Goniec

Register Login

Lektura Gońca (546)

W tej chwili wszedł nasz przyjaciel, sojocki "merin". W ten sam sposób, jak nam w dzień, zaczął się przyglądać bacznie przyjezdnym, a potem ponurym głosem zapytał:

– Jakim prawem zabraliście Sojotowi dobrego konia, pozostawiając mu chorego i słabego?

Żołnierze wybuchnęli śmiechem.

– Pamiętajcie, że jesteście w obcej ziemi, gdzie są inne prawa i obyczaje! – rzekł "merin", a w jego głosie brzmiała groźba.

– Stul gębę i wynoś się do djabła! – krzyknął jeden z bolszewików.

Lecz Sojot zupełnie spokojnie usiadł przy stole, a gospodyni niezwłocznie przysunęła mu kawał chleba i duży kubek herbaty. Rozmowa się urwała. Sojot napił się herbaty, wypalił swą długą i cienką fajkę, wstał i rzekł nie zwracając się do nikogo:

– Jeżeli jutro rano koń nie będzie zwrócony właścicielowi, sami go odbierzemy.

Odwrócił się i spokojnie opuścił izbę.

Natychmiast zauważyłem wyraźną trwogę na twarzach bandytów sowieckich. Starszy żołnierz rozstawił patrole dokoła osady, i wszyscy spuściwszy głowy siedzieli w przykrem zamyśleniu.

Późno w nocy przyjechał oficer z siedmiu jeźdźcami. Po raporcie starszego o zajściu z "merinem" oficer zachmurzył czoło i rzekł głosem, zdradzającym niepokój: – Źle... źle! Musimy przedzierać się przez takie topielisko, a tu ci za każdym krzakiem i kamieniem będą czyhali Sojoci. Oj, źle, towarzysze...

Oficer coraz bardziej trwożył się i pochmurniał, i dlatego, nie zwracał zbytnio na nas uwagi, tembardziej, że zacząłem go uspokajać i obiecałem pośrednictwo pomiędzy oddziałem a Sojotami.

Był to niepiśmienny, ponury chłop ukraiński, który chciał się odznaczyć przed sowietami ujęciem znienawidzonego kozaka, lecz obawiał się, że Sojoci przeszkodzą mu w szybkiem dotarciu do rzeki Sejbi.

O świcie byliśmy już na koniach, jadąc razem z czerwonemi zbójami. Gdy odjechaliśmy kilkanaście kilometrów, niespodziewanie z krzaków wynurzyło się dwóch jeźdźców sojockich. Za plecami mieli swe dziwaczne strzelby skałkowe o malutkiej płaskiej kolbie z widełkami dla oparcia o ziemię przy strzale, który nigdy nie chybia celu.

– Poczekajcie! – rzekłem, zatrzymując oficera. – Pojadę rozmówić się z Sojotami.

Szybko popędziłem naprzód. Jeden z Sojotów był to "merin", drugi – nieznajomy tubylec, mówiący łamanym językiem rosyjskim.

– Trzymajcie się z tyłu oddziału – szepnął, zanurzając w moich oczach swój rysi wzrok – i pomóżcie nam.

– Dobrze! – zgodziłem się natychmiast – lecz pogadajmy dłużej, żeby tamci myśleli, że omawiam z wami ich sprawę.

Niebawem, uścisnąłem dłonie Sojotów i powróciłem do oddziału.

– Możemy jechać – zawołałem. – Sojoci nie będą przeszkadzali.

Ruszyliśmy i, gdy przejeżdżaliśmy przez rozległą polanę, spostrzegliśmy obydwóch Sojotów, całym pędem koni mknących stromym spadkiem góry.

Niepostrzeżenie wykonałem odpowiedni manewr i obaj z moim towarzyszem podróży pozostaliśmy w tyle oddziału wraz z naszym koniem ciężarowym.

Za nami jechał tylko jeden żołnierz – ponure chłopisko, patrzące na nas bardzo nieprzychylnym wzrokiem.

Zdążyłem szepnąć swemu towarzyszowi jedno słowo: "Mauzer" i zauważyłem, że ten wnet ostrożnie odpiął torbę kulbaki i wysunął nieco rękojeść pistoletu.

Wkrótce zrozumieliśmy, dlaczego ci żołnierze, wytrawni, leśni włóczęgowie, nie odważyli się iść na Sejbi bez przewodnika. Doliny Ałgiaka i Sejbi są przedzielone szeregami wąskich grzbietów górskich, pomiędzy któremi leżą głębokie i szerokie wąwozy z grząskiemi, niebezpiecznemi torfowiskami.

Było to wielkie topielisko, bagno bezdenne, jakieś martwe, przeklęte miejsce. Konie grzęzły do kolan, padały, plątały się nogami w sieci korzeni, zanurzonych w grząskim torfie, przygniatały jeźdźców, gryzły się, chrapały, rwały rzemienie i popręgi. Coraz częściej konie zanurzały się w bagnie prawie do kolan jeźdźca. Mój wierzchowiec wpadł do jakiegoś dołu, wypełnionego rudą, cuchnącą wodą. Nieszczęśliwy koń ugrzązł tak głęboko, że moja pierś już dotykała powierzchni wody. Wyratowaliśmy się z wielką trudnością. Po mnie natychmiast runął wraz z koniem oficer bolszewicki, kalecząc sobie o kamień głowę bardzo poważnie. Mój towarzysz, padając stłukł sobie kolano. Żołnierze ciągle padali i kaleczyli się. Przerażone konie chrapały i robiły bokami. Kędyś daleko głucho i złowrogo krakał kruk, zwiastun nieszczęścia...

Tymczasem droga stała się jeszcze gorsza. Ścieżka prowadziła przez takie same, jak uprzednio, grząskie błota, lecz były one pokryte konarami złamanych, gnijących na ziemi drzew. Konie, przeskoczywszy przez olbrzymie pnie, nieoczekiwanie wpadały w głębokie trzęsawisko i zaczynały tonąć, pogrążając się coraz bardziej w czarne, cuchnące błoto. Jeźdźcy i konie nieustannie padali. Wszyscy byli pokryci błotem i zbroczeni własną krwią.

Ja i mój towarzysz z przerażeniem spoglądaliśmy na nasze wierzchowce, których siły się wyczerpały i które oddawna już prowadziliśmy za uzdy. Nurtowała nas myśl straszna, co zrobimy z sobą, jeżeli który z koni padnie? Przecież nie mogliśmy rekwirować koni Sojotom na wzór naszych czerwonych "towarzyszy"?!

Nareszcie wybrnęliśmy na rozległą polanę, zarośniętą gęstemi krzakami i otoczoną olbrzymiemi odłamami skał, które prawdopodobnie niegdyś stoczyły się były ze szczytów gór okolicznych. Nie tylko konie, lecz i ludzie zaczęli się zapadać w zimne trzęsawisko, nurzając się w niem aż do pasa i nie czując dna pod stopami. Całą powierzchnię polany stanowiła cienka warstwa torfu, pokrywającego jezioro o czarnej, gnijącej wodzie. Szliśmy pojedynczo, w pewnej odległości jeden od drugiego, żeby zmniejszyć ciężar i uniknąć zarysowania się torfowiska; ze zgrozą spostrzegłem, że krzaki, rosnące na torfie, pochylały się i kołysały, a ziemia pod nogami uginała się, pękała, a wtedy ze szczelin buchała czarna wstrętna woda...

Każdy krok, najmniejsza nieostrożność groziły śmiercią. Przykład mieliśmy bardzo tragiczny. Jeden z żołnierzy spróbował zejść wraz z koniem ze ścieżki, zamierzając znaleźć na uboczu twardszą drogę. Lecz zaledwie stąpił kilka kroków, usłyszeliśmy przeraźliwe rżenie konia i błagający krzyk człowieka o pomoc.

Pod koniem i żołnierzem zarwało się torfowisko, otwierając nieznaną i ponurą otchłań. Na próżno koń i człowiek czepiali się nogami i rękami brzegów cienkiej warstwy torfu. Obrywał się on coraz to więcej, a woda i płynne czarne błoto występowały szybciej i dalej. Nikt nie mógł zbliżyć się do nich, gdyż nogi śmiałka odrazu przerywały sieć gnijących traw i gałęzi. Zdawało się, że ktoś z dołu, z dna tego topieliska podcina coraz to dalej i dalej cienką warstwę, na której trzymaliśmy się jeszcze. Najpierw znikła głowa konia z wylękłemi, błagającemi oczyma, a później zanurzył się człowiek, wyjący z przerażenia i rozpaczy. Tylko wielkie bąble wypływały na powierzchnię czarnej wody i powoli pękały...

Nagle rozległy się trzy wystrzały.

Dźwięk ich był głuchy, bez zbytniego huku i bez echa.

Były to jednak strzały celne, gdyż oficer bolszewicki i dwaj żołnierze odrazu spadli z koni. Te, plącząc się w krzakach i rżąc, starały się przedrzeć na schyłki gór, lecz ślizgały się i padały, gdyż zbocza góry, przesycone podskórną wodą, osuwały się pod nogami i zwolna spełzały na dół.

Żołnierze porwali za karabiny i z przestrachem się rozglądali dokoła, nie widząc wrogów. Lecz ci ich widzieli doskonale. Padło jeszcze czterech bolszewików, ugodzonych śmiertelnie w piersi. W tej chwili spostrzegłem, że pozostający ciągle za nami żołnierz wymierzył do mnie z karabinu i coś majstrował koło cyngla. Mój mauzer zdążył uprzedzić go dwiema kulami i pozbawić nas jednego wroga.

– Zaczynajmy! – zawołałem do swego towarzysza, i po chwili wzięliśmy udział w wystrzeliwaniu bolszewickich bandytów.

Wkrótce na polanie krzątali się Sojoci, obdzierając zabitych bolszewików i rozdzielając zdobycz.

Po godzinie uciążliwej drogi zaczęliśmy się wznosić na schyłek górskiego grzbietu i nareszcie wyszliśmy na wysokie płaskowzgórze, zarosło starym lasem.

– Jednakże Sojoci nie są bardzo pokojowym narodem! – zauważyłem, zbliżając się do "merina".

Uważnie spoglądając na mnie, urzędnik sojocki odparł:

– To nie Sojoci zabijali...

Miał słuszność. Na bolszewików, bezprawnie wdzierających się do Urianchaju, napadli nie spokojni Sojoci, lecz przebrani w kożuchy tubylców Tatarzy abakańscy, którzy, uchodząc od władz sowieckich, wybrali ten kraj dla swoich koczowisk i stad. Dość znaczna liczba rodzin tatarskich porzuciła stepy Abakańskie i przez zachodni Urianchaj przedostała się do zachodniej Mongolji, a nawet dalej na południe, prześlizgnąwszy się niepostrzeżenie przez chińską prowincję Kansu i dotarłszy aż do północnego Tybetu. Tu, zapłaciwszy daninę plemionom tybetańskim, Tatarzy wyrobili sobie prawo koczowania aż do upadku rządów komunistycznych w Rosji. Tatarzy, którzy uczynili napad na bolszewików na trzęsawisku pomiędzy Ałgiakiem i Sejbi, mieli doskonałego przewodnika i tłumacza, Kałmuka-lamaitę.

Noc przed rzeką Sejbi spędziliśmy w lesie przy ognisku, a Tatarzy do świtu prawie opowiadali nam o bezprawiach, mordach i grabieżach, jakich dopuszczali się komisarze bolszewiccy w stepach, gdzie niegdyś utwierdził swą władzę i prawo wódz Mongołów – Dżengiz-Chan, władca Azji i połowy Europy. Te opowiadania tchnęły grozą i nienawiścią niepohamowaną.

Wczesnym rankiem podjeżdżaliśmy do niewielkiej rosyjskiej osady, a zbliżając się do niej, spostrzegliśmy wyglądających z lasu jeźdźców. Jeden z naszych znajomych Tatarów pomknął ku nim i, pomówiwszy chwilę, powrócił, wołając:

– Wszystko w porządku! Jedźmy prędzej!

Pojechaliśmy szeroką drogą, która biegła wzdłuż wysokiego ogrodzenia z cienkich modrzewi, otaczającego obszerny plac łąki i lasu, gdzie chodziło spore stado jeleni; były to tak zwane "izubry", czyli "morały", które hodują miejscowi koloniści rosyjscy. Na wiosnę rogi tych pięknych zwierząt podlegają spiłowaniu, gotowaniu w specjalny sposób i suszeniu. Spreparowane rogi, noszące nazwę "panty", sprzedaje się Chińczykom jako najpotężniejszy i najcenniejszy środek leczniczy, uznany przez medycynę szkoły tybetańskiej.

Cena "pantów" dosięga czasami wartości złota.

W osadzie przyjęto nas z wielką trwogą i niepokojem.

– Chwała Bogu! – wykrzykiwała żona gospodarza. – A my myśleliśmy...

Lecz urwała, spojrzawszy na męża.

 

Potyczka na Sejbi

Ciągłe niebezpieczeństwo wyrabia zmysł spostrzegawczy i ostrożność. Nie rozbierając się i nie zdejmując siodeł z koni, uważnie przyglądaliśmy się ludziom i położeniu. Swój "mauzer" zatknąłem za klapę kożucha i zacząłem oglądać się dokoła, wyraźnie czując zbliżające się niebezpieczeństwo. Najpierw zauważyłem kolbę karabina, schowanego na łóżku pod stosem poduszek. Dalej zwróciłem uwagę na parobków, kręcących się po osadzie i po domu. Niezawodnie nie byli to prości chłopi, chociaż mocno zarośnięci, brudni i źle odziani. Oni ze swej strony też bardzo uważnie się nam przyglądali i na chwilę nawet nie pozostawiali nas samych z gospodarzami.

Coś się działo, czego jeszcze nie rozumiałem. W tej chwili właśnie wszedł nasz przyjaciel "merin" i zaczął po sojocku coś opowiadać gospodarzowi. Ten bardzo się ucieszył i natychmiast zbliżył się do nas z wyciągniętą dłonią.

– Wybaczcie nam! – rzekł. – Lecz zrozumiecie, że temi czasy na dziesięć tysięcy ludzi można spotkać tylko jednego porządnego człowieka i 9999 bandytów!

Z rozmowy pokazało się, że nasz gospodarz już miał wiadomość o dążącym do niego z Ałgiaku oddziale "towarzysza oficera", ścigającego oficera kozackiego, który rzeczywiście ukrywał się u niego, lecz obecnie zbiegł dalej. Został on już poinformowany co do tragicznego końca tej wyprawy. Lecz wszystko to nie uspokoiło starego kolonisty, gdyż przyszła wiadomość, że od strony Usińskiego kraju zbliżał się do Sejbi znaczny oddział jazdy bolszewickiej, ścigający Tatarów, uchodzących z Rosji z bydłem i z końmi.

– Co chwila oczekujemy tu czerwonych! – z trwogą w głosie wyjaśnił stary. – Lada chwila tu będą. Już przeleciał na koniu Sojot zawiadomić, że czerwoni przeprawiają się przez rzekę. Tatarzy już są w pogotowiu do walki.

Wyszedłem z domu wraz ze swym towarzyszem; opatrzyliśmy rynsztunek naszych koni i odprowadziliśmy je w miejsce bezpieczniejsze. Potem poszliśmy do izby i, przygotowawszy nasze karabiny i mauzery, oczekiwaliśmy dalszych wypadków. Po upływie pół godziny ciężkiego wyczekiwania wbiegł parobek i szepnął:

– Wyszli już na naszą drogę. Zaraz się zacznie.

Rzeczywiście, jakgdyby w odpowiedzi na te słowa, zagrzmiał woddali strzał, poczem rozległy się salwy, i huk wystrzałów zaczął się zbliżać ku osadzie.
Zatętniały kopyta końskie, rozległy się krzyki klnących ludzi, i do izby wpadło trzech czerwonych żołnierzy; jeden z nich ze straszliwem przekleństwem strzelił do gospodarza.

Stary kolonista potknął się i padł na jedno kolano; rękę jednak wyciągnął ku poduszkom ze schowanym pod niemi karabinem.

– A wyście co za jedni? – groźnie krzyknął żołnierz, zwracając się do nas i podnosząc karabin.

Odpowiedzieliśmy z mauzerów i bardzo trafnie. Uciekł tylko jeden żołnierz. Dwóch leżało z przestrzelonemi głowami. Na zmykającego bolszewika wpadł jeden z parobków i zaczął go dusić.

Zawiązała się walka. Bolszewik wołał na pomoc swoich towarzyszy, lecz ci leżeli w rowie za drogą o 300-400 kroków od osady i strzelali do atakujących Tatarów.

W ostatniej wsi rosyjskiej na pograniczu Urianchaju, zatrzymaliśmy się w jednym domu z dozorcą, czekając, aż dla nas zmienią konie. Podczas przekładania swoich rzeczy, zauważyłem nagle zachwycony, wniebowzięty wzrok dozorcy, zwrócony w stronę mojego tobołka.

– Co się wam tak podobało? – spytałem.

– Spodnie... – wyszeptał przedstawiciel milicji sowieckiej. – Spodnie!

Istotnie otrzymałem od swoich przyjaciół zupełnie nowe spodnie z czarnego grubego sukna, bardzo dobre do konnej jazdy. W tej właśnie części mojej garderoby trzymał utkwione oczy dozorca milicyjny.

– A czyż wy nie macie zapasowych spodni? – spytałem go, planując moralny atak na zachwyconego dozorcę.

– Nie! – odparł ze smutkiem w głosie. – Sowiety nie dają. Sami, powiadają, bez spodni chodzimy. A moje tymczasem zupełnie się zniszczyły. Spójrzcie no sami!

Mówiąc to, odchylił połę swego kożucha i ukazał mi spodnie, które przypominały raczej sieć na grube ryby. Dziwiłem się, jakim sposobem biedaczysko mógł się w nich utrzymać.

– Sprzedajcie... – z prośbą w głosie odezwał się po chwili dozorca.

– Nie mogę, sam potrzebuję! – odparłem stanowczo.

Namyśliwszy się trochę, dozorca zbliżył się do mnie i szepnął:

– Pójdźmy na dwór, pomówimy! To niedogodne miejsce...

Wyszliśmy.

– Słuchajcie! – zaczął dozorca. – Jedziecie do Urianchaju! Tam nasze sowieckie pieniądze nic nie są warte, za nie nic nie kupicie. A jest tam co kupić! Sobole, lisy, gronostaje, złoto także można tanio nabyć w zamian za jakąś drobnostkę. Tam wszystko można dostać za karabiny i naboje. Macie z sobą tylko jeden karabin. Ja wam dam jeszcze jeden i 100 naboi do niego, a wy mnie... spodnie. Co? Dobrze?

– Nam nie trzeba broni, nas chronią nasze dokumenty! – niby nie rozumiejąc, o co chodzi, odpowiedziałem spokojnie.

– Ale nie! – żywo odezwał się dozorca. – W Urianchaju zamienicie karabin na futra, albo na złoto. Oddam wam karabin na zawsze, na wieczną własność. Rozumiecie?

– A! Teraz rozumiem – rzekłem. – Ale w takim razie tego mało za spodnie. Spodni, i do tego takich wspaniałych, nigdzie w Rosji nie znajdziecie. Cała Rosja chodzi obecnie bez spodni. A za karabin dadzą mi jedną skórkę sobola. Co ja będę z nią robił?

