Goniec

Register Login

Lektura Gońca (566)

Dobrze przestudjowawszy mapę Azji Centralnej, którą posiadał jeden z oficerów, nakreśliłem następujący plan naszej wyprawy: Od rzeki Iro pójdziemy na południowy-zachód, pozostawiając z prawej strony miasto Uliasutaj i, kierując się na koczowisko Caganłuk, przejdziemy posiadłości chana Jassaktu i dotrzemy do grzbietu Boro. Tu dopiero będziemy mogli zatrzymać się na dłuższy popas dla wzmocnienia sił jeźdźców i koni.

Następnym etapem byłaby wyprawa przez zachodnią część Wewnętrznej Mongolji, pustynię Małą Gobi, czyli Naron-Khuhu-Gobi, przejście przez grzbiet Khara, szybki pochód nocny przez Kansu, gdzie musielibyśmy ominąć z zachodu miasto chińskie Suczou i, po przekroczeniu wysokich szczytów Nań-Szań, wejść do północnego Tybetu w granicach obwodu Koko-Nor, w kierunku źródeł rzeki Yan-Tze-Kyang.

Dalej już słabo wyobrażałem sobie położenie geograficzne, chociaż pamiętałem i sprawdziłem na naszej mapie, że grzbiety górskie na zachód od Yan-Tze oddzielają basen tej olbrzymiej rzeki chińskiej od systemu rzeki Brahmaputry w Burmie, gdzie naturalnie powinniśmy spotkać załogi i władze cywilne angielskie, o ile nie spotkalibyśmy ich na terenie Tybetu.

W Anglji mam przyjaciół, znają mnie dziennikarze i niektórzy mężowie stanu, więc miałem pewną podstawę, aby spodziewać się gościnności i doraźnej pomocy w dalszej podróży już do... Europy.

Lecz plan ten układałem na brzegu Iro, do której dochodziły odnogi gór Targabatajskich i Kosogolskich, Anglicy zaś byli bardzo daleko, za grzbietami Ała-Szań, za tajemniczym Tybetem "wielkiego i trzykroć świętego Dalaj-Lamy", za "murem świata" – Himalajami!

 

Pochód widm

Nie mogę innem słowem określić naszego pochodu od rzeki Iro do granicy Tybetu. 1740 kilometrów przez śnieżne stepy, góry i przez pustynię Gobi przebyliśmy w 48 dni!

Szliśmy, ukrywając się przed ludźmi, robiąc jak najkrótsze i najniezbędniejsze popasy w najdzikszych miejscowościach, żywiąc się surowem mięsem, aby dymem ogniska nie zwabiać do siebie tubylców, a na popasach nocnych, odrywając ubranie od pozbawionego skóry, krwawiącego się ciała, walcząc uporczywie i bezowocnie ze zjadającemi nas pasożytami.

Była to Odyseja męczeństwa.

Gdy musieliśmy zdobywać barana lub byka dla naszej "intendentury", posyłaliśmy tylko dwóch nieuzbrojonych ludzi, którzy podawali się za robotników, jadących z ramienia kolonistów rosyjskich w celu kupna bydła u Mongołów. Nie mogliśmy nawet polować, chociaż spotykaliśmy ciągle duże stada antylop i skalnych baranów, z obawy huku strzałów, które mogły zwrócić na nasz oddział niepożądaną uwagę ludności. Na szczęście koczowiska mongolskie były już przeniesione w stronę głównej, południowej drogi karawanowej, w sercu zaś dawnych posiadłości Dżengiza i jego potomków, imperatorów i chanów, prawie wcale nie spotykaliśmy osad tubylczych. Za Bałyrem, na ziemi lamy Jassaktu Chana, który osiadł na tronie przodków po otruciu brata, z rozkazu "Żywego Boga" w Urdze, spotkaliśmy koczujących na granicy Naron-Khuhu-Gobi bogatych Tatarów i Kirgizów rosyjskich, którzy po ucieczce z Syberji doszli aż tutaj. Przyjęli nas oni bardzo serdecznie i gościnnie. Dali nam kilka byków i trzydzieści sześć cegieł chińskiej herbaty zielonej, która jest najlepszą "monetą" śród koczowników Azji.

Ci Tatarzy ocalili nas od niechybnej zguby, gdyż wytłumaczyli nam, że przez Gobi w tej porze roku konno przejechać nam się nie uda.

W tej pustyni ani śladu pożywienia nie moglibyśmy znaleźć. Musieliśmy wynaleźć wielbłądy i zamienić je za nasze zmordowane konie i inne przedmioty.

Jeden z Tatarów podjął się przeprowadzenia takiej wymiany, i nazajutrz sprowadził do nas bogatego Mongoła-ordosa, który dał nam dziewiętnaście wielbłądów wzamian za wszystkie nasze konie, za karabin, rewolwer i siodło kozackie. Ten sam Mongoł udzielił nam przyjacielskiej rady, abyśmy odwiedzili święty klasztor Narabanczi, ostatnią świątynię lamaicką w drodze z Mongolji do Tybetu. Opowiedział nam, że święty hutuhtu klasztoru jest "przeistoczonym Buddhą" i czułby się dotknięty, gdybyśmy nie wstąpili do "kure" i nie wznieśli naszych modłów do starożytnego Buddhy, wykutego w srebrze w "świątyni błogosławieństwa". Tam zwykle modlą się pielgrzymi, dążący do "ogniska mądrości i błogości", Lhassy, stolicy Dalaj-Lamy, największego dostojnika buddyjskiego. Mój Kałmuklamaita gorąco podtrzymywał Mongoła. Postanowiłem jechać z Kałmukiem, aby zadośćuczynić wymaganiom kultu i prawu obyczajowemu. Tatarzy dali mi kilka dużych jedwabnych szalików "chatyków" na podarunki i ofiary i okulbaczyli dla nas cztery wspaniałe wierzchowce; mieliśmy więc po dwa konie na zmianę.

Do Narabanczi-Kure było około 90 kilometrów, lecz, wyjechawszy z koczowiska Tatarów około jedenastej rano, przed wieczorem już wchodziłem do olbrzymiej jurty świętego hutuhtu. Był to chudy, ogolony człowiek w wieku średnim, podobny do księdza katolickiego. Miał twarz zeszpeconą przez ospę, bystre czarne oczy i dobrotliwy uśmiech na wynędzniałej, ascetycznej twarzy. Ubrany był w czerwony płaszcz jedwabny, przepasany żółtą wstęgą, oznaką jego duchownej godności. Nazywał się Dżełyb-Dżamsrap-hutuhtu. Powitał nas bardzo uprzejmie i zaznaczył, że jest wzruszony uszanowaniem przez cudzoziemców – pielgrzymów pobożnego obyczaju Mongołów i ofiarowaniem mu z należytą ceremonją tradycyjnego "chatyka". Tę ceremonję zawdzięczałem Kałmukowi, który starannie uczył mię, jak mam złożyć pasmo jedwabnej materji, w jaki sposób przerzucić ją przez moje wyciągnięte ręce i jaką stroną podać hutuhcie.

Bardzo uważnie wysłuchawszy mojej opowieści o naszej ucieczce, o zbrodniach bolszewików i o naszych dalszych planach, hutuhtu dał mi cenne wskazówki, dotyczące drogi do Tybetu i wydał mi list polecający do przeorów i rad lamów tych klasztorów, które leżały na naszej drodze. Imię Dżełyba jest w wielkiem poszanowaniu u wszystkich lamaitów, gdyż słynie on jako głęboki znawca starych ksiąg religijnych, oraz jako założyciel i kierownik klasztoru najsurowszych obyczajów. Jak się przekonałem później, imię hutuhtu Narabanczi jest znane i szanowane w "kraju bogów" tj. w Tybecie, i w starobuddyjskich świątyniach Chin.

Spędziliśmy noc w pięknej jurcie przeora, zdobiły ją czerwone i karmazynowe zasłony i draperje jedwabne, czerwone, lakierowane umeblowanie chińskie, upiększone mitologicznemi malowidłami i srebrem, oraz ołtarz, na którym stał bronzowy posąg Buddhy i cały szereg srebrnych i złotych miseczek ofiarnych, lampek i świeczników. Wczesnym rankiem odwiedziliśmy "świątynię błogosławieństwa". Był to wielki budynek modrzewiowy architektury chińskiej. Wysokie kolumny pomalowane i polerowane na czerwono; spuszczające się z sufitu jedwabne makaty chińskie i indyjskie, święte obrazy z wizerunkami bogów, bogiń i demonów; ołtarz z przedmiotami rytualnemi i ze wspaniałemi świecznikami złotemi, wielki posąg z bronzu śpiącego Buddhy; czarne szafy chińskie z figurami mniejszych bóstw; tron, na którym podczas wielkich ceremonij religijnych siedzi "gegeni", żywe bóstwo klasztoru; niskie ławki dla kleru i chora – wszystko to wywierało wrażenie czegoś bardzo silnego, tętniącego wiarą głęboką.

W świątyni odbywało się nabożeństwo poranne z muzyką; grano na długich, chińskich trąbach, gongach, piszczałkach, gwizdawkach, dzwonkach i bębnach. Groźnie huczały basowe trąby, wesoło i pobudzająco wtórowały im tympany. Lamowie napół śpiewali głosami tubalnemi i tremolującemi, napół mówili modlitwy w językach: mongolskim i tybetańskim, a chór chłopców odpowiadał często powtarzanym frazesem tybetańskim.

– Om! Mani padnie, Huag! – Bądź błogosławiony, wielki kapłanie, w kwiecie lotosu!

Gdy wyszliśmy ze świątyni, hutuhtu życzył nam powodzenia i szczęśliwej i łatwej drogi, ofiarowując mi duży, żółty "chatyk" i odprowadzając do bramy "kure".

– Pamiętaj, synu – rzekł, kładąc mi rękę na ramieniu – że zawsze będziesz tu drogim gościem!

Życie jest zjawiskiem złożonem, wszystko się może zdarzyć, a więc może, kiedyś wypadnie ci być w dalekiej Mongolji, tu, na skraju Gobi. Wtedy nie omijaj Narabanczi-Kure!

Nocą byliśmy już na koczowisku naszych przyjaciół, a nazajutrz pożegnaliśmy ich.

Byłem bardzo znużony szybkim marszem do Narabanczi-Kure, więc bardzo mi się podobała jazda na spokojnie i rytmicznie kroczącym wielbłądzie, gdyż mogłem spać przez cały dzień. Przebyliśmy wschodnią odnogę Ałtaju i Karlig-Taga, tego krańcowego grzbietu Tiań-Szaniu, wchodzącego do Gobi, i przecięliśmy z północy na południe piaszczystą Naron-Khuhu-Gobi. Na szczęście mieliśmy dość silne mrozy, i piasek zmarznięty nie wstrzymywał szybkiej jazdy. W oazie, koło przejścia przez grzbiet Khara, trafiliśmy na wielkie koczowisko Mongołów z plemienia Turgutów i nakarmiliśmy nasze wielbłądy trawą, rosnącą na brzegach niewielkiego jeziora. Turguci zamienili nam bardzo chętnie wielbłądy na konie, naturalnie, obdarłszy nas ze skóry, i targując się, jak przekupnie z za Żelaznej Bramy.

Przekroczywszy góry, weszliśmy do prowincji chińskiej Kansu. Jest to kraj leśny i górzysty, gdzie tylko w dolinach pracowity wieśniak chiński sieje pszenicę, proso i bób. Była to niebezpieczna część naszej drogi, gdyż władze chińskie mogły nas zaaresztować.

W kilku miejscach widzieliśmy historyczny wielki mur chiński, w tej części "imperjum nieba" znacznie zburzony. Wił się, jak olbrzymi, nieskończenie długi wąż, pomiędzy górami i lasami, wspinając się na północne odnogi Nań-Szaniu, lub spełzając w doliny licznych rzek, płynących do Hwang-Ho, Żółtej Rzeki, przecinającej z zachodu na wschód całe terytorjum Chin.

W ciągu dnia czailiśmy się w wąwozach, szczelinach górskich, lasach i krzakach; nocami odbywaliśmy forsowne marsze. Na przejście przez Kansu zużyliśmy cztery dni. Chińczycy – włościanie, których nie mogliśmy ominąć, byli bardzo uprzejmi i gościnni. Szczególnemi względami cieszył się nasz Kałmuk, mówiący trochę po chińsku, i moja apteczka. Chorych wszędzie było mnóstwo, przeważnie na oczy, reumatyzm i choroby skórne.

Gdyśmy się zbliżali do gór Nań-Szań, wschodniej odnogi Ałtyn-Taga, biorącego początek na Pamirze i Karakorumie, dopędziliśmy wielką karawanę chińskich kupców – przemytników, jadących do Tybetu. Przyłączyliśmy się do nich, zaskarbiwszy sobie ich łaski kilkoma zegarkami, zdobytemi na bolszewikach.

Przemytnicy znali krótsze i łatwiejsze drogi górskie od tych, które opisywali podróżnicy, zwiedzający ten malowniczy kraj gór, lasów i wodospadów, gdzie kiedyś z pewnością zakwitnie przemysł górniczy, gdyż naturalne bogactwa Kansu są nieprzebrane. Trzy dni jechaliśmy przez nieskończone wąwozy tego grzbietu, wdrapywaliśmy się na szczyty przełęczy, lecz ta droga była o wiele łatwiejsza od przebytych już przez nas miejscowości w Urianchaju. Co się mnie tyczy, to prawie nieprzytomny dojechałem do systemu błotnistych jezior, dostarczających wodę tajemniczemu Koko-Nor i całej sieci wielkich rzek chińskich, mających tu swe źródła. Ze znużenia i z ciągłego napięcia nerwów dostałem ataku nerwowej febry. Chwilami czułem płomień we krwi; to znowu dygotałem od dreszczów, oblewał mię zimny pot i szczękałem zębami, strasząc tem swego konia, który kilka razy zrzucił mię z siodła. Coś mówiłem, krzyczałem, komuś groziłem.

Kogoś bardzo drogiego przywoływałem namiętnie i objaśniałem, jaką drogą do mnie ma przybyć.

Pamiętam, jak przez sen, że moi towarzysze zdjęli mię z konia, posadzili prawie zemdlonego na terlicy przy ognisku, napoili gorącą herbatą z wódką chińską i wreszcie ocucili, mówiąc:

– Chińczycy jadą stąd na zachód, a my musimy iść na południe...

– Na północ! – szorstko poprawiłem mówiącego.

– Ależ nie! Na południe...

– Przed chwilą przepłynęliśmy przez Jenisej, a Ałgjak przecież leży na północy – z oburzeniem twierdziłem.

– Jesteśmy przecież w Tybecie! – przekonywał mię stary pułkownik Ostrowski.

– Musimy kierować się teraz na Brahmaputrę.

Brahmaputra... Brahmaputra! To słowo zakołowało w moim gorączkującym, chorym mózgu; coś huczało w głowie z łoskotem i wyciem, coś porywała do czynu i walki...

Od razu wszystko sobie przypomniałem, wszystko zrozumiałem. Lecz nie mogłem nic powiedzieć, gdyż ledwie ruszałem ustami i wkrótce wpadłem w niespokojny ciężki sen, pełen obłędu i szamotania się.

Niedaleko był klasztor buddyjski Szarkhe, gdzie lama-lekarz zapomocą ekstraktu cudownego "dżenszengu", chińsko-tybetańskiego "panaceum zdrowia, młodości i życia", szybko powrócił mi siły. Dżeń-Szeng jest to tajemniczy korzeń leczniczy rośliny "Panax Ginzeng", ceniony przez lekarzy buddyjskich na wagę złota, gdyż posiada cudowną siłę uzdrawiania i przywracania młodości.

Sowicie obdarzony za kurację, lama uczuł do mnie sympatję i, odszedłszy ze mną na stronę, żeby inni nie mogli nas podsłuchać, wyraził wątpliwość, czy uda się nam przejść przez Tybet; nie chciał jednak wytłumaczyć mi, na czem wątpliwości polegały.

Zrozumiałem, że wiedział coś ważnego, lecz zaciął się i milczał.

 

W "Kraju Krajów"

Gdym wrócił do przytomności, tajemniczy Tybet, "kraj krajów", już otaczał nas swemi niebotycznemi szczytami, bagnistą równiną Gajdam, i pełną zmiennych krajobrazów kotliną, Koko-Nor.

Droga dość szeroka ze śladami kół, okutych żelaznemi klamrami, prowadziła przez góry; na piąty dzień weszliśmy do kotliny, pośrodku której leżał Koko-Nor.

Gdy już wszystko było skończone, Tatarzyn objaśnił mię, że nasz Sojot zaproponował mu przeprowadzenie ludzi do przejścia, którem musieli byli przedostać się bolszewicy, i napaść na nich z tyłu.

Tatar wraz z Kałmukiem obmyślili plan takiego napadu na przeciwnika i cisnęli trzy granaty, widocznie, z wielkiem powodzeniem.

Opatrzywszy rannego oficera i przełożywszy wory z zabitego konia na inne, ruszyliśmy dalej, rozważając nowe położenie. Nie ulegało wątpliwości, że spotkany przez nas oddział czerwony szedł z Mongolji! To oznaczało, że tam już są czerwone wojska. Ile ich jest? W jakich punktach są ześrodkowane siły zbrojne bolszewików? W jakim kierunku posuwają się oddziały wywiadowcze?

Od prawidłowej odpowiedzi na te pytania zależało nasze życie.

Dręczyła nas myśl, że Mongolja już nie jest "Ziemią Obiecaną", wymarzonym przez nas portem ocalenia. Jechaliśmy smutni i niespokojni.

Tylko natura radowała nas, wiatr ucichł, znikła bez śladu wichura śnieżna. Słońce coraz to częściej wyglądało z za chmur. Szliśmy wysokiem płaskowzgórzem. W wielu miejscach wiatr zmiótł śnieg, skupiwszy go w dołach i wąwozach w grube pokłady lub wysokie stosy. Brnąc przez nie, nasze konie traciły resztki sił, zapadając często w śnieg z głową. Szliśmy piechotą, kopiąc się w śniegu i ciągle dopomagając koniom. Wpadaliśmy nieraz po szyje do dołów, ukrytych w grubych warstwach śniegu, ślizgaliśmy się na skałach, padaliśmy, lecz brnęliśmy uparcie i wytrwale dalej i dalej tam, gdzie śnieżna płaszczyzna na tle szarego nieba nagle się urywała. Dopiero przed zachodem słońca doszliśmy do krańca płaskowzgórza i zaczęliśmy spuszczać się ze stromych południowych zboczy Tannu-Ołu. Po dwu godzinach zatrzymaliśmy się w niewielkim gaiku modrzewiowym, gdzie nocowaliśmy przy ognisku, piliśmy herbatę z wody wartkiego niezamarzniętego strumienia, biegnącego wśród płaskich brzegów. 

I tu na śniegu widzieliśmy duże plamy czerwonej rdzawej wody. W wielu miejscach dojrzeliśmy też ślady czerwonego oddziału, który szedł był tą drogą.
Wszystko – sama natura i nawet sojockie złe demony Darchat-Uła były po naszej stronie. Lecz nie odczuwaliśmy zadowolenia i spokoju, gdyż przed nami – znowu była niepewność i groźna tajemnica losu, który nie szczędził nam niebezpiecznych przygód i mąk moralnych.

 

Rzeka Diabła

Po przejściu przez Tannu-Ołu zaczęliśmy się posuwać naprzód bardzo szybko, dzięki temu, że równina mongolska w tej części kraju Darchackiego zupełnie jest pozbawiona gór. Śpieszyliśmy się... Dokąd? Było to już dla nas obojętne. Aby tylko prędzej jakiś koniec... jakieś rozwiązanie niepewności nieustannie ciążącej nad nami!

Na równinie pomiędzy Tannu-Ołu a kotliną Kosogołu śniegu prawie nie było. Wszędzie widniały cudowne pastwiska, które wprawiały w zachwyt mego agronoma. Na niewysokich pagórkach rosły młode gaiki modrzewiowe. Często przejeżdżaliśmy przez wartkie rzeczki, lecz były one płytkie i płynęły twardem łożyskiem.

