Goniec

Register Login

Lektura Gońca (560)

sobota, 21 wrzesień 2013 11:31

Wojna i sezon [44]

Napisane przez

wypadekGdy go zafrapował jakiś piękny fragment nieba i kniei, robił w ciągu paru minut bardzo schematyczny szkic ołówkowy, na którym barwy były – niczym w szekspirowskim teatrze – wyrażone przez napisy "seledyn", "purpura", "stare złoto", "morelowy" itp.
Robił nieraz dziesiątki takich szkiców i tylko niewielki ich odsetek stawał się potem obrazami. Samo dobieranie barw i malowanie obrazu odbywało się, nieraz w wiele tygodni później, w ciszy pracowni.
Szkic był więc tylko notatką pro memoria, a sam obraz kolorowy tkwił
wyłącznie we wzrokowej pamięci artysty. Dużo takich szkiców poszło na marne i nigdy nie stało się obrazami, Henryk Weyssenhoff był bowiem strasznym leniem: malował pięknie, lecz mało.
Spotykał się też Tadeusz z Julianem Ejsmondem, choć nigdy z nim nie polował, mimo że nieraz bywali gośćmi u tych samych myśliwych. Wybitnego poetę i satyryka, słynnego zarówno ze swych "Bajek", jak z prześlicznych przekładów wierszy łacińskich Kochanowskiego, nie można zaliczyć do "wielkich" myśliwych o ile – rzecz jasna – za wzór wielkości będziemy stawiali tradycję wielkich łowów litewskich. Był on natomiast wielkim, może największym w okresie Polski niepodległej, działaczem łowieckim.
Po wstrząsie pierwszej wojny i rewolucji, zwierzyny było zastraszająco mało, zaś kłusownictwo – nielegalne i legalne – szalało. Myśliwi, którzy by chcieli zatroszczyć się o rozwój łowiectwa, byli rozproszeni i zahukani. Szła na nich nagonka sfer i prasy lewicowo-ludowych. Wymyślano im od "żubrów". Ejsmond był nie tylko poetą, ale i myśliwym.
Opłakany stan kultury łowieckiej bolał go bardzo. Nic więc dziwnego, że gdy w pierwszych latach po tamtej wojnie zaczęła się tworzyć z inicjatywy pana Bolesława Świętorzeckiego wszechpolska organizacja "Polski Związek Łowiecki" (pierwotna nazwa była bardziej skomplikowana), stanął pierwszy w jej szeregach, a równocześnie wespół z panem Walentym Garczyńskim objął po śmierci pana Sztolcmana redaktorstwo tygodnika "Łowiec Polski".
Odtąd oddał łowiectwu cały swój talent niepospolity wraz z żądłem satyry i całą swą niewyczerpaną energią. Chodziło przede wszystkim o to, by dać Polsce porządną ustawę łowiecką. Ejsmond zakasał rękawy i po upływie paru lat dał Polsce ustawę, która miała się stać później wzorem dla wielu ustaw zachodnioeuropejskich, np. szwedzkiej. Oczywiście nie pisał sam tej ustawy. Nie był (na szczęście!) prawnikiem. Ale jako redaktor "Łowca Polskiego", a jednocześnie referent łowiectwa w ministerium rolnictwa potrafił tak deptać po piętach różnym dygnitarzom i generałom, tak czarować ich prośbą, no i straszyć groźbą (satyry), że po paru latach ustawa w formie dekretu prezydenta stała się ciałem. Dygnitarze bali się jak ognia satyry ejsmondowskiej, zarówno zjadliwego pióra jak języka, podpisywali więc dekret niejako na odczepnego.
Żądło ejsmondowskie było nieubłagane. Raz pewien starszy myśliwy
pan Hermann Knothe zanudzał opowiadaniami, które okraszał tzw. łaciną myśliwską, czyli pospolitym łgarstwem. W pewnej chwili, opowiadając
o polowaniu na kozła "na wychodnego" pan ten powiedział:


– A więc zdrzemnąłem się pod dębem i – wyobraźcie sobie panowie – kozioł przesadził przez mnie.
W tym miejscu Ejsmond odezwał się:


– Słyszałem, że myśliwi przesadzają, ale żeby i kozły... No-no...
Ten żarcik był raczej niewinny. Jak niewinny był tytuł fikcyjnego zbiorku: "Kilka dób na świeżym powietrzu – wrażenia z polowań zbiorowych".
Bywało jednak gorzej. Pewien krytyk z Małopolski rodem skrytykował dość ostro język łowiecki pewnego ejsmondowskiego wydawnictwa.
A trzeba wiedzieć, że Ejsmond nagrodzony pierwszą nagrodą za przekład wierszy łacińskich Kochanowskiego był szczególnie drażliwy na punkcie
zarzutów językowych. Wpadł w pasję i wydrukował w "Łowcu Polskim" wiersz satyryczny, w którym uczepił się a la Nowaczyński nazwiska swego krytyka. Krytyk zwał się Przedżymirski, a wiersz zaczynał się słowami:
Staruszek, co przedrzymał w bezczynności ruję,
Teraz wszystko, co młode, ostro krytykuje...

W wierszu było więcej inwektyw, np.:

Stworzenie mało polskie, ale bardzo ce ka.
Taki pan się nie kocha, taki pan się cieka...

W światku warszawskiej centrali łowieckiej, w której zasiadali przeważ- nie starsi wiekiem i wzajemnie się adorujący mastodonci i generałowie "weselni" (tj. tacy, których zaprasza się na wesele dla uświetnienia tej uroczystości), zawrzało. W światku tym, jak i w innych dziedzinach życia stołecznego Małopolanie mieli wpływy niemałe. Okazało się przy tym, że biedny pan Przedżymirski był osobą grata w Małopolsce. Ejsmonda zmuszono do publicznego i dość skruszonego ekskuzowania się. Wypadek został pozornie zatuszowany, lecz w duszach mastodontów trutych nieustannie mniejszymi, niż powyższa, dozami docinków, pozostał osad niechęci, może nawet nienawiści do Ejsmonda. Był tolerowany, ale czekano okazji, aby mu podstawić nogę.
Okazja przyszła wkrótce. Jak wspomniałem, Ejsmond był nie tylko redaktorem "Łowca Polskiego", ale i "kontraktowym" referentem w ministerium rolnictwa. Zdarzyło się, że minister Karol Niezabytowski, człowiek wielkiej zacności i wielkiego rozumu, lecz z którym Ejsmond miał dlaczegoś na pieńku, został odznaczony jakimś wysokim orderem. Co robi Ejsmond?
Pisze do jednego z pism warszawskich felieton pt. "Udekorowane bydlę",
w którym w sposób bardzo przejrzysty nawiązuje do historii, która się zdarzyła na froncie zachodnim w czasie 1. wojny, gdy krowa będąca maskotą oddziału wojskowego została z jakiejś okazji i dla facecji udekorowana przez żołnierzy Legią Honorową i sfotografowana z orderem zwisającym u podgardla. Tym razem burza zwaliła się na Ejsmonda. Zostaje z punktu wylany ze stolca redaktorskiego przez braci myśliwych. Równocześnie zausznicy ministra wylewają go z posady referenta łowieckiego. Burza wywołuje kontr-burzę. Ejsmond miał wrogów, ale miał też wpływowych przyjaciół, np. pana Bolesława Świętorzeckiego. Przyjaciele również podnieśli gwałt, powołując się na wolność prasy i satyry. (Były to jeszcze dobre czasy, gdy tego rodzaju argumenty "grały"). Ponadto spostponowany minister okazał się nie tylko człowiekiem porządnym, lecz również – co się znacznie rzadziej zdarza wśród dygnitarzy – niepozbawionym poczucia humoru.
W rezultacie Ejsmond powrócił na posadę referenta łowieckiego. Z posadą redaktora było gorzej. Towarzystwo wzajemnej adoracji łowieckiej miało stanowczo dość Ejsmonda. Mastodonci zbyt długo czekali na okazję wy- gryzienia Ejsmonda, by ją teraz przegapić: Ejsmond nie wrócił już nigdy na stanowisko redaktora.
Ukochani przez bogów umierają młodo. Julian Ejsmond zmarł młodo i tragicznie. Zginął w roku 1930 w wypadku samochodowym pod Zakopanem. W ciągu krótkiego, lecz bujnego życia los na ogół uśmiechał się do niego. Nieraz jednak płatał mu figle. Spłatał mu tragicznego figla w chwili śmierci: samochodem kierował w stanie nietrzeźwym profesor Janusz Domaniewski, skądinąd myśliwy i pijak wielkiej zacności, lecz któremu Ejsmond dużo jadu satyry i przycinków zalał za skórę. Należał też do grupy mastodontów, którzy wygryźli Ejsmonda z redaktorstwa.
Otóż pan Domaniewski wyszedł z wypadku bez szwanku, a Ejsmond – wyrzucony jak z procy z otwartej maszyny na szosę – zmarł w ciągu kilku minut. "Łowiec Polski" umieścił sążniste nekrologi i rozpoczął wielką zbiórkę na fundusz pomocy dla wdowy i dzieci po zmarłym.


Wspomniałem o generałach "weselnych". Zaproszono ich do władz Związku zarówno dla "prestiżu", jak i dla celów praktycznych: mieli być promotorami różnych ustaw i rozporządzeń łowieckich.
Były i cele praktyczne bardziej przyziemne: cywile zasiadający we władzach Związku mieli nadzieję dostawać przez wysoką protekcję generałów dzierżawy polowania w lasach państwowych, odstrzał zwierzyny w tych lasach, zaproszenia na polowania reprezentacyjne itp. Tadeusz, który jako przedstawiciel Towarzystwa Łowieckiego Ziem Wschodnich zjeżdżał do Warszawy prawie co miesiąc na posiedzenia centralnego wydziału wykonawczego, dobrze się przyjrzał działalności łowców warszawskich. Nieraz też staczał z nimi ostre utarczki, walcząc z centralistycznymi zakusami Warszawy i żądając większej samodzielności dla prowincjonalnych oddziałów Związku. Generałów "weselnych" było dwóch: generał Kazimierz Sosnkowski i generał Fabrycy. Sosnkowskiego obrano na prezesa Związku. Słynął z krasomówstwa.
W przemówieniach jego mało było treści, ale wyrażał się gładko i ozdobnie
z nadużywaniem przysłówka "niechybnie". Z innych członków wydziału wykonawczego Tadeuszowi utkwił w pamięci hr. Maurycy Potocki z Jabłonny, który przychodził na ranne posiedzenia już dokładnie pijany. Nieraz zasypiał, a potem budził się nagle i zabierał – jak gdyby nigdy nic – głos w dyskusji.
W okresie przyjaźni z Niemcami po roku 1934 zaczęło się w Polsce małpowanie urządzeń niemieckich, tak np. za wzorem Niemców wprowadzono "pomoc zimową dla bezrobotnych". W owym czasie w Niemczech zrobiono Göringa wielkim łowczym. Wprowadzono też specjalne mundury łowieckie zielonego koloru. Polska naturalnie pośpieszyła naśladować Niemców. Wprowadzono mundury Związku Łowieckiego – zielone – które Tadeuszowi przypominały lata dzieciństwa: liberię lokajów w domu Irteńskich. Tadeusz munduru sobie rzecz jasna nie sprawił.
Raz jeden widział przybranego w taki mundur pana Bohdana Gędziorowskiego, który przybył jako delegat centrali do Malinowszczyzny na pogrzeb Bolesława Świętorzeckiego w roku 1938. Terenia Zanowa, która lubiła dosadne wyrażenia, nazwała delegata "zielonym pajacem".


Tadeusz bywał kilka razy do roku na polowaniach w Annowilu pod Wilnem u państwa Karolostwa Erdmanów. Latem polowano na kaczki na pięknym jeziorze Ołka; zimą odbywały się znakomite polowania zbiorowe, na których padała niesłychana, jak na biedne "kresy", ilość zajęcy – 100 i więcej – kilkanaście lisów, a czasem i wilk. Były to więc polowania wielce urozmaicone i świetnie zorganizowane. Pan Karol Erdman, smoleńczuk z urodzenia, odznaczał się gościnnością, energią i donośnym głosem. Tępił niemiłosiernie kłusowników oraz włóczące się psy i koty.
Na granicy lasów annowilskich porozwieszał obwieszczenia: "Osobom obcym wstęp wzbroniony – psy włóczące się i koty będą tępione".
Baba z pobliskiego miasteczka Podbrzezie przesylabilizowała to obwieszczenie i powiedziała:
– Ot i człowiek ten Erdman! Nie tylko człowieku, ale i psu nie pozwala chodzić. Nie ma na jego bolszewizmy! (Baba wymówiła te słowa w złą godzinę. Po kilkunastu latach znalazła się "bolszewizma" na pana Karola i to, niestety, z rąk swojskiej rodzimej Bezpieki).


Karol Erdman posiadał furmana staruszka. Ile razy jechali bryczką z Tadeuszem, tyle razy pan Karol pytał furmana:
– Gdzie służyłeś w wojsku?
– W Kijowie.
– A kto był komandujuszczim wojskami kijewskogo wojennogo okruga?
Furman prostował się na koźle, jak na baczność, i odpowiadał:
– Jego prewoschoditielstwo gienierał-adjutant Michaił Iwanowicz Dragomirow.
– A często widziałeś generała Dragomirowa?
– Tylko jeden raz. Była parada i przechodziliśmy przed nim simularnym marszem.
Miasteczko Podbrzezie warte jest wspomnienia z innego jeszcze powodu. Po powstaniu 1863 roku dzięki perfidnej robocie księdza-renegata cała ludność miasteczka dowiedziała się pewnego pięknego dnia, że z katolickiej stała się prawosławną. Kościół został zamknięty. Stanęła cerkiew.
Tak trwało do roku 1906. Tylko że ludność przekradała się na tajemne śluby i chrzciny do Wilna do księży katolickich. Po ukazie tolerancyjnym 1906 roku znowuż pewnego poranka – tym razem pop prawosławny dowiedział się ze zgrozą, że nie ma już on parafian, bo cała ludność jest katolicka.
Po kilku miesiącach, nie mogąc wyżyć bez pomocy materialnej parafian, zamknął cerkiew na kłódkę i opuścił miasteczko.
Ta cerkiew zamknięta na kłódkę, powoli murszejąca pod wpływem lat, pozostała w tym stanie do roku 1939, jako ciekawy pomnik zwycięstwa ducha nad przemocą. (Akcja Sławoja Składkowskiego niszczenia świątyń prawosławnych jakoś ominęła Podbrzezie).
Gdybym chciał opisać wszystkie dwory, dworki, leśniczówki i gajówki, gdzie polował Tadeusz Irteński, zajęłoby to całą księgę. Toteż na zakończenie tego rozdziału – dwie anegdoty, za których autentyczność ręczę.
Karol Wagner z Wielkich Solecznik, wielki myśliwy i wielki rolnik, miał brata Witolda, zwanego Witulkiem.

ciąg dalszy za tydzień

piątek, 13 wrzesień 2013 23:18

Wojna i sezon [43]

Napisane przez

gluszecPowoli, bardzo powoli podnosi Tadeusz strzelbę. I wtedy słyszy, jak z boku dolatuje stłumione odległością klapanie drugiego głuszca. I słyszy, jak gdzieś w głębi mszaryny odzywa się niskie, namiętne stękanie głuszycy. Wacławowi Łuszczykowi, który towarzyszył Tadeuszowi w tej pierwszej wyprawie na głuszce czerkasskie, należy się krótkie wspomnienie. Poza funkcjami strzelca i gajowego słynął z tego, że był zapraszany na wszystkie pogrzeby chłopskie, prawosławne i katolickie (sam był katolikiem), na których wyśpiewywał pieśni nabożne z książki trzymanej nieraz do góry nogami, był bowiem niepiśmienny. Historia nie notuje, czy i jakie wynagrodzenie dostawał za te funkcje pogrzebowe, ale poczęstunek musiał być dobry, bo po każdym pogrzebie Łuszczyk wracał do domu gruntownie pijany.

Ilekroć Tadeusz przyjeżdżał do Jachimowszczyzny, zawsze odczuwał rozkosz odprężenia nerwowego. Czy latem po mordującej włóczędze po łąkach i rojstach nadberezyńskich z Michałkiem i Marsem na cietrzewie i dubelty; czy wiosną po powrocie z uroczyska Czerkassy z upolowanym głuszcem; czy zimą leżąc w łóżku, gdy za oknami do połowy zasypanymi śniegiem mróz siarczysty i cisza, a przed dogasającym piecem klęczy służąca, pokazując białe łydki, i grzebie w palenisku przed zamknięciem juszki – zawsze Tadeusz pławił się w błogiej euforii. Zapominał, że nie jest w Baćkowie, lecz tylko gościem u wujostwa. Nie myślał, że o kilkadziesiąt kilometrów na wschód – właśnie w kierunku Baćkowa – biegnie granica.

Nie normalna "ludzka" granica z komorą celną, ale granica z drutami kolczastymi i z sołdatami w przesadnie długich szynelach z przesadnie długimi karabinami. Nie myślał, że przecie za tą granicą czai się wielka i groźna Niewiadoma. Cisza wiejska, piec gorący, białe łydki dziewczyny klęczącej przed piecem – wszystko to sprawiało, że miał poczucie bezpieczeństwa tak dobrze znanego w czasach wczesnego dzieciństwa: I tylko czasem – jak ostra błyskawica bólu – przeszywała głowę myśl, że nie jest u siebie, że jest naprawdę emigrantem, że Baćkowa nie ma, nie ma... Po tej myśli następowało poczucie absurdu: czemu tysiące dworów i dworków po tej stronie granicy żyje życiem normalnym, kontynuując wielowiekową nić tradycji, a czemu tysiące innych dworów i dworków, a w ich liczbie Baćków, trafiły pod panowanie najstraszniejszej w dziejach świata niewoli i dziczy?

Czy nie ma w tym jakiejś niesprawiedliwości? – myślał nieraz. Z takim zapytaniem zwrócił się do pewnego profesora. Ten się żachnął gniewnie:

– Panie! Tu nie chodzi o prywatną niesprawiedliwość czy sprawiedliwość, tu chodzi...

I zaczął deklamować o ojczyźnie, o zrywach powstańczych, o idei jagiellońskiej, o przedmurzu i o różnych misjach kultury zachodniej.

"Bałwan!" – pomyślał Tadeusz. Bo przecie nie chodziło mu o niesprawiedliwość prywatną, która dotknęła rodzinę Irteńskich, nawet nie o niesprawiedliwość dziejową, lecz o jakiś groźny, bo absurdalny brak logiki.

Refleksja, która mu przyszła do głowy, była trafna. Ale nie przewidywał, że dzień I7 września 1939 roku wyrówna tę "niesprawiedliwość".

