Goniec

Switch to desktop Register Login

Lektura Gońca (537)

piątek, 18 styczeń 2013 17:14

Wojna i sezon [11]

Napisane przez

Lecz jeśli wymierzymy całą długość jeziora od jednego kolana do drugiego, to przekonamy się, że Jezioro Krzywe ma około 10 wiorst długości. Wystarczy teraz niewielki wysiłek wyobraźni, aby zrozumieć, jakim dziwem przyrody jest Jezioro Krzywe. Jest ono jakby labiryntem wodnym wijącym się wśród wzgórz stromych i lesistych. Nieraz by dotrzeć do jakiejś części jeziora trzeba przebijać się przez dżunglę jarzębin, leszczyn, dzikich malin i wilczej jagody. Gdy wreszcie zmęczeni i podrapani wydostaniemy się na brzeg jeziora, wydaje się nam, że jesteśmy nad rzeczką leśną.
Tylko że woda tej "rzeczki" jest nieruchoma, a toń czarna i przepastna, niemal groźna. W innym miejscu dostęp do jeziora jest łatwiejszy: schodzimy po zboczu wzgórza porosłego starodrzewem. Wchodzimy na wąski pas łączki i widzimy większą przestrzeń wodną. Trafiliśmy na jedno z grubszych kolan jeziora. Ale i w takich miejscach zbliżamy się do wody z pewną trwogą. Bo brzegi jeziora są wszędzie jednakowe: świeci przez wodę wąziutki pas żółtego piasku, a zaraz potem czarna otchłań głębiny, w której majaczą nieruchome girlandy wodorostów. Byli ludzie, którzy przyjeżdżali nad Jezioro Krzywe na wyprawy naukowe i czynili drobiazgowe pomiary. Okazało się, że Krzywe jest bardzo głębokie – nawet w najwęższych swych przegubach dochodzi do głębokości 15 sążni.


Przyrodnik amator, stojąc nad jeziorem, zadaje sobie pytania: jak powstało to dziwne jezioro tak bardzo niepodobne do innych jezior na pojezierzach środkowowschodniej Europy? Jeśli słuszną jest teoria lodowcowego pochodzenia naszych jezior, to jak mógł lodowiec wyżłobić taki kręty "nurt" Krzywego? Jaki ruch lodowca mógł wyrzeźbić te fantastyczne kształty? Lecz może to krynice zasilają wody Krzywego? Lecz jeśli tak, to jaki kataklizm potworzył te kręte rozpadliny w naszym na ogół spokojnym krajobrazie?


Mikołaj, który niecierpliwił się i wzrokiem bardzo niechętnym spoglądał na roztaczające się cuda wody, zieleni i nieba, odezwał się:
– No, obejrzeliśmy pozycje i hodi. Teraz, paniczu, pora do chaty. W domu to samo: woda, drzewo, niebo. Nie warto było przyjeżdżać.
Już w drodze powrotnej, czy to dla złagodzenia tych cierpkich uwag, czy może dlatego, że się w nim obudził koniarz zamiłowany, zauważył pojednawczo:


– Ot, na dobrego konia popatrzeć to co innego.
Przed spadnięciem pierwszych śniegów przyszły wielkie mrozy. Lodem pokryło się jezioro Poło. Mrozy przyszły bez najlżejszego podmuchu wiatru. Lód przezroczysty jak tafla szkła lustrzanego skuł dwadzieścia wiorst kwadratowych jeziora. I wyglądało Poło jak potężna czara napełniona zastygłą stalą oksydowaną w malachitowej oprawie oszronionych ozimin.
Wieczorami rozpoczęły się ekscytujące łowy z ością na ryby. Wzdłuż brzegów, gdzie przez taflę lodu, jak przez szkła akwarium, widać było w blasku kagańca dno jeziora na głębokości paru sążni, posuwały się ekspedycje rybackie. Jeden rybak niósł kaganiec na długim kiju, czyli tzw. "kozę". Drugi – dwie ości, główną i zapasową. Trzeci – topór. Jeszcze inny – wiaderko na upolowane ryby. Zoczywszy w świetle kagańca śpiącego w wodzie nieruchomo szczupaka lub okonia, podobnego do omulonej kłody, zaczynano najspokojniej rąbać tuż nad nim otwór w lodzie. W dziewięciu wypadkach na dziesięć szczupak spał dalej snem sprawiedliwego i nic sobie nie robił z piekielnego hałasu nad głową. Gdy otwór był gotów, następował "strzał" ością – zadanie wcale niełatwe, gdyż załamane w wodzie promienie ogromnie mylą wzrok i rękę. Nieraz szczupak lub okoń uchodził spudłowany "na czysto". Nieraz trzeba było "poprawiać" drugą ością, przygważdżając źle trafioną pierwszym uderzeniem rybę. Podniecające polowanie z ością nie trwało długo. Mrozy zelżały po kilku dniach. Lustrzana tafla jeziora zmatowiała i utraciła przezroczystość. A potem spadły śniegi.
Jezioro, brzegi, pola, łąki i mszary – wszystko zrównała pokrywa śnieżna. Na puchu śnieżnym zaczęły się zjawiać hieroglify tropów zwierzęcych. Oto tędy sznurował lis, znacząc ślad swej wędrówki charakterystycznym kręto-powłóczystym tropem. Ówdzie kicał i kluczył szarak, by w pewnym miejscu zrobić potężny "zeskok" i ukryć się na sen dzienny w upatrzonej kotlince pod jałowcem lub kamieniem na miedzy. Zaczyna się okres "chłopskiego", kłusowniczego, lecz bardzo miłego polowania "na pomyka".


Polowanie kłusownicze, lecz wcale niełatwe! Należy umieć czytać klinowe pismo łapek zajęczych na śniegu, należy znać naturę zajęczą, należy cierpliwie odcyfrowywać nocne tropy zwierza, a równocześnie baczyć pilnie, czy aby zmyślny "kot" nie ruszył już bezszelestnie z kotlinki i czy już nie "szoruje", aby za chwilę oddalić się poza zasięg strzału śrutowego.
Jesteśmy nad brzegami mszaru. W labiryncie korytarzyków mszarnych widnieją świeże tropy pardew. Nie potrzebujemy pomocy wyżła. Zdążamy tymi śladami ze strzelbą gotową do strzału. Wreszcie – charakterystyczne gruchnięcie i oto jakby płat śniegu oderwał się od kępy mchów. Z ostrym łoskotem skrzydeł zrywa się pardwa w ochronno-białej szacie zimowej.
Wychodzimy z mszaru na łąkę. Czy to wrony czy kawki obsiadły gałęzie wysokich brzóz? Nie, to nie wrony i nie kawki, lecz cietrzewie. Zmieniamy plan łowów. Wracamy pośpiesznie do domu, by po półgodzinie wrócić na małych rozwałkach, zaprzężonych w mocnego konika białoruskiego. Z tych to rozwałek będziemy próbować szczęścia w polowaniu z podjazdu.


Na takich to skromnych, lecz miłych uciechach łowieckich mijały Tadeuszowi pierwsze dni ponowy. A wieczorem w "hallu" dworu sokorowskiego huczy i trzaska ogień w kominku. Sennie posykuje samowar. Smakują tłuste i aromatyczne półgęski. I smakuje siwucha gorzelniana cudem ocalała z pogromu prohibicyjnego, kiedy to rok temu cały olbrzymi zapas surówki wylano do stawu pod gorzelnią i po barbarzyńsku zapalono!
(Interludium. W Sokorowie bawił dawny kolega gimnazjalny Tadeusza Władek Czechowicz, który przyjechał na kilka dni na pardwy z Witebska, gdzie się dekował w tzw. oddziale samochodowym w randze szeregowca-wolontariusza. Opowiadał o zdarzeniu, jakie miał przed paru tygodniami w Witebsku. Szedł przez wysoki most na Dźwinie. Zagapił się i przeoczył kroczącego generała. Ten zaczął mu najokropniej wymyślać, zwracając się nadto per ty, co regulaminowo było w porządku, ale zwyczajowo nie było stosowane przy zwracaniu się do wolontariusza (wolnoopriedielajuszczegosia). Biedny Władek stał na baczność i w milczeniu słuchał połajanek krewkiego generała. Przepisowo patrzał wprost w oczy zwierzchnikowi, ale kątem oka widział, jak wkoło nich zbiera się coraz gęstszy tłum złożony prawie wyłącznie z szarych szyneli żołnierskich. Generał złościł się dalej, a Władek już czuł na szyi oddech tłoczących się żołnierzy. I oto nagle rozległ się piskliwy głos z tłumu:
– A cóż to on się tak nad tobą znęca (izdewajetsa)?! A zrzuć go do Dźwiny! Niech sobie w Dźwinie ochłodzi swoją złość generalską. Czto pristał k tiebie kak bannyj list k żopie...
Generał zamilkł i przybladł. A potem zaczął sobie torować drogę wśród szarych szyneli. Żołnierze rozstępowali się niechętnie i nikt z nich nie salutował generałowi.
W jednym z poranków cichych, białych, miękkich, śnieżno-puszystych przyszła nowina wielka i elektryzująca: zaproszenie na łosie do leśniczówki na Górze Wołowej. Choć Tadeusza i Władka czekało pięćdziesiąt wiorst końmi, przygotowania do podróży trwały niespełna godzinę. Wczesnym przedpołudniem już siedzieli w saniach, jadąc przez Kamień, Lepel, Rudnię i Niwki do Wielkiej Puszczy. Góra Wołowa jest głuchą zaszytą w borach leśniczówką w samym sercu olbrzymiego kompleksu puszczańskiego i na styku trzech guberni – witebskiej, mińskiej i wileńskiej. Leży ta puszcza po obu stronach górnego biegu Berezyny i Kanału Berezyńskiego. Na północy łączy się z Puszczą Hołubicką. Na południu – pod Hajną i Plissą – zlewa się z nieprzebytymi borami wielkoksiążęcymi pod Borysowem oraz z puszczą łohojską. A dalej na południe olbrzymi pas puszczański zmienia się w puszcze: berezyńską, bohuszewicką, później w potężny klucz Żarnówek, a jeszcze dalej, już za Bobrujskiem i Hłuskiem biegnie doliną Ptyczy, aby zbliżyć się do dorzecza Prypeci i do najpiękniejszej i najdzikszej puszczy litewskiej – Puszczy Turowskiej.
Do serca takiej Puszczy ruszyli Tadeusz z Władkiem Czechowiczem na łosie w białe przedpołudnie grudniowe roku 1916. O celu podróży słyszeli nieraz. Na całą Litwę słynęła Góra Wołowa ze wspaniałych tokowisk głuszcowych i z wielkich łowów na grubego zwierza: łosia, wilka, rysia i niedźwiedzia. Po krótkim popasie w Leplu zapadli zaraz za tym miasteczkiem w lasy głębokie. Chwilami głusz i dzicz puszczy działały przygnębiająco. Z ulgą więc witali ogienek i zapach dymu jakiejś zagubionej w lesie smolarni. Osobliwe uczucie ogarnęło ich, gdy podjechali do Kanału Berezyńskiego. Ten wąski pasek kultury z równo odarniowanymi brzegami, z żelaznym mostkiem i śluzami wydał się im czymś jakby oazą cywilizacji na tym bezludziu dziewiczym.


W sercu puszczy woźnica zwrócił ich uwagę na samotny krzyż. Był pamiątką po tragicznym wypadku gdzieś w końcu zeszłego stulecia. Pan Ciechanowiecki z Boczejkowa polował na łosie na rykowisku we dwójkę z gajowym wabiarzem. Każdy z nich wabił na własną rękę. Pan Ciechanowiecki sam był znakomitym wabiarzem i tak dobrze udawał przedzierającego się przez gąszcze łosia, że gdy wynurzył się w półmroku na stanowisko gajowego, ten wziął go za łosia i ranił śmiertelnie. Pan Ciechanowiecki żył jeszcze, gdy nadeszła pomoc z pobliskiej leśniczówki, i zdążył powiedzieć przed śmiercią, że zaszedł nieszczęśliwy wypadek i że gajowy nie jest winien morderstwa.
Do leśniczówki na Wołowej Górze myśliwi przyjechali późnym wieczorem. Byli zziębnięci, głodni i bardzo szczęśliwi. Ogarnęła ich najsympatyczniejsza w świecie atmosfera – atmosfera kompanii myśliwskiej. Myśliwi są jak duże dzieci: serdeczni, szczerzy, gościnni i prości. Trzeba spędzić kilkanaście godzin na mrozie, trzeba mieć zdrowy żołądek i czyste sumienie, a przede wszystkim trzeba mieć dwadzieścia trzy lata, aby w pełni cenić rozkosz takich cudnych rzeczy, jak lampa jasna i huczący samowar, jak płatki przysmażonej słoninki na razowcu, jak pachnące sianem twarde posłanie pod napalonym piecem.


Nazajutrz był spacer gęsiego przez ośnieżoną knieję. Były cichym głosem wydawane rozkazy i wskazówki. Był przemarsz naganki – ludzi leśnych w wytartych ściągniętych rzemiennymi "dziażkami" świtkach, w czapkach ze skórek bielaków, z pielgrzymimi kijami w czarnych, nieczułych na mróz dłoniach. Było ustawianie się na stanowiskach na linii i mierzone tętnem serca chwile oczekiwania.
Wkrótce po ruszeniu naganki Tadeusz posłyszał suche, przygłuszone okiścią strzały na linii. Poczuł krótkie szarpnięcie żalu, że to nie na niego wyszedł łoś i że stracił okazję zmazania hańby pudła do łosia w Łohojsku. Wszystko razem nie trwało dłużej godziny. Myśliwi zebrali się ożywioną gromadką na linii. Rozłożono ognisko. Okazało się, że Władek spudłował do łosia, lecz że gajowy ranił śmiertelnie zwierza drugim strzałem, a teraz gajowi i naganka poszli w głąb kniei tropić rannego rogala. Ale polowanie już się udało: na pokrwawionym śniegu leżą dwa młode, lecz dobrze wyrośnięte wilczki i kilka bielaków.
Ognisko bucha wesoło. Każdy z myśliwych trzyma w ręku ostro zastrugany patyk i patykiem tym wyciąga z popiołu pieczone kartofle, albo nadziewa na patyk tłusty plasterek wędzonej szynki i podsmaża na ogniu. Krąży też siwucha ocalała po zeszłorocznej przymusowej likwidacji zapasów gorzelni boczejkowskiej.
Nagle zza ośnieżonej kulisy leśnej buchają podniecone głosy, słychać zgrzyt płóz. Z białych piramidek świerkowych zjawia się najpierw na pół przysypany śniegiem konik, za nim rozwałki, a na rozwałkach łoś ze zwisającą koroną potężnych łopat. Za łosiem – gajowi. Orszak powoli spuszcza się z łagodnego wzgórza i ukośnie zbliża się do myśliwych.


– Patrz! – woła Władek, wpijając Tadeuszowi palce w ramię – patrz! – powtarza, choć bez jego zachęty Tadeusz pożera wzrokiem ten obrazek fałatowski.


– Patrz! Dla tego jednego widoku warto było przyjechać na Górę Wołową! Patrz i zapamiętaj, bo takiego widoku już może nigdy nie zobaczysz.
Władek miał rację. Nie dane było Tadeuszowi polować więcej na łosie. Ani na Górze Wołowej, ani gdzie indziej. Młodzieńczy rapsod myśliwski urwał się.

piątek, 11 styczeń 2013 19:25

Wojna i sezon (10)

Napisane przez

Rozdział VI
URWANY RAPSOD MYŚLIWSKI

Na Wielkanoc 1916 Tadeusz Irteński nie pojechał do domu i pozostał w Petersburgu. Oficjalną racją takiego zrzeczenia się ferii świątecznych były zbliżające się egzaminy, bardzo poważne, bo konieczne dla przejścia na czwarty – ostatni rok prawa. Naprawdę jednak Tadeuszowi nie chciało się opuszczać Petersburga, nikt bowiem z jego paczki nie jechał do domu, gdyż przeważnie nie miał dokąd jechać: tak się złożyło, że strony rodzinne większości jego przyjaciół leżały tuż koło linii frontu, albo nawet po drugiej stronie frontu.