Na drugi dzień naszego pochodu po równinie darchackiej zaczęliśmy spotykać Mongołów, szybko pędzących stada w kierunku północnozachodnim w stronę Ogarkha-Olu. Otrzymaliśmy też od nich wiele smutnych i zatrważających wieści.

Kawalerja bolszewicka od strony gubernji Irkuckiej weszła w granice Mongolji. Czerwone oddziały zajęły już rosyjską osadę Khathył na południowym brzegu jeziora Kosogoł, skąd przeszły dalej o sto kilometrów na południe i obozowały w kolonji rosyjskiej, położonej około wielkiego buddyjskiego klasztoru, Mureń-Knre. Mongołowie zapewniali nas, że pomiędzy Khathyłem a Mureń nie spotkamy luźnych oddziałów i znaczniejszych patroli bolszewickich.

Po długich naradach postanowiliśmy przejść pomiędzy temi dwoma punktami i dążyć dalej na wschód, kierując się na klasztor Wan-Kure, gdzie podobno operował jakiś oddział antybolszewicki.

Odprawiliśmy Sojota-przewodnika i, wysławszy naprzód trzech wywiadowców, ruszyliśmy, kierując się kompasem, ponieważ drogę łatwo było znaleźć, i przewodnik już był niepotrzebny.

Z gór, które swoją południowo-zachodnią częścią zbliżały się do brzegu olbrzymiego jeziora Kosogoł, "alpejskiego" typu, mogliśmy zachwycać się wspaniałym krajobrazem. Jezioro, jak wielka szafirowa kropla lub drogocenny wypukły szafir, leżało w ramie ciemnożółtych, jak stare złoto, gór, przeciętych pasami czarnych lasów modrzewiowych.

Nocą zbliżaliśmy się do Khathyłu, zajętego przez bolszewików, i zatrzymaliśmy się na brzegu wypływającej z jeziora głębokiej i nadzwyczaj bystrej rzeki Jagi, czyli Egin-Goł.

Wyszukaliśmy pastucha Mongoła, który za ćwiartkę cegły herbaty podjął się przeprowadzić nas na przeciwległy brzeg niedawno zmarzłej rzeki. Wszędzie na brzegu spotykaliśmy "obo", święte modrzewie, czyli "Chamtyty", i nawet kaplice na cześć złych demonów, co świadczyło o niebezpiecznej przeprawie.

– Dlaczego tu jest tyle "obo"? – zapytałem Mongoła.

– To rzeka Diabła, niebezpieczna, zwodnicza rzeka! – odparł Mongoł. – Przed dwoma dniami pod lodem Jagi zginęła cała karawana. Utonęło pięciu ludzi, piętnaście koni i trzy wozy...

Przyczailiśmy się w krzakach do pierwszych blasków świtu, poczem rozpoczęliśmy przeprawę.

Powierzchnia rzeki przypominała grube szkło. Śniegu na lodzie nie było wcale, gdyż dął stale silny wiatr od strony Kosogołu. Konie, ostrożnie stąpając po lodzie, ślizgały się, padały i wierzgały.

Prowadziliśmy je za uzdy. Drżąc na całem ciele i nisko opuściwszy łby, z naprężeniem wpatrywały się w lód i głośno chrapały. Gdym spojrzał na lód, zrozumiałem ich trwogę.

Przez lodową taflę, nie grubszą nad jedną stopę, wyraźnie dostrzegłem otchłań, a na dnie jej kamienie, wodorosty i wielkie ryby, śpiące w głębokich dołach dna. Woda była zupełnie przezroczysta. Głębokość rzeki sięgała 15 metrów. Rzeka mknęła pod lodem z jakąś wściekłą szybkością, wirując i wytwarzając długie pasma białej piany.

Nagle wszystkie konie drgnęły i zatrzymały się, jak wryte.

Stanęliśmy i my.

Nad rzeką huknął strzał armatni, po nim drugi i trzeci.

– Prędzej naprzód, prędzej! – wołał, wymachując rękami, Mongoł, który był na czele oddziału.

Znowu rozległ się huk i trzask, budzący jakąś niezrozumiałą trwogę. Coś się stało gdzieś bardzo blisko... Konie zaczęły się w strachu cofać, wyrywać z rąk i ciężko padać, uderzając łbami o lód.

Prawie tuż pod mojemi nogami, o dwie stopy na prawo, pękła powierzchnia lodu, i szczelina, jak wąż, z trzaskiem złowrogim posunęła się dalej. Natychmiast buchnęła z niej woda i płynęła, pieniąc się i burząc.

– Prędzej! Prędzej! – wołał przewodnik.

Z wielkim trudem udało się nam zmusić konie do przejścia przez szczelinę i ruszyć naprzód.

Drżały i ociągały się. Tylko straszliwe uderzenia nahajów zniewoliły je do zapomnienia o panicznym strachu przed nieznanem zjawiskiem żywiołowem.
Gdyśmy dotarli do brzegu i, zapuściwszy się w las, ruszyli dalej, Mongoł opowiedział nam, że Jaga często, bez żadnej przyczyny, zrywa lody i oczyszcza wielkie przestrzenie swego prądu. Biada podróżnym, którzy w podobnej chwili przeprawiają się przez rzekę. Szalony prąd zawsze zimnej wody porwie ich i wtłoczy pod lód. Zdarza się też, że nagle pod nogami konia otwiera się szeroka szczelina, do której wpada nieszczęsne zwierzę, ginąc pod lodem, który śmiertelną obręczą na nowo jakgdyby się zrasta, druzgocąc mu nogi.

Tak szaleje tajemnicza "rzeka Diabła", porywając ciągle nowe i nowe ofiary.

Kotlina jeziora Kosogoł uwydatnia resztki procesów tektonicznych, jeszcze nie zakończonych; wyraźne ślady w formie law, bazaltów i trachitów można odnaleźć na brzegu zachodnim. Jednakże podziemne siły wulkaniczne jeszcze nie zanikły i są czynne, podtrzymując kult diabła, na cześć którego Mongołowie stawiają owe "obo" i składają ofiary.

W lesie wypoczęliśmy po ciężkiej przeprawie, napiliśmy się herbaty, poprawili siodła, oraz worki na biednych naszych koniskach i ruszyliśmy dalej. Wkrótce wjechaliśmy w dolinę, pokrytą niegłębokim śniegiem. Droga była łatwa, więc choć zapadł już zmrok, wciąż jechaliśmy dalej, ponieważ nie można było znaleźć miejsca dogodnego do popasu, ani też drzewa na ognisko; dopiero około dziewiątej godziny gdzieś daleko w stepie błysnął ogień. Ja wraz z agronomem, pozostawiwszy wtyle cały oddział, skierowaliśmy się w tamtą stronę, w przypuszczeniu, że musi to być niezawodnie jakaś jurta mongolska, w której na tę noc urządzimy obóz.

Przejechawszy galopem około dwóch kilometrów, rzeczywiście zobaczyliśmy grupę ubogich jurt pastuszych. Zdziwiło nas, że nikt nie wybiega na nasze spotkanie, i że zwykła zgraja czarnych złych psów dotąd nas nie otoczyła, nie goni naszych koni, chwytając za nogi i ogony, i usiłując ściągnąć
nas z siodeł. Przecież widzieliśmy ogień z daleka? Więc muszą tu być ludzie!

Zeskoczyliśmy z koni i poszliśmy w stronę najbliższej jurty. Byliśmy o kilka kroków od niej, gdy odchyliła się płachta, stanowiąca drzwi, i z jurty wybiegło dwóch Rosjan. Jeden z nich z wielkiego rewolweru Kolta dał do nas ognia, lecz trafił w siodło, zraniwszy w grzbiet mego konia.

Położyłem go trupem ze swego Mauzera, zaś towarzysza drugiego, który uciekał w stronę niewielkiego wąwozu, w okamgnieniu dogonił agronom, złapał za szyję, podniósł z ziemi,
potrząsnął nim kilka razy i, złamawszy mu w tej powietrznej podróży kręgosłup, zamaszyście cisnął o ziemię.
Obejrzeliśmy trupy. Byli to żołnierze regularnych wojsk bolszewickich, gdyż w kieszeniach znaleźliśmy dokument szeregowców 2-go karnego oddziału wojsk wewnętrznej "ochrany".

Przenocowaliśmy więc w jurtach, postawiwszy warty podwójne. Mieszkańcy tego koczowiska zapewne zbiegli przed żołnierzami, którzy zdążyli byli już dokonać rabunku, spakowawszy najcenniejsze rzeczy Mongołów do worków, które znaleźliśmy pomiędzy jurtami. Rabusie widocznie mieli już odjechać, gdyż byli odziani do drogi. Konie ich stały w wąwozie pośród niewysokich pagórków z wystającemi na ich zboczach skałami.

W torbach, przywiązanych do kulbak, znaleźliśmy niewielki zapas herbaty, tytuniu i zapałek.

Oprócz tego zdobyliśmy na rabusiach dwa karabiny i dwa doskonale "kolty" ze sporą ilością nabojów, a także dwa porządne konie z rynsztunkiem.

Gdy po paru dniach drogi zbliżyliśmy się do brzegu rzeki Uri, spotkaliśmy dwóch kozaków. Byli to szeregowcy z oddziału jakiegoś hetmana-watażki, Sutunina, który na własną rękę prowadził wojnę podjazdową z bolszewikami w dolinie dużej rzeki Selengi, w północnej części Mongolji.

Jechali oni z listem hetmana, do znanego na Ałtaju, wodza białych partyzantów, rotmistrza Kajgorodowa, słynnego z odwagi Tatarzyna. Kozacy opowiedzieli nam, że wzdłuż całej granicy rosyjsko-mongolskiej zauważono koncentrację wojsk sowieckich, zamierzających rozpocząć poważniejsze operacje przeciwko "białym" oficerom, ukrywającym się w mongolskich miastach: Kobdo, Ułankom, Uliasutaj, Wan, Dzain i Urga. Nadmienili też, że w niektórych z tych miast gubernatorzy chińscy pod wpływem ajentów bolszewickich aresztują Rosjan i cudzoziemców i wydają ich sowieckim władzom pogranicznym. Bardzo ważną wiadomością było to, że około Wan-Kure i Urgi w kierunku Kiachty, Mandżurji i chińskiego miasta Kałganu walczy z bolszewikami i z Chińczykami dywizja generała kozackiego, barona Ungern von Sternberga, i pułkownika
Kazagrandi. Baron odniósł porażkę od generała chińskiego, dowodzącego załogą w Urdze, i administracja chińska srożyła się i pastwiła nad Rosjanami w miastach, podejrzewając wszystkich cudzoziemców o stosunki z baronem Ungernem.

 

Położenie się zmienia

Droga do Pacyfiku została dla nas zamknięta, o ile ja z moim starym towarzyszem podróży, jako Polacy, mogliśmy jeszcze spodziewać się przyzwoitego obejścia ze strony urzędników chińskich, to już w żadnym razie nie mogli oczekiwać tego oficerowie rosyjscy mego oddziału. Nie uważałem zaś za możliwe pozostawienie ich własnemu losowi; wobec tego postanowiłem szukać innych dróg wyjścia z ciężkiego położenia.

Rozważywszy starannie sytuację, doszedłem do przekonania, że mamy przed sobą jedno tylko wyjście. Musimy ominąć miasta mongolskie z chińską administracją i z załogami, przeciąć
Mongolję z północy na południe, przejść przez zachodnią część pustyni Gobi w obrębie posiadłości Chana Jassaktu i plemion Wewnętrznej Mongolji, i możliwie szybko i niepostrzeżenie przebyć sto kilometrów przez chińską prowincję Kansu i wejść do Tybetu. W tym kraju tajemniczym spodziewałem się spotkać konsulów angielskich i z ich pomocą dotrzeć do jednego z portów
Oceanu Indyjskiego. Zupełnie wyraźnie przedstawiałem sobie i swoim towarzyszom trudności tej nieoczekiwanej wyprawy, lecz nie mieliśmy nic innego do wyboru. Pozostawało: albo uczynić tę ostatnią szaloną próbę, albo niechybnie zginąć z rąk sowieckich katów lub w więzieniu chińskiem.

Gdym wyłuszczył swoim ludziom obmyślony plan, nie tając przed nimi nowych niebezpieczeństw, trudów, oraz znacznej dozy szaleństwa jaka cechowała mój projekt, wszyscy odpowiedzieli jednogłośnie, szybko i krótko:

– Niech pan prowadzi, idziemy za panem!...

Na naszą korzyść przemawiała jedna okoliczność. Mogliśmy nie obawiać się głodu, gdyż "wojna, żywiąc wojnę", dała nam spore zapasy herbaty, tytoniu, zapałek, koni, siodeł, broni, ubrania i obuwia, zdobytych na zabitych wrogach.

Oczy księżnej, które swoim blaskiem zwiodły przed ośmiu laty z drogi celibatu już mocno podstarzałego nojona-lamę, przestały się gnoić, znikła czerwoność, znikł stan zapalny i nieprzyjemny, ostry ból. "Inyń" nie posiadała się z radości i nie wypuszczała z rąk zwierciadła, w zachwycie się sobie przyglądając.

Nojon podarował mi pięć dość dobrych koni, dziesięć baranów i duży worek mąki, z której natychmiast napiekliśmy sucharów.

Mój towarzysz-agronom dał mu za to nowy 500-rublowy banknot rosyjski; ode mnie zaś książę dostał niewielki kawałek rodzimego złota, znalezionego w łożysku małej rzeczki, i kieszonkowy rewolwer z dziesięciu nabojami.

Cała rodzina i urzędnicy księcia odprowadzali nas do "kure" (klasztoru), położonego o piętnaście kilometrów od koczowiska władcy Soldżaku. Prowadził nas Sojot, wysłany przez nojona z rozkazem konwojowania nas aż do Kosogołu.

Nie zatrzymaliśmy się w "kure", lecz około "duguna" – chińskiej osady handlowej. Chińscy kupcy, patrząc na nas z podełba, zaczęli nastręczać różne towary, szczególnie kusząc nas okrągłemi, glinianemi "łanchonami" (karafkami) z "majgoło", słodką, chińską wódką anyżową. Nie mieliśmy ani srebra w kawałach, ani chińskich kałgańskich dolarów papierowych, więc ze smutkiem spoglądaliśmy na apetyczne "łanchony". Nojon jednak rozkazał dać nam pięć butelek i zapisać je na swój rachunek osobisty.

Później, podczas wieczorów zimowych, nieraz wspominaliśmy bardzo wdzięcznie starego nojona, racząc się słodką wódką z gorącą herbatą, i trzeba przyznać, że nikt z oddziału nie był obojętny dla sympatycznych "łanchonów", które starannie owijano w szmaty i w suchą trawę, żeby się nie stłukły w naszych worach skórzanych. Niech nie oburzają się moraliści i przeciwnicy alkoholu! Nadużycia alkoholu nie było. Pomyśleć tylko: pięć "łanchonów" i osiemnaście zdrowych, bezdennych gardzieli! Oprócz tego – mróz od 15-20 stopni i czternaście godzin dziennie na siodle!

Lecz dość usprawiedliwień, gdyż widzę, że moraliści już się uspokoili i nie oburzają się wcale.

 

Tajemnice, cuda i potyczka

Tegoż dnia wieczorem jechaliśmy brzegami dużego "świętego" jeziora Teri-Nur. Jezioro zamarzło tylko przy brzegach, i mogliśmy obserwować je w całej okazałości. Jest to wielka powierzchnia żółtej, mętnej wody. W kilku miejscach niedaleko brzegów rosły niewysokie trzciny, już brunatne, połamane przez mroźne wiatry. Pośrodku jeziora wynurzała się z wody wysepka, znikająca corocznie. Na niej rosło kilka już padających drzew, a śród nich można było dostrzec jakieś stare ruiny baszt i murów z gliny, zwykłej budowy chińskiej.

Przewodnik opowiedział nam, że przed 75-100 laty Teri-Nuru nie było; na równinie zaś leżała silna forteca chińska. Jakiś święty lama za uczynioną mu przez komendanta chińskiego krzywdę wyklął fortecę i załogę, przepowiedziawszy jej prędką i straszną zgubę. Zaraz nazajutrz ze wszystkich studni lunęły potoki wody, zburzyły mury i budynki. Załoga chińska zginęła bez śladu, i tylko czasem fale wzburzonego jeziora wyrzucają na brzegi stare czaszki i kości ludzkie. Jezioro powiększa się co rok, podchodząc coraz to bliżej do okalających je gór.

Po godzinie ominęliśmy od wschodu Teri-Nur, i jezioro znikło za lasem. Droga nie była ciężka, lecz przewodnik uprzedzał, że czekają nas miejscowości bardzo trudne do przebycia. Doszliśmy do nich po dwóch dniach. Przed nami był gęsty las, rozpościerający się na górze, pokrytej grubą warstwą śniegu. Za tą górą w promieniach zachodzącego słońca piętrzyły się majestatyczne szczyty, pokryte wiecznemi śniegami, z których w różnych miejscach wznosiły się nagie, bezbarwne skały.

Były to wschodnie najwyższe odnogi Tannu-Ołu. Zatrzymaliśmy się na nocleg pod lasem i o świcie zaczęliśmy przedzierać się przez gęsty bór. Do południa prowadził nas Sojot przez las, robiąc ogromne, kręte zygzaki, gdyż wszędzie drogę tamowały niezliczone, głębokie wąwozy, przysypane śniegiem, wysokie ściany z leżących drzew lub też zwały kamieni i skał, które stoczyły się z gór.

Namordowawszy się w ciągu kilku godzin, nieoczekiwanie powróciliśmy na miejsce naszego noclegu. Nie było wątpliwości, że przewodnik zbłądził i zupełnie stracił drogę. Na jego twarzy malowało się paniczne przerażenie.

– Złe duchy starego lasu nie przepuszczają nas! – szeptał drżącemi wargami. – Zły to znak! Lepiej powracać na Hargę do nojona.

Krzyknąłem na niego gniewnie, i Sojot znowu poprowadził nas, chociaż stracił wszelką nadzieję odszukania ścieżki przez Tannu-Ołu, nie robiąc nawet żadnych w tym kierunku wysiłków. Na szczęście jeden z moich ludzi, myśliwy urianchajski, zauważył nacięcia na drzewach. Były to znaki, wskazujące ścieżkę ukrytą pod głębokim śniegiem. Brnąc śniegiem, przeszliśmy ten las "złych duchów", przecięliśmy inny mniejszy, składający się z czarnych, gołych, spalonych modrzewi, i zatrzymaliśmy się o zachodzie słońca w niewielkim gaiku tuż u podnóża Tannu-Ołu.

Wkrótce zapadł zmrok, jednocześnie zaś zerwał się wicher i niósł z sobą chmury śniegu, zasłaniające białą płachtą cały widnokrąg.

W okamgnieniu nasz obóz był zasypany głębokim śniegiem; konie stały, jak białe widma, nie odgrzebywały trawy z pod śniegu i nie chciały odchodzić od ogniska. Wiatr szarpał im grzywy i ogony. W szczelinach i wąwozach górskich wicher huczał, gwizdał i jęczał. Chwilami zdawało się, że setki głosów smutnych śpiewają jakąś pieśń złowrogą, pełną grozy. Zdaleka dochodziły nas odgłosy ponurego wycia zgrai wilków.

Już większa część oddziału pokładła się koło ogniska, gdy zbliżył się do mnie przewodnik i rzekł:

– Nojonie! Pójdźmy do "obo"... Chcę ci coś pokazać.

Poszliśmy. Na samym początku stromej ścieżki leżała kupa dużych kamieni ze złożonym na nich bezładnym stosem suchych gałęzi. "Obo" jest lamaickim znakiem świętym, który mnisi lamowie układają w niebezpiecznych miejscach. "Obo" – to ołtarz na cześć złych demonów, władców tych miejsc niebezpiecznych. Przejeżdżający Mongołowie i Sojoci składają tu swe skromne ofiary błagalne lub dziękczynne, wieszając na gałęziach "obo" szmaty, kosmyki włosów, wyrwanych z końskiej grzywy lub "chatyki", tj. długie pasma niebieskiej jedwabnej materji, które dają w prezencie osobom duchownym lub starszyźnie. Czasem stawiają miseczki z prosem, z bobem lub solą.

