Goniec

Register Login

Lektura Gońca (548)

– Wilki i orły są sługami Zagastaja! – przekonywająco pouczał nas starszy Mongoł, co zresztą nie przeszkadzało wcale jego rodakom polować na wilki, które doganiają oni w stepie, mknąc na śmigłych koniach, i zabijają drapieżników ciężkiemi "taszurami" ("Taszur" – gruby kij bambusowy z krótkim rzemykiem na końcu), lub nahajami z uwiązanemi na końcu kawałkami ołowiu.

Orły i sępy za to są bezpieczne i szanowane przez Mongołów, którzy starają się ich przyzwyczaić do miejsc koczowisk. Gdy Mongoł zarzyna barana lub byka, zawsze rzuca w powietrze różne odcinki mięsa i wnętrzności. Wiszące w powietrzu orły, jastrzębie, sępy i sokoły zręcznie łapią pożywienie, przeraźliwie kwiląc i staczając walki o każdy kęs.

Orły i sępy płoszą i rozganiają sroki, wrony i kruki, które są istną plagą dla koni i bydła. Dość jednego zadraśnięcia na ciele bydła, aby krwiożercze ptactwo je rozszarpało i zamieniło w ogromną, nigdy nie gojącą się ranę, z której wyrywa ono dalej kawały mięsa.

Ta nowa sytuacja oznaczała dla polskich komunistów koniec ich zewnętrznego podtrzymywania u władzy. A więc oznaczała konieczność samodzielnego stanięcia komunistycznej władzy twarzą w twarz z polskim społeczeństwem i to w obliczu postępującego bankructwa polskiej gospodarki. Trawestując brytyjskiego historyka Normana Daviesa, można powiedzieć, iż historia komunistycznej Polski to nadzwyczajnie prosta opowieść o tym, jak Związek Sowiecki przekazał władzę w Polsce Ludowej w ręce swych komunistycznych protegowanych, utrzymywał ich na stanowiskach, a w końcu zrezygnował z dalszego ich utrzymywania, gdyż sam wpadł w poważne kłopoty gospodarcze.

Ale rozpad polskiego komunizmu zaczął się tak naprawdę latem i jesienią 1980 roku. Przerzucanie skutków ekonomicznych, niewydolnej i zadłużonej do niewypłacalności komunistycznej gospodarki na większość społeczeństwa poprzez obniżenie poziomu konsumpcji, skończyło się latem i jesienią 1980 roku rozlewającą się falą strajków i protestów robotniczych. Masowość strajków i protestów umożliwiła utworzenie pracowniczego ruchu społecznego w formie niezależnego od komunistów związku zawodowego "Solidarność". Jego wymuszona wielką skalą strajków i protestów legalizacja otworzyła, w okresie od września 1980 roku do grudnia 1981 roku, pole konfrontacji politycznej i społecznej pomiędzy komunistyczną biurokracją totalitarną a pracowniczym w istocie ruchem społecznym, o charakterze pokojowej rewolucji społecznej.

Mieliśmy dojść aż do Kosogołu, zbadać położenie w Khathyle i w Mureń-Kure.

Demon Zagastaju

Nasza grupa na czterech wierzchowych i jednym ciężarowym wielbłądzie posuwała się dość szybko doliną rzeki Bojagoł, kierując się w stronę gór Tarbagatajskich.

Droga była kamienista i pokryta głębokim śniegiem, lecz wielbłądy szły ostrożnie, wietrząc ziemię, popędzane okrzykami "ok! ok!" naszych Mongołów. Ze schyłków gór do samej prawie drogi spuszczały się niewielkie lasy modrzewiowe. Minęliśmy fortecę "jamyń" i chiński "dugun" i zaczęliśmy się wspinać w góry. Droga stała się stroma i niebezpieczna, gdyż śnieg pokrył grubą warstwą wielkie kamienie, doły, rowy. Wielbłądy zaczęły trwożnie strzyc uszami i chrapać. Droga biegła chwilami od grzbietu góry w dół ku dolinie, niepostrzeżenie jednak wznosiliśmy się coraz wyżej i wyżej. W oddali na szczytach grzbietu głównego pod ciężkiemi, nisko wiszącemi, szaremi chmurami widniały na śniegu jakieś plamy czarne.
– To są "obo", znaki święte, ołtarze na cześć Zagastaja, złego demona tego przejścia! – objaśniał nas, mówiący po rosyjsku, Mongoł. – To przejście nosi imię Zagastaja, o którym ludność przechowała bardzo dużo legend starych, jak te góry.