Słowo po słowie dopiąłem swego. Dozorca otrzymał moje spodnie, a ja karabin ze 100 nabojami i dwa mauzerowskie pistolety z 80 nabojami. Od tej chwili byliśmy uzbrojeni i mogliśmy stawiać poważny opór w razie przygody. Nadto szczęśliwy posiadacz nowych spodni wydał nam rządowe poświadczenie na prawo noszenia broni.

W ten sposób prawo i siła były po naszej stronie.

Dozorca dopomógł nam nabyć we wsi od bogatego chłopa trzy konie, dwa pod siodło i jednego pod toboły, wynająć przewodnika, który był prawnukiem zesłańca, Polaka, hr. Przeździeckiego, kupić sucharów, mięsa, soli i masła. Wypocząwszy jeden dzień, ruszyliśmy w stronę źródeł Amyła, kierując się ku Sajanom, za któremi już nie mogliśmy spotkać "czerwonych", ani głupich, ani mądrych...

Trzy dni zabrała nam droga od ujścia Tuby do tej ostatniej granicznej wsi rosyjskiej. Trzy dni ciągłego poczucia bezprawia, bezpośredniego niebezpieczeństwa i bliskiej, głupiej śmierci z rąk oszalałej dziczy.

Wielka siła woli, panowanie nad wrażeniami, zimna krew i upór w dążeniu do celu dopomogły nam szczęśliwie ominąć niebezpieczeństwa i nie stoczyć się w przepaść, na dnie której leżały już setki ludzi, pragnących wykonania tego, co nam się udało. Czy naszym nieszczęśliwym poprzednikom nie starczyło wytrwałości i pomysłowości, czy, być może, nie umieli oni układać ody na cześć przyszłych mostów, szos i kopalń, czy też poprostu nie mieli z sobą... dobrych zbywających spodni?

Nie można pominąć jednego bardzo ciekawego zjawiska historycznego, które rzuciło się nam w oczy podczas podróży brzegami Jeniseju, Tuby i Amyłu. Prawym brzegiem Jeniseju, a zatem brzegami Tuby i Amyłu, ukryty w gęstych krzakach i leśnych zaroślach, ciągnie się nieskończenie długi szlak nieznanych mogił. Chłopi syberyjscy nazywali je "czudzkiemi mogiłami", czyli mogiłami nieznanych ludzi. Szlak ten dochodzi aż do Krasnojarska, niektórzy zaś badacze znaleźli te same mogiły aż na brzegach Oceanu Lodowatego. Drogi, któremi ciągną się te mogiły, topografja miejscowości, a później poczynione przez archeologów badania dowiodły, że jakieś plemię mongolskie szło było od południa ku północy lewym brzegiem Jeniseju, kryjąc się w lasach w obawie przed napadami tubylców-koczowników i pozostawiając po sobie mogiły. Umierali ci przybysze z ręki Tatarów, koczujących w stepach Minusińskich i Czułymskich, umierali z głodu i chorób, z wyczerpania, od zbyt surowego dla nich klimatu stepów. Z resztek sprzętów i ubrań, znalezionych w mogiłach, można było sądzić, że to nie było plemię wojownicze, lecz plemię myśliwych i hodowców bydła.

Skąd wędrowało ono i dokąd? Na to pytanie uczeni rosyjscy odpowiedzi nie dawali, gdyż badali mogiły, leżące na przestrzeni od Minusińska do Krasnojarska, nie troszcząc się o poznanie geografji tego zjawiska. A tymczasem geografja i legendy mongolskie rzucają jaskrawe światło na pochodzenie "czudzkich mogił".

Wielki Mongoł, Dżengiz-Chan, ruszył na czele hord azjatyckich do Europy. Droga jednej części jego konnej armji przechodziła przez Urianchaj. Czy sam Dżengiz szedł tamtędy, czy któryś z jego wodzów – niewiadome, i różnie o tem mówią legendy i księgi mongolskie. Jednakże wiadomo, że mongolscy wodzowie, zachwyceni celnością łuczników urianchajskich, oraz niezwykłą wytrwałością tych niezrównanych jeźdźców, postanowili zaciągnąć ich do swoich szeregów. Lecz Urianchowie odmówili posłuszeństwa, oświadczywszy, że ich kraj jest "krajem odwiecznego pokoju", i że ich wiara zabrania przelewu krwi "ptasiej, rybiej i ludzkiej". Nie pomogły groźby i surowe kary, podczas których na rzece Dżabartaszu zginęło 300 wybitniejszych ze starszyzny tubylczej. Pod naciskiem hord dżengischanowych Urianchowie zaczęli porzucać ojczyznę, wyruszając na wygnanie dwiema drogami: Kemczykiem na południe, gdzie weszli do obecnego obwodu kobdoskiego i zatracili mowę i wiarę przodków, i Amyłem i Tubą na Jenisej i dalej na północ. Rzece Tubie nadali swoje stare historyczne imię "tubów", szczepu, który pochodził od Tatarów-Ujgurów, twórców największego na świecie imperjum koczującego. Z tych północnych wygnańców nikt już nigdy nie powrócił do pięknego Urianchaju, a kości ich leżą w tajemniczych "czudzkich" mogiłach, w tych śladach wielkiej tragedji dziejowej, która się rozegrała w XIII wieku.
Obecni tubylcy Urianchaju, Sojoci, przechowali pamięć o przodkach, którzy uchodzili przed "demonem wojny", Dżengizem, wierni przepisom starej wiary i moralności, kwitnącej w "kraju odwiecznego pokoju".

 

Do Sajanów – do wybawienia!

Dziewicze lasy ogarnęły nas, pochłonęły. Pośród wysokiej trawy i żółkniejących krzaków wije się ledwie dostrzegalna ścieżka. To od dawna porzucona "stara amyłska ścieżka", którą przed 35 laty wożono mąkę i sól, maszyny i robotników do licznych kopalń złota, porozrzucanych w systemie rzeki Amył. Ścieżka to zbliża się do samego brzegu wartkiego Amyłu, to znika w lesie.

Wyprowadza nas ona na błotnistą równinę z ukrytemi pośród wysokiej trawy topieliskami, do gęstych zarośli, na szczyty gór, na obszerne łąki i do gęstych lasów. Nasz przewodnik, potomek hr. Przeździeckich, o których doskonale pamięta i którymi się szczyci, chociaż już się nazywa "Preżdzieckij", widocznie rozumie nasz istotny plan i od czasu do czasu z trwogą patrząc na ziemię, mówi:

– Przejechało trzech jeźdźców... Konie podkute... Widocznie żołnierze...

Wkrótce jednak uspokaja się, ponieważ widzi, że ślady poszły gdzieś wbok, a później zawróciły.

– Dalej nie pojechali! – oznajmia nam Przeździecki, chytrze się uśmiechając.

– Szkoda! – mówimy mu. – W towarzystwie podróż byłaby weselsza.

Lecz chłop głaszcze swoją powichrzoną brodę i śmieje się. Widocznie nam nie wierzy.

Przejechaliśmy przez wielką kopalnię złota, w nowych czasach urządzoną przez Amerykan podług przepisów współczesnej techniki. Bolszewicy zrabowali to przedsiębiorstwo, wywieźli złoto, maszyny, zapasy i nawet niektóre części budynków, pozostawiając kopalnię prawie zrujnowaną, głuchą i nieczynną. Jak sztandar sowieckiej Rosji, na pagórku stała spalona cerkiew ze zdartą dachówką i krzyżem zrzuconym. Głodna rodzina stróża pędzi tu samotne i smutne życie, narażona na stałe niebezpieczeństwo. W okolicznych lasach błąkają się bandy czerwonych partyzantów, rabują i zabijają. Czasami zatrzymują się dłużej w tych kopalniach, które niegdyś słynęły z obfitości złota, przemywają piasek i, po zdobyciu niewielkiej ilości metalu, jadą dalej przepijać go w jakiejś odosobnionej wiosce, gdzie chłopi fabrykują spirytus z jagód i z ziemniaków, sprzedając mętny, trujący napój na wagę złota. Te uzbrojone bandy rozbójnicze, nie podlegające żadnym prawom, są bardzo niebezpieczne. Spotkanie z niemi grozi śmiercią.

W trzy dni dojechaliśmy do przejścia górskiego Czokur, prowadzącego przez główny grzbiet Sajanów, przedostaliśmy się na przeciwległy brzeg rzeki Ałgiak i od tej chwili byliśmy już w granicach Urianchaju.

Ten kraj zadziwiający bogactwem, zaludniony przez 60.000 wymierających Sojotów, mówiących językiem całkiem odrębnym od mowy innych mongolskich szczepów i szczycących się tem, że przez długie wieki przechowywali ideały odwiecznego pokoju, jest miejscem zakusów władz administracyjnych rosyjskich, mongolskich i chińskich. Sąsiedzi dawno rządzą się, jak szare gęsi w Urianchaju, Sojoci zaś spokojnie płacą podatki wszystkim trzem.

Łatwo więc zrozumieć, dlaczego ta "zagranica" nie mogła jeszcze być dla nas portem zbawienia.

Słyszeliśmy już przedtem od dozorcy milicji o projektowanej wyprawie do Urianchaju, a od Rosjan w Urianchaju dowiedzieliśmy się, że niektóre wsie ukraińskie na Małym Jeniseju (czyli Khua-Kem) sformowały oddziały partyzanckie, które zamykały południową granicę kraju, grabiąc i zabijając podróżnych. Przed kilku tygodniami partyzanci zabili sześćdziesięciu dwóch oficerów, przekradających się do Mongolji, zrabowali i zabili kupców chińskich, prowadzących z sobą karawanę z towarami, zabili kilku niemieckich jeńców wojennych, zmykających z sowieckiego "raju". Możliwość spotkania tych bandytów nie wróżyła nam nic dobrego.

Należało się mieć stale na baczności.

Po czterech dniach drogi dostaliśmy się na błotnistą dolinę, gdzie pośród młodego lasu stała pojedyncza osada kolonisty rosyjskiego. Tu odprawiliśmy naszego przewodnika, który obawiał się, że śnieg pokryje przejście przez Sajany, a wtedy do zimy musiałby wyczekiwać sposobności powrotu do domu.

Dalej do rzeki Sejbi miał nas przeprowadzić właściciel osady, namówiony przez naszego przewodnika.

Konie nasze były zmęczone i, chcąc nie chcąc, trzeba było dać im wypoczynek i trochę je odżywić. Postanowiliśmy spędzić tu cały dzień, a może nawet i dwa.

Nazajutrz przewodnik odjechał, życząc nam pomyślności i zdrowia.

Nie minęło godziny, gdy mała córeczka naszego gospodarza klasnęła w dłonie i zawołała:

– Sojoci przyjechali!

Do izby jeden po drugim weszło czterech Sojotów w filcowych kołpakach, i ze strzelbami w ręku.

– Mende (bądźcie pozdrowieni)! – powitali nas przybysze i zaczęli bez ceremonji uważnie oglądać nas ze wszystkich stron. Pewno żaden ćwiek w naszych butach, żaden guzik ubrania nie uszedł ich badawczego wzroku. Potem jeden z nich, który był miejscowym naczelnikiem okręgowym, czyli "merinem", zaczął nas wypytywać przy pomocy kolonisty, w którego domu staliśmy, o nasze przekonania polityczne i moralne. Posłyszawszy nasz sąd o bolszewikach wydawał się zadowolony i uspokojony, gdyż rzekł:

– Wy – dobrzy ludzie!... Nie lubicie "ułanów" (Ułan po sojacku – czerwony). My wam pomożemy...

Podziękowałem "merinowi" i podarowałem mu gruby sznur jedwabny, którym zwykle przepasywałem bluzę. Wieczorem Sojoci odjechali, lecz obiecali powrócić nad ranem.

Nadszedł wieczór. Poszliśmy spojrzeć na nasze wychudłe szkapy, łapczywie skubiące brunatną, lecz pożywną trawę na łące za osadą, i powróciliśmy do izby, gdzie gospodarz przyrządził już herbatę i kolację.

Rozmawialiśmy wesoło i swobodnie z rodziną gospodarza, gdy nagle rozległy się szczękania podków, głuche głosy ludzi, i po chwili do izby jeden po drugim weszło pięciu chłopów z karabinami w ręku i z szablami przy boku.

Coś zimnego i łechcącego chwyciło za gardło, a serce zaczęło tętnić. Odrazu poznaliśmy w przybyszach czerwonych żołnierzy. Na futrzanych czapkach mieli czerwone gwiazdy, a na rękawach czerwone opaski. Byli to ludzie z oddziału karnego, ścigającego oficera kozackiego, o którym nam opowiadał w Kożubarze dozorca milicji.

Podejrzliwie nas oglądając, zaczęli się rozbierać i w milczeniu usiedli przy stole. Wszczęliśmy rozmowę pierwsi, niby odniechcenia objaśniając cel naszej ekspedycji "budowy mostów i szos" i ostrożnie wypytując przybyszów.

Dowiedzieliśmy się, że wkrótce tu nadciągnie z siedmiu jeźdźcami dowódca oddziału, który ma rozkaz dla właściciela osady, aby ten poprowadził ich na Sejbi, gdzie się ukrywa kozak. Natychmiast z radością w głosie zawołałem, że nasze sprawy układają się bardzo szczęśliwie, gdyż możemy jechać razem. Na to jeden z żołnierzy zagadkowym głosem zauważył:

– Wszystko rozstrzygnie towarzysz-oficer...

urgaGrube tafle i odłamy lodu, wyrzucane w powietrze, waliły o skały, odrywały kamienie i drzewa, tworzyły pasma gór lodowych ciągnące się na dziesiątki kilometrów. Trwały one do lata, póki ich słońce nie roztopiło.

    Obserwując ruch lodów, nie mogłem bez przerażenia i wstrętu patrzeć na ofiary, które niósł groźny Jenisej. Były to ciała ludzi, straconych przez minusińską "czeka": oficerów, żołnierzy i kozaków rozproszonej armji nieszczęśliwego adm. Kołczaka. Setki tych trupów, może tysiące, z odrąbanemi głowami i rękami, z oszpeconemi twarzami i ciałami, napół spalone, z wyciętemi na piersiach i nogach kawałami skóry, z wykłutemi oczami i zdruzgotanemi głowami – płynęły na kawałach kry, szukając dla siebie mogiły, lub obracając się w szalonych wirach pomiędzy lodowemi bryłami. Kra miotała niemi, druzgotała je, rozcierała na miazgę, rozrywała na kawały i wyrzucała na płaskie wyspy rzeczne i na mielizny około brzegów.

    Kierując się wzdłuż Jeniseju, ciągle spotykałem gnijące trupy ludzkie i końskie, rozrywane przez drapieżne ptaki i zdziczałe psy.

    W jednem miejscu widziałem na brzegu 300 trupów końskich, wyrzuconych przez rzekę, a dalej w krzakach wikliny znalazłem 70 ludzkich ciał, czyli raczej części ciał. Okropny, słodkawy odór gnijącego mięsa płynął z wiatrem, a nad tą ponurą miejscowością unosiły się sępy i kruki, płoszone przeze mnie i przeraźliwie kraczące.

    Nareszcie Jenisej zerwał lodowe więzy, i przede mną mknął wezbrany potworny potok mętnej, wirującej wody, unosząc na północ do oceanu resztki kry, porwane drzewa i trupy... trupy.

    Wynajęty przeze mnie chłop z pomocą swego syna wsadził mię do czółenka, wypalonego z pnia osiny, włożył tam mój skromny majątek, i, odpychając się długiemi drągami, popłynęliśmy przeciw prądowi, trzymając się brzegu.

    Ciężka to była praca! Trzeba było wiosłować około wystających skał, walcząc z szalenie wartkim prądem. Przy samych skałach wszyscy trzej czepialiśmy się kamieni rękami i, wytężając siły, pchaliśmy czółno naprzód. Lecz dla przepłynięcia kilku metrów traciliśmy bardzo dużo czasu, walcząc o każdy centymetr mknącego na nas i porywającego nas za sobą prądu.

    Tak płynęliśmy trzy dni, lecz nareszcie dotarliśmy do celu naszej podróży, do oddawna porzuconej kopalni złota. Tam przemieszkałem kilka dni u rodziny stróża, która żyła o głodzie, a więc w niczem nie mogła być mi pomocna. Karabin jeszcze raz stał się moim opiekunem, dostarczając żywności i dla mnie, i dla moich gospodarzy. Pewnego razu przyjechał jakiś technik. Ja już się nie ukrywałem, gdyż życie leśne nadało mi taki wygląd, że nikt poznać mię nie mógł. Łatwo mogłem uchodzić za zwykłego myśliwego sybirskiego, za jakiego się też podawałem. Jednakże nasz gość był człowiekiem badawczym i przenikliwym. Odrazu odgadł moje incognito, które zresztą nie bardzo starałem się zachować, gdyż zrozumiałem, że nie jest bolszewikiem. Tak też było. Mieliśmy wspólnych znajomych i jednakowe poglądy na sprawy. Przytem pokazało się, że jest to Polak, agronom z zawodu. Mieszkał w jakiejś ustronnej wsi, kierując robotami górniczemi, unikał podróży do miasta, starając się, żeby o nim zapomniały władze.

    Postanowiłem razem z nim uciekać z Rosji.

    Dawno już obmyśliłem był plan ucieczki. Znając położenie i geografję Syberji, po której dużo podróżowałem, przyszedłem do wniosku, że mamy jedyną drogę ratunku – przez półzależny od Rosji i Chin kraj Urianchajski, a więc przez źródła rzeki Jenisej do Mongolji i dalej na wschód do Pacyfiku. Podczas rządów Kołczaka projektowałem wyprawę naukową do Mongolji, więc starannie wystudjowałem literaturę i mapy tego kraju, do którego należy i Urianchaj.
    Postanowiliśmy obecnie urzeczywistnić ten zuchwały plan i przedostać się przez sowiecką Syberję.


    Przez południową Syberję

    Po kilku dniach jechaliśmy już konno przez lasy lewego brzegu Jeniseju na południe, starając się omijać wsie i osady i nie pozostawiając za sobą żadnych śladów. Zresztą należy zaznaczyć, że gdy wypadało nam zatrzymać się u chłopów, ci przyjmowali nas bardzo gościnnie i, chociaż nie znali nas, otwarcie wypowiadali swą nienawiść do bolszewików – komunistów, ogładzających włościan.

    W jednej wsi powiedzieli nam, że od strony Minusińska dąży do Krasnojarska znaczny oddział "czerwonych", wysłanych dla wyłapywania "białych". Odjechaliśmy dalej od brzegu Jeniseju i tak zwanej Aczyńskiej drogi i zapadaliśmy w lasy, gdzie przesiedzieliśmy do sierpnia, ponieważ przez całe lato bolszewickie oddziały karne wałęsały się po borach, tropiąc i zabijając bezbronnych, prawie nieodzianych oficerów i kozaków byłej armji Kołczaka, którzy ukrywali się w lasach od niechybnej śmierci z rąk sowieckich katów. Później, na jesieni, przechodząc przez te miejsca, natrafiliśmy na niewielką polanę, gdzie na otaczających ją drzewach wisiało 28 oficerów z wyciętemi gwiazdami na piersiach. Wiedzieliśmy dobrze, że taki sam los spotkałby i nas, gdybyśmy wpadli w ręce tej "najbardziej postępowej" demokracji na świecie.

    Przysięgliśmy więc sobie, że żywymi nas bolszewicy nie wezmą. Posuwając się na południe, spotykaliśmy ludność coraz bardziej wrogą dla bolszewików, gdyż był to kraj starych syberyjskich osadników i kozaków.

