Goniec

Register Login

Lektura Gońca (546)

"Dzięki tym zdolnościom potrafiłem być absolutnie odporny na wszelkie ataki, drwiny i szyderstwa. Na konferencjach prasowych po prostu przenosiłem się w inne miejsca. Do Peru, do Kanady lub do Komorowa. Słyszałem, co do mnie mówią, ale byłem nieobecny. W każdej chwili mogłem i mogę się wyłączyć i przenieść się gdzieś indziej. I udawać, że tu jestem.

Ale jak mówił Budda, »we wszystko, co mówię, nie należy wierzyć«. Dlatego, że każdy człowiek sam musi dojść do prawdy. Każdy człowiek na swoim poziomie musi znaleźć swoje miejsce. I każdy człowiek na swoim poziomie ma swoje szczęście. Bo wielu rzeczy nie wie i to jest jego szczęście.

Nieszczęście się zaczyna wtedy, tak jak u mnie, gdy zaczyna się głód ciekawości. I jak się zacznie ten głód ciekawości, to człowiek nie może sobie znaleźć spokoju. I musi na dobre czy złe, nawet z ryzykiem śmierci zaspokoić tę ciekawość. Tak że ja nikogo nie namawiam do ciekawości. Ja tylko mówię, że takie rzeczy istnieją. I pierwszym elementem, który warto poznać na tej drodze, jest telepatia. Która niezaprzeczalnie istnieje. Ktoś musi to spróbować. A ten ignorant, który powie: – A ja w to nie wierzę – nigdy nie spróbuje. A jeśli ktoś jest gotowy, żeby to poznać, to spróbuje. Może mu się nie udać za pierwszym razem. Może za drugim razem. Albo trzecim. Ale ja mówię temu ignorantowi, że inni go prześcigną. I gdy będą mieli te zdolności, to prześcigną go w każdej dziedzinie. W każdym zawodzie. W każdym fachu. Bo będą lepsi."

Nie pomogły żadne perswazje, jakkolwiek jeden z najenergiczniejszych oponentów i sceptyków, bardzo rozumny, niemłody już oficer wyraźnie zaznaczał, że przyjezdni są zdrajcami już choćby dlatego, że publicznie wymieniali nazwę tajnej "białej organizacji", imiona i adresy jej przywódców, wiedząc przecież, że szpiegowie sowieccy są rozsiani wszędzie po Mongolji.

W rezultacie większość oficerów twierdziła, że nieznani przybysze są ajentami sowietów, delegowanymi dla unicestwienia wysiłków i akcji oddziałów antybolszewickich na terenie Hałhi.

Grupa zaś komendanta Michajłowa wierzyła w lojalność nieznajomych i w prawdziwość ich dokumentów osobistych.

Z początkiem 1989 roku wznowiliśmy jeszcze w trakcie Okrągłego Stołu działalność, jako wydziałowa "Solidarność". Ale nie było już motywacji i atmosfery nawet z lat stanu wojennego. Ze zdumieniem stwierdziłem, że większość moich koleżanek i kolegów nie jest zdolna wykrzesać z siebie żadnej już aktywności. Mnie zaś traktują jak komisarza, którego psim obowiązkiem jest załatwiać ich problemy. W październiku 1989 roku złożyłem rezygnację z funkcji wiceprzewodniczącego wydziałowej "Solidarności”.

Stan Tymiński uważał wówczas i uważa tak również dzisiaj, że Polacy nie mieli i nie mają przywódców politycznych. Nie mają przywódców politycznych i nie mają autentycznych elit politycznych. Nie mają ich od 1944 roku. Zostały wymordowane. Elity polityczne zaś wyłonione w III Rzeczpospolitej, Tymiński uważa za "uzurpatorskie i kompradorskie pseudoelity".