Jednocześnie – wspomina Tymiński – rozsyłałem do różnych firm zapytania o pracę i w końcu dostałem ofertę od Philipsa. Chcieli mnie zatrudnić jako elektronika pod warunkiem, że dostanę zezwolenie na pobyt stały w Szwecji. Zawiozłem pismo od Philipsa na komendę policji. Rozmawiał ze mną komendant do spraw imigracyjnych. Pytał, co ja chcę robić w Szwecji. Odpowiedziałem, że chcę być elektronikiem. A on na to: – Mamy własnych elektroników. A was, imigrantów, potrzebujemy do mycia talerzy. – Wściekłem się. Pojechałem metrem prosto do ambasady kanadyjskiej.

Po trzech miesiącach dostał wizę imigracyjną i 316 dolarów pożyczki na bilet lotniczy w jedną stronę. Więc zaczął już legalnie jako elektronik w Kanadzie.

Miał 21 lat i 30 dolarów w kieszeni. Kanada to był dobry kraj dla emigrantów, których zresztą potrzebował. Do Kanady ściągnął też swoją dziewczynę, Finkę, Pulmu Elenę Kasari, z którą się tu już ożenił i z którą ma najstarszego syna Henryka.

Siedział zadumany na dawnem miejscu obok ołtarza, powoli puszczając dym z fajki. Po drugiej stronie ogniska spał spokojnie pastuch z rozpiętym kożuchem na piersiach.

– To zdumiewające – zawołałem. – Nigdy nic podobnego nie widziałem.

– O czem pan mówi? – głosem zimnym zapytał Kałmuk.

– O doświadczeniu hipnotycznem, czy o "cudzie", jak pan to nazywa! – odparłem zdziwiony jego tonem.

– Ja o takich rzeczach panu nigdy nie mówiłem – odparł tym samym zimnym głosem, tylko w jego źrenicach błysnęła ironja.

– Czy widzieliście? – zapytałem agronoma, melancholijnie ćmiącego fajkę.

– Co miałem widzieć? – odezwał się sennym głosem.

Zrozumiałem, że stałem się ofiarą hipnotycznej siły Tuszeguna.

Wystartował więc z własną firmą w 1975 roku, mając 2 tys. dolarów w kieszeni. Poszukał wspólnika, który podżyrował mu kredyt w banku, a którego po roku wykupił.

Pierwsze trzy lata były ciężkie. To żona kładła chleb na stole, bo ja nie przynosiłem do domu żadnych pieniędzy. Wszystko szło na rozwój firmy.

Trudno było zdobyć zaufanie na rynku. Ale potem zamówienia posypały się lawinowo. Jak się pokazały pierwsze dwunastobitowe komputery, to od razu zacząłem je sprzedawać w Kanadzie jako dystrybutor. Budowałem z nich systemy. Z czasem zaczęliśmy produkować w firmie własne komputery. Było wielkie zapotrzebowanie na naszą ofertę. Wtedy w Kanadzie działało niewiele przedsiębiorstw komputerowych. Koncern IBM obracał się w sferach rządowych. Jego interes był wielki, korporacyjny, międzynarodowy. Poza tym gigantem funkcjonowały tylko trzy firmy minikomputerowe: Digital Equipment, Data General i moja Transduction. Wtedy nie było jeszcze komputerów osobistych, a myśmy oferowali pierwsze małe komputery, które składaliśmy z części sprowadzanych z amerykańskiej firmy z Minneapolis. Od niej dostałem też prawo do dystrybucji w Kanadzie pamięci komputerowych. Miałem mnóstwo klientów, którzy używali wtedy minikomputerów np. do księgowości. Był krzyk z całej Kanady: proszę dostarczyć pamięć, więcej pamięci.