Po śmierci pana Wacława Świętorzeckiego w roku 1934 dużo rzeczy zmieniło się w Jachimowszczyźnie. Wyrąbano "dla celów strategicznych" sosny na uroczysku Czerkassy i głuszce wyniosły się gdzie indziej. Panienki jachimowskie wyleciały z gołębnika. Syn się ożenił. Oficyna zmieniła swe wewnętrzne oblicze. Znikł salonik z mahoniami i Stańczykiem na ścianie, znikła sień obszerna z rosochami łosi i skórami wilczymi. Na ich miejsce zjawił się hall z fire-place'em na modłę pseudoangielską. Znikł dawny duch jachimowski. Zapanował duch warszawsko-mieszczański.

Tylko po dawnemu płakały stare brzozy i szumiały świerki na wzgórzu parkowym, gdzie złożono do grobu zwłoki śp. Wacława Świętorzeckiego.

 

Rozdział XXIV
ZE STRZELBĄ W FUTERALE

Włóczęgi myśliwskie "ze strzelbą na ramieniu" przynosiły Tadeuszowi Irteńskiemu coś więcej niż zwykłe zaspokojenie pasji łowieckiej. Ileż to fenomenalnych typów kłusowników i gajowych białoruskich dałoby się z lamusa wspomnień wyłuskać! Włóczęgi myśliwskie nie tylko jednak wzbogacały znajomość folkloru. Dawały okazję do poznawania ciekawych ludzi – przede wszystkim myśliwych. Można by grubą księgę napisać, wspominając czyny i zasługi takich myśliwych, jak Bolesław Świętorzecki i hr. Benedykt Tyszkiewicz z Wiałej. O Bolesławie Świętorzeckim pisałem w "Dzieciństwie i młodości Tadeusza Irteńskiego". Benedyktowi Tyszkiewiczowi poświęciłem tuż przed wojną książeczkę "Wiała" (Może choć jeden jej egzemplarz uchował się w księgozbiorze jednego z naszych bibliofilów łowieckich?). Tu przypomnę tylko, że obaj byli twórcami pierwszych za naszych czasów zwierzyńców na Litwie. O Wacławie Świętorzeckim wspomniałem w rozdziale poprzednim. Dalej idą: nestor naszych myśliwych – żyjący gdy te słowa piszę – Włodzimierz Korsak, autor nieśmiertelnego "Roku myśliwego" i rysownik "kreską kolorową" wspaniałych obrazków myśliwskich... Jan Tyszkiewicz z Waki pod Wilnem, posiadacz najpiękniejszych tokowisk głuszcowych w Borsukowinie powiatu wołożyńskiego, gdzie liczba odstrzelonych rocznie głuszców wciąż wzrastała i przekroczyła przed wojną liczbę stu... Aleksander Iliński-Kaszowski... Zygmunt Węcławowicz z Narun... Karol Wagner z Wielkich Solecznik... Stanisław Wańkowicz senior... Nie ma już dziś takich myśliwych i wątpię, czy zdarzą się tacy w przyszłości! Wyobraźnia prawdziwego myśliwego kojarzy z tymi nazwiskami wizję dawnych wielkich łowów litewskich – w połączeniu z wielką "europejską" kulturą serca i umysłu. Każdemu z nich należy się specjalna monografia. Toteż w tym rozdziale nie o nich będzie mowa. Z dobrej setki napotkanych ciekawych typów wybraliśmy szereg takich, których może nie można zaliczyć do pocztu "wielkich" myśliwych, lecz którzy byli myśliwymi tout court i choć byli tylko szeregowymi w wielkiej armii myśliwskiej, jednak głośno o nich było z innych powodów. Ks. Andrzeja Lubomirskiego Tadeusz spotkał raz jeden w Porochońsku (rozdz. XV). Myśliwy ten, już wtedy w latach podeszły, był słynny z doskonałej kondycji fizycznej i z bogatych zainteresowań – nie tylko łowieckich.

Nie rozstawał się z grubym notatnikiem, do którego zapisywał nie tylko własne zdobycze myśliwskie, lecz również wszelkie notatki dotyczące lokalnej gwary myśliwskiej i folkloru. Gdy w toku rozmowy Władek Czechowicz wspomniał o krowie "łobatej", książę zaraz zainteresował się znaczeniem przymiotnika "łobaty" i sięgnął po notatnik. Ks. Lubomirski znał chyba wszystkie lepsze łowiska w Polsce. Gdy w szereg lat później Tadeusz polował na głuszce w Zamoszu Słotwińskich powiatu dziśnieńskiego i zapytał gajowego, czy daleko z gajówki do tokowiska, gajowy odparł bez wahania:

– Rouna tyścza sto siemdziesiat piać szahou.

A gdy Tadeusz wyraził zdziwienie, kto i kiedy tak dokładnie odległość wymierzył, gajowy objaśnił, że był tu zeszłej wiosny kniaź, który miał w kieszeni specjalny "zegarek" dla odmierzania kroków.

Z kim się nie polowało przed rokiem 1939! Od tytułów naukowych, rodowych i dyplomatycznych aż do skromnych, lecz wielkich sercem, urzędników leśnych i szlachty na zagrodzie. A wśród tej setki typów byli adwokaci, lekarze, handlowcy, dziennikarze, pisarze, artyści, no i ludzie zwyczajni, tacy jak ja z czytelnikiem.

Zdarzało się Tadeuszowi polować z dygnitarzami – obcymi i swojskimi. Wśród zagraniczników czuł się na polowaniu raczej dobrze, bo byli prości, mili i uprzejmi. Zapamiętał łowy na kaczory w Porochońsku z posłem portugalskim nazwiskiem Vasco de Queveda. Gdy jechali pociągiem z nim i z Władkiem Czechowiczem i gdy Vasco de Queveda zasypiał, Władek wydawał dziki okrzyk: "Vasco de Gama!". Poseł budził się i patrzał nieprzytomnym wzrokiem, przy czym Władek zachowywał kamienny wyraz twarzy. Po chwili poseł znów zasypiał, a Władek znów wrzeszczał "Vasco de Gama"!... Zabawa powtórzyła się kilkakrotnie, zanim pociąg nie przybił do stacji Porochońsk.

Dygnitarze swojscy z reguły drażnili Tadeusza. Przede wszystkim dlatego, że polowali wyłącznie z pobudek snobizmu dygnitarskiego.

O łowiectwie mieli pojęcie nader nikłe, nadrabiali natomiast tupetem i manierami nuworyszów. Taki pan wziął po raz pierwszy fuzję do ręki, gdy dostał nominację na, powiedzmy, ministra, a zachowywał się tak, jakby to właśnie on, a nie zwierzyna, był centrum zainteresowania. Zdarzali się wprawdzie dygnitarze przyjemni, jak np. pan Władysław Raczkiewicz lub pan Władysław Jaszczołt, ale były to wyjątki. Tadeusz Irteński jest jednym z niewielu ludzi, który może się pochwalić, że polował z generałem Lucjanem Żeligowskim. Było to w styczniu czy lutym 1923 roku, wkrótce po likwidacji tzw. Litwy Środkowej, a więc w okresie, gdy Żeligowski stał u szczytu popularności. Polowano w Bohdanówce na Polesiu. Żeligowski nie był właściwie myśliwym. Jak trafił na obławę?

Chodzi o to, że ówczesny dzierżyciel Bohdanówki, Porochońska i Chmielnika Władek Czechowicz miał bzika na punkcie zapraszania na polowania wszelkich osobliwości. Czyhał przede wszystkim na sfery dyplomatyczne i arystokratyczne, ale – faule de mieux – kontentował się generałami. Nie był w tym tylko prosty snobizm. Tak np. na owym polowaniu w Bohdanówce paradował obok Żeligowskiego – ksiądz. Bo Władka bawił widok księdza
w sutannie spod kożuszka i ze strzelbą na stanowisku w kniei. Żeligowski zostawił po sobie wspomnienie dość przyjemnego kompana.

Przy obiedzie toczyła się rozmowa na tematy polityki wewnętrznej. Wybory do sejmu jesienią 1922, morderstwo Narutowicza i proces Niewiadomskiego były głównym przedmiotem rozmowy. W ferworze dyskusji Żeligowski odezwał się:

– Powiem panom szczerze, że dalibóg zaczynam endecieć...

Kto by przypuszczał wtedy, że tego "endeciejącego" Skobielewa (w sensie popularności) czeka taki niesławny i ponury koniec.

Na tym polowaniu był redaktor "Świata" pan Stefan Krzywoszewski, z którym Tadeusz nieraz polował wiosną na kaczory w Porochońsku.

Był myśliwym kulturalnym, a towarzyszem uprzejmym, niezazdrosnym o cudzą wenę łowiecką. Czarował zarówno kulturą umysłu, jak kulturą towarzyską. Nie tracił np. równowagi, choć mu po raz setny z uporem pijackim wypominano trochę trafaretowe zakończenie felietonu myśliwskiego: "Królestwo za kieliszek wódki! Piękne panie stawią całą butelkę.

Ryba świeżo wyciągnięta z jeziora smaży się na patelni. Życie jest piękne"...

Zresztą – kto wie – może się w ogóle nie poznał na docinku, skoro ustęp ten umieścił niemal dosłownie w swym pamiętniku "Długie życie"...

Krzywoszewski był miłym kompanem, chociaż w przeciwieństwie do "standardu" myśliwych, wśród których się obracał, był bardzo wstrzemięźliwy odnośnie trunków. Pod tym względem stanowił całkowite przeciwieństwo "fenomenalnego" Kamila Mackiewicza, bardzo łasego na trunki (rozdz. XV).

Zdarzyło się też Tadeuszowi polować z poetą Zdzisławem Kleszczyńskim, autorem wiersza o ks. Józefie Poniatowskim i frywolnego, pięknie przez Norblina ilustrowanego "Żywota Kolombiny". Był myśliwym dobrej klasy i pierwszej klasy causeurem. Tadeuszowi utkwiło w pamięci, jak na obławę na wilki w Lubaniu wybrał się ubrany w ciemnobrązowy kombinezon lotniczy na futrze. Raził tym strojem wśród szarozielonych kożuszków i kurtek. Gdy dobrodusznie dworowano z tego stroju, tłumaczył się, że choruje na iszias i że tylko taki kombinezon chroni go przed "zawianiem".

Musiał być zresztą naprawdę chorowity, bo umarł w parę lat później – w pełni męskiego wieku.

Tadeusz nie tylko polował, lecz nawet – mimo wielkiej różnicy wieku – był w przyjaźni z panem Henrykiem Weyssenhoffem z Rusakowicz powiatu ihumeńskiego. Myśliwym był miernym, do czego zresztą przyznawał się bez wstydu. Posiadł natomiast jak chyba nikt z naszych pejzażystów, tajemnicę barw, że tak powiem "myśliwskich" – a więc wszelkich odcieni seledynu nieba zimowego, wszelkiego złotogłowia, purpury i rdzy jesieni, wszelkich półtonów zmierzchów i świtów. Do weyssenhoffowskiej maestrii reprodukowania barw myśliwskich doszedł później, acz przy pomocy zgoła innej techniki, Włodzimierz Korsak. Henryk Weyssenhoff, bardzo daleki kuzyn, lecz bliski przyjaciel pisarza Józefa, mieszkał i pracował w specjalnie "adaptowanym" świronku w rodzinnych Rusakowiczach nad Ptyczą. W tym świronku pokazywał zaufanym przyjaciołom serię własnych "sekretnych" rysunków oraz kilka osobliwości, jak np. ustnik hebanowy do papierosów w kształcie phallusa. Opowiadał, jak Rosjanin akcyźnik zobaczywszy ten ustnik wykrzyknął ze zgorszeniem:

– Czyżby pan miał odwagę wkładać to w usta?! Obcując z Weyssenhoffem, Tadeusz miał sposobność zajrzeć do tajników jego "kuchni" malarskiej.

Nieraz zastanawiał się nad zagadką, w jaki sposób pejzażysta malujący "z natury" potrafi uchwycić zmieniające się co kilka minut tony i półtony wschodów i zachodów słońca? Przeglądając szkice ołówkowe Weyssenhoffa, rozwiązał tę zagadkę. Weyssenhoff wybierał się na swe wycieczki "krajobrazoznawcze" bez sztalug, farb i pędzla, a po prostu ze strzelbą na ramieniu oraz ze szkicownikiem i ołówkiem w kieszeni.

sobota, 07 wrzesień 2013 07:37

Wojna i sezon [42]

Napisane przez

A plotka, że jest bolszewikiem, powstała w taki sposób. Uchodząc latem 1920 przed inwazją bolszewicką, został na stacji Oszmiana ogarnięty przez oddział bolszewicki. Bolszewicy zapragnęli zlikwidować go "w krótkiej drodze" i postawili pod ścianką. Wtedy pan Czajkin krzyknął:


– Cóż, strzelajcie! Ale pozwólcie mi przed śmiercią wysłać telegram do Iljicza.


– Do jakiego Iljicza?


– Do Włodzimierza Iljicza Lenina, mego przyjaciela.


Żołnierze zawahali się, zaczęli się naradzać i wreszcie postanowili odłożyć egzekucję. Nocą pan Czajkin wymknął się z nieszczelnego aresztu i tułając się w ukryciu, doczekał się po dwóch miesiącach powrotu władz polskich. Byli jednak świadkowie jego inwokacji Lenina i z ich to inicjatywy przylepiono panu Czajkinowi etykietkę "bolszewika".
U stóp stacji – wieś i folwark Połoczany. A o parę kilometrów dalej – wieś, kościół i dwór Oborek, dziedzictwo prastarej rodziny Dederków. Dom drewniany, stary, w podkowę zbudowany. Oborkiem władała do ostatka pani Wanda z Dederków Eynarowiczowa, matka Stasia i Wicia Eynarowiczów i ciotka Tadeusza. Kościół co roku na św. Rocha ściągał tysiące ludności, zarówno katolickiej jak prawosławnej, na jarmark zwany festem.
Setki wozów, bryk, bryczek i linijek, rżenie koni, kolorowe chusty i staniki,
język białoruski przemieszany z gwarą wileńsko-oszmiańską. Wszystko zalane słońcem sierpniowym. Pięknie było.
Porzucamy Oborek i Połoczany, przecinamy linię kolejową w kierunku
północnym i wjeżdżamy na gładką, wysadzaną lipami i jarzębinami drogę wśród pięknych pól uprawnych. Droga skręca na lewo i zmienia się w dość głęboki gliniany parów. Zjeżdżamy w obszerną dolinę. W dolinie tej otoczony ze wszystkich stron przez wzgórza lesiste leży dwór Jachimowszczyzna.
Dziwny to dwór. Stary, ongiś piękny i pojemny dom mieszkalny stoi w ruinach. Rolę dworu pełni skromna, lecz murowana oficyna. Gdy gdzie indziej tzw. obszarnik zaczynał odbudowę zniszczeń wojennych od domumieszkalnego, właściciel Jachimowszczyzny, pan Wacław Świętorzecki, domu w ogóle nie odbudowywał. Natomiast co roku przybywał tam nowy

nabytek gospodarczy: stajnia, obora, czworaki dla służby, gorzelnia. Gdy gdzie indziej ziemianin ledwo wiązał końce z końcami, wycinając resztki lasu bez planu i opamiętania, pan Wacław las zazdrośnie ochraniał, a na opał sprowadzał węgiel górnośląski. Gospodarstwo jachimowskie było żywym zaprzeczeniem modnej ongi teorii ekonomicznej, że czysta renta ziemska, tj. dochód z samej roli bez przemysłów rolnych, nie opłaca się.
Widocznie się opłacała, skoro jeszcze na szereg lat przed budową gorzelni gospodarstwo nie tylko przynosiło dochód, ale w roku zdaje się 1928 zapłaciło samego podatku dochodowego około 30 tysięcy złotych. A dodajmy, że nigdzie w okolicy służba folwarczna nie miała tak dobrych warunków mieszkalnych oraz pracy i płacy, jak w Jachimowszczyźnie, co nawet było powodem sarkań na "niesolidarność" ze strony ziemian-sąsiadów.
I co oczywiście nie przeszkodziło, że Jachimowszczyzna i jej właściciel znaleźli się parokrotnie na agendzie interpelacji sejmowych z powodu "wyzysku klasy pracującej" i "feudalnych" stosunków między właścicielem a służbą.


Już po paru godzinach pierwszego pobytu we dworze jachimowskim przybysz czuł, "że w tym domu dostatek mieszka i porządek". Praca wrzała intensywna, nieustanna, lecz cicha. Nie było krzyków ani hałasu. Wszystko szło dosłownie jak w zegarku, który, jak wiadomo, jest tym lepszy, im cichszy ma werk. Drugim wrażeniem było wrażenie zdrowia. Moralnego i fizycznego. Czerstwe oblicze gospodarza. 

Trzy piękne i hoże córki, jedna ładniejsza od drugiej, a każda w swoim rodzaju: jedna jak łania czy jak topola (w zależności czy kto lubi porównania ze świata zwierzęcego czy roślinnego); druga jak apetyczna bułeczka na maśle (specjalność kuchni jachimowskiej); trzecia – jak żywe srebro, coś jakby gwiazda filmowa w poczwarce. A wszystko roześmiane, śpiewające, wesołe, przylepne.
Nic więc dziwnego, że gdy latem dwór z przyległościami roił się od goszczącej tam młodzieży – praktykantów, kuzynów, kolegów syna gospodarza –
w oficynie i w alejach cienistego parku unosił się zaraźliwy, upojny, nasycony wonią lewkonii i kwiatów tytoniu – opar zakochania.
A polowania jachimowskie? Te były zawsze udane, bo zawsze doskonale zorganizowane. Czy z czółna na kaczki na bagnistych zatokach Berezyny, czy wiosenne na kaczory z krykuchą, czy zimowe z naganką – nie było złych polowań w Jachimowszczyźnie. Ale najsłynniejsza była Jachimowszczyzna ze świetnej tresury wyżłów. Treserem był strzelec Michałko Korabiel, który doszedł do swej umiejętności nie drogą studiów teoretycznych, lecz tylko własną praktyką, oczywiście pod kierownictwem pana Wacława, był bowiem małopiśmiennym chłopem białoruskim. A wśród wyżłów jachimowskich głośny był w całej Polsce i parokrotnie opisany w prasie łowieckiej Mars, "wyżeł wszechstronny", który nie tylko świetnie tropił i wystawiał zwierzynę, nie tylko ją "anonsował" (myśliwi wiedzą, jak rzadkim zjawiskiem jest wyżeł z "anonsem"!), nie tylko "obcinał" ją, gdy "ciekła", tj. zabiegał ją od frontu, gdy umykała na piechotę, aby zapobiec zerwaniu się do lotu poza dosięgalnością strzału, ale ponadto – jak gdyby był obdarzony ludzkim rozumem – orientował się, z jaką zwierzyną ma do czynienia i w miarę potrzeby, np. przy spotkaniu się z dziką kaczką, porzucał rolę klasycznego legawca, a stawał się płochaczem! Takim to wyżłem był


Mars, który w innym kraju, gdzie zwierzęta są w większym poszanowaniu, doczekałby się zapewne pomnika.
Na głuszce na toku jeździło się drogą okrężną na drugą stronę Berezyn do uroczyska Czerkassy. Przez długie lata sądzono, że uroczysko Czerkassy należy do pana Czajkina, który też podarował panu Wacławowi Świętorzeckiemu wyłączne prawo polowania na tym uroczysku. Dopiero później wyszło na jaw, że Czerkassy są własnością profesora Sierikowskiego, który zresztą polowaniem się nie interesował i zatwierdził prawa Jachimowszczyzny do głuszców czerkaskich. Tak czy inaczej pierwszego głuszca na Wileńszczyźnie Tadeusz ubił na uroczysku Czerkassy. (Pierwszego w życiu głuszca ubił przed wojną w Dobośni pana Edgara Bułhaka w powiecie bobrujskim, a później ubił kilka głuszców na Polesiu.)
Przez mszar, przez labirynt sosenek, łóz, brzózek i kępin ciągnie się wąż


białawy kładek. Nazwa "kładki" jest eufemizmem. Myliłby się ten, kto by sądził, że są to wygodne i szerokie deski. Nic podobnego. Kładki – to potrójny, a czasem tylko podwójny rząd długich i wąskich żerdzi brzozowych z rzadka przymocowanych gwoździami do głęboko wbitych w bagno palików, częściej luźno rzuconych na mech, czasem związanych łykiem lub zardzewiałym drutem, czasem niczym niezwiązanych. Chodzenie po takich kładkach wymaga wprawy. Najlepiej chodzić po nich, opierając się o długi kij – taki jakiego na rycinach używają pielgrzymi. Nieraz zmurszała żerdź trzaśnie pod nogą, nieraz stopa pośliźnie się i wtedy noga zapada w wodnistą maź, ale tylko po kostkę: jest wczesna wiosna, mchy jeszcze nie puściły i podłoże mchu jest zamarznięte.