Czas zresztą płynął bardzo przyjemnie. Po paru godzinach studiowania prawa administracyjnego (zwanego prawem "policyjnym"), historii filozofii prawa i prawa państwowego, szły rozrywki: biega, czyli wyścigi kłusaków, wycieczki na "Wyspy", gdzie ostatni odcinek podróży odbywał się tramwajem konnym ze staroświeckim imperiałem na dachu, gra w loteryjkę w mieszkaniu Jurka Widackiego i Stefana Pudłowskiego. W loteryjkę grano sposobem zmodernizowanym i bardzo ekscytującym. Pełną pulę zabierał tylko ten, kto miał zapełnione numery górnego z trzech rzędów kartki. Ten, kto wygrywał drugi rząd, brał połowę puli. Ten, kto wygrywał trzeci rząd – trzecią. Toteż, choć stawki były skromne, jeżeli trzeci rząd wygrywał kilka razy z rzędu, w puli narastała spora suma.
Przed Wielkanocą pani Irteńska przysłała Tadeuszowi sporą paczkę z kiełbasami, szynką i mazurkami. Postanowił urządzić u siebie kawalerskie święcone. Alkoholu – koniaku po 6 rubli butelka – dostarczył ukradkiem rodak mający sklep na ulicy Borodińskiej. Po nocy spędzonej na włóczeniu się po mieście i słuchaniu wspaniałego koncertu tysiąca dzwonów dzwoniących w świątyniach prawosławnych, święcone przeszło bardzo wesoło. Tadeusz mieszkał wtedy na Fontance u stryjenki Kamci, wdowy po dr. Emilu Irteńskim, i miał bardzo wygodny pokój z osobnym wejściem. Dla pewności uprzedził jednak stryjenkę, że w pierwszy dzień świąt odbędą się u niego "dzikie wrzaski". Uprzedzona stryjenka wybrała się tego wieczoru z całą rodziną do znajomych z wizytą wielkanocną...
Petersburg zmienił się. Nastroje w stolicy były ponure. Coraz uporczywiej
mówiono o "ciemnych siłach" rządzących państwem, o zdradzie, o szpiegach, o germanofilstwie cesarzowej dążącej do zawarcia odrębnego pokoju z Niemcami. W tramwajach zjawiły się pierwsze konduktorki zamiast konduktorów. Ceny rosły. Srebrne pieniądze znikły z obiegu i zamiast nich zjawiły się znaczki pocztowe mające nadruk na odwrocie: "Mają prawo obiegu na równi ze srebrną monetą zdawkową". "Ciemne siły" wyprawiały jakieś kontredanse na stanowiskach premiera i gniew inteligencji – rósł z tygodnia na tydzień. A jednocześnie mówiono, że duch na froncie jest wspaniały i że wojska są doskonale zaopatrzone. Czekano wielkiej ofensywy letniej.
Przyszły egzaminy. Wicio Rudomina (Rudy) zdał, podobnie jak Tadeusz
dwa lata temu, jeden egzamin ze statystyki, wystarczający dla przejścia na drugi rok. Natychmiast napisał do ciotki, która mu obiecała większy zasiłek pieniężny w razie pomyślnego wyniku egzaminów. "Kochana ciociu! Zdałem wszystkie egzaminy potrzebne do przejścia na drugi rok prawa". Radość Rudego nie długo trwała, bo niebawem spadł piorun: wyszło zarządzenie, że studenci – z wyjątkiem ostatniego roku studiów – będą powołani do wojska. Tadeusz i Toluś Rusiecki, którzy właśnie zdali przepisaną liczbę egzaminów i przeszli na czwarty rok, byli spokojni, ale na innych padł blady strach.
Nieliczni z rezygnacją szli do szkół oficerskich, reszta na gwałt starała się "urządzić". Olbrzymi korytarz uniwersytecki huczał jak ul. Wśród studentów krążyły hektografowane proklamacje takiej treści: "Towarzysze! Władze carskie odrywają was od studiów i każą wam przelewać krew w wojnie imperialistycznej rozpętanej przez kapitalistów i feudałów. Otwierają się przed wami nowe drogi i nowe obowiązki! Niech każdy z was przyjęty do szkoły oficerskiej stworzy w niej komórkę (jaczejkę) rewolucyjną, niech uświadamia kolegów, a po skończeniu szkoły niech prowadzi agitację wśród szeregowych"...
Proklamację tę omawiano szeroko w Kuchni studenckiej na Zabałkańskim.
– Co o tym myślisz? – pytał Tadeusz starego studenta Władka Krecza.
– Nic nie myślę. Rewolucji dziś nie będzie. Rewolucja może wybuchnie, ale po skończonej wojnie.
Pewnego popołudnia Tadeusz wracał z Kuchni w towarzystwie Tolusia i Rudego. Szli po nadbrzeżnej Fontanki. Uderzyło ich, że policja pozwalała iść tylko po chodniku koło domów, a nie wzdłuż balustrady rzeki, że co piętnaście kroków stał stróż domowy z numerowaną blachą na piersi, a co sto kroków policjant. Zrozumieli, że będzie przejeżdżać ktoś "ważny" i postanowili zaczekać. Ponieważ policja nikomu nie pozwalała zatrzymywać się, więc spacerowali. Po upływie kwadransa ukazał się sznur samochodów.
W trzecim czy czwartym siedział cesarz w towarzystwie kilku generałów.
Tadeusz, Toluś i Rudy uchylili kapeluszy. Gdy samochody minęły i ulica
przybrała wygląd normalny, Toluś powiedział tonem jak gdyby usprawiedliwienia:
– Właściwie to był król, a ja nic nie mam przeciwko królowi...
Prawie całe lato, jesień i początek zimy 1916 Tadeusz spędził u siostry w majątku Sokorów powiatu lepelskiego. Tylko na początku jesieni odbył krótką podróż do Petersburga dla załatwienia formalności uniwersyteckich.
Podróż ta miała utkwić mu w pamięci. W Witebsku przesiadał się i miał czekać około godziny na połączenie kolejowe. Poszedł więc do bufetu. Zdziwił się, że choć sala była na pół pusta, dwaj bufetowi nie zwrócili na niego uwagi zajęci zawijaniem jakiegoś jadła dla stojącej koło lady siostry miłosierdzia. Usługiwali jej z niezwykłą gorliwością. Tadeusz zaczął się jej przypatrywać. W pewnej chwili odwróciła głowę i przelotnie spojrzała na Tadeusza. Ujrzał śliczną twarz: piękne ciemne oczy i z lekka wystające kości policzkowe. "Ja ją skądciś znam" myślał. Dopiero gdy siostra miłosierdzia odeszła w towarzystwie jednego z bufetowych, który niósł zawinięte w szary papier pakunki, Tadeusza olśniło przypomnienie, skąd ją "znał". "Ależ to wielka księżniczka Tatiana Mikołajówna"... Zapytany bufetowy potwierdził domysł Tadeusza, dodając, że właśnie tego dnia pociąg sanitarny cesarzowej zatrzymał się w Witebsku.
Na wsi brak męskich rąk do pracy był bardziej widoczny niż w mieście. Nawet z okna wagonu można było widzieć kobiety chodzące za pługiem lub za broną. Takich rzeczy nie widziano na Białorusi chyba od czasu najazdów tatarskich. Również z okna wagonu oglądało się całe zastępy dziewcząt zajętych przy reperacji toru kolejowego lub przy budowie szosy. Wszystkie miały twarze zasłonięte chustkami: opalanie się nie było jeszcze modne na Białorusi w roku 1916.
A jakby symbol tego świata opanowanego przez kobiety Tadeusz znalazł w gazecie, którą czytał w wagonie, sensacyjną wiadomość o zgwałceniu przez sześć kobiet szesnastoletniego chłopca gdzieś w Rosji południowej. Szczegółów tego wypadku gazety rzecz jasna nie podały, mówiąc tylko, że amazonki zawlokły chłopca do wąwozu.


•••


Tadeusz spędził nad brzegami jeziora Poło, nad którym był położony dwór sokorowski, kilka szczęśliwych miesięcy swego życia. Powiedziałbym
bez przesady, że pokochał to jezioro całą potęgą romantycznej miłości.
W miłości tej nie było jednak nic z zaściankowego patriotyzmu. Urodził się i wyrósł wśród nizinnych starzyn i borów powiatu ihumeńskiego, czyli o jakieś 250 wiorst na południe od jeziora Poło. Urodził się i wyrósł na równinach, a jezioro leżało wśród pagórków leśnych i pól gliniastych. Pokochał więc Poło nie miłością młodziana do panny za miedzą, lecz raczej do panny z dalekiego sąsiedztwa. Była więc w tej miłości egzotyka długich wiorst kolein błotnistych lub zasp śnieżnych – egzotyka krainy dalekiej. Było w tym trochę i perwersji niewinnej: kochając Poło, "zdradzał" żyzne, lecz pozbawione malowniczości równiny ihumeńskie. Ale w tej romantycznej miłości do najpiękniejszego jeziora Witebszczyzny pulsowała, jak to często bywa z uczuciami wczesnej młodości, szczera i głęboka wdzięczność. Miłością swoją spłacał jakby dług wdzięczności zaciągnięty u jeziora.
"Ileż ci winienem, o domowe jezioro" – mógłby parafrazować z "Pana Tadeusza". Poło bowiem dało mu bardzo wiele. I codzienne kąpiele w czystej toni aż do pierwszych przymrozków jesiennych. I bliższe, i dalsze wycieczki łodzią zwykłą i żaglową po siwozielonych falach jeziora. I włóczęgi z wyżłem Neptusiem wzdłuż zachodnich mszarno-bagnistych, obfitych w kaczki i pardwy brzegów. I dumania nad urwiskiem pod brzozą płaczącą w złoty przedwieczerz letni lub w noce gwiaździste. I wsłuchiwanie się w muzykę jeziora, bo Poło, jak każda wielka przestrzeń wodna, zawsze śpiewa – nawet wtedy, gdy najlżejsza fala nie liże piaszczystych brzegów.
A jeśli wyraz "śpiewa" uznać za hiperbolę, tedy można powiedzieć, że jezioro Poło zawsze jest. Tadeusz czuł jego obecność i w ciche, ciemne jak atrament noce pochmurne, i w zawleczone siatką deszczu dni jesienne, gdy chłostane wichrem jezioro syczało z dala jak kocioł olbrzymi. Czuł nawet przez grube ściany domu, gdy siedział w fotelu przed trzaskającym kominem.
A same widoki czegoż nie były warte!
Co dnia – nie, o każdej porze dnia,
nawet o każdej godzinie coraz to inne i coraz piękniejsze. Oto co sam Tadeusz pisał o jeziorze w przypływie poetyckiego natchnienia:
"Piękne jest jezioro Poło w gorący lecz wietrzny dzień, gdy po niebie pędzą »codzienne« chmurki litewskie, gdy na ciemnym, wpadającym w siną stal szafirze wody wełnią się białe baranki fal i gdy wały tych fal rozbijają się o piasek lub o sterczące z wody granity narzutowe z nieustannym rytmicznym szumem. Piękne i groźne jest na chwilę przed mającą się rozpętać burzą, gdy czarne od nawisłej nad nim czarnej chmury rozwidni się nagle wielką jasnością błyskawicy, gdy ozłocą się na sekundę oślepiającą pozłotą obwódki chmur, a zygzak piorunowy odbije się w czarnej toni, że nie wiadomo, czy piorun uderzył w jezioro, czy też jezioro strzeliło w niebo fioletowozłotym pociskiem. Piękne i słodkie jest w cichy wieczór letni, gdy słońce zachodzi na morelowo za odległe wzgórza przeciwległego brzegu, gdy najlżejsza zmarszczka nie mąci olbrzymiego lustra, jakby zaciągniętego oleistą warstwą pozłacanego srebra".
Gdy mi Tadeusz pokazał ten utwór, pochwaliłem go za gładką prozę, ale zauważyłem, że przypomina on opis Dniepru w "Strasznej zemście" Gogola. Tadeusz nie był zdaje się zadowolony z mojej uwagi.
Ale wracam do opowiadania. Otóż Tadeusz pokochał jezioro Poło i był niemile zdziwiony, gdy pan Bohdanowicz z Zachowa, sąsiad Sokorowa, zapytał:
– A czy widział pan jezioro Krzywe?
– A cóż to za jezioro Krzywe? – przerwał Tadeusz takim tonem, jakimby średniowieczny rycerz odezwał się, gdyby ktoś w jego obecności śmiał wspomnieć o innej kobiecie, niż o jego wybranej.
– Niech pan zobaczy i sam się przekona.
Haczyk został rzucony. Tadeusz długo bronił się przed jego połknięciem, było to bowiem w okresie jego najsilniejszej miłości do jeziora Poło.
W tym okresie zamyślił nawet napisać balladę na wzór mickiewiczowskiej "Świtezi". Ale dla ballady potrzeba legendy. Tej szukał na próżno.
"Ballada o jeziorze Poło" nigdy nie została napisana. Powstał tylko wyżej
cytowany urywek prozą.
Tymczasem haczyk z tajemniczym jeziorem Krzywym działał. Tadeusz był zainteresowany. Zaczął wypytywać ludzi miejscowych, gdzie leży to jezioro Krzywe (co za dziwna nazwa!) i jak się tam dostać. Okazało się, że jezioro Krzywe leży tuż za przeciwległym brzegiem jeziora Poło, za owymi dalekimi wzgórzami, za którymi co wieczór kładło się słońce. Któregoś popołudnia wybrał się tam konno w towarzystwie furmana Mikołaja, człowieka trzeźwego i praktycznego, który nie mógł zrozumieć, a tym bardziej aprobować celu tej wycieczki krajoznawczej.
– A po co tam jedziemy? – zapytał.
– Zobaczyć jezioro Krzywe.
– Czy panicz myśli kupować to jezioro?
– Nie. Chcę po prostu popatrzeć.
– Aha, jedziemy oglądać "pozycje" – powiedział z przekąsem i poprawił popręg przy siodle Tadeusza z taką siłą, że aż koń stęknął.
Trudno wyjawić czytelnikowi sekret jeziora Krzywego metodą prozy opisowej, choćby najbardziej poetyckiej. Spróbuję innej metody. Rzućmy okiem na mapę tzw. sztabową. Zobaczymy grupę licznych jezior, z których największe, właśnie jezioro Poło, ciągnie się podłużnym owalem z południo-wschodu na północo-zachód. Tuż za tym jeziorem wije się wśród lasów długi, poskręcany w esy i floresy wąż. Miejscami cienki jak nitka, miejscami grubszy. W najszerszym miejscu ma szerokość Dźwiny w jej średnim biegu. Wąż ten jest poskręcany w sposób tak fantastyczny, że miejscami skręty jego biegną niemal równolegle, jakby się chciały połączyć. Przy pierwszym rzucie oka na mapę sądzimy, że to kręta rzeka. Lecz nie – to jezioro nazwane "Krzywym" właśnie z powodu swego dziwnego kształtu. Skręty tego jeziora-węża spoczywają na obszarze jakichś sześciu wiorst kwadratowych.