Gdym powrócił do jurty, zastałem już w niej hutuhtę. Podarował mi duży żółty "chatyk" i prosił, bym razem z nim zwiedził klasztor. Twarz Dżełyba nosiła ślady troski, i zrozumiałem, że chce znaleźć sposobność do pomówienia ze mną. Gdyśmy szli głównym dziedzińcem klasztoru, przyłączyli się do nas: rosyjski starosta handlowy oraz oficer mongolski. Weszliśmy do jakiegoś dużego domu, stojącego za jaskrawo-żółtem ogrodzeniem. Ujrzawszy moje zdziwienie na widok tej niezwykłej barwy, Dżełyb rzekł:

– W tym domu zamieszkiwali Dalaj-Lama i Bogdo-Gegeni-Chan; na pamiątkę ich pobytu ogrodzenia budynków, gdzie przebywali, zawsze są malowane tą "świętą" farbą. Wstąpmy tu na chwilę!

Wewnątrz dom był urządzony z przepychem. Na parterze mieścił się pokój jadalny, w którym stały ciężkie rzeźbione z hebanu stoły roboty majstrów chińskich i takież szafy i kredensy, przeładowane drogocenną, starożytną porcelaną i bronzem. Na pierwszem piętrze były tylko dwa pokoje. W pierwszym z nich mieściła się sypialnia, której ściany i sufit były bardzo gustownie i misternie udrapowane grubą, żółtą, tkaniną jedwabną. Z sufitu zwieszała się na łańcuchu z bronzu latarnia chińska, wspaniałe dzieło sztuki z drzewa, kryształu, malowanej porcelany i masy perłowej.

Ale najważniejszy polityczny zabieg manipulacyjny pozostał i dla Tymińskiego, i dla większości społeczeństwa dość długo nieczytelny. A dla części Polaków pozostaje nieczytelny nawet do dziś. Tym zabiegiem był pucz związkowy Wałęsy i jego współpracowników. Wałęsa i jego grupa dokonali przy tym swoistej kradzieży politycznej znaku i znaczenia "Solidarności" z lat 1980–1981 i stojącego za nim zaufania polskiego społeczeństwa. Nieczytelność tej politycznej kradzieży była możliwa dzięki ścisłej cenzurze na ten temat komunistycznych mediów oraz wznowionego "Tygodnika Solidarność" i nowej gazety strony postsolidarnościowej pod nazwą "Gazeta Wyborcza". Specyficzne złodziejstwo polityczne Wałęsy i jego grupy polegało na utworzeniu w 1989 roku nowego i całkowicie różnego ideowo, programowo i personalnie związku zawodowego i zarejestrowanie go pod starą nazwą NSZZ "Solidarność". Następnie zaś grupa ta starała się uniemożliwić innym grupom działaczy i przywódców "Solidarności" wykorzystanie tej nazwy. Tak sprzeciwiano się i blokowano przez jakiś czas zarejestrowanie, przez grupę byłego wiceprzewodniczącego "Solidarności" Mariana Jurczyka, nowego związku "Solidarność '80".

Pułkownik kozacki Domożyrow przysłał rozkaz do rosyjskiego komendanta Uliasutaju, aby wyrżnąć chińską załogę, zrabować bank chiński i zaaresztować chińskich urzędników, których zamierzał sądzić osobiście. Z wielkim trudem udało się mnie i saitowi przekonać komendanta, pułk. Michajłowa, iż należy uszanować umowę mongolsko-chińską i nie naśladować sowietów w ich gwałceniu wszelkich praw i zobowiązań, oraz nie mieszać się do spraw państw obcych, jakiemi są Hałha i Chiny.

Książę Czułtun-Bejle postanowił osobiście jechać dla zbadania sytuacji do Narabanczi-Kure, zabrawszy z sobą starostów rosyjskiego i chińskiego. Po jego odjeździe w ciągu kilku dni nie było od saita żadnych wiadomości. Mongołowie zaczęli się niepokoić, i książę Lama-Dżap-Gun prosił mię, żebym pojechał na pomoc Czułtunowi i Hutuhcie Narabanczi. W towarzystwie oficera, danego mi przez pułk. Michajłowa, i młodego kolonisty w roli tłumacza, wyruszyłem o świcie znaną mi już drogą do gościnnego Narabanczi-Kure, w kierunku którego widniały na śniegu ślady powozu Czułtuna i koni konwojujących go jeźdźców.

