Goniec

Register Login

Lektura Gońca (546)

sobota, 08 czerwiec 2013 23:07

Wojna i sezon [29]

Napisane przez

Zaraz po zgaszeniu światła zaczął imitować Guzika, tj. kręcić się na krześle i "nerwowo" ściskać palce sąsiadek, a równocześnie – bardzo powoli – niby to poprawiając zdrętwiałe członki, zbliżać ręce ku środkowi. Gdy w pewnej chwili ręce jego dotknęły się, reszta była dziełem niespodzianie łatwym. Po prostu zaczepił mały palec sąsiadki z lewej strony o mały palec sąsiadki z prawej i – miał obie ręce wolne. Uwolnił się z "łańcucha" nie wzbudziwszy najmniejszego podejrzenia sąsiadek.

Co tam wyprawiał w ciemności, mając wolne ręce, to rzecz drugorzędna. Tyle tylko, że nie mając w kieszeni żadnego preparatu fosforyzującego, nie mógł zademonstrować guzikowych kulek zielonych. Gdy po paru histerycznych piskach zapalono światło, Tadeusz lojalnie przyznał się do kawału. Ale nikt mu jakoś nie wierzył. Nie uwierzył, gdy napisał i rozesłał (anonimowo) w kopiach uczestnikom seansu wierszyk tej treści:

Gdy umrę, duch mój wolny od ziemskich kłopotów
Poleci tam, gdzie w mrocznej ciszy nad stolikiem
Czeka mnie pół tuzina skupionych idiotów,
Zgromadzonych pobożnie na seans z Guzikiem.
Będę im dmuchał w oczy i szczypać w siedzenia,
Aż ich spirytystyczne przejdzie na wskroś mrowie
I poczują mistyczny lęk. Na zakończenie
Będę ich bił kolejno czymś twardym po głowie.

Albowiem był to okres wytężonej twórczości poetyckiej Tadeusza Ipohorskiego-Irteńskiego. Niestety prawie wszystkie poezje jego uległy zniszczeniu i zapomnieniu. Tadeusz zachował w pamięci i podyktował mi tylko jeden jeszcze wiersz, jako wiernie oddający jego filozofię i nastroje w okresie przełomowym między pierwszą i drugą młodością.

 

OTRZĄSANIE GRUSZEK

Już się nie łudzę, nie trwożę, nie zwierzam.
Nic nie chcę widzieć dalej swego nosa.
Pod gruszą leżę, nogą w pień uderzam,
Otrząsam gruszki i ćmię papierosa.
Że tam coś kiedyś, lub że tam ktoś komu,
Że komuś szczęście skradł los, ułud złodziej,
I ktoś strychniny zażył zamiast bromu
A cóż to wszystko mnie w gruncie obchodzi!
Tak mi daleka "wieczysta kobiecość"!
Już na myśl o niej diabli mnie nie biorą.
Patrzę jak niebo przez liście prześwieca,
Jak słońce w trawie gra złocistą morq.
Jaszczurka z trawy wygląda ciekawie.
Ślimak na ścieżce wystawia mi różki.
Pod gruszą leżę, ze słońcem rozmawiam,
Ćmię papierosa i otrząsam gruszki.
Westchnieniem kosmos wciągnąłem dziś w płuca.
Paryż, Warszawa. Pińsk czy Saragossa?
To nie gra roli! Ze słońcem się kłócę,
Otrząsam gruszki i ćmię papierosa.

W lipcu 1924 Tadeusz Irteński dostał list od pana Włodzimierza Dworakowskiego, obecnie naczelnika wydziału bezpieczeństwa w Urzędzie Delegata Rządu w Wilnie. (Delegatem rządu był pan Walery Roman). Pan Dworakowski proponował mu stanowisko kierownika oddziału w 6. stopniu służbowym. Miał do wyboru: albo długie lata aplikacji adwokackiej w nasyconej adwokatami Warszawie, albo stanowisko kierownicze z perspektywą pięknej kariery administracyjnej. Zgodził się bez namysłu.

Opuścił Warszawę bez żalu, zwłaszcza że do Wilna miał dawny sentyment. Pierwszego dnia w Wilnie, po męczących wizytach urzędowych i prywatnych wrócił po wczesnym obiedzie do Hotelu Europejskiego, zdjął marynarkę i wyciągnął się na łóżku, aby się trochę zdrzemnąć. Było gorące popołudnie sierpniowe. Otwarte okna numeru wychodziły na dziedziniec.

Z dziedzińca dolatywały jakieś krzyki.

– Powiedz dla jego, żeby był cicho! – irytował się z góry śpiewny głos kobiecy. A z dołu głos chłopięcy – też śpiewny – powtarzał półgłosem.

– G.... nieszczęsne! g.... nieszczęsne!

"Litwo, ojczyzno moja" – pomyślał Tadeusz, zasypiając.

 

Rozdział XVII

DUCH STAREGO WILNA

Tadeusz był po raz pierwszy w Wilnie latem roku 1910 na ślubie wuja Mariana Prębskiego z panną Zofią Kiersnowską. Później przelotnie – przy Niemcach – uciekając z Mińska w grudniu 1918. Po czternastu latach Wilno zmieniło się o tyle, że na rogach stali nie stójkowi w białych letnich kitlach, ale policjanci w granatowych mundurach i że szyldy i napisy były polskie.

Poza tym zewnętrznie miasto mało się zmieniło. Po staremu na najbardziej reprezentacyjnym odcinku prospektu Świętojerskiego – obecnie ulicy Mickiewicza – klekotały klawisze chodnika drewnianego. Po staremu na szczycie Góry Zamkowej stała rosyjska "kałancza" – tyle tylko, że nie było strzału armatniego w południe, i z baszty, która dopiero w dziesięć lat później została rekonstruowana i na cześć konserwatora wileńskiego nazwana żartobliwie "basztą Lorenza", powiewał dwubarwny sztandar polski.

Po staremu latem chodziło się na obiad do lokalu letniego Klubu szlacheckiego u podnóża Góry Trzykrzyskiej, którą starzy wilnianie dawnym nawykiem nazywali Górą Klubową. Jeszcze ucywilizowani Żydzi wileńscy używali w miejscach publicznych – z pewną nawet ostentacją – języka rosyjskiego, a ulicznicy pod wpływem znajomości rosyjskiej litery "x" z odpowiednich napisów na płotach nazwę kina "Lux" wymawiali "luch".

Trwał duch starego Wilna. Na straży tego ducha stał pan Czesław Jankowski. W swych ciętych, brylantowym piórem pisanych felietonach w "Słowie" potrafił lekką drwiną uciąć macki podstępnie podpełzającej hydrze obcych Wilnu naleciałości – przeważnie importowanych i z pieczątką "made in Galilee". A macki te starały się wśliznąć wszędzie: do urzędów, do prasy, do teatru, do towarzystw kulturalnych i społecznych.

On to m.in. prowadził zacięty bój przeciwko idiotycznej nazwie "Kaziuk" zamiast "św. Kazimierz". Następcy jego – czy miał zresztą następców? – bój ten przegrali wskutek "kresowej" indolencji.

Na straży ducha starego Wilna stał też pan Ferdynand Ruszczyc, który już był spoczął na laurach jako wielki malarz impresjonistyczny, a obecnie poświęcał cały swój czas pracy naukowej i kulturalnej. Był dziekanem wydziału sztuki na uniwersytecie wileńskim, a jednocześnie "otwierał oczy naprzód wilnianom, później Polsce, potem zagranicy na piękno Wilna".

Z konferencji debatującej nad kolorami, na jakie mają być pomalowane nowe autobusy wileńskie, biegnie, by oprowadzać po Wilnie gości zagra- nicznych – Francuzów, Anglików czy Węgrów – i objaśniać im "zaklęte w kamieniu" misterium wnętrza kościoła św. Piotra i Pawła na Antokolu: objaśniać, np. dlaczego z jednej strony nawy stoi figura konającego św. Sebastiana, a na ukos z drugiej strony patrzy na niego, zasłaniając dłonią czoło od słońca, żołnierz rzymski w hełmie. Sarkano, że się "rozmienia na drobne". On słyszy te sarkania i tylko uśmiecha się dobrodusznie, bo wie, że sprawuje w Wilnie "dyktaturę artystyczną" i że znaczenie tej dyktatury to rzecz ważniejsza, niż namalowanie jeszcze paru obrazków, które – kto wie – może już nie obudzą takiego zachwytu, jak młodzieńcze, na swoje czasy rewolucyjne "Nec mergitur" lub "Ballada".

Duch starego Wilna wciąż trwa, ale dużo rzeczy odeszło, by już nigdy nie wrócić. Przed wojną Wilno huczało w karnawale od najautentyczniejszych balów arystokratycznych. Niekoronowaną królową karnawałów wileńskich była Klementyna z Potockich Tyszkiewiczowa, ordynatowa na Birżach, rezydująca w pałacu na rogu Nadbrzeżnej i Antokolskiej, który później mieścił bibliotekę Wróblewskich. Pani Klementyna słynęła z bardzo wysokiego wzrostu i wspaniałych toalet, które po karnawale sprzedawała pani Sorze Kłok słynącej jeszcze za czasów Tadeusza ze sprzedaży "resztek" i innych drobnych artykułów damskich. Historia zanotowała taką anegdotę o jednej z tych transakcji. Pani Sora Kłok zobaczywszy piękną suknię zaczęła cmokać z zachwytu:

– Pani hrabino, pani hrabino, ale kto to kupi, kto...

– No może jakaś dmimondenka – odpowiada pani Klementyna.

– Kto taki, kto? Może pani hrabina da adres.

– Ach Boże, no może jakaś kokota...

– Kokota? Kto to taki? Może adres...

– No może jakaś kurwa – mówi zrozumialej hrabina.

Pani Sora Kłok podniosła oczy na wyższą od niej o dwie głowy panią Klementynę:

– Ale gdzie taką kurwę jak pani hrabina znaleźć! – powiedziała z westchnieniem.

"Drugą" królową karnawałów była księżna Michałowa Ogińska, mająca piękny pałacyk na Świętojerskim zaułku. Podczas okupacji niemieckiej odwiedził ją w tym pałacyku Wilhelm II. Za czasów Tadeusza pałacyk ten był już własnością Banku Gospodarstwa Krajowego.

Otóż te wszystkie bale prywatne, wszystkie te "Achy", o których wspomniałem w "Dzieciństwie i młodości Tadeusza Irteńskiego", należały już do przeszłości. Szlachta utytułowana albo bawiła się gdzie indziej, albo siedziała po swych majątkach. Do Wilna wpadała głównie w interesach, zatrzymując się albo w hotelu, albo u znajomych, albo – rzadziej – we własnym pied-terre. Ponieważ żadne większe miasto nie może istnieć bez śmietanki towarzyskiej, przeto surogatem arystokracji stały się domy Bohdanowiczów, Mohlów, Kognowickich, Klottów, Łęskich, Chomińskich oraz pani z Jeleńskich Mieczysławowej Jeleńskiej zwanej "papieżycą".

Ale z biegiem lat i te domy zostały – jak to wykażę w dalszym ciągu tej kroniki – odsunięte w cień: w przededniu drugiej wojny światowej Wilno było już miastem w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach zurzędniczonym i "zmilitaryzowanym".

Echem dawnych chyba czasów była też religijność towarzystwa wileńskiego – przynajmniej jeżeli chodzi o formy zewnętrzne. Tadeusz aż zaniemówił, gdy go pewna przystojna panienka wileńska spytała znienacka:

– W jakim kościele był pan w niedzielę na mszy świętej?

Trochę później ta sama panienka bardzo się zmartwiła, gdy się dowie-działa, że Tadeusz nie chodzi do spowiedzi i komunii. Tego rodzaju pytania i zmartwienia były w Mińsku nie do pomyślenia. Osiadłszy jednak w Wilnie, jako w przybranej ojczyźnie, Tadeusz musiał jakoś się dostroić do miejscowych obyczajów. Załatwił sprawę kompromisowo: wzorem innych młodzieńców wileńskich przychodził co niedzielę o wpół do dwunastej pod barokowy kościółek św. Jerzego, gdzie się odbywały późne msze dla socjety wileńskiej i na placyku przed kościołem robił z przyjaciółmi przegląd pań i panienek wychodzących ze świątyni.

Duch tradycji i zacofania ścierał się z nowymi prądami. Z wizytami wciąż chodzono w żakietach ze spodniami w prążki, choć na zachodzie strój ten już od szeregu lat został zachowany tylko w służbie dyplomatycznej. Znikły wielkie bale prywatne, ale odbywały się wielkie bale publiczne: bal pod hasłem "Chleb głodnym dzieciom" zwany popularnie balem wojewódzkim, odbywał się bowiem w salach pałacu Rzeczypospolitej, tego samego pałacu, gdzie ongi stawał Aleksander I i Napoleon I, a potem mieszkał Murawjow i gubernatorzy wileńscy. Albo bal morski na rzecz Ligi Morskiej, Rzecznej
i Kolonialnej. Odbywały się rzecz jasna prywatne wieczorki tańcujące.

Ale na balach i balikach dominowały po staremu dwa tańce – walc i mazur.

Shimmy i one-step stawiały pierwsze nieśmiałe kroki, przy czym tańczono je z fantazją, tj. z figurami. Jak powiadali chłopi białoruscy: "Ciapier pany usio tańcujuć tolki dwa tancy – szmiaju i ustemp". Na tango długo krzywiono się, jako na taniec nieprzyzwoity. Gdy Tadeusz zatańczył tango na balu morskim z przystojną aktoreczką z "Lutni", towarzyszyły im zaledwie trzy czy cztery pary, a panienka, której wtedy asystował, oburzyła się do tego stopnia, że opuściła ostentacyjnie bal – śmiertelnie obrażona.

Latem wyruszano parostatkiem na plaże nadwilejskie – do Wołokumpi lub do Werek. Tadeusz napisał w "Słowie" cały felieton o plażach podwileńskich zaczynający się od słów: "Wenecja ma Lido, Wilno ma Wołokumpię". Mówił w nim, że Wołokumpia stanowi "płuca Wilna" i że plażowanie wywiera zbawienny wpływ na ogólną higienę i czystość. Istotnie nie wypada przecie przyjeżdżać na plażę z brudnymi nogami. Myło się więc nogi, a za jednym zamachem całe ciało. Woda bieżąca i wanny zjawiły się nawet w takich mieszkaniach, gdzie inne wygody były, jak za czasów filareckich, wynoszone.

sobota, 01 czerwiec 2013 22:30

Wojna i sezon [28]

Napisane przez

Leżała odwrócona do ściany z rozrzuconą fryzurą puszysto-hebanowych włosów na poduszce.

Zsunięta kołdra odsłaniała gładkie jak kość słoniowa ramię z jaśniejszą plamką szczepienia ospy. Spała cicho jak dziecko. Ileż to lat właściwie?... Zaczął przypominać.

Poznał ją w Witebsku w roku 1915, gdy wracał z Sokorowa do Mińska. Miała tę samą co dziś hebanowo-puszystą fryzurę i – cztery lata. Miała niezwykle poważne oczy i trochę krępujący zwyczaj długiego, badawczego przyglądania się gościom. Nie uśmiechnęła się ani razu. Może instynktem dziecinnym coś przeczuła? Może po prostu zauważyła, że gdy wbiegła do pokoju, gość zbyt pośpiesznie odsunął się od jej matki. A wyszła bez słowa i widocznie obrażona, gdy matka poskarżyła mu się z uśmiechem, że ma z nią kłopot, bo wszystkim lalkom powyrywała zęby, bawiąc się w dentystę.

Byłby zapomniał o tym spotkaniu, gdyby nie ta zabawa w dentystę.

Przypominał o niej nieraz z uśmiechem: i w Petersburgu, i w Baćkowie, i na wygnaniu w Warszawie. Potem drogi ich rozeszły się na długo, choć żyli "obok", bo należeli do jednego – klanu. Spotkał ją po raz drugi, gdy miała już lat siedemnaście.

Nie poznałby ani jej, ani matki. Matka była starszą panią ze smutnym uśmiechem czarnych oczu w siatce drobnych zmarszczek. Ona... O tym drugim spotkaniu pamiętał lepiej i dłużej. Nieraz później budziło w nim skomplikowaną refleksję: od mimowolnego uczucia zadowolenia do uczucia wstydu. I chociaż właściwie nic między nimi wtedy nie "zaszło", wspomnienie tego wieczoru sierpniowego miało się utrwalić w pamięci jak ostre zdjęcie fotograficzne.

Prześliczny front pałacyku barokowego. Front ten był już zresztą tylko dekoracją, bo za złudną fasadą kryła się bieda, czy może indolencja – "kresowa". Pokoje ze zbieraniną starych mebli i pokoje zupełnie puste z zabitymi na głucho oknami. Dziurawe podłogi i gołe ściany. W wielkiej sali z chórami, z których według legendy po raz ostatni za życia kompozytora rozbrzmiewał jękliwie minorowy polonez, pachniało suszącym się majerankiem. Na werandzie brakowało kilku desek i poręczy.

Ale park był prześliczny. Może dlatego prześliczny, że zupełnie dziki i zapuszczony. Otulone dżunglą podszycia i paproci olbrzymie klomby starych
sosen, jaworów i lip rosły na łagodnej pochyłości nad wilgotnym parowem rzeczki Naroczy. W głuchą noc sierpniową, gdy przez potężne łapy starej sosny przeświecało siedem srebrnych gwoździ Wielkiej Niedźwiedzicy, nawet ludzie najbardziej dalecy od romantycznych nastrojów chętnie dawali wiarę mętnym legendom, że z parkiem tym związana jest jakaś ponura tajemnica.