Wąż kładek wije się bez końca. Choć słońce zniża się ku zachodowi, Tadeusz ma wrażenie, że na mszarynie zaczyna się upał. Wpierw rozpina więc, a potem zrzuca i wręcza gajowemu Wacławowi Łuszczykowi kożuszek.
W pewnym miejscu kładki się kończą. Gajowy objaśnia szeptem, że tokowisko jest stąd niedaleko – o jakieś pół kilometra. Towarzysz Tadeusza – mniej wprawny w polowaniu na głuszce – idzie z Łuszczykiem wprost przed siebie, Tadeusz ma skręcić na lewo i zatrzymać się na miejscu odległym o 500 kroków. Zostaje więc sam. Wiedząc już z własnego doświadczenia, jak łatwo jest zabłądzić na mszarze, zwłaszcza w nocy, ucieka się do sztuczki "traperskiej": wyciąga z kieszeni plik zawczasu pociętych gazet. Jedną płachtę – większą – zawiesza na sosence w miejscu, gdzie się kładki kończą; będzie to znak punktu wyjściowego. Potem idzie we wskazanym kierunku i po drodze przyczepia od czasu do czasu do sosenki lub brzózki skrawek papieru, bacząc, by każdy ze skrawków był widoczny z najbliższego punktu.
Wreszcie zatrzymuje się. Wybiera większą sosenkę i zawiesza na niej drugą dużą płachtę: będzie to znak miejsca podsłuchów.
Siada na względnie suchej kępie, opierając plecy o pień sosenki. Słońce
właśnie zachodzi. O tej wczesnej porze toków głuszce zapadają późno, czasem w godzinę po zachodzie słońca. Siedzi i czeka cierpliwie zasłuchany w ciszę. Bo żaden głos zwierzęcy lub ptasi nie zamąca mszarnego odludzia.
Jeden z wielu uroków takiego polowania na głuszce na przedwiośniu tkwi
właśnie w tym kontraście zimowej jeszcze martwoty z namiętną pieśnią głuszca – jedynego stworzenia leśnego zwiastującego zbliżanie się wiosny.
Słonce dawno już zaszło. Niebo nabrało tonów fioletowych. Tylko na horyzoncie lśni jeszcze z lekka zaróżowionym, lecz jeszcze "zimowym" seledynem.


I nagle – jakby powiew nieuchwytny, czy iskra elektryczna, ery po prostu refleks imaginacji: łop-łop-łop! – przeleciało po mszarze niby echo dalekiego strzału. Zapadł. Daleko? Nie, chyba nie dalej niż jakieś 200 kroków.
Tadeusz słucha dalej z bolesnym natężeniem. Po pewnym czasie zapada drugi kogut, potem trzeci. Tadeusz stara się dokładnie zapamiętać kierunek zapadów. A potem w głuchej ciszy odzywa się ostre basowe "lerek-lerek" – głos podobny trochę do czkawki gardłowej i trochę do klapnięcia potężnego dzioba. Z innego miejsca odpowiada podobne "kreknięcie".


To głuszce oznajmiają wzajemnie swą obecność na tokowisku, pragnąc w ten sposób dodać sobie kontenansu i napędzić strachu tokowikom-rywalom. Tadeusz czuje bicie serca, wiadomą bowiem jest rzecz, że głuszec "krekczący" z wieczora na pewno zaśpiewa nazajutrz.
Tadeusz czeka, aż się ściemni zupełnie. Później kierując się białawymi plamkami skrawków papieru wraca do kładek. Tam już czeka na niego towarzysz z Łuszczykiem. Dzielą się szeptem wynikami podsłuchów. Oni również zasadzili kilka głuszców. Powrót w mrokach nocnych po śliskich kładkach nie wydaje się ani trudny, ani męczący. Pewność, że głuszce są i będą grały, dodaje myśliwym energii i wigoru.
A blask i aromatyczny dym ogniska na wzgórzu zwiastuje, że będzie kieliszek wódki, herbata, jaja na twardo i kółko suchej kiełbasy zagryzanej razowcem.


Tadeusz budzi się pod wpływem dotkliwego zimna. Ognisko wygasło. Ale w puszczy jest jasno. Zrywa się przerażony, sądząc, że to już świta i że przespał toki. Lecz nie – to tylko księżyc w ostatniej kwadrze wypłynął na niebo i rozwidnił bór i mszarynę.
Droga po kładkach przy świetle księżyca i w przymrozku kwietniowym
odbywa się lekko i szybko. Tadeusz ani spostrzegł, gdy zamajaczyła jak widmo płachta zawieszonego przezeń papieru. Skręca z kładek i idzie w kierunku miejsca wczorajszych podsłuchów. Białe skrawki papieru widnieją przed nim zygzakowatym, ginącym gdzieś w dali sznurem. Idzie bardzo ostrożnie, bo zmarznięty mech trzeszczy pod nogami.
Jest wreszcie na miejscu. Staje i czeka. Mszaryna śpi snem zupełnie zimowym. Przymrozek szczypie w nozdrzach. Wrażenie zimy jest spotęgowane widokiem błyszczących w księżycu płatów śniegu. Wprost wierzyć się nie
chce, że to wiosna i że głuszce zagrają.
Na wschodniej stronie nieba zaczyna przeświecać pasemko jaśniejsze – świta. Ale skuta mrozem mszaryna śpi jak zaklęta. Nie słychać ani chrapania słonek, ani dzwonienia cietrzewi, ani delikatnego gruchania sówek, ani szelestu myszy leśnych – tych wszystkich głosów puszczy, które znamionują wiosnę późniejszą. Cisza.


Nagle... Niby ktoś złamał maleńką zlodowaciałą gałązkę. Serce, wbrew wszelkiej anatomii, zatłukło gdzieś w okolicy gardła, by potem zaszumieć w uszach ogłuszającym pulsem.


Gra. Delikatne, zawsze podwójne klapanie: to-ke, to-ke, to-ke sączy się przez śpiącą mszarynę jak krople najczystszego srebra. Podwójne klapnięcia padają miarowo, płyną w nieskończoność. Ale stopniowo tempo ich przyśpiesza się. I wreszcie – jakby ktoś przeciągnął paznokciem po zębach grzebienia... Jakby zatrzaskały kastaniety... Jakby ręka jakiegoś bożka leśnego zgniotła w kryształowym moździerzu orzech mistyczny... Trel!
Tadeusz robi dwa kroki i staje jak wryty. Nie słyszy jeszcze tzw. głuchej pieśni, bo głuszec jest zbyt daleko, ale wie, że po trelu zawsze następuje pieśń głucha zwana szlifowaniem. Pieśń idzie za pieśnią, trel za trelem.
Po każdym trelu Tadeusz robi dwa kroki, wciąż zbliżając się do leśnego śpiewaka. Aż przychodzi chwila, gdy stawiając drugi krok, słyszy namiętną syczącą końcówkę szlifowania. Oznacza to, że głuszec jest już niedaleko.
Robi teraz dla ostrożności po jednym kroku. Po chwili słyszy już wyraź-
nie całą zwrotkę pieśni głuchej. Głuszec jest gdzieś bardzo blisko – może o pięćdziesiąt kroków tylko.
W miarę zbliżania się do śpiewaka dźwięk klapania nabiera dziwnego kolorytu. Wydaje się mniej głośne, mniej suche, jakby o pół tonu niższe i jakby – jeżeli się tak można wyrazić o dźwięku – zaokrąglone. Po tej zmianie dźwiękowej Tadeusz rozumie, że głuszec musi być gdzieś tuż-tuż, tylko go jeszcze nie widać.


Tadeusz robi już teraz w pieśń głuchą tylko jedno ostrożne pół kroku i wpatruje się z bolesnym wytężeniem
w każdą gałąź sosnową. Na koniec! Że go przedtem nie dojrzał! Siedzi w połowie drzewa – czarny, ogromny, wyraźny na tle różowiejącej już zorzy. Tadeusz widzi drgającą w takt każdego klapnięcia "brodę", widzi z lekka rozpuszczony i podnoszący się przy każdym szlifowaniu wachlarz. Stoi wpatrzony i zasłuchany, przeżywając chwilę ekstazy, którą tylko myśliwy zrozumie. A jednocześnie – rzecz dziwna – gdzieś w głębi świadomości odczuwa coś bardzo podobnego do lekkiego rozczarowania. Chodzi o to, że każdy myśliwy, który podszedł do głuszca, jest zazdrosny o swoją własną "wizję" tokującego ptaka. A ten wygląda zupełnie tak jak go wyobrażają na rysunkach. Stąd – odrobina rozczarowania.

piątek, 30 sierpień 2013 21:14

Wojna i sezon [41]

Napisane przez

Po drugie - Mchy Jelniańskie są położone w rzadko zaludnionej okolicy, a nadto jeziora leżą daleko od brzegów. Toteż rybak legalny i kłusownik rybny rzadko odwiedzają te pustkowia.


Po trzecie - toń jeziorek pełna jest ostrych pni i korzeni niszczących sieci. Najczęściej używanym narzędziem połowu jest nie sieć, lecz tzw. błyskotka (po białorusku „darożka”), ciągniona z łódki na cienkiej lince. Złowienie na błyskotkę 15-kilogramowych szczupaków nie należało do rzadkości. Szczupaki te miały głowy wielkości głowy paromiesięcznego źrebaka. A jedna z legend jelniańskich głosi o złapaniu szczupaka, którego głowa była wielkości łba dorosłego konia.


Ten musiał ważyć ze 200 kilogramów! Niestety, nikt tej wagi nie sprawdził, bo linka błyskotki nie wytrzymała ciężaru i pękła, a olbrzymi szczupak, jak legendarny wąż morski, znikł na zawsze w czarnej toni jeziora Jelno.
We wschodniej części Mchów, nad brzegiem jeziora Jelno, ciągnie się wąski pas wysokiego i żyznego gruntu o powierzchni kilkudziesięciu hektarów. Jest to jedyna urodzajna „wyspa” wśród mszarnej pustyni. Jest tam parę
osiedli ludzkich i kilka hektarów ziemi uprawnej. Resztę wyspy pokrywa las
wysokich „prawdziwych” drzew: sosen, brzóz, dębów, osin, a nawet wiązów.
Osiedla tej wyspy są przeważnie schroniskami dla wypraw myśliwskichi z tego żyją. Tu ściągają się ekspedycje ze „stałego” lądu, tu odbywają się odpoczynki i noclegi, stąd wyruszają wyprawy w głąb Mchów. Od okresu puszczenia lodów aż do późnej jesieni wyspa ta jest zamknięta dla pojazdów konnych. Dostać się na nią można tylko pieszo - wąską lecz twardą ścieżynką wzdłuż rzeczki Jelnianki. Tą ścieżką zdążają wyprawy myśliwsko-rybackie. Trwają one po kilka dni, bo krótki pobyt na wyspie nie opłaca się.


Pan Jan Kulikowski, Mietek Goryniewski i Tadeusz Irteński ruszają więc na czele dziśnieńskiej „safari”. Za nimi idą gęsiego gajowi i przewoźnicy dźwigając wiosła, zapasy żywności, drzewo opałowe, naczynia kuchenne, przybory rybackie, koce, ekwipunek myśliwski. Nie zapomniano o samowarze dźwiganym przez jednego z tragarzy. Ścieżka wije się wśród puszczy coraz głębiej i głębiej. Łagodne wzgórza „suchego lądu” giną za nimi na horyzoncie. Zaczyna się mszar. Podróż do wyspy trwa kilka godzin. Wreszcie w oddali, na przeciwległym brzegu jeziora Jelno ukazują się szczyty wyższych drzew ozłocone zachodzącym słońcem. To wyspa i cel podróży.
Zanim wsiedli do oczekującej łodzi, z maleńkiej chatki wychodzi jakieś straszydło leśne - tak zarośnięte i skudłaczone, że w półświetle zapadają- cego zmierzchu zdaje się nie mieć oczu. Na pytania Mietka odpowiada monosylabami mało podobnymi do mowy ludzkiej.
- Zapamiętaj go sobie - mówi Mietek pógłosem do Tadeusza - jest tu Tarzan jelniański, który od kilkunastu lat krokiem nie ruszył z obszaru Mchów. Zapomniał też prawie mowy ludzkiej, bo mieszka w tej chatce samotnie i nie utrzymuje stosunków z mieszkańcami wyspy. Żywi się rybą i miodem leśnym. Żywiłby się zapewne plackami z szarańczy, gdyby nie to, że na Mchach nie ma szarańczy. Jest to prawdziwy człowiek leśny z gatunku, którego poza Jelnem nie spotyka się nigdzie. Chyba gdzieś w najdzikszych zakątkach Polesia...
Po godzinie myśliwi przeprawili się przez jezioro i wylądowali na wyspie. Po spożyciu kolacji złożonej ze smażonych ryb jelniańskich, padli na posłania wymoszczone świeżym sianem i zasnęli, aby nabrać sił przed czekającymi ich nazajutrz trudami myśliwskimi.
O wschodzie słońca, po spożyciu krótkiego posiłku, ruszyli na Mchy.


Chodząc po mchach trzeba wystrzegać się żmij. Inna legenda jelniańska podaje, że na Mchach rośnie cudowne ziółko, będące niezawodnym lekiem na ukąszenie żmii. I podobno pies ukąszony przez żmiję znika z oczu pana i kryje się na Mchach, gdzie samotny, zaszyty w niedostępne gęstwiny, zajada zbawcze ziele i sam się leczy. Pan już go uważa za straconego, tymczasem po paru tygodniach pies powraca do domu wynędzniały i wychudzony, lecz zdrów jak ryba. Legendę o tym ziółku opowiadał Tadeuszowi pan Jan Kulikowski. Opowiadał też, że z jego inicjatywy na Mchy wybrała się cała komisja zielarsko-lekarska w poszukiwaniu cudownego ziela. Z jakim wynikiem - nie wiadomo.


Im dalej od brzegów Puszczy lub od brzegów wyspy, im głębiej w serce mszarnego ostępu, tym krajobraz staje się dzikszy, bardziej pustynny i - niesamowity. Obcy przybysz coraz częściej rozgląda się wśród monotonnej pustyni szukając jakiegoś punktu, na którym wzrok znalazłby oparcie i drogowskaz. Na próżno. Jak okiem sięgnąć - mchy, mchy, mchy - i bliźniaczo podobne do siebie „mchem brodate” sosenki i brzózki. Wysokie drzewa wyspy dawno znikły na horyzoncie, więc przybysz coraz częściej ogląda się na przewodnika, bo bez niego zabłądzić wśród mszarnej jednostajności nie trudno, zwłaszcza jeśli chmury pokryją niebo i zniknie ostatni i jedyny drogowskaz - słońce.
A zabłąkanie wśród Mchów nie jest fraszką. Faktem jest, że w „jądrze gęstwiny” Puszczy znajdowano kości ludzkie. Wedle jednej wersji były to kości partyzantów z wojny roku 1919, wedle innej - kości włościanek, które w poszukiwaniu żurawin i brusznic zabłądziły i zmarły z głodu i wycieńczenia. Istotnie w dni pochmurne i noce bezgwiezdne, gdy niebo nie daje orientacji, już w odległości paruset kroków od „brzegów” wszystko dokoła rozpływa się w niepokojącej jednostajności i tylko miejscowi znawcy ścieżek wilczych umieją odnaleźć właściwy kierunek wśród mszarnego morza.
Zabłądzenie nie jest jedynym niebezpieczeństwem czyhającym na przy-
bysza. Im głębiej do środka Mchów, tym teren staje się wilgotniejszy. Mech
z rdzawozielonkawego staje się jednolicie zielony. Kożuch jest coraz cieńszy
i już nie ugina się, a po prostu faluje pod stopami. Za każdym krokiem woda z bulgotaniem wypływa spod kożucha i sięga kostki, potem łydki.
Za każdym krokiem rachityczne sosenki i brzózki kołyszą się w takt falowań
mszarnego kożucha. Słowem - wstąpiliśmy na „lun”, który jednak w tych stronach nie nazywa się lunem. Coraz częściej napotyka się zdradzieckie „okna” porosłe złudną zieloną trawką. Zresztą spacery po partiach Mchów, gdzie są „okna”, mają charakter wyłącznie sportowo-eksploratorski. Są to bowiem ostępy zupełnie dzikie i jałowe: nie ma tam ani jezior rybnych, ani pardw, ani w ogóle żadnego śladu życia zwierzęcego. Partie te robią wrażenie niesamowite: wyczarowują wizje jakiegoś kraju egzotycznego, może nawet jakiejś innej planety - coś z wizji księżycowych Wellsa i Żuławskiego.
Z wycieczek na Mchy Jelniańskie dwa epizody utrwaliły się w pamięci Tadeusza. Samotrzeć z Mietkiem i gajowym idą za „ściągającym” wyżłem. „Pardwy” - szepcze gajowy. Wyżeł robi stójkę. Zrywają się pardwy: najpierw kogut z szyderczym gar-gar-gar, potem młode z żałosnym kwileniem. Grzmią strzały. Dwie pardwy padają miękko na mech. Reszta stadka miga półkolem nad mszaryną. Nagle z niewidzianego punktu obserwacyjnego wyrywa się nieproszony myśliwy-rywal. Jest nim jastrząb-gołębiarz. Zaczyna ścigać uchodzące pardwy, odbija jedną sztukę, uderza na nią z góry i spada na mech. Sypią się białe pióra. Bezczelność skrzydlatego kłusownika oburza
myśliwych. Śpieszą na „ratunek” pardwie. Jastrząb widząc zbliżających się
ludzi porzuca zdobycz i odlatuje. Myśliwi podchodzą do miejsca „zbrodni” pewni, że znajdą martwą już pardwę. Ku ich zdumieniu nie tylko żyje, lecz zrywa się do lotu. I wtedy staje się rzecz z myśliwskiego punktu widzenia nie tylko zrozumiała, ale konieczna: grzmi strzał i pardwa spada - tym razem martwa na dobre. Uszła szponów skrzydlatego drapieżnika, by za chwilę paść z ręki najstraszniejszego z drapieżców - człowieka.
Drugi epizod. Tadeusz jedzie łódką po czarnej toni jeziora Jelno w towa-rzystwie pana Jana Kulikowskiego i przewoźnika. Siedzi w tyle łodzi.
- Potrzymaj pan linkę błyskotki - mówi pan Jan - bo na Jelnie jest prymieta, że ten, kto po raz pierwszy zarzuca tu błyskotkę, zawsze złapie rybę.
Tadeusz zgadza się z pobłażliwym uśmiechem, obcą mu jest bowiem pasja rybacka. Trzymana linka „nie reaguje”: jakoś ryby nie biorą się na migotliwą przynętę. Jezioro Jelno składa się z dwóch części połączonych przesmykiem zwanym „kanałem”. Brzegi kanału, jak brzegi wszystkich wód jelniańskich, są niskie, lecz zupełnie prostopadłe: dwie ściany czarnobrunatnego torfu. Nad nimi piętrzą się wykroty, korzenie i pokręcone kształty brzózek i sosenek, gąszcza bahunu i innych zielsk. Wyrazy „piętrzą się” nie są przesadą. Ta nędzna roślinność oglądana z dołu - z poziomu powierzchni wody wydaje się być kilkakrotnie większa i przeto prezentuje się imponująco. Ma się złudzenie - jakąż zresztą moc innych, wręcz fantastycznych złudzeń przeżywa się na Jelnie! - że się płynie jakimś prawdziwym kanałem wyrytym poprzez dżunglę bujnej egzotycznej roślinności. Nagle Tadeusz poczuł w dłoni delikatne drgnięcie linki.
- Bierze się - powiedział cicho.
A jednocześnie, mimo że nie był rybakiem z zamiłowania, poczuł bicie serca, bo przeleciały mu błyskawicą przez głowę opowieści pana Kulikowskiego o olbrzymich szczupakach złowionych na błyskotkę na Jelnie. Kto wie - może właśnie złowił owego legendarnego szczupaka z głową wielkości łba końskiego. Po przybyciu do brzegu i zwinięciu linki - rozczarowanie: szczupak był ładny, ale tylko pięciokilowy!