    Wreszcie z lasów wynurzyliśmy się na bezgraniczną płaszczyznę Czułym-Minusińskich stepów, przeciętych czerwonemi grzbietami Kizył-Kaja i wielkiemi słonemi jeziorami: Szyro, Szunet, Forpost i innemi.

    Jest to kraina mogił, jedno olbrzymie, historyczne cmentarzysko. Narody, plemiona, szczepy, ciągnęły temi stepami, zatrzymując się tutaj na czas dłuższy lub przemijając jak widma nocne, i pozostawiając za sobą mogiły, kurhany, monolity. Tysiące wielkich i małych "dolmenów" – mogił dawnych właścicieli tych stepów, majestatyczne kurhany z kamieni i czaszek ludzkich, wykute ze skał znaki, które stawiał niegdyś Wielki Mongoł Dżengiz, a po nim Tamerlan Chromy, straszliwy bicz Boży, ciągnęły się z południa na północ nieskończonym szlakiem.

    Teraz tu panami byli Tatarzy szczepu abakańskiego, bogaci, gościnni i kulturalni. Obecnie przed nawałnicą bolszewicką wynieśli się do Urianchaju, Mongolji, nawet do Tybetu, a w pozostałych tkwiła głęboka nienawiść do znęcających się nad nimi komunistów. Przytem zmartwychwstała w nich, zdawało się, przed wiekami zgasła, idea Dżengischana o zwalczenia kultury Zachodu i o utwierdzeniu nowego prawa, kierowanego i ustalonego przez naukę mędrca Buddhy, prawa szlachetnego i wzniosłego ducha ludzkiego. Nieraz pastuchy tatarscy, siedząc przy ognisku, napół śpiewali, napół opowiadali legendy o Wielkim Mongole, o synu jego Kubłaj-Chanie, o krwawym Tamerlanie, o szlachetnym, promiennym Baber-Sułtanie i o nieszczęśliwym Amursan-Chanie.

    Czułym-Minusińskie stepy stały się takiem miejscem ciągłych potyczek, mniejszych i większych walk pomiędzy Tatarami i "oswobodzonymi" Rosjanami, jakiem niegdyś w Rzeczypospolitej
Polskiej były słynne "Dzikie Pola", tylko rolę "dziczy krwawej" wzięli na siebie "obrońcy rewolucji i wolności" – rosyjskie bandy bolszewickie.

    Tatarzy przyjmowali nas uprzejmie, karmili i dawali nam przewodników, przedsiębiorąc dla nas wywiady, abyśmy nie trafili na jaki czerwony patrol. Otwarcie mówiliśmy, że uciekamy z Rosji do naszej ojczyzny, która jest też ojczyzną dla wielu Tatarów, obywateli wolnej Polski. Ponieważ mieliśmy od Tatarów adresy pewnych osób i listy ochronne, nasza podróż przez stepy odbyła się bardzo szczęśliwie.

    Po kilku dniach z wysokiego brzegu Jeniseju zobaczyliśmy płynący z Krasnojarska do Minusińska statek "Orzeł", wiozący czerwonych żołnierzy, a w kilka godzin później – ujście rzeki Tuby, przeciw prądowi której musieliśmy się posuwać, dążąc ku górom Sajańskim, stanowiącym granicę północnej prowincji Mongolji – naszej "ziemi obiecanej" – Urianchaju. Uważaliśmy część drogi, biegnącą brzegami Tuby, a dalej – wzdłuż dopływu rzeki Amył, za najniebezpieczniejszą, gdyż doliny tych rzek są bardzo zaludnione, sąsiedztwo zaś z komunistycznym Minusińskiem
zdeprawowało do szczętu ludność miejscową, która chętnie wstępowała do czerwonych partyzanckich oddziałów bandytów: Szczecinkina i Krawczenki.

    Tatarzy wpław przeprowadzili nocą nasze konie na przeciwległy brzeg Jeniseju, a potem przysłali po nas kozaka, który czółnem przewiózł nas i nasze rzeczy. O świcie byliśmy już w gęstych zaroślach na małej wysepce w ujściu Tuby i rozkoszowaliśmy się słodkiemi i aromatycznemi jagodami czeremchy i czarnych porzeczek, rosnących tam w wielkich ilościach.



    Trzy dni nad przepaścią

    Zaopatrzeni w fałszywe dokumenty, posuwaliśmy się brzegiem Tuby. Co 15-20 kilometrów natrafialiśmy na duże, po 100-400 domów liczące sioła, rządzone przez miejscowe sowiety, kierowane rozkazami "sowietu" i "czeki" z Minusińska. Wszędzie spotykaliśmy sowieckich wywiadowców i szpiegów, lecz ratowały nas dotychczas nasze dobrze sfabrykowane pasporty techników, delegowanych do robót budowlanych.

    Ominąć tych siół niepodobna było z dwóch przyczyn. Najpierw nasze usiłowania, by ominąć siedziby ludzkie, przy ciągłych spotkaniach z chłopami w drodze, wzbudziłyby całkiem zrozumiałe podejrzenia, i niezawodnie bardzo prędko aresztowałby nas jakiś najbliższy "sowiet" i odstawił do minusińskiej "czeki", któraby naturalnie znalazła dla nas miejsce w Jeniseju; powtóre – dokument mego towarzysza dawał prawo do wozu i do dwóch rządowych kopi dla celów służbowych. Wobec tego musieliśmy odwiedzać miejscowe "sowiety" i zmieniać konie. Swoje konie oddaliśmy kozakowi, który przewiózł nas przez Jenisej, a później odstawił do najbliższego sioła, gdzie dostaliśmy pierwsze rządowe konie pocztowe.

    Wspominając drogę po Tubie, muszę zaznaczyć, że z małemi wyjątkami wszyscy chłopi byli bardzo wrogo usposobieni do bolszewików i, słysząc od nas chłodne lub krytyczne uwagi o sowietach, starannie nam dopomagali; szczególnie dawało się to odczuwać w domach sektantów i kozaków. Odpłacaliśmy za gościnność leczeniem chorych i radami gospodarczemi. Spotkaliśmy kilka wsi komunistycznych, których ludność była jednak niesyberyjskiego pochodzenia. Byli to nowi osadnicy, przysyłani jeszcze za czasów imperjum z Ukrainy – pijani, leniwi, tępi i mściwi chłopi, których rdzenni Sybiracy nienawidzą, nazywając ich "szpana", co znaczy – szumowiny, brudy.

    Bardzo szybko nauczyliśmy się odróżniać wsie komunistyczne od niekomunistycznych. Gdy wjeżdżaliśmy do wsi, pobrzękując dzwoneczkami uprzęży końskiej, a siedzący przed domostwami starcy powoli wstawali i kryli się za wrotami, mrucząc: – Znowu jakichś djabłów "towarzyszy" przyniosło licho! – wtedy wiedzieliśmy, że jesteśmy śród prawdziwych, uczciwych, wolnych Sybiraków. Lecz gdy w innej wsi chłopi obstępowali nas, zarzucając pytaniami:– Skąd, towarzysze? Po co, towarzysze? Czy to wypadkiem nie towarzysz-komisarz? – wtedy mieliśmy się na baczności i byliśmy bardzo oględni w słowach i w czynach.

    Spotykaliśmy również wsie i sioła, których ludność prawie zupełnie wymarła na tyfus plamisty.

    Zresztą wszędzie ta straszliwa epidemja, która dotarła aż pod grzbiet Sajanów, zdziesiątkowała ludność wsi syberyjskich wzdłuż całego systemu rzeki Jeniseju. Żyzne łany czarnoziemu leżały odłogiem, bo nie było komu pracować na roli; zresztą nie było już koni i bydła, gdyż komuniści zarekwirowali całą chudobę konserwatywnego i bogatego chłopstwa syberyjskiego, oszczędzając tylko leniwych i występnych osadników z Rosji Europejskiej lub z Ukrainy.

    Bardzo przykre chwile przeżyliśmy w wielkiem siole Karatuz. Jest to raczej miasto niż sioło. Tu przed czasami bolszewickiemi istniały dwa gimnazja, a ludność dosięgała 25.000 mieszkańców.

    Karatuz to stolica kozaków jenisejskich, miasto bogate i wesołe. Obecnie zmieniło się ono do niepoznania. Chłopi z Rosji i Ukrainy, uzbrojeni i rozagitowani przez agentów bolszewickich, wycięli ludność kozaczą, rozgrabili wszystkie domy, które stały teraz popalone, z wybitemi drzwiami i oknami, ze śladami kul w murach i w dachach.

    Gdy podjechaliśmy do sowietu, aby zmienić konie, otoczyła nas gromada jakichś bardzo podejrzanych drabów. Pokazało się, że trafiliśmy na posiedzenie wysokich komisarzy, przybyłych tu dla jakiejś sprawy z minusińskiej "czeki".
   

    Draby zaczęli nas indagować i żądać pokazania dokumentów. Nie mieliśmy bynajmniej pewności, że nasze papiery wywrą pożądane wrażenie, więc staraliśmy się uniknąć rewizji dokumentów. Mój towarzysz-agronom powiedział mi później:

    – Co za szczęście, że u bolszewików wczorajszy nieudolny szewc piastuje urząd gubernatora, uczeni ludzie tymczasem zamiatają ulice lub czyszczą stajnie czerwonej kawalerji! Z bolszewikami, bądź co bądź, można się dogadać, ponieważ oni nie odróżniają "dezynfekcji" od "influency" i "antracytu" od "apendicitu". W nich można wszystko wmówić, dopóki nie wypuszczą kuli z rewolweru...

    Rzeczywiście udało nam się wmówić w komisarzy "czeki" wszystko, co było potrzeba. A więc kreśliliśmy im wspaniały obraz przyszłego rozwoju kraju, gdy wybudujemy szosy i mosty, które dadzą możność eksportowania lasu, wełny, skór z Urianchaju, rud, nafty i złota z Sajanów, bydła z Mongolji, drogich futer z lasów, rosnących u źródeł Jeniseju...

    Nasza "oda" trwała około godziny, lecz triumf po niej był zupełny, gdyż "czekiści", zapomniawszy już o dokumentach, sami przenosili nasze rzeczy na nowy wóz i życzyli nam powodzenia na chwałę rządu sowietów.

    To było ostatnie nasze zajście w granicach Rosji. Po przebyciu doliny rzeki Amył szczęście nam sprzyjało. Spotkaliśmy na promie za Karatuzem
starszego dozorcę milicji, który wiózł z sobą kilka karabinów i magazynowych rewolwerów Mauzera. Były one przeznaczone dla oczekiwanej wyprawy milicji w głąb Urianchaju w celu pościgu za jakimś kozackim oficerem, "katem wolnego, rewolucyjnego lądu", jak go nazywał nasz nowy znajomy. Nowina ta była dla nas bardzo ważna, gdyż łatwo moglibyśmy się spotkać z tym oddziałem, a nie mieliśmy pewności, czy oda o szosach i mostach po raz drugi będzie miała magiczny wpływ na tych bandytów. Ostrożnie wybadawszy dozorcę, ustaliliśmy drogę, którą miała wyruszyć ekspedycja.

ferdinand-ossendowskiZbliżała się wiosna. Wiedziałem, że wiosną nie ma drogi przez las. Bardzo prędko wystąpiły z brzegów wszystkie rzeczki i strumyki tajgi, a leśne bagna i topieliska stały się niemożliwe do przebycia. Wszystkie ścieżki ludzi i zwierząt zamieniały się od topniejącego śniegu w burzliwe potoki, pędzące z gór z szumem i hałasem. Wiedziałem, że aż do lata jestem skazany na samotność.

Wiosna następowała szybko, a chociaż nocami i o świcie bywały ostre mrozy, jednak promienie słońca wciągu dnia toczyły zwycięską walkę ze śniegiem. Wkrótce moja góra była już wolna od śniegu i stała cała szara, pokryta tylko kamieniami, nagiemi jeszcze konarami brzóz i osin, i wysokiemi stożkowatemi mrowiskami. Rzeka w kilku miejscach zerwała już swój lodowy pokrowiec i pędziła hałaśliwie, odrywając coraz to nowe i coraz większe bryły lodu.

 

Moje rybołówstwo

Pewnego poranku, wyszedłszy po zdobycz, zbliżyłem się do brzegu rzeki i spostrzegłem duże ryby o czerwonych, jak gdyby nalanych krwią grzbietach i ogonach. Ryby pływały, wystawiając nad wodę grzbiety, widocznie rozkoszując się ciepłem słonecznem. Od tej chwili myśl o możliwości złapania tych wspaniałych ryb i urozmaiceniu mego jednostajnego pożywienia nie porzucała mię, lecz nie posiadałem nic dla normalnego rybołówstwa i byłem zmuszony uciec się do innych sposobów.

W miarę jak rzeka oczyszczała się z lodu, ryby napływały w coraz to większych ilościach.

Przekonałem się, że płyną przeciwko prądowi, przenosząc się dla składania ikry z Jeniseju do źródeł mniejszych dopływów tej rzeki. Postanowiłem użyć barbarzyńskiego sposobu połowu ryb, chociaż wiedziałem, że prawodawstwo wszystkich państw surowo karze ten system. Myślałem jednak, że prawodawcy i moraliści nie będą zbyt surowi dla mieszkańca nory pod korzeniami obalonego drzewa w tajdze syberyjskiej, samotnika, który ośmielił się przekroczyć ich racjonalne zarządzenia, a zresztą, wtedy ryba o czerwonym grzbiecie była dla mnie ważniejsza od prawników w togach, beretach lub frakach.

Więc zacząłem działać. Najpierw zrąbałem większą ilość cienkich brzóz i osin i zacząłem budować płot poprzez rzekę, wbijając zaostrzone drągi w dno lub umocowując je pośród kamieni łożyska i, przeplatając cienkiemi gałęziami. Po dwóch dniach uciążliwej pracy w lodowatej wodzie płot mój był ukończony. Widziałem, że około tej nieoczekiwanej przeszkody gromadziły się wielkie ryby i coraz to więcej ich przybywało. Okazywały oznaki żywego zakłopotania, dotykały głowami płotu, odpływały i znów zawracały. Nareszcie zaczęły czynić usiłowania, by przeskoczyć tę przeszkodę. Wtedy widziałem często olbrzymie srebrne ryby o czerwonych grzbietach i ogonach, długości metra i więcej, wyskakujące z rozpędem z wody, uderzające sprężystemi ciałami o ścianę z gałęzi i bezsilnie opadające z powrotem do rzeki. Czasami dwie lub trzy ryby naraz dokonywały tego manewru.

Musiałem działać. Umocowawszy nóż na długim drągu, starałem się przebić rybę, lecz wszystkie próby były nieudane. W ten sposób ryzykowałem złamanie lub zgubienie noża. Nie mniej bezowocne były moje usiłowania, aby zaczepić ryby sękatym drągiem i wyrzucić je na brzeg.

Wtedy postanowiłem wyzyskać dążenie ryb do przejścia przez płot. Uczyniłem to w następujący sposób: O kilka kroków od brzegu wyrąbałem, nawpół pod wodą, okno w moim płocie, a po drugiej jego stronie umieściłem wysoko wystający nad wodą kosz, który splotłem z cienkich prętów wikliny.

Uzbrojony krótkim i ciężkim kijem, czekałem na zdobycz. Po kilku minutach do zdradzieckiego otworu w płocie zaczęły podpływać dwie wspaniałe ryby. Bardzo ostrożnie, jakgdyby namacując każdy cal, weszły do kosza, gdzie zaczęły skakać, bijąc potężnemi ogonami. Niebawem mój kij uspokoił ich zapały.

W ten sposób stałem się rybakiem. Każdy okaz ważył co najmniej 30 funtów, zdarzały się zaś okazy i po 80 funtów. Były to ryby z gatunku "tajmień", z rodziny łososi. Po tygodniu miałem zakopanych w śniegu w zacienionym wąwozie w pobliżu mojej nory około 70 ryb. Porzuciłem polowanie i, siedząc około mojej zasadzki, biłem kijem ryby i wyrzucałem je na brzeg. Lecz słońce przypiekało coraz bardziej. Powróciwszy pewnego razu do domu, poczułem zapach gnijących ryb.

Byłem zmuszony z żalem wyrzucić do rzeki cały ten zapas i ograniczyć się codzienną zdobyczą.

Lecz wkrótce ryby przeszły i mój kosz-pułapka przestał dostarczać pożywienia.

Znowu powróciłem do karabinu.

 

Niebezpieczny sąsiad

Polowanie tymczasem stało się milsze i weselsze. Wiosna wszystko ożywiła. Wczesnym rankiem, prawie o świcie, las napełniał się głosami i dźwiękami dziwnemi i niezrozumiałemi dla mieszkańców wielkich kulturalnych miast. W gęstych gałęziach cedrów głuszec śpiewa swoją krótką i namiętną pieśń miłości i pieśnią tą zachwyca szare kury, biegające pod konarami. Do tego ptasiego Garusa łatwo się wtedy podkraść na odległość wystrzału. Jeśli kula karabinowa ominie go, on nigdy nie słyszy podczas śpiewu huku wystrzału i ciągnie dalej swą arję, trwającą zaledwie kilka sekund.

Na dużej polanie leśnej walczą zacięcie cietrzewie-koguty, rozpuściwszy czarne wachlarze ogonów o dwóch białych zagiętych piórkach, a damy, kręcąc głowami i z ożywieniem plotkując, przyglądają się zapasom i wybierają najdzielniejszych bojowników.

Zdaleka echo przynosi głuchy i groźny, lecz zarazem pełny dziwnie namiętnego wołania ryk jelenia, tęskniącego do towarzyszki. W górach rozlegają się krótkie beczenia dzikich kozłów.

Pomiędzy krzakami i na polanach skaczą i zabawiają się gonitwą zające, a tuż zaraz przyczajony, zda się wciśnięty do ziemi, czyha na nie rudy lis.
Tylko wilków nie słychać, gdyż w tych leśnych i górzystych miejscowościach nie mają te drapieżniki nic do roboty.

Ale był niedaleko ode mnie inny sąsiad. Ponury, samotny i dziki. Byliśmy wzajemnie dla siebie niebezpieczni i odrazu zrozumieliśmy, że jeden z nas musi ustąpić i odejść na zawsze.

Kiedyś, powracając do domu z wielkim głuszcem na plecach, spostrzegłem w krzakach czarną, powoli ruszającą się masę. Zatrzymałem się i, przypatrzywszy się uważnie, zobaczyłem niedźwiedzia, który rozrywał łapami mrowisko i łapczywie zjadał jajka i poczwarki mrówek.

Zwęszywszy człowieka, niedźwiedź, głośno i gniewnie sapiąc, szybko się oddalił, zadziwiwszy mię swoim biegiem.

Nazajutrz, gdym jeszcze leżał na swem posłaniu, obudził mnie jakiś szmer za tylną ścianą domu. Ostrożnie wyjrzałem i zobaczyłem swego brunatnego sąsiada. Stał na tylnych łapach i ze świstem wciągał powietrze, ciekawie i bacznie rozglądając się dokoła; widocznie zastanawiał się nad kwestją, jaka to istota przejęła obyczaje niedźwiedzie i zamieszkała przez zimę w barłogu pod korzeniami drzewa.