– Spójrz! – szepnął Sojot. – Chatyków niema... Wiatr zerwał i uniósł jedwabne szmaty i przewrócił miseczki z ofiarami.

– Demony są gniewne... Nie puszczą nas, nie ułatwią nam drogi przez Tannu-Ołu.

Sojot nagle schwycił mię za rękę i błagającym głosem prosił:

– Powróćmy, nojonie, powróćmy! Demony nie chcą użyczyć nam drogi przez swoje góry. Nikt tu nigdy w zimie nie przechodzi. Już dwadzieścia lat gniewają się demony, i każdy śmiałek – myśliwy lub pastuch, usiłujący przejść tę drogę, ginął. Demony posyłały na niego śnieżną zamieć i mrozy.

Widzisz? Wszystko to już się zaczęło... Dużo ludzkich kości leży na tych strasznych szczytach, nikt nie powrócił do swojej jurty. Wracajmy wszyscy do naszego księcia, u którego doczekamy się ciepłych dni wiosny i wtedy...

Nie słuchałem dalej tchórza i poszedłem zpowrotem do ogniska, ledwie widocznego przez śnieg mknący z szaloną szybkością. W obawie możliwej ucieczki przewodnika kazałem wystawić wartę na noc i bacznie na niego uważać.

W nocy obudził mię wartownik-oficer i rzekł:

– Może być, że ja się mylę, lecz zdaje mi się, słyszałem huk strzału karabinowego...

Cóż mogłem na to powiedzieć? Może gdzieś tacy, jak my, podróżni dawali sygnał zbłądzonym towarzyszom, lub może oficer się pomylił, przyjąwszy za wystrzał łoskot padających brył śniegu i lodu.

Zasnąłem i odrazu przyśnił mi się bardzo wyraźnie dziwny krajobraz.

Zobaczyłem nieskończenie długą płaszczyznę śnieżną, przez którą brnął czarny wąż jeźdźców.

Poznałem nasze konie ciężarowe, poznałem Kałmuka na zabawnym, czarnym koniu w wielkie plamy białe i z garbatym pyskiem. Widziałem, jak zaczęliśmy spuszczać się z gór na dolinę, oblani jaskrawem światłem słońca. Później nastała noc, i zoczyłem niewielki gaik z płonącem ogniskiem na jego skraju, a przy ognisku moich ludzi i konie. Wyraźnie słyszałem szum niezamarzniętego potoku i na śniegu, leżącym na jego brzegach, ujrzałem krwawordzawe plamy.

Naraz ogień buchnął wysokim płomieniem. Drgnąłem i obudziłem się.

Poczynał się świt. Obudziłem swój oddział i kazałem śpieszyć się z herbatą i z kulbaczeniem koni.

Zamieć wzmagała się coraz bardziej. Śnieg bił w oczy ze straszną siłą, pokrywając wszelkie ślady ścieżki. Mróz stawał się tęższy.

Nareszcie wsiedliśmy na koń. Na czele oddziału jechał Sojot, szukający napróżno oznak drogi.

Przewodnik coraz częściej zatrzymywał się, bezradnie i z przerażeniem oglądając się wokoło.

Wpadaliśmy do głębokich wyrw, ukrytych pod śniegiem śród skał, wspinaliśmy się na wysokie stosy kamieni. Wreszcie Sojot zawrócił konia i zbliżył się do mnie.

– Nie chcę tu zginąć i dalej nie pojadę! – zawołał gwałtownym zrozpaczonym głosem.

Pierwszym moim odruchem była chęć cięcia tego tchórza nahajem. Przecież byliśmy tak blisko Mongolji, tej "ziemi obiecanej" dla nas, przez którą mogliśmy już spokojnie zdążać do celu, i raptem jakiś Sojot sprzeciwia się mojej woli. Wydał mi się on największym wrogiem. Lecz się pohamowałem i nie uderzyłem przewodnika. W głowie mi błysnęła myśl zupełnie dzika, fantastyczna.

– Słuchaj! – zwróciłem się do Sojota, mówiąc spokojnym, lecz bardzo stanowczym głosem – jeżeli zawrócisz konia i będziesz usiłował stąd odjechać lub uciec, dostaniesz kulą w kark i zginiesz nie na szczytach Tannu-Ołu, gdzie zginęli odważni, ale tu, na jego schyłkach, jak pies tchórzliwy.

Uważaj teraz, co ci będzie mówił ta-lama, któremu Wielki Burchan (Bóg) dał moc patrzenia w przyszłość. Wszystko będzie dobrze, i nic nam nie grozi! Gdy staniemy na szczytach Tannu-Ołu, wicher się uspokoi, i nie zobaczymy więcej zamieci śnieżnej. Gdy będziemy brnęli przez śniegi po płaszczyźnie, która jest tam na wierzchołkach, będzie nam słońce świeciło. Zatrzymamy się po tamtej stronie grzbietu w małym lesie modrzewiowym, pod którym płynie niezamarzający potok z czerwonemi plamami rdzawej wody na brzegu pokrytym śniegiem. Tam się będzie paliło nasze ognisko, i tam spędzimy noc!

Spostrzegłem, że Sojot zaczął dygotać ze strachu.

– Nojon już przebył tę drogę? – szeptał – Już zna płaszczyznę Darchat-Uła, która leży na tych szczytach?

– Nie! – odparłem. – Nigdy nie byłem w waszych górach, lecz tej nocy bogowie wasi nawiedzili mię i pokazali mi drogę. Wiem, że nic nam nie przeszkodzi przejść szczęśliwie przez Tannu-Ołu.

– Już prowadzę, już was prowadzę! – zawołał Sojot i, uderzywszy konia, szybko wyjechał na czoło oddziału, prowadząc nas ostrym grzbietem skalnym, wijącym się aż do szczytów, gdzie leżała śnieżna płaszczyzna.

Gdyśmy się znaleźli na wąskim gzymsie skalnym, wiszącym nad głęboką doliną, przewodnik gwałtownie wstrzymał konia i zaczął uważnie oglądać śnieg i kamienie. Po chwili podniósł się na strzemionach i zawołał:

– Dziś w nocy tą ścieżką przeszło dużo podkutych koni. Tu po śniegu ciągnął się rzemień nahaja.

To nie Sojot jechał.

Nie mieliśmy czasu na przypuszczenia i domysły, gdyż w tej chwili rozległa się salwa karabinowa, po której jeden z moich oficerów krzyknął, chwycił się za prawe ramię, i padł, nie drgnąwszy nawet, a jeden z koni ciężarowych dostał kulą za uchem.

Natychmiast zeskoczywszy z siodeł, schowaliśmy się za kamieniami i zaczęliśmy uważnie badać położenie. Od sąsiedniego szczytu oddzielał nas bardzo głęboki wąwóz, mający około 1200 kroków szerokości. Na przeciwległym skraju wąwozu spostrzegliśmy ze trzydziestu jeźdźców, którzy zeskoczyli z siodeł i rozpoczynali żywe ostrzeliwanie nas w tej niedogodnej pozycji.

Ukrywając się za skałami i w dołach, poczęliśmy odpowiadać.

– Celujcie do koni! – zakomenderował jeden ze starszych oficerów, pułkownik Ostrowski.

Rozkazałem przewodnikowi i Tatarowi położyć nasze konie na śniegu za skałami, aby nie służyły za cel przeciwnikom. Wykonali rozkaz bardzo umiejętnie i szybko.

Od naszych strzałów padło po przeciwnej stronie sześć koni, a kilka zostało poważnie ranionych, gdyż rwały się, skakały i padały, wnosząc duże zamieszanie. Kałmuk celnym strzałem wpakował kulę w łeb jakiegoś śmiałka, który, wystawiwszy głowę nad kamień, coś krzyczał i wygrażał pięściami.

Zabity padł twarzą naprzód i szybko stoczył się do wąwozu. Czerwoni żołnierze ze wściekłością klęli nas i zasypywali coraz gęstszemi salwami.

Nagle zauważyłem, że nasz przewodnik wyprowadza trzy konie, wskakuje na siodło, a za nim, jak cienie, mkną Tatarzyn i Kałmuk. Już zmierzyłem się do uciekającego Sojota, lecz uspokoiłem się, spostrzegłszy pościg naszych wschodnich przyjaciół.

– Ci nas nie opuszczą! – pomyślałem sobie.

Bolszewicy zaczęli wściekle ostrzeliwać jeźdźców, lecz ci, przypadłszy do karków końskich, pomknęli i wkrótce znikli za zakrętem grzbietu.

Długo trwała strzelanina, i nie wiedziałem, co mam czynić dalej. Strzelaliśmy rzadko, oszczędzając nabojów, lecz bądź co bądź traciliśmy nasze zapasy.

Nagle spostrzegłem na śniegu, wyżej od pozycji bolszewików, dwa punkty czarne. Bardzo wolno posuwały się one w stronę naszych wrogów i wkrótce znikły za ostremi skałami, wiszącemi tuż nad strzelającymi do nas sowieckimi bandytami. Niebawem z poza tych skał wyłoniły się tajemnicze punkty, i wtedy nie miałem już wątpliwości, że były to głowy ludzi. Za głowami zjawiły się i całe postacie, i wnet poznaliśmy Tatarzyna i Kałmuka. Podnieśli oni z rozmachem ręce do góry i cisnęli coś na dół. Z hukiem i łoskotem, setki razy powtórzonym przez echo w górach, wybuchnęły granaty. Po chwili
nastąpił trzeci wybuch, a po nim przeraźliwe krzyki bolszewickich żołnierzy i bezładna strzelanina.

Kilka koni oszalałych z przerażenia rzuciło się w wąwóz. Po kilku minutach czerwoni, ostrzeliwani przez nas, zaczęli zmykać w nieładzie i panice, starając spuścić się do wąwozu.

Kilkakrotnie podczas przejścia przez takie "moreny", myśleliśmy, że konie nam padną od znużenia. Nasza ścieżka biegła niekiedy samym brzegiem przepaści, a z pod nóg końskich zrywały się i pełzały na dół potoki piasków ruchomych i drobnych kamieni.

Jadąc przez jedną z takich stromych gór, składającą się z pokładów ruchomego piasku, byliśmy zmuszeni zsiąść z koni i biec około dwóch kilometrów, prowadząc konie za uzdy. Chwilami, gdy biegliśmy po piasku, wyczuwaliśmy, jak ziemia całą swą masą szybko spełzała w przepaść. Nogi aż do kolan grzęzły w piasku, i dość było jednego nieostrożnego kroku, jednego nieobmyślonego ruchu, aby ten piasek, dążący wdół, porwał nas i rzucił w przepaść.

Taki los spotkał jednego z naszych koni ciężarowych, który zbyt głęboko ugrzązł w piasku i nie mógł już walczyć z jego mchem i lawirować. Ławica runęła wraz z nieszczęśliwym koniem w przepaść. Usłyszeliśmy trzask łamanych drzew, a po chwili z zakrętu ścieżki dostrzegliśmy zdruzgotane ciało konia, przebitego nawskroś pniem cienkiej brzozy. Biała kora drzewa była zbroczona krwią, a pod niem leżały wnętrzności konia. Z wielkim trudem udało się nam dotrzeć na dno przepaści, by zdjąć z niego siodło i worki z pożywieniem.

Nieco dalej stanęła i nie mogła już iść jedna ze szkap ciężarowych, która towarzyszyła nam od rosyjskiej granicy Urianchaju. Nie pomogły krzyki i bicie. Koń stał ponury i drżący. Zdjęliśmy z niego siodło i ciężary. Stał jeszcze kilka minut, a później się położył.

Właśnie natenczas zbliżyli się do nas jacyś Sojoci. Bardzo uważnie zbadawszy i zmacawszy nogi, grzbiet i głowę konia, zawyrokowali:

– Ten koń już nigdy dalej nie pójdzie. Mózg wysechł mu od znużenia.

Rozstaliśmy się z naszym starym towarzyszem niebezpiecznej podróży. Z wysokiej góry jeszcze go raz ujrzeliśmy. Wydał się nam czarną, nieruchomą plamą na brunatnej trawie, przyprószonej śniegiem; leżał w tem położeniu, w jakiem go zostawiliśmy. Nocą wilki pewno przerwały nić jego smutnego życia, gdyż mnóstwo śladów tych drapieżników widzieliśmy wszędzie na śniegu i na błotach.

Wieczorem wjechaliśmy na bardzo malownicze płaskowzgórze, porosłe wspaniałym lasem modrzewiowym, przypominającym park angielski. Wkrótce spostrzegliśmy na niewysokim pagórku kilka sojockich "jurt" (namiotów), pokrytych korą, co świadczyło, że trafiliśmy na koczowisko myśliwych. Przez spiczaste wierzchołki jurt wznosił się dym. Po chwili kilku Sojotów ze strzelbami w rękach wybiegło z jurt i skierowało się ku nam.

Podniesionemi głosami zaczęli nas objaśniać, że miejscowy książę – nojon Sołdżaku, rozkazał nikogo nie wpuszczać w granice swoich posiadłości, ponieważ wiedział, że mogą przyjść "źli ludzie", którzy zabijają i rabują. – Powracajcie tam, skąd przybyliście – radził nam stary Sojot, z trwogą patrząc na mnie.

O wykonaniu tej rady nie mogło być nawet mowy, choćby z tego powodu, że dojść tam, skąd przybyliśmy, było absolutnie niemożliwe, a co najważniejsze, dlatego, że szliśmy na wschód i musieliśmy tam dojść.

Przerwałem w sposób rozkazujący sprzeczkę, która wynikła pomiędzy Sojotami a rosyjskimi oficerami z powodu zarządzenia nojona, i zapytałem, wskazując na dolinę, przeciętą niebieską wstęgą zamarzniętej rzeki:

– Jak się nazywa ta rzeka?

– Ojna! – odpowiedział stary Sojot. – Tu się zaczynają posiadłości nojona Sołdżaku, i na przeciwległy brzeg zakazano nam przepuszczać obcych.

– Rozumiem! – odparłem spokojnie. – Lecz spodziewałem się, że prawo gościnności jest u Sojotów w poszanowaniu, a więc pozwólcie nam rozgrzać się i pożywić w waszych jurtach, przy waszych ogniskach.

– Prosimy! Prosimy! – zawołali Sojoci i poprowadzili nas ku swym jurtom.

W drodze zdążyłem poczęstować starego Sojota papierosem, a innemu ofiarowałem pudełko z kilku zapałkami! Wszyscy szliśmy kupą i tylko jeden Sojot, opierając się na strzelbie, z trudem wchodził na pagórek i co chwila przystawał, wycierając twarz rękawem kożucha.

– Chory? – zapytałem.

– Tak! – ze smutkiem w głosie odparł stary. – To mój syn – Ereksen. Już mija tydzień, jak płynie mu krew nosem. Osłabł doszczętu...

Zatrzymałem się i zawołałem młodego Sojota.

– Rozepnij kożuch! – rozkazałem. – Obnaż piersi i szyję, a twarzą zwróć się do nieba!

Chory natychmiast spełnił rozkaz, ja zaś nacisnąłem na wielkie naczynia szyi i po paru minutach powiedziałem:

– Krew zatrzymana i więcej nie będzie ci płynęła. Idź do jurty i połóż się!

Krwotoki z nosa często można zatamować w taki prosty sposób, lecz "magiczne" działanie moich palców wywarło olbrzymie wrażenie na Sojotów.

– Ta-Lama! Ta-Lama! (wielki lekarz) – zawołał stary Sojot, nisko schylając przede mną głowę. W jurcie wyjodynowałem nos mego pacjenta i wtedy dopiero przystąpiłem do picia herbaty.

Stary gospodarz uporczywie milczał, myśląc nad czemś poważnem. Wreszcie odszedł na bok i długo naradzał się z resztą Sojotów.

Gdy powrócił, zwrócił się do mnie z następującemi słowami:

– Żona nojona chora na oczy. Myślę, że nojon będzie rad "Wielkiemu Lekarzowi". O a chyba mię nie ukarze; przecież rozkazano nie puszczać "złych ludzi", a dobrych można?

Nie zdradzając swej radości z powodu takiego rozumowania, odrzekłem chłodno:

– Uczynisz, jak zechcesz. Ja umiem dobrze leczyć oczy, lecz skoro nie wolno przekroczyć Ojny, pojadę z powrotem.

– Nie! Nie! – z przerażeniem zawołał Sojot. – Ja sam was poprowadzę do nojona. Ta-Lama, Ta-Lama...

Usiadł przy ognisku, koło którego krzątała, się młoda o czerwonej twarzy Sojotka, zapalił długą fajkę, zrobił dwa pociągnięcia i, otarłszy cybuch rękawem, podał mnie. Przyjąłem, jeszcze raz wytarłem cybuch i udałem, że palę. Z kolei stary Sojot poczęstował fajką wszystkich moich towarzyszy, otrzymawszy wzamian od każdego z nas papieros, trochę tytoniu fajkowego i zapałki.

Przyjacielski stosunek nawiązał się szybko. Wkrótce do jurty napakowało się tylu Sojotów, mężczyzn, kobiet i dzieci, oraz psów, że nie można było się poruszyć. Zjawił się jakiś krótko ostrzyżony i ogolony lama, ubrany w szeroki płaszcz karmazynowy z różańcem, owiniętym dokoła prawej ręki. Jego ubranie i wygląd wyróżniały go pośród tłumu brudnych Sojotów z warkoczami i w wojłokowych czapkach, upiększonych ogonami wiewiórek. Lama był bardzo grzeczny dla nas, lecz spoglądał łapczywie na nasze złote obrączki ślubne i na zegarki. Postanowiłem skorzystać z tej cechy skromnego kapłana Buddhy. Poczęstowawszy go herbatą z sucharami, nawiązałem rozmowę o dobrych koniach sojockich, zaznaczywszy, że potrzebuję nabyć jednego.

– Kupcie ode mnie, mam dobrego konia, nazywa się "Toruch" – rzekł lama. – Tu na Ojnie wszyscy go znają. Lecz uprzedzam, że pieniędzy nie wezmę, zamienić się zaś mogę.

Zaczął się targ i trwał bardzo długo. Wreszcie nabyłem bardzo dobrego i mocnego gniadego konia sojockiego i młodego kozła, oddawszy lamie złotą obrączkę, nieprzemakalne palto i skórzaną torbę.

Tu, na Ojnie, po raz pierwszy spróbowaliśmy prawdziwej azjatyckiej kuchni, oczywiście z barana. Przywleczono tłustego barana, i w mgnieniu oka Sojoci już go piekli na węglach, gotowali w dużej misie żelaznej, z wnętrzności przyrządzali jakąś polewkę, w której gotowały się na poczekaniu zrobione kiełbaski z flaków i z tłuszczu.

Po sutej kolacji i bardzo zimnym noclegu nazajutrz po południu ruszyliśmy dalej, prowadzeni przez starego Sojota.

Droga biegła doliną rzeki Ojny. Stary opowiedział nam, że ta dolina łączyła się na wschodzie z olbrzymią doliną świętego i tajemniczego jeziora Teri-Nur. Droga była łatwa do jazdy, a mimo to wkrótce przekonaliśmy się, że wierzchowiec mego towarzysza i mój, a także jeszcze trzy konie z oddziału w najlepszym razie dojdą tylko do siedziby nojona, gdzie znów nas będzie oczekiwała przykra procedura nabywania świeżych.

Zaczęliśmy spotykać stada i tabuny. Coraz częściej widzieliśmy grupy jurt sojockich.

Miejscowość była gęsto zaludniona, gdyż wszędzie spotykaliśmy doskonałe pastwiska, jak w dolinach, tak też i na górskich płaszczyznach. Zbliżaliśmy się do siedziby księcia Soldżaku. Przewodnik pojechał naprzód, aby uprzedzić nojona o naszem przybyciu. Chociaż stary był przekonany, że nojon ucieszy się z przybycia "Ta-Lamy", jednak na jego twarzy malowały się niepokój i trwoga, gdyż wiedział, że za każde przekroczenie rozkazu księcia mógł dostać dużą porcję kijów bambusowych.