Ciąg dalszy za tydzień

Szczególnej wzmianki wymaga historia jeszcze jednego nowego przyjaciela Tadeusza – Józefa Koelichena z Włochów pod Warszawą. Józio starał się o "urządzenie się" w organizacji "paramilitarnej", ale marudził, w końcu przepuścił jakieś terminy i doczekał się, że go ścigała żandarmeria polowa. Nocował co drugą noc w innym mieszkaniu, nie mając żadnych papierów. Wreszcie żandarmeria złapała go i doprowadziła przed oblicze wojskowego naczelnika. W niewielkim lokalu ścisk, kolejka, rwetes. Straż wpycha Józia przed stół, a sama gubi się w tłumie. Za długim stołem zasiada naczelnik i inni oficerowie, a między nimi podporucznik Władysław Raczkiewicz, który dzięki protekcji wpływowego generała Gawriłowa nie poszedł na front, lecz "urządził się" na posadzie kancelaryjnej w biurze wojskowego naczelnika. W pewnej chwili naczelnik zwraca uwagę na doprowadzonego dezertera:
– A to pan Koelichen! – woła groźnie – zaraz zrobimy z panem porządek.
To mówiąc, bierze do ręki "dossier" dotyczące sprawy "uchylającego się od służby wojskowej Józefa Koelichena". W tej samej jednak chwili podporucznik Raczkiewicz nachyla się do ucha naczelnika i coś mu referuje.
Referat musiał być bardzo ciekawy, bo naczelnik zapomniał o dezerterze Koelichenie i odłożył jego teczkę na stół. Raczkiewicz tylko na to czekał. Ruchem oka i ręki dał znak Józiowi, aby zabrał teczkę ze stołu i ulotnił się. Józio w lot zrozumiał, o co chodzi. I papiery, i dezerter znikli. A wiadomo, że bez papierów nie ma sprawy. Józio papiery zniszczył, a w kilka dni potem dostał upragnioną posadę w jakiejś organizacji pomocniczej.
Godną również uwiecznienia była sprawa Mojsze (Michała) Lewina. Ojciec jego, brakarz leśny z zawodu, mieszkał w rodzinnej wsi Maksymowicze o kilka wiorst na wschód od Baćkowa. W czasie wojny pracował w swym zawodzie w lasach klucza żarnowskiego Magdaleny z Zawiszów, primo voto Krasińskiej, secundo voto Radziwiłłowej. Główną kwaterą pana Lewina-ojca była Hradzianka – stacja kolejowa, do której dojeżdżali Irteńscy w drodze do Baćkowa. Prócz brakarstwa pan Lewin-ojciec trzymał w Hradziance zajazd. Pewnego wieczoru zimą 1915–1916 pan Irteński wstąpił do zajazdu, aby rozgrzać się herbatą i pogawędzić ze starym Lewinem. W pewnej chwili młody Żyd słusznego wzrostu, tęgi, z kędzierzawą blond czupryną wniósł samowar.
– Popatrz pan na mego syna – rzekł stary z dezaprobatą – wyrósł pod niebo, a pociechy z niego nie mam żadnej. Gdyby tak pan mógł znaleźć dla niego jakieś porządne zajęcie.
Pan Irteński, który był członkiem rady miejskiej i honorowym prezesem świeżo zorganizowanej na czas wojny komisji opałowej, spytał:
– A zna się on na lesie?
– I jak jeszcze. Stale pomaga mi w robocie.
– No to niech przyjeżdża do Mińska. Dam mu posadę w komisji opałowej.
Dalsze dzieje młodego Lewina potoczyły się jak w bajce. Już na początku okupacji niemieckiej 1918 roku miał uciułany na interesach leśnych milion marek. W Polsce niepodległej zrobił olbrzymi majątek na białowieskiej aferze leśnej. Później był głównym akcjonariuszem Juraty na Wybrzeżu. Uchodził za najbogatszego człowieka w Polsce. Emigrował do Francji na parę lat przed ostatnią wojną i tam też uchodził za milionera. Wreszcie osiadł w Nowym Jorku, mając milionowe konta w bankach amerykańskich, kanadyjskich i brytyjskich... W tej chwili nie chodzi o te dalsze dzieje pana Michała (Mojsze) Lewina, lecz o groźne lata wojny 1915–1917. Posadka w komisji opałowej nie zwalniała od służby wojskowej. Musiał się stawić na komisję poborową. Był zbudowany jak młody Machabeusz i trudno było dopatrzyć się w nim jakiegokolwiek defektu fizycznego. Ale od czego pieniądze? Jakiś lekarz za 500 rubli nauczył Lewina "sztuczki". Sztuczka polegała na tym, że pan Lewin mógł w każdej chwili i na tak długo, jak sobie tego życzył, stworzyć sobie na prawej łopatce garb. Na podstawie ogólnej kondycji rekruta komisja poborowa domyślała się jakiegoś podstępu. Odsyłano go przez parę miesięcy ze szpitala do szpitala na obserwację. Badali go, macali, prześwietlali najlepsi lekarze. I cóż – garb trwał. Musiano więc w końcu wydać mu "biały bilet", tj. uznać za zupełnie niezdolnego do służby wojskowej. Dodajmy, że pan Lewin mógł w każdej chwili i bez żadnego wysiłku pozbyć się garbu.
W kilkanaście lat później pan Michał Lewin był najbogatszym człowiekiem w Polsce. W mieszkaniu jego na Trębackiej lokaj w czerni anonsował mu tłoczących się w poczekalni posłów i dygnitarzy sanacyjnych. Pan Michał pamiętał jednak, komu zawdzięczał początek swej niezwykłej kariery, i często odwiedzał – pana Irteńskiego w skromnym mieszkaniu na Smolnej. Tadeusz przyjechawszy na kilka dni z Wilna do Warszawy był świadkiem jednej z takich wizyt. Pan Irteński poczęstowawszy gościa i siebie mocną herbatą i koniakiem był w humorze jowialnym i powiedział panu Lewinowi:
– Mojsze, pokażi sztuczku.
(Z panem Lewinem rozmawiało się kolejno po polsku i po rosyjsku). Pan Lewin zerknął na Tadeusza, uśmiechnął się z zażenowaniem i odparł:
– Że też pana prezesa trzymają się jeszcze tego rodzaju żarty.
Pan Irteński nalegał jednak, mówiąc, że Tadeusz nie wierzył, gdy mu mówił o "sztuczce" Lewina i chciał osobiście tę sztuczkę zobaczyć. Po bardzo długich prośbach i perswazjach pan Lewin zgodził się wreszcie. Poszedł za parawan i po paru sekundach wrócił z garbem na plecach. Potem znów skrył się za parawan i pokazał się już bez garbu. Tadeusz więc był naocznym świadkiem lewinowskiej "sztuczki".
Ci, co "sztuczek" nie umieli i "urządzili się" w organizacjach paramilitarnych, nie mogli się skarżyć na nadmiar pracy, ale też dostawali bardzo skromne uposażenie. Ludzie bogaci, jak np. Józef Słotwiński, o uposażenie nie dbali, bo mieli pod dostatkiem własnych dochodów. Uchodźcy natomiast pracujący w takich organizacjach albo klepali biedę, albo też starali się o wyszukanie pobocznych dochodów. W poszukiwaniu tych dochodów niektórzy wykazywali wielką pomysłowość.
Wśród nich najbardziej zasłynęli pan Adam Bohdanowicz, ziemianin z Wileńszczyzny zwany "Adamkiem", i pan Kuncewicz – uchodźca z Kosina. Jak już wspomniałem, w czasie cofania się armii rosyjskiej w końcu lata 1915 roku zarządzono nie tylko ewakuację ludności, ale i dobytku ruchomego. Z zachodu na wschód ruszyły w tumanach kurzu milionowe stada krów. Były tam krowy prywatne oraz stada należące do intendentury, tzw. hurty. Nieszczęśliwe zwierzęta zdychały po drodze z wycieńczenia i braku paszy. Gdy liczba padłych krów osiągnęła niepokojące rozmiary, władze zrozumiały, że popełniły głupstwo, i postanowiły je naprawić. Stworzono specjalną organizację opieki nad hurtami, do której właśnie weszli panowie Adalek Bohdanowicz i Kuncewicz.
Wynaleziono dowcipny sposób ratowania od niechybnej śmierci pogłowia, które zdychało, ale jeszcze nie zdechło. Krowy oddawano za pokwitowaniem chłopom z wiosek leżących przy drodze krowiego exodusu z tym, że w początku następnego lata bydlęta zostaną odebrane przez intendenturę. Chłop miał w tym czysty interes: kosztem skromnej paszy miał przez cały rok mleczną krowę plus nawóz i plus przychówek, jeżeli krowa była cielna. Niektóre krowy były tak wycieńczone, że wkrótce zdechły. Większość jednak wyżyła.
Latem 1916 roku panowie Bohdanowicz i Kuncewicz zaczęli objeżdżać wioski w celu odebrania krów. Jeżeli trafiono na wypadek, że krowa zdechła, spisywano odpowiedni protokół. Chłopi z żalem żegnali się z krowami. Wtedy to genialna myśl olśniła panów Bohdanowicza i Kuncewicza. "Daj nam 100 rubli – mówili chłopu – podpiszemy razem protokół, że krowa zdechła, a ty ją sobie zatrzymasz".
Chłopom transakcja jak najbardziej odpowiadała. Podpisywali lub znaczyli trzema krzyżykami i wręczali "hurtownikom" pieniądze.
Historia milczy, ile panowie ci zarobili na "martwych duszach" krowich. Musiały to jednak być pieniądze niemałe, gdyż ewakuowane krowy liczono na setki tysięcy. Afera z tymi "martwymi duszami" jakoś się dostała do wiadomości publicznej. Śmiano się serdecznie z pomysłowości "hurtowników" i odtąd nazywano ich żartobliwie "chersońskimi pomieszczykami" – na wzór gogolowskiego Nozdriowa, który tak nazywał pana Cziczikowa, skupującego martwe dusze – ludzkie.
Nie tylko Polacy i Żydzi unikali służby frontowej "urządzając się" w tych lub innych organizacjach. Rosjanie nie stanowili wyjątku. Historia literatury rosyjskiej może zanotować, że poeta Aleksander Błok urzędował w mundurze jakiejś drużyny paramilitarnej na Polesiu w majątku Porochońsk ks. Feliksa Druckiego-Lubeckiego.
Wśród wielu setek tysięcy, czy może nawet milionów: "ziem-huzarów" przeróżnego autoramentu zdarzały się wypadki dziwne i tajemnicze. Do takich należał wypadek Eustachego (Taśka) Jelskiego, który przed wojną artystycznie, jak baletmistrz, prowadził mazura i kotyliona na zapadłych w nicość, lecz żywych w pamięci ludzkiej słynnych balach mińskich – Ziemiańskim i Panieńskim. W początku wojny Tasiek służył w oddziale sanitarnym i tam odznaczył się, dostając medal św. Jerzego. Później znikł. Długo nikt nie wiedział, co się z nim dzieje, aż wypłynął w Petersburgu – w cywilu, z rozetką św. Jerzego w butonierce, obładowany artykułami angielskiej garderoby i bielizny, rozmieniający od czasu do czasu suwereny, złote dwudziestofrankówki, rosyjskie imperiały. Okazało się, że w czasie toczącej się wojny odbył kilkakrotne podróże do Szwecji, Anglii i Szwajcarii. Był jak zawsze wesoły, rozmowny, pełen humoru, ale na pytania, czym się właściwie zajmuje, odpowiedzi nie dawał. Często bywał w Mińsku. Razu pewnego, gdy szedł po Zacharzewskiej w towarzystwie Tadeusza, zatrzymał ich patrol żandarmerii i zażądał pokazania dowodów osobistych. Poszli z żandarmami do bramy i tam Tasiek pokazał im jakiś papier. Żandarmi przeczytawszy papier stanęli na baczność i długo ekskuzowali się. Byli tak zafrapowani dokumentem Taśka, że zapomnieli wylegitymować Tadeusza.
Tasiek należał do tzw. złotej młodzieży. To jedno było już wystarczającym powodem, aby ludzie tzw. poważni patrzyli na niego krzywo. Ponieważ ludzie poważni są nadto z natury ciekawi i lubią się grzebać w prywatnym życiu bliźnich, więc nie mogli darować Taśkowi jego tajemniczych źródeł dochodu, których spenetrować nie umieli. Wśród tych ludzi poważnych rej wodziła stryjenka Taśka, matka trzech bardzo zamożnych i bardzo nieładnych córek. Jej głosy krytyczne doszły Taśka. Postanowił się zemścić.
Okazja nadarzyła się wkrótce. Stryjenka zaprosiła "tout Minsk" na imieniny jednej z córeczek. Dowiedziawszy się o tym Tasiek zaprosił na ten sam dzień do Hotelu Garni na popijawę kawalerską całą młodzież mińską płci męskiej należącą do "towarzystwa" zaznaczając, że ilość butelek starki będzie nieograniczona. Ponieważ o trunki było trudno, a imieniny kuzynki Taśka zapowiadały się bezalkoholowe, więc młodzież męska hurmem ruszyła na starkę do Taśka. A na imieninach kuzynki mężczyzn nie było, jeśli nie liczyć kilku starych kawalerów z "wujaszkiem całego Mińska" panem Kazimierzem Wołłowiczem na czele. Zemsta Taśka była więc wyrafinowana. A pijaństwo w Hotelu Garni trwało do późna, obfitowało w dużo zabawnych epizodów i skończyło się na tym, że nikt z zaproszonych nie wrócił do domu o własnych siłach.
Nie trzeba sądzić, że wykręcanie się od służby frontowej zdarzało się tylko w klasie wyzyskiwaczy i feudałów. Przede wszystkim spory procent tych feudałów poległ już w pierwszych miesiącach wojny. Po drugie – sprytniejsi chłopi i robotnicy też umieli się wykręcić od groźnego frontu. Mniej sprytni wypraszali sobie – nieraz przez kobiety – stanowiska dieńszczyków tj. ordynansów. Sprytniejsi "urządzali się" na stanowiskach bardziej zaszczytnych. Tak np. Tadeusz spytał raz młodego kłusownika w powiecie lepelskim, dlaczego nie poszedł do wojska. Okazało się, że miał wadę serca. A bracia? – "Jeden – powiada – "padausia u ospital", a drugi "padausia u sztab". Otrzymanie posady jakiegoś czyściciela w szpitalu wojskowym było rzeczą jasną, ale Tadeusz nie mógł na razie zrozumieć, w jaki sposób chłop niepiśmienny mógł dostać posadę w sztabie? Okazało się, że chodziło nie o "sztab", ale o "sztat" tj. etat.
Szczęśliwiec dostał posadę etatową i nie w wojsku, a na kolei.

sobota, 22 grudzień 2012 07:53

Wojna i sezon [8]

Napisane przez

Ponieważ szczęście w kartach nie zawsze dopisywało, a pieniądze były bardzo potrzebne, więc zdarzało się, że ten lub ów gracz z gatunku zdeterminowanych uciekał się do "nakładki", tj. trzymając bank w grze w chemin de fera lub bakarata, nakładał na talię zawczasu przygotowaną serię odpowiednio ułożonych kart. Czasem szulera łapano na nakładce.


Dziewiętnastowieczny zwyczaj bicia szulerów wyszedł już był z mody, ponieważ zaś przyłapany na oszustwie był zwykle w mundurze, więc sprawę tuszowano i tylko unikano gry z szulerem. Zwykle taki szuler starał się o przeniesienie do innego miasta – Witebska, Kijowa lub Mohylowa i tam próbował szczęścia.


Pijaństwo było utrudnione z powodu obowiązującej prohibicji. Wypitki jednak zdarzały się, gdyż w wielu ziemiańskich domach były jeszcze zapasy starki i win, można było również dostać garniec lub dwa spirytusu od zaprzyjaźnionego personelu szpitalnego lub sanitarnego, a w ostateczności dostawało się od przyjaciela lekarza receptę na 100 g winnego spirytusu – na kompres.