Krzyknąłem i uderzyłem siekierą w dno mego kotła. Mój wizytator ze wszystkich sił rzucił się do ucieczki i w mgnieniu oka znikł pośród skał i krzaków.

Jednak ta wizyta nie podobała mi się. Była to jeszcze zbyt wczesna wiosna dla przebudzenia się niedźwiedzia. Stąd wywnioskowałem, że mój sąsiad należał do chorobliwego, bardzo złośliwego typu "mrówczaków", typu nienormalnego, nadużywającego wszelkich przepisów niedźwiedziej etykiety.

Wiedziałem, że taki samotnik jest zawsze zły i zuchwały, postanowiłem więc należycie przygotować się do następnego spotkania. Te przygotowania zresztą trwały bardzo krótko. U pięciu kul mego karabina ściąłem wierzchołki niklowe i sfabrykowałem tak zwane "dum-dum" – dostatecznie przekonywający argument dla intruza. Po herbacie poszedłem na miejsce, gdzie po raz pierwszy spotkałem niedźwiedzia, i gdzie było dużo mrowisk.

Obszedłem całą górę, zaglądając do wszystkich wąwozów, lecz nigdzie nie spotkałem misia.

Rozczarowany i zmęczony powracałem do domu i tu nieoczekiwanie spostrzegłem niebezpiecznego sąsiada. Właśnie wychodził z mojej nory, zawzięcie węszył przy ziemi i ciągnął mój kożuch.

Wystrzeliłem. Kula trafiła zwierzę w bok. Ze wściekłym rykiem podniósł się na tylne łapy i ruszył ku mnie. Druga kula strzaskała mu biodro. Niedźwiedź usiadł, lecz natychmiast, ciągnąc za sobą łapę i próbując wstać, znowu ruszył na mnie. Za trzecim wystrzałem padł, ugodzony w serce.

Mój sąsiad ważył około 200-250 funtów, a był bardzo... smaczny.

Żywiąc się jego mięsem, doczekałem czasu, gdy ziemia wyschła, rzeki stały się możliwe do przebycia i gdy nareszcie mogłem ruszyć w stronę siedzib ludzkich drogą, którą wskazał mi Iwan.

Z wielką ostrożnością przyszedłem do małej, zaginionej w lesie wsi, Siwkowej, i zatrzymałem się u syberyjskiego chłopa Tropowa.

Gdy teraz robię obrachunek ze wszystkiego, co zaszło ze mną podczas mego samotnego życia w syberyjskiej tajdze, dochodzę do takich wniosków.

W każdym kulturalnym człowieku, wówczas gdy zachodzi konieczność surowej walki o byt, może odrodzić się pierwotny człowiek – myśliwy i wojownik, który dopomaga mu w walce z naturą.

W tem jest przewaga człowieka kulturalnego nad niekulturalnym, który nie posiada dostatecznej wiedzy i siły woli do prowadzenia zwycięskiej walki.

Lecz zarazem przyszedłem do przekonania, że nie ma nic potworniejszego dla człowieka kulturalnego, nad całkowite osamotnienie i przekonanie, że jest zupełnie odcięty od świata, ludzi i warunków kulturalnego, w znaczeniu moralnem życia. Jeden krok, jedna chwila bezsilności woli – a nastąpi ponury szał, który opanuje mózg i wolę i doprowadzi człowieka do nieuniknionej zguby.

Przeżyłem straszliwe dni walki z chłodem i głodem, lecz stokrotnie straszniejsza była walka z zabijającemi moją wolę myślami! Wspomnienia o tych dniach wstrząsają mem sercem i mózgiem.

 

Zuchwały plan

Pobyt mój we wsi Siwkowej nie trwał długo, jednak zdążyłem wyzyskać go jak najlepiej.

Najpierw udało mi się posłać godnego zaufania człowieka do miasta, skąd znajomi przysłali mi pieniędzy, bieliznę, buty, trochę niezbędnych lekarstw, ubranie, a co najważniejsze, fałszywy paszport na inne nazwisko, które pozwoliło mi osobiście umrzeć dla bolszewików; powtóre zdążyłem, w mniej lub więcej spokojnej atmosferze, w gościnnym domu Tropowa, ułożyć plan mojej dalszej włóczęgi.

Do Siwkowej doszły wiadomości, że wkrótce po spłynięciu lodu na Jeniseju, mają tu zjechać bolszewiccy urzędnicy w celu rekwizycji bydła u włościan dla czerwonej armji. Zostawać tu było niepodobieństwem, i oczekiwałem tylko chwili, gdy Jenisej połamie i zaniesie do Oceanu swoje kajdany z loda i gdy można będzie popłynąć czółnem.

Wyleczyłem z tyfusu plamistego jednego z miejscowych chłopów i ten podjął się odwieźć mię o 90 kilometrów na południe do jakiejś, porzuconej oddawna, kopalni złota.

W różnych miejscach Jeniseju lód już popękał, lecz wogóle rzeka była jeszcze prawie cała pod potężną korą lodową. Pewnego poranka usłyszałem ogłuszający huk lodu i szum wyrywającej się z uwięzi wody. Wybiegłem na brzeg Jeniseju i ujrzałem groźny, lecz wspaniały obraz walki żywiołów.

Jenisej pod parciem dawno już płynącego od południa lodu, poczynił z niego w kilku miejscach olbrzymie tamy, które podniosły poziom wody w łożysku pośród skał. Teraz woda zrywała te tamy z hukiem i trzaskiem i niosła całe pola lodowe na północ, ku Oceanowi Lodowatemu.

Jenisej, "ojciec Jenisej", jest jedną z największych i najdłuższych rzek Azji, bardzo głęboką, lecz ściśniętą w całej środkowej części łożyska wysokiemi, skalistemi brzegami. Olbrzymi potok wody unosił teraz całe mile pól lodowych, krusząc je na wystających z wody skałach, lub około przylądków wrzynających się daleko w rzekę, kręcąc z gniewnym szumem i pluskiem wielkie kry; płynęły czarne drogi, które ciągnęły się wzdłuż zamarzniętej rzeki, wybudowane na lodzie szałasy dla podróżników, jadących z towarami z Minusińska do Krasnojarska.

Czasami rzeka stawała, i wtedy gromadziły się stosy kry, tworząc wały i ściany, co chwila opadające i znowu wznoszące się do góry. Woda wzbierała coraz wyżej i wyżej, znosząc całe warstwy ziemi wraz z drzewami i krzakami, zrzucając do rzeki wielkie odłamy skał i pozostawiając na brzegu olbrzymie tafle niebieskiego lodu. Pod parciem wody te tamy padały z łoskotem, a kra mknęła z podwójną szybkością, krusząc się i rozbijając z brzękiem tłuczonego szkła.

Na zakrętach rzeki i około skał panował chaos, przejmujący grozą.

Dopiero przed świtem, gdy ognisko nasze dopaliło się prawie do końca, przykryłem się kożuchem. Od tej nocy przestałem obawiać się mrozów. Przemarzłszy w ciągu dziennego marszu, ogrzewałem się znakomicie około "najdy", zrzuciwszy z siebie ciężki kożuch i siedząc tylko w koszuli przy kubku gorącej herbaty z sucharami.

Podczas wspólnej podróży Iwan opowiadał mi o swojej dawnej włóczędze po górach i lasach Zabajkalja w poszukiwaniu złota. Opowiadania "wiecznego włóczęgi" odznaczały się wielką żywością i porywały obfitością i obrazowością niebezpiecznych przejść i ciężkiej walki z naturą i ludźmi. Iwan był jednym z tych typów "prospektorów", którzy po całym świecie wyszukiwali najbogatsze pokłady złota, pozostając bezdomnymi i ubogimi włóczęgami.

Zauważyłem, że unikał opowiadania o tem, w jaki sposób z gór Zabajkalskich dostał się do tajgi jenisejskiej, i zrozumiałem odrazu, że tu właśnie kryje się jakaś tajemnica mego towarzysza, nie pytałem go więc o to. Jednakże tajemnica ta wykryła się pewnego dnia zupełnie niespodzianie w całej swej surowej i strasznej rzeczywistości.

Zbliżaliśmy się już do celu naszej podróży.

Przez dzień cały przedzieraliśmy się przez gęste zarośla na brzegu wschodniego dopływu Jeniseju – rzeki Many. Wszędzie można było zauważyć liczne ścieżki, wydeptane przez zające, gnieżdżące się w krzakach. Te białe zwierzątka śmigały wszędzie, uciekając przed nami. Czasem widzieliśmy rudy ogon lisa, czającego się za kamieniami, czyhającego na zająca.

– Powiem wam coś – rzekł ponurym głosem Iwan. – Tam niedaleko wpada do Many mała rzeczka Niegnieć; przy jej ujściu stoi mały domek. Jak myślicie: tam zanocujemy, czy też znowu przy ognisku spędzimy noc?

– Pojedziemy do tego domku! – zawołałem z radością. – Potrzebuję nareszcie umyć się. Przecież czarni jesteśmy od dymu "najdy", jak murzyni! Zresztą, mieć dach nad głową jest rzeczą bardzo przyjemną!

Iwan ponuro spojrzał na mnie, lecz zgodził się.

Już mrok zapadał, gdy zbliżyliśmy się do niewielkiej chałupy, stojącej tuż przy ujściu małej rzeczki Niegnieć do bystrej i zimnej Many. Domek ten składał się z jednego małego pokoju o dwóch okienkach i o wielkim piecu. Obok domku stały spalona szopa i zburzona lodownia. Kloce i deski były powyrywane i rozrzucone w nieładzie; wszędzie można było zauważyć stosy wykopanej ziemi i kamieni.

Zapaliliśmy w piecu i zaczęliśmy przyrządzać strawę. Podczas kolacji Iwan napił się spirytusu z flaszki, "pożyczonej" od jednego z czerwonych żołnierzy, którą był upolował, i wkrótce stał się bardzo rozmownym.

Z jarzącemi się oczyma i połyskującemi zębami, wichrząc swą gęstą, siwą czuprynę, Iwan zaczął opowiadać mi o jakimś wypadku w Zabajkalju, lecz raptownie zamilkł, z przerażeniem utkwił wzrok w ciemny kąt chaty, i szeptem zapytał:

– Co to? Szczur?

– Nic nie widziałem! – odpowiedziałem mu. Zamilkł i ponuro spuścił swą piękną, drapieżną głowę. Ponieważ nieraz w milczeniu spędzaliśmy długie godziny, nie zdziwiłem się wcale, że nie odzywa się. Lecz on raptownie pochylił się do mnie i gorącym szeptem zaczął mówić:

– Chcę wam opowiedzieć pewną historję! Miałem ja w Zabajkalju przyjaciela serdecznego. Był on zesłańcem kryminalnym. Nazywał się Gawroński.

Dużo z nim razem lasów i gór zwiedziłem w pogoni za złotem. Mieliśmy umowę, że wszystko dzielimy na równe części pomiędzy sobą. Lecz nagle Gawroński znikł, i dopiero po kilku latach dowiedziałem się, że jest w jenisejskiej tajdze, że znalazł tam bogate pokłady złotego piasku, zbogacił się, i że mieszkał w lesie samotnie, mając przy sobie tylko żonę. Później dowiedziałem się, że Gawrońskich zabito...

Iwan znowu zamilkł, lecz wkrótce z ciężkiem westchnieniem ciągnął dalej:

– To właśnie jest chata Gawrońskich. Tu mieszkał mój niewierny przyjaciel z żoną i gdzieś tu, w łożysku tej rzeczki "wymywał" złoto z piasku i żwiru, lecz nikomu tego miejsca nie pokazał.

Wszyscy chłopi okoliczni wiedzieli, że Gawroński posiada kapitały w banku i że ciągle sprzedaje złoto rządowi. Tam w tej izbie Gawrońscy zostali zamordowani.

Chłop wstał, wyciągnął z pieca wielki kawał palącego się drzewa i, pochyliwszy się, zaczął oświetlać grube, ledwie ociosane deski podłogi.

– Widzicie te plamy na deskach i tu na ścianie? – zapytał drżącym od wzruszenia głosem. – Widzicie? To krew Gawrońskich... Umarli, lecz nie wydali swojej tajemnicy. A złoto było w szachcie i w lodowni zakopane w ziemi, w wielkich glinianych garnkach. Lecz Gawrońscy nic nie powiedzieli, nic, a przecież torturowaliśmy ich, ogniem paliliśmy, palce wykręcaliśmy, oczy wydłubywaliśmy... A oni milcząc, umarli.

Cisnął palące się drzewo w czerwony otwór pieca, rzucił się nawznak na ławę i zdławionym głosem mruknął:

– To opowiadali mi chłopi z tych okolic... Ale... czas już spać!

Późno w nocy słyszałem ciężkie westchnienia Iwana, cichy szept i niewyraźne słowa. Widocznie wił się na twardej ławie i palił fajkę po fajce.

Siódmego dnia wjechaliśmy do gęstego, cedrowego lasu, rosnącego na zboczach górskich.

– Stąd – objaśnił Iwan – do najbliższej siedziby ludzkiej 80 wiorst przez błota i gęstą tajgę.

Zrzadka tylko zabrnie tu jakiś zbieracz orzechów cedrowych, ale to może się zdarzyć tylko na jesieni. Do tego czasu nie zobaczycie tu żywej duszy. Tu "zwierza" dużo, dużo ptactwa, dużo orzechów – tu można łatwo przetrwać zimę. Widzicie tę rzeczkę? Jeżeli zechcecie zobaczyć ludzi, idźcie z jej prądem, ona was doprowadzi do wsi...

Mój tajemniczy towarzysz pomógł mi urządzić norę w ziemi. Wynalazł dla mnie obalony przez burzę olbrzymi cedr. Korzenie drzewa wyrwały ziemię, czyniąc głęboki i obszerny dół. Jedną ścianę i dach tworzył pień cedru, a ściany boczne – poprzeplatane w siatkę korzenie.

Uszczelniliśmy je gałęziami, umocowali kamieniami i przysypali grubą warstwą śniegu. Od przodu "dom" mój był zupełnie otwarty, lecz przed nim paliła się zbawienna "najda". W tej to norze przeżyłem dwa najsurowsze zimowe miesiące bez ludzi, bez łączności z całym światem, gdzie w tym czasie zachodziły doniosłe wypadki. W tej mogile, pod korzeniami obalonego drzewa, w dziewiczym lesie, żyłem w obliczu natury ze swoją trwogą o bliskich mi ludzi, ze swoją męką, żyłem w ustawicznej walce o byt, o prawo przeżycia jeszcze jednego dnia.

Iwan odjechał nazajutrz, pozostawiwszy dla mnie worek z sucharami i kilka kawałków cukru. Już nigdy więcej nie spotkałem tego człowieka.

Pozostawił mi po sobie wspomnienia jak najlepsze i jak najcieplejsze.

Doznałem od tego "zabójcy i kata Gawrońskich" dużo dowodów wielkiej dobroci, zrozumienia cudzej duszy i wrażliwości nadzwyczajnej.

 

Walka o życie

A więc jestem samotny...

Naokoło tylko las zielonych cedrów, zasypanych do połowy pnia głębokim śniegiem, gołe krzaki, zamarznięta rzeczka i – jak okiem sięgnąć przez gałęzie cedrów – ocean lasów i śniegu.

Tajga syberyjska...

Jak długo będę zmuszony przetrwać w samotności? Czy znajdą mię tu, czy nie znajdą bolszewicy? Czy moi przyjaciele dowiedzą się, gdzie jestem?
Te pytania, jak gorące ognie, bez przerwy, bez wytchnienia trapiły mię. Bardzo prędko zrozumiałem, dlaczego Iwan prowadził mię aż tak daleko. Wszędzie po drodze spotykaliśmy dużo głuchych, niezaludnionych miejscowości, lecz on prowadził mię coraz dalej, powtarzając:

– Ja was doprowadzę do dobrego miejsca, gdzie żyć będzie łatwiej!

I było tak rzeczywiście. Piękność tej okolicy zawierała się w lesie cedrowym i w górze, porośniętej cedrami. Cedr – wspaniałe, potężne, szeroko rozgałęzione drzewo, wiecznie zielony namiot, pociągający do siebie wszystko, co żyje. W lesie stale wrzało życie.

Śród gałęzi skakały wiewiórki, wyprawiając zabawne susy; przelatywały powietrzne eskadry gilów lub szczygłów, gwizdały, zaglądały do wszystkich szczelin i kątów lasu, napełniając go ruchem i żywym gwarem; przemykał się zając, a za nim ledwie dostrzegalnym na śniegu cieniem, pełznął cienki, jak wąż, gronostaj z czarnym końcem drapieżnie drgającego ogonka; również nieraz podchodził olbrzymi, szlachetny jeleń – "morał", czyli "izubr".

Wreszcie zszedł z wierzchołków gór i złożył wizytę brunatny władca tajgi – niedźwiedź. Wszystko to rozrywało, odpędzało ogarniające mózg ponure myśli, świadczyło o życiu i dodawało otuchy. Dobrze, chociaż bardzo ciężko, było czasem wejść na szczyt "mojej" góry. Wznosiła się ona wysoko ponad lasem i z jej szczytu odsłaniała się szeroka, bezgraniczna panorama tajgi z łańcuchem czerwonych gór na horyzoncie.

Tam daleko był brzeg Jeniseju, tam były siedziby ludzkie, tam byli wrogowie i przyjaciele, tam... dalej na zachód, była ta, do której od długiego szeregu lat szły moje myśli...

Dlatego to właśnie przyprowadził mię Iwan do cedrowego lasu. Sam on nieraz spędzał zimę w samotności, tylko ze swemi myślami, oko w oko z naturą, powiedziałbym – "przed obliczem Boga".

Doświadczył rozpaczy samotności i szukał ukojenia. Wiele razy myślałem nad tem, że jeżeli sądzone mi jest umrzeć tu, to umierając, ostatnim wysiłkiem podniosę się na szczyt i umrę, patrząc w stronę nieskończonych gór i lasów, poza któremi znajduje się najdroższa dla mnie istota, oderwana ode mnie zrządzeniem losu. Lecz życie w takich warunkach dostarczało dużo materjału dla myśli, a jeszcze więcej dla pracy fizycznej, gdyż było ono – ustawiczną walką o byt, walką ciężką i bezwzględną.

Najcięższą pracą było przygotowanie zapasu drzewa na "najdę" i małego ogniska dla przyrządzenia strawy. Leżące drzewa były przywalone śniegiem i przymarznięte do ziemi i kamieni. Musiałem odgrzebywać śnieg, a potem zapomocą długich drągów odrywać pnie od ziemi i przesuwać do swej nory.

Wybrałem sobie dla zbierania drzew stromy spadek góry. Tam było trudniej wejść, lecz zato łatwiej było staczać w stronę mego schroniska oderwane pnie. Po kilku dniach zrobiłem bardzo ważny wynalazek. Znalazłem niedaleko swej nory dużą ilość pni modrzewi, połamanych przez wichry. Gdym zaczął je rąbać, siekiera pogrążała się w coś miękkiego i lepkiego.

Okazało się, że pnie były przesiąknięte smołą. Dość było iskry, aby taka drzazga wybuchała gorącym, mocno dymiącym płomieniem. Od tej chwili w mojem mieszkaniu zawsze leżały zapasy tych smolnych kawałków modrzewi do rozpalania "najdy" lub ogniska dla gotowania strawy i herbaty.

Największą część dnia pochłaniało polowanie. Bardzo prędko zrozumiałem, że muszę tę czynność wykonywać codziennie, żeby bronić się od przygniatających mię niewesołych myśli.