Po paru godzinach, dążąc drogą, wskazaną przez naszego przewodnika, zobaczyliśmy wielkie granatowe jurty z żółtemi i niebieskiemi flagami, powiewającemi nad niemi: domyśliliśmy się, że przed nami jest koczownicza stolica nojona księstwa Soldżaku. Spotkaliśmy pastucha, pędzącego spore stado ogromnych jaków. Ci mieszkańcy tajemniczych gór Tybetu ponuro, niedowierzająco i złowrogo spozierający, rozstępowali się przed nami. Były to olbrzymy z pasmami długich, jak grzywa, włosów na bokach, ze wspaniałemi końskiemi ogonami i z długiemi, ostremi rogami, zawsze groźnie nastawionemi. Wkrótce z krzaków wynurzył się nasz Sojot. Twarz jego promieniała radością. Wymachując rękami, wołał:

– Nojon prosi Ta-Lamę aby był jego gościem, i zaprasza wszystkich jego przyjaciół do swoich jurt! Nojon bardzo się ucieszył!

Musiałem pomyśleć o dyplomacji. Gdy podjechaliśmy do dużej granatowej jurty księcia, spotkało nas dwóch urzędników, z kitami pawich piór na spiczastych czapkach mongolskich, które w niewyjaśniony sposób trzymają się tak mocno na okrągłych czaszkach tubylców.

Urzędnicy z uniżonemi ukłonami prosili cudzoziemskiego nojona – "wielkiego lekarza", aby wszedł do jurty nojona, władcy Soldżaku i opiekuna Darchat-Uła.

Razem z towarzyszem – agronomem weszliśmy do księcia. Był to mały, wychudły i wyschły staruszek, krótko ostrzyżony i gładko wygolony. Miał na głowie bogatą czapkę bobrową ze spiczastym żółtym jedwabnym wierzchem, na którego szczycie była czerwona gałka, oznaczająca wysoki stopień w biurokracji chińsko-mongolskiej. Od tej gałki poziomo zwieszała się wspaniała kita z długich piór pawich. Książę był w ogromnych okularach chińskich w czarnej oprawie rogowej. Siedział nieruchomo i poważnie na niskiej czerwonej sofie i powoli przebierał palcami paciorki różańca. Książę Soldżaku był lamą i jednocześnie hutuchtą (przeorem) klasztoru w pobliżu Teri-Nura.

Gdy weszliśmy, nojon łaskawie nas powitał, kazał podać dla nas niskie taburety, posadziwszy nas twarzami do ognia, palącego się w bronzowym piecyku.

Księżna bardzo przystojna, o cerze białej, niezwykłej u kobiet mongolskich i z długiemi warkoczami, częstowała nas herbatą, ciastkami chińskiemi i sojockim suchym i twardym, jak kamień, serem. Zjawiły się tradycyjne fajki gościnności, lecz sam książę-lama nie palił: przyjął ode mnie moją fajkę, potrzymał ją w ręku i zwrócił wraz ze swoją tabakierką w formie kosztownego flakonu z zielonego nefrytu, z wyrzeźbionym na nim smokiem chińskim.

Gdy pierwsza etykieta była skończona, zapanowało milczenie. Czekaliśmy na odezwanie się księcia-nojona. Poważnym głosem zadał kilka zwykłych pytań: czy pomyślnie podróżujemy, jak zdrowie jeźdźców, koni, i wreszcie, otrzymawszy odpowiedź, zapytał o nasze dalsze zamiary.

Opowiedziałem mu o wszystkiem z całą szczerością i prosiłem o okazanie nam gościnności, tak potrzebnej dla wypoczynku ludzi i koni.

Nojon obiecał nam swoją opiekę i natychmiast rozkazał postawić dla nas cztery jurty.

– Słyszałem – rzekł – że cudzoziemski nojon jest znakomitym lekarzem?

– Umiem leczyć niektóre choroby – odrzekłem – i mam z sobą trochę lekarstw. Lecz nie jestem lekarzem, tylko uczonym w zakresie innych nauk.

Nojon jednak tego nie mógł zrozumieć. Leczę, a więc jestem lekarzem.

– Moja żona – zaczął znowu – już od dwóch miesięcy jest chora na oczy. Niech Ta-Lama poradzi na tę dolegliwość.

Obiecałem uczynić wszystko co będzie w mojej mocy, i prosiłem księżnę o pokazanie mi chorych oczu. Stwierdziłem zwykłe zapalenie błony śluzowej powiek, którego dostała od ogólnego brudu i od dymu ogniska w jurcie, od czego nie są wolni nawet udzielni książęta Sojotów.

Po rozkulbaczeniu koni, przystąpiłem do czynności eskulapa. Starannie przemyłem gnojące się oczy wodą z mydłem i z kwasem bornym, a później wpuściłem trochę kropli cynkowych, poradziwszy leżeć kilka minut z zamkniętemi oczyma i z zimnym okładem na powiekach.

Obiecałem wieczorem wstąpić i powtórzyć leczenie.

– Proszę Ta-Lamę, bardzo proszę wyleczyć mię! – zwróciła się do mnie księżna z gorącą prośbą w głosie. – Niech Ta-Lama nie porzuca nas, aż wyleczy! Damy baranów, mleka i mąki, ile dla was wszystkich potrzeba, tylko niech Ta-Lama wyleczy! Teraz często płaczę... Miałam prześliczne oczy, i mój mąż, nojon, zawsze powtarzał, że one płoną, jak gwiazdy na niebie. Teraz stały się czerwone. Ja tego nie przeżyję!

Przy tych słowach księżna bardzo mile tupnęła nóżką, a później kokieteryjnie przez łzy uśmiechnęła się do mnie i zapytała:

– Wyleczy? Tak?

Charakter i postępowanie pięknej kobiety wszędzie są jednakowe, czy to w wesołej Warszawie, czy na Nowo-Yorskim Broadway, czy na brzegach Tamizy, czy w Paryżu, czy też w dzikim, chmurami spowitym Tannu-Ołu, w wojłokowej jurcie piękności sojockiej, księżny Soldżaku i Darchat-Uła!

– Będę się starał! Będę się bardzo starał "inyń" (władczyni) – zapewniał świeżo upieczony okulista.

Popasaliśmy tu, na brzegu zimnej, szalonej Hargi dziesięć dni, otoczeni dowodami gościnności i przyjaźni rodziny książęcej.

Wybadaliśmy Sojotów bardzo szczegółowo, gdzie się znajdują posterunki i zasadzki czerwonych partyzantów, oraz jakie są siły bolszewików na tem jedynem przejściu górskiem. Posłałem potem Tatarzyna i Kałmuka, dobrze mówiących po sojocku i z ogólnego wyglądu do tubylców podobnych, na ścisły rekonesans; my zaś obwiązaliśmy kopyta naszych koni szmatami, żeby nie było słychać stąpania wierzchowców po kamienistej ścieżce, zaciągnęliśmy rzemieniami pyski końskie, aby nie rżały, i powoli w milczeniu posuwaliśmy się za wywiadowcami. Ci zaś wykonali rekonesans świetnie i szybko. Już po paru godzinach wiedzieliśmy, że osiemdziesięciu partyzantów założyło obóz o dziesięć kilometrów od nas, zająwszy jurty (namioty) dużego koczowiska zimowego Sojotów, trudniących się hodowlą reniferów, i że urządzili z obydwóch stron górskiego przejścia dwie zasadzki. W jednej z nich było dwóch żołnierzy, w drugiej – trzech. Było to nie dalej, niż o dwa kilometry od nas. Pomiędzy temi zasadzkami o parę kilometrów od awangardy głównych sił bolszewickich biegła ścieżka.

Wkrótce weszliśmy na górę, skąd obydwie zasadzki były widoczne, jak na dłoni, i skąd było bardzo łatwo ostrzeliwać je z dobrym skutkiem. Gdy zbliżyliśmy się o kilometr do punktu niebezpiecznego, zawołałem swego towarzysza-Polaka, Tatarzyna, Kałmuka i paru młodych oficerów i, zostawiwszy konie przy oddziale, ruszyłem na ostateczne zbadanie położenia. Z góry o pięćset kroków niżej widziałem dwa ogniska, buchające wysokim płomieniem, a przy każdem z nich siedział żołnierz z karabinem, reszta zaś ludzi spała; ich czarne postacie nieruchomo leżały przy ogniskach. Wydało mi się, że i warta śpi. Mam ostry wzrok i parę razy spostrzegłem, że głowa czuwającego żołnierza bezwładnie opadała mu na piersi.
Nie będąc pewny swoich nowych towarzyszy, nie mogłem rozpoczynać boju z bolszewikami, chociaż byłem przekonany, że potrafię podejść niepostrzeżenie do obozu partyzantów i rozbić ich; lecz nie chciałem pozostawiać po sobie śladu, gdyż wiele kłopotu mielibyśmy w razie pościgu w Mongolji, gdzie chińscy urzędnicy mogli dopomóc naszym wrogom. Naradziwszy się z towarzyszem, postanowiliśmy "sprzątnąć" oba posterunki bez strzałów i przejść dalej niepostrzeżenie. Nie obawiałem się, że partyzanci nas wytropią, gdyż ścieżka była pełna śladów konnych pastuchów i stad.

– Tych dwóch "mołojców" wezmę na siebie – szepnął mój atletyczny agronom, wskazując posterunek, położony na lewo od ścieżki.

Wydałem więc rozporządzenie Tatarowi, aby załatwił się z drugą zasadzką i popełznąłem śród krzaków wślad za agronomem, żeby mu w razie potrzeby dopomóc. Co prawda, byłem o niego zupełnie spokojny, gdyż był to okaz mający około siedmiu stóp wzrostu, posiadał zaś taką olbrzymią siłę, że niesforne konie kładł na ziemię i uzdał je, przycisnąwszy ramieniem.

O sto kroków od ogniska zatrzymałem się w krzakach i zacząłem oczekiwać.

Doskonale widziałem mocno kiwającego się wartownika. Karabin miał na kolanach i zgasłą fajkę w ustach. Jego śpiący towarzysz wcale się nie ruszał; dostrzegłem tylko jego nogi w grubych wojłokowych "pimach". Podług moich obliczeń, agronom musiał już dopełznąć do posterunku bolszewickiego, lecz nie dawał znaków życia. Koło ogniska przez kilka długich chwil było zupełnie spokojnie. Naraz od strony dalszego posterunku doleciał mię urwany, przyduszony krzyk – i znowu zapadła cisza... Partyzant, drzemiący przy ogniu, poruszył się i podniósł senną głowę, ale w tej chwili obok niego wyrosła postać mego towarzysza, wydająca się potwornie olbrzymia na tle ogniska. Zobaczyłem na jedno mgnienie oka nogi wartownika, które mignęły w powietrzu, poczem ogromna postać wraz ze swoją ofiarą pogrążyła się w krzakach. Po kilku sekundach olbrzym zjawił się znowu, podniósł karabin z ziemi i zamachnął się nim silnie.

Usłyszałem głuchy zgrzyt zdruzgotanej czaszki, a wkrótce potem głośne i spokojne kroki mego towarzysza.

Podszedł do mnie i z uśmiechem wstydliwym rzekł:

– Już po wszystkiem! Djabli nadali! Gdy byłem małym chłopcem, matka chciała, żebym został księdzem. Wyszedłem na agronoma po to, żeby dusić ludzi i rozbijać im głowy. Okrutnie głupia rzecz – rewolucja, panie!

Z raptowną wściekłością i obrzydzeniem splunął i zaczął zapalać fajkę.

Tymczasem i na drugim posterunku także wszystko było skończone, po chwili nasz oddział, zachowując milczenie, powoli prześlizgnął się, jak widmo nocne, pomiędzy milczącemi już na wieki wartami bolszewickiemi, i w ciągu nocy przebrnęliśmy Tannu-Ołu. Tam, na szczycie około wielkiego "obo", tj. ołtarza, poświęconego złym duchom gór, napiliśmy się herbaty i natychmiast zaczęliśmy zjeżdżać w dolinę, zarośniętą gęstemi krzakami i przeciętą całą siecią niezamarzniętych strumyków i małych rzeczek.

Były to źródła rzeki Biurek-Ho.

Około pierwszej po południu zatrzymaliśmy się na bardzo malowniczej polanie, z dobrą dla koni trawą, u podnóża gór, porosłych modrzewiami.

Zamierzałem spędzić tam całą dobę, żeby trochę odkarmić konie. Uważałem siebie i swoich ludzi za zupełnie bezpiecznych, tembardziej, iż przemawiały za tem oznaki zewnętrzne. Na górach widać było stada reniferów i jaków. Wkrótce nadjechali Sojoci i powiedzieli, że tu, za Tannu-Ołu, nikt dotąd nie widział czerwonych bandytów, za co ofiarowaliśmy im całą cegłę herbaty prasowanej. Odjechali zadowoleni i uspokojeni, powtarzając, że jesteśmy "dobrzy ludzie", "cagan", a nie "ułan" (biali, a nie czerwoni).

Gdy nasze zmęczone i wygłodzone szkapy wypoczywały i objadały się suchą, brunatną, lecz pożywną trawą, ja i moi towarzysze rozkoszowaliśmy się przy ognisku, układając plan dalsze drogi. Tu nieoczekiwanie wyłoniła się stanowcza różnica poglądów. Niejaki pułkownik Żuków, a z nim czterdziestu siedmiu innych oficerów i szeregowców, uspokojeni tem, że za Tannu-Ołu nie było bolszewików, postanowili iść do mongolskiego miasta Kobdo, a później dalej nad rzekę Emil, gdzie był obóz Bakicza, generała serbskiego, internowanego przez Chińczyków. W tym celu chcieli od razu skierować się na zachód, idąc południowemi spadkami Tannu-Olu. Ja zaś z agronomem, z szesnastu oficerami, śród których byli Tatarzyn i Kałmuk, postanowiliśmy iść na wschód, w stronę jeziora Kosogoł, stamtąd zaś dalej do Pacyfiku, trzymając się linji pomiędzy Kiachtą a Urgą.

Próżne były nasze usiłowania, ażeby skłonić przeciwną partję do pójścia z nami; niestety, oddział nasz się rozdzielił.

Nazajutrz około południa po wspólnym obiedzie pożegnalnym rozstaliśmy się, życząc sobie wzajemnie powodzenia.

W dalszej drodze los nie szczędził nam trudów, przeszkód i przygód niebezpiecznych, lecz pomimo tego dwunastu nas doszło do zamierzonego celu, zachowując wzajemnie dla siebie najcieplejsze uczucia, najserdeczniejsze wspomnienia i głęboki szacunek, który wyrósł na podstawie wielokrotnych prób w ciężkich i ryzykownych przygodach.

Oddział zaś pułkownika Żukowa zginął. Za Tannu-Ołu spotkał on znaczne siły regularnej kawalerji czerwonej i został przez nią rozbity. Dwom tylko kozakom udało się umknąć; oni też w pięć miesięcy po naszej rozłące na Biuret-Ho przynieśli nam tę smutną wiadomość do Urgi, gdzie spędziliśmy najbardziej porywające wyobraźnię dni w obozie chana mongolskiego, "krwawego" barona, generała Ungern von Sternberga, i w pałacu żywego Boga, siedzącego na tronie Wielkiego Dżengiz-Chana.

Moja grupa złożona z osiemnastu doskonale uzbrojonych jeźdźców i z pięciu koni ciężarowych, posuwała się doliną Biaret-Ho na wschód, tonąc w błotach, brnąc przez niezliczone grząskie potoki i rzeki, kostniejąc z zimna przy ostrych wiatrach północnych i moknąc do nitki pod często padającym mokrym śniegiem. Lecz uparcie dążyliśmy na wschód do południowego brzegu jeziora Kosogoł. Przewodniczył nam nasz Tatarzyn umiejętnie i pewnie, chociaż drogę łatwo było znaleźć,

gdyż przepędzono tamtędy dużo bydła i koni z Urianchaju do Mongolji, i wszędzie widać było pozostałe ślady ognisk, które rozpalali pastuchy.

 

W kraju odwiecznego pokoju

Tubylcy Urianchaju, Sojoci, szczycą się tem, że są prawdziwymi buddystami i roznosicielami idei świętego Ramy i mądrego Sakkia Muni. Sojoci – odwieczni wrogowie wojny i przelewu krwi ludzkiej, przed wiekami woleli porzucić swoją ojczyznę, niż ustąpić żądaniom krwawego zdobywcy Dżengiz-Chana, marzącego o utworzeniu sojockich konnych oddziałów. Sojoci prawie wymarli, lecz na rękach pozostałych nie ma śladów krwi ludzkiej.

Nieprzepartym wstrętem do wojny Sojoci walczyli z duchem zniszczenia i mordu. Nawet bezwzględni, surowi gubernatorzy chińscy nie potrafili zastosować w Urianchaju swych krwawych praw, nie znających litości.

Sojoci nie zmienili swoich obyczajów i wtedy nawet, gdy szalejący Rosjanie, niszcząc własną ojczyznę, wnieśli do Urianchaju zarazę mordu i grabieży.

Uchodzili ze swemi stadami, z dobytkiem i z rodzinami na południe pod Tannu-Oła, dążąc do ziemi "nojonów" (książąt) Sołdżaku i Kemczyku.

Wschodnia droga tego uchodźstwa ciągnęła się doliną Biuret-Ho. Codziennie więc spotykaliśmy rodziny sojockie, uciekające od partyzantów konno i na wielbłądach, wiozące swój majątek na "arbach" (dwukołowych ciężkich wozach), które ciągnęły bawoły lub jaki. Na pastwiskach górskich pasły się przepędzane stada i tabuny koni. W miejscach nieuczęszczanych dotychczas, znajdowaliśmy ślady sojockich biwaków. Szybko zdążaliśmy na wschód, jadąc ścieżką, wijącą się brzegiem Biuret-Ho, i po dwóch dniach zaczęliśmy się wspinać na szczyt wysokiego łańcucha górskiego, oddzielającego dolinę Biuret-Ho od rzeki Hargi, pozostawiając w tyle Sojotów, powoli dążących ze stadami i "arbami".

Przejście przez te góry było bardzo strome i obfitowało w leżące na ścieżce olbrzymie modrzewie i w bagna, co w bardzo przykry sposób przeszkadzało naszemu posuwaniu się naprzód.

Nieraz musieliśmy w ciągu kilku godzin jechać staczającemi się w przepaść ławicami kamiennemi, pośród olbrzymich głazów, przyniesionych niegdyś przez lodowce, które tu przed tysiącoleciami topniały.

Kilku żołnierzy jednak posłyszało wołanie i natychmiast ruszyło w stronę domu, lecz w tej chwili rozległy się prawidłowe salwy parobków z poza płotów osady. Strzelano, jak na manewrach, z zimną krwią i celnie. Pięciu czerwonych pozostało bez ruchu przy drodze, reszta ukryła się w rowie.

Tatarzy strzelali gęsto, i atakowali bardzo energicznie. Do domu i na dziedziniec osady zaczęły wpadać kule. Wkrótce zobaczyliśmy czerwonych, którzy na kolanach posuwali się rowem w stronę lasu, gdzie pozostawili konie. Echa strzałów zaczęły się stopniowo oddalać.

Przez polany leśne i przez las szybko mknęli Tatarzy, goniąc za przeciwnikami.

Na Sejbi odpoczywaliśmy dwa dni.

Zwiedzając bardzo malownicze okolice na brzegach wartkiej Sejbi, pokrytej białą pianą, przypadkowo zrobiłem bardzo ważne odkrycie. Na małej polanie, tuż przy brzegu, zobaczyłem pod wielkim modrzewiem trzy kamienie, a na jednym z nich węglem był nakreślony krzyż. Ślady kopania ziemi były doskonale widoczne, a gdym zaczął uważnie badać miejscowość, spostrzegłem wycięty na drzewie kawał kory i wyrżniętego jednogłowego orła i dwie litery K. R.