Trzeba było jakiegoś zewnętrznego bodźca, ażeby cała ludność podniosła się odrazu, i tu już sami Chińczycy niechcący dopomogli, gdyż zaaresztowali "Żywego Buddhę" i po raz już drugi usiłowali przekonać lud, że Bogdo-Chan jest "ostatnią" formą przeistoczonego Buddhy. Wtedy to rozpoczęły się tajne narady i spiskowanie lamaitów z "Żywym Buddhą" oraz plany wyrwania go z rąk chińskich i walki o szczęście naszego kraju i luda. Nasi lamowie nawiązali stosunki z potomkiem carów burjackich, księciem Dżam-Bołonem, a przez niego z generałem rosyjskim, baronem Ungernem, który miał tytuł księcia mongolskiego, był wyznawcą naszej wiary i serdecznym przyjacielem i "bratem" "Żywego Buddhy" w Urdze i Dalaj Lamy w Lhasie tybetańskiej.

Teraz właśnie wre walka!

Tak opowiadał mi książę Czułtun Bejle, potomek wielkiego Dżengiza.

Mojej żonie Ewie, która głosowała za prezydenturą Stana Tymińskiego w 1990 roku...


Rozpoczynamy druk książki prof. Wojciecha Błasiaka "Siedem dni ze Stanem Tymińskim. Codzienność z szokową transformacją w tle". Stanisław Tymiński mieszka w Acton pod Toronto, 24 lata temu o mały włos a zmieniłby kierunek historii Polski. Co robi dzisiaj, jak z dzisiejszej perspektywy wyglądają tamte lata i tamta polityka – zastanawia się prof. Błasiak, ekonomista, niegdyś poseł na Sejm z ramienia KPN, który miał okazję wielu sprawom z bliska się przyglądać. Zapraszamy do lektury!

Redakcja "Gońca"


Od autora

W niedzielę, 9 grudnia 1990 roku, około godziny 20.00 wsiadałem w Warszawie do autokaru, mającego odwieźć uczestników ogólnopolskiej konferencji naukowej organizowanej przez Uniwersytet Warszawski. Był to dzień II tury pierwszych w polskiej historii powojennej powszechnych i wolnych wyborów prezydenckich. Zmierzyli się w niej Lech Wałęsa i Stan Tymiński. Był to też dzień pierwszych, w całym rozpadającym się systemie sowieckiego komunizmu, wolnych wyborów, na które z uwagą patrzył cały świat. Jechaliśmy na konferencję pod Warszawę do nomen omen Komorowa.

Nomen omen, gdyż tam jak się dopiero dużo później dowiedziałem, przebywał i stamtąd prowadził swą kampanię jeden z dwóch głównych kandydatów, Stan Tymiński. Gdy wsiadałem, ktoś z moich znajomych zapytał wówczas głośno, gdzie głosowałem? U siebie na Śląsku czy w Warszawie?

Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że w ogóle nie głosowałem. Zapadła wówczas w autokarze wypełnionym pracownikami naukowymi z całej Polski wręcz głucha cisza.

– Jak to nie głosowałeś?! -– zapytał ktoś oburzony.

– Nie głosowałem, bo nie wiem do końca, kim jest Stan Tymiński – odpowiedziałem zgodnie z prawdą.

– Jak to? A Wałęsa?! – usłyszałem znów oburzony głos.

– To, kim jest Wałęsa, to ja dokładnie wiem. Wykluczone, abym na niego zagłosował – odpowiedziałem. Cisza, jaka wówczas zaległa, wręcz dzwoniła w uszach przez dobrych kilka minut.