Rozdział XXIII
NAD BEREZYNĄ NIEMEŃSKĄ

Nieraz, przy kawie z koniakiem Tadeusz lubił kokietować rozmówców oświadczeniem, że uważa się za emigranta. W pewnej mierze było to słusz-
ne, bo traktat ryski przepołowił kraj nazwany przez Poetę „niezastąpioną zieloną moją ziemią białoruską”. Strony rodzinne Tadeusza, podobnie jak strony rodzinne Leonarda Podhorskiego-Okołowa, pozostały po złej stronie linii granicznej. Lubił też Tadeusz podkreślać, że Wilno jest jego przybraną ojczyzną. W tym jednak było tylko pół prawdy. Po kądzieli Tadeusz był Wilnianinem. Pani Irteńska urodziła się w Malinowszczyźnie powiatu ongi oszmiańskiego, a później mołodeczańskiego. Stąd też Tadeusz czuł do Wileńszczyzny coś więcej niż sympatię do przybranej ojczyzny. Choć sam wyzuty z własności ziemskiej, czuł się ziemianinem in partibus infidelium.

jachomowszczyna


Na urlopy wyrywał się nie na zachód lub nad morze, lecz do majątku jednego z bliższych lub dalszych krewnych albo przyjaciół na Wileńszczyźnie.
Przynajmniej raz do roku bywał w Jachimowszczyźnie wuja Wacława Świętorzeckiego (patrz foto).
Od Połocka w kierunku południowo-zachodnim, niezbyt daleko od granicy „ryskiej”, biegnie linia kolejowa. Linię tę, zwaną za czasów rosyjskich drogą żelazną Siedlce-Bołogoje, zbudowali Rosjanie jako linię strategiczną,

ponoć na żądanie Francuzów w myśl tajnej klauzuli aliansu franko-rosyjskiego. Faktem było, że za czasów rosyjskich i ruch pasażerski, i ruch to-warowy były tam minimalne. Nie wiem, czy za czasów Polski niepodległej linia ta zachowała swe znaczenie strategiczne. Wiem tylko, że jeśli nie liczyć ruchu lokalnego, mało kto tam jeździł i że na wschód od tej linii topiono wiele milionów złotych w przygraniczne bagna, rojsty i mszary budując naszą wschodnią linię Maginota: to rąbano lasy, to znowu je ochraniano; to odwodniano bagna, to znowu je nawodniano - wszystko zgodnie z arkanami strategicznego planowania. Ktoś cieszył się, że może rąbać las nie tylko bez pozwolenia, ale z zachęty władz. Ktoś inny sarkał, że mu każą rąbać tokowisko głuszcowe. Zapewne zacierał ręce referent strategii leśnej w Dowództwie Okręgu Korpusu w Grodnie...
Jadąc do Jachimowszczyzny wysiadało się na stacji Połoczany. Piękna nazwa - emanująca jakieś echa prasłowiańskie. Stacyjka i wieża ciśnień - białe
i w stylu ,,polskim”. Biała wieża ciśnień panowała z wyniosłego wzgórza nad całą - położoną na południu - doliną rzeki Berezyny (niemeńskiej) - nad wielokilometrowym pasem łąk, mchów i lasów. Była punktem orientacyjnym widocznym z bardzo daleka: z Zabrzezia, Siedliszcza, Chołchła, Chorzowa, może nawet Gródka. Nocami, gdy wzgórze połoczańskie pogrążone było w mroku, z dalekiego Chołchła lśniła, jak gwiazda zachodząca, latarnia elektryczna, którą ustawił Moskal-oryginał pan Włodzimierz Czajkin. On też staw koło swego dworu kolorowymi lampionami iluminował, żeby piękniej było...


O panu Włodzimierzu Czajkinie można by długi rozdział napisać. Tu powiem tylko, że był to człowiek, który piękny majątek Chołchło otrzymany w posagu za żonę, córkę rosyjskiego generała, nie przepił, lecz przejadł. Tak np. wydawał co miesiąc wielkie sumy na sprowadzony via Ryga autentyczny kawior astrachański i inne smakołyki. Sam był pochodzenia dość ciemnego. Zarzucano mu wiele grzechów: łgarstwo, bufonadę, rozrzutność, życie ponad stan, zaprzepaszczenie majątku żony. Prócz tego zarzucano mu, że jest bolszewikiem. Był to oczywisty nonsens.

sobota, 24 sierpień 2013 11:24

Wojna i sezon [40]

Napisane przez

pardwaWynikło tysiące zawikłań prawnych, najczęściej bowiem kto inny był właścicielem gruntu nadbrzeżnego, a kto inny - właścicielem wody, a więc i gruntów odwodnionych.

A Drujka jeszcze bardziej zarosła łozami i zielskiem, i wcale nie stała się żeglowna. „Melioracja” brasławska pozostanie przykładem smutnym, lecz może nie beznadziejnym.

Z biegiem lat nurt Drujki zamuli się, prąd jej się zwolni, poziom jezior brasławskich znów się podniesie, zeszpecony krajobraz powróci do dawnej krasy. A w legendzie lokalnej utrwali się po wieczne czasy nauka: nie poprawiaj przyrody!

Do Drui przyjeżdżało się pod wieczór. Dwór Druja - ongi siedziba rodziny Miłoszów - już nie istniał. Miasteczko Druja słynęło ze starożytnej synagogi z kunsztownie rzeźbionym „ołtarzem” drewnianym. Wjazd pociągiem do Drui był bardzo oryginalny: końcowa stacyjka wąskotorówki mieściła się w samym środku miasteczka, wjeżdżało się więc na „dworzec centralny”.

Tadeusz długo w Drui nie popasywał. W zajeździe już czekał furman Donat z Siećkowa, majątku Mietka Goryniewskiego, starego przyjaciela Tadeusza jeszcze z przedwojennego Petersburga. Jazda końmi z Drui do Siećkowa miała dla Tadeusza urok szczególny.

Jechało się przeszło 40 kilometrów przez kraj mało zaludniony i raczej lesisty. Lasy były co prawda mocno podniszczone, ale zawsze były to lasy. Wsie polsko-litewskie urwały się gdzieś za Brasławiem i pozostały na zachodzie.

Tu już była prawdziwa Białoruś. Krajobraz płaski. Tadeusz nie potrzebował nawet przymykać oczu, aby czuć się tak, jak się czuł kilkanaście lat przed tem, gdy jeździł ze stacji Osipowicze kolei libawo-romeńskiej do rodzinne-go Baćkowa. Te same sosny i sosenki. Te same szare wsie. Ten sam głuchy, usypiający turkot kół po gładkiej drodze „gruntowej”.

Od czasu do czasu Tadeusz wdawał się w pogawędkę ze starym Donatem, który był dyskretny i sam się nie narzucał z gadulstwem. Raz zadał Donatowi „chytre” pytanie: kiedy było lepiej - za czasów rosyjskich, czy teraz - za polskich? Odpowiedź Donata była pełna godności i zarazem czysto furmańska.

– Rzecz jasna, że teraz za Polaków lepiej! Czemu? Bo drogi lepsze i wprowadzono paszporty końskie, dzięki którym ukrócono koniokradztwo.

W Siećkowie Tadeusza powitał skowyt gończych spotykających gościa i atmosfera narad myśliwskich przy kieliszku. W naradach brał udział sąsiad Mietka pan Jan Kulikowski, właściciel uroczego dworku nad rzeką Dzisną. Należy mu się specjalne wspomnienie. Pomimo przekroczonej sześćdziesiątki miał w sobie tyle wigoru i zapału, że polując na pardwy i cietrzewie wytrwale spacerował po kołyszącym się kożuchu mchów, gdy młodszym od niego nogi omdlewały ze zmęczenia. Był też chyba jedynym na świecie wędkarzem, który w nikim nie budził uśmiechu dobrodusznej drwiny. Nigdy nie siedział z wędką na jednym miejscu dłużej, niż godzinę.

Dłuższe siedzenie bezczynne nad wodą byłoby niezgodne z jego nieostudzonym wiekiem temperamentem. Ale wiedział, w jakiej porze i gdzie wybrać się z wędką. Jak i jaką zarzucić przynętę. Umiał specjalnie „drażnić” rybę, która chwytała jego przynętę lekceważąc wędkę siedzącego obok wędkarza. Nigdy nie wracał z wyprawy wędkarskiej z próżnymi rękami.

Był też rasowym myśliwym i - jak prawy myśliwy - był łgarzem. Przy czym łgarstwo jego, jak każde łgarstwo myśliwskie, było barwne, zajmujące, artystyczne. Sam wierzył w swoje bajki i inni w te bajki wierzyli.

W roku 1919, gdy już przekroczył pięćdziesiątkę, stanął na czele oddziału partyzanckiego współdziałającego z wojskiem polskim w walce z bolszewikami. Ciężko ranny z serii karabinu maszynowego - w piersi, brzuch i udo - i widząc jak jego towarzyszy broni dobijają bolszewicy, doczekał się ukryty w krzakach ataku polskiej piechoty regularnej - wyzwolenia. Cudem wygoił się z ciężkich ran. Cudem - bo sam transport z pustkowia, gdzie został ranny, do szpitala trwał kilka dni. Obdarzony listem dziękczynnym wodza naczelnego, syt sławy wojennej, mieszkał w rodzinnym dworku oddając się polowaniu i rybołówstwu. Zmarł na parę lat przed drugą wojną.

Narada myśliwska trwała krótko. Postanowiono wyruszyć nazajutrz na kilkodniową wyprawę na Mchy Jelniańskie.

Niezbyt daleko od ujścia Dzisny do Dźwiny, w widłach utworzonych przez obie rzeki, leży osobliwa puszcza mało znana w Polsce i chyba zupełnie nieznana poza jej granicami. Puszcza ta nosi nazwę „Mchy Jelno” albo „Mchy Jelniańskie” i zajmuje obszar około 200 kilometrów kwadratowych.

Jak sama nazwa wskazuje Mchy Jelno nie są puszczą w utartym „mic-kiewiczowskim” znaczeniu. Nie jest ona matecznikiem, gdzie po przebyciu borów i podszytych kniei „...trafisz w głębi na wielki wał pniów, kłód, korzeni, obronny trzęsawicą, tysiącem strumieni i siecią zielsk zarosłych”.

Nie ujrzysz tam ani drzew niebotycznych, ani polanek pachnących rozgrzanym w słońcu cząbrem, ani rzek leśnych toczących ciche wody pod sklepieniem drzew liściastych.

Roślinność Jelna to przede wszystkim mchy różnych gatunków nasiąkłe jak gąbka wilgocią i stanowiące tzw. kożuch, elastyczną i uginającą się pokrywę, będącą ciężką próbą dla wytrwałości nóg ludzkich. Pod pokrywą mchu leży niezbadana co do swej głębokości warstwa torfu, mułu, rzadziej wody. Na mchu rosną skarłowaciałe brzózki i sosenki, zwykle niższe od wysokości średniego wzrostu ludzkiego. Są one tak stare jak sama Puszcza, a nie dochodzą rozmiaru normalnych brzóz i sosen, gdyż gleba bagnisto-torfiasta nie dostarcza ich sokom dostatecznej mocy wegetacyjnej. Toteż rosną te karły porosłe festonami osobliwego popielatego mchu i przez tysiące lat nie zmieniają swego nędznego wyglądu. Bliżej środka Puszczy zdarza się właściwa brzoza karłowata (betula nana), wielka rzadkość u nas, gdyż jest osobliwością regionów arktycznych.

Jest ona wielką gratką dla uczonych botaników, ale dla ludzi niewtajemniczonych nie stanowi atrakcji, gdyż tylko znawca odróżni ją od setek tysięcy jej sióstr - brzóz skarłowaciałych.

Na bardziej ,,żyznych” miejscach Puszczy, a mianowicie na jej brzegach oraz wewnątrz Puszczy na brzegach niezliczonych jezior i jeziorek rosną obficie brusznice, a poza tym wszędzie - jak seledynowo-różowe perły miliardami na mchach rozsypane - żurawiny. Rosną też czarne jagody i pokrewne im, tylko nieco mniejsze - pijanice. Pijanice są to smaczne jagody, którym wieść gminna przypisuje właściwości odurzające. Nie jest to prawdą. Prawdą zaś jest, że pijanice rosną zwykle po społu z zielem krzaczastym zwanym bagnem, a po białorusku - bahunem. W spiekocie letniej bagno wydziela woń mocną powodującą odurzenie i ból głowy. Zbierając i przy tej okazji spożywając pijanice wdycha się równocześnie woń bagna, a skutki odurzenia przypisuje się niewinnym pijanicom. Nawiasem mówiąc ostra woń bagna wyzyskiwana bywa w celach gospodarczo-domowych, jako środek przeciwko robactwu, a przede wszystkim - molom.

Na Mchach rośnie też jedyna w Europie roślina owadożerna - rosiczka, której listki pokryte włoskami i kropelkami lepu, podobnego do rosy, chwytają muszki i komary.

Tysiąc większych i mniejszych jezior i jeziorek przerywa monotonię Mchów, poczynając od dużego dwukilometrowej długości jeziora Jelno, od którego cała Puszcza wzięła swą nazwę, a kończąc na maleńkich parometrowej średnicy bagienkach. Wszystkie te jeziora mają jednak wspólne cechy: toń bagnistą i czarną, brak sitowia lub trzcin u brzegów, szarpane kontury i niskie, lecz dokładnie prostopadłe brzegi - jak gdyby ręka jakiegoś kataklizmu wydarła pokrywę torfowego „kożucha” i odkryła ich toń.

Jakie jest geologiczne pochodzenie tej olbrzymiej przestrzeni mszaru?

Jedni twierdzą, że jest to trup wielkiego jeziora, stopniowo - wiekami - zarastającego trawą, a następnie mchem. Inni, że był to „atak” mchów na skądinąd urodzajną ongi glebę. Zjawisko takiego ataku było obserwowane i notowane w ciągu jednego pokolenia w krajach północnych, np. w Finlandii. Drugie przypuszczenie jest o tyle prawdopodobne, że cały obszar Puszczy jest położony wyżej nad poziomem morza, niż ziemie okoliczne, czego dowodem, że z jeziora Jelno wypływa rzeczka Jelnianka, która opuszczając Mchy i tocząc swe wody wśród pól urodzajnych wpada następnie do rzeki Dzisny - dopływu Dźwiny. Jedno nie ulega wątpliwości: przed dziesiątkami lub raczej może - przed setkami tysięcy lat na przestrzeni dzisiejszych Mchów szumiała „prawdziwa” puszcza, rosły niebotyczne sosny.

Z czarnego torfiastego dna jeziora często wyłowić można prastare, niemal skamieniałe korzenie dawnych sosen, a nawet całe pnie tych drzew wraz
z korzeniami. Pnie te oglądane z góry przez taflę jeziora robią wrażenie olbrzymich białawych pająków spoczywających na dnie błotnistym. Włościanie wydobywają te pnie, suszą je i palą nimi w kominie, jak normalnymi „smolakami”. Można tedy zaryzykować „teorię”, że przed tysiącleciami bory uległy inwazji mchów.

Faunę Mchów stanowią gatunki zwierzyny pospolite w ogóle we wschodniej Europie. Gnieżdżą się więc tam wilki mające na Mchach swe ostoje i czyniąc z nich bliższe i dalsze wyprawy rozbójnicze. Przechodnio zagląda tam ryś gnieżdżący się w okolicznych lasach. Z rzadka zjawia się łoś z łopatami potężnych rosochów na łbie brodatym. Na brzegach Mchów, bliżej kultury pól uprawnych, przebywa zwykły zając-szarak. Głębiej w Mchach żyje jego kuzyn zając-bielak, który zimą zmienia swą letnią szarą szatę w śnieżnobiałą. Ale najcenniejszą zwierzyną Puszczy stanowią pardwy (lagopus).

Pardwa, rodzona siostra szkockiego ptarmigana, ma tę właściwość, że - rdzawo-brązowa latem z białymi tylko skrzydłami - zmienia na zimę swą barwę ochronną na inną szatę, również ochronną - całkowicie białą. Ma więc pardwa podobną właściwość, co i zając-bielak. O ile jednak bielak jest pospolity nawet na Polesiu, o tyle granicą południowo-zachodniego zasięgu pardwy jest linia biegnąca mniej więcej dokładnie wzdłuż linii kolejowej Libawa-Wilno-Mińsk Litewski. Pardwa więc znaczy swym zasięgiem granicę przejściową dwóch klimatów: środkowo-europejskiego i „palearktycznego”.