Zwykle po herbacie porannej, szedłem ze strzelbą do lasu szukać cietrzewi lub głuszców. Zabiwszy jednego lub dwa ptaki, powracałem do domu i zaczynałem przyrządzać sobie obiad, nieodznaczający się zbytnim wyborem dań. Była więc nieodwołalnie zupa z zabitego ptaka, przyprawiona sucharami, a następnie niezliczona ilość dużych kubków gorącej herbaty – napoju niezbędnego dla życia w lesie.

Pewnego razu, podczas wycieczki po cietrzewie, usłyszałem trzask w krzakach i, uważnie zbadawszy miejscowość, spostrzegłem końce rogów jelenia.

Zacząłem pełznąć w jego stronę, lecz chociaż śnieg prawie nie skrzypiał pod memi kolanami, zwierzę posłyszało czy poczuło niebezpieczeństwo. Z łoskotem wyrwał się jeleń z gęstych zarośli, i zobaczyłem go dopiero wtedy, gdy przebiegłszy około 300 kroków, zatrzymał się na stromym spadku góry. Był to olbrzymi okaz o ciemnoszarej sierści i prawie czarnym grzbiecie. Na pięknej głowie dumnie niósł potężne rogi.

Przede mną był krzak o grubych gałęziach; położywszy karabin na jednej z tych gałęzi, starannie wymierzyłem i dałem ognia. Zwierzę uczyniło olbrzymi skok, przebiegło kilka kroków i upadło.

Przez głęboki śnieg i przez krzaki pobiegłem ku niemu, lecz jeleń, spostrzegłszy mię, podniósł się i, skacząc lub chwilami z trudem przebierając nogami, zaczął wspinać się na górę. Druga kula zatrzymała go na zawsze. Zdobyłem w ten sposób wielką ilość mięsa i doskonały kobierzec do swojej nory.

Rogi umocowałem wśród korzeni, stanowiących ściany mego schroniska, i odtąd służyły one jako wygodne wieszadło na karabin i ubranie.

Nie mogę zapomnieć pewnego bardzo porywającego chociaż dzikiego obrazu, który widziałem o kilka kilometrów od mego "domu". Było tam niewielkie błoto, porośnięte żurawiną. Tutaj zwykle zlatywały się na jagody stadka głuszców, cietrzewi i jarząbków. Pewnego razu, skradałem się do tego błotka, kryjąc się za niewysokiemi zaroślami młodych cedrów. Zobaczyłem duże stado cietrzewi, energicznie rozgrzebujących śnieg i zjadających jagody.

Kilka minut obserwowałem tę scenę, nie zdradzając żadnym ruchem lub drgnięciem swojej obecności. Jednakże jeden cietrzew, stary, czarny kogut, nagle gwałtownie podskoczył do góry i podfrunął, głośno bijąc skrzydłami.

Przestraszone stado natychmiast odleciało. Ku wielkiemu memu zdziwieniu zobaczyłem, że stary kogut, przeleciawszy paręset kroków, zaczął szybko, prawie pionowo podnosić się do góry; po chwili, robiąc koziołki w powietrzu i bezsilnie bijąc skrzydłami, upadł na śnieg i pozostał nieruchomy.

Pobiegłem w tę stronę, gdy wtem od ciała cietrzewia odskoczył krwiożerczy gronostaj i, wywijając ogonkiem i sycząc, skrył się pomiędzy kamieniami.

Cietrzew miał przegryzione gardło. Zrozumiałem, że mały drapieżnik rzucił się na ptaka i wraz z nim uniósł się w powietrze, gdzie zdążył przegryźć mu gardło i wyssać krew. Osobiście byłem wdzięczny jego aeronautycznym zdolnościom, gdyż zaoszczędził mi naboju.

W ten sposób żyłem, borykając się z naturą o dzień jutrzejszy, coraz bardziej i głębiej trując się jadem ciężkich i beznadziejnych myśli. Płynęły dni, tygodnie, aż nareszcie poczułem powiew cieplejszego wiatru.

Na otwartych polanach zaczął potrochu topnieć śnieg; to tu, to tam, biegły już małe strumyki wody, i od czasu do czasu widziałem muchę, lub pająka, które przetrwały surową zimę syberyjską.

ossendowski1Tej, którą spotkałem niegdyś na brzegu "wielkiej, lazurowej, słonej wody" u stóp piętrzących się czerwonych skał, a dla której przechowałem wierną miłość do dnia, gdy stała się moją Eleer-Bałasyr, owianą legendami prastarego Erdeni-Dzu, poświęcam tę opowieść o swojej męczeńskiej włóczędze przez serce tajemniczej, obudzonej Azji.

Ant. Ossendowski
Warszawa, 1923 r.

 

 

Część pierwsza

Przez kraj krwi i przez kraj wiecznego pokoju

 

Przyczyny mojej podróży

Przed nawałnicą bolszewicką musiałem uchodzić z Petersburga na Syberję jeszcze w roku 1918. Do stycznia roku 1920 przebywałem na Syberji, gdzie rządy bolszewickie zastąpił rząd adm. Kołczaka, zgubionego przez wpływy monarchistów i przez nieudolnych ministrów. Po katastrofie syberyjskiej, gdy Kołczak został stracony w Irkucku, gdy 5. polska dywizja syberyjska była już w zdradzieckich rękach bolszewików, którzy szybko zalewali kraj cały, bez boju posuwając się na wschód za resztkami zdemoralizowanej armji rządu syberyjskiego, na Syberji zaczęły się prześladowania Polaków.
Wystarczało mieć nazwisko o brzmieniu polskiem, żeby być skazanym na śmierć. Musiałem więc myśleć o dalszej ucieczce.

Na początku roku 1920 los rzucił mię do Krasnojarska, miasta położonego u brzegu wielkiej i pięknej rzeki Jenisej, której źródła rodzą się w górach Urianchaju, a ujście ginie w Oceanie Lodowatym.

Z kilku Polakami układaliśmy plan ucieczki do Urianchaju i dalej – do Mongolji, Chin, Europy... lecz wypadki zmieniły nasze zamiary. Znajomi moi zostali aresztowani i umarli na tyfus plamisty w więzieniu, a grupa katów bolszewickich przybyła po mnie i, wypadkowo nie zastawszy mnie w domu, uczyniła na mnie zasadzkę.

Uprzedzono mię w porę. Przebrawszy się w ubranie wieśniacze, wyszedłem pieszo za miasto, wynająłem pierwszego lepszego Sybiraka, powracającego na wieś do domu, i po kilku godzinach byłem już o 40 kilometrów od Krasnojarska, w małej wsi, otoczonej ze wszystkich stron gęstym lasem syberyjskim, czyli, jak go nazywają chłopi miejscowi – "tajgą". Tu przyjaciele przysłali mi karabin, 300 naboi, siekierę, nóż, kożuch, herbatę, suchary, sól i kociołek. Po kilku dniach ten sam chłop odwiózł mię w głąb lasu, gdzie stała porzucona przez właściciela chata, na wpół spalona, lecz używana jeszcze na nocleg przez miejscowych myśliwych.

Od onego dnia stałem się pierwotnym człowiekiem, lecz nie przypuszczałem wtedy, że to może potrwać tak długo.

Nazajutrz po przybyciu do tajgi, wyszedłem na polowanie i o kilkadziesiąt kroków od chaty zabiłem dwa olbrzymie głuszce. Dalej spostrzegłem ślady jeleni i przyszedłem do przekonania, że braku pożywienia odczuwać nie będę.

Jednak pobyt mój w tem miejscu został raptownie przerwany.

 

Tajemniczy przyjaciel

Powracając po kilku dniach z polowania do schroniska, spostrzegłem dym, wychodzący z komina chaty. Z wielką ostrożnością skradając się do domu, zauważyłem dwa osiodłane konie, a przy siodłach żołnierskie karabiny. Zorjentowałem się odrazu, że dwaj nieuzbrojeni ludzie nie mogą dla mnie stanowić poważnego niebezpieczeństwa, gdyż posiadałem doskonały Manlicher.

Niepostrzeżony obszedłem chatę od strony tej ściany, która nie miała okien, i nieoczekiwanie wszedłem do izby. Z ławki z przerażeniem porwało się dwóch żołnierzy. Byli to bolszewicy, gdyż na barankowych kołpakach mieli umocowane czerwone gwiazdy, a na piersiach kożuchów – czerwone, brudne kokardy.

Po powitaniu usiedliśmy. Żołnierze zdążyli już przyrządzić herbatę i, popijając ją, wszczęliśmy rozmowę. Żeby odwrócić od siebie ich uwagę i podejrzenie, opowiedziałem, że jestem myśliwym z pewnej dalekiej wioski i żem tu zamieszkał, gdyż od dawna już wytropiłem kilka gniazd soboli. Od bolszewików zaś dowiedziałem się, że z miasta posłano do tajgi wielki oddział jazdy, który zatrzymał się stąd o 15 kilometrów, ich zaś wysłano na wywiad, aby sprawdzili, czy nie włóczą się po lasach jakieś podejrzane osobistości.

– Pojmujesz, towarzyszu, – rzekł jeden z żołnierzy – że szukamy kontrrewolucjonistów i że będziemy ich rozstrzeliwali...

Lecz ja domyśliłem się tego już od dawna i nie potrzebowałem bynajmniej jego wyjaśnień.

Myśli moje były skierowane ku temu, aby przekonać nieproszonych gości, że jestem zwykłym myśliwym syberyjskim, nie mającym nic wspólnego z kontrrewolucją. Jednocześnie myślałem o konieczności natychmiastowego przeniesienia się po odjeździe bolszewików w inne, bardziej bezpieczne miejsce.

Zapadał wieczorny zmrok. Twarze moich gości stały się jeszcze mniej pociągające. Żołnierze wyjęli z torby butelkę spirytusu i zaczęli pić, zakąsując chlebem i popijając gorącą herbatę. Alkohol szybko działał, i bolszewicy, wymachując rękoma i uderzając pięściami w stół, zaczęli głośno rozmawiać, przechwalając się ilością zabitych "burżujów". Śmiejąc się ohydnie, opowiadali sobie wzajemnie o wesołych dniach w Krasnojarsku, gdy wyłapywali znienawidzonych kozaków i spuszczali ich pod lód Jeniseju. W końcu żołnierze zaczęli się o coś spierać, lecz prędko ich to znużyło i powoli zabierali się do snu.

– Pójdę już konie rozkulbaczyć i przyniosę karabiny – rzekł młodszy i, przeciągając się, podniósł się z ławki.

W tej chwili drzwi, prowadzące na dwór, szeroko się rozwarły; do izby wpadły gęste obłoki mroźnej pary, i prąd zimnego powietrza wionął na nas. Gdy mgła opadła, zobaczyliśmy w izbie wysokiego barczystego chłopa w kosmatej barankowej czapie i w szerokim kożuchu. W ręku trzymał karabin, a z poza pasa wyglądała ostra siekiera, z którą Sybirak – myśliwy nigdy się nie rozstaje. Bystre, przenikliwe, połyskujące, prawie zwierzęce oczy nieznajomego badawczo zatrzymały się na każdym z obecnych. Po chwili zdjął czapkę, przeżegnał się i cicho zapytał:

– Kto tu gospodarz?

– Ja! – odezwałem się.

– Czy mogę przenocować? – spytał.

– Proszę, miejsca dość – powiedziałem.

– Napijcie się herbaty, jeszcze gorąca.

Nieznajomy tymczasem zaczął powoli zdejmować kożuch, nie przestając obserwować ludzi i przedmioty. Rzucił kożuch w kąt izby, przykrywając nim karabin, i pozostał w wynoszonych skórzanych kurcie i spodniach wsuniętych w długie wojłokowe buty. Twarz miał zupełnie młodą, drwiącą i piękną.

Połyskiwały białe zęby i badawcze, przenikliwe oczy. Powichrzona, mocno przyprószona siwizną czupryna i głębokie zmarszczki dokoła ust świadczyły o burzliwem życiu.

Nieznajomy, wciąż się rozglądając, usiadł na ławce i z jakąś szczególną pieczołowitością położył obok siebie siekierę.

– Czy to żona twoja – ta siekiera? – pijanym głosem zapytał go jeden z żołnierzy.

Chłop powolnie podniósł na pytającego nagle zabłysłe oczy i cichym, jakimś skradającym się głosem odpowiedział:

– Różni ludziska błąkają się teraz po lasach, więc z siekierą bezpieczniej...

Zamilkł i zaczął namiętnie pić gorącą herbatę. Jednakże zauważyłem, że kilka razy ostrożnie mi się przyglądał, a oczy jego ustawicznie biegały po izbie, jak gdyby szukając odpowiedzi na jakieś wątpliwości.

Na pytania żołnierzy nieznajomy odpowiadał oględnie i powolnie, a potem postawił swój kubek, wywróciwszy go dnem do góry na znak zadowolenia, podniósł się i rzekł:

– Pójdę na chwilę do swego konia, a zarazem i wasze rozkulbaczę...

– Oj, dziękuję – zawołał młodszy żołnierz, prawie już śpiący.

– Nie zapomnij tylko przynieść do izby nasze karabiny...

– Dobrze! – odezwał się chłop.

Bolszewicy pokładli się na ławce, zostawiając dla nas tylko podłogę, i już nie słyszeli, gdy powrócił nieznajomy, który, rzuciwszy terlicę wojłokową na ziemię, położył się natychmiast.

Żołnierze i chłop już dawno spali, gdy ja wciąż jeszcze planowałem, co mam dalej czynić.

Zasnąłem nad samym rankiem, a gdym się obudził, chłopa już w izbie nie było. Wyszedłem z chaty i zobaczyłem, że kulbaczy dobrego gniadego źrebca.

– Odjeżdżacie? – zapytałem.

– Tak, lecz pojadę razem z tymi... "towarzyszami"– szepnął – przed wieczorem powrócę. Czekajcie na mnie!...

Nie rozpytywałem go o nic, tylko odpowiedziałem, że będę na niego czekał. On zaś tymczasem odwiązał od swego siodła dwa ciężkie wory, rzucił je przy ścianie w spalonej części chaty, uważnie zbadał uzdę i strzemiona, i rzekł z uśmiechem:

– Gotowe! Teraz pójdę obudzić "towarzyszy".

Po godzinie, napiwszy się herbaty, żołnierze i chłop odjechali. Pozostałem na dziedzińcu i zająłem się rąbaniem drzewa. Nagle skądś z daleka dobiegł mię strzał karabinowy, a po chwili drugi. Potem zapanowała cisza. Od strony strzałów, wysoko ponad lasem, przeciągnęło stadko spłoszonych cietrzewi. Krzyknęła sójka z wierzchołka wysokiej sosny.

Długo przysłuchiwałem się, czy nie zbliża się ktoś do mego schroniska, lecz naokoło było zupełnie cicho.

Zmrok szybko zapada w zimie na środkowym Jeniseju. Rozpaliłem w piecu i zacząłem przyrządzać zupę z głuszca, nie przestając wsłuchiwać się w najmniejszy szmer, dolatujący od strony lasu. Wszakże ciągle wyraźnie czułem i rozumiałem, że śmierć jest stale tuż, gdzieś obok mnie, i że ostatecznie może zjawić się w postaci człowieka, zwierza, mrozu, nieszczęśliwego wypadku lub choroby. Wiedziałem dobrze, że w pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby przyjść mi z pomocą, i że cała moja nadzieja polega na opiece Boskiej, na sile rąk i nóg, na celności oka i pomysłowości. Mimo całej baczności nie spostrzegłem powrotu nieznajomego myśliwca. Tak samo, jak poprzedniego dnia, zjawił się w izbie niespodziewanie. Przez mgłę pary zobaczyłem jego jarzące i śmiejące się oczy i piękną twarz. Postąpił w stronę ławki i cisnął trzy karabiny.

– Dwa konie, dwa karabiny, dwie kulbaki, dwa worki sucharów, pół cegły herbaty, woreczek z cukrem, 50 nabojów, dwa kożuchy, dwie pary butów! – ze śmiechem wyliczał Sybirak. –

Doprawdy, bardzo udatne miałem dziś polowanie!

Ze zdumieniem patrzyłem na swego gościa.

– Czego się gapicie? – zaśmiał się na nowo. – Wjechaliśmy do lasu na wąską ścieżkę. Tam ich zastrzeliłem. Ani drgnęli! Na co komu tacy "towarzysze"? Ale pijmy herbatę, a później spać! Jutro musicie przenieść się na nowe mieszkanie. Ja wam pokażę ustronne i przyjemne miejsce, a sam ruszę dalej...

 

Tajemnica mego gościa

Nazajutrz o świcie ruszyliśmy w drogę, porzucając moje pierwsze schronisko. Na jednego z koni władowaliśmy cały nasz dobytek, złożony w workach, przerzuconych przez siodło.

– Musimy zrobić 400-500 wiorst – spokojnie oznajmił mój nowy towarzysz niedoli, który nazywał się wcale nie przemawiającem do serca i rozumu imieniem Iwana.

– No, to długo będziemy jechać! – zawołałem.

– Nie dłużej, niż tydzień, a może i prędzej będziemy na miejscu – odparł Iwan.

Pierwszą noc spędziliśmy w lesie pod gałęziami wysokiego, rozłożystego świerka. Była to dla mnie pierwsza noc bez dachu nad głową. A ileż takich nocy później spędziłem w ciągu półtorarocznej mojej włóczęgi!

Dzień był bardzo mroźny, było pewno nie mniej niż 35° R. Pod kopytami koni skrzypiał śnieg. Ze szkliw dźwiękiem toczyły się, wyrywane podkowami, kawałki skrzepłego śniegu. Leniwie zrywały się z drzew cietrzewie i głuszce; nie śpiesząc się, biegły z legowisk do krzaków zające.

Przed wieczorem podniósł się wiatr, huczał i szumiał, naginając wierzchołki drzew. Na dole jednak, w miejscach zakrytych od podmuchów wiatru, było cicho i spokojnie.

Zatrzymaliśmy się w głębokim wąwozie, gęsto porośniętym drzewami i krzakami. Znaleźliśmy dawno złamaną suchą jodłę, narąbaliśmy drzewa i, przyrządziwszy przy ognisku herbatę,

pokrzepiliśmy się. Po kolacji Iwan przywlókł z lasu dwa długie, suche sosnowe kloce, ściosał je z jednej strony i położył jeden na drugi płaską stroną. Wbiwszy klin pomiędzy kloce, włożył w otwór trochę rozżarzonych węgli. Ogień natychmiast zaczął szybko posuwać się wzdłuż kanału pomiędzy klocami.

– Teraz będzie się to paliło aż do świtu! – zawołał Iwan. – Jest to nasza syberyjska "najda". My, poszukiwacze złota, włócząc się przez zimę i lato w tajdze, zawsze śpimy przy "najdach".

Wspaniale! Ale sami przekonacie się!

Szybko narąbał gałęzi świerku i z pomocą trzech drągów zrobił pochyloną pod kątem ścianę, przed którą, o kilka kroków, paliła się małym ogniem, wypalając się wewnątrz, "najda". Nad tą ścianą i nad "najdą" rozpościerał się namiot z szerokich gałęzi potężnego świerka. Nakładliśmy na śnieg gałęzi i, nakrywszy się terlicami, zaczęliśmy zabierać się do snu. Ku memu wielkiemu zdziwieniu Iwan rozebrał się do koszuli, zauważyłem, że się spocił i zaczął wycierać czoło i szyję rękawem koszuli.