Dowiedziawszy się od Tybetańczyków o najbliższej drodze karawanowej, skierowaliśmy się tam i wkrótce bardzo szczęśliwie spotkaliśmy dużą karawanę młodego księcia mongolskiego, Puncyga, który odbywał pielgrzymkę z Urgi do Lhasy z pismem "Żywego Buddhy" do Dalaj Lamy. Książę bardzo dopomógł nam w uciążliwej podróży i razem z nami odbył drogę do Narabanczi-Kure, gdzie Hutuhtu Dżełyb przyjął nas z serdeczną radością i rzekł mi na powitanie:

– Wiedziałem, że pan powróci do nas. Wróżby odkryły mi losy pańskie. Wiem, że jeszcze raz będzie pan gościem naszego klasztoru... lecz w innych warunkach, w innych.

Jeżeli Finlandję nazywają podróżnicy "krajem tysiąca jezior", to północną część obwodu Koko-Nor należałoby nazwać "krainą miljona jezior".

Przeszliśmy na zachód od Koko-Noru pomiędzy Dułan-Kitt i jeziorem, lawirując pośród bagien, trzęsawisk, jezior i rzeczek głębokich, a grząskich.

Woda tu nie zamarzała; dopiero na szczytach przejść górskich odczuwaliśmy wpływ mroźnych i silnych wiatrów północnych.

Tubylców spotykaliśmy rzadko. Z wielkim trudem musieliśmy odszukiwać tybetańskich pastuchów, od których nasz Kałmuk kupował barany i otrzymywał wskazówki co do dalszej drogi.

Okrążywszy od wschodu jezioro Tassun, spostrzegliśmy niewielki klasztor, w którym się zatrzymaliśmy.

W klasztorze oprócz nas popasała jeszcze jakaś grupa podróżnych. Byli to Tybetańczycy.

Zachowywali się względem nas bardzo wyzywająco; na wszystkie pytania Kałmuka odpowiadali szyderczem milczeniem. Wszyscy byli uzbrojeni w rosyjskie lub niemieckie karabiny i przewiązani pasami z ładunkami i rewolwerami. Zauważyłem, że bardzo uważnie oglądali nas, oceniając widocznie nasze siły.

Tegoż dnia Tybetańczycy opuścili klasztor. Rozkazałem Kałmukowi wybadać przeora klasztoru co do tych podejrzanych gości. Mnich dawał odpowiedzi wymijające, lecz gdym mu pokazał pismo hutuhty z Narabanczy-Kure i duży żółty "chatyk", podarowany mi przez niego, stał się szczerszy i rozmowniejszy.

– To byli źli ludzie – szeptał. – Strzeżcie się ich.

Lecz nie chciał powiedzieć imienia ich przewódcy, tłumacząc się przepisami lamaizmu, zabraniającego wymieniać imię ojca, nauczyciela i naczelnika.

Znacznie później dowiedziałem się, że w Tybecie, również jak w Chinach, istnieje społeczna instytucja bandytyzmu. I tu, i tam jakiś bandyta organizuje własny oddział zbrojny i staje się postrachem dla ludności danego okręgu.

Wódz bandytów po pewnym czasie zjawia się do handlowych firm, do klasztorów, wsi i osad bogatych mieszkańców, żądając określonej płacy, i od tej chwili staje się obrońcą i opiekunem tych, którzy przystali na jego żądania. Przypuszczam, że przeor klasztoru na Tassunie w wodzu spotkanego przez nas oddziału tybetańskich bandytów, czyli "mtudrzy" (po tybetańsku) i "Chunchudzy" (po chińsku), miał właśnie takiego obrońcę na wypadek napadów innych znów instytucyj bandyckich, mających prawa obywatelstwa we wszystkich, oprócz Mongolji, krajach, które wchodziły niegdyś lub wchodzą obecnie w skład dawnych Chin. Około jeziora Tassun istnieje kilka stałych osad. Gdym zwiedzał je w daremnem poszukiwaniu przewodnika, zwróciłem uwagę na niezwykłe zjawisko. Podczas mojej podróży przez Mongolję, zapomniałem o istnieniu ludzi o złotych włosach. Tymczasem, o dziwo! osadnicy wsi tassuńskich przeważnie mieli włosy blond lub rude jak mosiądz. Zacząłem badania, dotyczące pochodzenia tych dziwnych typów o twarzach mongolskich i jasnych włosach, tak dziwnie nieharmonizujących z czarno-brunatną cerą, z wystającemi policzkami i czarnemi oczyma skośnemi i dowiedziałem się nadzwyczajnej historji osadników.