Biała szata ochronna staje się dla pardwy zgubna w zimy bezśnieżne, gdyż wtedy - widoczna dla oka z dużej odległości - staje się łatwą zdobyczą swego najgorszego (po człowieku!) wroga - jastrzębia - gołębiarza. Istną plagą wyniszczającą pardwy są pożary mchów zdarzające się w okresach wielkiej suszy. Torf i rosnące w nim mchy są zwykle nasycone wilgocią, lecz gdy wyschną, wystarczy iskierki, aby pożar zjadając powoli torfiaste podłoże pustoszył setki hektarów Puszczy. Pożaru takiego nikt nie może ugasić: ustaje sam gdy dotrze do wód jednego z jezior lub do niższych, zawsze wilgotnych partii Puszczy. Pożary mchów stanowią jednak periodyczne użyźnianie Puszczy w drodze naturalnej: spopielałe i zwęglone cząstki roślinności są cennym nawozem, na którym w latach następnych widzimy wielki urodzaj jagód i traw.

Pardwa jest wielką atrakcją dla myśliwego. Poluje się na pardwy z wy-żłem, jak na kuropatwy, nie jest to jednak łatwe polowanie. Chodzenie z wyżłem dziesiątki kilometrów po uginającym się, jak materac sprężynowy, kożuchu mchów wymaga zdrowych płuc i serca oraz stalowych nóg, zarówno u myśliwego, jak u psa. Nieraz niedoświadczony myśliwy miejski po paru godzinach takiego polowania pada wyczerpany na mszarne po- słanie przeklinając chwilę, gdy zdecydował się wyruszyć na pustynię jelniańską. A obok niego z wywieszonym jęzorem ciężko dyszy wyżeł patrząc z wyrzutem w oczy pana, który go zabrał na te trudne i niewdzięczne łowy, zamiast zadowolić się łatwym podchodzeniem kuropatw po twardym i gładkim jak stół rżysku. Ale jakaż to rozkosz dla ucha i oka myśliwskiego, gdy wreszcie wyżeł zrobi klasyczną stójkę a z mszarnego kobierca poderwie się z furkotem stadko pardw błyskając białymi skrzydłami w słońcu sierpniowym. Młode pardwy zrywają się wydając piskliwe kwilenie, a stary kogut odzywa się głosem podobnym do gardłowego śmiechu: gar-gar-gar.

Stąd też chłopi nazywają koguta-pardwę gargatunem. Strzał do pardw nie jest trudny - nie trudniejszy niż do kuropatw lub cietrzewi. Ale myśliwy zmęczony godzinami wędrówki po mszarach, z bijącym od emocji sercem i drżącymi rękami nieraz pudłuje. Toteż polowanie na pardwy nie należy do wydajnych. Jest to polowanie wybitnie „amatorskie” i pociąga tylko bardzo zajadłych i bardzo wytrwałych łowców.

Na wiosnę pardwy-koguty, podobnie jak wszystkie inne ptaki z rodziny kurowatych, odbywają gody weselne, czyli - tokują. Toki pardw, w przeciwieństwie do toków głuszców i cietrzewi, nie bywają wyzyskiwane dla celów łowieckich, przede wszystkim dlatego, że pardwy nie trzymają się stale tych samych tokowisk. Zobaczyć lub raczej posłyszeć toki pardwie jest dziełem przypadku przy okazji polowania na inną zwierzynę. Kto jednak raz w życiu nasłuchał się w noc wiosenną przed świtem głosów pardwy, ten wrażenia tego nigdy nie zapomni. Z odległego mszaru, w dzwoniącej ciszy pustkowia odzywa się na przemian coś niby płacz dziecka, potem niby stękanie konającego, a wreszcie niby wybuch szyderczego śmiechu. Znałem myśliwego, któremu włosy zjeżyły się na głowie, gdy siedząc w budce na cietrzewie posłyszał po raz pierwszy w życiu wiosenne stękania i śmiechy pardw. Pomyślał, że to dusze potępione nawołują się na zaklętym bagnie.

Uciekł kłusem do domu zapominając w budce strzelby i pasa z ładunkami.

Inną osobliwością fauny mchów jest nur polarny (colymbus arcticus).

Przelotnie zjawia się wiosną i jesienią w całej Europie, ale na jeziorach jelniańskich jest - podobno - ptakiem lęgowym.

Jeziora jelniańskie są bogate w ryby. Ryby, a zwłaszcza szczupaki jelniańskie dochodzą do wręcz fantastycznych rozmiarów i wagi.

Trzy są główne tego przyczyny. Po pierwsze jeziora mszarne, choć niezbyt głębokie, nigdy nie wymarzają do dna, nawet w zimy najostrzejsze, co należy zapewne tłumaczyć istnieniem cieplejszych źródeł podwodnych, tzw. krynic.

piątek, 09 sierpień 2013 17:52

Wojna i sezon [39]

Napisane przez

Rozdział XXI
ARTEMIS Z GAJLUTYSZEK

Część letniego urlopu Tadeusz spędzał na łowach "na północnej rubieży".

Pociąg pośpieszny Warszawa- Turmont na ostatnim odcinku między Wilnem i granicą łotewską przestawał być pośpiesznym, a stawał się tylko "przyśpieszonym". Na tym odcinku nie zatrzymywał się na jednej tylko stacji – Bezdany – czym wyrządzał oczywisty despekt miejscowości zapisanej w dziejach walk o niepodległość. Od Nowowilejki aż do Podbrodzia widok z okna wagonu był dość jednostajny: płaskie bory, podmokłe rojsty, piaszczyste pola.

Za Podbrodziem pejzaż się zmienia. Ożywia się znużone dotychczasową monotonią oko podróżnego i odtąd już do końca podróży nie oderwie się od okna. Wjechaliśmy bowiem w krainę pagórków leśnych i jezior, w słynną "Szwajcarię litewską" ciągnącą się wzdłuż kolei pasmem szerokim aż poza granice z Litwą i Łotwą. Co chwila zjawia się, lśni na chwilę w słońca i znika za ścianą nasypu lub za bukietem drzew – zwierciadło jeziora. Pociąg idzie zbyt prędko, aby zdążyć nasycić wzrok urokiem tych mijanych jak zjawy jezior i ocenić w pełni ich piękno. Za stacją Ignalino zaczyna błyszczeć na horyzoncie wschodnim coś niby klinga srebrna. Klinga ta będzie biec wraz z nami długo: miniemy stację i miasteczko Dukszty, a jeszcze lśnić będzie i zniknie dopiero wtedy, gdy się zbliżymy do granicy łotewskiej. To jezioro Dzisna. Jezioro Dzisna, podobnie jak tysiące innych jezior i jeziorek litewskich ma toń modrą, a brzegi wielce urozmaicone. Mamy więc krawędzie twarde, białopiaszczyste, lizane łagodną pieszczotą fali, wymarzone plaże słodkowodne. Mamy brzegi zarośnięte łozami i szerokim pasem sitowia i trzcin, ostoje dzikich kaczek, perkozów, kurek wodnych i łysek. Mamy wreszcie brzegi oddzielone od sąsiednich łąk obszernym kobiercem zdradliwego "lunu". Lunem ludność miejscowa nazywa trzęsawisko, czyli grubszą lub cieńszą warstwę mchu kryjącą pod sobą rozcieńczone błoto lub czystą wodę – nieraz bardzo głęboką. Jest więc lun formacją bardzo podobną do mszaru, ale nie równoznaczną. Mszar niekoniecznie powstaje obok jeziora lub w związku z jeziorem i najczęściej bywa zgoła niewinny; lun natomiast jest wynikiem zarastania mchem jeziora lub zatoki rzecznej, zawsze tai pod swą powłoką głębię wodną i przeto zawsze jest zdradliwy. Pod kim się przerwie lun, ten wpada "jak kamień w wodę" i kożuch mchu zamyka się nad nim bez śladu. Tylko uchwycenie w ostatniej chwili jakiejś łozy lub mocniejszej kępy mchu może mu uratować życie. Utonięcie na lunie zdarza się jednak bardzo rzadko. Po pierwsze dlatego, że ci, co mają odwagę chodzić po lunie, umieją po nim chodzić, tak jak umie po lunie chodzić łoś, zwierzę wielekroć cięższe od człowieka, które jednak nie tylko nie tonie, lecz nawet nie zapada w miejscach, w których zapada pies. Po drugie – nie cały lun jest niebezpieczny, lecz tylko tzw. "okna" w nim, które łatwo poznać, bo są porosłe ładną, ponętnie wyglądającą i jakby strzyżoną trawką.

Jezioro Dzisna ma pewną osobliwość, a mianowicie wyspę, która nie jest wyspą. Jest to paręset hektarów ziemi uprawnej liczący półwysep, na którym położona jest wioska. Ponieważ półwysep łączy się ze stałym lądem dość wąską i bagnistą szyjką, przeto ludność miejscowa – od wiosny aż do czasu, gdy bagno zamarznie i pokryje się śniegiem, komunikuje się ze "światem" tylko za pomocą łódek. Stąd nazwa "wyspa". A trzeba wiedzieć, że autochtoni są do tej nazwy bardzo przywiązani i nieoględny przybysz miałby w nich wrogów, gdyby zdradził cień przypuszczenia, że wyspa nie jest wyspą.

Tadeusz wysiada na stacji Dukszty. Między stacją i miasteczkiem a dworem roztacza się piękne, 4 kilometry długości jezioro Pereświeta. Dwór Dukszty stoi na wyniosłym wzgórzu i panuje nad trzema jeziorami: wspomnianą Pereświetą, Pereswietajte i Samańką. Dwór jest okazałym domem, murowanym i pobielonym, z typowym gankiem z kolumnadą i z półpiętrem o "klasycznym" daszku frontowym nad balkonem. Dużo takich domów jest na ziemi litewskiej. Dukszty, gniazdo starożytnej rodziny Dusiackich-Rudominów, przeszły później w drodze wiana do rodzin Biegańskich i Dowgiałłów, a w końcu, również w drodze wiana do Zanów. Piękny park ciągnie się półkolem na stromych zboczach północnego brzegu Pereświety i kończy się po stronie zachodniej monolitem góry Pelikalnis, co znaczy politewsku: góra sypana. Pelikalnis jest więc dziełem rąk ludzkich i powstała w zamierzchłych czasach Litwy pogańskiej, albo w celach obronnych, jako wieża sygnalizacyjna, albo może w celach jakiegoś kultu. Wiekowe brzozy płaczące na szczycie góry czynią wrażenie "świętego gaju" i szumem swym szepczą legendę o zamarłych misteriach pogańskich. Tak czy inaczej, więcej takich "pelikalnisów" jest na obszarze Litwy historycznej.

Do parku przytyka starożytny kościółek parafialny z plebanią, ufundowany ongi przez Rudominów. Ponieważ większość mieszkańców gminy duksztańskiej stanowią Litwini, więc proboszczem jest Litwin i kazania i śpiewy odbywają się w języku litewskim. Ale nie zawsze tak było. Po raz pierwszy kazania i śpiewy litewskie zamiast polskich wprowadzono na przełomie XIX i XX wieku. Nie podobało się to starym Litwinom. Przyszli do dworu ze skargą: – Chcemy kazań i śpiewów po polsku! Bo dość mamy prostoty [tj. języka litewskiego] u siebie w chacie. Skarga nie odniosła skutku.

Ksiądz Litwin był energiczny, uświadomienie narodowe chłopów postępowało szybko i w roku 1924, gdy Tadeusz po raz pierwszy zajrzał do Dukszt, nawet zażartym endekom nie przyszłoby już do głowy polonizować nabożeństwa duksztańskie.

W Duksztach Tadeusz spotkał się z instytucją, którą dotąd znał tylko z podręczników prawa cywilnego. Co niedziela tuż obok domu, na ukos przez trawnik przed gankiem przechodziły setki wyfrantowanych mieszkańców miasteczka Dukszty w drodze na nabożeństwo do kościoła.

– Jak możecie pozwolić na takie szwendanie się przez park tuż przed nosem? – dziwił się Tadeusz.

– Nic na to nie możemy poradzić. Mają od niepamiętnych czasów prawo na przechód. Idą z miasteczka krótszą ścieżką wzdłuż jeziora, a potem na ukos przez park.

Właścicielką Dukszt była Teresa z Dowgiałłów Zanowa, bohaterka dwóch okresów walk o niepodległość: P.O.W. Kowno i AK drugiej wojny, odznaczona krzyżem Virtuti Militari za czyny bojowe i wsławiona zbrojnym odparciem napadu bandyckiego na Dukszty wkrótce po pierwszej wojnie.

Pani Teresa była żoną Tomasza Zana, wnuka Tomasza Arcypromienistego, matką również Tomasza zwanego Muśkiem. Ponieważ "wielki" Tomasz był żonaty ze Świętorzecką, cioteczną babką Tadeusza więc pani Teresa była jego kuzynką, lub raczej kuzynową.

Dukszty leżą tuż przy granicy Litwy kowieńskiej w półmitycznym "kochanym powiecie jezioroskim", który znamy ze stron "Sobola i panny". W położonych niemal o miedzę i jak najzupełniej autentycznych Jużyntach spędził dzieciństwo i wczesną młodość Józef Weyssenhoff. Jużynty, tak jak Dukszty, leżą nad jeziorem. Tym samym powietrzem oddychał Weyssenhoff, z takiego samego dworu wyruszał na pardwy do dalekich mszarów Szepety. Tu tęsknił i kochał. Tu polował. Pofalowanym pejzażem ciągną się bory, luny i suche dyrwany od Dukszt w kierunku północnym, wzdłuż granicy litewskiej. Pola i pólka wśród lasów, zielone doliny, cieniste i wilgotne wąwozy, klomby dworów i dworków, sadami spowite i nieraz "po górsku" do stromych zboczy przylepione chaty wiejskie. Na rozstajach dróg rzeźbione w drzewie – arcydzieła nieznanych mistrzów-samouków – krzyże litewskie. A co parę kilometrów, w sposób zupełnie dla oka nieoczekiwany (co podobno jest jednym z sekretów malowniczości) zjawia się wśród pagórków "malowanych zbożem rozmaitym" lub zza zakrętu ścieżki leśnej – jezioro. Większe lub mniejsze. Czasem roztacza swe zwierciadło błękitne na przestrzeni kilku kilometrów kwadratowych, odbijając w swej czystej toni "codzienne" chmurki litewskie. Czasem jest maleńkie – kilkanaście kroków wszerz i wzdłuż – "trawą zarosłe na poły", tające swą toń ciemnozieloną w gęstwie podszytego boru.

Piękne jest jezioro Berżona. Jak Świteź okrągłe niby wielka czara i jak Świteź ze wszystkich stron otoczone lasem. Może nawet piękniejsze od Świtezi, bo nie ma nad nim ani zgiełku turystów, ani wrzawy kąpiących się. Myśliwy tylko albo rybak zjawiają się nad Berżoną.

W okresie, gdy samodzielną władczynią Dukszt była pani Teresa, a syn Musiek tylko jej pomagał w gospodarstwie, właścicielka odbywała inspekcję lasu w jednokonnej linijce w towarzystwie gości: Tadeusza i porucznika Korpusu Ochrony Pogranicza Kazimierza Podhajskiego. Nie dojeżdżając do Berżony, pani Teresa zatrzymała pojazd i rozejrzała się.

– Nie rozumiem – powiedziała – jakoś nie poznaję miejsca. Przecie las tutaj powinien być daleko gęstszy. Co to znaczy?

– O, to drobnostka – powiedział porucznik Podhajski – to tylko Musiek drzewa poprzestawiał.

Niedaleko od Berżony leży w borze jeziorko niewielkie będące rajem dla amatorów połowu raków. Nosi dźwięczną nazwę Bostynia. Dużo jest sposobów "rakobrania", lecz sposób stosowany w okolicach Dukszt jest chyba najbardziej sportowy. W ciepłą noc wybiera się towarzystwo wozami drabiniastymi na raki. W pobliżu jeziora na niewielkiej polance wśród sosen płonie ognisko. Panie niebiorące udziału w łowach gotują leśną kolację. A łowcy – panie i panowie – boso, w strojach kąpielowych, lub w inny sposób rozebrani, brodzą po kolana w wodzie wzdłuż brzegów jeziora i rękami wyciągają raki z pieczar mulistych, pod krawędzią brzegu. "Siły pomocnicze" trzymają na długich żerdziach kagańce płonących smolaków dla oświetlenia terenu łowów.

Polowanie wymaga zarówno zręczności jak determinacji. Nieraz nowicjusz boi się ślepego błądzenia dłonią w czarnym mule. Nieraz rak wymknie się i jak pająkowaty cień w migotliwym świetle kagańca zniknie w czarnej głębi.

Nieraz łowiec mniej zręczny wrzaśnie z bólu cięty w palce ostrymi nożycami raka. A po skończonych łowach towarzystwo gromadzi się przy ognisku i posilając się herbatą, wędlinami litewskimi, liczy trofea i w ożywionej gawędzie raz jeszcze przeżywa emocje rakobrania.

Ognisko trzaska, oświetlając złote, jakby przykopcone od dołu kolumny sosen. Pachnie żywicą i dymem żywicznym. Krążą "stopki" wódki. Brzmią przygaduszki dobrodusznie-ironiczne i śmiechy. W pieszczocie ciepłej nocy letniej rakobranie jest jakby rapsodem karnawału – season litewskiego: z szeptanego flirtu i przelotnych uścisków rodzą się i kojarzą związki. Ludzie nastrojeni romantycznie powiadają, że te nocne rakobrania mają w sobie coś z misteriów pogańskich – niby ogniska świętojańskie lub Dziady zaduszne.

O stajanie od Berżony biegnie droga Dukszty-Smołwy. Droga ta, ongi ruchliwa i ożywiona, zamarła w okresie "ani wojny, ani pokoju" pomiędzy Polską i Litwą. Z rzadka tylko, po zarastającym trawą lub nawet małymi brzózkami szlaku, zaturkocze linijka wioząca żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza albo myśliwych zdążających do bogatego w kaczki jeziora o groźnej nazwie Pijawki. A jest to chyba jedna z najładniejszych dróg litewskich. Z jednej strony ściana starego lasu, z drugiej – szpaler brzóz płaczących. Aleja sadzona ręką Boga i dlatego piękna. Aleja gubi się potem w pofalowanej płaszczyźnie dyrwanów. Dyrwany te zaczęto zasiewać dla celów użyźnienia łubinem. Pięknie wyglądają duksztańskie dyrwany wiosną, gdy łubin kwitnie żółtym kwieciem. Ale jeszcze piękniej prezentują się późnym latem i jesienią, gdy kwitną na nich liliowe i białe wrzosy.