– Dobrze! Ciepło! – wychwalał Iwan nasze schronisko.

Wkrótce i ja byłem zmuszony zdjąć ubranie i zasnąłem, nie nakrywając się kożuchem. Chociaż przez gałęzie świerka i ściany świeciły gwiazdy, a przede mną była otwarta przestrzeń, gdzie szalały mróz i wicher – lecz ta przestrzeń była odgrodzona od nas ciepłem, idącem od palącej się "najdy".

piątek, 22 listopad 2013 14:58

Wojna i sezon [52]

Napisane przez

– Co panowie myślą? – zapytał pan Strzemiński, zatrzymując wzrok na Tadeuszu.

Tadeusz miał na końcu języka ostrą odpowiedź, że granica nie jest jakimś nietykalnym i filigranowym murkiem, którego należałoby bronić przed rozbitkami wojska, ale się pohamował i powiedział:

– Jestem innego zdania, panie wojewodo. Myślę, że przychodzą, aby nas brać gołymi rękami, aby mieć łatwy odwet za rok 1920.

– Tak pan myśli?

– Tak.

– I cóż pan radzi?

Tu już Tadeusz nie mógł wytrzymać i głosem trochę ostrzejszym, niż należało, odpowiedział:

– Wiać!

Wniosek Tadeusza nie od razu został przyjęty. Pan Strzemiński naradzał się jeszcze długo z kolegami. Aż po południu okazało się, że dalsze "wianie" nie ma już sensu, gdyż wojska sowieckie zajęły Tarnopol i odcięły drogę na południe. Po dalszej naradzie pan Strzemiński postanowił, że jako wicewojewoda, czyli zastępca gospodarza województwa, powinien powitać wkraczające wojska sowieckie w miejscu swego urzędowania, tj. w Łucku.

Tadeusza ogarnęło otępienie. Gdyby miał jakiś środek lokomocji do własnej dyspozycji, może by szukał jeszcze innej drogi ucieczki. Ale tak, jak rzeczy stały, postanowił dzielić losy "ekipy", która go przygarnęła.

Rankiem 18 września ruszyli z powrotem na północ – do Dubna. Ranek był zimny i mglisty. Jeszcze przed dwoma dniami mgła cieszyłaby ich jako ochrona przed samolotami. Teraz jednak było to im obojętne. W milczeniu mijali drogę, na której przed dwoma dniami panował ruch i rwetes. Dziś szosa była dziwnie pusta. Przesuwały się we mgle lasy liceum krzemienieckiego, przesuwały się pola przetykane charakterystycznymi dla krajobrazu wołyńskiego szpalerami plantacji chmielowych. Monotonnie wyłaniały się z mgły i mijały ich słupy kilometrowe. Zbliżali się do Dubna.

Mgła opada. Słońce zaczyna przeświecać. Do Dubna pozostało już tylko parę kilometrów. Nagle na skrzyżowaniu dróg wyrasta przed nimi pierwsza żywa istota od chwili wyjazdu z Krzemieńca. Jest to żołnierz w długim burym szynelu, w hełmie falistego kształtu, z nieprawdopodobnie długim karabinem, którym zagradza im drogę:

– Stoj! Kuda?

– W Dubno.

– Pojezżaj na prawo!

W jakiejś wiosce o kilometr przed Dubnem posterunek wojskowy zatrzymuje ich znowu. Następuje odebranie broni, kontrola dokumentów i rewizja bagaży. W rezultacie pozwalają im wsiąść do aut i jechać dalej – do Dubna. W Dubnie odbierają im auta i – puszczają wolno.

Stoją z walizkami na skwerku dubieńskim. Słońce przygrzewa. Na niebie warczą samoloty sowieckie. Czternastodniowy rajd samochodowy z Torunia na Wołyń się skończył. Co robić?

– Chodźmy do starostwa – mówi Strzemiński – może tam się czegoś dowiemy.

Zdawałoby się, że w ich sytuacji iść do starostwa znaczy leźć dobrowolnie w paszczę smoka. Ale otępienie odebrało wszystkim rozum. Bez słowa sprzeciwu idą za panem Strzemińskim do starostwa.

Zaledwie wkroczyli do starostwa, gdy jak spod ziemi wyrosło kilku krasnoarmiejców w towarzystwie paru cywilów z czerwonymi opaskami na ramieniu. Zapędzają ich do sali, stawiając przy drzwiach straż.

Trzymają ich w tej sali do późnego popołudnia. Wreszcie zjawia się krasnoarmiejec z jakimiś naszywkami – oficer czy podoficer – i każe wszystkim iść na dół na dziedziniec.

Tam już stoi młody tęgi oficer NKWD. W końcu dziedzińca warczy ciężarówka, na razie pusta. Oficer każe wszystkim – z wyjątkiem kobiet i dzieci – ustawić się w długi szereg. Z prawej strony Tadeusza stoi pan Strzemiński, z lewej jakiś wystraszony człowieczek w nieokreślonym wieku.

Oficer zaczyna badanie dokumentów stojących w szeregu. Zaczyna z lewej strony. Za tłumacza służy mu jakiś jegomość. Jak się później Tadeusz dowiedział był to urzędnik wydziału powiatowego – Ukrainiec.

Badanie dokumentów postępuje szybko. Ukrainiec tłumaczy treść dokumentów i w zależności od ich treści oficer NKWD albo każe badanemu pozostać w szeregu, albo mówi:

– Pożałosta.

I grzecznym ruchem wskazuje czekającą ciężarówkę. Zanim badanie doszło do Tadeusza, w ciężarówce znalazło się już kilku policjantów i jeden oficer polski, którzy nie wiedzieć jak przyplątali się do ich ekipy.

Wreszcie badanie doszło do sąsiada Tadeusza z lewej strony. Ten już miał przygotowaną legitymację służbową, z której Tadeusz zezem odczytał:
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Główny Urząd Statystyczny Radca...

Ukrainiec wziął legitymację do ręki i zaczął tłumaczyć:

– Ministerstwo wnutriennich diel...

– Aha! – powiedział oficer NKWD i już podniósł rękę, aby zrobić zapraszający ruch w stronę ciężarówki.

Tadeusz nie wytrzymał i powiedział – oczywiście po rosyjsku:

– Ten człowiek jest urzędnikiem urzędu statystycznego.

A urząd statystyczny tylko formalnie należał do działu (wiedomstwa) spraw wewnętrznych i nie miał nic wspólnego z polityką.

Oficer NKWD badawczo spojrzał na Tadeusza, machnął ręką na radcę urzędu statystycznego i na Ukraińca i powiedział Tadeuszowi:

– Proszę wyjść z szeregu. Będziecie tłumaczem.

Nastąpiła jedna z najbardziej przykrych chwil w życiu Tadeusza. Pierwszy dokument, który miał tłumaczyć, był legitymacją pana Strzemińskiego, wicewojewody wołyńskiego.

Trzymając tę legitymację w ręku patrzał w oczy panu Strzemińskiemu i milczał.

– No! – odezwał się zniecierpliwiony oficer NKWD.

Wtedy pan Strzemiński sam zaczął mówić:

– Jestem wicewojewodą wołyńskim, tj. jakby wicegubernatorem okręgu wołyńskiego.

– Aha! – powiedział oficer – pożałosta!

I zrobił ruch ręką w kierunku ciężarówki.

W grupie stojących opodal kobiet rozległ się straszny, rozdzierający krzyk pani Strzemińskiej.

W kwadrans później wypełniona ciężarówka odjechała do więzienia, a oficer NKWD miał krótką przemowę do pozostałych na wolności, m.in. pytając, czy nie ma wśród nich członków partii komunistycznej, po czym pozwolił im iść "do domu".

Gdy odszedł, uratowany radca urzędu statystycznego podszedł do Tadeusza i powiedział z drżeniem w głosie:

– Nie wiem, jak mam panu dziękować...

Tadeusz machnął ręką. Starał się nie patrzeć w stronę pani Strzemińskiej, która chwiała się na nogach podtrzymywana przez dwie panie.
Wieczorem znalazł przytułek w domu państwa Żabów, których przelotnie znał z Mińska.

Idąc do łóżka i mając zwyczaj czytania do poduszki, wziął z półki pierwszy z brzegu tom Trylogii i otworzył go na chybił trafił. Był to pierwszy tom "Potopu" i wzrok jego padł na słowa Zagłoby:

"Panie wszechmogący! Czemuś to tak tę nieszczęsną Rzeczpospolitą rozgrodził, że wszystkie świnie sąsiedzkie włażą do niej teraz"...

Koniec

 

-------------------------
Szanowni Państwo, niniejszym kończymy druk powieść "Wojna i sezon" Michała K. Pawlikowskiego, który kontynuowaliśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa "Czas" z Wilna. Jeszcze raz dziękujemy Rodakom z Litwy i zapraszamy na strony internetowe ich wydawnictwa.

Państwa zaś od przyszłego numeru chcemy zaprosić do lektury niezwykle ciekawej przygodowej książki Ferdynanda Antoniego Ossendowskiego "Zwierzęta, ludzie, bogowie lub Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów. Konno przez Azję Centralną", wydanej w Warszawie w 1923 roku.

sobota, 16 listopad 2013 22:39

Wojna i sezon [51]

Napisane przez

– Może by panowie odstąpili nam nieco benzyny?

– Niemożliwe. Ta pompa jest już na wyczerpaniu, a mamy jeszcze jeden zbiornik do napełnienia. Jednak radzimy panom zrobić to, co myśmy zrobili z naszą pompą: rozbić kłódkę drugiej pompy. Jest pełna.

Wahali się przez chwilę, pytając, gdzie jest właściciel stacji. Okazało się, że uciekł. Skrupuły odpadły. Ktoś z usłużnej gawiedzi przyniósł łom żelazny.

Kłódka odpadła. Przyjemnie było słyszeć bulgot pompowanej benzyny. W serce auta, któremu groziła śmierć na drodze na skutek ostrej anemii, wstępowało życie. Zaopatrzeni w cenny płyn ewakuacyjny ruszyli na Kozienice, Zwoleń, Puławy i Lublin. Przez most na Wiśle przejechali ostrożnie: gdzieniegdzie na chodnikach i jezdni widniały nieduże leje, a żelazne spojenia były zerwane i pokręcone.

W Puławach – znany już widok: rozwalony bombami rynek, leje w kocich łbach, stygnące zgliszcza domków parterowych. Droga z Puław do Lublina pozostawiła w Tadeuszu wrażenie czegoś niezwykłego, choć wcale nieprzerażającego. Luźnym, lecz nieprzerwanym sznurem sunęły w jednym kierunku – Lublina – eleganckie limuzyny, autobusy z całego niemal kraju, motocykle. Motoryzacja... Choć rozumiał dokładnie, że przyczyną tego niezwykłego ruchu motorowego jest pospolite "wianie", miał jednak wrażenie jakiegoś corsa samochodowego: Rzekłbyś, że pojazdy mechaniczne z całego kraju umówiły się na rendezvous na tej szosie Puławy-Lublin. Lśniły lakiery czasem tylko osłonięte gałęziami lub wymazane gliną – przed okiem samolotów. Było to bez wątpienia "wianie", ale wianie pozbawione ponurej rozpaczy i nędzy pieszej i rowerowej ciżby uchodźców. W Lublinie bowiem, tej Mekce ewakuacyjnej, był zjazd gwiaździsty samochodów z Polski zachodniej i centralnej. Na pryncypalnej arterii Lublina, Krakowskim Przedmieściu, towarzysz Tadeusza raz po raz wymieniał znane nazwisko, gdy wymijali wspaniałe limuzyny. W urzędzie wojewódzkim Tadeusz spotkał pana Jerzego de Tramecourta, ongi starostę w Wileńszczyźnie, a obecnie wojewodę lubelskiego, oraz ewakuowanego z Poznania pana Ludwika Bociańskiego, który z nosem spuszczonym na kwintę robił wrażenie nie dygnitarza przyzwyczajonego do rozkazywania, ale jakiegoś smętnego Pierrota. Tylko pan Władysław Raczkiewicz, wyprostowany, elegancki i spokojny, trzymał się "pistoletem". Oznajmił Tadeuszowi, że ponieważ województwo jego jest okupowane przez Niemców, więc w charakterze prezesa Światowego Związku Polaków wyjeżdża za granicę, aby tam bronić interesów Polski.

W Lublinie spotkała Tadeusza niemiła przygoda. Gdy po ogoleniu i ostrzyżeniu wyszedł od fryzjera, szofer oznajmił mu z przerażeniem, że jakiś pułkownik zarekwirował ich samochód.

– Jaki pułkownik? Jakie nazwisko? – pytał Tadeusz.

– Nie powiedział nazwiska. Powiedział tylko, że rekwiruje samochód dla obrony Warszawy, tak jak w roku 1914 zarekwirowano taksówki paryskie dla obrony Paryża.

– Jakże mógł pan oddać mu tak samochód?! – oburzał się Tadeusz.

Teraz szofer się rozzłościł:

– Cóż miałem robić? Groził mi rewolwerem. Musi mi pan dziękować, że uratowałem pana płaszcz, walizkę i strzelbę, bo i to chciał zabrać.

Po chwili dodał:

– I pojechał wcale nie do Warszawy, ale na Tarnopol... Z dwiema babami... (Stare to dzieje... Może ten pułkownik trafił w ręce bolszewików i zginął w Katyniu. Tedy Tadeusz chętnie puszcza w niepamięć kradzież samochodu. Jeżeli jednak pułkownik ten dorobił się w Londynie domu, Tadeusz posyła mu – za moim pośrednictwem – kilka słów błogosławieństwa w języku rosyjskim).

Wczesnym rankiem 8 września Tadeusz dobił pociągiem do planowanego miasta ewakuacji – Kowla.

 

Rozdział XXIX
OSTATNI

Po przyjeździe do Kowla Tadeusz przeżywał jeszcze jedno złudzenie świadczące, że pokolenie, które pamiętało wojnę 1914–1920 i które miało rutynę 19 lat pokojowych, jest pozbawione żywszej wyobraźni. Wydawało mu się, że skoro Kowel został mu wyznaczony jako docelowy punkt ewakuacji, zgodnie z opracowanymi latami w ciszy gabinetów planami "wycofania", tedy czterodniowy exodus wśród pożarów i zgliszcz już jest skończony.

Wyobrażał sobie, że Kowel będzie dla niego na długie miesiące wojny jakimś Mińskiem Litewskim z lat 1914–1917. Że stanie się "głębokim tyłem", gdzie się będzie oczekiwało końca wojny.

Siedem dni pobytu w Kowlu miało doszczętnie rozwiać tę iluzję. Na razie jednak Tadeusz w całej naiwności napisał kilkanaście kartek do krewnych i przyjaciół i wrzucił je do skrzynki pocztowej. Nie wiedział, że nie tylko kartki te nie dojdą do rąk adresatów, lecz że prawdopodobnie nikt już skrzynki nie opróżni: był ósmy dzień wojny i poczta nie funkcjonowała.

Ucieszył się bardzo spotkawszy kolegę z Torunia inżyniera Klonowskiego, który był z żoną i pasierbem. Wszyscy troje byli sympatyczni i "swoi" i – co najważniejsze – mieli własny samochód z pewnym zapasem benzyny. Sami zaofiarowali się zabrać Tadeusza, "gdyby zaszła potrzeba". Już pierwszy spacer po mieścinie wołyńskiej podważył mocno iluzję Tadeusza, że się znajduje w "głębokim tyle". Przede wszystkim dowiedział się, że Kowel był od pierwszego dnia wojny regularnie wizytowany przez samoloty niemieckie, które bombardowały dzielnicę kolejową. Po drugie – zastanowił go zewnętrzny widok miasta. Na ulicach panowało ożywienie. Krążyły i wypoczywały samochody i motocykle. Wałęsało się sporo różnych wojskowych i policjantów. Był to widok w warunkach wojennych normalny, gdyby nie to, że ci wojskowi i policjanci zwracali się nieraz do niego o kawałek chleba.

Autochtonów kowelskich jakoś nie było. Niemal każdy przechodzień zapytany o adres odpowiadał, że jest "przyjezdny". Z nielicznymi wyjątkami sklepy w całym mieście były zamknięte na cztery spusty. Przy nielicznych otwartych stały długie kolejki. Wkrótce dowiedział się o przyczynie tego zjawiska.

Oto codziennie przed świtem przerażona nalotami ludność Kowla masowo emigrowała za miasto do lasów i tam, korzystając z ciepłych dni, biwakowała na świeżym powietrzu do późnego wieczora. Po zachodzie słońca tłumy te, obładowane tobołkami i betami, wracały do miasta – wyłącznie na nocleg.

W ten sposób Kowel w dzień był prawie zupełnie wyludniony z autochtonów. Po mieście krążyły tylko tłumy uchodźców pukających do zamkniętych sklepów i jadłodajni. Naloty bombowe sparaliżowały normalne życie miasta.

Z jednej strony, bomby niemieckie mogły napędzić strachu całkiem "obiektywnego": w jednym Krzemieńcu bombowce zrobiły w dzień rynkowy prawdziwą masakrę, zabijając kilkadziesiąt ludzi, w tym dużo kobiet i dzieci, co stwierdziło pismo bawiącego wtedy w Krzemieńcu nuncjusza apostolskiego. Z drugiej jednak strony, przyczyna sparaliżowania życia miasta tkwiła w wadliwym nastawieniu tzw. biernej obrony przeciwlotniczej.

Według tego systemu, ludność na sygnał alarmowy miała obowiązek porzucenia normalnych zajęć i chowania się do schronów i rowów. A zdawałoby się, że chowanie się do schronu powinno być tylko prawem obywatela, który urastałby na bohatera, jeżeli w czasie bombardowania trwał na posterunku – chociażby – za ladą sklepową.

Spacerując z inż. Klonowskim po mieście, Tadeusz był świadkiem stopniowej, ale wyraźnej i przyśpieszonej dezorganizacji życia "tyłów". Wieści z "frontu" nie było: radio polskie albo nadawało mętne komunikaty, albo milczało, a radia moskiewskiego dlaczegoś nie słuchano. Karmiono się plotkami.

"Ekipa", która 4 września opuściła Toruń – Podgórz całą "motorkadą", spadła do liczby jednego prywatnego auta. Wałęsając się po Kowlu, widzieli postępy europeizacji tego miasteczka. Chodniki z krawężnikami, estetyczne szyldy, dokładnie "rozszczelnione" i pięknie malowane płoty. Słowem program gen. Składkowskiego na lato 1939 został wykonany w 100 procentach. Pogłoski – czuły jak zwykle barometr niepowodzeń wojennych – trwały. Trudno było nabrać otuchy, gdy obok oficjalnego komunikatu o rozbiciu dwóch dywizji niemieckich i obok fantastycznych wieści o bombardowaniu Berlina, odbywał się pośpieszny przejazd najwyższych władz państwowych w stronę granicy południowej i rosło całkowite rozprzężenie życia "tyłów".

Tadeusz z inż. Klonowskim niemal co dzień zaglądali do starostwa. Niewiele z tych wizyt skorzystali. Starosta chodził milczący i ponury. Pani starościna natomiast z przejęciem czytała im z kopii bibułowej słynne strofy Przepowiedni Tęgoborskiej.

