych polityków czy osoby publiczne za ich patriotyzm. A patriotyzm był wielkim zagrożeniem dla szokowej transformacji, gdyż mobilizował do obrony polskiej gospodarki i polskiej własności. Więc zgodnie z Reguła Trójkąta tworzono i stale nagłaśniano zarzut o ich antysemityzmie, nacjonalizmie czy nietolerancji, a pretekst zawsze się znalazł.

Stolica "Żywego Buddhy", spadkobiercy tronu wielkiego Dżengiza, zalana elektrycznością!

Doprawdy, był to nie mniejszy cud, niż wszelkie praktyki czarowników mongolskich!

Gdyśmy wjeżdżali do dzielnicy rosyjskiej, na moście, przerzuconym przez mały potok, stało kilku żołnierzy, "flirtujących" z Mongołkami. Żołnierze skamienieli w postawie wojskowej przed generałem, dwie Mongołki uciekły pod most, a reszta kobiet w przerażeniu pozostała na miejscu.

Po chwili wszystkie podniosły dłonie do swoich uczesań fantastycznych, salutując po wojskowemu.

Generał uśmiechnął się i rzekł do mnie:

– Czy pan widzi, jaka u mnie panuje dyscyplina? Nawet Mongołki salutują!