One mają proces przemysłowy do obsłużenia. Komputer po prostu jest narzędziem. Najlepiej, żeby był stalowym i nierdzewnym młotkiem, który by się nie starzał i nie psuł. No, ale komputer jest trochę bardziej złożony. I ma części, które nie są tak trwałe, aby pracowały przez 30 lat. Tu chodzi o elektronikę. Chociaż my kupujemy najlepsze części, to jednak z wiekiem to wszystko się starzeje i zużywa. A też w niektórych miejscach jest duża temperatura w procesach przemysłowych, a wysoka temperatura powoduje szybsze starzenie się części. Tak jak u ludzi. Tak że nie ma komputerów na 30 lat. Wiele naszych komputerów pracuje 15 lat. I taki klient dzwoni i mówi: – Zepsuł mi się komputer. 15 lat temu kupiliśmy go w waszej firmie.

Znalazłem to w archiwach. I co ja teraz zrobię?! – Niech się pan nie martwi. Może pan kupić nowy. – Taak! Będzie pracował na moim programie? – Tak. Oczywiście. My to gwarantujemy.

Ta naprężona atmosfera stała się jeszcze niebezpieczniejsza, gdy przyszła wiadomość, iż załoga chińska miasta Kobdo pewnej nocy dokonała pogromu w rosyjskiej i mongolskiej dzielnicy, zamordowawszy kilku Rosjan i Mongołów i zrabowawszy wszystkie domy rosyjskie. Mieszkańcy Kobdo, zaskoczeni znienacka w nocy tym napadem, zbiegli w góry, lecz mróz dopomógł napastnikom, i wielu Rosjan, szczególnie dzieci, padło ofiarą chłodu.

"Gamini" i "kuli", a poczęści i urzędnicy chińscy, podbudzani i przekupywani przez niektórych kolonistów, spełniających rozkazy sowietów, z któremi się stale komunikowali przy pomocy ciągle przybywających z Irkucka tajnych ajentów bolszewickich, poczęli już prawie otwarcie mówić o konieczności krwawego porachunku z Rosjanami za stare krzywdy i z Mongołami za ich zuchwałe dążenia do niepodległości.

Nagle przyszła inna wiadomość, mniej pomyślna dla Chińczyków; ostudziła ona też nieco ich gorące zapały.

Krzyknęliśmy na nich, aby podjechali, lecz w odpowiedzi dostaliśmy dwa strzały karabinowe. Nie dowiedzieliśmy się nigdy, kto byli ci dwaj jeźdźcy. Mógł to być rekonesans bolszewicki, lub też poprostu zwyczajni bandyci, usiłujący w ten sposób zapobiec ewentualnemu pościgowi.

Po paru godzinach byliśmy już w Mureń-Kure. Zatrzymaliśmy się w domu kolonisty Teternikowa, który wraz z żoną okazał nam w ciągu kilku dni naszego pobytu tyle serca, że zachowaliśmy dla nich na zawsze najlepsze uczucia przyjaźni i wdzięczności. Teternikow wynajął dla nas wielbłądy i przewodników; kosztowało go to niemało trudu, gdyż z powodu częstych zamieci śnieżnych przy silnych i mroźnych wiatrach, Mongołowie obawiali się wyruszać w daleką podróż.

Wtorek

Przemysłowiec z Toronto

Stan Tymiński, jak co wtorek, wstaje zwykle po szóstej rano. Wypuszcza psy przez drzwi tarasu. Te z przeraźliwie hałaśliwym szczekaniem rzucają się w stronę ściany lasu nieopodal domu. Odganiają podchodzące aż tu, wielkie jak polskie wilki, kanadyjskie kojoty. Tymiński robi sobie sam w małej kuchni dość skromne śniadanie. Potem zasiada w swym malutkim pokoiku przed komputerem. Pokoik jest zagracony do nieprzyzwoitości i tylko Stan orientuje się w jego zawartości. Nikomu nie wolno tam nic dotykać. Dwa miesiące temu urwała mu się i spadła półka z całą zawartością, co dodatkowo zwiększyło bałagan. Ale jeszcze nie dojrzał psychicznie do tego, by ją ponownie przymocować do ściany. Gdy spadła mu wszakże jego półka, tego samego dnia zadzwonił do swej córki Alice i zakazał jej siadać na kanapie, nad którą zwiesił jej taką sama półkę w jej domu. I zaraz w kończącej tydzień sobocie, przyjechał wraz z synem Jerzykiem, aby ją umocować już na 1000 procent pewności.