Po kilku kilometrach jazdy zaciszną drogą leśną – wieś i strażnica Korpusu Ochrony Pogranicza Gajlutyszki. Wzrok nawykły w ciągu paru godzin do oglądania ciemnych głębin leśnych jest olśniony pleinairem wspaniałego widoku. Od stóp wzgórza, na którym stanął Tadeusz, aż do mglistych zarysów zachodniego widnokręgu lśni lustro szafirowe olbrzymiego jeziora.

To jezioro Święte – po litewsku Szwenta. Granica między Rzeczypospolitą polską a Litwą oddała Kownu całą wodną powierzchnię, pozostawiając po stronie polskiej niespełna kilometr brzegu. Stojąc na gajlutyskim wzgórzu, wpatrzony w toń Świętego jeziora Tadeusz gubi się w mieszaninie sprzecznych myśli i nastrojów. Rozmyśla o tym, że jezioro jest piękne, jak bywa tylko twór przyrody nieskalany "ulepszającym" dotknięciem cywilizacji ludzkiej. Rozmyśla, że jezioro jest bardzo swojskie, ale jednocześnie – przekleństwem swarliwej, krótkowzrocznej i małostkowej natury człowieczej – obce, może nawet wrogie.

Na jeziorze o niespełna kilometr od brzegu płynie łódka. Nie jest to jednak łódź rybacka lub myśliwska, lecz łódź "pograniczników" litewskich, którzy strzegą, by nikt z tego brzegu nie śmiał naruszyć roześmianego w słońcu terytorium wodnego. W czystym powietrzu rysują się po tamtej stronie niebieskie wzgórza i zielone lasy. Dla nas jednak tamten brzeg jest zakazany, niedostępny. Tadeusza ogarnia więc złość na tych strażników strzegących jeziora!

Ale w sekundę później przychodzi refleksja: "Czy sami nie jesteśmy bez winy? Czy w tej kłótni, bądź co bądź rodzinnej, w której jesteśmy starsi, silniejsi i – podobno – rozumniejsi – nie zaniedbaliśmy czegokolwiek? Jakiegoś ustępstwa, lub nawet tylko gestu?

Czy sami nie przyczyniliśmy się walnie do tego, że oto w naszych oczach legenda jagiellońska kruszy się i rozwiewa?...".

sobota, 03 sierpień 2013 13:32

Wojna i sezon [38]

Napisane przez

W tym samym mniej więcej czasie przyjechał na występ gościnny z Estonii Igor Siewierianin i dał swój "poezo-koncert". Tadeusz słuchał jego śpiewnej deklamacji lub raczej inkantacji, wspominając z melancholią czasy petersburskie sprzed dwunastu lat, a po występie wespół z rosyjskimi przyjaciółmi zaprosił "ego-futurystę" na kolację do Żorża. Po paru kieliszkach wina rozmawiali ze sobą, jak gdyby się znali od dziecka, i z kręcącą się łezką w oku wspominali stare dobre czasy.

Szczególną atrakcją była gwara wileńska rozbrzmiewająca ze sceny, ze scenki, z radia, no i z gazet. Mistrzem był pan Wołłejko, farmaceuta z wykształcenia i wielki aktor z Bożej łaski. Wygłaszał przez radio niezrównane "pogaduszki oszmiańskie", a razu pewnego wprawił widownię w zachwyt, gdy w jakiejś trzeciorzędnej farsie francuskiej wystąpił w roli Napoleona – a był wzrostu sążnistego – i rolę tę wyrecytował w gwarze wileńskiej.
W "Słowie" doskonałe felietoniki gwarowe pisał pan Józef Cyrski pod pseudonimem "Wincuka Markotnego". Dublująca w radio pana Wołłejkę "ciotka Albinowa" była od nich znacznie słabsza: jej gwara wileńska brzmiała wymuszenie i sztucznie.

Warto też wspomnieć o Szopce akademickiej. Nieraz i kukiełki, i teksty bywały doskonałe. W tekstach często panowała gwara wileńska. Tadeusz zapamiętał strofę z pieśni dziadowskiej na temat odkryć archeologicznych w Wilnie:

Skopali ulica
I ci dasz ty wiara –
Znaleźli w Koczerdze
Moich łapci para.

Młodzież akademicka była – jak młodzież. Większość stanowili chyba młodzieńcy, którzy czy to pod wpływem środowiska, czy z właściwego młodzieży ducha protestu, sympatyzowali z endecją i miewali skłonności pałkarskie. Była też niewielka grupa komunistów ideowych, z których później jedni zginęli, a inni porobili te czy inne kariery . Tadeusz mało się interesował tymi sprawami, zwłaszcza że w urzędzie wojewódzkim nie pełnił żadnych funkcji politycznych. Utkwił mu w pamięci tylko taki drobny epizod. Sądzono za działalność wywrotową m.in. studenta Dembińskiego.

Jako świadek obrony wystąpiła pułkownikowa Pełczyńska, która dała o oskarżonym jak najlepszą opinię. W pewnej chwili prokurator zapytał:

– Czy słyszała pani, że w czasie służby wojskowej koledzy oskarżonego nazywali go "wazeliniarzem"?

– Słowo "wazeliniarz" nie miało prawa obywatelstwa w N. dywizji – odparła pani pułkownikowa głosem stanowczym. Po zakończonym przewodzie sądowym prokurator w swej mowie oskarżycielskiej podał w wątpliwość znajomość bogatego leksykonu koszarowego przez panią pułkownikową, którą w ferworze krasomówczym nazwał "jakąś" panią Pełczyńską. Boże!

Jaka burza powstała! "Kurier Wileński" napadł na biednego prokuratora, posypały się mniej lub więcej przejrzyste groźby i w rezultacie biedny prokurator musiał publicznie przeprosić panią Pełczyńską.

Zresztą i komuniści, i endecy byli ideowcami. Mniej sympatycznie prezentowała się grupka – szczęściem nieliczna – studentów "współpracujących z rządem" pod tym lub innym szyldzikiem, korzystająca z różnych zasiłków i mając z góry zapewnione posady i posadki.

W Wilnie kwitła poezja. Tadeusz pożegnał się z poezją własną około roku 1924 i odtąd cudza poezja interesowała go tylko dorywczo. Toteż nie udzielił mi należytego materiału dla opisania tej gałęzi kultury wileńskiej.

Opowiedział mi tylko maleńką historyjkę – na pół rodzinną – luźnie z poezją związaną.

Jednym z synów wielkiego (Arcypromienistego) Tomasza Zana, a więc wujem Tadeusza Irteńskiego, był Klemens Zan. Zakończył życie na przełomie przeszłego i obecnego stulecia w sposób tajemniczy i tragiczny. Wracał pociągiem z Warszawy do Wilna. Wjechał do tunelu między Landwarowem i Wilnem zdrów i cały, a wyjechał martwy i z przestrzeloną czaszką.

W swoim czasie zdarzenie było wielką sensacją rodzinną i wileńską. I oto w jakieś 40 lat później poetka panna Kazimiera Iłłakowiczówna w artykule autobiograficznym w "Słowie" wspomniała swoje dzieciństwo i napisała w taki mniej więcej sposób: "Ojca słabo pamiętam. Nie zapomnę tylko strasznej rozpaczy matki, gdy się dowiedziała, że ojciec mój wjechał do tunelu pod Landwarowem zdrów i cały, a wyjechał z przestrzeloną czaszką". Nie było wątpliwości, kogo panna Iłłakowiczówna miała na myśli, skoro tego rodzaju wypadki nie zdarzały się co dzień i zresztą ten szczególny wypadek był nawet po czterdziestu latach w żywej pamięci wilnian.

Nie mam wątpliwości, że pochodzenie nieślubne nikogo nie hańbi, no ale przypominanie ludziom takiego swego pochodzenia jest kwestią osobistego amatorstwa osoby przypominającej. W danym wypadku panna Iłłakowiczówna popełniła jednak – wyrażając się delikatnie – nietakt.

Legalna żona i troje legalnych dzieci Klemensa Zana żyły jeszcze w Wilnie w najlepszym zdrowiu i oczywiście nie sprawiła im przyjemności lektura ekshibicjonistycznych wspominków panny Kazimiery Iłłakowiczówny.

Wilno było miastem uniwersyteckim, a więc prócz profesorów miało też studentów. Większość studentów wyznawała ideologię, jak już wspomniałem, antysemicką i pałkarską.

Za wojewody Beczkowicza, który przyszedł po krótkim wojewodowaniu pana Kirtiklisa, wybuchły ostre zamieszki studenckie. Chodziło o "numerus clausus" i o krajanie trupów chrześcijańskich przez Żydów. Przede wszystkim parę słów o panu Beczkowiczu.

Nie był popularny ani wśród podwładnych, ani wśród ludności. Piłsudski, stając w Pałacu Rzeczypospolitej, skarżył się, że Beczkowicz był "nudnym" wojewodą. Był to bezsprzecznie człowiek niegłupi i bardzo dobrej woli, ale mu brakowało tego "czegoś", co zjednywa ludzi i co miał nawet – w pewnym stopniu – żandarm Kirtiklis.

Zamieszki przybrały tak duże rozmiary, że musiała je tłumić policja przy pomocy gazów łzawiących. Było wielu Żydów pobitych pałkami. Był jeden zabity – student Polak nazwiskiem Wacławski, którego ugodził w skroń kamień rzucony przez Żyda.

(W tym miejscu – mała notatka historyczno-informacyjna. Za cały okres dwudziestolecia Polski niepodległej zdarzyły się dwa poważniejsze
zaburzenia antyżydowskie. Wspomniane zamieszki studenckie w Wilnie, w których zginął Polak Wacławski, i w parę lat później wielki pogrom
sklepów żydowskich w Brześciu Litewskim.

Pogrom ten doszedł do skutku dzięki rozmyślnej bezczynności policji oburzonej na Żydów za zabójstwo policjanta-wywiadowcy przez rzeźnika Żyda.

Pogrom wyrządził Żydom duże straty materialne, ale ofiar ludzkich wśród Żydów nie było. Jak widzimy więc, dwa większe "pogromy" żydowskie w Polsce odbyły się w ten sposób, że jeden był zakończony, a drugi wywołany zabójstwem Polaka.

Skąd więc ta ironia historii, że Żydzi na całym świecie zapominają o pogromach w carskiej Rosji, zdają się zapominać o strasznych zbrodniach niemieckich /z wyjątkiem może obywateli Izraela/, ale dokładnie pamiętają o tych "pogromach" polskich? Odpowiedzi na to pytanie trzeba szukać w psychice nie żydowskiej, ale polskiej. W Polsce nie było geograficznej "linii osiedlenia", która była hańbą Rosji carskiej. Nie było też, jak w carskiej Rosji, organizowanych przez władze pogromów. Ale Polacy mieli, a zapewne wciąż mają –jakiś antysemityzm mistyczny, jakąś mentalną "linię osiedlenia", która ich niewidzialnie, lecz mocno odgradza od Żydów.

Inteligentny i wykształcony Rosjanin prawie nigdy nie bywał antysemitą. Natomiast mieliśmy i mamy bardzo wykształconych i bardzo mądrych Polaków, którzy byli i są antysemitami z głębokiego przekonania. Żydzi doskonale to czują. I dlatego zapomną krwawe pogromy Rosjanom. Gotowi są zapomnieć Niemcom ich potworne zbrodnie. Ale Polakom nie przebaczą tego "mistycznego" antysemityzmu, który wyczuwają spod szminki frazesów.

Ktoś może zarzucić, że w mojej "teorii" o charakterze polskiego antysemityzmu tkwi błąd zasadniczy. Przed ostatnią wojną na jednego Żyda w Polsce przypadało pięciu czy sześciu Polaków. A podobno każdy Polak musi mieć swego Żyda.

Innymi słowy musiał istnieć popyt na Żydów, jako kandydatów na przyjaciół. Skąd więc antysemityzm – mistyczny czy inny? Błąd jest tylko pozorny.

Nawet endek mógł z całego serca przyjaźnić się i ściskać z pojedynczym Żydem. Pojedynczego Żyda można było choć do rany przyłożyć. Ale endek był wrogiem żydowskiego tłoku. I nie tylko endek. Antysemityzm polski był przeto skierowany nie przeciw pojedynczym Żydom, lecz przeciw Żydom zmasowanym na plaży, w kawiarni, w teatrze, w auli uniwersyteckiej. A nazwałem go "mistycznym", ponieważ niemały wpływ na nastroje antysemickie miał specyficzny polski katolicyzm, no i ponieważ żadną rozsądną racją nie dał się usprawiedliwić.

Negowanie polskiego antysemityzmu jest ochronną obłudą – zwłaszcza na emigracji.

Tłumaczenie zaś tego antysemityzmu względami gospodarczymi jest braniem cech wtórnych za cechy główne).

Gdy mowa o Żydach – mała autentyczna anegdota. Słynął w Wilnie przed pierwszą wojną potężny dom bankowy pana Bunimowicza. Po wojnie zaczął upadać – łącznie z upadkiem gospodarczego znaczenia Wilna. Pan Bunimowicz jednak był nadal znanym i szanowanym obywatelem miasta Wilna. Z tego też tytułu zrobiono go hiszpańskim konsulem honorowym.

Gdy wybuchła hiszpańska wojna domowa, współpracownik "Słowa" zjawił się u konsula republiki hiszpańskiej z prośbą o wywiad. Pan Bunimowicz wpadł w wielką irytację:

– Jestem konsulem honorowym. O żadnej rewolucji nic nie wiem i nie chcę wiedzieć. Dajcie mi święty spokój!

Nazajutrz "Słowo" wydrukowało ten krótki wywiad z konsulem hiszpańskim na pierwszej stronicy i wielkimi literami.

Jeśli o wywiady chodzi, inny wypadek zaszedł z Geniem Falkowskim.

Tadeusz po zamordowaniu Aleksandra serbskiego przypomniał sobie, że przecie Genio kolegował w cesarskiej szkole prawa w Petersburgu z Aleksandrem Karadżordżewiczem, wówczas jeszcze księciem serbskim.

Zatelefonował zaraz do Stanisława Mackiewicza, radząc mu posłać kogoś z redakcji do Genia dla przeprowadzenia wywiadu. W przeciwieństwie do wywiadu z panem Bunimowiczem ten wywiad udał się, bo Genio był wymowny i lubił koloryzować. Puścił się w różne szczegóły – prawdziwe czy zmyślone. M.in. powiedział, że był z Karadżordżewiczem w wielkiej przyjaźni i nazywał go "Karą".

Na zakończenie tego rozdziału o "gasnącym zniczu" wileńskim warto wspomnieć o dwóch wielkich przygodach literackich, których Tadeusz
Irteński doznał w czasie swego czternastoletniego pobytu w Wilnie. Tymi wielkimi przygodami były dwie książki: "Nienasycenie" Stanisława Ignacego Witkiewicza i "Młyn na wzgórzu" (w oryginale po prostu "Młyn") duńskiego pisarza Karola Gjellerupa. Każda z tych książek oczarowała go
w inny sposób. Zirytował się, gdy się dowiedział, że zdaniem profesora literatury skandynawskiej na jednym z wielkich uniwersytetów amerykańskich, Gjellerup był pisarzem niżej średnim i że Nagrodę Nobla dostał przez omyłkę.

– Jedno z dwojga! – mówił mi Tadeusz z oburzeniem – albo ja jestem idiotą i akademia szwedzka składa się z idiotów, albo idiotą jest ten profesor.

Osobiście wolę to drugie przypuszczenie.

piątek, 26 lipiec 2013 22:09

Wojna i sezon [37]

Napisane przez

Oprócz głównego kapłana rewolucyjnej konserwy Cata-Mackiewicza pisywali tam: Czesław Jankowski, Józef Mackiewicz, Jerzy Wyszomirski, Marian Zdziechowski, Władysław Studnicki, Ksawery Pruszyński, Wacław Zbyszewski, Karol Zbyszewski, Teodor Bujnicki i wielu innych. Tadeusz Ipohorski-Irteński był bardzo dumny, że został przyjęty do tak wspaniałego grona. Redagował miesięczny dodatek łowiecki do "Słowa", a ponadto umieszczał felietony, które najczęściej podpisywał nie nazwiskiem, lecz pseudonimami (np. pseudonim "Fin"). "Kurier Wileński" i "Słowo" toczyły więc ostre walki ze sobą. O co?

Właściwie o wszystko i o nic. Walka nabrała szczególnej ostrości, gdy Mackiewicz wytknął "Kurierowi", że korzysta z subsydiów rządowych, na co "Kurier" się odciął, że jeżeli jest na utrzymaniu rządowym, to "Słowo" jest na utrzymaniu prywatnym (mając oczywiście na myśli zasiłki ziemiańskie i ogłoszenia Banku Ziemskiego). Tego już było za wiele i doszło do pojedynku między panem Kazimierzem Okuliczem i panem Stanisławem Mackiewiczem. Tadeusz był jednym z sekundantów pana Mackiewicza, a podpułkownik dr Adam Bonasewicz kurował starciem orężnym. Do rozlewu krwi szczęśliwie nie doszło. Zresztą szeptano, że animozja między panami Mackiewiczem i Okuliczem miała tło nie tylko polityczne.

Spór szedł niby o nic, a właściwie o bardzo wiele. Chodziło niby to o rząd dusz wileńskich, ale naprawdę o zadrażnione personalia. Już zmarły w roku 1929 Czesław Jankowski umiał dowcipnie i złośliwie dopiec.

Celował w dopiekaniu i przypiekaniu Cat, który np. o wyższych urzędnikach ministerium rolnictwa pisał jako o "ludziach ciężko umysłowo pracujących w byłym pałacu prymasowskim w Warszawie". Złośliwie dopiekał Jerzy Wyszomirski albo podając w wątpliwość, czy uroczyście otwarta i poświęcona w murach pobazyliańskich "cela Konrada" jest istotnie celą, w której improwizował i cierpiał za miliony Wieszcz, albo pisząc cały felieton o "prymakach" i "bajstrukach". O prymakach już mówiłem, zaś "bajstruk" jest białoruskim odpowiednikiem "bękarta".

W związku z tym Wyszomirski trawestował z części II "Dziadów":

Patrzcie, ach patrzcie do góry,
Cóż tam pod sklepieniem świeci?
Oto złocistymi pióry
Trzepiocą się dwa bajstruki.

Bardzo bojową, ale niestety bardzo łatwo obrażającą się współpracowniczką "Kuriera Wileńskiego" była pani Helena Romer-Ochenkowska. Ekipa "Słowa" z Jerzym Wyszomirskim na czele pastwiła się nad nią niemiłosiernie. Gdyby pani Ochenkowska przyjmowała szpilki "Słowa" obojętnie lub z humorem, może by przestała być celem tych ataków. Ale irytowała się coraz gwałtowniej, co jeszcze bardziej podniecało napastników. Irytacja jej doszła do punktu wrzenia, gdy "Słowo" wydrukowało w odcinku, a później wydało w książce "Wileńską powieść kryminalną" – pracę zbiorowa, której każdy rozdział pisał inny członek redakcji. Dostało się przede wszystkim pani Ochenkowskiej, występującej w powieści pod przejrzystym mianem "Ofenkowskiej". Przedstawiano ją tak złośliwie i zabawnie, że biedna pani Helena groziła, że obije parasolką Stanisława Mackiewicza i jego współpracowników.