Jak wspomniałem, ludność miasta Mińska wzrosła niemal podwójnie, przy czym olbrzymią część przyrostu stanowili mężczyźni. Kobiety więc były na wagę złota. Powodzenie miały nawet straszydła, które normalnie skazane były na staropanieństwo albo pisanie wierszy lub powieści.
Na początku jesieni 1915, gdy Tadeusz był w Petersburgu, nad Mińskiem zjawił się zeppelin. Nie zrzucił żadnej bomby, ale napędził strachu. Wprowadzono więc przepisy "black-outowe". Zaciemnieniu mińskiemu daleko było do szczelności "blackoutu" obowiązującego w czasie ostatniej wojny w Londynie. Czarny "kumacz" na oknach przeświecał tu i ówdzie. Ale za to latarń ulicznych w ogóle nie zapalano, co było na rękę oszczędnej gospodarce miejskiej. Nadto obowiązywał przepis, że w razie alarmu światła wewnętrzne muszą być gaszone – bez względu na to, czy są czy nie są zasłonięte. Były to więc przepisy dość swoiste, a czy celowe – tj. czy wytrzymałyby próbę prawdziwego ataku powietrznego? – tego właściwie nikt nie wiedział. A nie wiedział, bo przez cały okres wojny nie było ani jednego nalotu na Mińsk w porze nocnej.


Tadeusz przeżył jeden alarm lotniczy, jak się okazało fałszywy. Było to na początku zimy 1916 późnym wieczorem w zatłoczonej, jak zwykle, kawiarni "Selekt". Nagle zjawił się policjant i rozkazał: "Gasić światła!". Zrobiło się ciemno i bardzo nieprzyjemnie, zwłaszcza że niezależnie od urzędowego "kumacza" okna były zasłonięte ciężkimi kotarami. Po kilku minutach takiego siedzenia w egipskich ciemnościach, ktoś błysnął za-pałką i zapalił papierosa. Trudno opisać chór groźnych wrzasków, które się rozległy dokoła: "Zgasić, natychmiast zgasić!". Skonfundowany śmiałek zgasił nie tylko zapałkę, ale i zdusił na spodku zapalonego papierosa. Jak gdyby ta czerwona centka kurzącego się papierosa mogła być dojrzana z zeppelina – przez grube zasłony okienne...


Miał być wszakże jeden – jedyny w ciągu całej wojny – atak lotniczy na Mińsk. Odbył się nie w nocy, lecz w pełnym blasku wschodzącego słońca, gdzieś w końcu lata 1916. Samolot niemiecki zjawił się nad Mińskiem w wyraźnym celu zaatakowania gmachu gimnazjum, w którym się mieścił sztab frontu generała Ewerta, położonego w obszernym czworokącie, gdzie się, prócz gimnazjum, mieściły – kościół ewangelicki zwany popularnie "kirchą", gmach deputacji szlacheckiej i Hotel Paryski. Padły trzy bomby.


Były to bombki mało większe od granatu ręcznego, prawdziwe zabawki w porównaniu z bombami drugiej wojny. Pierwsza bomba wybuchła na jezdni przed wejściem do sztabu i zabiła stojącego na warcie żołnierza. Druga bomba wybuchła w ogrodzie gimnazjum, nie robiąc nikomu żadnej szkody. Trzecia... Historia trzeciej bomby była nie tylko tragiczna, ale dla miłośników rozmyślań nad zagadką przeznaczenia – czy może przypadku? – pouczająca.


Józef Słotwiński, mąż Marylki, kuzynki Tadeusza, jeden z najbogatszych ziemian Mińszczyzny, dekował się, jak wielu innych, w Oddziałach drogowych, organizacji szczególnie przez Polaków faworyzowanej. Oddział Józia stał w pobliżu Mińska, służba, jak zresztą we wszystkich organizacjach "paramilitarnych", nie była ciężka, toteż Józio często urządzał sobie wypady do Mińska. Zwykł był zatrzymywać się, czyli "stawać", w Hotelu Paryskim. Gdy zjawił się na ów sierpniowy weekend późnym wieczorem, okazało się, że nie ma wolnego pokoju. Portier ekskuzował się jak mógł i na zakończenie zaproponował Józiowi, że mu urządzi posłanie w łazience. (Trzeba wiedzieć, że w czasach tamtej wojny takie akomodacje hotelowe nie należały do rzadkości). Józio oburzył się:


– W łazience? Nigdy! Widzę, że następnym razem zaproponujecie mi spać w klozecie.
Wyszedł trzasnąwszy drzwiami. Portier zorientował się, że się naraził magnatowi słynnemu z hojnych napiwków. Wybiegł więc za nim na ulicę, złapał w chwili, gdy już gość siadał do dorożki, i oświadczył, że "dla pana dziedzica znajdzie się pokój". Po kwadransie wyprosił jakiegoś zaspanego, oczywiście drugorzędnego gościa do łazienki, mówiąc mu, że pokój jest potrzebny dla przejeżdżającego generała (takie przenosiny hotelowe też gęsto się zdarzały), a do oswobodzonego pokoju wprowadził Józia. O wschodzie słońca trzecia bomba przebiła dach i sufit i wybuchła w tym właśnie pokoju. Józef Słotwiński dostał 17 ran od odłamków i zmarł w trzy dni w męczarniach.
Jak już wspomniałem, unikanie służby frontowej nie było w oczach Polaków hańbą i nawet uchodziło za czyn patriotyczny. Toteż dekowanie się, zwane wtedy z rosyjska "urządzaniem się", było na porządku dziennym. (Nie znaczy to jednak, że nie było Polaków pełniących służbę frontową, zwłaszcza w kawalerii; że było ich wielu, świadczy fakt utworzenia w roku 1917 pełnego korpusu polskiego i formowania się dwóch innych). Dekowano się przede wszystkim w umundurowanych organizacjach "paramilitarnych". Można też było zadekować się, nie zrzucając cywilnego ubrania. Tak np. nowi przyjaciele Tadeusza Jan Mierzejewski ze Słonimskiego i Zygmunt Dylewski z Królestwa "urządzili się" na etatowych posadach kolejowych, koleje bowiem, jako instytucja pracująca "dla obrony", zwalniały od obowiązku służby wojskowej. Jerzy Widacki i Stefan Pudłowski ze Słucczyzny dostali w Petersburgu pracę w fabryce, która też pracowała "dla obrony".

piątek, 14 grudzień 2012 16:42

Wojna i sezon [7]

Napisane przez

Już wprowadzono przyśpieszone kursy w tych szkołach i junkrzy dostawali stopień praporszczyka (chorążego) po trzech miesiącach. Wśród tych amatorów wojenki rej wodził dawny kolega Rudego Pławski, syn urzędnika akcyzy z Lepla guberni witebskiej, któremu rok przedtem groziło pozostanie na drugi rok w ósmej klasie, porzucił więc studia gimnazjalne i wstąpił na ochotnika do jednego z pułków kawalerii. Teraz był na urlopie i w mundurze z naszywkami ochotnika i z krzyżykiem św. Jerzego na piersi paradował po Cielętniku i Świętojerskim z czapką zuchowato przechyloną na jedno ucho i z puklem blond włosów sterczących po kozacku nad drugim uchem. Otoczony gromadą wpatrzonych w niego jak w tęczę gołowąsych gimnazistów opowiadał im cuda o swych wyczynach bojowych.
– Szliśmy na Niemca ławą – opowiadał o jakiejś bitwie, której prawdopodobnie nigdy nie było. – Rozumiecie? Szliśmy ławą...
A gimnaziści słuchali z dreszczem i z otwartymi ustami zafascynowani nieznanym a pięknym słowem "ława".
Pławski mówił przesadnie głośno, aby go słyszeli nie tylko towarzyszący mu chłopcy, ale i dziewczęta zażywające przechadzki po Świętojerskim przy niedzieli i ciepłej pogodzie. Od czasu do czasu rzucał na te dziewczęta spojrzenia zabójcze z ukosa, przy czym lewą ręką brał się za temblak szabli, a prawą podczesywał do góry zawadiacki "czubczyk" kozacki. Rudomina też nie odstępował Pławskiego dowiedziawszy się, że ten przywiózł z zaprzyjaźnionego oddziału sanitarnego cztery garnce spirytusu. Treścią przechwałek ekskolegi nie bardzo się przejmował, ale słuchał i obserwował ruchy Pławskiego uważnie. Odtąd wszelkie objawy kokieterii męskiej polegające na wymownych spojrzeniach, uśmiechach, mrużeniach oczu itp. "popisywaniu się" nazywał "robieniem Pławskiego". W wiele lat później zdarzało się, że gdy Tadeusz rozpoczynał flirt z jakąś panią czy panienką i mimo woli przybierał te lub inne tokujące pozy, Rudy obcinał go syczącym szeptem:
– Nie rób Pławskiego!
Egzaminy maturalne odbywały się w podnieceniu i gorączce. I ciało pedagogiczne, i uczniowie byli pewni, że wszyscy ośmioklasiści dostaną matury. Szeptano nawet, że przyszło z Petersburga zarządzenie, aby egzaminów w ogóle nie było i aby matury wydawać maturzystom na podstawie stopni rocznych. Pogłoska nie sprawdziła się jednak i do egzaminów przystąpiono. Rudomina przejmował się egzaminami mniej od innych. Nieraz przychodził na egzamin z nieznośnym "katzem" po wieczorze spędzonym z Pławskim i po wypiciu niezliczonych kolejek sanitarnego spirytusu rozcieńczonego "szpanką" bezalkoholową Szustowa. (W owym okresie prohibicji wszystkie rosyjskie browary i wytwórnie wódek przeszły na wyrób różnych kwasów, np. żurawinowych zwanych "klukwą" i cytrynowych zwanych "sitro", oraz bezalkoholowych "likierów").
Każdy egzamin Rudego miał jednakowy przebieg. Ponieważ gimnazjum Winogradowa było prywatne, więc obok pięcioosobowej komisji egzaminacyjnej zasiadał przedstawiciel kuratorium okręgu szkolnego. Skoro tylko wezwano Rudego, dyrektor pan Prawosudowicz zwracał się do urzędnika kuratorium i coś mu mówił szeptem. Należy domyśleć się, że informował go, że egzaminowany jest protegowanym ministra Kasso. Przedstawiciel kuratorium kiwał głową, odwracał się na krześle półbokiem do stołu i zagłębiał się w gazetę. W odpowiedzi na pytania egzaminatorów Rudy plótł mniej lub więcej bez sensu, aż przewodniczący komisji, tj. dyrektor gimnazjum, uznał, że zadano tyle pytań, ile nakazywała przyzwoitość, i mówił sakramentalne: Sadities. Tylko egzamin z geografii porównawczej miał trochę inny przebieg.
– Jakie znacie wyznania religijne w Rosji? – pyta dyrektor.
– Są prawosławni. Również katolicy. Żydzi też...
Dyrektor zmarszczył się:
– Żydzi są narodowością, a nie religią. Trzeba mówić: wyznania mojżeszowego.
Rudomina kiwnął głową na znak zgody.
– Jakie znacie jeszcze wyznania? – pytał dalej dyrektor. – Turcy.
– Turcy są narodowością, a nie wyznaniem. Mówi się: wyznania muzułmańskiego.
Rudomin znów kiwnął głową.
– Gdzie głównie mieszkają muzułmanie? – W piekarniach.
(W wielu miastach imperium rosyjskiego piekarnie i ciastkarnie były prowadzone przez Turków w fezach, byłych jeńców wojennych lub ich potomków).
W tym miejscu dyrektor nie mógł się wstrzymać od uśmiechu, a przedstawiciel kuratorium odłożył gazetę i zaczął się z ciekawością przysłuchiwać egzaminowi.
Dyrektor obiegł wzrokiem członków komisji, jakby pytając, czy można uznać egzamin za skończony, czy też może któryś z panów członków chciałby zadać pytanie. Nauczyciel geografii, który uchodził za czarnosecińca i lubił złośliwe kawały, podniósł palec wskazujący na znak, że chce pytać.
– Mówiliście, Rudomina, o religiach – powiedział – może więc nam wyjaśnicie, jaka jest różnica między prawosławiem a katolicyzmem?
– Katolicy wierzą w papieża, a prawosławni nie wierzą w papieża.
– A więc wy, Rudomina, jako katolik, wierzycie w papieża?
– Tak jest. Wierzę, Aleksandrze Sawiczu.
– Wspomnieliście też o muzułmanach. Może nam powiecie, co jest istotą religii muzułmańskiej?
– Nie wolno im pić wina.
– Wobec tego prawdopodobnie nie chcielibyście być muzułmaninem?
– Istotnie nie chciałbym, Aleksandrze Sawiczu.
Egzamin został zakończony wesoło i ku ogólnemu zadowoleniu.

Rozdział V
NA FRONCIE ZACHODNIM
Jak się okazało trwoga jesienna, która pchnęła Tadeusza Irteńskiego w podróż z Baćkowa do Petersburga przez Stary Bychów, nie była uzasadniona. Front zastygł pod Baranowiczami o 150 wiorst na zachód od Mińska i miał tak trwać przez bez mała dwa i pół roku. Koleje chodziły normalnie. Tyle tylko, że teraz "wagon miński" szedł z Petersburga nie przez Wilno i Nowowilejkę, ale przez Orszę, no i że znikł wagon z tabliczką "Pietrograd-Lwow". W początku grudnia Tadeusz wracał do Mińska z uczuciem niepokoju, roztrwonił bowiem w ciągu czterech miesięcy większą kwotę, którą był dostał na wypadek dłuższego odcięcia od ogniska rodzicielskiego, tj. źródeł pieniężnych. Trwoga pierzchła jednak, gdyż pan Irteński wzruszył tylko ramionami i powiedział z przekąsem:
– Widzę, że w ciągu tych czterech miesięcy studiowałeś bardzo intensywnie.
Mińsk zmienił się bardzo. Wprawdzie po dawnemu wracającego ze stolicy młodzieńca raziły pokrzywione chałupy przedmieść i brzydkie kamienice śródmieścia, ale znikła "konka", czyli tramwaj konny, aby dać więcej wolnej przestrzeni skaczącym po kocich łbach wojskowym autom i ciężarówkom. Jeśli nie liczyć starszych panów i dzieci, na ulicach prawie nie było cywilnych. Cywilny strój Tadeusza zwracał uwagę i nieraz był zapraszany do bramy przez patrol żandarmerii dla obejrzenia dowodów osobistych.
Gimnazjum rządowe ewakuowano w głąb Rosji. Szesnastoletni Kazio chodził teraz do prywatnego gimnazjum Zubakina i Falkowicza. Gmach gimnazjum rządowego przy ulicy Gubernatorskiej został zajęty pod kwaterę sztabu generała Ewerta, dowódcy frontu zachodniego. Niemal we wszystkich większych mieszkaniach zarekwirowano pokoje dla oficerów.
W jednym z pokojów mieszkania państwa Irteńskich zainstalował się kapitan kontrwywiadu Kleigels, syn osławionego Kleigelsa warszawskiego. Poza tym mieszkania prywatne i hotele pęczniały od "uciekinierów": z Królestwa, z Grodzieńszczyzny, z Wileńszczyzny. Znikło – "ewakuowało się" – "Akwarium" i lokal jego zajęto pod biura wojskowe. Znikł więc przybytek luksusowej prostytucji. Popyt na nią zwiększony wskutek niemal dwukrotnego powiększenia się ilości męskich mieszkańców miasta Mińska – był zaspokajany przez rozluźnienie obyczajów oraz instytucję sióstr miłosierdzia.
Mińsk robił wrażenie miasta okupowanego, przy czym była to okupacja zarówno wojskowa, jak cywilna. Autochtoni – odsunięci na dalszy plan – znikli w masie nowych twarzy i mundurów. Bo mundury panowały wszędzie: w restauracjach, w klubie, w kawiarniach, na "żurkach" prywatnych.
Oczywiście przeważały mundury oficerów "nieprawdziwych", tj. noszących epolety pracowników różnych organizacji "paramilitarnych": Czerwonego Krzyża, Oddziałów Drogowych, Związku Ziemstw i Miast, i wielu, wielu innych. Wszystkich tych pseudooficerów ochrzczono wkrótce mianem "ziemhuzarów", co było tym trafniejsze, że wielu z nich przyczepiało sobie ostrogi do butów i nosiło kupowane za drogie pieniądze okrutne szable z kaukaskimi klingami. Tadeusz był świadkiem, jak na jakimś "żurku" kilku ziemhuzarów narodowości polskiej chwaliło się posiadanymi klingami, chełpiąc się giętkością stali.