Nie pamiętał dobrze, w jaki sposób znaleźli się sami na werandzie. Czarna głąb parku tchnęła wilgotnym zapachem traw po przedwieczornym deszczu. Bliżej przeświecały kwiaty lewkonii. Bez słowa przycisnął jej ramię do piersi, a usta zanurzył w puszystą strzechę włosów. Potem prześlizgnąwszy się przez gorące ucho i gładki policzek zatrzymał się dłużej na rozchylonych, trochę chłodnych wargach. Ręką przez cienką tkaninę bluzki pieścił okrągłą, dobrze rozwiniętą pierś. Było coś rozbrajającego w tym, że nie czuł zapachu ani perfum, ani szminki, ani pudru. Nic – tylko jakby idącą z tego parku woń świeżych jabłek.

Nie zamienili ani słowa. Wkrótce potem z domu dobiegły głosy i wrócili do towarzystwa. Nic więcej się nie stało. Potem drogi ich znów się rozeszły.
Na bardzo długo. Dowiedział się po paru latach, że wychodzi za mąż i nawet posłał telegram. Potem powiedziano mu, już tu w Anglii, że mąż jej zginął w Katyniu, a ją z córeczką wywieziono do Rosji.

Wcześnie było jeszcze, ale nie mógł zasnąć. Ona wciąż spała cicho jak dziecko. Więc dalej rozmyślał o mechanice losów ludzkich i mechanice miłości. Nić myśli rwała się, a chciało mu się połączyć wszystko w jakiś związek logiczny. Wydawało mu się – zapewne pod wpływem porannego ataku neurastenii – że całe przyszłe szczęście zależy od "prawidłowego" rozwiązania tej zagadki.

Kiedy się zaczęło? Wtedy, kiedy miała cztery lata i bawiła się z lalką w dentystę? Czy w tamtą noc sierpniową w pięknym i ponurym parku nad wąwozem Naroczy? Czy może wprost – wczoraj? I co zdecydowało, że cykl rozpoczęty trzydzieści lat temu w "bieżeńskim" mieszkaniu w Witebsku zamknął się tej nocy w brudnym pokoiku w pobliżu Russell Square w Londynie?

Różowa plama stanika na zielonym tle battle-dressu wciąż mimo woli przyciągała wzrok. Była w tym widoku i odrobina komizmu, i coś bardzo smutnego – jakby jakiś symbol, którego znaczenie starał się na próżno rozwiązać.

W pokoju było coraz widniej. Obrócił się ostrożnie, aby jej nie zbudzić, i oparty na łokciu przyglądał się. Przeszła Rosję, Buzułuk, Teheran, śmierć córeczki, śmierć męża. I ani jednego siwego włosa w puszystej fryzurze, ani jednej skazy na kości słoniowej ramienia. Uśmiechnął się z pewnym rozczuleniem. (Uczucie dobrze znane mężczyznom w wiadomych okolicznościach).

Zagadka mechaniki miłosnej wciąż go dręczyła. Przypadek? Był już za stary, aby wierzyć w przypadek. Może wspomnienie lepszych czasów? Zwykła ciekawość seksualna? Czy może jedna więcej kolejka whisky w Monico na Piccadilly? Czy może ów tajemniczy zew krwi – ów trudno uchwytny, trudny do zdefiniowania, niemniej zawsze obecny – instynkt klanu?

Wybiegliśmy jednak zbyt daleko w przyszłość. Skręćmy więc kierownicę maszyny czasu o 180 stopni i wracajmy do Warszawy roku 1924.
Dwa lata pobytu Tadeusza w Warszawie po jednorocznym poście w Brześciu były bardzo bogate w przejścia zarówno osobiste, jak ogólnokrajowe.

Skończył, jak wiemy, studia prawnicze i pożegnał się z pierwszą młodością. Ze studiów tych miał na całe życie zapamiętać: cętki na twarzy profesora Koschembar-Łyskowskiego; co to jest negotiorum gestio (bo na ten temat egzaminował go profesor Lutostański) oraz – z dziejów doktryn ekonomicznych – że Malthus ze swoją teorią grożącej światu katastrofy przeludnienia był starym durniem.

Sprawy de publicis mniej go przejmowały, ale pod wpływem mieszczańskiej atmosfery warszawskiej zatrutej miazmami endecji zaczął chwiać się i w swych sympatiach politycznych skłaniać – o zgrozo! – ku endecji.

Te fatalne tendencje podtrzymał w nim dwumiesięczny pobyt w Kielecczyźnie, której ziemiaństwo, choć może ściśle mówiąc nieendeckie, nie lubiło Piłsudskiego. Dopiero pobyt w Wilnie i zetknięcie się ze światem ludzi rozumnych w rodzaju Czesława Jankowskiego, Kazimierza Okulicza, Stanisława Mackiewicza, Michała Obiezierskiego wyleczyło go ostatecznie ze skłonności endeckich.

Dopiero w Wilnie osiągnął pełną dojrzałość umysłową i zrozumiał, że endecja to nie program polityczny, a pewien uraz mózgowy.

Podkreślam jednak, że sprawy publiczne nigdy – ani wtenczas, ani potem – nie wzruszały głębiej Tadeusza. Dwuletni pobyt w Warszawie był pasmem zabaw, miłostek i przygód z krótkimi przerwami na studia przed egzaminami. Były pijaństwa, były dancingi. A gdy nadeszły dni ciepłe, zaczęło się plażowanie przy szkole pływackiej Kozłowskiego za mostem Kierbedzia. Moda plażowania zakwitła nagle latem 1923 roku i odtąd rozpoczął się jej zwycięski pochód po piaskach nadwiślańskich, nadniemeńskich i nadwilejskich. Znikły prawie zupełnie pełne męskie kostiumy kąpielowe: zjawiły się spodenki. Panie i panienki, których matki i babki plażowały po Ostendach w bufiastych bluzkach z rękawami i bufiastych majtkach przewiązanych w kostce, dziś opalały się na miedziany brąz lub na różowy bąbel, pieszcząc wzrok krągłością gołych ramion, łagodnym wzniesieniem gołych łydek i półkulami pośladków obciągniętych cienką tkaniną. A obok zgrabnych warszawianek opalał grzeszne cielsko Melchior Wańkowicz, wonczas naczelnik wydziału prasowego w ministerium spraw wewnętrznych.

Tadeusz leczył zęby u pana Przybylskiego na Wareckiej. Pan Przybylski był dla szczęk utytułowanej szlachty tym, czym dla jej klejnotów rodowych
jest pan Szymon Konarski. Pan Przybylski leczył szlachtę nieutytułowaną lub nieszlachtę tylko z łaski, zawsze podkreślając, że właśnie przed chwilą
siedział u niego w gabinecie na fotelu Sobański, Grocholski, Potocki, Czetwertyński.

Tadeusz zapamiętał pana Przybylskiego dzięki małej rozmowie na temat literacki. Był to okres wielkiego powodzenia "Na ustach grzechu" Magdaleny Samozwaniec. Tadeusz zapytał dentystę, czy czytał tę książkę.

Pan Przybylski skrzywił się:

– Czytałem... I uważam, że ta powieść nie bardzo się udała autorce. Gdzie ona widziała taką arystokrację?! I sytuacje zupełnie nieprawdo-
podobne.

Uwaga ciekawa w ustach człowieka, który wiercił w zębach autentycznym ordynatom Michorowskim.

Tadeusz utrzymywał stały i ścisły kontakt z Sewerynowem. Zaprzyjaźnił się tam z panem Zygmuntem Goldwasserem – kto wie: może krewnym
kandydata na prezydenta Stanów Zjednoczonych pana Barry Goldwatera?

Pan Zygmunt był dość rzadkim przykładem Żyda pechowca. Żaden interes mu się nie udawał. Z pozycji właściciela dochodowej kamieniczki spadł do funkcji skromnego faktora. Poza tym był uczciwy, sumienny i bardzo do swych przyjaciół na Sewerynowie przywiązany. Raz tylko poskarżył się Tadeuszowi na Rudego, któremu pożyczył jakąś drobną sumę. Rudy nie tylko długo mu nie oddawał, ale na błagalne przypomnienia pana Goldwassera odpowiadał dwuwierszem:

Panie Zygmuncie,
Na tę sprawę pluńcie!

Od czasu do czasu Tadeusz bywał na seansach spirytystycznych z udziałem pana Guzika. Guzik był w latach 1919–1924 najpopularniejszą postacią
w stolicy. Salony, saloniki i po prostu domy wyrywały go sobie. Miał ściśle wypełnione godziny wieczorne na kilka tygodni z góry. Trudniej było o seans z Guzikiem, niż o wizytę u dentysty Przybylskiego. Tadeusz trafił na swój pierwszy seans z Guzikiem dość późno, gdy gwiazda słynnego medium zaczęła zachodzić i gdy coraz częściej przebąkiwano o jego zdemaskowaniu. Tadeusza, jako "niedowiarka", posadzono tuż obok Guzika.

Zgaszono światła i zamknięto łańcuch polegający, jak wiadomo, na tym, że ręce trzyma się na stole i że są one połączone przez zaczepienie małych palców o małe palce sąsiada. Mały palec prawej ręki Tadeusza ściskał mały palec lewej ręki Guzika. Od razu zastanowiło Tadeusza, że Guzik, który
przepisowo winien był zapaść w sen kataleptyczny, ciągle kręcił się w fotelu i że jego mały palec bez przerwy miętosił i ciągnął mały palec Tadeusza.
Ten starał się trzymać dłoń mocno na stole i nie ulegać ruchom palca Guzika. Ale w pewnej chwili Guzik szepnął: – Niech pan nie ściska tak mocno...

Tadeusz uległ przez grzeczność i czuł, jak jego ręka powoli ślizga się po stole w kierunku medium... Wkrótce zaczęły się "cuda". Przez atmosferę nagrzanego salonu raz i drugi przeszedł powiew. A potem Tadeusz ujrzał przed oczami coś, co wyobraźnia spirytystyczna nazwałaby zapewne twarzą jakiejś zjawy. Były to dwie kulki zielonkawo-fosforyzujące.

– Oho – powiedział półgłosem bez specjalnej ironii, ale i bez trwogi.

Został natychmiast ukarany, gdyż jedna z zielonkawych kulek puknęła go dość mocno w czoło. Siedział dalej cicho, czekając następnych wydarzeń.

Zielone kulki oraz jakieś niewyraźne mgławice tegoż koloru wędrowały sobie nad stołem w prawo i lewo. Raz po raz przechodził powiew.

A w pewnej chwili coś mokrego musnęło Tadeusza po twarzy. Wreszcie Guzik oznajmił, że jest zmęczony. Seans zakończył się.

Nieraz Tadeusz zastanawiał się, czym były owe kulki zielonkawe? Czy był naprawdę świadkiem materializacji ducha, czy też po prostu jakiegoś krętactwa? Intrygowały go dwie rzeczy. Jak każdy normalny człowiek odczuwa respekt, gdy chodzi o zjawiska "nadprzyrodzone". Boi się cmentarzy w nocy, nie lubi ciemnego pokoju i – luster.

A więc dlaczego nie odczuł żadnego lęku na widok zielonkawych kulek? Dlaczego puknięcie "ręki ducha" pobudziło go raczej do śmiechu? Druga wątpliwość była poważniejsza: dlaczego Guzik tak niemiłosiernie miętosił mu palce i wyraźnie pociągał dłoń jego ku sobie?

Po długich rozmyślaniach stworzył swą własną "teorię" i postanowił wypróbować ją w praktyce. Daleki był od zamiaru demaskowania Guzika: a niech sobie buja tych, co chcą być bujani!

Szukał innej okazji i znalazł ją niebawem. Szał spirytyzmu trwał i obok "fachowych" seansów z Guzikiem odbywały się seanse amatorskie. Na jednym z takich seansów u państwa Węgłowskich na Starym Mieście posadzono Tadeusza między dwiema paniami.

sobota, 25 maj 2013 12:37

Wojna i sezon [27]

Napisane przez

Istotnie uśmiech znika nagle z twarzy Wożuja, oczy jego nabierają drapieżnego błysku, pociąga Tadeusza za rękaw. Ale Tadeusz już sam słyszy: to zbliża się z chrapliwym sykiem kaczor.

Na tle morelowej zorzy zjawia się zwinna sylwetka z zagiętymi do dołu do "lądowania" skrzydłami. Głośny plusk i kaczor już jest na wodzie. Już zbliża się powoli do oniemiałej z wrażenia krykuchy. Tadeusz ostrożnie podnosi strzelbę, lawirując lufą wśród bezlistnych prętów łozy. Pada piorun i to, co
było przed chwilą żywym kształtem ze szmaragdowym łebkiem, srebrną piersią i agatowymi paciorkami oczu, teraz trzepocze się w przedśmiertnej agonii na chłodnej tafli rozlewiska.

Do południa odbyli coś pięć czy sześć podobnych zasadzek w krzakach łozy. Wreszcie krykucha, czy to z nadmiaru przeżytych emocji, czy może z głodu lub senności milknie zupełnie. A może zziębły jej łapki, bo skoczyła na suchy krążek palika i siedzi nieruchomo. Lecz Wożuj ma sposób i na taki wypadek.

– Teraz będziemy wabić cyranki – mówi. Krykucha wędruje do kosza, a na jej miejsce Wożuj puszcza na wodę drewnianego bałwanka – cyrankę samicę. Właśnie gdzieś niedaleko rozlega się charakterystyczny, podobny do trzasku kastanietów, głos godowy samca cyranki. Wożuj przykłada do ust wabik misternie zrobiony z mosiężnej łuski naboju karabinowego. Trzask rozlega się bliżej i po chwili zatoczywszy nad łozą błyskawicznie szybkie półkole piękny brązowogłowy kaczorek siada na wodę.

Później – po krótkim odpoczynku na śniadanie – łowy odbywają się dalej.

Czasem Wożuj puszcza na wodę i krykuchę, i bałwanka i w miarę okoliczności albo wabi cyranki, albo, gdy w oddali odezwie się syk kaczora-krzyżówki, a krykucha się nie odzywa, przykłada do ust inny wabik. W tym wypadku krykucha gra rolę żywego bałwanka. Potem przychodzą chwile jeszcze bardziej emocjonujące. Oto na głos krykuchy nadlatuje piękny, wysmukły, z ostro zakończonymi skrzydłami i długim ogonem kaczor-rożeniec. Potem przylatują kolejno: gągoł, podgorzałka, świstun... Ranne polowanie ma się ku końcowi. Płyną na Holczę. Pięknie jest na wodnej przestrzeni.

Gdzie spojrzeć – uśmiechnięta w słońcu srebrna tafla wód; smugi różowobrązowych łozowisk; samotne stogi na przemyślnych
rusztowaniach. W jasnym błękicie to ciężko ważą się, to spadają lotem nurkowym orły i myszołowy, gołębiarze i krogulce, sokoły i błotniaki.

Gdy w Kew Gardens pod Londynem i w Kalifornii kwitną rododendrony, na rozlewiskach Bobryka, w miejscach, z których woda już częściowo ustąpiła, zakwitają kaczeńce – dywanami złota i zieleni na przestrzeni nieraz po kilkanaście hektarów. Do polifonii głosów godowych ptactwa dołącza się polifonia barw i woni. Pachnie pęczniejące listowie łóz i brzózek. I pachną kaczeńce. Kaczeniec jest kwiatem pojedynczo bezwonnym, lecz w złotej masie przynosi ciepły powiew delikatnej i miłej woni.

Zarośla łozowe zagęszczają się. Szerokie rozlewisko zmienia się w labirynt korytarzy wodnych wśród zwartych łozowisk, z których od czasu do czasu wyrywa się z łoskotem skrzydeł kaczor. Wykwita plamą kolorową na szarobrązowym tle łóz i odlatuje, ginąc w błękicie. Labirynt łóz kończy się.
W nozdrza dyszące w ciągu kilku godzin czystym powietrzem przestrzeni wodnej, uderza zapach dymu Holcza.

Holcza jest niewielkim jeziorem, przez które przepływa Bobryk w swej drodze do Prypeci. W porze wiosennego rozlewu powierzchnia jeziora jest zrównana z powierzchnią pozostałych wód wezbranych i tylko równo ucięta ściana łóz wskazuje linię, gdzie się kończy jezioro, a zaczyna dżungla poleska. O tej porze roku jedynym suchym punktem na Holczy jest maleńki wzgórek, na którym stoi mała chatka kurna, tzw. kureń.

Kureń na Holczy! Iluż znakomitych myśliwych nocowało w nim po kilka nocy z rzędu! Szlachta utytułowana i nieutytułowana, korpus dyplomatyczny, generalicja, dziennikarze – polscy, angielscy, włoscy i amerykańscy – powieściopisarze, malarze i poeci... Kogo nie gościły uwędzone ściany holczańskiego kurenia! I któż z nich nie śpiewał entuzjastycznych peanów na cześć Holczy i jej uroczej właścicielki! Kto nie wpisywał jej do albumu (łącznie z autorem tej kroniki) mniej lub bardziej okropnych banałów!