"O Boże – myślał Tadeusz – na niebie krążą samoloty niemieckie, Polska płonie i wali się w gruzy, a tu baba, jak gdyby nigdy nic, deklamuje z płomieniem w oku o lewku zdradzonym przez wyzwoleńca... A niech cię licho porwie!"

– Cóż to za idiotka! – irytował się inż. Klonowski, gdy wracali do domu.

Tadeusz kiwnął głową, rozmyślając, że w godzinę trwogi jedni idą do Ossowieckiego, drudzy do wróżek, trzeci kręcą stoliki (z Guzikiem lub bez Guzika), inni pocieszają się lekturą przepowiedni, inni wreszcie – bardzo nieliczni – idą do kościoła.

Tegoż dnia wieczorem dowiedzieli się, że starosta "wyewakuował się", nic nikomu nie mówiąc. Dla pp. Klonowskich i Tadeusza był to ostatni dzwonek.

– Jutro o świcie wyjeżdżamy – oznajmił inżynier.

Był to człowiek z dużym poczuciem humoru. W okolicznościach, w jakich się znaleźli, humor jego nabrał jednak akcentów wisielczych. Od czasu do czasu zaczynał śpiewać słynny szlagier modny latem 1939:

Marszałek Śmigły-Rydz, nasz mężny, dzielny wódz...

Potem przerywał śpiew, mówiąc:

– A niech go wszyscy diabli porwą!

Pasierb jego nie odznaczał się wesołością. Z powagą czternastolatka zapytywał Tadeusza:

– Jak pan myśli: chyba marszałek Śmigły-Rydz popełni samobójstwo?

Tadeusz miał na końcu języka odpowiedź "licz pan na to!" – ale zmilczał, nie chcąc mącić czystych iluzji młodzieńczych. A o świcie już jechali w kierunku Łucka. Drogę, ongi zapewne dobrą, ale jak większość polskich szos nieasfaltowaną, "rozessały" setki tysięcy opon. Musieli jechać ostrożnie, gdyż co krok były wyboje, a nawet większe dziury w nawierzchni. Co kilka kilometrów widniały na zboczu drogi "trupy" samochodowe.

W Łucku zabawili krótko, bo nie było czego popasać: województwo wycofało się już kilka dni przedtem, benzyny nie było. W Dubnie spędzili dwie godziny, latając po mieście za obiecaną benzyną. Z tego krótkiego popasu w Dubnie Tadeuszowi utkwiła w pamięci – jak to podobno często się zdarza – drobnostka bez znaczenia. Gdy pili herbatę na werandzie kawiarni, rój żółtych os krążył koło ich głów i szklanek. Nie wiedzieć czemu na widok tych "pokojowych" os zrobiło się Tadeuszowi bardzo smutno.

Na szosie Dubno-Krzemieniec panował wielki ruch. W tumanach kurzu pędziły limuzyny, ciężarówki, autobusy, motocykle – wszystko w kierunku południowym. Wczesnym zmierzchem dnia 15 września zbliżali się do Krzemieńca. Z nimi razem posuwało się "corso". Ale nie było to już eleganckie, połyskujące lakierami luksusowych limuzyn "corso lubelskie". Sunęły auta zakurzone, podziurawione kulami, bez błotników i zderzaków, z wybitymi szybami. Raz dostrzegli w rowie przydrożnym wywróconą do góry nogami tankietkę. Obok – mocno poharatane drzewo. Odbyła się tu widać niedawno katastrofa.

Mrok już gęstniał, gdy wjeżdżali do Krzemieńca. Tadeusza ogarnęło dziwne uczucie. W Krzemieńcu nie był od 20 lat, a uważał go za jedno z najpiękniejszych miasteczek na naszych "kresach". Nieraz w czasach pokojowych projektował krajoznawczą wycieczkę do Krzemieńca. I oto znów był w Krzemieńcu... Na ciemniejącym niebie groźnie i władczo czarniała góra Bony z ruinami zamku. I dawniej góra ta – olbrzymia w porównaniu z wijącym się u jej stóp miasteczkiem – sprawiała wrażenie czegoś przytłaczającego. Dziś wiało od niej czarnym mrokiem i grozą. Nie spuszczał z niej wzroku, nie zwracając uwagi na mijane domki – typowe krzemienieckie domki z facjatkami.

Zaraz po przyjeździe Tadeusza spotkał zawód. Inż. Klonowski oświadczył, że dalej nie jedzie, zarówno ze względu na trudność zdobycia benzyny, jak i na dawne stosunki w Krzemieńcu. Miał nadzieję znaleźć tu zajęcie zarobkowe. Jednak szczęście – względne – zdawało się nie opuszczać Tadeusza.

Spacerując nazajutrz po mieście w poszukiwaniu papierosów, natknął się na Jurka Widackiego, dawnego przyjaciela z Petersburga, którego nie widział kilkanaście lat. Okazało się że Jurek jest urzędnikiem wołyńskiego urzędu wojewódzkiego i że "bawi" w Krzemieńcu z całą "ekipą" samochodową z wicewojewodą Strzemińskim na czele.

– A wojewoda?

– Wojewoda zwiał już dawno.

Pana Strzemińskiego Tadeusz dobrze znał z Wilna. Bez chwili wahania postanowił przyłączyć się do nich. Przyjęto go bardzo serdecznie i dano mu pokój w gmachu liceum krzemienieckiego, w którym cała ekipa wojewódzka była rozlokowana.

Spacerując z Jurkiem po mieście, raz po raz zwracał oczy na górę Bony mającą widać jakieś właściwości magnetyczne... Wieczorem dnia 16 września otarła się o nich limuzyna, w której obok kierowcy siedział Melchior Wańkowicz.

– Mel! – zawołał Tadeusz ucieszony, że z ust tak ustosunkowanego dziennikarz a dowie się ciekawych nowin. Okazało się jednak, że Mel jest zaabsorbowany "wianiem" oraz poszukiwaniem pana ministra propagandy Grażyńskiego i że de publicis wie tyleż, co i Tadeusz.

"Niech cię diabli porwą razem z twym ministrem propagandy" – pomyślał Tadeusz w ślad za oddalającym się autem Melchiora Wańkowicza.

Nazajutrz z rana Tadeusza zaprosił na ranne śniadanie wicewojewoda Strzemiński. Przy śniadaniu podzielił się z obecnymi elektryzującą wiadomością, otrzymaną telefonicznie: wojska sowieckie przekroczyły granicę w Korcu, Białozorce i Ostrogu.

– Co panowie myślą – spytał pan Strzemiński – co by to mogło znaczyć?

Milczenie. Jak się później okazało, nikt z kilkunastoosobowej ekipy wicewojewody nie słuchał radia moskiewskiego.

– Ja myślę – zaczął pan Strzemiński po dłuższym milczeniu – że Sowiety mające z nami pakt o nieagresji nie przekroczyły granicy w zamiarach wrogich. Myślę, że przekroczyły granicę po to tylko, by jej bronić przed cofającymi się wojskami polskimi.

Tadeusz słuchał w osłupieniu, inni milczeli.

piątek, 01 listopad 2013 16:19

Wojna i sezon [50]

Napisane przez

– Co to za mister Hyde? – spytał swego towarzysza.

– O kim mówisz?

– O tym w miękkim kapeluszu. Stoi obok Grabowskiego.

– Cicho. To minister Poniatowski.

Przed końcem uroczystości pan Bociański przywołał Tadeusza:

– Weźmie pan Forda i pojedzie pan z powrotem do Wilna. Po drodze zatrzyma się pan w każdej wsi i każe sołtysowi, aby przy przejeździe prezydenta ludność wyległa na ulicę i spontanicznie go witała.

Jak wiadomo, ratio legis każdego przepisu jest uwarunkowane częstotliwością pewnych stanów faktycznych. Tymczasem wkrótce po pobiciu i zasądzeniu profesora Cywińskiego wydano ustawę karną "O ochronie imienia Józefa Piłsudskiego". Czy autorzy tej ustawy rozumieli, że przez sam fakt wprowadzenia "ochrony imienia" wyrządzili ciężką krzywdę pamięci tego, którego imię pragnęli chronić? Chyba nie, bo zresztą logiczne myślenie nie było cechą ludzi będących u steru w tym schyłkowym okresie.

Zresztą nie wszyscy tę schyłkowość dostrzegali. "Soldates" nie wszystkich raziła. Kobiety – "dzikie baby" z roku 1920, ich córki – wciąż rozpływały się na widok munduru i ułana z lancą. Zachwyty trochę ochłodły po bestialskim pobiciu profesora Cywińskiego, ale potem się wznowiły.

Dla wykazania, że się idzie z duchem czasu, urządzano ćwiczenia Ligi Obrony Powietrznej państwa. Raz na takie ćwiczenia zjechał do powiatowego miasta Głębokiego minister Składkowski. Ćwiczeniami miał kierować ex officio referent Wiktorek Korsak, dawny kolega Tadeusza z Petersburga.

Niestety upił się i leżał w domu nieprzytomny. Premier zainteresował się, gdzie jest kierownik ćwiczeń. Na to koledzy Wiktorka odparli, że w tej chwili kieruje ćwiczeniami za miastem. (Były to jeszcze dobre czasy, gdy wprowadzony przez pana Bociańskiego system donosów nie doszedł na prowincję).

"A to dobrze" – powiedział premier i kazał gorliwego kierownika ćwiczeń przedstawić do srebrnego krzyża zasługi.

W tym samym mniej więcej czasie odbyły się w Dokszycach wybory rabina. Ludność żydowska była podzielona na dwa skłócone obozy – misnagidów i chasydów. Obie strony wysunęły swych kandydatów i obie podejrzewały, że przeciwna strona ucieknie się do przekupstwa i innych fałszerstw wyborczych. Toteż oba stronnictwa prosiły starostę o delegowanie do Dokszyc urzędnika, który by asystował przy wyborach i pilnował ich czystości.

Starosta dziśnieński wysłał naszego Wiktorka, jako swego delegata. Wiktorek wyruszył w drogę bryczką starościńską w zimny poranek jesienny i po drodze zmarzł porządnie. Po przyjeździe wstąpił do swego przyjaciela – starego emeryta – na rozgrzewkę. Minęło parę godzin.

Minęła godzina wyznaczona na początek wyborów. Członkowie komisji wyborczej zaczynają się niepokoić, gdzie jest delegat starosty? Telefonują do starostwa, skąd im odpowiadają, że delegat wyjechał wczesnym rankiem i musi być od dawna w Dokszycach. Na prośbę komisji policja dokszycka zaczyna poszukiwania i odnajduje Wiktorka w mieszkaniu emeryta. Niestety, Wiktorek, jak gogolowski Prochorow z "Rewizora", jest pijany jak bela i "nie może być użyty do służby". Tak to w 100 lat później życie naśladowało literaturę: wypadek, który mógł się zdarzyć w Rosji za Mikołaja I, zdarzył się w Polsce za Sławoja.

Życie naśladowało literaturę rosyjską jeszcze inaczej. Sto lat temu pewien pisarz rosyjski skarżył się na naznaczanie byłych wojskowych, "którzy pół życia spędzili w stajniach kawaleryjskich, gdzie ich uczono, jak należy koniom podwiązywać ogony" – na stanowiska dygnitarzy cywilnych. Tacy właśnie ludzie – od wójtów do ministrów – rządzili niepodległą Polską w okresie, który nazwałem "schyłkowym". Wypada żałować, że Polacy tak słabo znali i znają literaturę rosyjską. Znaleźliby w niej sporo materiału do rozmyślań, sporo gotowych typów "arcypolskich" i sporo ostrzeżeń.

Każdy reżym, choćby najbardziej niemądry i "schyłkowy", musi mieć swego barda. Miał go więc system panujący w Polsce w latach 1935–1939.

Bardem tym był Melchior Wańkowicz... W okresie "schyłkowym" miał on kilka dojnych krów: spółkę wydawniczą "Rój", ministerium poczt i telegrafów, monopol cukrowy ("cukier krzepi"), felietony w "Kurierze Porannym". W tych felietonach uwziął się kpić w sposób dość tani i mało dowcipny z kresowego ziemiaństwa, które na ogół nie miało zbyt słodkiego żywota. Wzorki do swych felietonów zbierał, podróżując okrężnie samochodami starościńskimi i wojewódzkimi. ("Oczywiście sam płacę za benzynę" – podkreślał, nie troszcząc się o to, czy samochód służbowy nie może być potrzebny dla innej podróży naprawdę służbowej, ani o to, kto płaci pobory szoferowi). M.in. sfabrykował kilka załganych felietonów o "Hrabi Palatynu" (rozdz. XXV). W związku z tym Tadeusz nawymyślał mu kilka razy w "Słowie", podpisując swe felietony pseudonimem "Fin".

– Ach czemuż nie mogę uchylić pseudonimu p. Fina! – wzdychał kochany Mel Wańkowicz w "Kurierze Porannym". (A więc od kogoś – bo nie ode mnie i nie od Tadeusza – dowiedział się, kto się kryje pod pseudonimem "Fina"!). Z felietonami Wańkowicza ostro polemizował też Józef Godlewski, kończąc jeden ze swych artykułów słowami: "Chłopskie przysłowie mówi «nie budzie pana z Iwana», ale nie powiada, że odwrotna kombinacja nie jest możliwa".

Pod koniec 1938 roku panu Bociańskiemu udało się wreszcie wygryźć Tadeusza z Wilna. Tadeusza wziął pod swe skrzydło opiekuńcze zacny pan Władysław Raczkiewicz, który był wtedy wojewodą pomorskim w Toruniu.

W połowie listopada Tadeusz pojechał na trzydniowe polowanie do hr. Benedykta Tyszkiewicza w Wiałej. Nie przewidywał, że było to jego ostatnie polowanie na Litwie. W końcu listopada był już w Toruniu.

 

Rozdział XXVIII
TORUŃ I CORSO LUBELSKIE

Tak się złożyło, że Tadeusz znał dotąd północno-zachodnią Polskę tylko z opowiadań. Wkrótce po przyjeździe do Torunia przekonał się, że wszystkie anegdotyczne śmiesznostki poznańsko-pomorskie znikły prawie bez śladu. W rozmowie nie słychać już było powtarzającego się po każdym zdaniu pytania "nie". Z okien sklepów znikły napisy w rodzaju "poszukuje się chłopiec z kołem". Wesołego gawędziarza nie nazywano już "pierdołą".

Młodzież uniwersytecka mówiła językiem niczym się nieróżniącym od języka tejże młodzieży w Krakowie i w Warszawie. Z dawnych tradycji pozostała tylko "świńska noga", jako potrawa narodowa, no i przeczulona wrażliwość Pomorzan na wszelkie, choćby najbardziej niewinne żarty lub aluzje związane z ich krajem rodzinnym. Pod tym względem Pomorzanie byli przeciwieństwem "wileńczuków", którzy wszelkie żarty z ich sposobu mówienia lub zwyczajów przyjmowali z humorem.

O tej drażliwości Pomorzan Tadeusz miał się przekonać wkrótce po przyjeździe. Urzędnik wydziału rolnictwa rodem z Ukrainy nazwał w ogniu dyskusji kolegę Pomorzanina, z którym był na ty, "świnią pomorską". Pomorzanin aż przybladł posłyszawszy tę straszliwą obelgę. "Ukrainiec" zaraz się spostrzegł, że poszedł za daleko, i zaczął kolegę gorąco przepraszać, mówiąc, że cofa wypowiedziane słowa. Ale Pomorzanin był twardy:

– Osobiście przyjmuję przeprosiny i nie czuję się obrażony – odpowiedział – i uważam, że gdybyś mnie był nazwał po prostu "świnią", uznałbym sprawę za zlikwidowaną. Ale nazwałeś mnie "świnią pomorską", czyli że obraziłeś całe Pomorze. Wobec tego pozostaje mi tylko donieść o tym moim władzom przełożonym. Doniesienie zostało złożone i sprawa otrzymała bieg urzędowy. Pan Raczkiewicz wyznaczył Tadeusza do przeprowadzenia dochodzenia dyscyplinarnego. Badany "Ukrainiec" bardzo się pocił i tłumaczył w sposób mało przekonujący, że dnia krytycznego czytał w czasopiśmie hodowlanym artykuł o gatunku świń pomorskich i że słowa "świnia pomorska" wyrwały mu się pod wpływem lektury tego artykułu. Obrażony Pomorzanin stał twardo na stanowisku, że choć osobiście przebaczył obrażającemu, to jednak uważa, że powinien on odpowiadać za obrazę całego Pomorza.

Tadeusz zakończył prędko dochodzenie i sprawę przekazał rzecznikowi dyscyplinarnemu. Czy i jak zakończyła się sprawa "świni pomorskiej", nigdy się o tym nie dowiedział, bo wkrótce nastał rok 1939 i umysły były zajęte czym innym.

Tadeusz obracał się zarówno z tytułu swych funkcji, jak i na polowaniach – z elitą pomorską: panami Ślaskim, Donimirskim, Komierowskim.

Zaprzyjaźnił się też z Pomorzaninem doktorem leśnictwa i łowiectwa (tak!) Leonem Ossowskim, u którego polował w końcu lipca 1939 na kaczki w nadleśnictwie Suleczyno w uroczej "Szwajcarii kaszubskiej". Było to – jak dotąd – ostatnie polowanie Tadeusza.

Prócz "elity" zdarzało mu się polować u zamożnych "gburów" pomorskich. Językiem i manierami mało się różnili od inteligencji. Ale po jednym z takich polowań towarzysz Tadeusza opowiadał mu historię, która się przed kilku laty zdarzyła właśnie w domu tego "gbura", u którego polowali.

– Wieczorem do kolacji, prócz myśliwych, do stołu siadły dwie córki "gbura", studentki uniwersytetu poznańskiego. Po szeregu kieliszków, gdy już się wszystkim dobrze z łbów kurzyło, "gbur" uniósł nad krzesłem tylną część ciała, wydał grzmot "nie z ust pochodzący" i oświadczył: "Dobry piard talara wart". Odpowiedział mu śmiech powszechny, a studentki nawet się nie zarumieniły i tylko jedna z nich powiedziała: "Tatka trzymają się jeszcze tego rodzaju kawały".

Se non e vero... Anegdotę podaję, aby podkreślić, że w roku 1939 takie maniery "gburów" należały już do przeszłości.

Tadeusz wyrwany z korzeniami ze swej "przybranej ojczyzny" czuł się jednak na Pomorzu dobrze. Po ciężkiej atmosferze systemu szpiegostwa i donosicielstwa zainstalowanego w Wilnie przez pana Ludwika Bociańskiego oddychał swobodnie. Zresztą więzy z Wilnem trwały: otrzymywał regularnie "Słowo" (skonfiskowane numery w osobnych kopertach), pisywał do "Słowa" felietony, redagował miesięczny dodatek łowiecki. Poza tym czuł do pracy w administracji rosnącą niechęć. Mając zdany przed dziewięciu laty w Wilnie egzamin sędziowski, postanowił przejść na emeryturę i wróciwszy do Wilna zapisać się do adwokatury. Sympatyczny naczelnik wydziału zdrowia dr Krippendorff obiecał mu, że komisja lekarska ustali u niego odpowiedni stopień inwalidztwa, skutkiem czego pensja emerytalna będzie wyglądała całkiem przyzwoicie. Słowem pobyt w Toruniu pod łaskawymi rządami pana Raczkiewicza uważał za stan przejściowy i za ostatni etap pracy w administracji państwowej.