Do rozmawiających podszedł Staś Eynarowicz z Grodzieńszczyzny, kuzyn Tadeusza. Pracował też w jakiejś organizacji pomocniczej i nosił szablę przy boku.
– Wasze klingi to tandeta – powiedział – popatrzcie na moją.
Wyjął szablę z pochwy i oburącz zgiął klingę w pałąk, aż koniec ostrza dotknął rękojeści. Wszyscy wstrzymali oddech z podziwu. A Staś opuścił jedną rękę a drugą podniósł szablę do góry. Pałąk pozostał.
Staś Eynarowicz, brat jego Wincenty, dwaj bracia Sieheniowie i Bohdan Zalutyński, o którym będzie jeszcze mowa w tej opowieści – wszyscy ziemianie z Grodzieńszczyzny – należeli do "elity" wygnańców, gdyż udało się im nabrać skarb rosyjski na milionowe sumy tytułem odszkodowania za zniszczenia wojenne.
Jak już wspomniałem, w.ks. Mikołaj Mikołajewicz wydał w końcu lata 1915 roku rozkaz przymusowej ewakuacji ludności i niszczenia wszystkiego, czego nie można było wywieźć na wschód. "Akty", czyli protokóły intendenckie, sporządzano naprędce przy kieliszku i z wręczeniem intendentowi łapówki. W ten sposób do protokółu wpisywano np. sumę kilkunastu tysięcy rubli (jeszcze dobrych!) za zniszczenie studni artezyjskiej, której w ogóle nie było, lub za spalenie budynku, który albo nie istniał, albo nie był spalony. W rezultacie każdy z wyżej wymienionych ziemian dostał gotówką z intendentury po parę milionów rubli. Z polskiego punktu widzenia nabranie skarbu rosyjskiego mogło ostatecznie ujść nawet za czyn patriotyczny.
Niestety, była inna strona medalu. Władze rosyjskie po wypłaceniu odszkodowania tym pięciu osobom zorientowały się, że dalsza wypłata tak olbrzymich sum może poważnie nadwerężyć budżet państwowy. Przyszedł więc rozkaz wstrzymania dalszych wypłat. Tysiące ludzi gorzej sytuowanych i bardziej przez zniszczenia pokrzywdzonych, niż owa piątka, nie otrzymało ani grosza odszkodowania i musieli albo ciężko pracować, albo iść do wojska (lub organizacji "paramilitarnej"), albo żyć z pomocy społecznej. A wielka piątka ciskała sturublówkami, grała na giełdzie petersburskiej, kupowała sztabki złota, funty lub dolary, no i pędziła życie bardzo szerokie i wesołe.


Takie Życie w ciężkim okresie wojennym było oczywiście czymś bardzo "aspołecznym" i tkwiło solą w oku uspołecznionych patriotów zgrupowanych dokoła Towarzystwa Rolniczego, Towarzystwa Pomocy Ofiarom Wojny i tworzącej się – zrazu nieoficjalnie – Polskiej Rady Ziemi Mińskiej. O pięciu szczęśliwych dżentelmenach mówiono bardzo źle. Ponieważ jednak ludzie są ludźmi a miliony są milionami, więc mówiono o nich źle tylko za oczy, w oczy natomiast podlizywano się im w sposób bezwstydny i bezinteresowny. Bezinteresowny, gdyż tak się zdarzyło, że wszyscy ci panowie mieli z natury węża w kieszeni i – hojni, gdy chodziło o ich własne potrzeby lub rozrywki – niechętnie rozstawali się z pieniędzmi.
Front zastygł pod Baranowiczami. Wojna z manewrowej stała się pozycyjną. W Mińsku zaczęła się nuda tyłów. Rozrywki były bardzo nieurozmaicone: "żurki", gra w karty, rzadziej pijaństwo. "Żurki" były z natury rzeczy nudne jak flaki z olejem. Sztuka kinematograficzna stała wtedy na dość niskim poziomie i kino było rozrywką dla gustów prymitywnych. Do kina chodziło się normalnie z panią lub panienką, aby ją po ciemku poszczypać. Za to w karty – prawie wyłącznie w gry hazardowe – grano zawzięcie, niemal od wczesnego rana, w klubie, w numerach hotelowych, w domach prywatnych. Urzędnicy intendentury lub oficerowie związani z tymi lub innymi kasami wojskowymi wprowadzili modę bardzo grubej gry: nieraz minimalną stawką była "katarzynka" tj. sturublówka z wizerunkiem Katarzyny II, a nawet "Piotruś" tj. pięćsetrublówka z wizerunkiem Piotra I. Ponieważ szczęście w kartach nie zawsze dopisywało, a pieniądze były bardzo potrzebne, więc zdarzało się, że ten lub ów gracz z gatunku zdeterminowanych uciekał się do "nakładki", tj. trzymając bank w grze w chemin de fera lub bakarata nakładał na talię zawczasu przygotowaną serię odpowiednio ułożonych kart. Czasem szulera łapano na nakładce.


Dziewiętnastowieczny zwyczaj bicia szulerów wyszedł już był z mody, ponieważ zaś przyłapany na oszustwie był zwykle w mundurze, więc sprawę tuszowano i tylko unikano gry z szulerem. Zwykle taki szuler starał się o przeniesienie do innego miasta – Witebska, Kijowa lub Mohylowa i tam próbował szczęścia.


Pijaństwo było utrudnione z powodu obowiązującej prohibicji. Wypitki jednak zdarzały się, gdyż w wielu ziemiańskich domach były jeszcze zapasy starki i win, można było również dostać garniec lub dwa spirytusu od zaprzyjaźnionego personelu szpitalnego lub sanitarnego, a w ostateczności dostawało się od przyjaciela lekarza receptę na 100 gr. winnego spirytusu – na kompres.
Jak wspomniałem ludność miasta Mińska wzrosła niemal podwójnie, przy czym olbrzymią część przyrostu stanowili mężczyźni. Kobiety więc były na wagę złota. Powodzenie miały nawet straszydła, które normalnie skazane były na staropanieństwo albo pisanie wierszy lub powieści.
Na początku jesieni 1915, gdy Tadeusz był w Petersburgu, nad Mińskiem zjawił się zeppelin. Nie zrzucił żadnej bomby, ale napędził strachu. Wprowadzono więc przepisy "blackoutowe". Zaciemnieniu mińskiemu daleko było do szczelności "blackoutu" obowiązującego w czasie ostatniej wojny w Londynie. Czarny "kumacz" na oknach przeświecał tu i ówdzie. Ale za to latarń ulicznych w ogóle nie zapalano, co było na rękę oszczędnej gospodarce miejskiej. Nadto obowiązywał przepis, że w razie alarmu światła wewnętrzne muszą być gaszone – bez względu na to, czy są czy nie są zasłonięte. Były to więc przepisy dość swoiste, a czy celowe – tj. czy wytrzymałyby próbę prawdziwego ataku powietrznego? – tego właściwie nikt nie wiedział. A nie wiedział, bo przez cały okres wojny nie było ani jednego nalotu na Mińsk w porze nocnej.
Tadeusz przeżył jeden alarm lotniczy, jak się okazało fałszywy. Było to na początku zimy 1916 późnym wieczorem w zatłoczonej, jak zwykle, kawiarni "Selekt". Nagle zjawił się policjant i rozkazał: "Gasić światła!" Zrobiło się ciemno i bardzo nieprzyjemnie, zwłaszcza że niezależnie od urzędowego "kumacza" okna były zasłonięte ciężkimi kotarami. Po kilku minutach takiego siedzenia w egipskich ciemnościach, ktoś błysnął za–pałką i zapalił papierosa. Trudno opisać chór groźnych wrzasków, które się rozległy dokoła: "Zgasić, natychmiast zgasić!" Skonfundowany śmiałek zgasił nie tylko zapałkę, ale i zdusił na spodku zapalonego papierosa. Jak gdyby ta czerwona centka kurzącego się papierosa mogła być dojrzana z zeppelina – przez grube zasłony okienne...


Miał być wszakże jeden – jedyny w ciągu całej wojny – atak lotniczy na Mińsk. Odbył się nie w nocy, lecz w pełnym blasku wschodzącego słońca, gdzieś w końcu lata 1916. Samolot niemiecki zjawił się nad Mińskiem w wyraźnym celu zaatakowania gmachu gimnazjum, w którym się mieścił sztab frontu generała Ewerta, położonego w obszernym czworokącie, gdzie się, prócz gimnazjum, mieściły – kościół ewangelicki zwany popularnie "kirchą", gmach deputacji szlacheckiej i Hotel Paryski. Padły trzy bomby. Były to bombki mało większe od granatu ręcznego, prawdziwe zabawki w porównaniu z bombami drugiej wojny. Pierwsza bomba wybuchła na jezdni przed wejściem do sztabu i zabiła stojącego na warcie żołnierza. Druga bomba wybuchła w ogrodzie gimnazjum nie robiąc nikomu żadnej szkody. Trzecia... Historia trzeciej bomby była nie tylko tragiczna, ale dla miłośników rozmyślań nad zagadką przeznaczenia – czy może przypadku? – pouczająca

piątek, 07 grudzień 2012 18:42

Wojna i sezon (6)

Napisane przez

Na wiosnę 1914 miał znów złe stopnie za rok ubiegły, więc groziło mu wydalenie z gimnazjum, przepisy bowiem nie pozwalały na pozostawanie w jednej klasie dłużej niż dwa lata (w przeciwieństwie do czasów dzieciństwa Wiktora Gomulickiego, gdy w pierwszej klasie siadywali przez szereg lat wąsale obok dzieciuchów). Ale od czego stosunki. Rudy miał w Petersburgu wpływowych kuzynów, którzy znaleźli "chody" do wszechwładnego a osławionego ministra oświaty Kasso. Ten Kasso był to taki sobie rosyjski Jędrzejewicz w dziesiątej potędze: zniweczył marne resztki autonomii uniwersyteckiej, a w okręgach szkolnych, do których należały gimnazja, rządził się jak we własnych folwarkach.
Gdy więc kuzyni czynili w Petersburgu starania o zezwolenie na pozostawienie Rudego na trzeci rok w ósmej klasie, on co czas pewien wpadał do kancelarii gimnazjalnej, aby się dowiedzieć, czy nie przyszła decyzja z Petersburga. W czasie jednej z takich wizyt natknął się na nauczycielkę języka francuskiego, starą pannę, która go bardzo nie lubiła za różne kawały urządzane na jej lekcjach. Dziewica zmrużyła oczy i spytała zjadliwie:


– No cóż, Rudomina, pozostaliście na trzeci rok w ósmej klasie?


– A pani wyszła za mąż? – odpowiedział pytaniem.


Działo się to w tzw. pokoju nauczycielskim w obecności paru kolegów "Francuzki", która była zresztą Rosjanką. Zagryźli wargi, oceniając odpowiedź Rudego, ale pomyśleli, że ma on nie większe widoki na pozostanie na trzeci rok w ósmej klasie, niż "Francuzka" na zamążpójście. Pozostanie bowiem na trzeci rok w jakiejkolwiek klasie zdarzało się bardzo rzadko, np. z powodu choroby. W wypadku Rudego nie było żadnej racji do zastosowania niesłychanego w dziejach szkolnictwa wyjątku.


Stał się cud. Do gimnazjum Winogradowa przyszedł "papier" z podpisem ministra Kasso zezwalający na pozostawienie Rudominy na trzeci rok w ósmej klasie "w drodze wyjątku". Wobec postrachu, który rzucało na personel nauczycielski samo brzmienie nazwiska "Kasso", można sobie wyobrazić, jak wyglądał trzeci rok studiów w ósmej klasie pupilka tak potężnego protektora. Rudy przychodził do szkoły z wielkim opóźnieniem, albo wcale nie przychodził. Nieraz po nocy spędzonej na kartach lub wypitce drzemał na pierwszych lekcjach. Nauczyciele prawie nigdy go nie wyrywali i stawiali mu stopnie niejako automatycznie. Największy kłopot miał z nim ksiądz prefekt wykładający w ósmej klasie historię kościoła. Ksiądz ten był na ogół popularny. Umiał ruszać czupryną i uszami i stąd miał, jak twierdzi Stanisław Mackiewicz ("winogradowiec"), wielki autorytet wśród uczniów.
Otóż ksiądz prefekt uparł się, aby Rudego wyrywać.


– A teraz – mówił z uśmiechem – Rudomina nam opowie, co wie o listach św. Ireneusza.


– Nic nie opowiem – odparł Rudy – bo nie mam zwyczaju czytania cudzych listów.


Taka lub podobna odpowiedź kończyła się wyrzuceniem Rudego z klasy. Czasem jednak bywał na lekcjach religii ożywiony i sam prowokował gniew prefekta. A więc np. podnosi rękę.


– Aa! – mówi uradowany ksiądz – widzę, że nasz niedowiarek pan Rudomina ma jakieś pytanie. Proszę, proszę...


– Chciałem tylko zapytać, czy papież ma prawo jeździć na welocypedzie.


– Precz z klasy, durniu jeden! – woła czerwony z oburzenia prefekt.


Szczególny był stosunek Rudego do kolegów w czasie tego trzeciego roku studiów w ósmej klasie. Większość jego starych kolegów i przyjaciół przeszła już na drugi rok uniwersytetu. Nowych kolegów uważał za "małyszów", z którymi nic go nie łączyło. Ale stało się, że tych nowych kolegów ogromnie interesował "starszy pan" z ciemnym przystrzyżonym wąsikiem pod nosem, zaspany lub drzemiący na ostatniej ławce. Pociągała ich nie tylko ciekawość: imponowało im, że mają taki okaz w klasie. Toteż jakby się zmówili, a może naprawdę się zmówili, i co dzień przed pierwszą lekcją, lub jeśli Rudy przyszedł z opóźnieniem, na pauzie po pierwszej lekcji podchodzili kolejno, podając mu rękę. Stało się, że tego roku spory procent uczniów w klasie stanowili Żydzi. Rudy nie był antysemitą, lub może był nim tylko o tyle, o ile nim jest podświadomie każdy nie-Żyd. Tak czy inaczej te uściski kilkudziesięciu rąk wykonywane jak rytuał każdego dnia w końcu go zirytowały. Uznał je za prowokację. Pewnego dnia, po ostatnim dzwonku przed drugą lekcją, gdy w klasie zapanowała cisza, powiedział gromkim głosem:
– Panowie! Ja jestem jeden, a was w klasie jest trzydziestu kilku. Zrozumcie więc, że nie mogę witać się z każdym z was uściskiem dłoni. Poproszę więc, abyście mnie witali tylko ukłonem, a ja wam będę odpowiadał z daleka lekkim kiwnięciem głowy.
To "lekkie kiwnięcie głowy" oburzyło klasę do tego stopnia, że na razie zapanowała głucha cisza. Wrzawę, która wreszcie wybuchła, uciszyło dopiero wejście do klasy nauczyciela. Ale po wielkiej pauzie Rudominę wezwano do inspektora. Z ironicznych uśmieszków kolegów domyślił się, że byli u inspektora ze skargą.
Inspektor Kraskowski – wielki liberał, który ponadto stojąc na czele administracji prywatnego gimnazjum, musiał się specjalnie liczyć z opinią miejscowego społeczeństwa żydowskiego – wpadł ostro na Rudego, wymyślając mu od "ludzi o feudalnych przesądach", których nie ścierpi w gimnazjum, choćby mieli protekcję samego pana ministra. Rudomina wysłuchał nagany spokojnie, a potem odpowiedział:


– Audiatur et altera pars, Iwanie Ignatjewiczu! Nie bardzo rozumiem, dlaczego nazywa mnie pan człowiekiem o feudalnych przesądach. Jeżeli chodzi o to, co dziś z rana powiedziałem w klasie, to byłem jak najdalszy jakichkolwiek, feudalnych czy innych, przesądów. Chodziło mi wyłącznie o względy higieny. Przecie to bardzo niehigienicznie ściskać co dzień rękę kilkudziesięciu ludzi.