– Kim był ten nieznany K. R.? Jednogłowy orzeł i krzyż mówi o śmierci Polaka. Dlaczego zginął? Kto go oddał ziemi? Jaki los spotkał pozostałego przy życiu?...

Lecz nikt z osady nie mógł dać nam żadnych objaśnień.

Tajemnicą pozostaną: ten modrzew, trzy kamienie i litery wycięte na drzewie.

Pokazało się, że parobcy gospodarza osady to ukrywający się przed bolszewikami oficerowie z armji Kołczaka. Było ich ośmiu. Wszyscy oni przyszli do mnie prosić o pozwolenie podróżowania z nami.

Zgodziłem się na to.

Gdy po dwóch dniach wraz ze swym towarzyszem wyruszyłem z Sejbi, za nami ztyłu jechało ośmiu uzbrojonych jeźdźców i szły trzy ciężarowe konie.

Jechaliśmy malowniczą doliną, położoną pomiędzy rzekami Sejbi i Ulem. Wszędzie były wspaniałe pastwiska, na których spostrzegliśmy w kilku miejscach duże stada bydła i koni. W paru osadach napotkanych po drodze, nie znaleźliśmy wcale mieszkańców, ci bowiem kryli się w lasach, gdyż obawiali się czerwonych, przyczem odgłosy boju, niedawno z nimi stoczonego, już doszły do osad na Ucie. W kilku miejscach widzieliśmy pojedynczych jeźdźców, uważnie nas śledzących, a gdy zechcieliśmy zbliżyć się do nich, jeźdźcy natychmiast kryli się w gęstwinie leśnej. Widoczne było, że osadnicy żyli w śmiertelnej trwodze i nikomu nie ufali.

Cały następny dzień ubiegł nam na przedostawaniu się przez bardzo wysoki i ciężki dla jazdy grzbiet Daban. Przeszliśmy te góry, przeszliśmy nieskończenie długą drogę pośród spalonego lasu i nareszcie zaczęliśmy zjeżdżać na krętą, wijącą się pośród gór dolinę. Za temi górami płynął Mały Jenisej, czyli Khua-Kem, ostatnia duża rzeka przed granicą mongolską.

W odległości dziesięciu kilometrów od tej rzeki spostrzegliśmy wysoki słup dymu, unoszącego się nad lasem. Dwóch oficerów pojechało natychmiast na wywiad, my zaś przygotowaliśmy się do możliwej potyczki. Oficerowie nie powracali długo. To nas zaniepokoiło, i całą grupą ruszyliśmy w stronę dymu, uczyniwszy możliwe przygotowania i zarządzenia na wypadek boju. Wkrótce posłyszeliśmy głosy wielu ludzi i głośny śmiech jednego z naszych oficerów. Zrozumieliśmy, że nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo, a więc ruszyliśmy naprzód.

Na wielkiej polanie pośród lasu stał duży namiot i dwa szałasy, sklecone z cienkich drzew i z gałęzi, paliło się ognisko, wokoło którego siedziało 60 mężczyzn.

Gdyśmy się wynurzyli z lasu, cała ta gromada rzuciła się ku nam z radośnemi okrzykami.

Zupełnie przypadkowo trafiliśmy na znaczny obóz uciekinierów-oficerów i żołnierzy, kryjących się w Urianchaju w domach kolonistów rosyjskich i bogatych chłopów. Pośród uciekinierów było kilku młodych kolonistów.

– Co wy tu robicie? – pytaliśmy ze zdumieniem.

– Jak to? Czyż nie wiecie? – odrzekł jeden z uciekinierów, już niemłody pułkownik. – Komisarz Wojenny przysłał rozkaz zmobilizowania wszystkich partyzantów i wszystkich mężczyzn w wieku do lat 58. Na całym Jeniseju i dalej na południe, pod granicznym grzbietem Tannu-Olu wszystkie wsie ukraińskie są już w ruchu i sformowały znaczne oddziały partyzanckie. Wzdłuż Małego Jeniseju w stronę miasta Białocarska już posuwają się oddziały uzbrojonych bandytów. Obdzierają i rabują bogatych chłopów i kolonistów, zabijając spotkanych na drodze ludzi. To właśnie zniewoliło nas do ukrywania się tutaj.

Wkrótce dowiedziałem się, że w obozie uciekinierów jest tylko szesnaście karabinów i trzy ręczne granaty. Należały one do bogatego Tatarzyna, mającego za przewodnika Kałmuka, wraz z którym przedzierał się do swoich stadnin, wysłanych jeszcze w lecie w okolice mongolskiego miasta, Kobdo.

Opowiedziałem o celu mojej podróży i o moim zamiarze dotarcia przez Mongolję i Chiny do jakiegoś portu na Pacyfiku. Oficerowie i szeregowcy zaczęli usilnie mię prosić, abym ich wziął z sobą.

Nie biorąc na siebie żadnej odpowiedzialności, obiecując natomiast podzielić się wszystkiem, co posiadam i nie porzucić w żadnej przygodzie, zgodziłem się na ich prośby. Obóz zaczął szykować się do pochodu.

Nasz wywiad doniósł nam, że w pobliżu domu jakiegoś kolonisty, który mógł przewieźć nas na przeciwległy brzeg Małego Jeniseju, partyzantów nie zauważono. Natychmiast ruszyliśmy naprzód, żeby czem prędzej minąć niebezpieczny pas Jeniseju i znowu zanurzyć się w lasy.

Padał gęsty śnieg, który natychmiast topniał. Lecz wkrótce zerwał się zimny wiatr północny.

Zaczęła się zamieć, ziemia szybko zamarzała, i na powierzchni potoków górskich utworzyła się dość gruba warstwa lodu, na którym ślizgały się i padały niekute konie naszych nowych towarzyszy. Późną nocą nasz oddział dotarł do brzegu Jeniseju. Ze wszelką ostrożnością weszliśmy do domu kolonisty.

Spotkał on nas bardzo uprzejmie i obiecał przewieźć wszystkich nad rankiem, chociaż płynęła już kra, i mróz tężał z godziny na godzinę. Podczas rozmowy z kolonistą był obecny jeden z jego parobków – rudy chłop o skośnych zezowatych oczach. Parobek ten cały czas kręcił się koło nas, a później nagle zniknął.

Gospodarz spostrzegł to wkrótce i z trwogą w głosie rzekł:

– Pobiegł do wsi i naprowadzi partyzantów. Źle! Trzeba przeprawić panów natychmiast, nie czekając ranka.

Zaczęła się najstraszniejsza z przeżytych przeze mnie nocy.

Prosiliśmy gospodarza, aby przewiózł czółnem tylko nasze zapasy, naboje i karabiny, sami zaś postanowiliśmy przepłynąć rzekę konno. Szerokość Jeniseju w tym miejscu wynosiła około 300 metrów, prąd był bardzo wartki i burzliwy, głębia zaczynała się tuż przy brzegu. Noc zupełnie ciemna, żadnej gwiazdy nie można dojrzeć na zachmurzonem niebie. Wicher z wyciem miotał zmarznięty śnieg, silnie aż do bólu uderzając nim w twarz. Przed nami pędził z pluskiem fal potok czarnej wody, niosącej cienkie, ostre, kruszące się tafle lodu, które obracały się w wirach.

Mój koń długo nie chciał skoczyć do wody ze stromego i wysokiego brzegu i, tuląc uszy, chrapał głośno i opierał się. Chlasnąłem go z całej siły nahajem przez szyję i koń z jakimś jękiem odrazu runął do rzeki. Zanurzyłem się z głową do zimnej, lodowatej wody i ledwie zdołałem utrzymać się
na siodle.

Po chwili byłem już o kilkanaście metrów od brzegu. Mój koń z wyciągniętą szyją i głową głośno parskał, wyrzucając napływającą do nozdrzy wodę, i chrapał z przerażenia. Czułem wyraźnie gorączkowe szybkie ruchy jego nóg, bijących o wodę, i dreszcze, wstrząsające całem jego ciałem.

Dopłynęliśmy do środka rzeki. Tu prąd stał się szybszy. Woda nas znosiła. Ze złowrogiej ciemności dolatywały do mnie okrzyki moich ludzi i głuche pełne smutku i trwogi rżenie borykających się z prądem koni.

Płynąłem, zanurzony po piersi w lodowatej wodzie. Chwilami uderzały mię kawały kry, czasami większa fala zalewała mi twarz i głowę. Nie było czasu na oglądanie się, zapomniałem zupełnie o uczuciu zimna. Opanowała mię zwierzęca żądza życia. Rozumiałem, że jeżeli mój wierzchowiec nie wytrzyma walki z prądem i nie wyniesie mię na brzeg zginę. Całą więc uwagę skierowałem na konia, widocznie tracącego resztki sił. Jeszcze chwila, i usłyszałem głośny jęk mego wierzchowca, poczem spostrzegłem, że zanurzył się głębiej w wodzie. Widocznie miał już zalane nozdrza, gdyż zaczął częściej i głośniej parskać i chrapać. Płynąc dalej, ujrzałem, jak wielka bryła loda, wirując, z rozpędem uderzyła w głowę mego konia, który raptownie rzucił się wbok i, nagle zawróciwszy, zaczął szybko płynąć z prądem. Z wielkim trudem udało mi się skierować go w stronę brzegu, ale przekonałem się wkrótce, że mój koń zupełnie osłabł. Głowa jego kilkakrotnie znikała pod wodą.

Nic nie miałem innego do wyboru, tylko płynąć samodzielnie; ześlizgnąłem się z kulbaki i trzymając się jej tylko lewą ręką, drugą płynąłem obok konia, zachęcając go głośnemi okrzykami.

Teraz widziałem, że koń płynął z otwartym kurczowo pyskiem i z wyszczerzonemi zębami. W szeroko rozwartych źrenicach był niedający się opisać przestrach. Lecz wnet po porzuceniu przeze mnie siodła, koń uniósł się nieco wyżej ponad wodę i już pewniejszemi i szybszemi ruchami posuwał się naprzód. Wkrótce niedaleko od przeciwległego brzegu usłyszałem uderzenie jego kopyt o kamienie łożyska. Zaczynała się mielizna. Jeden po drugim wypływali i wjeżdżali na brzeg jeźdźcy. Konie, przyzwyczajone do przepraw przez rzeki, wyniosły wszystkich. Daleko niżej od nas przepłynął gospodarz – kolonista z naszym dobytkiem. Nie tracąc czasu, zaczęliśmy ładować nasze worki na drżące z zimna wierzchowce i ruszyliśmy dalej.

A był już po temu wielki czas, gdyż z przeciwległego brzegu partyzanci zaczęli nas ostrzeliwać.

Wiatr się wzmagał. Przed świtem mróz brał coraz większy. Przemoczone ubranie i bielizna odrazu zmarzły i stały się twarde i sztywne, jak blacha.

Głośno szczękaliśmy zębami, a w oczach migały nam zielone i czerwone ogniki. Lecz jechaliśmy bez postojów, żeby jak najdalej odsunąć się od drogi, którą dążyły oddziały dzikich partyzantów. Cały dzień, przy 15 stopniach mrozu, musieliśmy jechać bez możności rozgrzania się i wypoczęcia.

Dopiero przed nocą dotarliśmy do niewysokiego grzbietu górskiego, porośniętego lasem. Tu zatrzymaliśmy się, rozpalili olbrzymie ognisko, wysuszyliśmy się i rozgrzali. Konie, chociaż głodne, nie ruszały się z miejsca i nie odchodziły od ognia; stojąc z opuszczonemi, smutnemi głowami, wygrzewały się i drzemały.

W nocy, podczas mego dyżuru na czatach, ujrzałem jeźdźca, który, mając widocznie dobrego konia, szybko przemknął niedaleko naszego obozu. Nasz Tatar z Kałmukiem pojechali natychmiast oglądać ślady i, powróciwszy, oznajmili, że był to niezawodnie Sojot, i że wpobliżu zauważyli liczne ślady stad. Prawdopodobnie był to jakiś pastuch, zwabiony ogniami naszego obozu.

Wczesnym rankiem kilku jeźdźców sojockich zbliżyło się do nas.

– Ułan (czerwoni)? – zapytał jeden z nich.

– Nie! – rozległy się protestujące głosy.

– Cagan (biali)? – nastąpiło nowe pytanie.

– Tak, tak! – zawołał Tatarzyn. – Wszyscy biali.

– Mende, mende! – z radością w głosie zaczęli pozdrawiać nas tubylcy i opowiedzieli nam o bardzo ważnych dla nas zdarzeniach.

Pokazało się, że czerwoni partyzanci, którzy szli od strony Tannu-Ołu, obsadzili swemi posterunkami cały grzbiet graniczny, gdzie chwytali Rosjan i Sojotów, uchodzących wraz z bydłem do Mongolji. Przejście przez Tannu-Ołu, jak twierdzili Sojoci, zostało zamknięte. Pozostawała jedyna droga: od razu zawrócić na południowy wschód, przeciąć błotnistą dolinę Biuret-Ho i wyjść na południowy brzeg jeziora Kosogoł, leżącego już w granicach Mongolji. Była to bardzo przykra okoliczność.

Od lasu, w którym nocowaliśmy, do pierwszego najbliższego posterunku mongolskiego – Samgałtaj, pozostawało do przebycia nie więcej nad 100 kilometrów. Tymczasem od Kosogołu w prostej linji dzieliło nas około 450 kilometrów. Mój koń, oraz koń mego towarzysza agronoma zrobiły już przeszło 1000 kilometrów bardzo uciążliwej drogi bez dostatecznego pokarmu i po uciążliwej przeprawie przez Jenisej mogły nie wytrzymać tak dalekiej drogi. Lecz dobrze rozważywszy położenie i nieco bliżej poznawszy swych nowych towarzyszy, nie mogłem się zdecydować iść razem z nimi w ciągłych bojach przez Tannu-Ołu. Byli to ludzie wyczerpani i zdenerwowani, przeważnie źle odziani i niedostatecznie uzbrojeni, większość ich nawet nie miała broni.

Wiedziałem, że podczas walki nie ma większego niebezpieczeństwa, niż człowiek nieuzbrojony.

Ogarnia go bowiem prędko paniczny strach, zaczyna on uciekać, traci głowę z przerażenia i bezradności i zaraża swoją paniką innych. Naradziwszy się ze swym towarzyszem, postanowiłem, bądź co bądź, iść do Kosogołu. Gdy o tem oznajmiłem swoim towarzyszom podróży, wszyscy się zgodzili na mój projekt. Po obfitem śniadaniu, składającem się z tłustej zupy z kawałkami mięsa, z sucharów i herbaty, wyruszyliśmy w drogę.

Około drugiej po południu przed nami zaczęły wyrastać góry. Zaczynały się północnowschodnie odnogi Tannu-Olu, za któremi leżała dolina rzeki Biuret-Ho.

W dolinie pomiędzy górami spotkaliśmy wielkie stado byków i jaków tybetańskich, które dziesięciu konnych Sojotów pośpiesznie gnało na zachód.

Pastuchowie opowiedzieli nam, że "nojon" (książę) Todżi kazał im przeprowadzić należące do niego bydło doliną Biuret-Ho do północnej Mongolji, obawiając się partyzantów i oddziałów regularnych wojsk sowieckich, coraz częściej przedzierających się do Urianchaju i grasujących bezprawnie i bezkarnie.

Pastuchowie natychmiast wyruszyli, lecz w drodze dowiedzieli się od myśliwych, że i ta część odnogi Tannu-Ołu jest już zajęta przez bolszewików.

Musieli więc powrócić i teraz usiłowali przejść ze stadem nad rzekę Kemczyk, przecinając kraj cały ze wschodu na zachód.

W tej chwili wszedł nasz przyjaciel, sojocki "merin". W ten sam sposób, jak nam w dzień, zaczął się przyglądać bacznie przyjezdnym, a potem ponurym głosem zapytał:

– Jakim prawem zabraliście Sojotowi dobrego konia, pozostawiając mu chorego i słabego?

Żołnierze wybuchnęli śmiechem.

– Pamiętajcie, że jesteście w obcej ziemi, gdzie są inne prawa i obyczaje! – rzekł "merin", a w jego głosie brzmiała groźba.

– Stul gębę i wynoś się do djabła! – krzyknął jeden z bolszewików.

Lecz Sojot zupełnie spokojnie usiadł przy stole, a gospodyni niezwłocznie przysunęła mu kawał chleba i duży kubek herbaty. Rozmowa się urwała. Sojot napił się herbaty, wypalił swą długą i cienką fajkę, wstał i rzekł nie zwracając się do nikogo:

– Jeżeli jutro rano koń nie będzie zwrócony właścicielowi, sami go odbierzemy.

Odwrócił się i spokojnie opuścił izbę.

Natychmiast zauważyłem wyraźną trwogę na twarzach bandytów sowieckich. Starszy żołnierz rozstawił patrole dokoła osady, i wszyscy spuściwszy głowy siedzieli w przykrem zamyśleniu.

Późno w nocy przyjechał oficer z siedmiu jeźdźcami. Po raporcie starszego o zajściu z "merinem" oficer zachmurzył czoło i rzekł głosem, zdradzającym niepokój: – Źle... źle! Musimy przedzierać się przez takie topielisko, a tu ci za każdym krzakiem i kamieniem będą czyhali Sojoci. Oj, źle, towarzysze...

Oficer coraz bardziej trwożył się i pochmurniał, i dlatego, nie zwracał zbytnio na nas uwagi, tembardziej, że zacząłem go uspokajać i obiecałem pośrednictwo pomiędzy oddziałem a Sojotami.

Był to niepiśmienny, ponury chłop ukraiński, który chciał się odznaczyć przed sowietami ujęciem znienawidzonego kozaka, lecz obawiał się, że Sojoci przeszkodzą mu w szybkiem dotarciu do rzeki Sejbi.

O świcie byliśmy już na koniach, jadąc razem z czerwonemi zbójami. Gdy odjechaliśmy kilkanaście kilometrów, niespodziewanie z krzaków wynurzyło się dwóch jeźdźców sojockich. Za plecami mieli swe dziwaczne strzelby skałkowe o malutkiej płaskiej kolbie z widełkami dla oparcia o ziemię przy strzale, który nigdy nie chybia celu.

– Poczekajcie! – rzekłem, zatrzymując oficera. – Pojadę rozmówić się z Sojotami.

Szybko popędziłem naprzód. Jeden z Sojotów był to "merin", drugi – nieznajomy tubylec, mówiący łamanym językiem rosyjskim.

– Trzymajcie się z tyłu oddziału – szepnął, zanurzając w moich oczach swój rysi wzrok – i pomóżcie nam.

– Dobrze! – zgodziłem się natychmiast – lecz pogadajmy dłużej, żeby tamci myśleli, że omawiam z wami ich sprawę.

Niebawem, uścisnąłem dłonie Sojotów i powróciłem do oddziału.

– Możemy jechać – zawołałem. – Sojoci nie będą przeszkadzali.

Ruszyliśmy i, gdy przejeżdżaliśmy przez rozległą polanę, spostrzegliśmy obydwóch Sojotów, całym pędem koni mknących stromym spadkiem góry.

Niepostrzeżenie wykonałem odpowiedni manewr i obaj z moim towarzyszem podróży pozostaliśmy w tyle oddziału wraz z naszym koniem ciężarowym.

Za nami jechał tylko jeden żołnierz – ponure chłopisko, patrzące na nas bardzo nieprzychylnym wzrokiem.

Zdążyłem szepnąć swemu towarzyszowi jedno słowo: "Mauzer" i zauważyłem, że ten wnet ostrożnie odpiął torbę kulbaki i wysunął nieco rękojeść pistoletu.

Wkrótce zrozumieliśmy, dlaczego ci żołnierze, wytrawni, leśni włóczęgowie, nie odważyli się iść na Sejbi bez przewodnika. Doliny Ałgiaka i Sejbi są przedzielone szeregami wąskich grzbietów górskich, pomiędzy któremi leżą głębokie i szerokie wąwozy z grząskiemi, niebezpiecznemi torfowiskami.