W Tadeusza i moich wspomnieniach kureń na Holczy kojarzy się zawsze z osobą Kamila Mackiewicza, znakomitego malarza i karykaturzysty, tak przedwcześnie i tak tragicznie zmarłego w roku 1931. Kamil Mackiewicz przeszedł do historii malarstwa polskiego i pozostanie w niej na zawsze jako wzór samorodnego, bujnego i wielkiego talentu. Lecz miał Kamil jeszcze jeden dar, który niestety zabrał ze sobą do grobu, a który zniknie bez śladu ze śmiercią tych, co go znali. Tym darem był niezwykły, fascynujący talent gawędziarski. Gawędy Kamilowe, niesłychane "awantury arabskie" jego opowiadań iskrzyły się klejnotami pierwszorzędnych dowcipów i powiedzonek. Ale i najprostsze, i najzwyklejsze historie wypadały w jego interpretacji "fenomenalnie". Bo wszystko u Kamila – i złe, i dobre – było "fenomenalne": o głupcu mówił "fenomenalny dureń", o smacznym bigosie "fenomenalny bigos". Jego soczysty głęboki bas po prostu czarował słuchaczy. Z zapartym oddechem słuchali go i zblazowany warszawiak, i poczciwogęby lwowiak, i chropowaty poznańczyk. Ba – nawet na czarniawej twarzy Wożuja odbijało się coś w rodzaju uśmiechu ukontentowania!

Kamil miał przyjaciół w całej Polsce. Gdy wieść o jego śmierci tragicznej rozeszła się po kraju, łzą się zaćmiło niejedno oko: od Zakopanego i Krynicy do Wilna i Porochońska, od Brasławia i Duniłowicza do Lwowa i Zaleszczyk. Ale najgłębiej i najserdeczniej odczuto zgon Kamila w dworach i dworkach rozsianych po ziemiach b. Wielkiego Księstwa Litewskiego. Wszak w ciągu ostatnich lat swego bujnego życia na tych ziemiach właśnie malował i polował. I wszak te ziemie go wydały. Był bowiem Żmudzinem, choć nic w sobie nie miał z przysłowiowego "jadu" żmudzkiego. Był rubaszny, dowcipny, lecz nie zjadliwy. Miał duszę otwartą i gest szeroki. I serce miał złote.

Jeżeli prawdą jest, że dusze zmarłych mają cokolwiek do roboty tu na ziemi, to pewien jestem, że dusza Kamila zagląda od czasu do czasu w wy-
gwieżdżone i zimne noce kwietniowe do poczerniałego od dymu kurenia na Holczy.

 

Rozdział XVI

OTRZĄSANIE GRUSZEK

Dwom przyjaciołom – każdemu z osobna – dałem do przeczytania pierwsze piętnaście rozdziałów niniejszej kroniki. Jako ludzie dobrze wychowani – pochwalili. Gdy jednak nacisnąłem prosząc o uwagi krytyczne, obaj – znów każdy z osobna, ale jak gdyby się umówili – zapytali:

– Gdzie się podział Tadeusz Irteński? – Jak to gdzie się podział? – wykrzyknąłem. – Występuje w każdym rozdziale. Razem z autorem przeżywa podniecenie pierwszych tygodni wojny. Razem z nim cierpi na "nudę tyłów". Jest naocznym świadkiem rewolucji lutowej w Petersburgu. Przechodzi pierwszy bolszewizm. Żyje pod okupacją niemiecką. Z okna Hotelu Europejskiego w Warszawie ogląda rudą czuprynę Paderewskiego. Bierze udział – sercem i myślą – w cudzie nad Wisłą...

– Nie o to chodzi. Co się stało z tak obiecująco zapowiadającym się chłopakiem, z którym nas zapoznałeś w jego "Dzieciństwie i młodości"? Już na
ławie szkolnej wykazywał skłonności i uzdolnienia w pewnym kierunku. Pierwszy rok pobytu w Petersburgu uzdolnienia te jeszcze rozwinął...

Zrozumiałem. Rozmówcom moim chodziło o życie erotyczne Tadeusza Ipohorskiego-Irteńskiego. Wyjaśniłem im, że stosuję się jak najściślej do
instrukcji mego przyjaciela.

"Pozwalam ci – powiedział – pisać historię rewolucyjnej epoki widzianą z mojego podwórka i moimi oczami, ale zastrzegam się przeciwko włączaniu do tej historii epizodów miłosnych, czy tam erotycznych. To było dobre dla dziejów psychiki smarkacza. Ale pamiętaj, że 19 lipca (starego stylu) 1914 roku

TADZIO OBIIT – NATUS EST TADEUSZ.

Jednego dnia stałem się starszy o dziesięć lat. Nie chcę powieści psychologicznej, nie chcę relacji ze skandalików lub intryg alkowianych. Wprawdzie nigdy w życiu w żadnej alkowie nie byłem i nawet nie wiem, jak alkowa wygląda, niemniej jednak – nie chcę! Chyba że...

Tu Tadeusz Irteński udzielił mi łaskawie wąskiego marginesu, z którego skwapliwie korzystam.

Pomimo że "Tadzio obiit", Tadeusz rzecz jasna nie składał ślubów czystości. Owszem – i w czasie wojny, i w okresie Polski niepodległej miał wielką
rozmaitość przygód i intryżek erotycznych. Los mu pozwolił poznać bogaty "wachlarz" kobiet: od niewiast zdeterminowanych oświadczających "miej mnie" (tj. w znaczeniu "weź mnie") do niedoświadczonych pasterek, które w chwilach miłosnej ekstazy wydawały przeciągły okrzyk "uj-uj-uj-uj".

Były kobiety o wyglądzie wampów, a naturze ckliwie sentymentalnej. Były takie, co zdawało się, że do trzech nie zliczą, a taiły w sobie cały czyściec perwersji. Zdarzały się takie, co zdobywały zmysły erotycznym blitzkriegiem, a obok nich przyjemne dla oka "cielęciny", o których mówimy, że brak im sex-appealu, a które Białorusini określają dosadniej "ni tabie siśki, ni tabie sraki". Były wreszcie takie, którym się zdawało, że są cyniczne, gdy były tylko wulgarne.

Najpełniejszą satysfakcję, uspokojenie nerwów, apetyt i dobry sen miał zawsze po stosunku z kobietą uprawiającą nierząd zawodowo, chociaż ten błogostan bywał zamącony niepokojem, czy się nie złapało "trynia", lub może jeszcze czegoś gorszego. Przygody z kobietami tzw. przyzwoitymi były z reguły źródłem niepokoju, westchnień, rozstrojów nerwowych i różnych niepożądanych komplikacji, np. pojedynków. Tadeusz wyznał mi pod wielkim sekretem, że miał aż trzy pojedynki, przy czym każdy z nich był "o kobietę". Chociaż w okresie czternastoletniego pobytu w Wilnie asysto-wał ponadto przy kilkunastu cudzych pojedynkach, prowadził kilkadziesiąt spraw honorowych i był powszechnie uznany za "speca" od tych spraw, jednak był i pozostał zdania, że pojedynek jest, jak już stwierdził Puszkin, "bojaźnią fałszywego wstydu", czyli najgłupszą instytucją pod słońcem.

Ludzie pragnący rozumowo uzasadnić pojedynek budzili w nim zawsze gorące politowanie.

Po przyjeździe z Brześcia do Warszawy Tadeusz zamieszkał z rodzicami w małym mieszkaniu na Smolnej. Na własne "pied-/-terre z wejściem nie-krępującym" – jak się ogłaszało w "Kurierze Warszawskim" – nie mógł sobie pozwolić. Musiał więc korzystać z uprzejmości przyjaciół. Czasem było to przytulne mieszkanko Kamila Mackiewicza na tejże Smolnej. Czasem pokój jednego z przyjaciół w "kurwim dołku" na Sewerynowie. Ze spotkań na Sewerynowie z kobietami przyzwoitymi zrezygnował po jednej próbie, po której nazajutrz "wszyscy" wiedzieli, kim była partnerka Tadeusza.

Szczęściem dama ta była przekonań postępowych, lubiła wygłaszać sentencje w rodzaju "mąż daje mi na chleb, a na masło dają mi jego przyjaciele", nie dbała o opinię publiczną i wiadomość, że padła ofiarą niedyskrecji członków Cempścia, przyjęła ze wzruszeniem ramion.

Tadeusz musiał jednak rozejrzeć się za innym locum. Spieszno mu było, bo się wykluwał nowy, bardzo interesujący romansik. Nie szukał długo. Księżna Wiśniowiecka, osoba starsza i wielka przyjaciółka młodzieży, wyjeżdżała na wieś i dała Tadeuszowi klucz od swego mieszkania na Hożej. Wzruszony dziękował i w nagłym przypływie skrupułów zapytał:

– Czy jednak księżna nie boi się kompromitacji, jeżeliby się rozeszło, że księżna oddaje to mieszkanie na dom schadzek?

– Nie gadaj głupstw – oburzyła się księżna – jeżeli do mnie przychodzi mężczyzna z kobietą i jeżeli ja na chwilę wyjdę z mieszkania, a oni się w międzyczasie trzepną, to ja mam za to odpowiadać?!

Tadeusz korzystał z miłego mieszkania na Hożej przez czas dłuższy bez żadnych przeszkód. Pewnego popołudnia spotkała go przykra niespodzianka: wyłączono elektryczność za nieopłacenie rachunku. Musiał biec do sklepiku po świece, które jako tako – "prowizorycznie" jak mówiła edukowana służąca księżnej – zostały w braku lichtarzy osadzone w butelkach.

A późnym wieczorem odwiedzając przyjaciół na Sewerynowie, opowiadał o swoich kłopotach ze światłem na Hożej, zachowując rzecz jasna jak najgłębszą tajemnicę co do osoby, z którą się tam spotykał.

Tegoż wieczoru mąż pytał żonę:

– Czy byłaś, Oleńko, gdzieś, gdzie nie ma elektryczności?

– Nie rozumiem pytania.

– No bo masz rękawiczki poplamione stearyną.

– Nie wiem, nie rozumiem. Może u krawcowej albo u fryzjera.

Mąż Oleńki też odwiedzał – bardzo rzadko – "kurwi dołek" na Sewerynowie. Stało się, że nazajutrz poszedł tam i stało się, że natrafił na chwilę, gdy Janek Pochwic mówił do Koka Proszyńskiego:

– Irteński ma kłopot. Wiśniowiecka nic mu nie powiedziała o rachunku za elektryczność, światło wyłączono i musiał odprawiać swe misteria przy świecach oprawionych w butelki.

Mąż Oleńki zmiarkował. Zaczął śledzić. Złapał zakochanych na gorącym uczynku. Była wielka awantura, no i pojedynek.

Były i inne przygody. Bez spazmów namiętności, bez awantur, bez pukania z pistoletów. Niemal – bez niczego. Czar i ciężar gatunkowy takich przygód potrafił ocenić w wiele – bardzo wiele lat później.

***

Obudziło go mocne bicie serca. Na razie nie mógł zrozumieć, gdzie się znajduje. Przez niedomknięty black-out – zbliżał się koniec drugiej wojny światowej – wpełzało mętne światło brudnego świtu londyńskiego. W tym świetle widział plamę na starej tapecie, niedopite wino na dnie kieliszków, czarną kawę rozlaną na spodkach. I zobaczył rzecz, która go szczególnie zastanowiła: różowy stanik na tle damskiego battle-dressu rzuconego na krzesło. Wtedy dopiero przypomniał, że nie był sam.

niedziela, 19 maj 2013 16:52

Wojna i sezon [26]

Napisane przez

Że Poleszuk nie jest ani Białorusinem, ani Ukraińcem, ale czymś pośrednim, co wprawdzie nie hoduje węży, jak to czynił Litwin starożytny, ale
za to rad słucha kazań sekciarskich i trawi sporo czasu na "poszukiwanie Boga". Że jedynym bogactwem Polesia są niezliczone setki tysięcy stogów kwaśnego siana. Że komary mogą tam obrzydzić życie najbardziej twardoskóremu przybyszowi, że żółwie spacerują swobodnie po drogach błotnistych, a w trawach i łozach czyhają jadowite żmije. Słowem – kraj biedny i smutny. O nędzy tego kraju świadczyć zdaje się przypowiastka o szlachcicu Hołocie, który dał córce w posagu "grzybów wianuszek i wjunów garnuszek".

Po przeczytaniu sentymentalno-bałamutnej "Puszczy" Weyssenhoffa, Polesie zaczęło wabić Tadeusza jako myśliwego. A zupełnie "pogodził się" z Polesiem, gdy w słoneczny dzień latem 1921 znalazł się w sercu Polesia – w Pińsku. Gdy rzucił zachwyconym okiem na piękną fasadę kolegiaty jezuickiej bielejącej na szafirze nieba, gdy zmieszał się z gwarnym tłumem na rynku, gdy z "bulwarów" nad Piną przyjrzał się rojnemu życiu na rzece i przystani – wtedy wstrząsnęło nim wrażenie bogactwa i ruchu zadające kłam legendzie o nędzy poleskiej. Zapatrzony w bezkresną dal zielonej przestrzeni za rzeką nie odczuwał już smutku, choć mu oko istotnie "ginęło w oczeretach". Wiedział, że za tymi oczeretami są puszcze bogate, że w tych puszczach przebywają łosie, rysie, dziki, a nawet niedźwiedzie.

Że rzeki, jeziora i strumienie poleskie obfitują w ryby wszelkiego gatunku. Że tak niemile zwane "błota pińskie" roją się od ptactwa wodnego:
wyniki polowań na kaczki na jesiennych "sadach" lub na wiosennych łowach z krykuchą dochodzą cyfr "astronomicznych".

Gdy Tadeusz zaczynał emocjonalnie "godzić się" z Polesiem, komunikacja łodziami na sposób wenecki nabrała w oczach jego osobliwego uroku.
Przypomniał sobie z uśmiechem legendę, że podobno w okresie wojny światowej istniała na Polesiu wieś zapomniana nie tyle przez Boga, ile przez ludzi, zapomniana do tego stopnia, że w ciągu długiego szeregu lat nie płaciła podatków i nie posyłała rekrutów do wojska. Według legendy mieszkańcy tej wsi dowiedzieli się o wojnie już po jej ukończeniu, chociaż w ciągu 3 lat front niemiecko-rosyjski biegł przez sam środek Polesia.

 

Szczęśliwa wieś!

Tadeusz miał bliżej poznać Polesie, gdy w rok później, latem 1922, Władek Czechowicz zaprosił go na kaczki do Porochońska.

Z Władkiem Tadeusz nie widział się od roku 1916, gdy razem polowali na pardwy w Sokorowie i na łosie na Wołowej Górze. Teraz Władek był żonaty z księżniczką Zofią Drucką-Lubecką, właścicielką dóbr Porochońsk, Chmielnik i Bohdanówka w powiecie pińskim. Jakie było pochodzenie nazwy Porochońsk? Zdaniem geografów nazwa pochodziła od "porochu", tj. prochu; pani Zofia, żona Władka, twierdziła jednak, że pochodzi od "parocha", tj. proboszcza. Zdanie geografów przeważyło i na mapach i na szyldzie stacji kolejowej widniał do końca napis "Porochońsk".

Tadeusz wybrał się do Porochońska w połowie lipca, czyli w sam czas otwarcia sezonu letniego na kaczki. Miał ruszyć rzeką Bobrykiem z "przystani" porochońskiej na Holczę w towarzystwie słynnego wabiarza i przewoźnika Wożuja – wielokrotnie portretowanego przez Kamila Mackiewicza, opisanego przez Stefana Krzywoszewskiego i Juliana Ejsmonda.

Lato jest suche i upalne. Wylew wiosenny dawno cofnął się do nurtu Bobryka. Olszyna w parku jest sucha. Idą więc piechotą ścieżyną wzdłuż płytkiego rowu aż do brzegów rzeki. Za olszyną jest łąka – też prawie sucha. Co kilka kroków wyrywa się spod nóg i znika w trawie spłoszony wąż. Węże są równie pospolite na łąkach poleskich, jak gdzie indziej żaby.

Są to zresztą niewinne węże błotne, zaskrońce. Podobno zdarzają się żmije, ale Tadeusz ani jednej nie spotkał na Polesiu. Spotkał się natomiast na Polesiu z przygodą, którą legenda poleska łączy ze żmiją. Pokąsany okrutnie przez komary spuchł w tak straszliwy sposób, że czoło zmieniło się w wałek spadający na oczy, a oczy stały się dwiema wąziutkimi szparkami między poduszkami nabrzmiałych powiek. Otóż Wożuj twierdził, że nie był to skutek zwykłego pokąsania przez komary: zdaniem jego Tadeusza ukąsił komar, który przedtem napił się krwi jadowitej żmii. Czy było tak, czy inaczej, dość że to dotkliwe pokąsanie było czymś w rodzaju szczepienia ochronnego. Tadeusz bywał później często na Polesiu i nieraz bywał niemiłosiernie gryziony przez komary, ale już bez złych skutków, jeśli nie liczyć dotkliwego i długo trwającego swędzenia. A jeżeli o żmije chodzi, to w czasie długich lat wędrówek myśliwskich po ziemiach litewskich Tadeusz spotkał się trzy razy ze żmiją, lecz nie na Polesiu, ale na suchych pagórkach w pobliżu Dukszt i Święcian.