– A więc tylko o higienę chodziło? – spytał inspektor niedowierzająco.


– Wyłącznie o higienę, Iwanie Ignatjewiczu.


Czy i co powiedział inspektor kolegom, którzy się skarżyli, tego Rudy nigdy się nie dowiedział. Ale tegoż dnia po ostatniej lekcji jeden z nich podszedł do Rudego i w głuchej ciszy oznajmił uroczyście:
– Wobec wysoce niekoleżeńskiego zachowania się pana, klasa upoważniła mnie do zakomunikowania, że ogłasza bojkot pana do końca kwartału.
Rudy odparł równie uroczyście:


– Dziękuję panom. Mam tylko jedną prośbę: proszę o łaskawe przedłużenie bojkotu do końca roku szkolnego.


Jeżeli Rudomina był antysemitą, to antysemityzm jego był szlachecki, a więc poczciwy, z lekka drwiący i polegający głównie na nazywaniu Żydów "Żydkami", choć się w duszy tych "Żydków" lubiło. W ciągu tego roku Rudomina był jednak świadkiem antysemickiego wybryku innego gatunku. Trwał pierwszy rok wojny. Cesarz odwiedzał miasta zachodnie, "odprowadzał" oddziały udające się na front, rozdawał ikony "żołnierzykom". Przyszła kolej na Wilno. Cała droga od dworca do pałacu generał-gubernatora była ustawiona gęstymi kordonami gimnazistów, realistów i uczniów innych szkół średnich. Rudomina stał obok jednego ze swych przyjaciół, de Rosseta, zwanego Bebusiem. Panował mróz siarczysty. Przyjazd cesarza opóźniał się i gimnaziści marzli w lekkich szynelach. De Rosset miał w kieszeni palta płaską flaszkę wódki. Od czasu do czasu wymykał się z kordonu, wbiegał do bramy, gdzie pociągał parę łyków dla rozgrzewki, po czym wracał do kordonu, a Rudy z kolei brał flaszkę i biegł z nią do bramy.
Cesarz wciąż nie nadjeżdżał i te wypady do bramy powtórzyły się z pięć razy, aż pustą flaszkę ciśnięto w śnieg. De Rosset był rozgrzany nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Zaczął się irytować. Ofiarą irytacji padł jakiś młody Żyd, który stojąc z tyłu za kordonem wciąż naciskał na Bebusia.


– Proszę nie napierać! – mówił Bebuś groźnie.


Żyd przepraszał, ale nie mógł nie napierać, gdyż gęsty tłum naciskał go z tyłu.
Irytacja Bebusia wciąż rosła, gdy nagle jak iskra elektryczna przebiegła wieść: "Jedzie!". Pokazał się jeden samochód otwarty z marszałkiem szlachty, z panem Aleksandrem Lubańskim i z innymi cywilami na czele. Potem drugi z gubernatorem. Potem trzeci z generałami. Wreszcie zjawił się samochód z cesarzem. Na widok cesarza Bebusia ogarnął szał. Cisnął czapkę w śnieg, wyrwał się z szeregu, padł na kolana i wrzasnął nieludzkim głosem:
– Ura, ura, ura!


Czyn Bebusia był tak rzucający się w oczy, że sam cesarz go zauważył i z uprzejmym uśmiechem przyłożył palce do barankowej czapki wojskowej. Gdy samochód cesarski minął, Bebuś wstał z klęczek, spojrzał dokoła błędnym wzrokiem, a potem odwrócił się gwałtownie i trzasnął w twarz nieszczęsnego Żyda, który poprzednio "napierał" na niego. Tym czynem chciał przypieczętować wiernopoddańczy zachwyt wywołany spotkaniem się oko w oko z Majestatem. Niestety tłum nie zrozumiał subtelnych uczuć Bebusia. Nie tylko minęły czasy antysemickich wybryków, ale – jak wspomniałem – głaskano Żydów na równi z Polakami. Toteż nieoczekiwany wybryk de Rosseta nie mógł ujść mu płazem. Zebrała się gęsta gromada, żądając wezwania policji. Zjawił się rewirowy, który po wysłuchaniu skargi poszkodowanego i świadków zwrócił się do Bebusia:


– Jakże to pan gimnazista mógł się dopuścić czegoś podobnego?


Bebuś miał jednak przygotowaną obronę i wpadł na rewirowego:


– A pan wie, z kim pan mówi? Należałem do ochrony uświęconej osoby cesarza pana (swiaszccennoj osoby gosudaria) i broniłem jej od naporu tłumu. A to oto indywiduum – tu wskazał palcem biednego Żyda – tak napierało na mnie, że ledwie mogłem utrzymać linię kordonu.


Te słowa wywarły wielkie wrażenie na rewirowym. Widząc po twarzach zebranych, że i na nich słowa te nie przeszły bez wrażenia, oznajmił krótko "Proszę się rozejść", po czym oddalił się.


O ile antysemityzm Rudego był dobroduszny i niegroźny, o tyle w wybryku Bebusia kiełkowały już ziarna przyszłego pałkarstwa i innych ideologii endeckich.


W maju rozpoczęły się egzaminy maturalne. Odbywały się w nastroju szczególnego podniecenia i niepokoju, przy czym odwróciły się normalne role. Podnieceni i niespokojni byli nauczyciele. Armie rosyjskie rozpoczęły odwrót z Karpat. Coraz głośniej mówiono o ewakuacji Królestwa Polskiego. W drugą linię obronną Kowno-Grodno-Brześć Litewski nikt jakoś nie wierzył. Zresztą granica pruska była nie za górami. Szeptano więc o możliwej ewakuacji Wilna.


Gimnaziści byli też podnieceni, ale nie z powodu egzaminów, lecz z racji ogólnego nastroju niepokoju i wyczekiwania. Jedni marzyli o jak najrychlejszym wyjeździe do miasta uniwersyteckiego, drudzy – o wiele mniej liczni – o wstąpieniu do szkoły oficerskiej zaraz po zdaniu matury.

piątek, 30 listopad 2012 20:52

Wojna i sezon (5)

Napisane przez

Wśród Polaków najpopularniejsze były "Oddziały (czy też drużyny) drogowe". Z biegiem tygodni ilość tych organizacji rosła i stały się one wreszcie jakąś bachanalią. Mieliśmy więc "Organizację wielkiej księżny Marii Pawłówny" (organizację tę zwano żartobliwie gwardią sanitarną, gdyż jej członkowie nosili epolety niczym się nie różniące od epoletów oficerskich i mające nadto cyfrę "M.P." z mitrą wielkoksiążęcą); mieliśmy organizacje opieki nad tzw. hurtami, tj. stadami krów, które również były przymusowo ewakuowane razem z ludnością; mieliśmy Związek Miast i Związek Ziemstw (przetłumaczony przez Leo Belmonta w powieści Ałdanowa na "związek ziemian"!); mieliśmy wreszcie organizację rozciągającą pieczę nad wygnańcami, których nazywano "bieżeńcami", a po polsku "uciekinierami". Nazwa była błędna, drobna bowiem część tych ludzi uszła dobrowolnie: w istocie byli to wygnańcy, a nie uchodźcy. Organizacja nosiła długą nazwę "Północo-pomoc dla organizacji uchodźców frontu zachodniego". Rosjanie, których zmysł humoru nie ustępował wtedy zmysłowi humoru u Polaków, przekręcili nazwę tej organizacji na "Północo-niemoc dla dezorganizacji uchodźców frontu zachodniego". Wyliczyłem tylko kilka typowych organizacji, naprawdę było ich znacznie więcej. Odnotuję jedno jeszcze curiosum. Ktoś wymyślił, że szlachta pracująca w jakiejkolwiek z owych organizacji ma prawo noszenia specjalnych złotoczerwonych naramienników. Trwały te mundury "szlacheckie" w Mińsku dość długo, zanim nie zjawił się groźny i krewki pułkownik, komendant placu miasta Mińska, który bezprawnie umundurowanych szlachciców zapraszał do bramy i tam bez ceremonii zdzierał z nich epolety.


Sierpień. Tadeusz Irteński przeżywał w Baćkowie chwile trwogi. Co będzie, jeżeli Niemcy zajmą Mińsk i Baćków? Może Tadeuszowi, jako będącemu w wieku poborowym, grozi internowanie przez Niemców? Wieści z zachodu były coraz groźniejsze. Żydzi w Sielibie wiedzieli o wzięciu Wilna na kilka dni przed oficjalną wiadomością i szeptem dawali do zrozumienia, że z dnia na dzień czekają oddania Niemcom Mińska. Przez Baćków, który przez rok cały leżał w strefie, gdzie o wojnie niemal zapomniano, nagle powiało groźnym "tchnieniem Bellony". Do wsi i dworu zajechał z ciężkimi wozami "park artyleryjski". Po drodze sunęły obozy. Poczciwa dobra "gruntowa" droga koło Małego Lasku, po której jechało się lekko, a bez kamiennego stuku, teraz była przemielona kołami armat, jaszczów i ciężkich wozów, konie grzęzły w niej po kostki, a koła po osie. Oficerowie parku artyleryjskiego byli mili i kulturalni. Z jednym z nich, porucznikiem Pawłowem, zawarł Tadeusz krótką przyjaźń opartą na obustronnej pasji łowieckiej. Choć do sezonu jesiennego brakowało paru tygodni, zaproponował nowemu przyjacielowi zapolować z gończymi. Gdy stali na wyschłej na pieprz, a zwykle błotnistej drodze przez Sterczynę – sierpień był suchy tego lata – i słuchali dalekiego gonu sześciu ogarów – nadciągnął mały oddział piechoty eskortującej jakieś wozy. Żołnierze wlekli się, miętosząc ciężkimi buciskami rozmieloną drogę i z tępą ciekawością przyglądali się cywilowi i oficerowi z dubeltówkami w rękach. Jeden z żołnierzy spojrzał z ukosa na epolety Pawłowa i powiedział głośno, patrząc w inną stronę:
– Panowie oficerowie z artylerii zabawiają się (batujutsa), a piechota za wszystko odpowiada.
Był to pierwszy zauważony przez Tadeusza przykład niesubordynacji. Rok temu podobne odezwanie się szeregowca wobec oficera było nie do pomyślenia.
"Tchnienie Bellony" miało również aspekt akustyczny. Wystarczyło zejść z alei z miejsca, gdzie był grób stryja Ludomira, i po przejściu dwustu kroków stanąć między drzewami lasu uroczyska Makowje, aby od czasu do czasu usłyszeć, jak leciutki wietrzyk z zachodu przynosi wyraźny pomruk armat.


Gdy Tadeusz słuchał tej muzyki wojennej razem z Pawłowem, zauważył, że na twarzy artylerzysty odbił się niepokój.
– Jak daleko dochodzi odgłos strzałów armatnich? – spytał Tadeusz.
– Strzałów najcięższej artylerii przy najbardziej sprzyjających warunkach atmosferycznych nie słychać dalej niż 30-40 wiorst – odparł rzeczoznawca.
(Jak się później okazało, rzeczoznawca się mylił i Tadeusz był świadkiem niezwykłego fenomenu akustycznego: strzały grzmiały gdzieś pod Baranowiczami, czyli w linii powietrznej o jakieś 200 wiorst od Baćkowa).
Tymczasem z Mińska przyjechał pan Irteński. Przyniósł groźną wiadomość o załamaniu się frontu pod Nowo-Święcianami i ukazaniu się oddziałów niemieckich na wschód od Mińska, bo aż pod Borysowem. Dopiero później się dowiedziano, że nie było to przerwanie frontu, a tylko słynny "nowoswiencianskij proryw" – rajd kawalerii dokonanej przez niemieckich "huzarów śmierci". Husarzy ci narobili porządnego popłochu, zjawiając się istotnie w okolicach Borysowa, po czym wycofali się z powrotem na zachód.
Na razie jednak rodzina Irteńskich była mocno zaalarmowana. Po naradzie familijnej, w której uprzejmi oficerowie parku artyleryjskiego brali udział z głosem doradczym, postanowiono zaopatrzyć Tadeusza w odpowiedni zapas gotówki – na wypadek dłuższego odcięcia od ogniska rodzinnego – i wysłać go końmi na wschód do stacji Stary Bychów (100 wiorst!), aby stamtąd koleją jechał do Petersburga. Wybrano taką niezwykłą marszrutę, gdyż koleje na Mińsk były zatłoczone.


Życie gospodarcze i towarzyskie Baćkowa ciążyło ku zachodowi, północy i południowi. Wschód był stroną świata, gdzie słońce wschodziło – i niczym więcej. Z czasów najwcześniejszego dzieciństwa i pierwszej młodości Tadeusza utrwaliło się w nim przekonanie, że na wschodzie – za ciemnosinym pasem starzyn i borów – nic już nie ma i że się tam świat kończy. Los zrządził, że teraz miał poznać ten "koniec świata".
Droga, przeważnie leśna, biegła przez Kliczew, Olsę, Czeczewicze i Horodziec. W Horodźcu był nocleg w jakimś starym zajeździe. Były prześliczne dni babiego lata. Bory, nagrzane za dnia, pachniały wieczorem żywicą, grzybami i nieuchwytnym aromatem wczesnej jesieni. Po niebie bez chmurki ciągnęły na południo-zachód, ozłocone skośnymi promieniami słońca, kliny żurawi. Ich klangor podobny do jękliwych kurantów biegł przez czyste powietrze to zamierając, to dźwięcząc na nowo jak mickiewiczowska harmoniki sfera. A "południując" w cieniu sosen rosochatych na mchu i wrzosach przysłuchiwano się głuchym, jakby podziemnym pomrukom dalekich armat. Ten odgłos nieprzyjemny przypominał, że jest wojna i że podróż przez te bory prześliczne odbywa się nie w celach krajoznawczych, a dlatego że "wojenka" (co za pieszczotliwy eufemizm!) wypruwa ludzi z nagrzanych, pachnących myszką i suszonymi jabłkami kątów.


A las dokoła żył własnym życiem. "Obojętna przyroda jaśniała wiecznym pięknem". Telegrafista boru dzięcioł wystukiwał w próchnie osiny odwieczny, niosący dobre nowiny alfabet leśny. Jękliwie skarżył się krążący nad borem koniuch myszołów. Gdzieś bardzo daleko dźwięczał jak dzwonek gon ogarów goniących lisa czy zająca. Późnym popołudniem pierwszego dnia podróży odbyła się przeprawa przez rzekę Druć.
Rzeka Druć... Dla dziewięćdziesięciu dziewięciu na stu Polaków "Druć" zabrzmi tylko, jak nic nie mówiąca nazwa geograficzna. A szkoda. Druć jest właśnie dla Polaków rzeką godną zapamiętania. Linią bowiem tej rzeki biegła granica pierwszego rozbioru (1772). Dalej na zachód nie śmiały jeszcze wedrzeć się szpony Katarzyny II. Zabrała tylko spory szmat tych ziem między Drucią i Dnieprem. Zabrała oczywiście nie w celach imperialistycznych, lecz dla oswobodzenia ludności nękanej przez "jarzmo polskie", no i dla celów strategicznych. Była więc Druć pierwszym cofnięciem się Rzeczypospolitej Obojga Narodów z reduty dnieprowskiej na zachód. I była Druć pierwszą w dziejach Polski – osiemnastowieczną – "linią Curzona".