Było to wielkie topielisko, bagno bezdenne, jakieś martwe, przeklęte miejsce. Konie grzęzły do kolan, padały, plątały się nogami w sieci korzeni, zanurzonych w grząskim torfie, przygniatały jeźdźców, gryzły się, chrapały, rwały rzemienie i popręgi. Coraz częściej konie zanurzały się w bagnie prawie do kolan jeźdźca. Mój wierzchowiec wpadł do jakiegoś dołu, wypełnionego rudą, cuchnącą wodą. Nieszczęśliwy koń ugrzązł tak głęboko, że moja pierś już dotykała powierzchni wody. Wyratowaliśmy się z wielką trudnością. Po mnie natychmiast runął wraz z koniem oficer bolszewicki, kalecząc sobie o kamień głowę bardzo poważnie. Mój towarzysz, padając stłukł sobie kolano. Żołnierze ciągle padali i kaleczyli się. Przerażone konie chrapały i robiły bokami. Kędyś daleko głucho i złowrogo krakał kruk, zwiastun nieszczęścia...

Tymczasem droga stała się jeszcze gorsza. Ścieżka prowadziła przez takie same, jak uprzednio, grząskie błota, lecz były one pokryte konarami złamanych, gnijących na ziemi drzew. Konie, przeskoczywszy przez olbrzymie pnie, nieoczekiwanie wpadały w głębokie trzęsawisko i zaczynały tonąć, pogrążając się coraz bardziej w czarne, cuchnące błoto. Jeźdźcy i konie nieustannie padali. Wszyscy byli pokryci błotem i zbroczeni własną krwią.

Ja i mój towarzysz z przerażeniem spoglądaliśmy na nasze wierzchowce, których siły się wyczerpały i które oddawna już prowadziliśmy za uzdy. Nurtowała nas myśl straszna, co zrobimy z sobą, jeżeli który z koni padnie? Przecież nie mogliśmy rekwirować koni Sojotom na wzór naszych czerwonych "towarzyszy"?!

Nareszcie wybrnęliśmy na rozległą polanę, zarośniętą gęstemi krzakami i otoczoną olbrzymiemi odłamami skał, które prawdopodobnie niegdyś stoczyły się były ze szczytów gór okolicznych. Nie tylko konie, lecz i ludzie zaczęli się zapadać w zimne trzęsawisko, nurzając się w niem aż do pasa i nie czując dna pod stopami. Całą powierzchnię polany stanowiła cienka warstwa torfu, pokrywającego jezioro o czarnej, gnijącej wodzie. Szliśmy pojedynczo, w pewnej odległości jeden od drugiego, żeby zmniejszyć ciężar i uniknąć zarysowania się torfowiska; ze zgrozą spostrzegłem, że krzaki, rosnące na torfie, pochylały się i kołysały, a ziemia pod nogami uginała się, pękała, a wtedy ze szczelin buchała czarna wstrętna woda...

Każdy krok, najmniejsza nieostrożność groziły śmiercią. Przykład mieliśmy bardzo tragiczny. Jeden z żołnierzy spróbował zejść wraz z koniem ze ścieżki, zamierzając znaleźć na uboczu twardszą drogę. Lecz zaledwie stąpił kilka kroków, usłyszeliśmy przeraźliwe rżenie konia i błagający krzyk człowieka o pomoc.

Pod koniem i żołnierzem zarwało się torfowisko, otwierając nieznaną i ponurą otchłań. Na próżno koń i człowiek czepiali się nogami i rękami brzegów cienkiej warstwy torfu. Obrywał się on coraz to więcej, a woda i płynne czarne błoto występowały szybciej i dalej. Nikt nie mógł zbliżyć się do nich, gdyż nogi śmiałka odrazu przerywały sieć gnijących traw i gałęzi. Zdawało się, że ktoś z dołu, z dna tego topieliska podcina coraz to dalej i dalej cienką warstwę, na której trzymaliśmy się jeszcze. Najpierw znikła głowa konia z wylękłemi, błagającemi oczyma, a później zanurzył się człowiek, wyjący z przerażenia i rozpaczy. Tylko wielkie bąble wypływały na powierzchnię czarnej wody i powoli pękały...

Nagle rozległy się trzy wystrzały.

Dźwięk ich był głuchy, bez zbytniego huku i bez echa.

Były to jednak strzały celne, gdyż oficer bolszewicki i dwaj żołnierze odrazu spadli z koni. Te, plącząc się w krzakach i rżąc, starały się przedrzeć na schyłki gór, lecz ślizgały się i padały, gdyż zbocza góry, przesycone podskórną wodą, osuwały się pod nogami i zwolna spełzały na dół.

Żołnierze porwali za karabiny i z przestrachem się rozglądali dokoła, nie widząc wrogów. Lecz ci ich widzieli doskonale. Padło jeszcze czterech bolszewików, ugodzonych śmiertelnie w piersi. W tej chwili spostrzegłem, że pozostający ciągle za nami żołnierz wymierzył do mnie z karabinu i coś majstrował koło cyngla. Mój mauzer zdążył uprzedzić go dwiema kulami i pozbawić nas jednego wroga.

– Zaczynajmy! – zawołałem do swego towarzysza, i po chwili wzięliśmy udział w wystrzeliwaniu bolszewickich bandytów.

Wkrótce na polanie krzątali się Sojoci, obdzierając zabitych bolszewików i rozdzielając zdobycz.

Po godzinie uciążliwej drogi zaczęliśmy się wznosić na schyłek górskiego grzbietu i nareszcie wyszliśmy na wysokie płaskowzgórze, zarosło starym lasem.

– Jednakże Sojoci nie są bardzo pokojowym narodem! – zauważyłem, zbliżając się do "merina".

Uważnie spoglądając na mnie, urzędnik sojocki odparł:

– To nie Sojoci zabijali...

Miał słuszność. Na bolszewików, bezprawnie wdzierających się do Urianchaju, napadli nie spokojni Sojoci, lecz przebrani w kożuchy tubylców Tatarzy abakańscy, którzy, uchodząc od władz sowieckich, wybrali ten kraj dla swoich koczowisk i stad. Dość znaczna liczba rodzin tatarskich porzuciła stepy Abakańskie i przez zachodni Urianchaj przedostała się do zachodniej Mongolji, a nawet dalej na południe, prześlizgnąwszy się niepostrzeżenie przez chińską prowincję Kansu i dotarłszy aż do północnego Tybetu. Tu, zapłaciwszy daninę plemionom tybetańskim, Tatarzy wyrobili sobie prawo koczowania aż do upadku rządów komunistycznych w Rosji. Tatarzy, którzy uczynili napad na bolszewików na trzęsawisku pomiędzy Ałgiakiem i Sejbi, mieli doskonałego przewodnika i tłumacza, Kałmuka-lamaitę.

Noc przed rzeką Sejbi spędziliśmy w lesie przy ognisku, a Tatarzy do świtu prawie opowiadali nam o bezprawiach, mordach i grabieżach, jakich dopuszczali się komisarze bolszewiccy w stepach, gdzie niegdyś utwierdził swą władzę i prawo wódz Mongołów – Dżengiz-Chan, władca Azji i połowy Europy. Te opowiadania tchnęły grozą i nienawiścią niepohamowaną.

Wczesnym rankiem podjeżdżaliśmy do niewielkiej rosyjskiej osady, a zbliżając się do niej, spostrzegliśmy wyglądających z lasu jeźdźców. Jeden z naszych znajomych Tatarów pomknął ku nim i, pomówiwszy chwilę, powrócił, wołając:

– Wszystko w porządku! Jedźmy prędzej!

Pojechaliśmy szeroką drogą, która biegła wzdłuż wysokiego ogrodzenia z cienkich modrzewi, otaczającego obszerny plac łąki i lasu, gdzie chodziło spore stado jeleni; były to tak zwane "izubry", czyli "morały", które hodują miejscowi koloniści rosyjscy. Na wiosnę rogi tych pięknych zwierząt podlegają spiłowaniu, gotowaniu w specjalny sposób i suszeniu. Spreparowane rogi, noszące nazwę "panty", sprzedaje się Chińczykom jako najpotężniejszy i najcenniejszy środek leczniczy, uznany przez medycynę szkoły tybetańskiej.

Cena "pantów" dosięga czasami wartości złota.

W osadzie przyjęto nas z wielką trwogą i niepokojem.

– Chwała Bogu! – wykrzykiwała żona gospodarza. – A my myśleliśmy...

Lecz urwała, spojrzawszy na męża.

 

Potyczka na Sejbi

Ciągłe niebezpieczeństwo wyrabia zmysł spostrzegawczy i ostrożność. Nie rozbierając się i nie zdejmując siodeł z koni, uważnie przyglądaliśmy się ludziom i położeniu. Swój "mauzer" zatknąłem za klapę kożucha i zacząłem oglądać się dokoła, wyraźnie czując zbliżające się niebezpieczeństwo. Najpierw zauważyłem kolbę karabina, schowanego na łóżku pod stosem poduszek. Dalej zwróciłem uwagę na parobków, kręcących się po osadzie i po domu. Niezawodnie nie byli to prości chłopi, chociaż mocno zarośnięci, brudni i źle odziani. Oni ze swej strony też bardzo uważnie się nam przyglądali i na chwilę nawet nie pozostawiali nas samych z gospodarzami.

Coś się działo, czego jeszcze nie rozumiałem. W tej chwili właśnie wszedł nasz przyjaciel "merin" i zaczął po sojocku coś opowiadać gospodarzowi. Ten bardzo się ucieszył i natychmiast zbliżył się do nas z wyciągniętą dłonią.

– Wybaczcie nam! – rzekł. – Lecz zrozumiecie, że temi czasy na dziesięć tysięcy ludzi można spotkać tylko jednego porządnego człowieka i 9999 bandytów!

Z rozmowy pokazało się, że nasz gospodarz już miał wiadomość o dążącym do niego z Ałgiaku oddziale "towarzysza oficera", ścigającego oficera kozackiego, który rzeczywiście ukrywał się u niego, lecz obecnie zbiegł dalej. Został on już poinformowany co do tragicznego końca tej wyprawy. Lecz wszystko to nie uspokoiło starego kolonisty, gdyż przyszła wiadomość, że od strony Usińskiego kraju zbliżał się do Sejbi znaczny oddział jazdy bolszewickiej, ścigający Tatarów, uchodzących z Rosji z bydłem i z końmi.

– Co chwila oczekujemy tu czerwonych! – z trwogą w głosie wyjaśnił stary. – Lada chwila tu będą. Już przeleciał na koniu Sojot zawiadomić, że czerwoni przeprawiają się przez rzekę. Tatarzy już są w pogotowiu do walki.

Wyszedłem z domu wraz ze swym towarzyszem; opatrzyliśmy rynsztunek naszych koni i odprowadziliśmy je w miejsce bezpieczniejsze. Potem poszliśmy do izby i, przygotowawszy nasze karabiny i mauzery, oczekiwaliśmy dalszych wypadków. Po upływie pół godziny ciężkiego wyczekiwania wbiegł parobek i szepnął:

– Wyszli już na naszą drogę. Zaraz się zacznie.

Rzeczywiście, jakgdyby w odpowiedzi na te słowa, zagrzmiał woddali strzał, poczem rozległy się salwy, i huk wystrzałów zaczął się zbliżać ku osadzie.
Zatętniały kopyta końskie, rozległy się krzyki klnących ludzi, i do izby wpadło trzech czerwonych żołnierzy; jeden z nich ze straszliwem przekleństwem strzelił do gospodarza.

Stary kolonista potknął się i padł na jedno kolano; rękę jednak wyciągnął ku poduszkom ze schowanym pod niemi karabinem.

– A wyście co za jedni? – groźnie krzyknął żołnierz, zwracając się do nas i podnosząc karabin.

Odpowiedzieliśmy z mauzerów i bardzo trafnie. Uciekł tylko jeden żołnierz. Dwóch leżało z przestrzelonemi głowami. Na zmykającego bolszewika wpadł jeden z parobków i zaczął go dusić.

Zawiązała się walka. Bolszewik wołał na pomoc swoich towarzyszy, lecz ci leżeli w rowie za drogą o 300-400 kroków od osady i strzelali do atakujących Tatarów.

W ostatniej wsi rosyjskiej na pograniczu Urianchaju, zatrzymaliśmy się w jednym domu z dozorcą, czekając, aż dla nas zmienią konie. Podczas przekładania swoich rzeczy, zauważyłem nagle zachwycony, wniebowzięty wzrok dozorcy, zwrócony w stronę mojego tobołka.

– Co się wam tak podobało? – spytałem.

– Spodnie... – wyszeptał przedstawiciel milicji sowieckiej. – Spodnie!

Istotnie otrzymałem od swoich przyjaciół zupełnie nowe spodnie z czarnego grubego sukna, bardzo dobre do konnej jazdy. W tej właśnie części mojej garderoby trzymał utkwione oczy dozorca milicyjny.

– A czyż wy nie macie zapasowych spodni? – spytałem go, planując moralny atak na zachwyconego dozorcę.

– Nie! – odparł ze smutkiem w głosie. – Sowiety nie dają. Sami, powiadają, bez spodni chodzimy. A moje tymczasem zupełnie się zniszczyły. Spójrzcie no sami!

Mówiąc to, odchylił połę swego kożucha i ukazał mi spodnie, które przypominały raczej sieć na grube ryby. Dziwiłem się, jakim sposobem biedaczysko mógł się w nich utrzymać.

– Sprzedajcie... – z prośbą w głosie odezwał się po chwili dozorca.

– Nie mogę, sam potrzebuję! – odparłem stanowczo.

Namyśliwszy się trochę, dozorca zbliżył się do mnie i szepnął:

– Pójdźmy na dwór, pomówimy! To niedogodne miejsce...

Wyszliśmy.

– Słuchajcie! – zaczął dozorca. – Jedziecie do Urianchaju! Tam nasze sowieckie pieniądze nic nie są warte, za nie nic nie kupicie. A jest tam co kupić! Sobole, lisy, gronostaje, złoto także można tanio nabyć w zamian za jakąś drobnostkę. Tam wszystko można dostać za karabiny i naboje. Macie z sobą tylko jeden karabin. Ja wam dam jeszcze jeden i 100 naboi do niego, a wy mnie... spodnie. Co? Dobrze?

– Nam nie trzeba broni, nas chronią nasze dokumenty! – niby nie rozumiejąc, o co chodzi, odpowiedziałem spokojnie.

– Ale nie! – żywo odezwał się dozorca. – W Urianchaju zamienicie karabin na futra, albo na złoto. Oddam wam karabin na zawsze, na wieczną własność. Rozumiecie?

– A! Teraz rozumiem – rzekłem. – Ale w takim razie tego mało za spodnie. Spodni, i do tego takich wspaniałych, nigdzie w Rosji nie znajdziecie. Cała Rosja chodzi obecnie bez spodni. A za karabin dadzą mi jedną skórkę sobola. Co ja będę z nią robił?

Słowo po słowie dopiąłem swego. Dozorca otrzymał moje spodnie, a ja karabin ze 100 nabojami i dwa mauzerowskie pistolety z 80 nabojami. Od tej chwili byliśmy uzbrojeni i mogliśmy stawiać poważny opór w razie przygody. Nadto szczęśliwy posiadacz nowych spodni wydał nam rządowe poświadczenie na prawo noszenia broni.

W ten sposób prawo i siła były po naszej stronie.

Dozorca dopomógł nam nabyć we wsi od bogatego chłopa trzy konie, dwa pod siodło i jednego pod toboły, wynająć przewodnika, który był prawnukiem zesłańca, Polaka, hr. Przeździeckiego, kupić sucharów, mięsa, soli i masła. Wypocząwszy jeden dzień, ruszyliśmy w stronę źródeł Amyła, kierując się ku Sajanom, za któremi już nie mogliśmy spotkać "czerwonych", ani głupich, ani mądrych...

Trzy dni zabrała nam droga od ujścia Tuby do tej ostatniej granicznej wsi rosyjskiej. Trzy dni ciągłego poczucia bezprawia, bezpośredniego niebezpieczeństwa i bliskiej, głupiej śmierci z rąk oszalałej dziczy.

Wielka siła woli, panowanie nad wrażeniami, zimna krew i upór w dążeniu do celu dopomogły nam szczęśliwie ominąć niebezpieczeństwa i nie stoczyć się w przepaść, na dnie której leżały już setki ludzi, pragnących wykonania tego, co nam się udało. Czy naszym nieszczęśliwym poprzednikom nie starczyło wytrwałości i pomysłowości, czy, być może, nie umieli oni układać ody na cześć przyszłych mostów, szos i kopalń, czy też poprostu nie mieli z sobą... dobrych zbywających spodni?

Nie można pominąć jednego bardzo ciekawego zjawiska historycznego, które rzuciło się nam w oczy podczas podróży brzegami Jeniseju, Tuby i Amyłu. Prawym brzegiem Jeniseju, a zatem brzegami Tuby i Amyłu, ukryty w gęstych krzakach i leśnych zaroślach, ciągnie się nieskończenie długi szlak nieznanych mogił. Chłopi syberyjscy nazywali je "czudzkiemi mogiłami", czyli mogiłami nieznanych ludzi. Szlak ten dochodzi aż do Krasnojarska, niektórzy zaś badacze znaleźli te same mogiły aż na brzegach Oceanu Lodowatego. Drogi, któremi ciągną się te mogiły, topografja miejscowości, a później poczynione przez archeologów badania dowiodły, że jakieś plemię mongolskie szło było od południa ku północy lewym brzegiem Jeniseju, kryjąc się w lasach w obawie przed napadami tubylców-koczowników i pozostawiając po sobie mogiły. Umierali ci przybysze z ręki Tatarów, koczujących w stepach Minusińskich i Czułymskich, umierali z głodu i chorób, z wyczerpania, od zbyt surowego dla nich klimatu stepów. Z resztek sprzętów i ubrań, znalezionych w mogiłach, można było sądzić, że to nie było plemię wojownicze, lecz plemię myśliwych i hodowców bydła.

Skąd wędrowało ono i dokąd? Na to pytanie uczeni rosyjscy odpowiedzi nie dawali, gdyż badali mogiły, leżące na przestrzeni od Minusińska do Krasnojarska, nie troszcząc się o poznanie geografji tego zjawiska. A tymczasem geografja i legendy mongolskie rzucają jaskrawe światło na pochodzenie "czudzkich mogił".

Wielki Mongoł, Dżengiz-Chan, ruszył na czele hord azjatyckich do Europy. Droga jednej części jego konnej armji przechodziła przez Urianchaj. Czy sam Dżengiz szedł tamtędy, czy któryś z jego wodzów – niewiadome, i różnie o tem mówią legendy i księgi mongolskie. Jednakże wiadomo, że mongolscy wodzowie, zachwyceni celnością łuczników urianchajskich, oraz niezwykłą wytrwałością tych niezrównanych jeźdźców, postanowili zaciągnąć ich do swoich szeregów. Lecz Urianchowie odmówili posłuszeństwa, oświadczywszy, że ich kraj jest "krajem odwiecznego pokoju", i że ich wiara zabrania przelewu krwi "ptasiej, rybiej i ludzkiej". Nie pomogły groźby i surowe kary, podczas których na rzece Dżabartaszu zginęło 300 wybitniejszych ze starszyzny tubylczej. Pod naciskiem hord dżengischanowych Urianchowie zaczęli porzucać ojczyznę, wyruszając na wygnanie dwiema drogami: Kemczykiem na południe, gdzie weszli do obecnego obwodu kobdoskiego i zatracili mowę i wiarę przodków, i Amyłem i Tubą na Jenisej i dalej na północ. Rzece Tubie nadali swoje stare historyczne imię "tubów", szczepu, który pochodził od Tatarów-Ujgurów, twórców największego na świecie imperjum koczującego. Z tych północnych wygnańców nikt już nigdy nie powrócił do pięknego Urianchaju, a kości ich leżą w tajemniczych "czudzkich" mogiłach, w tych śladach wielkiej tragedji dziejowej, która się rozegrała w XIII wieku.
Obecni tubylcy Urianchaju, Sojoci, przechowali pamięć o przodkach, którzy uchodzili przed "demonem wojny", Dżengizem, wierni przepisom starej wiary i moralności, kwitnącej w "kraju odwiecznego pokoju".