W "powieści kryminalnej" dostało się też kilku wyższym urzędnikom państwowym i kilku profesorom. Grono tych profesorów dokonało w powieści podziemnego odkrycia archeologicznego. Zresztą odkrycia archeologiczne były wtedy w Wilnie na porządku dziennym. Otóż w powieści wymienieni z nazwisk profesorowie bili głowami w twardy mur, aby loch podziemny poszerzyć. Z profesurą wileńską "Słowo" miało bowiem swe drobne porachunki.

Jednemu z ekipy "Słowa" przypisywano złośliwe powiedzenie: "Lepiej z mądrym zgubić, niż z profesorem Uniwersytetu Stefana Batorego znaleźć".

Chodziło też o sąd honorowy nad panem Feliksem Danglem, współpracownikiem-karykaturzystą "Słowa". Został znieważony przez pana Witolda Hulewicza, kierownika radia wileńskiego i prezesa Związku Literatów. Poszło o jakieś karykatury obrażające Hulewicza i innych członków Związku Literatów. Pan Hulewicz odmówił udzielenia satysfakcji, kwestionując honorowość pana Dangla. Sąd po całonocnej na-radzie uznał pana Dangla za pozbawionego zdolności do dawania zadośćuczynienia honorowego. Wyrok był jak najbardziej idiotyczny, a zapadł decydującym głosem superarbitra niejakiego profesora Hillera. Nazajutrz Stanisław Mackiewicz umieścił artykuł wstępny pod tytułem "Mord honorowej sprawiedliwości"...

Skoro mowa o profesorach wileńskich, trzeba wspomnieć szczególne miejsce, które w życiu kulturalnym Wilna, a i całej Polski, zajmował Marian
Zdziechowski. W jednym z poprzednich rozdziałów nazwałem go niekanonizowanym świętym wileńskim. Na tle rodzimego gangsterstwa partii rządzącej i na tle tchórzliwej tępoty endecji był on Świętym... Był świętym pomimo kolejnych dziwactw w rodzaju madiarofilstwa lub idealizowania Napoleona III. A może właśnie dzięki tym dziwactwom...

Był to humanista najczystszej wody. Podziw i szacunek budził jego ludzki i na wskroś chrześcijański stosunek do wszystkich narodowości, a przede wszystkim do uciskanych, np. do emigrantów rosyjskich, do których stosowano policyjne przepisy dekretu o cudzoziemcach – najbardziej rygorystyczne i uciążliwe ze wszystkich przepisów istniejących w państwach kulturalnych. Nie ulega wątpliwości, że pod względem wielkości ducha i głębi wiedzy humanistycznej – w połączeniu z ogromną skromnością – żaden ze współczesnych uczonych polskich nie dorósł mu pięt.

W życiu kulturalnym Wilna teatr grał bardzo dużą rolę. W początku lat dwudziestych wegetował teatr dramatyczny w "Lutni". Później w "nowym" teatrze na Pohulance rozbił namioty Osterwa z "Redutą", wzruszając wilnian do łez "Przepióreczką" Żeromskiego, ale i zastanawiając napisami "widzownia", "rzęd" itp. Po Osterwie nadszedł Zelwerowicz. Za jego dyrekcji wystawiono współczesną i bardzo "kontrowersyjną" sztukę niemiecką Brücknera "Przestępcy". Sztuka wymagała dużych nakładów technicznych, gdyż w każdym akcie scena była podzielona na cztery "przedziały", dwa parterowe i dwa piętrowe. Gdy akcja odbywała się w jednym przedziale, trzy pozostałe tonęły w mroku.

Co do treści... Współczesny teatroman uśmiechnąłby się, gdyby się dowiedział, że większość inteligencji wileńskiej uznała sztukę za niemoralną. Były tam co prawda aluzje do homoseksualizmu dwóch postaci scenicznych, poza tym jednak sztuka była osnuta na banalnym konflikcie buntowniczej młodzieży z atmosferą mieszczańską. Ale opinia wileńska podniosła krzyk protestu. Najgłośniej zaprotestowała pani Helena Romer-Ochenkowska. Nie mieściło się jej w głowie, jak mógł ktokolwiek ośmielić się wystawić w jej Wilnie sztukę tak niemoralną. I wtedy z czyjegoś pomysłu Wilno przeżyło niebywałą uciechę: sąd nad "Przestępcami"! Zelwerowicz rozesłał zaproszenia wszystkim mniej lub więcej wybitnym wilnianom, którzy szczelnie zapełnili wszystkie miejsca. Odbyło się przedstawienie "Przestępców", przy czym Tadeusz, który był na premierze i teraz oglądał sztukę po raz drugi, zauważył, że Zelwerowicz przezornie skreślił parę zwrotów, mogących urazić ucho purytanów wileńskich.

A po przedstawieniu odbył się "sąd". Przemawiał najpierw sam Zelwerowicz, oznajmiając, że on jest głównym "przestępcą" i że chętnie bierze na
siebie całą odpowiedzialność. Mowy oskarżycielskie pań – bo panów w gronie potępiających sztukę prawie nie było – brzmiały mdło i banalnie. Wśród nich ględziła zawodowa społecznica "wojewodzina" Kirtiklisowa. Mowy obrońców "Przestępców" były znacznie lepsze. Żyd doktor wenerolog Globus zauważył, że cały sąd wydaje mu się hipokryzją i przypomina czasy, gdy jakiś purytanin proponował zmienić nazwę chorób wenerycznych na choroby "astatyczne". Archiwariusz Wacław Studnicki, brat znanego polityka Władysława Studnickiego, zajadły kalwinista i antypapista, wysunął podejrzenie, że cała ta kampania jest prowadzona wyłącznie przez kobiety z namowy osób, które, choć nie są, jak mówił, kobietami, noszą stroje podobne do kobiecych...

W tym miejscu przewodniczący "sądu" odebrał głos panu Studnickiemu. Sąd, który mówiąc ściśle, nie był sądem, a tylko gadaniną, skończył się na niczym. Mimo to jednak "Przestępcy" spadli z afisza.

Widać wpływy pań Romer-Ochenkowskiej i Kirtiklisowej przeważyły.

Zaznaczyć trzeba, że "Słowo" nie tylko nie prowadziło ataku na "Przestępców", lecz nawet umieściło kilka artykułów, m.in. Jerzego Wyszomirskiego i "Fina", wyśmiewających beznadziejnie prowincjonalny pomysł sądu nad "Przestępcami".

W rok czy dwa później, gdy teatr na Pohulance wystawił "Adwokata i róże" Szaniawskiego, Wileńska Izba Adwokacka zaprotestowała, twierdząc, że sztuka ta ubliża godności zawodu adwokackiego. Do "sądu" jednak nad "Adwokatem i różami" nie doszło: felietoniści "Słowa" wzniecili tak hałaśliwy "śmiech na sali", że rzecznicy Izby Adwokackiej zamilkli zawstydzeni.

Dzieje teatru wileńskiego między dwiema wojnami zapisały dwie wileńskie prapremiery: "Sztubę" Kazimierza Leczyckiego, o której wspomniałem w rozdziale XVII, i sztukę tegoż Leczyckiego do spółki z Józefem Mackiewiczem "Pan poseł i Julia". Była jeszcze premiera sztuki "surrealistycznej" napisanej przez jakąś panią; niestety Tadeusz Irteński i autor tej kroniki zapomnieli zarówno tytuł tej sztuki, jak nazwisko autorki.

Dzieje te mają też do zapisania jedną osobliwość. Z chwilą, gdy w teatrze na Pohulance usadowił się na dobre teatr dramatyczny, w teatrze "Lutnia" na Mickiewicza rozsiadła się operetka. Gdy w całej Polsce teatry operetkowe, teatrzyki i inne przybytki muzy lekkiej kolejno i notorycznie plajtowały, operetka w "Lutni" trzymała się bez żadnych subsydiów miejskich lub innych i przetrwała tak w dobrej formie do roku 1939.

Z przeżyć teatralnych w Wilnie "między dwiema wojnami" pozostały w pamięci Tadeusza oderwane epizody.

Duże wrażenie zrobiły na nim gościnne występy emigranckiej, tzw. praskiej grupy teatru Stanisławskiego w Moskwie. Nie opuścił ani jednego przedstawienia. Szczególnie zachwycił się grą pary małżeńskiej – pani Griecz i pana Pawłowa. Pawłow był wspaniały i w koniecznej roli zirytowanego staruszka w komedyjce Czechowa "Jubileusz", i jako demoniczny lokaj Smierdiakow w scenicznej przeróbce "Braci Karamazow".

Ostatnim przedstawieniem był "Rewizor" Gogola. Po tym przedstawieniu grono teatromanów wileńskich – Rosjan i Polaków – zaprosiło aktorów rosyjskich na kolację do gabinetu w "Bristolu". Tadeusza posadzono obok Pawłowa, który się okazał miłym i rozmownym kompanem. Po kilku kolejkach wódki Tadeusz zwrócił się do Pawłowa:

– Jestem do szaleństwa zachwycony grą waszego zespołu (ja bez uma ot waszej igry), chciałbym jednak powiedzieć...

Pawłow nie dał mu skończyć:

– Wiem, co pan chce powiedzieć: że grając Gogola, trochę szarżujemy.

Święta prawda. Ale niech pan nie zapomina, że dzisiejsza publiczność nie oceniłaby Gogola granego tak, jak go graliśmy w Moskwie. A po drugie – tu Pawłow z lekka zawahał się – kto wie? Może Gogola w ogóle należy szarżować...

Raz, w roku zdaje się 1925, do Wilna zawitała operetka z Warszawy z Kawecką i Józefem Redo. Kawecka miała jeszcze ładny głos, ale była gruba
jak beczka. Redo, choć siwy i trochę tęgawy, był nadal czarujący. Tadeusz z Waciem Józefowiczem, zwanym Żoką, podejmowali Redę kolacją u Żorża.

A nazajutrz poszli na "Gejszę". Gejszą była naturalnie Kawecka. W duecie, w którym Kawecka śpiewała, siedząc, a Redo stał nad nią, Redo dostrzegłszy w pierwszym rzędzie Żokę i Tadeusza, przymknął oko, a drugim spojrzał z góry na Kawecką, robiąc przy tym odpowiedni ruch brodą i wargami.

Tadeusz musiał zagryźć wargi, aby nie parsknąć śmiechem.

niedziela, 21 lipiec 2013 10:25

Wojna i sezon [36]

Napisane przez

wilno stacja benzynowaNie przeczę, że Wilno było "miasteczkiem" uniwersyteckim, no i dużą atrakcją dla turystów. Nie tylko dla turystów, których intrygowało "kamienne misterium" kościoła św. Piotra i Pawła lub podniecały doskonale zachowane – wraz ze strojami – trupy w katakumbach pod kościołem Dominikanów.

Wilno było magnesem dla par rozwodzących się. Było dla Polski w miniaturze tym, czym jest Reno w Newadzie dla Stanów Zjednoczonych. Wilno udzielało rozwodów kalwińskich. Nawrócenie na kalwinizm, rozwód i ślub w pięknej klasycystycznej świątyni na Zawalnej, na której widniał napis "Dajcie cześć Panu", odbywały się szybko, sprawnie i bezboleśnie. Spisanie protokołu ślubnego odbywało się w biurze superintendenta zboru kalwińskiego pod wielką palmą w wazonie. Toteż niektórzy nazywali ślub kalwiński ślubem "pod palmą". Gdy mecenas wileński pan Szyszkowski prosił o rękę pewnej panienki, matka jej zaprotestowała:

– Przecie pan ma żonę! Więc jakże chce się pan żenić z moją córką? Żaden ksiądz nie da wam ślubu.

– Posiadam rozwód kalwiński. Toteż weźmiemy z córką pani ślub pod palmą.

– Daruje pan, ale córka moja nie jest małpą, aby brać ślub pod palmą.

Sprawy rozwodowe były ładnym źródłem dochodu dla wileńskiej wspólnoty kalwińskiej i dla stowarzyszonych z nią adwokatów. Wśród nich rej wodził kalwin z dziada pradziada, a kuzyn Tadeusza Genio Falkowski. Genio był żonaty z posażną panienką z Grodzieńszczyzny Helcią Mikulską, która niemal co roku dostawała jakiś spadek po tym lub innym z bezdzietnych krewnych. Takie co roku spadające sukcesje były już w owych czasach anachronizmem i z tego tytułu pani Helcia powinna być zaliczona do oryginałów litewskich płci pięknej. Łącznie z zarobkami Genia z adwokatury mieli ładne dochody. Dochody te płynęły jednak jakoś przez palce. Prowadzili dom otwarty, w którym goście czuli się dosłownie jak u siebie w domu. Pani Helcia nie należała do rządnych gospodyń: służba – oczywiście stara i zasłużona – okradała ją niemiłosiernie. Genio miał poza tym swe wydatki kawalerskie. No ale rozwody stawały się coraz bardziej modne, mnożyły się i życie w gościnnym domu Geniostwa Falkowskich płynęło przyjemnie.

Przykład rozwodów szedł z góry. Nie było dnia, aby oko rdzennego wilnianina nie zauważyło w sali Żorża jakiejś nowej obcej twarzy: samotnego
mężczyzny lub samotnej, zazwyczaj przystojnej kobiety przy jednym ze stolików. Od razu wiadomo było, że to przyjezdni, którzy zjechali do Wilna, aby brać ślub "pod palmą". Niemal wszyscy dygnitarze pomajowi lub kandydaci na takich dygnitarzy byli rozwodnikami.

Jeden z pierwszych zjawił się Józef Beck, wtedy jeszcze pułkownik. Jednocześnie przyjechał generał Burhardt-Bukacki z żoną, z którą się rozwodził, aby ją oddać Beckowi. Po zakończeniu rozwodu i po ślubie całe towarzystwo w najlepszej komitywie poszło do Żorża na obiad. Na obiad ten zostali również zaproszeni Geniostwo Falkowscy oraz Jerzyk Irteński, który wtedy pełnił przejściowo funkcję sekretarza Genia. Jerzyk swoim zwyczajem przyszedł na obiad pod lekkim gazem, a w czasie obiadu urżnął się do reszty. Toteż znudzony niekończącą się przemową Genia, który lubił wygłaszać dłuższe oracje, zapytał głośno nowo zaślubioną żonę Becka:

– Czy to prawda, że mąż pani stuknął Zagórskiego?

Na to pani Beckowa roześmiała się i przez stół powiedziała mężowi:

– Wiesz, Józiu, już ta wersja doszła do Wilna.

Beck uśmiechnął się i odrzekł:

– Wiem, wiem o tym, ale to nie moja zasługa.

Jeśli chodzi o echa wileńskie "zaginięcia" generała Zagórskiego, warto wspomnieć o jeszcze jednym małym zdarzeniu. Do pijącej w Palais de danse kompanii podszedł pułkownik Wenda. Wśród pijących był m.in. pan Jerzy Houwald z Mejszagoły. Uchylił się od podania ręki pułkownikowi Wendzie, oświadczając, że pierwej musi się dowiedzieć o losach generała Zagórskiego. Pułkownik Wenda udał, że nie słyszy, pokręcił się przy stoliku przez chwilę, po czym odszedł.

Na początku 1935 roku umarła w Wilnie pani Kadenacowa, siostra Józefa Piłsudskiego. Kolega Tadeusza Wiktor Piotrowicz zaproponował, aby przyłączyć się do towarzystwa udającego się na dworzec na spotkanie marszałka przyjeżdżającego na pogrzeb siostry. Stanęli z Wiktorem o kilka kroków od dywanu, po którym Piłsudski szedł z salonki do sal reprezentacyjnych na dworcu. Tadeusza uderzyła zgarbiona postać i szarozielonkawa cera dyktatora.

– Chyba niedługo pociągnie – szepnął Wiktorowi.

– Ach, co ty mówisz! – wykrzyknął przerażony Piotrowicz.

Wszyscy wiedzieli, że Piłsudski jest od paru lat poważnie, a od kilku miesięcy ciężko chory. I wszyscy wiedzieli, że już nie on rządzi państwem.

A jednak jego "duch" trwał i – dobry czy zły – nie dopuszczał, aby się wszystko rozkleiło i aby nastąpiła "dekompozycja" – wyraz tak popularny w okresie po jego śmierci.

Jeszcze dwa lata przedtem "duch" ten przybierał kształty zupełnie realne. Inżynierowi Kazimierzowi Falkowskiemu groziło zwolnienie ze stanowiska dyrektora kolei państwowych. Już niemal oficjalnie wymieniano nazwisko jego następcy – jakiegoś pułkownika. I oto do Wilna zjeżdża Piłsudski i w pałacu Rzeczypospolitej odbywa się raut i "cercle" z jego udziałem. Marszałek – zgarbiony, w workowatym jakby na wyrost uszytym błękitnym mundurze – przechodzi przez salę obojętnie obok wyprężonych generałów i tych lub innych dygnitarzy lokalnych. Raz stanął, witając się serdecznie z jakimś starcem z długą siwą brodą. Potem zamienił kilka słów z jakąś skromnie ubraną staruszką. Wreszcie we drzwiach prowadzących do "ekskluzywnego" saloniku zatrzymał się i długo trząsł rękę panu Kazimierzowi Falkowskiemu, mówiąc mu coś do ucha i śmiejąc się serdecznie.

A pan Kazimierz stał wyprostowany z czerwoną i promieniejąca twarzą.

Gdy Piłsudski odszedł, tłum generałów i innych dygnitarzy okrążył Falkowskiego. Posypały się pytania:

– Co panu mówił marszałek?

Falkowski rozłożył ręce ruchem udanej bezradności:

– Niestety, nie mam prawa tego wyjawić.

Czy potrzebuję dodawać, że słuchy o postanowionej dymisji Falkowskiego urwały się jak nożem uciął, i że pozostał do śmierci – niestety rychłej – na stanowisku dyrektora kolei.

W kilka dni po raucie Tadeusz był na brydżu u Kazimierzostwa Falkowskich. Gdy Tadeusz był wychodzącym, dyrektor wziął go na stronę.

– Muszę z panem porozmawiać na osobności, panie Tadeuszu – powiedział.

"Cóż on mi ma tak ważnego do powiedzenia?" – myślał Tadeusz. Usiedli przy biurku. Dyrektor Falkowski odrzucił w tył głowę i powiedział marzycielskim głosem:

– Kto raz jeden w życiu rozmawiał z marszałkiem, ten tego nigdy nie zapomni.

Na tym się skończyła rozmowa na osobności.

A gdy w dwa lata później przyszła wieść o śmierci Piłsudskiego, kolega Tadeusza dr Henryk Rudziński powiedział z rozpaczą w głosie:

– Straciliśmy ojca...