 

Rozdział IV


PIERWSZE ZJAWIENIE SIĘ

WITOLDA DUSIACKIEGO-RUDOMINY


Gdyby historią rządziła logika, lub – ściślej – gdyby istniał, jak nas uczą historycy, których historia niczego nie nauczyła, logiczny związek przyczynowy między zdarzeniami historycznymi, rewolucja rosyjska powinna była wybuchnąć o półtora roku wcześniej, tj. w końcu lata lub na początku jesieni roku 1915. Może zresztą działała tu jakaś delayed action, jak mina wybuchająca w wiele godzin lub nawet dni po jej założeniu.
W każdym razie dynamit pod rewolucję 1917 został założony 1 sierpnia 1914 roku, a lont podpalony jesienią 1915 po niepowodzeniach oręża rosyjskiego latem tego roku. Cóż z tego, że pomimo niezdarów na wyższych stanowiskach wojskowych żołnierze bili się dzielnie i że się cofnęli o kilkaset kilometrów na wschód nie tylko bez paniki, ale we wzorowym porządku? Porażka spowodowana bądź niedołęstwem, bądź "zdradą" była oczywista. Z ław poselskich Dumy państwowej, od czasów Stołypina tak ugodowej i potulnej, i z foteli, w których zasiadali, wierni tronowi starcy w Radzie państwa, zagrzmiały głosy krytyki i oburzenia. Po raz pierwszy od dnia wybuchu wojny rozległ się i roztaczał coraz szersze kręgi pomruk o "ciemnych siłach". A tymi "ciemnymi siłami" byli: Rasputin, o którym głucho było w ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy wojny, i różni "nieodpowiedzialni" zausznicy przy dworze.


Krytykowano nie armię, nawet nie pechowego w. ks. Mikołaja Mikołajewicza, lecz rząd i dwór. Plotka węszyła szpiegów na najwyższych stanowiskach – i nie w armii, lecz w Petersburgu i Carskim Siole. Cesarz, lub raczej jego doradcy skanalizowali "gniew ludu" (właściwie był to gniew inteligencji) w sposób dość prosty. Przepędzono ministra wojny Suchomlinowa za zaniedbanie zaopatrzenia armii w broń i amunicję. A jeszcze wcześniej znaleziono kozła ofiarnego w osobie pułkownika Miasojedowa, którego sądzono za zdradę i powieszono w cytadeli warszawskiej. Wreszcie usunięto Mikołaja Mikołajewicza ze stanowiska wodza naczelnego i wysłano go na dowódcę frontu kaukaskiego. Usunięcie Mikołaja Mikołajewicza, popularnego pomimo niepowodzeń wojennych w armii i kraju, było zresztą robotą carowej (Rasputina), która bała się, że Mikołaj Mikołajewicz dokona przewrotu pałacowego i wsadzi ją do klasztoru.


Naczelne dowództwo objął sam cesarz. O ile powieszenie "zdrajcy" Miasojedowa i dymisja Suchomlinowa trochę uspokoiły opinię publiczną, o tyle objęcie naczelnego dowództwa przez cesarza, który oczywiście miał jeszcze mniej od stryja kwalifikacji na wodza, wywołało powszechną konsternację. Czy dobrze czyni cesarz, biorąc na swe barki nie tylko ciężki trud, ale i odpowiedzialność za dalszy przebieg wojny, a więc za możliwe porażki? – pytali ludzie jak najwierniejsi tronowi. Ale i pesymiści nie przeczuwali wtedy najgorszego: że stały pobyt cesarza w "namiocie" naczelnego wodza w Mohylowie odda rządy stolicą i państwem w ręce nieoficjalnej "regentki" cesarzowej Aleksandry Fiedorówny osoby bardzo ograniczonej, histeryczki, otoczonej w Carskim Siole bandą karierowiczów, mistyków, łobuzów lub niedołęgów.
Petersburg mało się zmienił. Tyle tylko, że na ulicach spotykało się dużo "bieżeńców" i język polski słychać było wszędzie. Gdy przyszły dni chłodne i Polacy ubrali się w bekiesze, nie goniły ich już okrzyki "futuryści", jak przed wojną, a tylko pełne współczucia szepty: "bieżeńcy". Patriotyzm pierwszego roku wojny, nazwany później przez poetkę Marinę Cwietajewą "wołowym patriotyzmem", przygasł. Koledzy Tadeusza – Rosjanie, którzy rok przedtem zapowiadali solennie, że wstąpią do wojska jako ochotnicy, jakoś pa dawnemu nosili mundury studenckie. "Romantyzm" wojenny ulotnił się bez reszty. I jaki tam mógł być romantyzm, skoro się widziało rekrutów Izmajłowskiego pułku ćwiczących publicznie na Rotach z pałkami w ręku zamiast karabinów.


– No, mogliby przynajmniej dla oka wytrzasnąć kilkaset starych berdanek; a nie kompromitować się na oczach stolicy, wymachując tymi kijami – mówił Toluś Rusiecki, gdy szli z Tadeuszem do Kuchni studenckiej.
W Kuchni było tłoczniej i gwarniej niż zwykle. Przy tych lub innych stolikach zbawiano Polskę po dawnemu, ale dyskusje strategiczno-wojenne wyszły z mody. Wojna najwyraźniej zaczynała wszystkich nudzić. Zjawiło się sporo nowych twarzy, świeżo upieczeni studenci, a wśród nich ci, co w trybie ułatwionym i przyśpieszonym ukończyli gimnazja wileńskie.


Wtedy to Tadeusz Irteński spotkał się po raz pierwszy z Witoldem Dusiackim-Rudominą.
Zjawienie się Wicia Rudominy przezwanego Rudym, choć włosy i oczy miał ciemne, poprzedziła legenda. Zdolny, bystry i dowcipny miał wstręt do nauki, pracę uważał za najcięższą karę Boską i już w latach bardzo młodych lubił karty, miał pociąg do kieliszka i lgnął do towarzystwa starszych od siebie. Lubiano go powszechnie, na giełdzie bowiem walorów ludzkich wesołe usposobienie i dowcip są bardzo poszukiwane.
Na wiosnę 1913 roku pozostał na drugi rok w 8 klasie gimnazjum Winogradowa w Wilnie.

ciąg dalszy za tydzień

piątek, 23 listopad 2012 18:22

Wojna i sezon [4]

Napisane przez

"Goniec" dziekuje wydawnictwu "Czas" z Litwy

Wydawnictwo „Czas”, Wilno 2008. 

 



Smutny był dla Tadeusza powrót do Łohojska. Wóz drabiniasty trząsł po grudzie niemiłosiernie. Drugi wóz za myśliwymi szedł pusty. A jakby pięknie było, gdyby na tym drugim wozie leżało bure cielsko łosia ze zwisającą w dół głową z rosochami. Jak na obrazku... (Nie – pomyślał Tadeusz – na obrazku łeb łosia zwisa z sanek, a nie z wozu).


Obiad po łowach był smutny. Humorów nie było, choć przy stole krążyły kielichy z tak cenną w epoce prohibicji "młodą starką". ("Młoda starka" nie jest pojęciem sprzecznym z logiką, lecz oznacza po prostu siedmio- lub dziesięcioletnią starkę). Wprawdzie większość gości udobruchała się nieco po piątej czy szóstej kolejce – zwłaszcza zacny amfitrion pan Cybulski spoglądał na Tadeusza z życzliwym współczuciem – lecz okrutny i sangwiniczny pan Staroniewicz nie uspokajał się. Z peror jego wynikało, że wyprawa Tadeusza na łosia była w samym zarodku skazana na niepowodzenie. Że musiał mieć sztucer (sam pan Staroniewicz miał dubeltówkę). Że w ostateczności wziąwszy dubeltówkę, należało wziąć nie "żakany", które są do niczego, lecz "breneki". Że nie wolno było w ogóle strzelać na sztych, lecz poczekać, aż łoś będzie mijał stanowisko, i wtedy strzelać na komorę. Że w ostateczności, skoro się zdecydowało strzelać na sztych, trzeba było mierzyć w pierś, bo kula z gładkiej lufy często od łba odskakuje. Że...
Po dalszej kolejce pan Cybulski rozkrochmalił się ostatecznie i w porę przypomniał sobie, że wszak dnia tego nie jeden Tadeusz spudłował:
– Napadacie wszyscy na pana Tadeusza, a przecie to młody myśliwy. Po raz pierwszy w życiu strzelał do łosia i miał prawo pogorączkować się. Ale pan, panie Kandyba, stary myśliwy i żeby tak haniebnie spudłować...


Pan Kandyba mruknął coś niewyraźnie i milczkiem wychylił kieliszek. Tadeusz mógł więc przestać być figurą centralną i kozłem ofiarnym, mógł zupełnie uniknąć drwin i peror, gdyby nie palnął głupstwa, pytając ni z tego, ni z owego:
– Łoś szedł wprost na mnie. A co by się stało, gdybym nie strzelił? Czy w ogóle łoś rzuca się na ludzi?
– Łoś nigdy nie rzuca się na ludzi, lecz nigdy nie zbacza z drogi: zdeptałby pana jak amen w pacierzu.
Tadeusz spojrzał niedowierzająco na obecnych. Odpowiedział mu grzmot śmiechu. Najgłośniej śmiał się pan Kandyba. Na razie Tadeusz nie rozumiał, o co chodzi. Wyjaśnił mu to pan Staroniewicz, mówiąc tonem znaczącym:
– Ach, więc to dlatego pan spudłowałeś...


Była to w tym dniu chwila może straszniejsza niż pudło do łosia. Tadeusz zrozumiał, że prócz opinii pudlarza doczepiono mu opinię tchórza. Łoś spudłowany przez Tadeusza był w światku mińskim tematem rozmów i plotek w ciągu pół roku. Krążyły najrozmaitsze wersje. Najbardziej rozpowszechniona z nich brzmiała: "Zobaczył łosia po raz pierwszy w życiu, przeraził się i spudłował, choć strzelał jak do kopy siana". Potem jednak potoczyły się zdarzenia wielkiej i ogólnej wagi. Zdarzenia te sprawiły, że o łosiu zapomniano.
A w dwadzieścia jeden lat później Tadeusz Ipohorski-Irteński pisał: "Wspomnienia myśliwskie są czyste, jak pierwsza porosza, mocne jak woń bahunu, słodkie jak leśne maliny. Nie są one ani złe, ani dobre, ani miłe. Są one tylko myśliwskie. I cóż że wtedy spudłowałem do łosia? Gdybym nie spudłował, dostałbym piękne rogi, które prawdopodobnie przepadłyby w latach 1917–1920 z tylu innymi rzeczami – cennymi i pamiątkowymi.
Dziś zamiast martwego trofeum na ścianie mam w duszy jedno z najmilszych wspomnień myśliwskich. Dziś przymykam oczy i widzę ów »obrazek weyssenhoffowski« – łosia migającego białymi nogami ku stanowisku pana Kandyby. Mój łoś żyje. I może żyje nie tylko we wspomnieniu. Bo – kto wie – co się później stało z jego fizyczną powłoką? Może ustrzelił go kłusownik. Może niezwykle śnieżną i ostrą zimą 1916–1917 otoczyły go i pożarły wilki. Może w okresie »swobody« padł pod ciosami chłopskich wideł. Może zginął w czasie rykowiska w pojedynku z silniejszym rywalem. Może żyje jednak – sędziwy i groźny samotnik –- i nosząc na łbie potwornym jakiejś potwornej wielkości łopaty snuje się po dziś dzień po borach łohojskich – kto wie...".

 

Rozdział III
DRUĆ


Na parę lat przed wybuchem wojny tygodnik petersburski "Nowyj satirikon", zasilany najtęższymi piórami satyrycznymi ówczesnej Rosji z Teffi i Awierczenką na czele, wydał numer poświęcony wojnie przyszłości. "Wojna trwała jedną godzinę, trzydzieści sześć minut i jedenaście sekund" – tak mniej więcej zaczynał się jeden z artykułów w tym numerze. Wojna japońska wyjawiła bowiem niesłychane a mrożące krew w żyłach środki zniszczenia współczesnej wojny: karabiny maszynowe zwane z rosyjska kulomiotami, daleko i szybkostrzelne działa, olbrzymie pociski naładowane jakimiś "szimozami". Bąkano też, choć nieśmiało, o łodziach podwodnych a nawet o przyszłości wojennej aparatów latających – zarówno cięższych od powietrza, jak i zeppelinów (które chyba nie wszystkie rozbiły się nad Jeziorem Bodeńskim?). Pytano więc: czy wojna – jeżeli w ogóle wybuchnie – prowadzona przy pomocy tak okropnych broni, może potrwać długo?


A jednak wojna trwała. Trwała już przeszło pół roku. I jak można było sądzić z samarytańskich wizyt w szpitalach wojennych, dokąd miłosierne panie nosiły żołnierzykom papierosy i słowa pociechy, bardzo duży procent rannych miał kłute rany od bagnetu, jak za czasów Suworowa.
Raz jeden Tadeusz asystował pani Irteńskiej przy wizycie w szpitalu etapowym na dworcu, gdzie leżeli ranni i chorzy mający być odesłani dalej w głąb Rosji. W dość dużej i jasnej sali damy rosyjskie opiekowały się rosyjskimi dziwo-bohaterami. Pani Irteńska wstąpiła do zatłoczonej łóżkami salki, do której nie zaglądały samarytanki rosyjskie. Leżeli tam jeńcy austriaccy, przeważnie nie ranni, lecz chorzy na dyzenterię czy biegunkę. Zaduch był straszny. Chorzy gorączkujący wykrzykiwali słowa bez związku po niemiecku, węgiersku, polsku i czesku. Jakiś Węgier wrzeszczał co kilka sekund potężnym tenorem: "Sanitater, srać!". Ale ani sanitariuszy, ani sióstr miłosierdzia nie było. Pani Irteńska szybko rozdała papierosy, zamieniła kilka słów z pierwszym z brzegu Austriakiem i wyszła z zapowietrzonej sali. Gdy mijała grupę pań rosyjskich, jedna z nich zmrużyła oczy i powiedziała:
– A więc opiekuje się pani rannymi wrogami?


Trzeba było widzieć, co się stało z panią Irteńską. Kalecząc niemiłosiernie język rosyjski, zaczęła wymyślać Rosjance:
– Widzę, że pani miłosierdzie chrześcijańskie nie rozciąga się na cierpiących tylko dlatego, że noszą mundur nieprzyjacielski! Chyba jest pani poganką! Jestem pewna, że nawet Żydzi (Tadeusz pociągnął panią Irteńską za rękaw)... Jestem pewna, że nawet Turcy odnoszą się z miłosierdziem do rannych nieprzyjaciół. A zresztą wśród tych rannych, którym zaniosłam papierosy, jest dużo Słowian, dla których podobno prowadzicie tę wojnę...
Tadeusz mocniej pociągnął panią Irteńską za rękaw. Machnęła ręką i zamilkła zwłaszcza, że panie rosyjskie milczały ponuro. Wojny na godziny nikt nie obliczał. Ale obliczano na tygodnie, później na miesiące. Gdy generał brytyjski Earl Kitchener of Khartoum powiedział, że wojna może potrwać trzy lata, pomyślano, że dzielny staruszek w piętkę goni.