Ale wracam do opowiadania. Płyną więc Bobrykiem. Rzeka wije się zygzakiem wśród żywopłotu nadbrzeżnych łóz. Łozy to piętrzą się stromo i bujnie, to za każdym zakrętem Bobryka cofają się w głąb łąk podmokłych tworząc zaciszne zatoki gęsto zarosłe grążelami, nenufarami, sitowiem i miętą. Zatoki te są ulubionymi siedliskami lęgowych kaczek. Toteż od czasu do czasu Wożuj wpływa łodzią do jednej z takich zatok, aby spróbować szczęścia łowieckiego do porywających się z szuwarów podlotów kaczych. Szczęście nie zawsze dopisuje, bo kaczki przebywają w zatokach tylko w pewnych porach dnia, a poza tym rozmokłych nawet w bardzo suche lata.

Płynąc latem po Bobryku, Tadeusz uświadamia sobie, czym jest dla ludności poleskiej komunikacja wodna. Na rzece panuje ruch. Co parę minut mijają łódź pędzoną niestrudzoną ręką Poleszuka. Najczęściej bywa to łódź naładowana "z czubem" sianem i ozdobiona wysychającym na słońcu więcierzem. Nieraz łódź przewozi drwa, budulec, lub nawet konie i krowy. Bywają łodzie wyłącznie "pasażerskie" przewożące ludzi z wioski: do kościoła, na jarmark, wesele lub chrzciny. Taka łódź jaskrawi się barwami strojów kobiecych i buchają z niej śpiewy i śmiechy. Czasem spotykają widok smutniejszy: zza łozowego klombu płynie kondukt pogrzebowy.

Na pierwszej łodzi pop z asystą i krzyżem, na drugiej trumna, na następnych rodzina i goście żałobni.

Po krótkim popasie w kureniu nad jeziorem Holcza, o którym będzie później mowa, ruszają Bobrykiem dalej na południe, ku Prypeci. Za Holczą krajobraz się zmienia. Przesuwające się z daleka na horyzoncie bukiety wysokich drzew rosnących na suchych wysepkach, zwanych grzędami, zdarzają się coraz częściej i coraz bardziej zbliżają się do brzegów rzeki.

Wszystko dokoła świadczy, że Bobryk minął już bezkresy łąk bagnistych i przecina teraz krainę bardziej żyzną. Bukiety wysokich drzew stają się tak rozrosłe, bogate i bujne, że chwilami zapomina się, że się płynie przez jeden z najbezludniejszych zakątków Polesia, że od najbliższego osiedla ludzkiego dzielą myśliwych dziesiątki kilometrów.

Ulega się złudzeniu, że te klomby starodrzewia to jakieś sztucznie zasadzone i kunsztownie pielęgnowane parki i że w gęstej ich zieleni pochowane są dwory, wille, pałace...

Zmieniają się też brzegi Bobryka. Zamiast podtopionych łóz – "prawdziwe" twarde krawędzie prawdziwego suchego lądu. Korytarz Bobryka staje
się wąski i ciemny, bo stare olchy rosną już na samej krawędzi, rozpinając nad rzeką sklepienie ciemnej zieleni. Po skwarze otwartej przestrzeni w tunelu wodnoolchowym jest niemal chłodno. Prąd Bobryka staje się szybszy. Posuwają się prędzej, choć bez szelestu.

 

Cisza letniego popołudnia

Czasem z nadbrzeżnej pieczary mulistej wejdzie do wody żółw i zniknie z cichym pluskiem w czarnej toni. Przed kilkudziesięciu jeszcze laty w takich zatokach olchowych gnieździły się bobry. Tu budowały misterne domki z trzciny i mułu. Tu tworzyły przemyślne groble z podpiłowanych kloców olchowych. Dziś nie ma już bobrów ani na Bobryku, ani w ogóle na Polesiu. Dziś po bobrach pozostała tylko nazwa rzeki.

Płyną w milczeniu. Tadeusz siedzi w łodzi tak wygodnie, a półmrok zielony tej rzeki "podziemnej" jest tak tajemniczy i tak... rusałczany, że oddaje się bez reszty kontemplacjom romantycznym. Po głowie przesuwają się leniwie oderwane fragmenty jakichś oglądanych kiedyś obrazów. Ni to Böcklin, ni to Kotarbiński, ni to Grottger, ni to wprost Andriolli. Wrażenie osobliwości romantycznej dochodzi do zenitu, gdy w pewnej chwili oko jego pada na podmyty wodą potężny pień olchy. Na pniu tym kładzie się plama słońca. I oto z mimowolnym wstrząsem spostrzega, że pień ten jest jednym wielkim kłębowiskiem wężów. Spełzły się widać na słońce i grzeją się powikłane w fantastyczne supły i skręty. Tadeusz każe Wożujowi zatrzymać się i przygląda się wężom z zapartym oddechem, zdając sobie sprawę, że oto po raz pierwszy, a może i po raz ostatni w życiu ogląda takie kłębowisko wężów. Ogląda nie w zoologu lub na obrazku wyobrażającym średniowieczną "pieczarę wężów", lecz w stanie naturalnym, na tle przyrody Polesia!

Wożuj nie rozumie nastroju Tadeusza – nastroju tak romantycznego, że niemal graniczącego z lękiem mistycznym. Ze śmiechem zgarnia łopatą wiosła dużą porcję drzemiących "gadzin", po czym wstrząsa wiosłem. Syk i zamieszanie. Część wężów zmyka na brzeg i kryje się w trawie i zaroślach. Reszta wpada do wody i uchodzi wpław.

Tadeusz śledzi ich ruchy z wielką przyjemnością. Bo nawet ludzie mający wstręt do wszelkich płazów muszą przyznać, że wąż pływa ślicznie i że wygląda uroczo, gdy ze sterczącą z wody czarną główką mknie w rytmicznych pod wodą spiralach. Wreszcie ostatni wąż znika i oto olcha, która była przed chwilą wizją romantyczności poleskiej, jest teraz tylko szarą i bezduszną bryłą.

Jadą dalej. W pewnym miejscu las olch rzednie, a potem kończy się, jak nożem uciął. Oczy, nawykłe w ciągu kilku godzin do łagodnego półmroku, są nagle oślepione przepychem otwartej przestrzeni. Ostrym klinem biegnie mierzeja piaszczysta. W nozdrza uderza świeży powiew. Nurtem szerokim i majestatycznym, pieszcząc łagodną falą ławice żółtego piasku, płynie siwa Prypeć.

Wiosną 1923 roku Tadeusz znów zjechał do Porochońska na kaczory, słonki i głuszce. Trzech było znakomitych wabiarzy w Porochońsku: Iwan, Mikołaj i wspomniany Wożuj. Wśród tej trójcy Wożuj był uważany za najlepszego. Żaden nie dorównał mu ani wytrwałością w pędzeniu łodzi przez nieskończone przestrzenie wodne, ani szybkością orientowania się w labiryncie łozowisk, ani umiejętnością wyboru właściwego miejsca na zasadzkę, ani -– co najważniejsze – sztuką imitowania głosu kaczek wszelkich możliwych gatunków. W okresie, gdy był u szczytu sławy, jako wabiarz niezrównany, i gdy dzięki dużym dochodom stał się, jak na stosunki poleskie, człowiekiem zamożnym, spotkało go wielkie nieszczęście. Którejś wiosny w czasie przeprawy przez niepewny lód rzeczki czy jeziora utonął mu syn jedynak. Cios ten podziałał na Wożuja w sposób osobliwy. Pasję łowiecką i żądzę łatwego zarobku zastąpiła mania religijna. Stał się gorliwym wyznawcą jednej z niezliczonych na Polesiu sekt. Sekta, do której przystąpił Wożuj, zabraniała wszelkiego udziału w zabijaniu stworzeń żywych. Na przeciąg kilku lat Wożuj znikł z życia łowieckiego. Lecz później, gdy przyszedł kryzys gospodarczy i gdy nędza zajrzała do ubogiej chaty Poleszuka, Wożuj złamał śluby sekciarskie i znów zabłysnął na firmamencie poleskim jako gwiazda wabiarska pierwszej wielkości i mocy.

Ale wiosną 1923 roku daleko jeszcze do nieszczęścia, które spotkało Wożuja. Tadeusz z Wożujem wypływają z labiryntu olch na otwartą przestrzeń wodną. Noc ustępuje powoli. Gwiazdy wciąż jeszcze błyszczą. Jednak niebo na wschodzie zaczyna przeświecać smugą różowiejącej jutrzenki. Zimno-
stalowa powierzchnia wody nabiera tonów cieplejszych. Świta. Posuwają się bez plusku i szelestu. Jak czarne widma wynurzają się z półmroku i mijają ich na pół zatopione krzaki łozowe. Porzucają nurt Bobryka i skręcają na wody nieruchome. Wożuj rozgląda się. Wybiera odpowiedni krzak łozy. Wbija do dna rozlewiska palik. Od palika biegnie parometrowej długości linka z misternie zrobioną pętelką rzemienną. Do pętelki tej Wożuj uwiązuje za łapkę wydobytą z kosza krykuchę. Krykucha pada na wodę z radosnym kwakaniem i zaraz zaczyna nurkować i pluskać się.

Po umieszczeniu krykuchy myśliwi wjeżdżają z łodzią w potężny krzak łozy. Wożuj wybrał krzak umiejętnie. Jest dość gęsty, by zamaskować łódź wraz z myśliwymi, a równocześnie pozostawia wystarczający wylot u tyłu łodzi dla strzałów na wodzie i równie wystarczającą przestrzeń nad głową dla strzałów w lot.

Świta. Gwiazdy z wolna topnieją w ametyście nieba. Niebo na wschodzie i tafla wodna pod nim lśnią jak pozłacane srebro. Krykucha "pracuje" dobrze. Krąży po wodzie tak szeroko, na ile jej pozwala długość linki, nurkuje i trzepie skrzydłami i – co najważniejsza – odzywa się prawie bez przerwy.

Jednostajne, trochę jakby poirytowane "kwa-kwa-kwa" przerywa od czasu do czasu namiętna zwrotka legato, rozdzierająca uśpioną ciszę pustyni wodnej. Wożuj uśmiecha się z zadowoleniem: takiemu spazmatycznemu głosowi nie oprze się żaden kaczor!

niedziela, 12 maj 2013 00:38

Wojna i sezon [25]

Napisane przez

Gdyby nawet przyjąć, że Wiertinski nie napisał sam ani jednego tekstu i że muzykę – zresztą dość jednostajną i prymitywną – układał mu kto inny, powinien przejść do historii kabaretu artystycznego jako oryginalny, przez nikogo niedościgniony i nawet przez nikogo dobrze nienaśladowany wykonawca osobliwego "genre'u" – synkopowanego i melodyjnego półśpiewu i półcauserie.

Teraz zamiast tradycyjnego cofnięcia się o kilka lat wstecz – skoczmy, ażeby już do Wiertinskiego nie wracać, o parę lat naprzód. Tadeusz jest w Wilnie i siedząc w pierwszym rzędzie słucha Wiertinskiego popisującego się w smokingu. Tu podkreślmy, że było to w roku 1924. Był to rok, gdy większość Żydów wileńskich, zarówno starych jak młodych, była jeszcze całkowicie zrusyfikowana i nastrojona do Polaków wyczekująco, niezbyt życzliwie, jeśli nie wrogo. A widownię na występie Wiertinskiego wypełnili w trzech czwartych Żydzi. Póki śpiewał piosenki "neutralne", sala witała go zwariowanymi oklaskami. Lecz gdy zaśpiewał propolską "Panią Irenę", tu i ówdzie rozległy się gwizdy. Drobna rzecz, lecz zmieniła całkowicie stosunek Tadeusza do Wiertinskiego. Przypomniał sobie, które to piosenki budziły szczególnie gorące oklaski, i nazajutrz zatelefonował do komisariatu rządu, prosząc o przysłanie mu tekstów tych piosenek.

W dwóch z nich znalazł momenty bluźnierstwa, czego poczciwi cenzorzy z ministerium spraw wewnętrznych nie zauważyli. Nie namyślając się, napisał ex officio do ministerium, wskazując na te bluźniercze ustępy. Ani mu w głowie było robić przyjacielowi "Szurce" (bo tak brzmiało zdrobniałe imię Pierrota) krzywdy. Chciał po prostu, by cenzura ministerialna skreśliła w jego piosenkach kilka zdań "ryzykownych". Cenzorzy jednak postanowili inaczej: zabronili w ogóle występów Wiertinskiego w Polsce. Był to dla piosenkarza cios niemały. Za jeden koncert w Warszawie dostawał "do ręki", tj. po potrąceniu zarobku impresaria, 1000 dolarów, a za koncert w zapadłych Baranowiczach – 500! Odtąd Wiertinski miał zdobywać Polskę wyłącznie płytami. A doniesiono później Tadeuszowi z Sopotu, że Wiertinski dowiedziawszy się, komu zawdzięcza zakaz wjazdu do Polski, miał się wyrazić: "Nie wiedziałem, że z Tadji taka świnia". "Tadja" jednak do roku 1939 przechowywał z pietyzmem jego podobiznę z następującą dedykacją: "Miłemu drogiemu Tadeuszowi Kazimirowiczowi na pamiątkę krótkiej ale (?) wzajemnej sympatii".

Po koncercie Wiertinskiego, po teatrze lub teatrzyku odbywały się nieraz beztroskie zabawy w restauracji. Na jednej z nich, w gabinecie w "Oazie", był obecny Bodzio Zalutyński wraz z trzema grodzieńczukami: starostą sokólskim panem Baerem i sąsiadami Bodzia panem Terajewiczem i panem Andrzejkowiczem. Tadeusz miał brzydki zwyczaj, że po wypiciu większej ilości alkoholu czepiał się kogoś z obecnych, powtarzając bez końca ten sam "dowcip". Tym razem ofiarami jego byli starosta Baer i pan Terajewicz.

A pana Terajewicza drażnił dwuwierszem z "Pana Tadeusza":

Terajewicza znałem, co idąc na dziki
Nie brał nigdy innego oręża, prócz piki.

Zarówno pan Baer, jak pan Terajewicz byli to ludzie dobroduszni i cierpliwi i nie zirytowali się, chociaż Tadeusz powtórzył oba dwuwiersze chyba po sto razy.

Pana Andrzejkowicza drażnił Bodzio, przypominając, że Ignacy Korwin-Milewski nazwał w druku jego, czy też jego ojca "drobnym" ziemianinem – ściśle mówiąc "ziemianinem średniej ręki" – czego zacny pan Andrzejkowicz nigdy Korwin-Milewskiemu nie mógł wybaczyć.

Nie dla występów Wiertinskiego i nie dla zabaw w "Oazie" rzucił Tadeusz pracę w Brześciu i przeniósł się z powrotem do Warszawy. Zapisał się na uniwersytet i zameldował u prezesa komisji zwanej "komisją egzaminacyjną dla absolwentów innych uniwersytetów". Prezesem tej komisji był profesor Koschembar-Łyskowski. Słynął z porywczego temperamentu i Tadeusza ostrzeżono, aby się pilnował. Mimo to już przy pierwszej wizycie miał się przekonać, jak łatwo profesor wpadał w pasję.

Tadeusz uratował z bałaganu rewolucyjnego swój indeks ze stopniami za zdane egzaminy, ale inne papiery, m.in. metryka urodzenia, zostały w Petersburgu.

– Musi nam pan przedstawić metrykę urodzenia – oznajmił krótko Łyskowski.

– A czy zaświadczenie podpisane przez dwie wiarogodne osoby nie byłoby wystarczające? – spytał Tadeusz niewinnym głosem.

Na twarzy profesora wystąpiły cętki, jak sienkiewiczowskiemu Ranickiemu z "Potopu".

– Czy mają to być świadkowie połogu pańskiej matki? – wrzasnął.

Skończyło się na tym, że Tadeusz został dopuszczony do egzaminów po przedstawieniu dowodu, że złożył przez ministerium spraw zagranicznych podanie o zwrot dokumentów z uniwersytetu petersburskiego. (Dodajmy, że dokumenty zostały zwrócone w porządku po upływie półtora roku, czyli już po otrzymaniu przez Tadeusza dyplomu).

Studia i egzaminy potoczyły się gładko, choć nie obeszło się bez pewnych szykan. Tak np. zaliczono Tadeuszowi czas spędzony w uniwersytecie petersburskim, nie kazano mu chodzić na wykłady, ale nie zaliczono ani jednego ze zdanych w Petersburgu egzaminów. Nie zaliczono w szczególności egzaminu z historii filozofii prawa, o czym będzie mowa niżej. Kazano mu też zdawać egzamin z "polonistyki". Zaczęło się od egzaminu pisemnego na temat "Miłość ojczyzny w poezji Adama Mickiewicza". W części ustnej młody profesor (nazwisko zapomniane) egzaminował z historii Polski – przedmiotu, który był zmorą Tadeusza, obawiał się bowiem, że się zaplącze w pytaniach z historii średniowiecza. Profesor spytał jednak:

– Co pan wie o panowaniu Jana Kazimierza.

Tadeusz wyprostował się i zaczął:

– Jan Kazimierz wstąpił na tron po śmierci brata Władysława IV w roku 1648 w okresie dla Rzeczypospolitej bardzo ciężkim, bo po porażkach wojsk koronnych pod Korsuniem i Żółtymi Wodami. Pierwszy okres wojen kozackich zakończył się po oblężeniu Zbaraża kompromisowym pokojem pod Zborowem. Ale już w parę lat później wojna zawrzała na nowo i wojska Jana Kazimierza pobiły Kozaków na głowę w roku 1651 pod Beresteczkiem...