Tegoż dnia Stanisław Mackiewicz w artykule wstępnym w "Słowie" pisał: "Nie ma Polaka, który by chętnie nie oddał życia, byle tylko marszałek Piłsudski żył"...

"No to już stanowczo przesada" – pomyślał Tadeusz.

***

Na zakończenie tej wiązanki – maleńki kwiatek. Tadeusz lpohorski-Irteński zetknął się dwa razy w życiu z bliskimi krewnymi "królobójców". Za lat gimnazjalnych przyjaźnił się w Mińsku z uczniem szkoły handlowej Hryniewieckim, rodzonym bratankiem Ignacego Hryniewieckiego, który w roku 1881 rzucił drugą i śmiertelną bombę pod nogi cara Aleksandra II.

Wspomniałem o tym w "Dzieciństwie i młodości Tadeusza Irteńskiego".

A już w wieku dojrzałym kolegował w wileńskim urzędzie wojewódzkim z panem Kalajeff (tak się pisał!), lekarzem weterynarii w wydziale rolnictwa.

Ten pan Kalajeff był młodszym bratem "Janka" Kalajewa, który w roku 1905 zabił bombą w księcia Sergiusza Aleksandrowicza, moskiewskiego generał-gubernatora i stryja ostatniego cara. Nie badałem dziejów rodziny Kalajewów, ale dr Kalajeff mówił nieposzlakowaną polszczyzną, nawet z "warszawskim" akcentem, a "królobójca" Kalajew miał – według świadectwa historyków – polski akcent.

 

Rozdział XX

GASNĄCY ZNICZ

Jeżeli między dwiema wojnami Wilno było pod względem gospodarczym "wielką Dzisną", nie chciało się do tego smutnego faktu przyznać ani światu, ani – sobie. Jeszcze za wojewodowania pana Raczkiewicza w okresie "prosperity" po reformie walutowej Grabskiego, a przed kryzysem światowym, urządzono w Ogrodzie Bernardyńskim wspaniałe Targi Północno-Wschodnie. Było tłoczno i wesoło. W lunaparku młodzi i starzy z wielkim piskiem zjeżdżali w wagonetkach z "motagnes Russem". W stoiskach win

i wódek posilano się. Wielkim powodzeniem cieszył się zegar z figurkami i innymi sztuczkami. Zegar ten nakręcano raz na czterdzieści lat. Przed wejściem do izby, w której zegar demonstrowano, panował straszny tłok i jakiś dowcipniś wołał:

– Zegar nakręca się raz na czterdzieści lat, ale zapomniano nakręcić, więc dziś pokazu nie będzie!

Mimo jednak wspaniałego sukcesu Targów Północno-Wschodnich, mimo rozpoczętej przez generała Żeligowskiego propagandy lnu, Wilno pozostawało wciśnięte w worek i tylko optymiści wierzący w cuda mogli się spodziewać gospodarczego odrodzenia Wilna. W tym czasie Stanisław Mackiewicz (Cat) tak mniej więcej pisał we wstępnym artykule "Słowa":

"O dwunastej w południe stanąłem pośrodku jezdni ulicy Mickiewicza u jej wylotu na plac Katedralny i spojrzałem wzdłuż ulicy. Nie zobaczyłem ani jednego samochodu, ani jednej dorożki, ani jednego wozu. Na głównej arterii miasta nie było żadnego ruchu kołowego"...

W Wilnie panował chroniczny zastój. Stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego skazana na gospodarczy "worek", wyżywała się więc w naukach, sztukach pięknych i sporach politycznych.

Spory polityczne miały charakter trochę akademicki. Po przewrocie majowym prawdziwa opozycja, tj. endecja, siedziała jak mysz pod miotłą i prowadziła propagandę albo "ezopową", albo szeptaną. Istnieć – istniała, czego dowodem, że dalej wychodził endecki "Dziennik Wileński" i że większość studentów miała nastroje antysemicko-pałkarskie, ale jakiejś bardziej otwartej i wyraźnej akcji nie prowadziła. Zresztą, jak twierdzili biegli w misteriach politycznych, endecy w Wilnie nie byli podobni do endeków w Królestwie: mieli być łagodniejsi i rozumniejsi, innymi słowy – tutejsi.

Walkę otwartą toczyły dwa obozy piłsudczyków. Jeden był demokratyczny i konserwatywny, drugi konserwatywny i – rewolucyjny. Takie paradoksy możliwe były chyba tylko w Wilnie. Obóz demokratyczno-konserwatywny skupiał się przy "Kurierze Wileńskim", gdzie pierwsze skrzypce grali pan Kazimierz Okulicz i pani Helena Romer-Ochenkowska – oboje spadkobiercy wymierającej grupy tzw. demokratów wileńskich, zwanych też "krajowcami". Obóz drugi to było "Słowo", organ "żubrów" mający nawet winietkę żubra na papierze listowym, redagowany przez pana Stanisława Mackiewicza, popierany i finansowany przez ziemiaństwo, czerpiący też spore dochody z corocznych kilkudziesięciostronicowych ogłoszeń licytacyjnych Wileńskiego Banku Ziemskiego.

Obóz demokratów nazwałem "konserwatywnym", bo mimo ideałów demokratycznych i postępowych był ogromnie przywiązany do tradycji wileńskich i nie odznaczał się ani większą dynamiką, ani szczególnym polotem. Odwrotnie – jego adwersarz, organ konserwatywnych i nawet "monarchicznych" żubrów, był dynamiczny, pomysłowy, nieortodoksyjny, zaczepny – słowem był rewolucyjny.

Poza tym potrafił ściągnąć do redakcji najlepsze pióra miejscowe i szereg piór spoza Wilna.

sobota, 13 lipiec 2013 19:11

Wojna i sezon [34]

Napisane przez

wilno1

Gdy Tadeusz zjawił się w urzędzie wojewódzkim, jednym z jego kolegów był pan Stanisław Niekrasz. Do niedawna zajmował był stanowisko starosty święciańskiego, które jednak musiał opuścić. Dlaczego? W kasynie urzędniczym oblewano kupno krowy przez jednego drobnego ziemianina u innego drobnego ziemianina. Starosta Niekrasz przyłączył się do popijającej kompanii. Gdy wszystkim ze łbów porządnie się kurzyło, ktoś wykrzyknął:

– Oblewamy krowę, ale gdzież jest ona? Czemu nie weźmie udziału w tej uroczystości?

Projekt podobał się wszystkim. Z pewnymi trudnościami i – podobno – pomimo protestów pana Niekrasza wprowadzono krowę do sali jadalnej
kasyna i wylano jej na język kieliszek likieru.

Poza tym drobnym incydentem innych ekscesów nie było i wszystko skończyłoby się szczęśliwie, gdyby nie to, że o wypadku dowiedział się jeden z posłów ludowej partii "Wyzwolenie". "Pojenie" krowy likierem dostało się na łamy niektórych pism wileńskich i nawet stołecznych – oczywiście z przesadnymi i złośliwymi komentarzami – przy czym w liczbie osób częstujących krowę likierem wymieniano pana Niekrasza. Przeniesiono go więc ze stanowiska starosty na mniej "eksponowane" stanowisko w urzędzie wojewódzkim.

Tadeusz był przez jakiś czas przedstawicielem wojewody w komisji dyscyplinarnej dla niższych funkcjonariuszy policji państwowej. Jedna ze spraw dyscyplinarnych na długo utkwiła mu w pamięci. St. przodownik Maćkowiak i st. posterunkowy Stefańczyk byli oskarżeni o pobicie dwóch uczniów gimnazjum białoruskiego Daniela i Babrouskiego, posądzonych o działalność wywrotową. Interpelacja sejmowa posłów klubu białoruskiego przytaczała skargę jednego z uczniów, którego wedle jego słów policjanci "bili pa piatam niekaj aławianaj buławaj aże u mazhach kałoła".

Dochodzenie przeprowadzone przez specjalnie delegowanego urzędnika administracyjnego nie potwierdziło stawianych policji zarzutów. Ale oto
w sprawę wmieszał się element kobiecy. Obaj policjanci wzdychali do tej samej dziewczyny i jeden z nich zdobył jej względy. Wtedy wzgardzony rycerz postanowił się zemścić i zemścił się w ten sposób, że złożył raport do władz przełożonych donoszący, że rywal bił aresztowanych chłopców białoruskich. Przy tej okazji przyznał się, że i on brał udział w biciu. Obu winowajców wydalono z szeregów policji niejako automatycznie. Jakże zdziwił się Tadeusz, gdy po upływie pół roku sprawa st. przodownika Maćkowiaka i st. posterunkowego Stefańczyka znów się znalazła na wokandzie komisji dyscyplinarnej.

– Przecież już raz wydaliliśmy ich z policji! – wykrzyknął.

– Tak, ale teraz mamy postępowanie rehabilitacyjne.

Okazało się, że w ciągu sześciu miesięcy zdarzyło się dużo rzeczy. Po pierwsze uczniowie Daniel i Babrouski uciekli na Białoruś sowiecką, a więc – bici czy nie bici – stracili, przynajmniej oficjalnie, poparcie sejmowego klubu białoruskiego. Po drugie panowie Maćkowiak i Stefańczyk zorientowali się, że emulacja o spódniczkę poniosła ich za daleko i oświadczyli, że oskarżyli jeden drugiego zupełnie bezpodstawnie, kierowani jedynie chęcią zemsty. Po trzecie sprawa przeciwko nim o pobicie aresztowanych zakończyła się w sądzie okręgowym uniewinnieniem. Komisji dyscyplinarnej pozostawało więc tylko rehabilitować niesłusznie wydalonych i przyjąć ich z powrotem do szeregów policji.

Nie na tym jednak koniec. Po miesiącu czy dwóch Tadeusz zobaczył po raz trzeci nazwiska Maćkowiaka i Stefańczyka na wokandzie komisji dyscyplinarnej.

– Ależ to kpiny! – żachnął się.

– Nic podobnego. Teraz są oskarżeni o zachowanie się nielicujące z godnością funkcjonariusza policji. Po rehabilitacji dostali obaj zaległe pobory za okres siedmiu czy ośmiu miesięcy. Z radości upili się i awanturowali po pijanemu.

Maćkowiak i Stefańczyk zostali tym razem ukarani dość łagodnie – pozbawieniem urlopu czy może tylko naganą. A pytanie, jak tam było naprawdę, tj. czy bili czy nie bili Daniela i Babrouskiego po piętach ołowianą buławą, pozostało bez odpowiedzi.

Tadeusz odbywał dużo podróży służbowych po Wileńszczyźnie. Czasem brał ze sobą dubeltówkę i zależnie od okoliczności łączył pożyteczne z przyjemnym. W czasie jednej z takich podróży był świadkiem, jak w przedziale drugiej klasy awanturował się major 23. pułku ułanów grodzieńskich, przy czym krzyczał w języku bardziej podobnym do białoruskiego niż do polskiego. Okazało się, że był to major Czuczełowicz, któremu w niniejszej kronice należy się wzmianka. Był Białorusinem. Nazywano go "Czuczeło", co podobno było niegdyś jego rodowym nazwiskiem. Gdy zdawał egzamin z polonistyki w czasie egzaminu dla oficerów bez cenzusu, spytano go, co słyszał o "Trenach" Kochanowskiego. Na to Czuczełowicz wykrzyknął oburzony:

– Kachanouskaha znau. Dobry byu aficer, ale uż u trenach [tj. taborach] nikoli nie służyu!

Był też egzamin z francuskiego. Rotmistrz Andrzej Węcławowicz przygotowywał Czuczełowicza do tego egzaminu po koleżeńsku, acz z wielkim trudem, chociaż chodziło o wykucie trzech słów po francusku: łyżka, nóż i widelec, co w pronuncjacji Czuczełowicza brzmiało: kuljer, kuto i furszet.

Gdy rotmistrz Węcławowicz ostrzegał, że trzech słów może być za mało i że mogą o co innego zapytać, dzielny major odparł:

– Nie paśmiejet jon. Darom ja jemu trzy razy indziuki posyłał! Tak u nas umówione.

Tenże Czuczełowicz, dowodząc półpartyzanckim oddziałem kawalerii na początku roku 1919 i posłyszawszy, jak ułani innego pułku śpiewali "Pasłam ja wołki na Bukowinie", kazał swoim żołnierzom nauczyć się tej piosenki, która jednak w ich interpretacji brzmiała "Pasła ja wouki [tj. wilki] na ługawinie".

Tadeuszowi zdarzało się nieraz bywać na jarmarkach w miasteczkach powiatowych i gminnych. Dziwił się, że Żydzi w tych miasteczkach zostali spolonizowani niemal w samym zaraniu niepodległości, o wiele prędzej niż w Wilnie. A więc był świadkiem, jak Żyd zgorszony wygórowaną ceną, której chłop żądał za konia, zaśpiewał: "O Bajadero!" i odszedł machnąwszy ręką.

A innym razem i na innym jarmarku Żyd w podobnych okolicznościach zmrużył oczy i powiedział chłopu zjadliwie: "Mów do mnie jeszcze"...

Polując u Mietka Goryniewskiego, Tadeusz kilka razy zaglądał do Dzisny.

Miasto robiło na nim ponure wrażenie. Już przedtem na konferencjach wojewódzkich obijało mu się o uszy zdanie, że wszelka pomoc finansowa dla Dzisny jest "galwanizowaniem trupa". Co innego jednak słyszeć dosadne określenie rzucone na zebraniu, a co innego przekonać się na własne oczy.

Miasto miało ładne domki i było przecięte najprawdziwszymi szerokimi bulwarami ze szpalerami drzew w środku jezdni. Normalnie mogło być najładniejszym miastem Wileńszczyzny. Ale dziś było to miasto umarłych.

O ćwierć stajania za Dźwiną było już państwo Sowietów. Handel zamarł, bo nie było ani czym, ani z kim handlować. Raz w dzień autobus z Głębokiego przywoził pocztę i trochę nędznego towaru dla zaspokojenia potrzeb zdziesiątkowanej ludności miasta i kilku wiosek okolicznych. Wszyscy mieszkańcy mniej lub więcej przedsiębiorczy porzucili Dzisnę i szukali szczęścia gdzie indziej. Co drugi dom stał pusty i miał zabite deskami na głucho drzwi i okna.

Co trzeci dom butwiał i walił się w gruzy. Aby się choć czymkolwiek pochwalić, mieszkaniec Dzisny prowadził gościa na brzeg Dźwiny i pokazując pustą przestrzeń za rzeką po sowieckiej stronie mówił:

– Tam był majątek Biskupskiego, męża śpiewaczki Wialcewej. Teraz bolszewicy znieśli wszystkie osiedla i zabudowania w parokilometrowym pasie nadgranicznym.

Pusta więc przestrzeń za rzeką po czymś, co było, a czego już nie ma, stanowiła jedyną osobliwość Dzisny.

Gdy w dzień upalny Mietek Goryniewski z Tadeuszem wypili w odrapanej restauracji dwie butelki piwa i poprosili o trzecią, kelner odpowiedział, że piwa zabrakło: będzie dopiero za trzy godziny, gdy przyjdzie autobus z Głębokiego.

Dzisna zamarła, prawie umarła. Stolica i życie powiatu przeniosły się do Głębokiego. Na bramie wjazdowej do tego miasta widniał napis wielkimi literami: "Nie rzucim ziemi skąd nasz ród". Tadeusz po prostu żenował się dopytywać, z czyjego pomysłu powstała ta brama z idiotycznym napisem.

Niemniej jednak ziemiankę powiatu dziśnieńskiego panią Stanisławowę Mohlową, z domu Oskierczankę, napis ten szczególnie irytował:

– Co to znaczy "skąd nasz ród"?! To my jesteśmy rody!! Cha-cha-cha – śmiała się śmiechem basowym. Ta sama pani Mohlowa miała utarczkę ze starostwem. Zaczęła budowę jakiejś przybudówki do murowanego domu mieszkalnego. Starostwo kazało wstrzymać roboty. Zdaniem architekta powiatowego dom był zabytkiem i wszelka przeróbka wymaga pozwolenia konserwatora. Pani Mohlowa wpadła w gniew:

– Jeżeli ten dom jest zabytkiem, w takim razie ja jestem jeszcze większym zabytkiem, gdyż ja ten dom budowałam.

Pani Mohlowa miałaby jeszcze większe pole do irytacji, gdyby była wiedziała, jakiego rodzaju inne zamachy kiełkowały w głowiznach urzędniczych. Z Warszawy przyszedł okólnik zalecający akcję "odruszczania" nazw miejscowości. Okólnik był w zasadzie słuszny, gdyż miał na celu przede wszystkim przywrócenie nazw dawnych. Nikt też się nie dziwił, gdy np. miasteczku nad Wisłą przywrócono nazwę Dęblin zamiast Iwangorod.

Ale urzędnicy powiatowi zrozumieli okólnik inaczej. Rozpoczęli próby "polszczenia" nazw miejscowych. Próby te czasem były absurdalne. Przez powiat dziśnieński szły szlaki batorowe. Stąd też nazwa miasteczka i stacji kolejowej Królewszczyzna. Stąd nazwa osady leśnej "Stańkról" związana z legendą, że przejeżdżającego przez las króla zatrzymał chłop okrzykiem: "Stań, królu" i prosił o naprawienie czynionej mu krzywdy. Było też w Dziśnieńszczyźnie kilka wsi i osad noszących nazwę "Karolewo". Mędrcy powiatowi ubrdali sobie, że są to nazwy rosyjskie i że trzeba je spolszczyć na "Karolowo". Szczęściem projekty te przechodziły w urzędzie wojewódzkim przez ręce Tadeusza, który nie dał im dalszego biegu. Niestety, nic udało mu się uratować nazwy "Radoszkowicze", które przefałszowano na "Radoszkowice" – na zasadzie rzekomo napisów na starych mapach.

Niedouczkowie powiatowi nie domyślili się, że nazwy na starych mapach były po łacinie.

Wspomniałem o Dziśnie, jako o mieście umarłych. Z zachowaniem wszelkich proporcji porównawczych i z marginesem pewnej przesady trzeba powiedzieć, że Wilno w okresie między dwiema wojnami było "wielką Dzisną". Gospodarcze znaczenie, które Wilno miało przed wojną, znikło, żyjąc tylko w smutnej pamięci. Już raz wspomniałem i zapewne jeszcze wspomnę o nieszczęściu "zurzędniczenia" i "zmilitaryzowania" Wilna.

Prawdę mówiąc, nie było to nieszczęście, lecz raczej "szczęście w nieszczęściu". Gdyby usunąć z Wilna urzędy i urzędników, gdyby usunąć z niego wojsko, Wilno stałoby się naprawdę "wielką Dzisną" – miastem upiornym z domami o zabitych deskami oknach, z domami walącymi się w gruzy. Wilno między dwiema wojnami – wciśnięte w "worek" między trzy granice, których dwie były zamknięte dla obrotu gospodarczego – było miastem z urzędniczonym i zmilitaryzowanym, bo nim być musiało. Wilno żyło z urzędników i wojskowych.