Przodkowie ich przybyli do Tybetu w XIII stuleciu z Wenecji i z Genui, zwabieni opowiadaniami sekretarza Dżengiz-Chana, genueńczyka Marco Polo, który długie lata spędził w Mongolji, Tybecie i Chinach, podróżując z cesarzem i chanem Kubłajem, władcami Azji i połowy Europy. Są to jedyni w Tybecie mieszkańcy, trudniący się rolnictwem i zagrodową hodowlą bydła na wzór europejski. Pamięć o swych przedsiębiorczych przodkach przechowało wiernie wiele pokoleń wraz z opowieściami o ich życiu i czynach, przekazując potomkom stare zbroje weneckie, hełmy i miecze genueńskie. Nie pamiętając imion przodków i z pewnością nie mogąc wymówić nazwisk cudzoziemskich, przechowali oni jednak przydomki: "Bystry", "Walczący", "Strzelec", "Pogromca strasznego Lamparta śnieżnego" (Leoparda śnieżnego – felis nivica). Pośród tych potomków mieszkańców pięknej Italji spotkałem dwie kobiety o niebieskich oczach i prześlicznie wykrojonych ustach. Te tybetańskie "signoriny" były jednak niemniej brudne i dzikie od innych Tybetanek, których pochodzenie ginie w mroku przeszłości.

Co prawda istnieje mit, że jakiś żądny wrażeń samiec-małpa dotarł przez straszliwe Himalaje do Tybetu, gdzie pojął za żonę córkę "ducha gór", i z tej pary małżonków powstał lud tybetański.

Stąd kult małpy przedostał się do Chin, gdzie w architekturze i w malarstwie w wiekach XIII, XIV i XV figuruje ona bardzo często w przeróżnych motywach. Gdy znów wyruszyliśmy w drogę, od razu spostrzegliśmy, że nas śledzą. Jacyś jeźdźcy pojedynczy często wyłaniali się z lasów i z poza skał i obserwowali każdy nasz ruch, wszystkie zaś próby, aby zbliżyć się do nich i rozmówić, spełzły na niczem. Znikali, jak cienie, na swych małych, śmigłych konikach. Przebrnęliśmy w śniegu ciężkie do przebycia przejścia górskie, Hamszan, idąc śladami jakichś wozów i jeźdźców, i już mieliśmy stanąć na popas, gdy nagle około czterdziestu jeźdźców nadjechało na białych koniach i dało do nas kilka salw. Dwóch moich oficerów z krzykiem spadło z koni. Jeden był zabity, drugi żył jeszcze kilka minut. Nie pozwoliłem swoim ludziom strzelać i, wywiesiwszy białą Hagę, przywołałem Kałmuka i pojechałem w stronę jeźdźców w celu zawarcia umowy pokojowej. Tybetańczycy dali do nas jeszcze dwa strzały, lecz po chwili strzelanina umilkła i grupa jeźdźców zaczęła zjeżdżać ku nam z jednej z gór.

Po milczącem powitaniu zaczęliśmy pertraktować. Tybetańczycy oznajmili, że na Hamszanie, jako na miejscu poświęconem bogom, nie wolno palić ogniska i popasać, i radzili nam jechać dalej, gdzie będziemy bezpieczniejsi.