Tadeusz mówił gładko i widział w oczach profesora uznanie dla swej wiedzy z chronologią włącznie. Ale jednocześnie myślał: "Czy ten człowiek naprawdę nie rozumie, że moja wiedza jest oparta na wielokrotnym czytaniu "Ogniem i mieczem"?

Potem przyszedł egzamin z gramatyki. Egzaminował sam staruszek Kryński. Zadał Tadeuszowi kilka pytań z mistycznej – części gramatyki zwanej obocznością głosek. Tadeusz bąkał odpowiedzi mniej lub więcej bzdurne, albo w ogóle milczał. Kryński podniósł brwi:

– Nie rozumiem – powiedział – mam tu przed sobą pańskie wypracowanie pisemne. Nie zrobił pan ani jednego błędu. Tymczasem widzę, że nie zna pan gramatyki.

– Znajomość gramatyki języka polskiego nie jest potrzebna Polakowi, panie profesorze – odparł Tadeusz.

– Obawiam się, że pana nie rozumiem – rzekł Kryński.

– Sądzę, panie profesorze, że Polak powinien mówić i pisać poprawnie bez uczenia się gramatyki.

Kryński uśmiechnął się lekko:

– Cóż... można i tak – powiedział i uznał egzamin za skończony.

Za egzamin polonistyczny stopni nie stawiano. Zarówno wspaniałą odpowiedź Tadeusza o panowaniu Jana Kazimierza, jak wątpliwy wynik egzaminu ustnego z gramatyki uznano za zadowalające. Egzaminy prawnicze poszły na ogół gładko, chociaż na pierwszym z nich, zwanym egzaminem prawno-historycznym, Tadeusz dopuścił się sztuczki, która pozostawiła mu w pamięci osad trochę – niewyraźny. W drukowanym programie komisji egzaminacyjnej dla absolwentów w części prawno-historycznej figurował przedmiot "filozofia prawa".

Zamiast poinformować się u starych absolwentów, albo choćby u jednego z uniwersyteckich woźnych (którzy np. w Petersburgu byli najlepszym
źródłem informacji), zaufał własnej logice. "Skoro napisano "filozofia prawa", a nie "historia filozofii prawa" – myślał – tedy jest to synonim "teorii" albo "encyklopedii prawa"... Nie pytając nikogo, kupił dzieło profesora Eugeniusza Jamy pt. "Teoria prawa", pracę kompilacyjną na poziomie podręcznika "prawoznawstwa" dla ósmej klasy gimnazjalnej.

Z dzieła tego zapamiętał szereg definicji, np. co to jest moralność? co to jest słuszność? co to jest sprawiedliwość? co to jest prawo? Dosłownie w sam dzień egzaminu dowiedział się z przerażeniem, że "teorii prawa" w programie nie ma, a nieszczęsna "filozofia prawa" jest "historią filozofii prawa". Co robić? Sześć lat przedtem zdał tę historię u prywatdocenta de Sacchetti w Petersburgu ze stopniem celującym. Uczył się jej zaś z podręcznika Borisa Cziczerina. Niestety po sześciu latach tylko strzępy pozostały w głowie z nabytej wiedzy. "Jakoś to będzie – pomyślał – może jakoś się wykręcę".

Egzaminował sam profesor Jarra. Do stołu obok Tadeusza zasiadło jeszcze dwóch delikwentów. U końca stołu siedział zaczytany w gazetę przedstawiciel ministerium oświaty, który czasem asystował egzaminom dla eksternów. Gdy kolej przyszła na Tadeusza, profesor Jarra zapytał:

– Co pan wie o prawie natury?

Tadeusz zaczął bąkać jakieś bzdury, na których wspomnienie po dziś dzień musi się rumienić. Profesor machnął ręką i zadał drugie pytanie. Tadeusz milczał. To samo z trzecim pytaniem. Bokiem oka Tadeusz widział, jak przedstawiciel ministerium odłożył gazetę, ciekawy zapewne widoku zarzynanego studenta. Już ręce zacierał i chciał coś powiedzieć, gdy Tadeusz oznajmił:

– Panie profesorze! Zaszła omyłka. Mam wrażenie, że omyłka nie jest z mojej winy. W programie wydrukowano "filozofię prawa", a nie "historię filozofii", którą nawiasem mówiąc zdałem sześć lat temu w Petersburgu ze stopniem celującym. Zrozumiałem i sądzę, że logicznie jestem usprawiedliwiony, że "filozofia prawa" jest "teorią prawa". Przygotowałem się więc do egzaminu nie z historii filozofii prawa, ale z teorii prawa, którą przestudiowałem według dzieła pana profesora.

Ostatnie cztery słowa Tadeusz wymówił z przyciskiem. Nastała minuta milczenia, w której czasie Tadeusz powtarzał w duchu w rytmie przyśpieszonego bicia serca: połknij haczyk! połknij haczyk! połknij haczyk!

Profesor połknął haczyk. Po minucie milczenia zapytał pobłażliwym tonem:

– Co to jest słuszność?

Tadeusz wyrecytował formułkę profesorską bez błędu. To samo na kilka dalszych pytań. Egzamin został uznany za dostateczny.

Najtrudniejsza była trzecia i ostatnia część egzaminu – egzamin sądowy. W owym czasie Tadeusz nie myślał o powrocie do administracji i zamierzał poświęcić się aplikanturze adwokackiej. Toteż do tego sądowego egzaminu przygotowywał się bardzo solidnie. Gdy za dwa pierwsze egzaminy dostał stopień dostateczny, część sądową zdał z wynikiem "dobrym".

Z prawa cywilnego egzaminował go profesor Lutostański, z prawa karnego – Wacław Makowski. Pewnym odetchnieniem w napięciu tego poważnego egzaminu był egzamin z procedury cywilnej u profesora Dynowskiego, kuzyna tego Dynowskiego, który w ciągu kilku miesięcy był szefem Tadeusza w Mińsku. Tu – parę słów o profesorze Dynowskim. Przed wojną był adwokatem w Petersburgu i radcą prawnym kilku bogatych spółek akcyjnych. Miał rozległe stosunki. Dzięki tym stosunkom dostał po wojnie japońskiej misję niemałą: został delegowany do Trybunału Międzynarodowego w Hadze, jako przedstawiciel rosyjskiego skarbu państwa w sporze z niemieckim dostawcą broni. Dostawca broni żądał kilkudziesięciu milionów odszkodowania.

Skarb rosyjski odmówił zapłaty. Dynowski proces wygrał. Dostał w nagrodę piękną sumkę honorarium adwokackiego i tytuł senatora. Teraz wykładał postępowanie cywilne na uniwersytecie warszawskim. Gdy Tadeusz zgłosił się do egzaminu, profesor zasypał go pytaniami:

– Czy nie jest pan krewnym adwokata pana Kazimierza Irteńskiego z Mińska? Co obecnie tatuś porabia? Co pan myśli robić po zdaniu egzaminu itp.

A sam egzamin składał się z jednego jedynego pytania:

– Jakie ustawy postępowania cywilnego obowiązują obecnie w Polsce?

Na co Tadeusz odpowiedział bardzo rozsądnie:

– W byłym zaborze rosyjskim – rosyjska, w byłym zaborze pruskim – pruska, w byłym zaborze austriackim – austriacka.

Tadeusz skończył 30 lat w dwa dni po zdaniu ostatniego egzaminu.

Józiolostwo Hallerowie zaprosili go z tej racji na kolację do Bristolu. Nastrój miał być wesoły, ale nie był wesoły. Tadeusz nie mógł odpędzić myśli, że ten końcowy egzamin jest ostatecznym pożegnaniem z pierwszą młodością.

 

Rozdział XV

KUREŃ NA HOLCZY czyli ROMANTYCZNOŚĆ POLESKA

Opisując dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego wspomniałem, że gubernia mińska – rodzinna gubernia mego bohatera – miała na mapie kształt Afryki odwróconej do góry nogami. Północnym czubkiem tej "Afryki", czy może serka domowego wyrobu, była Góra Wołowa, dokąd Tadeusz jeździł na łosie i wilki w grudniu 1916 roku, podstawą – powiat piński, czyli Polesie. Złożyło się, że przed wojną Tadeusz znał Polesie przede wszystkim z "Pieśni o ziemi naszej" Wincentego Pola i pamiętał, że tam "w oczeretach oko zginie", czyli że Polesie to teren płaski i bagnisty. Znał też z pięknego wiersza Artura Bartelsa "Tydzień poleski", napisanego z oczywistą intencją pochwały Polesia. Podejrzewał jednak Bartelsa o łagodną ironię, bo o mieszkańcach Polesia, czyli Poleszukach, słyszał skądinąd, że są małomówni, ponurzy i że często dźwigają na głowie nieapetyczny kołtun, zwany zresztą w medycynie zwojem polskim, a nie poleskim (plica polonica). Że podróżują albo na wołach, albo na łodziach. Że tylko drogą wodną można dojechać tam do wielu wsi.

niedziela, 28 kwiecień 2013 10:59

Wojna i sezon (24)

Napisane przez

TraktatRyski

Spod Słonima ruszono do Baranowicz. Tam pewnego wieczoru porucznik Mroczkowski wpadł do pokoju, w którym siedział Tadeusz, z wyciągniętą ręką:

– Winszuję! Nasze wojska zajęły Mińsk.

Radość trwała krótko. Już nazajutrz wiedziano, że oddziały, które zajęły Mińsk, dostały rozkaz wycofania się i że zawarto rozejm. Tegoż dnia, czy może następnego przyszedł rozkaz bezterminowego urlopowania roczników Rudego i Tadeusza. Spakowali manatki i poszli do dowództwa odmeldować się.

Oficerowie eskadry polubili mężnych ochotników i żegnali ich z żalem. Porucznik Mroczkowski starał się skusić Tadeusza do pozostania w wojsku:

– Niech pan nie odjeżdża. Dam panu rangę starszego szeregowca.

Tadeusz podziękował jednak. Miał dość wszy, pleśniejącego na różowo chleba, gulaszu w konserwach, wojenki. Tęsknił do gorącej wanny i cywilnego ubrania. O niczym innym nie myślał, czy też starał się nie myśleć.

Dopiero w wiele dni później przyszła refleksja, że tym zawarciem rozejmu po wycofaniu się ze zdobytego po raz drugi Mińska Rzeczpospolita Polska już postawiła krzyżyk na Mińszczyźnie, na Wielkim Księstwie Litewskim i na własnej historii.

Wojna się skończyła. Tylko kilka babuleniek mińskich i kilka osób mających "wizje" myślało, że rozejm jest tylko rozejmem i że "byle do wiosny", a zdobędziemy Mińsk, Witebsk, Mohylów, a może i Smoleńsk. Tadeusz ani nie zajmował się wizjonerstwem, ani nie obciążał umysłu spekulacjami politycznymi. Po prostu czuł, że się wojna skończyła. Stefan Irteński przywiózł z Paryża piosenkę "Madelon de la Victorie":
Nous avons gagné la guerre...

Polacy uznali, że też wygrali wojnę, i spoczęli na laurach. Jeszcze wtedy formuły o "przegranym pokoju" nie znano.

Straty wojenne Cempścia i ludzi z nim zaprzyjaźnionych nie były duże.

W roku 1919 zginął Henio Roztropowicz. Cudowne ocalenie z masakry we wsi Ławrynowicze nad Dnieprem w maju 1918 nie stało się, niestety, asekuracją na przyszłość. W szarży konnej pod Tarnopolem dostał kulą w brzuch i umarł w męczarniach. Legenda przypisywała mu, że przed śmiercią zwierzył się koledze z miłości do pewnej panienki. Naprawdę jednak ostatnie jego słowa były:

– Dowojowałem się, jebać mać!

O śmierci bohaterskiej Ryszarda Downar-Zapolskiego już pisałem.

W Warszawie Tadeusz dowiedział się o stracie jeszcze jednego przyjaciela. W czasie kontrofensywy polskiej został ciężko ranny Aryk (Apolinary) Krasowski. W kilka dni później umarł w szpitalu w Słonimie. Aryk Krasowski był postacią zasługującą na dłuższe wspomnienie.

W "Dzieciństwie i młodości Tadeusza Irteńskiego" powiedziałem, że było w nim coś z Doriana Greya i coś ze Stawrogina. Taki skrócony "portret psychologiczny" byłby jednak zbyt wielkim uproszczeniem. Miał w sobie niewątpliwie doriangreyowski głód wrażeń, ale na tym się podobieństwo
kończyło: Dorian Grey był wzorem doskonałej urody męskiej – Aryk był zaledwie przystojny. Porównanie ze Stawroginem zawiodłoby nas zbyt daleko: Aryk nie miał w sobie żadnych cech "demonicznych", choć nie ulega wątpliwości, że był amoralny i cyniczny.

Przymiotniki "amoralny" i "cyniczny" są bardzo nadużywane, bardzo elastyczne i dlatego wymagają omówienia. Aryk był amoralny, bo jako ateista nie wierzył w żadne "absolutne" hamulce etyczne – prócz może podyktowanych estetyką – no i uważał, że z inteligencji, urodzenia i środowiska należy do elity, której nie obowiązują kanony moralności pisane dla pospólstwa. Był cyniczny, ale nie w sensie w jakim ciotki mego pokolenia rozumiały cynizm. (Jak wiemy, ciotki te nazywały cynikiem każdego, kto lubił posługiwać się czteroliterowymi wyrazami). 

Był cyniczny o tyle, o ile się zgodzimy na definicję, że cynizm jest naiwnością mądrości. Miał naturę bardzo wrażliwą, a jednocześnie posiadał rzadko spotykane panowanie nad nerwami.

W kronikach Cempścia zapisano ciekawą historię tej arykowej zdolności opanowania nerwów. Zimą 1915–1916 w Petersburgu, w ciągu paru miesięcy symulował paraliż nóg w celu wyłudzenia od rodziców większej sumy pieniężnej. Symulacja udała się znakomicie, pomimo że był pod obserwacją kilku znanych lekarzy, którzy go niemal co dzień badali, kłując, szczypiąc i przypiekając "sparaliżowane" nogi. Ponieważ męstwo i odwaga nie są niczym innym jak tylko posuniętym do najwyższych granic opanowaniem nerwów, był więc niezwykle odważny. Odznaczał się odwagą wojenną i – co nie zawsze, jak wiemy, idzie w parze – odwagą cywilną.

Odwagę cywilną doprowadzał zresztą nieraz do stopnia arogancji, wprowadzając w rozpacz zacnych pogrobowców XIX wieku, którzy narzekali że "dla Aryka nie ma nic świętego".

Po rozbrojeniu korpusu Dowbora nie powrócił do Mińska. Znikł. Zjawił się dopiero w Warszawie pod koniec 1919 roku. Wtedy okazało się, że w ciągu półtora roku zdążył być za granicą. Był w Kijowie pod hetmanem Skoropadzkim i tam kontaktował się z ultrakonserwatywnymi Rosjanami. A później pojechał w jakiejś nikomu nieznanej misji do Anglii, gdzie spędził kilka miesięcy. O tym pobycie w Kijowie rozmawiał z przyjaciółmi bardzo ogólnikowo. Tajemnicę tego okresu swego życia zabrał ze sobą do grobu.

Po przyjeździe do niepodległej Polski wstąpił zaraz do wojska w zdobytym jeszcze przed rewolucją stopniu podporucznika. Z punktu zaczął wygłaszać wśród kolegów oficerów jakieś "niekonformistyczne", podobno nawet antypatriotyczne powiedzenia i żarty, i miał na tym tle kilka spraw honorowych, które z uwagi na toczącą się wojnę zawieszono według znanej już formuły: "aż do powrotu kraju do zupełnie normalnych warunków". Zginął wskutek odniesionych ran na kilka dni przed zawarciem rozejmu. W końcu zimy 1920–1921 Tadeusz przyjął ofiarowane mu stanowisko urzędnika w 8., a później 7. stopniu służbowym – w tworzącym się urzędzie wojewódzkim poleskim i przeniósł się do zrujnowanego, zbiedzonego, odrapanego Brześcia Litewskiego, którego nazwę z pomysłu jakiegoś ultrapatriotycznego półgłówka przefałszowano na "Brześć nad Bugiem".

W Brześciu przemieszkał cały rok. Rok ten nie był ani ciekawy, ani wesoły, zaważył jednak na przyszłej karierze Tadeusza, poznał tam bowiem dwóch naprawdę rozumnych i zdolnych administratorów polskich (a jak wiemy, Opatrzność nas na ogół pokarała "przywódcami"): pierwszego wojewodę poleskiego pana Walerego Romana i naczelnika wydziału pana Włodzimierza Dworakowskiego.