 

Do Sajanów – do wybawienia!

Dziewicze lasy ogarnęły nas, pochłonęły. Pośród wysokiej trawy i żółkniejących krzaków wije się ledwie dostrzegalna ścieżka. To od dawna porzucona "stara amyłska ścieżka", którą przed 35 laty wożono mąkę i sól, maszyny i robotników do licznych kopalń złota, porozrzucanych w systemie rzeki Amył. Ścieżka to zbliża się do samego brzegu wartkiego Amyłu, to znika w lesie.

Wyprowadza nas ona na błotnistą równinę z ukrytemi pośród wysokiej trawy topieliskami, do gęstych zarośli, na szczyty gór, na obszerne łąki i do gęstych lasów. Nasz przewodnik, potomek hr. Przeździeckich, o których doskonale pamięta i którymi się szczyci, chociaż już się nazywa "Preżdzieckij", widocznie rozumie nasz istotny plan i od czasu do czasu z trwogą patrząc na ziemię, mówi:

– Przejechało trzech jeźdźców... Konie podkute... Widocznie żołnierze...

Wkrótce jednak uspokaja się, ponieważ widzi, że ślady poszły gdzieś wbok, a później zawróciły.

– Dalej nie pojechali! – oznajmia nam Przeździecki, chytrze się uśmiechając.

– Szkoda! – mówimy mu. – W towarzystwie podróż byłaby weselsza.

Lecz chłop głaszcze swoją powichrzoną brodę i śmieje się. Widocznie nam nie wierzy.

Przejechaliśmy przez wielką kopalnię złota, w nowych czasach urządzoną przez Amerykan podług przepisów współczesnej techniki. Bolszewicy zrabowali to przedsiębiorstwo, wywieźli złoto, maszyny, zapasy i nawet niektóre części budynków, pozostawiając kopalnię prawie zrujnowaną, głuchą i nieczynną. Jak sztandar sowieckiej Rosji, na pagórku stała spalona cerkiew ze zdartą dachówką i krzyżem zrzuconym. Głodna rodzina stróża pędzi tu samotne i smutne życie, narażona na stałe niebezpieczeństwo. W okolicznych lasach błąkają się bandy czerwonych partyzantów, rabują i zabijają. Czasami zatrzymują się dłużej w tych kopalniach, które niegdyś słynęły z obfitości złota, przemywają piasek i, po zdobyciu niewielkiej ilości metalu, jadą dalej przepijać go w jakiejś odosobnionej wiosce, gdzie chłopi fabrykują spirytus z jagód i z ziemniaków, sprzedając mętny, trujący napój na wagę złota. Te uzbrojone bandy rozbójnicze, nie podlegające żadnym prawom, są bardzo niebezpieczne. Spotkanie z niemi grozi śmiercią.

W trzy dni dojechaliśmy do przejścia górskiego Czokur, prowadzącego przez główny grzbiet Sajanów, przedostaliśmy się na przeciwległy brzeg rzeki Ałgiak i od tej chwili byliśmy już w granicach Urianchaju.

Ten kraj zadziwiający bogactwem, zaludniony przez 60.000 wymierających Sojotów, mówiących językiem całkiem odrębnym od mowy innych mongolskich szczepów i szczycących się tem, że przez długie wieki przechowywali ideały odwiecznego pokoju, jest miejscem zakusów władz administracyjnych rosyjskich, mongolskich i chińskich. Sąsiedzi dawno rządzą się, jak szare gęsi w Urianchaju, Sojoci zaś spokojnie płacą podatki wszystkim trzem.

Łatwo więc zrozumieć, dlaczego ta "zagranica" nie mogła jeszcze być dla nas portem zbawienia.

Słyszeliśmy już przedtem od dozorcy milicji o projektowanej wyprawie do Urianchaju, a od Rosjan w Urianchaju dowiedzieliśmy się, że niektóre wsie ukraińskie na Małym Jeniseju (czyli Khua-Kem) sformowały oddziały partyzanckie, które zamykały południową granicę kraju, grabiąc i zabijając podróżnych. Przed kilku tygodniami partyzanci zabili sześćdziesięciu dwóch oficerów, przekradających się do Mongolji, zrabowali i zabili kupców chińskich, prowadzących z sobą karawanę z towarami, zabili kilku niemieckich jeńców wojennych, zmykających z sowieckiego "raju". Możliwość spotkania tych bandytów nie wróżyła nam nic dobrego.

Należało się mieć stale na baczności.

Po czterech dniach drogi dostaliśmy się na błotnistą dolinę, gdzie pośród młodego lasu stała pojedyncza osada kolonisty rosyjskiego. Tu odprawiliśmy naszego przewodnika, który obawiał się, że śnieg pokryje przejście przez Sajany, a wtedy do zimy musiałby wyczekiwać sposobności powrotu do domu.

Dalej do rzeki Sejbi miał nas przeprowadzić właściciel osady, namówiony przez naszego przewodnika.

Konie nasze były zmęczone i, chcąc nie chcąc, trzeba było dać im wypoczynek i trochę je odżywić. Postanowiliśmy spędzić tu cały dzień, a może nawet i dwa.

Nazajutrz przewodnik odjechał, życząc nam pomyślności i zdrowia.

Nie minęło godziny, gdy mała córeczka naszego gospodarza klasnęła w dłonie i zawołała:

– Sojoci przyjechali!

Do izby jeden po drugim weszło czterech Sojotów w filcowych kołpakach, i ze strzelbami w ręku.

– Mende (bądźcie pozdrowieni)! – powitali nas przybysze i zaczęli bez ceremonji uważnie oglądać nas ze wszystkich stron. Pewno żaden ćwiek w naszych butach, żaden guzik ubrania nie uszedł ich badawczego wzroku. Potem jeden z nich, który był miejscowym naczelnikiem okręgowym, czyli "merinem", zaczął nas wypytywać przy pomocy kolonisty, w którego domu staliśmy, o nasze przekonania polityczne i moralne. Posłyszawszy nasz sąd o bolszewikach wydawał się zadowolony i uspokojony, gdyż rzekł:

– Wy – dobrzy ludzie!... Nie lubicie "ułanów" (Ułan po sojacku – czerwony). My wam pomożemy...

Podziękowałem "merinowi" i podarowałem mu gruby sznur jedwabny, którym zwykle przepasywałem bluzę. Wieczorem Sojoci odjechali, lecz obiecali powrócić nad ranem.

Nadszedł wieczór. Poszliśmy spojrzeć na nasze wychudłe szkapy, łapczywie skubiące brunatną, lecz pożywną trawę na łące za osadą, i powróciliśmy do izby, gdzie gospodarz przyrządził już herbatę i kolację.

Rozmawialiśmy wesoło i swobodnie z rodziną gospodarza, gdy nagle rozległy się szczękania podków, głuche głosy ludzi, i po chwili do izby jeden po drugim weszło pięciu chłopów z karabinami w ręku i z szablami przy boku.

Coś zimnego i łechcącego chwyciło za gardło, a serce zaczęło tętnić. Odrazu poznaliśmy w przybyszach czerwonych żołnierzy. Na futrzanych czapkach mieli czerwone gwiazdy, a na rękawach czerwone opaski. Byli to ludzie z oddziału karnego, ścigającego oficera kozackiego, o którym nam opowiadał w Kożubarze dozorca milicji.

Podejrzliwie nas oglądając, zaczęli się rozbierać i w milczeniu usiedli przy stole. Wszczęliśmy rozmowę pierwsi, niby odniechcenia objaśniając cel naszej ekspedycji "budowy mostów i szos" i ostrożnie wypytując przybyszów.

Dowiedzieliśmy się, że wkrótce tu nadciągnie z siedmiu jeźdźcami dowódca oddziału, który ma rozkaz dla właściciela osady, aby ten poprowadził ich na Sejbi, gdzie się ukrywa kozak. Natychmiast z radością w głosie zawołałem, że nasze sprawy układają się bardzo szczęśliwie, gdyż możemy jechać razem. Na to jeden z żołnierzy zagadkowym głosem zauważył:

– Wszystko rozstrzygnie towarzysz-oficer...

urgaGrube tafle i odłamy lodu, wyrzucane w powietrze, waliły o skały, odrywały kamienie i drzewa, tworzyły pasma gór lodowych ciągnące się na dziesiątki kilometrów. Trwały one do lata, póki ich słońce nie roztopiło.

    Obserwując ruch lodów, nie mogłem bez przerażenia i wstrętu patrzeć na ofiary, które niósł groźny Jenisej. Były to ciała ludzi, straconych przez minusińską "czeka": oficerów, żołnierzy i kozaków rozproszonej armji nieszczęśliwego adm. Kołczaka. Setki tych trupów, może tysiące, z odrąbanemi głowami i rękami, z oszpeconemi twarzami i ciałami, napół spalone, z wyciętemi na piersiach i nogach kawałami skóry, z wykłutemi oczami i zdruzgotanemi głowami – płynęły na kawałach kry, szukając dla siebie mogiły, lub obracając się w szalonych wirach pomiędzy lodowemi bryłami. Kra miotała niemi, druzgotała je, rozcierała na miazgę, rozrywała na kawały i wyrzucała na płaskie wyspy rzeczne i na mielizny około brzegów.

    Kierując się wzdłuż Jeniseju, ciągle spotykałem gnijące trupy ludzkie i końskie, rozrywane przez drapieżne ptaki i zdziczałe psy.

    W jednem miejscu widziałem na brzegu 300 trupów końskich, wyrzuconych przez rzekę, a dalej w krzakach wikliny znalazłem 70 ludzkich ciał, czyli raczej części ciał. Okropny, słodkawy odór gnijącego mięsa płynął z wiatrem, a nad tą ponurą miejscowością unosiły się sępy i kruki, płoszone przeze mnie i przeraźliwie kraczące.

    Nareszcie Jenisej zerwał lodowe więzy, i przede mną mknął wezbrany potworny potok mętnej, wirującej wody, unosząc na północ do oceanu resztki kry, porwane drzewa i trupy... trupy.

    Wynajęty przeze mnie chłop z pomocą swego syna wsadził mię do czółenka, wypalonego z pnia osiny, włożył tam mój skromny majątek, i, odpychając się długiemi drągami, popłynęliśmy przeciw prądowi, trzymając się brzegu.

    Ciężka to była praca! Trzeba było wiosłować około wystających skał, walcząc z szalenie wartkim prądem. Przy samych skałach wszyscy trzej czepialiśmy się kamieni rękami i, wytężając siły, pchaliśmy czółno naprzód. Lecz dla przepłynięcia kilku metrów traciliśmy bardzo dużo czasu, walcząc o każdy centymetr mknącego na nas i porywającego nas za sobą prądu.

    Tak płynęliśmy trzy dni, lecz nareszcie dotarliśmy do celu naszej podróży, do oddawna porzuconej kopalni złota. Tam przemieszkałem kilka dni u rodziny stróża, która żyła o głodzie, a więc w niczem nie mogła być mi pomocna. Karabin jeszcze raz stał się moim opiekunem, dostarczając żywności i dla mnie, i dla moich gospodarzy. Pewnego razu przyjechał jakiś technik. Ja już się nie ukrywałem, gdyż życie leśne nadało mi taki wygląd, że nikt poznać mię nie mógł. Łatwo mogłem uchodzić za zwykłego myśliwego sybirskiego, za jakiego się też podawałem. Jednakże nasz gość był człowiekiem badawczym i przenikliwym. Odrazu odgadł moje incognito, które zresztą nie bardzo starałem się zachować, gdyż zrozumiałem, że nie jest bolszewikiem. Tak też było. Mieliśmy wspólnych znajomych i jednakowe poglądy na sprawy. Przytem pokazało się, że jest to Polak, agronom z zawodu. Mieszkał w jakiejś ustronnej wsi, kierując robotami górniczemi, unikał podróży do miasta, starając się, żeby o nim zapomniały władze.

    Postanowiłem razem z nim uciekać z Rosji.

    Dawno już obmyśliłem był plan ucieczki. Znając położenie i geografję Syberji, po której dużo podróżowałem, przyszedłem do wniosku, że mamy jedyną drogę ratunku – przez półzależny od Rosji i Chin kraj Urianchajski, a więc przez źródła rzeki Jenisej do Mongolji i dalej na wschód do Pacyfiku. Podczas rządów Kołczaka projektowałem wyprawę naukową do Mongolji, więc starannie wystudjowałem literaturę i mapy tego kraju, do którego należy i Urianchaj.
    Postanowiliśmy obecnie urzeczywistnić ten zuchwały plan i przedostać się przez sowiecką Syberję.


    Przez południową Syberję

    Po kilku dniach jechaliśmy już konno przez lasy lewego brzegu Jeniseju na południe, starając się omijać wsie i osady i nie pozostawiając za sobą żadnych śladów. Zresztą należy zaznaczyć, że gdy wypadało nam zatrzymać się u chłopów, ci przyjmowali nas bardzo gościnnie i, chociaż nie znali nas, otwarcie wypowiadali swą nienawiść do bolszewików – komunistów, ogładzających włościan.

    W jednej wsi powiedzieli nam, że od strony Minusińska dąży do Krasnojarska znaczny oddział "czerwonych", wysłanych dla wyłapywania "białych". Odjechaliśmy dalej od brzegu Jeniseju i tak zwanej Aczyńskiej drogi i zapadaliśmy w lasy, gdzie przesiedzieliśmy do sierpnia, ponieważ przez całe lato bolszewickie oddziały karne wałęsały się po borach, tropiąc i zabijając bezbronnych, prawie nieodzianych oficerów i kozaków byłej armji Kołczaka, którzy ukrywali się w lasach od niechybnej śmierci z rąk sowieckich katów. Później, na jesieni, przechodząc przez te miejsca, natrafiliśmy na niewielką polanę, gdzie na otaczających ją drzewach wisiało 28 oficerów z wyciętemi gwiazdami na piersiach. Wiedzieliśmy dobrze, że taki sam los spotkałby i nas, gdybyśmy wpadli w ręce tej "najbardziej postępowej" demokracji na świecie.

    Przysięgliśmy więc sobie, że żywymi nas bolszewicy nie wezmą. Posuwając się na południe, spotykaliśmy ludność coraz bardziej wrogą dla bolszewików, gdyż był to kraj starych syberyjskich osadników i kozaków.

    Wreszcie z lasów wynurzyliśmy się na bezgraniczną płaszczyznę Czułym-Minusińskich stepów, przeciętych czerwonemi grzbietami Kizył-Kaja i wielkiemi słonemi jeziorami: Szyro, Szunet, Forpost i innemi.

    Jest to kraina mogił, jedno olbrzymie, historyczne cmentarzysko. Narody, plemiona, szczepy, ciągnęły temi stepami, zatrzymując się tutaj na czas dłuższy lub przemijając jak widma nocne, i pozostawiając za sobą mogiły, kurhany, monolity. Tysiące wielkich i małych "dolmenów" – mogił dawnych właścicieli tych stepów, majestatyczne kurhany z kamieni i czaszek ludzkich, wykute ze skał znaki, które stawiał niegdyś Wielki Mongoł Dżengiz, a po nim Tamerlan Chromy, straszliwy bicz Boży, ciągnęły się z południa na północ nieskończonym szlakiem.

    Teraz tu panami byli Tatarzy szczepu abakańskiego, bogaci, gościnni i kulturalni. Obecnie przed nawałnicą bolszewicką wynieśli się do Urianchaju, Mongolji, nawet do Tybetu, a w pozostałych tkwiła głęboka nienawiść do znęcających się nad nimi komunistów. Przytem zmartwychwstała w nich, zdawało się, przed wiekami zgasła, idea Dżengischana o zwalczenia kultury Zachodu i o utwierdzeniu nowego prawa, kierowanego i ustalonego przez naukę mędrca Buddhy, prawa szlachetnego i wzniosłego ducha ludzkiego. Nieraz pastuchy tatarscy, siedząc przy ognisku, napół śpiewali, napół opowiadali legendy o Wielkim Mongole, o synu jego Kubłaj-Chanie, o krwawym Tamerlanie, o szlachetnym, promiennym Baber-Sułtanie i o nieszczęśliwym Amursan-Chanie.

    Czułym-Minusińskie stepy stały się takiem miejscem ciągłych potyczek, mniejszych i większych walk pomiędzy Tatarami i "oswobodzonymi" Rosjanami, jakiem niegdyś w Rzeczypospolitej
Polskiej były słynne "Dzikie Pola", tylko rolę "dziczy krwawej" wzięli na siebie "obrońcy rewolucji i wolności" – rosyjskie bandy bolszewickie.

    Tatarzy przyjmowali nas uprzejmie, karmili i dawali nam przewodników, przedsiębiorąc dla nas wywiady, abyśmy nie trafili na jaki czerwony patrol. Otwarcie mówiliśmy, że uciekamy z Rosji do naszej ojczyzny, która jest też ojczyzną dla wielu Tatarów, obywateli wolnej Polski. Ponieważ mieliśmy od Tatarów adresy pewnych osób i listy ochronne, nasza podróż przez stepy odbyła się bardzo szczęśliwie.

    Po kilku dniach z wysokiego brzegu Jeniseju zobaczyliśmy płynący z Krasnojarska do Minusińska statek "Orzeł", wiozący czerwonych żołnierzy, a w kilka godzin później – ujście rzeki Tuby, przeciw prądowi której musieliśmy się posuwać, dążąc ku górom Sajańskim, stanowiącym granicę północnej prowincji Mongolji – naszej "ziemi obiecanej" – Urianchaju. Uważaliśmy część drogi, biegnącą brzegami Tuby, a dalej – wzdłuż dopływu rzeki Amył, za najniebezpieczniejszą, gdyż doliny tych rzek są bardzo zaludnione, sąsiedztwo zaś z komunistycznym Minusińskiem
zdeprawowało do szczętu ludność miejscową, która chętnie wstępowała do czerwonych partyzanckich oddziałów bandytów: Szczecinkina i Krawczenki.

    Tatarzy wpław przeprowadzili nocą nasze konie na przeciwległy brzeg Jeniseju, a potem przysłali po nas kozaka, który czółnem przewiózł nas i nasze rzeczy. O świcie byliśmy już w gęstych zaroślach na małej wysepce w ujściu Tuby i rozkoszowaliśmy się słodkiemi i aromatycznemi jagodami czeremchy i czarnych porzeczek, rosnących tam w wielkich ilościach.



    Trzy dni nad przepaścią

    Zaopatrzeni w fałszywe dokumenty, posuwaliśmy się brzegiem Tuby. Co 15-20 kilometrów natrafialiśmy na duże, po 100-400 domów liczące sioła, rządzone przez miejscowe sowiety, kierowane rozkazami "sowietu" i "czeki" z Minusińska. Wszędzie spotykaliśmy sowieckich wywiadowców i szpiegów, lecz ratowały nas dotychczas nasze dobrze sfabrykowane pasporty techników, delegowanych do robót budowlanych.

    Ominąć tych siół niepodobna było z dwóch przyczyn. Najpierw nasze usiłowania, by ominąć siedziby ludzkie, przy ciągłych spotkaniach z chłopami w drodze, wzbudziłyby całkiem zrozumiałe podejrzenia, i niezawodnie bardzo prędko aresztowałby nas jakiś najbliższy "sowiet" i odstawił do minusińskiej "czeki", któraby naturalnie znalazła dla nas miejsce w Jeniseju; powtóre – dokument mego towarzysza dawał prawo do wozu i do dwóch rządowych kopi dla celów służbowych. Wobec tego musieliśmy odwiedzać miejscowe "sowiety" i zmieniać konie. Swoje konie oddaliśmy kozakowi, który przewiózł nas przez Jenisej, a później odstawił do najbliższego sioła, gdzie dostaliśmy pierwsze rządowe konie pocztowe.