Wybadawszy nas, skąd i dokąd jedziemy, jeden z Tybetańczyków w przykry sposób zadziwił nas powiedzeniem, że oni znają bolszewików i mają ich za ludzi dobrych, dążących do oswobodzenia ludów Azji od jarzma białych ras. Nie chciałem prowadzić z rozbójnikiem sporu politycznego i, pożegnawszy ich, odjechałem. Przez cały czas, jadąc z góry do naszego oddziału, oczekiwaliśmy kulki w plecy, lecz Tybetańczycy widocznie uszanowali białą flagę.

Ze smutkiem pozostawiliśmy ciała dwóch naszych przyjaciół wśród kamieni i powoli ruszyliśmy dalej. Jechaliśmy przez całą noc, usiłując wyjść z gór, przez których szczyty prowadził Hamszan.

Konie nasze stawały i kładły się zmęczone, lecz zmuszaliśmy je do dalszego pochodu.

Zatrzymaliśmy się dopiero, gdy słońce było wysoko. Na wszelki wypadek nie rozkulbaczaliśmy koni, daliśmy im tylko możność położenia się i wypoczęcia. Przed nami leżała szeroka równina bagnista. W tem miejscu bierze początek rzeka Ma-Ghu, która jest niczem innem, tylko źródłami jednej z największych rzek Azji-Żółtej, czyli Hwang-Ho. Woddali połyskiwało wielkie jezioro Arung-Nor.

Rozpaliliśmy ogień z "argyłu" (suchego nawozu), o który w Mongolji i w Tybecie nietrudno, i zaczęliśmy przyrządzać herbatę, gdy naraz ze wszech stron zaczęto nas ostrzeliwać zupełnie sprawnym ogniem. Pochowaliśmy się pomiędzy kamienie i oczekiwali dalszych wypadków. Strzelanina stawała się coraz gęstszą. Wszędzie z okolicznych wyżyn błyskały ogniki wystrzałów karabinowych, kule świstały we wszystkich kierunkach. Stało się oczywiste, że wpadliśmy w zasadzkę, gdyż otoczono nas i musieliśmy zginąć.

Spróbowałem znowu wywiesić białą flagę, lecz gdym się tylko podniósł, gęsta strzelanina zmusiła mię znowu do ukrycia za skałą; jednocześnie kula, odbiwszy się od kamienia, wpiła mi się w lewą nogę. Jeden z moich ludzi padł trupem. Nie mieliśmy innego wyjścia, tylko przyjąć walkę.

Rozpoczęliśmy ogień. Potyczka trwała około dwóch godzin. Oprócz mnie, jeszcze trzech moich towarzyszy odniosło lekkie rany. Trzymaliśmy się, dopókiśmy mogli, lecz bandyci się zbliżali, coraz celniej strzelając. Położenie nasze stawało się rozpaczliwe.

– Dość tego! – rzekł stary pułkownik. – Siadać na koń! Musimy skierować się dokądkolwiek, bo tu nas wystrzelają.

"Dokądkolwiek"... Było to słowo straszliwe! Naradzaliśmy się niedługo. Było jasne, że im bardziej będziemy się posuwali w głąb Tybetu, mając poza sobą zgraję tych bandytów, tem mniej nadziei, ujścia z życiem. Postanowiliśmy więc powracać do Mongolji. Ale w jaki sposób? Tego jeszcze nie wiedzieliśmy...

Poczęliśmy się cofać. Nie przerywając ognia karabinowego, pędziliśmy na północ, ile starczyło sił naszym biednym koniom.

Jeden po drugim padali moi towarzysze. Padł Tatarzyn z przestrzeloną szyją; za nim, głośno klnąc, potoczył się ze spadku góry pułkownik Ostrowski, ugodzony w brzuch dwiema kulami. Gdy podbiegliśmy do niego, już nie żył. Leżał z siwą, długą brodą i z powichrzonemi włosami, spokojnie patrząc otwartemi oczyma w szare niebo Tybetu, a pięść prawej ręki miał groźnie zaciśniętą. Cofając się, zostawiliśmy trzech zabitych przyjaciół. Powodzenie podniecało napastników. Stawali się coraz zuchwalsi, nie kryli się już i strzelali z miejsc otwartych.