Z długich miesięcy ciężkiej i nudnej pracy w Brześciu Tadeuszowi pozo-stało w pamięci kilka oderwanych epizodów. A więc polowanie na kaczki wzdłuż szuwarów Muchawca. A więc strażnik sowiecki w kożuchu z długim karabinem po drugiej stronie granicznej Słuczy koło wsi o dźwięcznej a pradawnej nazwie Lenin. "Niech pan na niego nie patrzy – złościł się na Tadeusza wojewódzki komendant policji Władysław Władysławowicz Galle – ten drań gotów wystrzelić"... (Był to ten sam Galle, który ongi jako policmajster Wyspy Wasiljewskiej, tzw. Bazylówki, w Petersburgu zyskał szacunek studentów za taktowne "uśmierzanie" rozruchów studenckich; tenże Galle mówił Tadeuszowi w Brześciu, że tylko o rok wcześniej był jakimś dygnitarzem przy armii Wrangla na południu Rosji. "O jak przeklinaliśmy was Polaków za przedwczesne zawarcie rozejmu z bolszewikami" – powiadał). Zapamiętał też Tadeusz napisy na stacjach kolejowych "Brudne ręce to cholera", no i nie mógł zapomnieć oczekiwanej wprawdzie, nie mniej ponurej wiadomości o ratyfikacji zawartego w Rydze traktatu.

Są wśród nas tacy, co twierdzą, że wszelkie rozmyślania nad faktami, które już się dokonały, są marnowaniem czasu. Że są zajęciem nie tylko bezpłodnym, lecz i szkodliwym, bo zaciemniają trzeźwe spojrzenie w przyszłość i rozjątrzają rany, które muszą być zabliźnione i zapomniane. Tego rodzaju nieskomplikowana filozofia jest może słuszna, gdy chodzi o świat psychiczny jednostki – słuszna oczywiście tylko częściowo, jednostka bowiem nie może być wolna od wspomnień: wspomnienie w życiu psychicznym jednostki jest faktem realnym, podobnie jak oddech, trawienie, krążenie krwi są faktami realnymi w jej życiu fizycznym.

Ale w życiu społeczeństw i narodów filozofia oderwania się od przeszłości jest z gruntu błędna. Historia, zwana mistrzynią życia, chociaż jak dotąd nigdy nią nie była, jest tym dla narodu, czym jest wspomnienie dla jednostki. Nie ze zwycięstw, ale z porażek czerpiemy naukę na przyszłość. W życiu narodu, to znaczy w życiu wielu pokoleń – w przeciwieństwie może do życia jednostki – nie istnieją rzeczy, które by były nie do odrobienia. Toteż gdy w porywach "imperializmu sentymentalnego" wybiegamy z Tadeuszem Irteńskim myślą i wspomnieniem nie tylko nad Wilię, Niemen, Szczarę i Słucz, lecz i nad Ptycz, Dźwinę, Berezynę, Druć i Dniepr, rozmyślamy nad traktatem ryskim, jako nad jednym ze źródeł wszelkiego zła, które nas dotknęło i dotyka.

Po wojnie 1920 spotkała nas "szalona okazja". Spotkał nas cud, choć nie był to jakiś "cud nad Wisłą", lecz cud, że po upływie stuleci trzy sąsiednie potęgi zostały pobite lub osłabione. Na taką okazję państwa i narody czekają nieraz na próżno, przez długie i mroczne stulecia swych dziejów.
Nie wyzyskaliśmy tej okazji. Dobrowolnie zrzekliśmy się spuścizny jagiellońskiej. Dobrowolnie oddaliśmy wrogowi wschodniemu ćwierć miliona kilometrów kwadratowych ziemi i kilka milionów mieszkańców. Nie oskarżajmy jednostek, były one bowiem tylko marionetkami, choć im się zapewne zdawało, że tworzą historię. Kukiełki te poruszały się na scenie historycznej targane mocnymi, choć niewidzialnymi sznurkami nastrojów społeczeństwa. Nie oskarżajmy kukiełek, bo zawiniliśmy wszyscy.

Zgrzeszyliśmy – wszyscy razem i każdy z osobna – krótkowzrocznością, małodusznością, tchórzliwym milczeniem, brakiem wyobraźni politycznej. Nasi statyści ówcześni w Warszawie i w Rydze zgrzeszyli od nas o tyle więcej, że postawieni w niemiłą rolę kozłów ofiarnych stworzyli całą doktrynę ratowania czół zhańbionych w Rydze.

Apologetycy ryscy chełpili się racją stanu i "wstrzemięźliwością". Oddanie bez walki wielkiego terytorium z kilku milionami mieszkańców poczytane zostało za wielką mądrość polityczną. A wszak każde cofnięcie się jest porażką! To tylko w prozie artystycznej istnieje figura poetycka o lwie, który się cofa dla nabrania przestrzeni do skoku. Przede wszystkim w życiu żaden lew się nie cofa: po prostu skacze i dzierży zdobycz, chyba że mu ktoś mocniejszy odbierze tę zdobycz siłą. Po drugie nikt z nas nie zamierzał "skoczyć". A jednak obłudny i płaczliwy mit o naszej "wstrzemięźliwości" nie tylko pokutował w okresie dwudziestolecia, lecz ostał się – a nawet rozwinął – do naszych czasów. Ostał się bowiem z tragiczną poprawką, że z linii traktatu ryskiego cofamy się już na "linię Curzona".

Drugi argument apologetyków hańby ryskiej wygląda na pierwszy rzut oka solidniej. Argument ten głosi, że postąpiliśmy mądrze, oddając bolszewikom ziemie między Słuczą a Dnieprem, gdyż nasz młody organizm nie zdołałby "przetrawić" tego obszaru. Ten argument zapożyczony z dziedziny funkcjonowania przewodów pokarmowych i organów trawienia byłby słuszny, gdybyśmy mieli zamiar (a kto wie, ilu z nas go nie miało!) obszary te anektować i polonizować. Istotnie bowiem żarłoczne aneksje mogą stać się przyczyną śmierci państwa z przejedzenia.

Ale czy naród polski, sam przez sto kilkadziesiąt lat walcząc z niewolą, nie był tym narodem, który rzucił hasło "Z waszą i naszą"? Czy nie było innego sposobu współżycia z Białorusinami prócz inkorporacji i polonizacji?... I tak – w nawiasie – czy pomyśleliśmy o tych, których nie trzeba było polonizować, bo byli już od wieków spolonizowani, o tej dzielnej, twardej, pracowitej szlachcie zagrodowej i zaściankowej, o tym milionie Michniewiczów, Tumiłowiczów, Huszczów, Kandybów, Szpilewskich, Czarnyszewiczów i tylu, tylu innych, którzy w pierwszej kolejce poszli pod nóż lub na tułaczkę do tundr Karelii lub kopalń Uralu? Bez echa i rozgłosu, bez rozdzierania szat przez obłudną prasę, bez łezek współczucia ze strony różnych obrońców praw człowieka, bez opieki UNRR-y czy UNO powędrowały setki tysięcy tych pierwszych w dziejach współczesnego świata "displaced persons" na śmierć i poniewierkę. Opustoszały zagrody, zaścianki i "okolice" – zrównane z ziemią lub zmienione w kołchozy.

Nie oskarżajmy naszych ówczesnych dyplomatów ryskich. Zawiniliśmy wszyscy, bo wszyscy milczeliśmy. Głupsi spośród nas przyjęli traktat ryski
jak gołębicę trwałego pokoju. Mądrzejsi – jako dopust Boży, który jednak zsyłał czasową "pieredyszkę". Ale i mądrzejsi milczeli. Milczała prasa, milczał sejm. A gdy w dniu ratyfikacji traktatu padło w sejmie – nie z trybuny, lecz z galerii! – straszne słowo "Kain", zbyto je drwiną lub gorszym od drwiny milczeniem.

piątek, 26 kwiecień 2013 19:44

Wojna, którą właśnie przegraliśmy (16)

Napisane przez

kowalskiglowkaI jakiż to nasz indywidualny sukces marznąc na froncie wschodnim lub zachodnim z dala od rodziny dla realizacji chorych pomysłów wariatów? Albo tak jak to jest współcześnie, być we własnym państwie dumnym niewolnikiem?

Konfederacje w dawnej Polsce były zawiązywane dla ratowania ojczyzny w sytuacji, gdy inne formy debaty publicznej nie mogły już pomóc. Nie były występkiem przeciwko państwu utożsamianemu w dużej mierze z królem. Wbrew przeciwnie, czekano, żeby król poparł postulaty konfederacji. Nasza Konfederacja Wolnych Polaków również nie będzie występkiem przeciwko państwu. Wręcz przeciwnie, będzie szansą na odbudowę Polski jako sprawnego i silnego państwa. Nie ma tu miejsca, w tekście publicystycznym, na przedstawienie struktury Konfederacji. Jednak jej naczelną zasadą działania zewnętrznego i współdziałania wewnętrznego będzie to, co już w przeszłości zapewniło Polakom sukces. Tak w przypadku ruchu szlacheckiego, jak i cywilnej wojnie w zaborze pruskim, a nawet tej chwilowej jak było w przypadku Pierwszej Solidarności. Tą naczelną zasadą będzie sieciowość i terytorialność naszego społecznego ruchu. Współdziałanie wszystkich grup społecznych, które wymieniłem powyżej, w imię wspólnego dobra. Dobra, które będzie oznaczać korzyść dla każdej z tych grup z osobna i dla wszystkich jako całości. Synergii, dzięki której Rzeczpospolita rozkwitnie jako państwo wolnych i zamożnych obywateli.

niedziela, 21 kwiecień 2013 00:21

Wojna i sezon [23]

Napisane przez

W Wilnie panowie Osmołowski i Iwaszkiewicz wydawali ustawy. W okręgu mińskim stosował je pan Władysław Raczkiewicz, "kochany pan Władek", lubiany przez podwładnych i ludność, umiejący dyplomatycznie współistnieć z najtęższą administracją pod słońcem – z administracją wojskową.

Na Treku orkiestra wojskowa gra nie tylko walce i potpourri z oper i operetek, ale i Pierwszą Brygadę. Uroczej blondynce Rozie Czornej i jej przyjaciółce rudowłosej Fani Perelman asystują oficerowie i urzędnicy.

Wieczorem kartograjstwo i pijaństwo w Klubie Obywatelskim. Miodowe miesiące polskiego panowania w Mińszczyźnie płyną. Tadeusz i inni mińczucy mający swe strony rodzinne za lewem brzegiem Berezyny wierzą, że wcześniej czy później wojska polskie rozpoczną dalszą ofensywę i oswobodzą od bolszewików całą Białoruś – do Dniepru. Zresztą na odcinku Jakszy linia frontu bolszewickiego nie przebiega nad samą rzeką, lecz gdzieś głębiej na wschodzie. Szlachta borsuczyńska swobodnie przechodzi na stronę polską i z powrotem. Od jednego z szlachciców Irteńscy dowiadują się, że dwór w Baćkowie stoi cały. A Tadeusz słucha ze wzruszeniem, że szlachcic ten widział gończego Zagraja, którego ktoś musi karmić – może furman Józef albo leśnik Aleksander? – bo wygląda dobrze.

(Nie wiedzieliśmy wtedy, że spokój a właściwie zastój na froncie berezyńskim był skutkiem przerzucenia przez bolszewików niemal wszystkich sił na
fronty wewnętrzne – na walkę z Kołczakiem, Denikinem i Wranglem. Stało się to podobno nie bez cichej zgody naczelnego dowództwa polskiego).

Gdy w maju przychodzi wieść o zdobyciu Kijowa, istny szał ogarnia społeczeństwo mińskie. Na placu Katedralnym biskup Łoziński celebruje dziękczynną mszę polową...

Każdy sen ma jednak to do siebie, że jest krótki. Już w końcu maja bębni pierwszy dzwonek: rajd bolszewicki na Głębokie. A w lipcu zaczyna się panika. Pułkownik Szemet uspokaja Irteńskich, że nie ma powodu do paniki, skoro on – dowódca okręgu etapowego – ani myśli z Mińska wyjeżdżać. Jednak w kilka godzin później służąca przybiega do pani Irteńskiej z wiadomością, że pułkownik z ordynansem spakowali walizki i wynieśli się cichaczem. Pan Irteński ma obiecany wagon i pakuje skrzynie z obrazami, meblami, brązami, porcelaną. Skrzynie są opakowane fachowo przy pomocy antykwariusza pana Rapaporta.

Na każdej z nich szerokie pasy papieru z drukowanym napisem "Zbiory Kazimierza Ipohorskiego-Irteńskiego". Wszystkie te skrzynie pozostały na peronie dworca, bo żadnego wagonu nie było. Po ulicach natomiast ciągnęły w kierunku zachodnim sznury ciężarówek, wozów i furmanek naładowanych z czubem stołami i stołkami kuchennymi. Pan Irteński dziękował Panu Bogu, że mu się udało wcisnąć samemu do jakiegoś przepełnionego wagonu towarowego, pozostawiając bezcenne skrzynie na pastwę bolszewików lub ognia.

Mińsk bowiem płonął. Z lipcowego nieba bez jednej chmurki spływał na miasto żar. A tu i ówdzie w dzielnicach domów drewnianych ku niebu wiły się czarne dymy. Czasem widać było niedalekie języki pomarańczowego ognia. Ewakuacja odbywała się w upale i wśród pożarów. Białorusko-sowieccy historiografowie Mińska napiszą później, że to "białopolacy" pod-palili miasto rozmyślnie. Nonsens oczywisty. W środku wysuszonego na pieprz lata, wśród paniki, rozgardiaszu i tłoku na ulicach, gdy straż ogniowa nie mogła się przepchać przez zatłoczone ulice, byłoby raczej dziwne, gdyby nie było pożarów. Zresztą autor tej kroniki wie od ludzi, którzy mieszkali w Mińsku w latach 1921–1922 pracując w komisji granicznej, że Mińsk bardzo mało ucierpiał w czasie tych pożarów ewakuacyjnych: spłonęło kilkanaście domków drewnianych i kilka składów.

Ale w atmosferze popłochu i ucieczki, pod palącym niebem lipcowym te czarne dymy i czerwone języki ognia robiły wrażenie trochę niesamowite.
Z tych dni ewakuacyjnych Tadeuszowi utkwiły w pamięci dwa epizody.

Po ulicy Zacharzewskiej trąbiąc i wymijając wozy i furmanki, pędzi samochód Raczkiewicza. A na rogu stoi jakiś starszy prosty człowiek, jakiś właściciel domku na Lachówce czy Komarówce. Patrzy na oddalający się samochód Raczkiewicza, a po twarzy płyną mu łzy.

Drugi epizod. Nie bez trudu znalazł Tadeusz miejsce w wagonie towarowym. (Tu trzeba nadmienić, że każdy z członków rodziny Irteńskich uciekał indywidualnie, nie wiedząc o losach pozostałych). Jechał na czczo, nie miał ze sobą żadnej żywności, ale w nieszczęściu zdarzyło się szczęście – dostał krwawej biegunki i w ciągu trzech dni miał wstręt do wszelkiego jadła. A stacje, które mijali, były oczywiście doszczętnie ogołocone ze środków żywności.

Spod kół wagonu wznosił się kurz, kłęby kurzu wisiały nad wijącym się wzdłuż toru traktem, po którym nieprzerwanym łańcuchem posuwał się exodus: piękne powozy i wolanty zaprzężone w czwórkę koni, zwykłe bryczki, furmanki, wozy drabiniaste...

Tadeusz osłabiony nieustannym oddawaniem stolca złożonego przeważnie ze śluzu i krwi półleżał na jakimś twardym worku i był na wszystko zobojętniały.
W sąsiednim wagonie jechało kilkunastu żołnierzy z pułku poznańskiego – wojska zapewne bardzo dzielnego w boju, ale niesfornego poza służbą, słynnego z grabieży, nękania ludności cywilnej, bicia Żydów. Zachowywali się krzykliwie i po chuligańsku. Do wagonu ich trafił żołnierz Żyd z jakiegoś innego pułku. Zaczęli się nad nim znęcać: śmieli się z niego, nasuwali mu rogatywkę na oczy, szczypali go, udawali, że go chcą zakłuć bagnetem. Żyd znosił to wszystko w milczeniu, ale z biegających oczu można było zgadnąć, że jest bliski obłędu. W czasie jakiegoś postoju w polu przed zamkniętym semaforem jeden z Poznańczyków chlusnął na Żyda z bańki z benzyną, a drugi sięgnął po zapałki mówiąc, że go podpali. Tego już biedak nie mógł wytrzymać. Wyskoczył z wagonu i zaczął biec na oślep w kierunku łanu zieleniejącego żyta.

– Dezerter! Zdrajca! Szpieg bolszewicki! – zaczęli wrzeszczeć Poznańczycy.

Szczęknęły zamki karabinów i huknęło kilka strzałów. Żyd nie zdążył dobiec do łanu żyta i upadł kopiąc murawę nogami. W minutę później rozległ się gwizd parowozu i pociąg ruszył dalej.

 

Rozdział XIII
CUD NAD WISŁĄ

Gdy Tuchaczewski rozpoczął swą ofensywę, zarówno wojska cofające się znad rzeki Auty i Berezyny, jak cywile opuszczający okłębiony czarnymi dymami Mińsk nie przypuszczali, że fala odwrotu dopłynie do Warszawy. A jednak tak było. Poeta Słoński, autor w r. 1914 "Tej co nie zginęła", wołał teraz trochę płaczliwie: "O ludzie, już nie o Wilno, lecz o Warszawę się bijem!". Poeta trafił w sedno: o Warszawę należało się bić. A o Wilno?

O Wilno to już babka na dwoje wróżyła. A o Mińsk babka nie stawiała nawet kabały.