    Wspominając drogę po Tubie, muszę zaznaczyć, że z małemi wyjątkami wszyscy chłopi byli bardzo wrogo usposobieni do bolszewików i, słysząc od nas chłodne lub krytyczne uwagi o sowietach, starannie nam dopomagali; szczególnie dawało się to odczuwać w domach sektantów i kozaków. Odpłacaliśmy za gościnność leczeniem chorych i radami gospodarczemi. Spotkaliśmy kilka wsi komunistycznych, których ludność była jednak niesyberyjskiego pochodzenia. Byli to nowi osadnicy, przysyłani jeszcze za czasów imperjum z Ukrainy – pijani, leniwi, tępi i mściwi chłopi, których rdzenni Sybiracy nienawidzą, nazywając ich "szpana", co znaczy – szumowiny, brudy.

    Bardzo szybko nauczyliśmy się odróżniać wsie komunistyczne od niekomunistycznych. Gdy wjeżdżaliśmy do wsi, pobrzękując dzwoneczkami uprzęży końskiej, a siedzący przed domostwami starcy powoli wstawali i kryli się za wrotami, mrucząc: – Znowu jakichś djabłów "towarzyszy" przyniosło licho! – wtedy wiedzieliśmy, że jesteśmy śród prawdziwych, uczciwych, wolnych Sybiraków. Lecz gdy w innej wsi chłopi obstępowali nas, zarzucając pytaniami:– Skąd, towarzysze? Po co, towarzysze? Czy to wypadkiem nie towarzysz-komisarz? – wtedy mieliśmy się na baczności i byliśmy bardzo oględni w słowach i w czynach.

    Spotykaliśmy również wsie i sioła, których ludność prawie zupełnie wymarła na tyfus plamisty.

    Zresztą wszędzie ta straszliwa epidemja, która dotarła aż pod grzbiet Sajanów, zdziesiątkowała ludność wsi syberyjskich wzdłuż całego systemu rzeki Jeniseju. Żyzne łany czarnoziemu leżały odłogiem, bo nie było komu pracować na roli; zresztą nie było już koni i bydła, gdyż komuniści zarekwirowali całą chudobę konserwatywnego i bogatego chłopstwa syberyjskiego, oszczędzając tylko leniwych i występnych osadników z Rosji Europejskiej lub z Ukrainy.

    Bardzo przykre chwile przeżyliśmy w wielkiem siole Karatuz. Jest to raczej miasto niż sioło. Tu przed czasami bolszewickiemi istniały dwa gimnazja, a ludność dosięgała 25.000 mieszkańców.

    Karatuz to stolica kozaków jenisejskich, miasto bogate i wesołe. Obecnie zmieniło się ono do niepoznania. Chłopi z Rosji i Ukrainy, uzbrojeni i rozagitowani przez agentów bolszewickich, wycięli ludność kozaczą, rozgrabili wszystkie domy, które stały teraz popalone, z wybitemi drzwiami i oknami, ze śladami kul w murach i w dachach.

    Gdy podjechaliśmy do sowietu, aby zmienić konie, otoczyła nas gromada jakichś bardzo podejrzanych drabów. Pokazało się, że trafiliśmy na posiedzenie wysokich komisarzy, przybyłych tu dla jakiejś sprawy z minusińskiej "czeki".
   

    Draby zaczęli nas indagować i żądać pokazania dokumentów. Nie mieliśmy bynajmniej pewności, że nasze papiery wywrą pożądane wrażenie, więc staraliśmy się uniknąć rewizji dokumentów. Mój towarzysz-agronom powiedział mi później:

    – Co za szczęście, że u bolszewików wczorajszy nieudolny szewc piastuje urząd gubernatora, uczeni ludzie tymczasem zamiatają ulice lub czyszczą stajnie czerwonej kawalerji! Z bolszewikami, bądź co bądź, można się dogadać, ponieważ oni nie odróżniają "dezynfekcji" od "influency" i "antracytu" od "apendicitu". W nich można wszystko wmówić, dopóki nie wypuszczą kuli z rewolweru...

    Rzeczywiście udało nam się wmówić w komisarzy "czeki" wszystko, co było potrzeba. A więc kreśliliśmy im wspaniały obraz przyszłego rozwoju kraju, gdy wybudujemy szosy i mosty, które dadzą możność eksportowania lasu, wełny, skór z Urianchaju, rud, nafty i złota z Sajanów, bydła z Mongolji, drogich futer z lasów, rosnących u źródeł Jeniseju...

    Nasza "oda" trwała około godziny, lecz triumf po niej był zupełny, gdyż "czekiści", zapomniawszy już o dokumentach, sami przenosili nasze rzeczy na nowy wóz i życzyli nam powodzenia na chwałę rządu sowietów.

    To było ostatnie nasze zajście w granicach Rosji. Po przebyciu doliny rzeki Amył szczęście nam sprzyjało. Spotkaliśmy na promie za Karatuzem
starszego dozorcę milicji, który wiózł z sobą kilka karabinów i magazynowych rewolwerów Mauzera. Były one przeznaczone dla oczekiwanej wyprawy milicji w głąb Urianchaju w celu pościgu za jakimś kozackim oficerem, "katem wolnego, rewolucyjnego lądu", jak go nazywał nasz nowy znajomy. Nowina ta była dla nas bardzo ważna, gdyż łatwo moglibyśmy się spotkać z tym oddziałem, a nie mieliśmy pewności, czy oda o szosach i mostach po raz drugi będzie miała magiczny wpływ na tych bandytów. Ostrożnie wybadawszy dozorcę, ustaliliśmy drogę, którą miała wyruszyć ekspedycja.

ferdinand-ossendowskiZbliżała się wiosna. Wiedziałem, że wiosną nie ma drogi przez las. Bardzo prędko wystąpiły z brzegów wszystkie rzeczki i strumyki tajgi, a leśne bagna i topieliska stały się niemożliwe do przebycia. Wszystkie ścieżki ludzi i zwierząt zamieniały się od topniejącego śniegu w burzliwe potoki, pędzące z gór z szumem i hałasem. Wiedziałem, że aż do lata jestem skazany na samotność.

Wiosna następowała szybko, a chociaż nocami i o świcie bywały ostre mrozy, jednak promienie słońca wciągu dnia toczyły zwycięską walkę ze śniegiem. Wkrótce moja góra była już wolna od śniegu i stała cała szara, pokryta tylko kamieniami, nagiemi jeszcze konarami brzóz i osin, i wysokiemi stożkowatemi mrowiskami. Rzeka w kilku miejscach zerwała już swój lodowy pokrowiec i pędziła hałaśliwie, odrywając coraz to nowe i coraz większe bryły lodu.

 

Moje rybołówstwo

Pewnego poranku, wyszedłszy po zdobycz, zbliżyłem się do brzegu rzeki i spostrzegłem duże ryby o czerwonych, jak gdyby nalanych krwią grzbietach i ogonach. Ryby pływały, wystawiając nad wodę grzbiety, widocznie rozkoszując się ciepłem słonecznem. Od tej chwili myśl o możliwości złapania tych wspaniałych ryb i urozmaiceniu mego jednostajnego pożywienia nie porzucała mię, lecz nie posiadałem nic dla normalnego rybołówstwa i byłem zmuszony uciec się do innych sposobów.

W miarę jak rzeka oczyszczała się z lodu, ryby napływały w coraz to większych ilościach.

Przekonałem się, że płyną przeciwko prądowi, przenosząc się dla składania ikry z Jeniseju do źródeł mniejszych dopływów tej rzeki. Postanowiłem użyć barbarzyńskiego sposobu połowu ryb, chociaż wiedziałem, że prawodawstwo wszystkich państw surowo karze ten system. Myślałem jednak, że prawodawcy i moraliści nie będą zbyt surowi dla mieszkańca nory pod korzeniami obalonego drzewa w tajdze syberyjskiej, samotnika, który ośmielił się przekroczyć ich racjonalne zarządzenia, a zresztą, wtedy ryba o czerwonym grzbiecie była dla mnie ważniejsza od prawników w togach, beretach lub frakach.

Więc zacząłem działać. Najpierw zrąbałem większą ilość cienkich brzóz i osin i zacząłem budować płot poprzez rzekę, wbijając zaostrzone drągi w dno lub umocowując je pośród kamieni łożyska i, przeplatając cienkiemi gałęziami. Po dwóch dniach uciążliwej pracy w lodowatej wodzie płot mój był ukończony. Widziałem, że około tej nieoczekiwanej przeszkody gromadziły się wielkie ryby i coraz to więcej ich przybywało. Okazywały oznaki żywego zakłopotania, dotykały głowami płotu, odpływały i znów zawracały. Nareszcie zaczęły czynić usiłowania, by przeskoczyć tę przeszkodę. Wtedy widziałem często olbrzymie srebrne ryby o czerwonych grzbietach i ogonach, długości metra i więcej, wyskakujące z rozpędem z wody, uderzające sprężystemi ciałami o ścianę z gałęzi i bezsilnie opadające z powrotem do rzeki. Czasami dwie lub trzy ryby naraz dokonywały tego manewru.

Musiałem działać. Umocowawszy nóż na długim drągu, starałem się przebić rybę, lecz wszystkie próby były nieudane. W ten sposób ryzykowałem złamanie lub zgubienie noża. Nie mniej bezowocne były moje usiłowania, aby zaczepić ryby sękatym drągiem i wyrzucić je na brzeg.

Wtedy postanowiłem wyzyskać dążenie ryb do przejścia przez płot. Uczyniłem to w następujący sposób: O kilka kroków od brzegu wyrąbałem, nawpół pod wodą, okno w moim płocie, a po drugiej jego stronie umieściłem wysoko wystający nad wodą kosz, który splotłem z cienkich prętów wikliny.

Uzbrojony krótkim i ciężkim kijem, czekałem na zdobycz. Po kilku minutach do zdradzieckiego otworu w płocie zaczęły podpływać dwie wspaniałe ryby. Bardzo ostrożnie, jakgdyby namacując każdy cal, weszły do kosza, gdzie zaczęły skakać, bijąc potężnemi ogonami. Niebawem mój kij uspokoił ich zapały.

W ten sposób stałem się rybakiem. Każdy okaz ważył co najmniej 30 funtów, zdarzały się zaś okazy i po 80 funtów. Były to ryby z gatunku "tajmień", z rodziny łososi. Po tygodniu miałem zakopanych w śniegu w zacienionym wąwozie w pobliżu mojej nory około 70 ryb. Porzuciłem polowanie i, siedząc około mojej zasadzki, biłem kijem ryby i wyrzucałem je na brzeg. Lecz słońce przypiekało coraz bardziej. Powróciwszy pewnego razu do domu, poczułem zapach gnijących ryb.

Byłem zmuszony z żalem wyrzucić do rzeki cały ten zapas i ograniczyć się codzienną zdobyczą.

Lecz wkrótce ryby przeszły i mój kosz-pułapka przestał dostarczać pożywienia.

Znowu powróciłem do karabinu.

 

Niebezpieczny sąsiad

Polowanie tymczasem stało się milsze i weselsze. Wiosna wszystko ożywiła. Wczesnym rankiem, prawie o świcie, las napełniał się głosami i dźwiękami dziwnemi i niezrozumiałemi dla mieszkańców wielkich kulturalnych miast. W gęstych gałęziach cedrów głuszec śpiewa swoją krótką i namiętną pieśń miłości i pieśnią tą zachwyca szare kury, biegające pod konarami. Do tego ptasiego Garusa łatwo się wtedy podkraść na odległość wystrzału. Jeśli kula karabinowa ominie go, on nigdy nie słyszy podczas śpiewu huku wystrzału i ciągnie dalej swą arję, trwającą zaledwie kilka sekund.

Na dużej polanie leśnej walczą zacięcie cietrzewie-koguty, rozpuściwszy czarne wachlarze ogonów o dwóch białych zagiętych piórkach, a damy, kręcąc głowami i z ożywieniem plotkując, przyglądają się zapasom i wybierają najdzielniejszych bojowników.

Zdaleka echo przynosi głuchy i groźny, lecz zarazem pełny dziwnie namiętnego wołania ryk jelenia, tęskniącego do towarzyszki. W górach rozlegają się krótkie beczenia dzikich kozłów.

Pomiędzy krzakami i na polanach skaczą i zabawiają się gonitwą zające, a tuż zaraz przyczajony, zda się wciśnięty do ziemi, czyha na nie rudy lis.
Tylko wilków nie słychać, gdyż w tych leśnych i górzystych miejscowościach nie mają te drapieżniki nic do roboty.

Ale był niedaleko ode mnie inny sąsiad. Ponury, samotny i dziki. Byliśmy wzajemnie dla siebie niebezpieczni i odrazu zrozumieliśmy, że jeden z nas musi ustąpić i odejść na zawsze.

Kiedyś, powracając do domu z wielkim głuszcem na plecach, spostrzegłem w krzakach czarną, powoli ruszającą się masę. Zatrzymałem się i, przypatrzywszy się uważnie, zobaczyłem niedźwiedzia, który rozrywał łapami mrowisko i łapczywie zjadał jajka i poczwarki mrówek.

Zwęszywszy człowieka, niedźwiedź, głośno i gniewnie sapiąc, szybko się oddalił, zadziwiwszy mię swoim biegiem.

Nazajutrz, gdym jeszcze leżał na swem posłaniu, obudził mnie jakiś szmer za tylną ścianą domu. Ostrożnie wyjrzałem i zobaczyłem swego brunatnego sąsiada. Stał na tylnych łapach i ze świstem wciągał powietrze, ciekawie i bacznie rozglądając się dokoła; widocznie zastanawiał się nad kwestją, jaka to istota przejęła obyczaje niedźwiedzie i zamieszkała przez zimę w barłogu pod korzeniami drzewa.

Krzyknąłem i uderzyłem siekierą w dno mego kotła. Mój wizytator ze wszystkich sił rzucił się do ucieczki i w mgnieniu oka znikł pośród skał i krzaków.

Jednak ta wizyta nie podobała mi się. Była to jeszcze zbyt wczesna wiosna dla przebudzenia się niedźwiedzia. Stąd wywnioskowałem, że mój sąsiad należał do chorobliwego, bardzo złośliwego typu "mrówczaków", typu nienormalnego, nadużywającego wszelkich przepisów niedźwiedziej etykiety.

Wiedziałem, że taki samotnik jest zawsze zły i zuchwały, postanowiłem więc należycie przygotować się do następnego spotkania. Te przygotowania zresztą trwały bardzo krótko. U pięciu kul mego karabina ściąłem wierzchołki niklowe i sfabrykowałem tak zwane "dum-dum" – dostatecznie przekonywający argument dla intruza. Po herbacie poszedłem na miejsce, gdzie po raz pierwszy spotkałem niedźwiedzia, i gdzie było dużo mrowisk.

Obszedłem całą górę, zaglądając do wszystkich wąwozów, lecz nigdzie nie spotkałem misia.

Rozczarowany i zmęczony powracałem do domu i tu nieoczekiwanie spostrzegłem niebezpiecznego sąsiada. Właśnie wychodził z mojej nory, zawzięcie węszył przy ziemi i ciągnął mój kożuch.

Wystrzeliłem. Kula trafiła zwierzę w bok. Ze wściekłym rykiem podniósł się na tylne łapy i ruszył ku mnie. Druga kula strzaskała mu biodro. Niedźwiedź usiadł, lecz natychmiast, ciągnąc za sobą łapę i próbując wstać, znowu ruszył na mnie. Za trzecim wystrzałem padł, ugodzony w serce.

Mój sąsiad ważył około 200-250 funtów, a był bardzo... smaczny.

Żywiąc się jego mięsem, doczekałem czasu, gdy ziemia wyschła, rzeki stały się możliwe do przebycia i gdy nareszcie mogłem ruszyć w stronę siedzib ludzkich drogą, którą wskazał mi Iwan.

Z wielką ostrożnością przyszedłem do małej, zaginionej w lesie wsi, Siwkowej, i zatrzymałem się u syberyjskiego chłopa Tropowa.

Gdy teraz robię obrachunek ze wszystkiego, co zaszło ze mną podczas mego samotnego życia w syberyjskiej tajdze, dochodzę do takich wniosków.

W każdym kulturalnym człowieku, wówczas gdy zachodzi konieczność surowej walki o byt, może odrodzić się pierwotny człowiek – myśliwy i wojownik, który dopomaga mu w walce z naturą.

W tem jest przewaga człowieka kulturalnego nad niekulturalnym, który nie posiada dostatecznej wiedzy i siły woli do prowadzenia zwycięskiej walki.

Lecz zarazem przyszedłem do przekonania, że nie ma nic potworniejszego dla człowieka kulturalnego, nad całkowite osamotnienie i przekonanie, że jest zupełnie odcięty od świata, ludzi i warunków kulturalnego, w znaczeniu moralnem życia. Jeden krok, jedna chwila bezsilności woli – a nastąpi ponury szał, który opanuje mózg i wolę i doprowadzi człowieka do nieuniknionej zguby.

Przeżyłem straszliwe dni walki z chłodem i głodem, lecz stokrotnie straszniejsza była walka z zabijającemi moją wolę myślami! Wspomnienia o tych dniach wstrząsają mem sercem i mózgiem.

 

Zuchwały plan

Pobyt mój we wsi Siwkowej nie trwał długo, jednak zdążyłem wyzyskać go jak najlepiej.

Najpierw udało mi się posłać godnego zaufania człowieka do miasta, skąd znajomi przysłali mi pieniędzy, bieliznę, buty, trochę niezbędnych lekarstw, ubranie, a co najważniejsze, fałszywy paszport na inne nazwisko, które pozwoliło mi osobiście umrzeć dla bolszewików; powtóre zdążyłem, w mniej lub więcej spokojnej atmosferze, w gościnnym domu Tropowa, ułożyć plan mojej dalszej włóczęgi.

Do Siwkowej doszły wiadomości, że wkrótce po spłynięciu lodu na Jeniseju, mają tu zjechać bolszewiccy urzędnicy w celu rekwizycji bydła u włościan dla czerwonej armji. Zostawać tu było niepodobieństwem, i oczekiwałem tylko chwili, gdy Jenisej połamie i zaniesie do Oceanu swoje kajdany z loda i gdy można będzie popłynąć czółnem.

Wyleczyłem z tyfusu plamistego jednego z miejscowych chłopów i ten podjął się odwieźć mię o 90 kilometrów na południe do jakiejś, porzuconej oddawna, kopalni złota.

W różnych miejscach Jeniseju lód już popękał, lecz wogóle rzeka była jeszcze prawie cała pod potężną korą lodową. Pewnego poranka usłyszałem ogłuszający huk lodu i szum wyrywającej się z uwięzi wody. Wybiegłem na brzeg Jeniseju i ujrzałem groźny, lecz wspaniały obraz walki żywiołów.

Jenisej pod parciem dawno już płynącego od południa lodu, poczynił z niego w kilku miejscach olbrzymie tamy, które podniosły poziom wody w łożysku pośród skał. Teraz woda zrywała te tamy z hukiem i trzaskiem i niosła całe pola lodowe na północ, ku Oceanowi Lodowatemu.

Jenisej, "ojciec Jenisej", jest jedną z największych i najdłuższych rzek Azji, bardzo głęboką, lecz ściśniętą w całej środkowej części łożyska wysokiemi, skalistemi brzegami. Olbrzymi potok wody unosił teraz całe mile pól lodowych, krusząc je na wystających z wody skałach, lub około przylądków wrzynających się daleko w rzekę, kręcąc z gniewnym szumem i pluskiem wielkie kry; płynęły czarne drogi, które ciągnęły się wzdłuż zamarzniętej rzeki, wybudowane na lodzie szałasy dla podróżników, jadących z towarami z Minusińska do Krasnojarska.

Czasami rzeka stawała, i wtedy gromadziły się stosy kry, tworząc wały i ściany, co chwila opadające i znowu wznoszące się do góry. Woda wzbierała coraz wyżej i wyżej, znosząc całe warstwy ziemi wraz z drzewami i krzakami, zrzucając do rzeki wielkie odłamy skał i pozostawiając na brzegu olbrzymie tafle niebieskiego lodu. Pod parciem wody te tamy padały z łoskotem, a kra mknęła z podwójną szybkością, krusząc się i rozbijając z brzękiem tłuczonego szkła.

Na zakrętach rzeki i około skał panował chaos, przejmujący grozą.