Kulka wbiła mi sprzążkę od buta w kostkę prawej stopy. Mój najstarszy towarzysz, agronom, jęknął, złapawszy się za ramię. Dzielny Kałmuk obwiązywał sobie skrwawione czoło jakąś szmatą.

Naraz około piętnastu Tybetańczyków ruszyło do ataku. Przypuściliśmy ich bardzo blisko i daliśmy salwę. Sześciu pozostało na miejscu, a dwóch, straciwszy konie, które leżały ranne śmiertelnie, uciekało co tchu w stronę skał. Reszta jeźdźców rozproszyła się w różne strony. Strzelanina nagle się urwała.

Za chwilę spostrzegliśmy białą flagę, powiewającą nad skałami, gdzie byli ukryci napastnicy.

Dwaj jeźdźcy wkrótce zbliżyli się do nas. Pokazało się, że herszt bandytów był ciężko ranny, i teraz proszono nas o pomoc lekarską, wiedząc, iż "Europejczycy zawsze wożą z sobą lekarza".

Odrazu błysnął mi promyk nadziei. Pomimo zranionej nogi, czemprędzej zabrałem z sobą apteczkę i wyruszyłem ku nim wraz z Kałmukiem, chociaż moi towarzysze obawiali się podstępu ze strony rozbójników.

– Dajcie temu szatanowi cyjanku potasu! – wołali za mną.

Lecz ja planowałem inaczej.

Dopuszczono nas do rannego. Na terlicy wśród kamieni leżał wódz bandytów. Miałem przekonanie, że nie jest on Tybetańczykiem, lecz raczej mieszkańcem południowego Tarkiestanu – mieszańcem Sarta, Turkmena i Afgańczyka. Patrzył na mnie wzrokiem błagalnym i widocznie bardzo cierpiał.

Opatrzyłem go. Kula przeszyła mu pierś na wylot z lewej strony. Ranny stracił dużo krwi. Rana była stanowczo niebezpieczna. Zrobiłem sumiennie wszystko, co mogłem. Przypaliłem ranę jodyną i zasypałem jodoformem, poczem przewiązałem watą i kawałkiem bandażu. Po tej operacji dałem mu dużą dawkę aspiryny, gdyż gorączkował, otrzymawszy ranę jeszcze w południe. Nauczyłem jednego z Tybetańczyków, jak ma zmieniać bandaż, zostawiłem mu też trochę waty, jodoformu i parę pastylek aspiryny.

Po tej czynności zwróciłem się do rozbójników zapomocą tłumacza-Kałmuka z taką mową:

– Rana niebezpieczna, lecz dałem mocne i cudowne leki waszemu wodzowi. Wiem, że będzie zdrów i wkrótce wsiądzie na konia. Lecz musicie spełnić jeden warunek... Słuchajcie! Złe duchy śmierci są przy chorym i natychmiast go uśmiercą, jeśli po przyjęciu moich leków rozlegnie się choć jeden wystrzał. Nie wolno nawet nabijać broni! Pamiętajcie o tem! Jedenaście dni i nocy nie wolno wam będzie opuścić tego miejsca i włożyć naboju do lufy. Inaczej duchy śmierci zemszczą się na wodzu....

Z temi słowy kazałem Kałmukowi wyjąć naboje z jego karabinu i sam wysypałem kule z magazynu Mausera. Bandyci natychmiast uczynili to samo, ze strachem patrząc na mnie. Gdym powrócił do swoich, uspokoiłem ich, że jesteśmy na pewien czas bezpieczni, tylko musimy dobrnąć jak najprędzej do granicy Mongolji. Tymczasem konie nasze były zupełnie wyczerpane; trzeba więc było zostać i wypoczywać na miejscu przez całe dwie doby.

Odwiedzałem rannego, który się czuł niedobrze. Opatrzyliśmy też tymczasem swoje, na szczęście, lekkie rany i trochę wypoczęliśmy.