W ciepłej nocy sierpniowej, gdy gwar uliczny milknął, słychać było na Smolnej głuchy, bardzo daleki pomruk od strony Pragi. Na chodnikach zjawiły się napisy "Idź na front!". Kamil Mackiewicz malował plakaty.

Na jednym z nich żołnierz z twarzą Kamila pochylał karabin, a napis wołał:

"Hej, kto Polak, na bagnety!". Tadeusz z Rudym wstąpili na ochotnika do 19. eskadry lotniczej myśliwskiej, paradowali w mundurach z żółtymi kołnierzami, jeździli urzędować do koszar na Mokotowie, mieszkali prywatnie w mieście, jadali kolacje w "Asturii" na Nowym Świecie, gdzie wtedy przy stoliku pisarsko-dziennikarskim prezydował Kornel Makuszyński, jeden z filarów endeckiej "Rzeczpospolitej". O nim to śpiewano na nutę Rozmaryny w jednym z kabaretów:

Rzeczypospolito rozwijaj się (bis)!
Pójdę do Astorii,
Tam usiądę w glorii...

Razu pewnego do sali, która była na piętrze, doleciał z dołu łomot i wielki wrzask kilkudziesięciu głosów kobiecych. Na sali powstało zamieszanie. Kelnerzy biegali zaaferowani. Goście w ubraniach cywilnych wyraźnie pobledli. Co się stało? Tłum kobiet dobija się, bo chcą się rozprawić z cywilami, którzy nie idą na front. Ochotnicy umundurowani, lub tacy co przynajmniej mieli wpiętą w klapę marynarki czerwono-białą kokardkę ochotniczą, siedzieli sztywni i pozornie obojętni, choć też czuli się nieswojo. A jeden z bladych cywilów wstał i przygarbiony zaczął krążyć między stolikami, jakby szukając wyjścia pod ziemię.

Wreszcie tumult ucichł.

Właściciel "Asturii" potrafił jakoś przekonać wojownicze kobiety, że na sali nie ma tchórzów, a tylko dzielni obrońcy ojczyzny. Kto wie – może owego wieczoru wśród gości na sali był gdzieś Julian Tuwim i może ten wrzask kobiet szturmujących "Asturię" natchnął go w 9 lat później do użycia zwrotu o "stadzie dzikich bab"?

W Warszawie robiło się coraz goręcej. Wieczorami pomruk artylerii za Pragą był zupełnie wyraźny. Pod Radzyminem, prowadząc swój batalion po raz dwudziesty do kontrataku, poległ przyjaciel Tadeusza i dokooptowany członek Cempścia kapitan Ryszard Downar-Zapolski, z którym jeszcze tak
niedawno popijało się w restauracji Europejskiej w Mińsku. Ryszard wstąpił praporszczykiem do armii rosyjskiej w roku 1914 i trzy lata bez przerwy przesłużył w pierwszej linii okopów. W roku 1917 miał już na piersi dwa biało emaliowane oficerskie krzyżyki św. Jerzego. Potem był u Dowbora.

W ciągu sześciu lat omijały go kule i nie był nawet draśnięty. Był szczupły, suchy, odznaczał się niesłychaną siłą fizyczną i ogromną łagodnością charakteru.
Wieczorem po na pół pustych Alejach Ujazdowskich szły tramwaje z rannymi i migał otwarty samochód, a w nim szarobłękitna kurtka zasępionego Piłsudskiego.

A potem nadszedł Cud Wisły. Mam wrażenie, że te słowa "cud Wisły" czy też "cud nad Wisłą" powstały niejako automatycznie i bez żadnej ukrytej myśli. Były po prostu naśladowaniem będącego wciąż w świeżej pamięci Cudu Marny. Skoro Paryż ocalał dzięki cudowi nad Marną, to dlaczego Warszawa – ten "mały Paryż" – nie może być ocalona dzięki cudowi nad ukochaną szarą Wisełką? Zaledwie jednak słowa "cud Wisły" zostały wypowiedziane, już podstępne myśli rozpoczęły gorączkową pracę. Chodziło o odebranie laurów zwycięstwa Piłsudskiemu. Próbowano zwalić zwycięstwo na generała Weyganda, ale generał nie zechciał grać roli nadwiślańskiego cudotwórcy. Tedy puszczono wersję, że zwycięstwo sierpniowe nad bolszewikami było dziełem Boskiej interwencji. Wersja ta bardzo odpowiadała nastrojowi Polaków skłonnych do tego, co p. Jan Kowalik nazwał "szamanizmem narodowym". Szamanizm ten nie opuścił nas na emigracji: na łamach pewnego czasopisma wydawanego w Londynie pewien b. oficer wysokiej rangi wskrzesił go w artykule "Cud nad Wisłą" w czterdzieści lat po bitwie warszawskiej.

19. eskadrę lotniczą myśliwską zwano "cyrkiem Mroczkowskiego", gdyż dowodził nią porucznik nazwiskiem Mroczkowski, a w Warszawie był ongi cyrk Mroczkowskiego. Eskadrę przeznaczono dla obrony stolicy.

Po cudzie nad Wisłą, gdy fala bolszewików została odrzucona daleko na wschód, eskadra powinna była ruszyć z Warszawy w ślad za oddalającym się frontem. Porucznik Mroczkowski zwlekał jednak i dopiero w początku września eskadrę załadowano na pociąg. Pobyt eskadry na froncie nazwany przez Rudego "kampanią turecką" obfitował w szereg zabawnych epizodów, których opisywanie zajęłoby zbyt dużo miejsca. Tu wspomnę tylko, że Tadeusz i Rudy zaprzyjaźnili się z sierżantem Taszarkiem z Poznańskiego.

Z inicjatywy Taszarka odbyła się w okolicach Brześcia w łozach nadbużańskich obława na "zdziczałą" krowę. Mięso tej krowy było cennym nabytkiem dla eskadry karmionej w ciągu wielu dni obrzydliwymi konserwami i jeszcze obrzydliwszym chlebem.

W Brześciu eskadra zmotoryzowała się i ruszyła w stronę Prużan trakcją samochodową. Nawet kuchnia była zmotoryzowana i pewnego wieczoru wiadomość "kuchnia puściła" ogromnie zelektryzowała całą eskadrę.

Najdłuższy postój był w pięknym, lecz zapaskudzonym i zawszonym przez bolszewików dworze Drewiańczyce pod Słonimem, własności pp. Ordów. Tam łażąc po zaśmieconych pokojach, oglądając kupy odchodów sołdackich nie tylko na posadzkach, lecz nawet na klawiaturze fortepianu,Tadeusz z Rudym znaleźli kilka porzuconych gazet i tygodników sowieckich. W jednym z nich była karykatura Piłsudskiego z obwiązaną spuchniętą twarzą i napisem: "Józef I Piłsudski, król polski, granice roku 1772 wypisała mu na gębie czerwona armia". A w drugim wierszyk, z którego Tadeusz zapamiętał urywki:

Pust' Padierewskżj złobno łaja
Na pomoszcz Klemanso zowiot.
No włast' sowietow trudowaja
I etich psow s ziemli smietiot.
Wojska sowieckije kak ława
Smietut wsio nieczist' nawsiegda.
I budiet krasnoju Warszawa
1 wsie ziemnyje goroda.

sobota, 20 kwiecień 2013 20:33

Wojna, którą właśnie przegraliśmy (15)

Napisane przez

kowalskiglowkaJeżeli zwykłym Polakom zaproponujemy lepsze życie w Polsce, a nie za granicą – zwyciężymy.
Prawdziwa wiara w Boga zmienia nasze widzenie rzeczywistości. Poszerza je z życia jedynie doczesnego na wieczność. Tak pojmując rzeczywistość, służąc Bogu i bliźnim, nie straszne już nam są chwilowe niepowodzenia, cierpienia czy brak natychmiastowej realizacji naszych pragnień. I brak wyniesienia na cokoły jeszcze przed śmiercią. Służąc Bogu i bliźnim, żyjącym obok nas Polakom - zwyciężymy. I spotkamy się w Wolnej Ojczyźnie, jeśli nie tej doczesnej, to w Niebieskiej. Chrześcijaństwo jest największym społecznym osiągnięciem człowieka jako jednostki i jako zbiorowości. Jest dane przez Boga, który objawił się nam w postaci Jezusa Chrystusa z pierwszą i najważniejszą społeczną zasadą – przykazaniem miłości bliźniego. Skoro zatem dążymy do budowy państwa, społeczeństwa i narodu według zasad wiary chrześcijańskiej, nie odtrącajmy i nie potępiajmy wszystkich tych, którzy chcą nam pomóc pomimo braku deklaratywnej wiary. I módlmy się za tych, którzy nam przeszkadzają, bo mamy nadzieję chwilowo służą złu, przeciwko Bogu i człowiekowi.

To brak wiary w życie wieczne i perspektywa zawężona jedynie do tu i teraz pozwoliły elicie opozycyjnej do podpisania paktu okrągłego stołu. A potem do ustawiania się tu i teraz, siebie i swoich dzieci. Wbrew interesom zwykłych ludzi. A ile było przy tym pięknych słówek. Nawiązania do patriotyzmu, do obowiązku i do konieczności wyrzeczeń. Oszust może wszystko powiedzieć i wszystko obiecać, bo wie, że niczego nie dotrzyma. Zwykli Polacy zbyt często byli oszukiwani przy pomocy pięknych słówek. I nie dziwmy się, że nie chcą słuchać kolejnych proroków, którzy obiecują jedno, że ich urządzą, jak tylko zostaną wybrani. Wystarczającą ilość razy zostaliśmy urządzeni, czyli załatwieni na cacy. Dlatego dosyć już pięknych słówek, które kolejne kliki polityczne mają czelność nazywać programem. A które służą jedynie oszukaniu wyborców, żeby dorwać się do żłobu.

 

Po przedstawieniu głównych założeń naszego programu, czas wymienić naszych naturalnych zwolenników, nawet jeszcze nieświadomych.

1. Przedsiębiorcy, mali, średni i duzi, którzy rozwinęli własne firmy pracą i pomysłem, a zaczynali również jako mali. Niszczeni od co najmniej 1993 roku przez III RP w ramach walki z niezależnym od Systemu kapitałem. Oczywiście do grupy przedsiębiorców nie wliczam tzw. elity polskiego biznesu, czyli uwłaszczonych na majątku narodowym byłych komunistów. Nie są oni solą ziemi, ale słupami systemu okrągłego stołu.

2. Drobni rolnicy, najbardziej obok drobnych przedsiębiorców niszczona grupa społeczna w Polsce. Niszczona podobnie w systemowy sposób z wyznaczonym celem likwidacji półtora miliona gospodarstw bez wskazania innego miejsca uzyskiwania dochodów czy wręcz przeżycia. Po zniszczeniu drobnej produkcji rolnej w interesie rolnictwa obcych państw i rozmaitych polskich Stokłosów, ceny produktów rolno-spożywczych oczywiście wzrosną.

3. Pracownicy, w 75 proc. zatrudnieni w małych i średnich przedsiębiorstwach. Upadek przedsiębiorstw oznacza automatyczne bezrobocie dla zatrudnionych w nich osób. Dawny antagonizm z czasów komunizmu, my robotnicy i jeden wielki przedsiębiorca państwo, powinien być jak najszybciej zapomniany. Obecnie zdecydowana większość pracowników i przedsiębiorców jedzie na tym samym wózku i czas to wreszcie zrozumieć. Oczywiście funkcjonariusze Systemu robią wszystko, żeby taki antagonizm podsycać.

4. Nauczyciele szkolni i akademiccy. Zapaść państwa polskiego generuje nie tylko nędzę i bezrobocie, ale również stały odpływ polskiej młodzieży za granicę. Drastyczny spadek liczby studentów i uczniów spowoduje w szybkim tempie zamykanie szkół, nie tylko podstawowych, ale i wyższych, a zatem wzrost bezrobocia i obniżki płac dla was.

5. Przedstawiciele wolnych zawodów – lekarze, prawnicy. Kogo będziecie leczyć i komu będziecie doradzać, gdy prawie wszyscy wyjadą, a ci co zostaną nie będą mieli dla was pieniędzy.

6. Studenci. Nie macie wiele do stracenia. Zawsze możecie wyjechać, ale czy nie jest to kusząca perspektywa ustawić się tu i teraz, w Polsce, gdzie macie więcej znajomych i więcej możliwości robienia ciekawych rzeczy. Z górą kasy wszędzie za granicą będziecie czuć się jak goście, a nie zmywaki.

7. Emeryci. Liczymy na was. Nareszcie macie czas, żeby po oderwaniu się od zajęć i trosk zawodowych zrobić coś bezinteresownego dla pomyślności waszych wnuków.

8. Emigranci. Skala obecnej emigracji, jeśli miałaby mieć charakter trwały, jest przerażająca. Przy takim odpływie młodej krwi trwała zapaść państwa jest nieunikniona. Jest ona wynikiem umowy aktualnie (od '89) rządzących z Zachodem: transfer kapitału za transfer taniej siły roboczej. Nie wiedziałbym nic o takiej umowie, gdyby nie wypowiedź otwartym tekstem reprezentanta Biznes Center Club w Polskim Radiu. Nie dziwi zatem skuteczne odstraszenie po roku 89. Polonii, która przebywała za granicą w dużej mierze ze względów nie materialnych, ale politycznych.

Sztandarowym przykładem takiego zachowania było "wyślizganie" Barbary Piaseckiej-Johnson z zakupu Stoczni Gdańskiej. A trzeba pamiętać, że jej wkład w finansowanie Solidarności był bardzo duży.

Dzieci i wnuki komunistów przywiezionych na sowieckich czołgach, którzy przepędzili z Polski elitę II Rzeczypospolitej, nie mogły pozwolić teraz na jej powrót. To oni mieli rządzić III RP i rządzą, z jakim skutkiem widzimy. Poza Czechami, drugim państwem, któremu udało się nie popaść w postkomunizm, jest Estonia. Sukces ten zawdzięcza Estonia głównie reemigrantom, którzy zaproszeni przez władze państwa, czynnie włączyli się w jego odbudowę. Emigranci, natychmiast zaprosimy was do odbudowy państwa polskiego.

9. Rodzice zatroskani przyszłością dzieci. Obecny system skazuje wasze dzieci na trwałe bezrobocie i ucieczkę z Polski. Nawet za komuny nie chciało tyle osób emigrować co obecnie. Jeśli nie chcecie uczyć się języków obcych, żeby za parę lat pogadać na skajpie z waszymi wnukami, musicie pomóc w budowie naszej V Rzeczypospolitej.

10. Na koniec najtrudniejsza grupa – przedstawiciele obozu obecnej władzy. Pismo Święte potrafi wszystko wyjaśnić, dlatego posłużę się nim. Józef z Arymatei był zamożnym człowiekiem, członkiem Sanhedrynu, najwyższej władzy żydowskiej, która skazała Jezusa Nazarejczyka na śmierć. Ale jak również z Pisma Świętego wiemy, był ukrytym zwolennikiem Jezusa i człowiekiem, który odstąpił mu swój grób.

Nie wierzę, że w obecnym obozie władzy, rzeczywistej władzy, nie ma ludzi światłych, którzy obserwują bankructwo systemu okrągłego stołu. Miał im zapewnić bogactwo, bezpieczeństwo i długie szczęśliwe życie dla nich samych i ich potomków. Spowodował ruinę państwa polskiego, z którego będą uciekały także ich dzieci. Dlatego najwyższy czas oprzytomnieć. Nikt wam już niczego nie odbierze, dlatego poprzyjcie budowę V Rzeczypospolitej, państwa, którego nie będziecie się wstydzić. W innym wypadku skończycie jak murzyńscy kacykowie, z których będzie się natrząsał nie tylko Zachód, ale i Wschód.

 

Jeśli kogoś nie wymieniłem, to przez nieuwagę, niech się nie obraża tylko czym prędzej do nas dołącza. Konfederacja Wolnych Polaków jest otwarta na wszystkich, którzy nie chcą żeby Polska była zawłaszczona przez jakąkolwiek sitwę. Dla tych, którzy nie chcą być cynicznie wykorzystywani i okradani z życiowych szans przez klikę politycznych hochsztaplerów. Polska musi być nasza i będzie. To będzie Polska Wolnych Polaków, w której każdy będzie mógł robić, co chce, oczywiście w granicach rozsądku i obowiązującego prawa. I będzie mógł liczyć na wsparcie ze strony państwa zamiast uważać na kłody rzucane pod nogi, jak to jest obecnie. Tylko taka Polska, zorganizowana w nowoczesny sposób z wykorzystaniem naturalnych cech narodowych, oparta na sprawdzonym fundamencie chrześcijaństwa, może na stałe zaistnieć jako wielkie państwo w Europie.

Budowa naszej Polski, V Rzeczypospolitej, nie będzie przeciw komukolwiek. Nie będzie zagrożeniem dla żadnego Polaka chcącego normalnie i zgodnie z naszym systemem wartości żyć we wspólnej ojczyźnie. Nie będzie też zagrożeniem dla żadnego obywatela obcego państwa lub innego państwa. V Rzeczpospolita będzie miłującym pokój i handel państwem wolnych obywateli. Nie unikniemy oczywiście nienawiści ze strony wrogów wolności i Boga.