Ostatnie pół roku było tak obfite w zdarzenia osobiste, że o polityce, zwłaszcza o wielkiej polityce, nie miał czasu myśleć. Toteż pamiętnego poranka marcowego, gdy mu pan Raczkiewicz oznajmił przy rannym raporcie o zajęciu przez Niemców Czechosłowacji, doznał prawdziwego wstrząsu. Tego poranka zakończył się okres pomorskiego błogostanu.

Nerwowość otoczenia i jemu się udzieliła. Dotąd obojętnie przechodził przez Bydgoskie Przedmieście obok konsulatu niemieckiego i ledwie rzucał okiem na swastykę. Teraz nagle ta swastyka nabrała złowrogiej symboliki.

Ale powoli wszystko wracało do "normy". Niewiedza o tym, co naprawdę dzieje się w świecie i co grozi Polsce, a przede wszystkim Pomorzu, była również udziałem Pomorzan. Miesiące letnie mijały spokojnie. Emocjonalnie nikt w wojnę nie wierzył. W czerwcu czy lipcu Tadeusza odwiedził Stanisław Mackiewicz, który po odsiedzeniu Berezy zażywał wytchnienia, podróżując samochodem po Polsce. Przy "lampce" wina w restauracji Dwór Artusa Tadeusz zapytał:

– Będzie wojna czy nie?

– Chociaż emocjonalnie nikt w wojnę nie wierzy, wojna będzie.

A potem patrząc w stronę i jakby mówiąc do siebie, Mackiewicz dodał:

– Skończy się na tym, że w najlepszym razie stracimy ziemie wschodnie.

Ale był to epizod znany tylko Tadeuszowi. Pomorze święciło 700-lecie miasta Golubia, gdzie były ruiny zamku krzyżackiego. Organizowało z rozmachem i pomorską precyzją Tydzień Borów Tucholskich, połączony z wielką fetą i defiladą wojskową. Defiladę przyjmował generał Grzmot-Skotnicki. Grzmiała orkiestra, megafony roznosiły po błoniach tucholskich słowa piękne, wzniosłe, mocne. Odbyła się pierwsza ogólnopomorska konferencja gospodarcza. Radio rozniosło po całej Polsce silne akcenty mowy wicepremiera Kwiatkowskiego:

– Czas i miejsce rozpoczęcia wojny są zawsze napastnikowi wiadome.

Ale nie znacie dnia ani miejsca, gdzie ją zakończycie.

Prezydent Bydgoszczy Barciszewski zabierał się do realizacji swej umiłowanej idei – urządzenia w roku 1941 w Bydgoszczy pierwszej wystawy pomorskiej. Słowem Pomorze, na które były zwrócone oczy całego świata, świętowało i pracowało.

piątek, 25 październik 2013 23:03

Wojna i sezon [49]

Napisane przez

Pan Bociański w sposób obleśny podlizywał się wojsku. W rozmowie telefonicznej z inspektorem armii gen. Dąb-Biernackim mówił z przymilnym uśmiechem do słuchawki: "Tu melduje się posłusznie Bociański".

I zachował życzliwą neutralność, gdy chuligani w mundurach oficerów

polskich z rozkazu Biernackiego pobili – w oczach żony i dziecka – bezbronnego profesora Cywińskiego. Podlizywał się też dowódcy odcinka korpusu ochrony pogranicza pułkownikowi Gaładykowi, który się szarogęsił w powiecie wilejskim, jak we własnym podwórku. (A tenże pułkownik Gaładyk wsławił się tym, że w roku 1939–40, internowany w Kownie na 6. forcie, rzucił się w celach homoseksualnych na żołnierza litewskiego, który sobie przykucnął w latrynie obnażywszy pośladki). Podlizywał się również Bociański generałowi Skwarczyńskiemu, chyba najbardziej ograniczonemu spośród wszystkich piłsudczyków, a którego zrobiono zamiast płk. Koca szefem Ozonu.

Pan Bociański był pułkownikiem "dyplomowanym", a więc tumanem ex definitione. "Dzielny" zdaniem niektórych głupich ziemian, był najgorszą kombinacją – chytrej tępoty z energią. Zresztą, jeśli o politykę chodzi, był na terenie Wileńszczyzny miniaturą i wiernym wykonawcą generała Sławoja Składkowskiego. Nie uznawał Litwinów i Białorusinów. W stosunku do Litwinów stosował różne chwyty skarbowo-policyjne. Białorusinów w ogóle nie uznawał za naród. Rozwrzeszczał się na nauczyciela w powiecie dziśnieńskim, na którego mu doniesiono, że poza szkołą rozmawia po białorusku z rodzicami uczniów. Był w najlepszej komitywie z arcybiskupem Jałbrzykowskim i – kto wie – czy nie z namowy księcia Kościoła wprowadził do wileńskiej cerkwi garnizonowej język polski zamiast cerkiewno-słowiańskiego. Szkoda, że słabo znał historię i zapewne nie wiedział, że naśladuje Murawjowa, który np. litewskie książki do nabożeństwa kazał drukować "grażdanką".

Tadeusz nieraz wyjeżdżał "w teren" w charakterze przewodniczącego komisji wywłaszczeniowej, odbywając sesje z udziałem stron, tj. władzy wywłaszczającej np. przedstawiciela kolei i właścicieli gruntów, które miały być wywłaszczone. Ruch w tej dziedzinie był dość ożywiony, gdyż chociaż nowych kolei nie budowano, koleje państwowe przeprowadzały "wyprostowanie" krętych, ongi strategicznych linii Podbrodzie-Królewszczyzna, lub Brasław-Druja. Nieraz się zdarzało, że właściciele gruntów wywłaszczanych, najczęściej chłopi Białorusini, nic nie rozumieli z urzędowych wywodów stron i sprzeciwiali się wywłaszczeniu, jakkolwiek ofiarowane wynagrodzenie było zupełnie wystarczające. Nieufni, jak wszyscy chłopi na świecie, podejrzewali jakiś podstęp. Wtedy Tadeusz zarządzał przerwę i w przerwie wyjaśniał chłopom po białorusku, o co chodzi.

Widocznie nikt nie zrobił Bociańskiemu donosu, bo te "antypolskie" praktyki Tadeusza uszły mu bezkarnie.

Za panowania Bociańskiego prokuratura wileńska uległa sprostytuowaniu. Oczywiście stało się to nie bez dyrektyw ministra sprawiedliwości.

Prokurator sądu okręgowego co dzień składał meldunki naczelnikowi wydziału społeczno-politycznego i od tegoż naczelnika dostawał wskazówki. I za Bociańskiego nastąpił słynny wyrok skazujący nieszczęśliwego Cywińskiego za "lżenie pamięci Józefa Piłsudskiego". A więc nie tylko z prokuraturą, ale i z "niezawisłym" sądem nie było lepiej...

Niezależne i buntownicze "Słowo" Stanisława Mackiewicza było solą w oku Bociańskiego. Zaczęło się od głupstw. Bociański, który jak każdy dygnitarz lubił przemawiać, miał jakąś mowę publiczną, w której wspomniał o "wianuszku serc" składanych w hołdzie komuś czy czemuś. Jerzy Wyszomirski zaraz przyczepił się w "Słowie" do tego "wianuszka", powiadając, że serca to nie serdelki i nie kiełbaski, by je w wianuszek na sznurku nizać. Zaczęły się konfiskaty "Słowa". Najpierw co tydzień, później co drugi dzień.

Wspomniałem naczelnika wydziału społeczno-politycznego (dawniej zwanego po prostu wydziałem bezpieczeństwa). Był nim niejaki pan Jasiński. Pan Bociański z nim się nie rozstawał ani na chwilę. Odbywał z nim długie spacery po mieście w towarzystwie szpicla, który szedł o parę kroków z tyłu za nimi. Asysta tego szpicla była jak najbardziej oficjalna, bo gdy znajomi kłaniali się pp. Bociańskiemu i Jasińskiemu, szpicel też odkłaniał się grzecznie. Przed kim czy przed czym miał bronić Bociańskiego – nie było jasne.

Razu pewnego Jerzy Wyszomirski machnął w "Słowie" artykuł, podając, że jest to przekład opowiadania Sałtykowa-Szczedrina o "mieście Głupocie".

Dla każdego obeznanego jako tako z językiem rosyjskim jasne było, że przekład z rzekomego Szczedrina jest zaktualizowanym falsyfikatem.

Bohaterami opowiadania byli gubernator Aistow (aist po rosyjsku – bocian) i naczelnik Waniuszkin (Wania, Waniuszka jest rosyjskim odpowiednikiem Jasia). Nie trzeba było zbytniej domyślności, by zgadnąć, że Aistow to Bociański, a Waniuszkin – Jasiński. I trzeba, że właśnie ten numer "Słowa" nie został skonfiskowany! Nazajutrz "Słowo" zagrzmiało diatrybą pod adresem cenzorów zaczynającą się słowami: "Więcej inteligencji, panowie!".

Ten numer "naturalnie" (choć w sposób trochę nie fair) skonfiskowano. Tu nadmienię, że zarówno gen. Sławoj Składkowski, jak pan Bociański byli obaj jak żywcem wycięci ze złośliwych karykatur Sałtykowa-Szczedrina, co było tym zabawniejsze, że obaj nienawidzili Rosjan.

Tak tedy nienawiść pana Bociańskiego do "Słowa" rosła. Gnębił "Słowo" wszelkimi sposobami. Skoro konfiskaty nie pomagały, starał się – co mu się nie udało – przekonać Bank Ziemski, aby cofnął "Słowu" subsydia w formie ogłoszeń licytacyjnych. W niedalekiej przyszłości – już po przeniesieniu się Tadeusza do Torunia – nienawiść miała doprowadzić do zesłania Stanisława Mackiewicza do Berezy, którą Bociański groził mu od dawna. Zesłanie Cata-Mackiewicza do Berezy było – może podświadomą zemstą gen. Składkowskiego za te czasy, gdy Piłsudski godzinami rozmawiał z Mackiewiczem w Druskiennikach, a Sławojowi groził, że go za drzwi wyrzuci. Bociański coraz krzywiej patrzał na Tadeusza z powodu jego współpracy ze "Słowem", chociaż Tadeusz przezornie redagował oficjalnie tylko dodatek łowiecki, podpisując inne artykuły różnymi pseudonimami.

Ludzie stojący z boku widzieli pana Bociańskiego jako energicznego wykonawcę superenergicznej polityki pana Składkowskiego. Ludzie patrzący
na rządy "Aistowa" z wewnątrz oglądali drugą stronę medalu. Pan Bociański, "dwójkarz" z powołania, był tchórzem podszyty i nie tylko wychodził na miasto w towarzystwie szpicla, ale trzymał tego szpicla w sekretariacie w czasie urzędowania. Trochę zabawne było, jak pan Bociański codziennie z rana modlił się pod figurą w kościele Bonifratrów i jak mu przy tych modłach też wiernie szpicel asystował. Pan Bociański nie rozstawał się z maleńką książeczką, do której wciągał różne informacje i donosy.

Bo donosy, dotąd nieznane w Wilnie, stały się za pana Bociańskiego regułą urzędowania. Za krótkiego okresu "miesięcy miodowych" pana Bociańskiego z Tadeuszem zdarzyło się, że ten przedstawił wojewodzie wniosek o nadanie krzyża zasługi radcy Dzenajewiczowi. (Był to okres, gdy gen. Składkowski spuścił na Polskę całą ulewę odznaczeń i wyznaczył obowiązkowy kontyngent orderów dla każdego województwa, każdego powiatu i każdej gminy). Na dźwięk nazwiska Dzenajewicza pan Bociański sięgnął do kieszeni i wydobył słynną książeczkę:

– Niech pan odłoży ten wniosek i zbada, czy ten pan Dzenajewicz nie był zamieszany kilka lat temu w defraudację funduszów publicznych. Tadeusz zbadał sprawę. Okazało się, że przed kilku laty pani Dzenajewiczowa była skarbniczką jakiejś instytucji społecznej. Z biurka jej skradziono kilkaset złotych stanowiących własność tej instytucji, po czym pani Dzenajewiczowa niezwłocznie sumę tę pokryła z własnej kieszeni. Tak więc donos na pana Dzenajewicza był wedle klasycznej formułki: "Albo on ukradł, albo jego okradli".

Urzędowanie odbywało się dziarsko. Zjazdy starostów zostały nazwane twardo, po żołniersku "odprawami" i na tych odprawach starostowie mieli obowiązek donosić, w jakim tempie płacone są podatki w powiecie. Starostowie, u których potworzyły się zaległości podatkowe, dostawali ostrą naganę.

Skoro mowa była o orderach, warto wiedzieć, że na urzędowych przyjęciach pan wojewoda Bociański występował w pułkownikowskim mundurze obwieszonym jak choinka orderami. Tej ilości orderów, z których większość nie była oczywiście odznaczeniami bojowymi, mógł panu Bociańskiemu pozazdrościć łowca orderów Bohdan Zalutyński (rozdz. XXV). I również dobrze wiedzieć, że w okresie "deszczu orderów" zgłosił się do starosty dziśnieńskiego pana Wiktora Suszyńskiego chłop z prośbą, aby mu dać order. Na zapytanie starosty, za jakie zasługi chce dostać order odpowiedział, że chciałby wymienić na order polski odznakę, którą ojciec jego dostał od rządu rosyjskiego. To mówiąc, pokazał srebrny medal z napisem "Za usmirienije polskogo miatieża".

Pan Suszyński powiedział chytrze, że postara się o order polski, ale że musi mieć w ręku order rosyjski, by go pokazać komu należy. Chłop jednak coś zmiarkował, bo odszedł nie oddawszy medalu.

Innym razem pan Bociański polecił Tadeuszowi zbadać pochodzenie doktora Turuty z wydziału zdrowia, gdyż doniesiono mu, że Turuto jest Rosjaninem. Tadeusz miał gotową odpowiedź:

– Tak się złożyło, panie wojewodo, że doktor Turuto zwrócił się do mnie przed kilku dniami o poradę prawną w sprawie nadziału kawałka ziemi w powiecie święciańskim. Ziemię tę odziedziczył po rodzicach, którzy byli włościanami, i nadział ten dostali w czasie uwłaszczenia chłopów.

Tu Bociański jakby się trochę zawstydził, bo sam lubił się chwalić, że jest chłopskiego pochodzenia i że za młodu "żarł kartofle"... (Tu, zdaje mi się, z lekka przesadzał).

Tak się urzędowało przy panu Bociańskim. Naczelnik Jasiński dawał do zrozumienia Tadeuszowi, że wkrótce będzie sojusz z Niemcami, że pójdą na Sowiety i że Tadeusz wróci do Baćkowa... A wojewoda Bociański wtrącał się w wyroki komisji dyscyplinarnej, a nawet w sądowe sprawy cywilne.

Na kilkanaście lat przed "socrealizmem", "polrealizmem" i mętniactwem pana Mękarskiego pouczał Tadeusza, że powinien poświęcać swe zdolności literackie "dla Polski"! (Tu bił się w piersi).

Czy trzeba się dziwić wojewodzie Bociańskiemu? Pomijając wady osobiste (a kto z nas jest bez wad?), szedł on tylko za przykładem z góry.

A na górze odbywała się, jak się rzekło, dekompozycja. Kto puścił ten wyraz "dekompozycja" – nie wiadomo, ale był on w powszechnym użyciu zarówno w Warszawie, jak na prowincji. "Jaka jest różnica między rządem i samorządem?" – pytano. "Taka jaka między gwałtem i samogwałtem" – brzmiała odpowiedź. Za wzorem milionów pocztówek, które ongi posyłano Piłsudskiemu na Maderę, zarządzono "spontaniczne", nakazane z góry posyłanie powinszowań na św. Edwarda gen. Rydzowi-Śmigłemu, którego w międzyczasie zrobiono marszałkiem. A ci wójtowie, podobnie jak większość prezydentów miast i burmistrzów, byli nie z wyboru, lecz z nominacji.

Powoli zatracało się poczucie wszelkiej miary. Żyło się w świecie gombrowiczowskim. Rozumni zostali brutalnie odtrąceni, a naprzód cisnęły
się miernoty. Nie było głupstwa, którego by nie wymyślono u góry, a które natychmiast znajdowało rezonans u dołu. Generał Sławoj Składkowski burzył cerkwie prawosławne, wprowadzał język polski do liturgii prawosławnej, pochował cichaczem za Bugiem sprowadzone z Petersburga zwłoki ostatniego króla, tworzył surrealistyczną ordynację wyborczą, malował płoty, rozdawał rzęsiście ordery, ulepszał przy pomocy sadysty Kostka-Biernackiego Berezę, zabraniał urzędnikom polować u ziemian.

Surrealizm schyłkowy przybierał czasem postać tragiczną. Tak np. do-prowadzono do samobójstwa, czyli po prostu zamordowano przez podłą nagonkę wielkiego Polaka, któremu "naganiacze" do pięt nie dorośli – pana Aleksandra Lednickiego. Tragizm tego wypadku tkwił również w tym, że nagonkę prowadził człowiek uchodzący za porządnego i niegłupiego pan Ignacy Matuszewski. Uległ on jednak temu obłędowi państwowotwórczemu, któremu dałem nazwę surrealizmu.

Zapewne w imię tegoż surrealizmu posłano w marcu 1938 ultimatum Kownu, żądając... nawiązania stosunków dyplomatycznych. Zanim to dziwne ultimatum zostało przyjęte, Wilno przeżywało chwile wielkiego podniecenia. Gdy Tadeusz szedł w towarzystwie kilku przyjaciół po ulicy Mickiewicza, wyprzedziło ich biegiem dwóch uliczników, z których jeden spytał drugiego:

– Antuk, co teraz będziem robić?

– Będziem Litwinów za dupa brać.

I też w imię surrealizmu marszałek Rydz wydał rozkaz "maszerować" i zajął Śląsk Cieszyński.

U dołu działy się rzeczy jeszcze bardziej surrealistyczne. Obszar miasta Wilna oplątano siecią szos "strategicznych" i poddano, jako "obóz warowny", specjalnym przepisom, które gdyby ściśle stosowane – uniemożliwiłyby wszelką inicjatywę prywatną. Obrót nieruchomościami, otwarcie apteki czy założenie budki z wodą sodową – wszystko wymagało pozwolenia dowódcy obozu warownego. Można sobie wyobrazić, do czego by doszły nadużycia, a przede wszystkim łapownictwo, gdyby te przepisy potrwały dłużej. Wybuchła jednak wojna...

Gdy Tadeusz rozmawiał o tych anomaliach z sympatycznym pułkownikiem Aleksandrowiczem z Obozu Warownego, ten wzruszył ramionami:

– Trudno. Jesteśmy w Alkazarze.

Odpowiedź była nawiana analogiami z toczącą się wojną domową w Hiszpanii. (A zacny obrońca wileńskiego Alkazaru płk Aleksandrowicz popełnił samobójstwo dnia 18 września 1939 roku).

W Zułowie postanowiono dokonać uroczystego poświęcenia fundamentów domu, w którym urodził się Piłsudski. Stary dom dawno się spalił,
a na wystawienie nowego nie zdobyto kredytów. Postanowiono więc – na razie – poświęcić uroczyście ładnie odbudowane fundamenty. Na uroczystość przybył pan prezydent Mościcki i wszyscy ministrowie. Prezydent i ministrowie byli w cylindrach, prócz jednego. Ten miał na głowie homburg, spod którego latały czarne złe oczki. Tadeuszowi przypomniał się niedawno widziany film na tle powieści Stevensona.