Będziemy się modlić za ich nawrócenie i będziemy popierać wszelkie wolnościowe ruchy wewnątrz tych państw. Jako samotna wyspa wolności nie ostaniemy się na morzu wzburzonym od chęci zniewolenia swoich obywateli i innych państw. Mam nadzieję, że staniemy się przykładem dla naszych sąsiadów. Zamiast podporządkowywania się władcom czyniącym z nich niewolników chorych żądz, w pierwszym rzędzie dążących do zniszczenia nas – wolnych Polaków, zmienią swoje rządy na podobne do naszych. Bo w końcu jakaż to miara sukcesu człowieka gnać do przodu z frontem i nie oglądać się w tym, bo z tyłu biegnie formalnie nasz współobywatel z odbezpieczonym naganem i również nie ogląda się za siebie?

Ciąg dalszy za tydzień

sobota, 13 kwiecień 2013 00:15

Wojna i sezon [22]

Napisane przez

Opowiadano też o innych sprawkach tych panów. Otóż raz zjawili się u pani Wandy Eynarowiczowej, ciotki Tadeusza, z wekslem jej syna Stanisława na sumę 500 rubli wystawionym za dług karciany. Pani Wanda była osobą oszczędną, więc oświadczyła, że długów karcianych syna nie płaci. Wtedy pan Kawka:

– A więc robię pani prezent z tych głupich 500 rubli!

To mówiąc podarł weksel na strzępy. Pani Wanda, Dederkówna z domu, była ostrożna i oszczędna, ale posiadała też odziedziczoną dumę rodową.
Spłonąwszy rumieńcem gniewu rzuciła w twarz panu Kawce "głupią" sumę 500 rubli. Pan Kawka pieniądze przyjął, ale w parę tygodni potem weksel na sumę 500 rubli z podpisem Stanisława Eynarowicza – tym razem weksel autentyczny – został odesłany do protestu.

Tadeusz był świadkiem historii świadczącej, że opowiadanie o zawodowym szulerstwie panów Kawki i Węgłowskiego miało podstawy. Pan Kazimierz Wołodkowicz z Iwańska uchylił się od podania ręki panom Kawce i Węgłowskiemu. Wielce oburzeni posłali mu sekundantów. Pan Kazimierz
oświadczył sekundantom:

– To znani żulicy i szulerzy i sprawy honorowej z nimi mieć nie mogę. Sekundanci złożyli swe mandaty i sprawa honorowa na tym utknęła. Mimo to jednak dawni znajomi utrzymywali nadal przyjazne stosunki z panami Kawką i Węgłowskim – może z racji ich pięknych i miłych żon?

– A pan Kazimierz Wołodkowicz chodził po Warszawie z aparatem fotograficznym, ponieważ, jak powiadał:

– Lubię fotografować pięknych istot.

Życie Cempścia na Sewerynowie nie polegało wyłącznie na rozpuście lub na ciemnych, a w najlepszym razie niejasnych interesach. Spragnieni pożywienia dla duszy chodzili pilnie do teatru. Wystawiona w "Rozmaitościach" sztuka Stefana Biedrzyńskiego "Pocałunek wojny" szczególnie ich poruszyła. Sztuka ta miała swe dzieje nieznane nie tylko przeciętnym bywalcom teatralnym, ale i zawodowym teatrologom. Aby te dzieje zrozumieć, trzeba jak się w klasycznych powieściach pisało, cofnąć się wspomnieniem o kilka lat wstecz.

Na całą Litwę słynęła Bielica guberni mohylowskiej, należąca do pana Karola Świackiego. Sława tego dworu przekraczała zresztą granice zaborów, zwłaszcza że żona pana Karola, Donimirska z domu, była rodem z Pomorza. Dobra Bielica – Krupka – Hurzec z wielu folwarkami słynęły przede wszystkim ze wzorowego gospodarstwa rolnego, z hodowli krów rasowych, z wielkiego na owe czasy uprzemysłowienia. W dobrach tych były gorzelnie, młyny, tartaki, mleczarnie, fabryka drewienek do zapałek.

Niektóre z tych zakładów były nawet zelektryfikowane! Dziesiątki praktykantów, tj. studentów lub absolwentów wyższych uczelni rolniczych, przeszło przez Bielicę, kształcąc się pod kierownictwem pana Karola i jego administratorów. Ale Bielica zasłynęła jako najdalej na wschód położone "centrum polszczyzny" – ognisko kultury zachodniej usadowione niby fortalicja niedaleko ściany smoleńskiej. Pan Karol założył u siebie szpitale, ochronki, szkółki – najpierw tajne, a od wojny 1914 jawne.

Korespondencja z Bielicy wychodziła na papierze listowym ozdobionym secesyjną winietką z napisem: "Mohylowska oświata – światło niosę mojemu ludowi".

Każdego lata dwór huczał od zjazdu młodzieży płci obojga – krewnych, powinowatych, przyjaciół oraz niezamożnych studentów, pisarzy i artystów potrzebujących odpoczynku na wsi. Odbywały się bale, baliki, zawody sportowe, wieczory wokalno-literackie, teatry amatorskie. Przed wojną zbierała się w Bielicy młodzież nie tylko z okolicy, nie tylko z całej Litwy, ale również z Królestwa, Pomorza, Poznańskiego i Galicji. Po wybuchu wojny 1914, a zwłaszcza po porażce rosyjskiej latem 1915 i napływie fali wygnańców, Bielica i przyległe folwarki pęczniały od "uciekinierów", którzy w gościnnych progach pana Karola znaleźli schron, wikt i opierunek.

W gronie uchodźców z Królestwa znalazł się pan Stefan Kiedrzyński, średniej miary autor paru książek i sztuk scenicznych. Zamieszkał w Bielicy, która już była zapełniona do ostatecznych granic pojemności. Zdarzyło się, że do Bielicy zawitali krewni pana Karola i to krewni nie byle jacy: staruszka ciotka pana Karola Maria Górecka, z domu Mickiewiczówna (córka Adama), i Teodor Dydyński, ostatni żyjący profesor warszawskiej Szkoły Głównej, z żoną. Nie wiedząc, gdzie i jak ich rozlokować, zwrócił się do kilku młodych gości z uprzejmą prośbą, czy by nie byli łaskawi przenieść się – choćby czasowo – do jednego z folwarków i w ten sposób oswobodzić pomieszczenie dla przybyłych krewnych. Młodzi ludzie zgodzili się bez szemrania – z wyjątkiem pana Kiedrzyńskiego. Ten uznał propozycję pana Karola za osobisty afront, obraził się i opuścił Bielicę "z trzaskiem".

Pan Karol wzruszył ramionami. Może by jednak nie wzruszał ramionami, gdyby był czytał powieść "Sławny człowiek" Włodzimierza Perzyńskiego i wiedział, że życie lubi czasem naśladować literaturę, no i że nie zawsze bezpiecznie jest żegnać ludzi pióra wzruszeniem ramion. 

W powieści Perzyńskiego autor sztuki teatralnej dostaje dyskretną łapówkę w kwocie 500 rubli za cenę zaprzestania pisania felietonów mogących skompromitować panienkę z dworu ziemiańskiego, który parę miesięcy przedtem podejmował gościnnie "sławnego człowieka".

W wypadku pana Kiedrzyńskiego analogia z literaturą nie jest ani pełna, ani zakończona. Pan Kiedrzyński nie był sławny – był zaledwie "znany" – żadnej panienki nie skompromitował i, co najważniejsze, ani 500 rubli, ani żadnej innej sumy nie dostał. Ale w trzy lata później napisał sztukę "Pocałunek wojny". Akcja dzieje się w bogatym dworze kresowym w okresie rewolucji bolszewickiej. Dwór żyje jak na wulkanie, czekając lada chwila wtargnięcia zbolszewiczałego motłochu i pogromu. Właściciel majątku (Owerło), dusigrosz rozprawiający o zarobkach ze sprzedaży "tuczonych kabanów", snob przechwalający się pokrewieństwem z Radziwiłłami, myśli tylko o groźbie strat materialnych i o własnej skórze. Jest ojcem pięknej córki (Szylinżanka), która się podkochuje w bawiącym we dworze uchodźcy z Warszawy (Węgrzyn).

Dwór jest oblegany przez wzburzony motłoch. Wymowny Węgrzyn umie jednak jakoś uspokoić zbuntowane chłopstwo (przez okno), ale zostaje śmiertelnie ranny strzałem z tłumu. Umiera bardzo powoli opłakiwany przez piękną dziedziczkę. Sztuka kończy się efektownie: w blaskach świtu ukazuje się w środkowym oknie sylwetka żołnierza niemieckiego w hełmie stalowym. Na scenę, na której umiera Węgrzyn, wchodzi właściciel z okrzykiem: "Bardzo dobra wiadomość: otrzymaliśmy przepustkę do Warszawy".

Pomijając takie błędy, jak np. że żaden ziemianin na Litwie nawet nie myślał o przepustce do Warszawy zaraz po przepędzeniu bolszewików przez wojska niemieckie i wiele innych drobnych usterek, trzeba przyznać, że sztuka została przez Kiedrzyńskiego pomyślana chytrze. Pan Karol nie mógł mieć osobiście pretensji, bo nie miał córki, ale tylko syna jedynaka i ponieważ jako purysta polski nie mógł mówić o "kabanach". Ale ta chytrość była wyjątkowo podła, bo rzucała cień na całe ziemiaństwo litewskie.

Możliwe, że na wielkim obszarze między linią frontu a Dnieprem mógł się znaleźć wśród tysięcy dworów taki lub inny dwór, w którym "uciekinierów" przyjęto niezbyt gościnnie. Na ogół jednak dwory litewskie po prostu przesadzały w gościnności. Z gościnności tej korzystała nie tylko inteligencja, ale i chłopi-wygnańcy, którzy dostawali pracę, dach nad głową i szkołę polską dla dzieci.

Cempść wysłuchał sztuki spokojnie i tylko ryknął chóralnym śmiechem, gdy Owerło grający ziemianina-kułaka oświadczył:

– Wszak przez Świętorzeckich jesteśmy krewni Radziwiłłów.

W antrakcie członkowie Cempścia kolejno winszowali paranteli Tadeuszowi, którego matka była Świętorzecka z domu. W pierwszych dniach
sierpnia wojska polskie zajęły Mińsk.

Mińczuków ogarnął szał radości. Biegali po przepustki, pakowali walizki. Tylko Irteńscy chodzili zatroskani. Na parę dni przed opuszczeniem Mińska bolszewicy aresztowali i wywieźli na wschód kilkadziesiąt Polaków i Polek jako "zakładników". W liczbie tych zakładników znalazła się pani Irteńska. Znajomi Żydzi ostrzegali ją, że może być zaaresztowana, więc za mieszkała na przedmieściu w domku dawnego lokaja. Ale dowiedziawszy się, że Jadwinia nie daje sobie rady z ciężko chorym na dyzenterię synkiem, przyszła do domu późnym wieczorem i trafiła w ręce patrolu bolszewickiego. Jadwini z umierającym synkiem i 90-letniej babuni Irteńskiej bolszewicy nie ruszyli. Dopiero w 21 i 22 lata później nabrali odpowiedniej wprawy w deportowaniu i wywozili w bydlęcych wagonach bez różnicy – zarówno starców osiemdziesięcioletnich jak i niemowlęta. Panią Irteńską w towarzystwie pań Zenaidy Brzostowskiej z córką Eugenią, Józefowej Święcickiej z trzema córkami i Jadwigi z Kaszyców Januszkiewiczowej oraz panów Adama Żabę, Maksymiliana Malińskiego, Włodzimierza Dworzaczka i profesora Mariana Massoniusa wsadzono "z komfortem" do wagonu trzeciej klasy i powieziono do Smoleńska. Na jednej ze stacji za Borysowem żołnierz wywołał z wagonu pana Adama Żabę, znanego mińskiego działacza społecznego i politycznego. Pani Irteńska widziała przez okno, jak pana Żabę dwaj żołnierze wyprowadzili za budynki stacyjne. Rozległ się strzał.

Wkrótce pociąg ruszył dalej – już bez pana Żaby.

W Smoleńsku zakładników osadzono w więzieniu. Pani Irteńska zachorowała na tyfus plamisty. Wyżyła dzięki oddanej i serdecznej opiece dr. Erdmanowej. A już toczyły się w Borysowie pertraktacje o wymianę zakładników. W styczniu powracające z niewoli smoleńskiej ofiary deportacji witano uroczyście na dworcu.

Tadeusza znudziły "interesy", skorzystał z oferty złożonej mu przez pana Jana Dynowskiego, wuja Koka Proszyńskiego, i przeniósł się do Mińska,
aby rozpocząć służbę w Zarządzie Cywilnym Ziem Wschodnich. Dostał posadę sekretarza poufnego, pana Dynowskiego, który był komisarzem miasta Mińska. Otrzymał 9. stopień służbowy, parę tysięcy marek poborów i "deputat", w którego skład wchodziło m.in. kilka funtów białej jak śnieg mąki amerykańskiej. Wkrótce wprowadzono nieoczekiwany system wypłaty poborów. Pobory – zasadniczo miesięczne – wypłacano nie co miesiąc, ale co 20 dni: 1., 20., 10., 1. itd.

Naczelnikiem okręgu mińskiego, czyli wojewodą, jest pan Władysław Raczkiewicz – pierwszy wojewoda miński od stu kilkudziesięciu lat. Robi fantastyczną karierę. Jeszcze niedawno nosił mundur podporucznika i dzięki protekcji zacnego generała Gawriłowa nie poszedł na front, lecz urzędował w biurze wojskowego naczelnika. Dziś miga po ulicy Zacharzewskiej, przemianowanej zresztą na ulicę Mickiewicza, w otwartym aucie w kapiącym od złota mundurze. Jego to w "Myśli Niepodległej" złośliwy Andrzej Niemojewski nazwie "złotym generałem". A gdy Tadeusz złoży mu wizytę w jego siedzibie prywatnej – uroczym spowitym zielenią dworku pana Parfinowicza, na jednej z bocznych ulic śródmieścia – zobaczy na stole w saloniku czyjąś fotografię z napisem: "Kochanemu Władkowi – przyszłemu ministrowi". Napis ten miał stać się proroctwem trzykrotnym: po raz pierwszy już w roku następnym.

Szef Tadeusza pan Dynowski jest człowiekiem trochę "stukniętym", ale miłym. Praca o tyle ciekawa, że nowa. Na stole papierki, które trzeba jakoś załatwić. Zadziwiają zwroty "ad pismo tamtejsze" lub "w związku z pismem tutejszym" – kopiowane z galicyjskich wzorów.

Ale wszystko odbywa się, jak w śnie złotym. Wolny Mińsk przeżywa miesiące miodowe oswobodzenia. Frontem dowodzi generał Szeptycki. W zarekwirowanym w mieszkaniu Irteńskich pokoju mieszka pułkownik Szemet, dowódca okręgu etapowego. Do funkcji jego należy m.in. zatwierdzanie wyroków śmierci wydanych przez sądy polowe. W sądzie polowym oskarża kapitan Januszkowski, dorpatczyk o przezwisku "Bibesco".

Dzięki jego pozwoleniu i komendanta policji pana Drożyńskiego, drobnego obywatela powiatu ihumeńskiego, Tadeusz w towarzystwie paru innych cywilów jedzie za miasto do sosnowego lasu majątku Lepianka, pana Piotra Wańkowicza, aby asystować przy rozstrzelaniu czterech bandytów. Stoją skuci kajdankami nad wykopanym rowem z górką żółtego pasku. Ograbili i zamordowali kilkunastu ludzi. Najgorszym z nich jest niejaki Jajeczko – morderca całej rodziny z niemowlętami włącznie. Gdy huknęła salwa i skazańcy jak wichrem zdmuchnięci upadli na piasek, Tadeusz poczuł lekkie mdłości. Pożałował, że dał się skusić "niezdrowej ciekawości" i przyglądał się krwawemu widowisku.

Już miał siadać do powozu, by wracać do miasta, gdy zatrzymał go komendant policji.

– Mam list do pana – powiedział pan Drożyński z ironicznym uśmiechem – w ubraniu jednego z bandytów znaleziono tę oto kartkę.

Tadeusz bierze z niedowierzaniem do ręki brudną i zatłuszczoną kartkę pokratkowanego papieru. Na jednej stronie adres: "JWPan Tadeusz Ipohorski Irteński w Mińsku Litewskim", a na drugiej:

"Kochany Tadziu – okaziciel niniejszego Michał Jajeczko był u nas w Mietliczycach leśnikiem. Jest bardzo porządnym i uczciwym człowiekiem. Może mógłbyś urządzić mu posadę w milicji albo woźnego w urzędzie.

Twój Jan Święcicki"

Tadeusz obraca kartkę w ręku i uśmiecha się krzywo. Tymczasem od
strony wykopanego rowu słychać jeden strzał, potem drugi. Okazuje się, że pluton egzekucyjny złożony z młodych chłopców denerwował się i nie strzelał celnie. Michał Jajeczko rzucał się jeszcze na piasku i sierżant dobił go z pistoletu. Sierżant też się denerwował, ręka mu się trzęsła i musiał strzelać dwukrotnie.

– Polska czerezwyczajka – mruczy pod nosem pan Drożyński – obrzucając niechętnym wzrokiem cywilne ubrania Tadeusza i jego towarzyszy.

Nerwowa, improwizowana praca zarządu cywilnego ziem wschodnich nad budową administracji "Białorusi wschodniej" idzie w parze z orgią zabaw. Była to "radosna twórczość" w pierwszym i chyba najlepszym wydaniu.