Pewne podniecenie wywołał pierwszy dzień wiosny, 9 marca starego stylu 1915, gdy przyszła wiadomość, że "nasze waleczne wojska zdobyły Przemyśl". Gazety podały niesłychane cyfry zdobytych armat, sprzętu wojennego, zapasów i jeńców z generałem o czeskim nazwisku na czele. Wojska rosyjskie biły się w Karpatach. Tylko na froncie niemieckim zwycięstw nie było. Warszawa była wprawdzie wciąż w ręku rosyjskim, ale Prusy Wschodnie zostały prawie całkowicie z Rosjan oczyszczone.
Optymizm nie gasł jednak. Gdyby nawet Warszawę ocalono ("ze względów strategicznych"), pozostaje linia trzech fortec: Iwangorod (Dęblin), Nowogieorgijewsk (Modlin) i Osowiec. Zdaniem strategów zajętych szpilkowaniem map twierdze te były "nowoczesne". A gdyby jakimś cudem ta linia została przełamana, pozostaje druga linia obronna: forteca Kowno, Grodno i Brześć Litewski.
Wojna trwała. Życie na tyłach biegło normalnie. Złote ruble znikły z obiegu zaraz po wybuchu wojny, ale rubel papierowy stał mocno. Ceny na produkty pierwszej potrzeby nie drgnęły. A kawior – ziarnisty i prasowany – spadł w cenie równo o połowę, gdyż przerwany został jego eksport za granicę. Przyszła wiosna. Tadeusz pojechał do Petersburga i zdał tam przepisową ilość egzaminów dla przejścia na trzeci rok prawa: z ekonomii politycznej i z historii prawa rzymskiego.


W środku maja coś się zaczęło psuć na froncie. Komunikaty kwatery głównej, czyli tzw. stawki (namiotu) wodza naczelnego w Baranowiczach, były po dawnemu pogodne i uspokajające. Ale poczta pantoflowa, lub raczej podziemna poczta iskrowa prowadzona od wieków przez Żydów miejskich i miasteczkowych, zaczęła szeptać o cofaniu się z Galicji, a później – latem – o oddaniu Niemcom Warszawy. Po kilku dniach przyszło oficjalne potwierdzenie tej wieści. Armia rosyjska cofała się na całym froncie. Jeszcze wcześniej oddano Przemyśl, którego zdobycie tak reklamowano przed kilku miesiącami. Oddano Lwów razem z "rewindykowanymi" unitami.
Nie oparła się też nowoczesna linia fortec: Iwangorod, Nowogieorgijewsk i Osowiec. Zresztą nikt tej linii bronić nie zamierzał. Żydowska poczta iskrowa coraz głośniej mówiła o braku broni i amunicji w wojsku rosyjskim. Brakło pocisków artyleryjskich i ładunków karabinowych. Brakło armat i karabinów. Po raz pierwszy przez całe społeczeństwo przebiegło syczące słowo "zdrada". Ktoś musiał zdradzić, bo jakże inaczej mogło zabraknąć amunicji dla krwawiącej się na froncie armii? Armia rosyjska cofała się jednak w porządku i bez popłochu. W porządku opuszczono linię Iwangorod-Nowogieorgijewsk-Osowiec. W porządku porzucono linię Brześć Litewski-Grodno-Kowno. Zresztą już w roku 1812 Rosjanie pokazali, że potrafią, gdy zechcą, cofać się w porządku.


W tym czasie w. ks. Mikołaj Mikołajewicz wydał rozkaz, który mu odebrał resztki sympatii u Polaków. Według tego rozkazu cofające się wojska miały niszczyć wszystko, co pozostawiały za sobą, i jednocześnie uprowadzać przymusowo całą ludność cywilną. Setki tysięcy wygnańców zwanych "bieżeńcami", Polaków, Litwinów i Białorusinów, ruszyło na wschód. Dziesiątki tysięcy grobów, przeważnie dziecięcych, wyrosło na zboczach szlaków wygnańczych. Gdy w rok później Tadeusz jechał traktem ihumeńskim, oglądał na własne oczy co pół wiorsty po kilka skromnych zarosłych trawą mogiłek z prymitywnymi krzyżami w cieniu starych brzóz, którymi trakt był wysadzony. Ponieważ był wtedy w trakcie pisania wierszy, więc napisał na temat tych skromnych krzyżyków elegię pt. "Wiosna 1916 roku". Elegię później wydrukowała jednodniówka mińska "Siew Bellony", ozdobioną rysunkami i winietkami Henryka Weyssenhoffa.


Rozkaz Mikołaja Mikołajewicza wprawił Polaków w stan niesłychanego oburzenia. Ponieważ zarówno w złej, jak dobrej godzinie psychika polska jest nastrojona według tonacji "Polska jest pępkiem świata", więc znalazło się wielu bardzo nawet poważnych Polaków, którzy twierdzili, że rozkaz wysiedlania ludności i palenia wsi i dworów był wydany rozmyślnie w celu biologicznego, jak byśmy dziś powiedzieli, wyniszczenia narodu polskiego. Rzecz jasna autorzy rozkazu nic podobnego nie mieli na myśli. Była to po prostu pierwsza próba zastosowania scorched-earth policy, tak konsekwentnie stosowanej w 26 lat później. Zresztą i w roku 1915 skutki tej polityki były opłakane: tysiące wsi i dworów poszło z dymem, a nawet jedno miasto, Brześć Litewski, zostało niemal doszczętnie "rozstrzelane", ogniem cofającej się artylerii rosyjskiej. Na to pocisków nie zabrakło.
Armie rosyjskie cofały się w porządku, ale nikt nie mógł zgadnąć, gdzie się zatrzymają. Kopano pośpiesznie okopy wzdłuż lewego brzegu Berezyny, co by oznaczało, że tamtędy przyszły front będzie przebiegał i że Baćków znajdzie się po stronie rosyjskiej i o trzy wiorsty od frontu. Mówiono jednak o jeszcze dalej na wschód położonej linii obronnej – o Dnieprze. Wilno zostało oddane Niemcom jakby bez boju, chociaż w trzy lata później Tadeusz spotykał w Mińsku oficerów niemieckich, którzy mówili, że dostali krzyże żelazne "fur die Schlacht von Wilno".
Wydano jeszcze jeden rozkaz barbarzyński – spalenia zapasów spirytusu w gorzelniach. Spirytus wylewano do stawów i na łąki i tam podpalano. Przed podpaleniem chłopi i chłopki starali się uratować trochę spirytusu i nabierali cennego płynu zmieszanego z mułem i błotem do czego się dało – do wiader, butelek, niecułek, nawet do czapek.


Na posiadaczy niebieskich i białych biletów padł blady strach. Niebieskie bilety, tj. jedynaków, zaczęto powoływać do wojska bez względu na to, że byli "jedynymi żywicielami rodziny", a białym biletom groziła ponowna i drobiazgowa rewizja lekarska. Pomysłowość ludzka nie zna jednak granic. Zanim nowe zarządzenia przybrały formę prawną, już tysiące niebieskich i białych biletów wstąpiło do pomocniczych "paramilitarnych" organizacji, w których udział zwalniał od obowiązku normalnej służby wojskowej.


Wśród Polaków najpopularniejsze były "Oddziały (czy też drużyny) drogowe". Z biegiem tygodni ilość tych organizacji rosła i stały się one wreszcie jakąś bachanalią. Mieliśmy więc "Organizację wielkiej księżny Marii Pawłówny" (organizację tę zwano żartobliwie gwardią sanitarną, gdyż jej członkowie nosili epolety niczym się nie różniące od epoletów oficerskich i mające nadto cyfrę "M.P." z mitrą wielkoksiążęcą); mieliśmy organizacje opieki nad tzw. hurtami, tj. stadami krów, które również były przymusowo ewakuowane razem z ludnością; mieliśmy Związek Miast i Związek Ziemstw (przetłumaczony przez Leo Belmonta w powieści Ałdanowa na "związek ziemian"!); mieliśmy wreszcie organizację rozciągającą pieczę nad wygnańcami, których nazywano "bieżeńcami", a po polsku "uciekinierami". Nazwa była błędna, drobna bowiem część tych ludzi uszła dobrowolnie: w istocie byli to wygnańcy a nie uchodźcy. Organizacja nosiła długą nazwę "Północo-pomoc dla organizacji uchodźców frontu zachodniego". Rosjanie, których zmysł humoru nie ustępował wtedy zmysłowi humoru u Polaków, przekręcili nazwę tej organizacji na "Północo-niemoc dla dezorganizacji uchodźców frontu zachodniego". Wyliczyłem tylko kilka typowych organizacji, naprawdę było ich znacznie więcej. Odnotuję jedno jeszcze curiosum. Ktoś wymyślił, że szlachta pracująca w jakiejkolwiek z owych organizacji ma prawo noszenia specjalnych złotoczerwonych naramienników. Trwały te mundury "szlacheckie" w Mińsku dość długo, zanim nie zjawił się groźny i krewki pułkownik, komendant placu miasta Mińska, który bezprawnie umundurowanych szlachciców zapraszał do bramy i tam bez ceremonii zdzierał z nich epolety.


Sierpień. Tadeusz Irteński przeżywał w Baćkowie chwile trwogi. Co będzie, jeżeli Niemcy zajmą Mińsk i Baćków? Może Tadeuszowi, jako będącemu w wieku poborowym, grozi internowanie przez Niemców? Wieści z zachodu były coraz groźniejsze. Żydzi w Sielibie wiedzieli o wzięciu Wilna na kilka dni przed oficjalną wiadomością i szeptem dawali do zrozumienia, że z dnia na dzień czekają oddania Niemcom Mińska. Przez Baćków, który przez rok cały leżał w strefie, gdzie o wojnie niemal zapomniano, nagle powiało groźnym "tchnieniem Bellony". Do wsi i dworu zajechał z ciężkimi wozami "park artyleryjski" Po drodze sunęły obozy. Poczciwa dobra "gruntowa" droga koło Małego Lasku, po której jechało się lekko a bez kamiennego stuku, teraz była przemielona kołami armat, jaszczów i ciężkich wozów, konie grzęzły w niej po kostki, a koła po osie. Oficerowie parku artyleryjskiego byli mili i kulturalni. Z jednym z nich, porucznikiem Pawłowem, zawarł Tadeusz krótką przyjaźń opartą na obustronnej pasji łowieckiej. Choć do sezonu jesiennego i brakowało paru tygodni, zaproponował nowemu przyjacielowi zapolować z gończymi. Gdy stali na wyschłej na pieprz, a zwykle błotnistej drodze przez Sterczynę - sierpień był suchy tego lata - i słuchali dalekiego gonu sześciu ogarów - nadciągnął mały oddział piechoty eskortującej jakieś wozy. Żołnierze wlekli się miętosząc ciężkimi buciskami rozmieloną drogę i z tępą ciekawością przyglądali się cywilowi i oficerowi z dubeltówkami w rękach. Jeden z żołnierzy spojrzał z ukosa na epolety Pawłowa i powiedział głośno patrząc w inną stronę:
– Panowie oficerowie z artylerii zabawiają się (batujutsa), a piechota za wszystko odpowiada.


Był to pierwszy zauważony przez Tadeusza przykład nie subordynacji. Rok temu podobne odezwanie się szeregowca wobec oficera było nie do pomyślenia.
"Tchnienie Bellony" miało również aspekt akustyczny. Wystarczyło zejść z alei z miejsca, gdzie był grób stryja Ludomira, i po przejściu dwustu kroków stanąć między drzewami lasu uroczyska Makowje, aby od czasu do czasu usłyszeć jak leciutki wietrzyk z zachodu przynosi wyraźny pomruk armat.
Gdy Tadeusz słuchał tej muzyki wojennej razem z Pawłowem, zauważył, że na twarzy artylerzysty odbił się niepokój.
– Jak daleko dochodzi odgłos strzałów armatnich? – spytał Tadeusz.
– Strzałów najcięższej artylerii przy najbardziej sprzyjacych warunkach atmosferycznych nie słychać dalej niż 30-40 wiorst – odparł rzeczoznawca.
(Jak się później okazało, rzeczoznawca się mylił i Tadeusz był świadkiem niezwykłego fenomenu akustycznego: strzały grzmiały gdzieś pod Baranowiczami, czyli w linii powietrznej o jakieś 200 wiorst od Baćkowa).
Tymczasem z Mińska przyjechał pan Irteński. Przyniósł groźną wiadomość o załamaniu się frontu pod Nowo-Święcianami i ukazaniu się oddziałów niemieckich na wschód od Mińska, bo aż pod Borysowem. Dopiero później się dowiedziano, że nie było to przerwanie frontu, a tylko słynny "nowoswiencianskij proryw" - raid kawalerii dokonanej przez niemieckich "huzarów śmierci". Husarzy ci narobili porządnego popłochu zjawiając się istotnie w okolicach Borysowa, po czym wycofali się z powrotem na zachód.
Na ranie jednak rodzina Irteńskich była mocno zaalarmowana. Po naradzie familijnej, w której uprzejmi oficerowie parku artyleryjskiego brali udział z głosem doradczym, postanowiono zaopatrzyć Tadeusza w odpowiedni zapas gotówki - na wypadek dłuższego odcięcia od ogniska rodzinnego - i wysłać go końmi na wschód do stacji Stary Bychów (100 wiorst!), aby stamtąd koleją jechał do Petersburga. Wybrano taką niezwy-kłą marszrutę, gdyż koleje na Mińsk były zatłoczone.


Życie gospodarcze i towarzyskie Baćkowa ciążyło ku zachodowi, północy i południowi. Wschód był stroną świata, gdzie słońce wschodziło - i niczym więcej. Z czasów najwcześniejszego dzieciństwa i pierwszej młodości Tadeusza utrwaliło się w nim przekonanie, że na wschodzie - za ciemnosinym pasem starzyn i borów - nic już nie ma i że się tam świat kończy. Los zrządził, że teraz miał poznać ten "koniec świata".
Droga, przeważnie leśna, biegła przez Kliczew, Olsę, Czeczewicze i Horodziec. W Horodźcu był nocleg w jakimś starym zajeździe. Były prześliczne dni babiego lata. Bory, nagrzane za dnia, pachniały wieczorem żywicą, grzybami i nieuchwytnym aromatem wczesnej jesieni. Po niebie bez chmurki ciągnęły na południo-zachód, ozłocone skośnymi promieniami słońca, kliny żurawi. Ich klangor podobny do jękliwych kurantów biegł przez czyste powietrze to zamierając, to dźwięcząc na nowo jak mickiewiczowska harmoniki sfera. A "południując" w cieniu sosen rosochatych na mchu i wrzosach przysłuchiwano się głuchym, jakby podziemnym pomrukom dalekich armat. Ten odgłos nieprzyjemny przypominał, że jest wojna i że podróż przez te bory prześliczne odbywa się nie w celach krajoznawczych, a dlatego że "wojenka" (co za pieszczotliwy eufemizm!) wypruwa ludzi z nagrzanych, pachnących myszką i suszonymi jabłkami kątów.


A las dokoła żył własnym życiem. "Obojętna przyroda jaśniała wiecznym pięknem". Telegrafista boru dzięcioł wystukiwał w próchnie osiny odwieczny, niosący dobre nowiny alfabet leśny. Jękliwie skarżył się krążący nad borem koniuch myszołów. Gdzieś bardzo daleko dźwięczał jak dzwonek gon ogarów goniących lisa czy zająca. Późnym popołudniem pierwszego dnia podróży odbyła się przeprawa przez rzekę Druć.
Rzeka Druć... Dla dziewięćdziesięciu dziewięciu na stu Polaków "Druć" zabrzmi tylko, jak nic nie mówiąca nazwa geograficzna. A szkoda. Druć jest właśnie dla Polaków rzeką godną zapamiętania. Linią bowiem tej rzeki biegła granica pierwszego rozbioru (1772). Dalej na zachód nie śmiały jeszcze wedrzeć się szpony Katarzyny II. Zabrała tylko spory szmat tych ziem między Drucią i Dnieprem. Zabrała oczywiście nie w celach imperialistycznych, lecz dla oswobodzenia ludności nękanej przez "jarzmo polskie", no i dla celów strategicznych. Była więc Druć pierwszym cofnięciem się Rzeczypospolitej Obojga Narodów z reduty dnieprowskiej na zachód. I była Druć pierwszą w dziejach Polski - osiemnastowieczną - "linią Curzona".

piątek, 16 listopad 2012 17:01

Wojna i sezon (3)

Napisane przez

Czasopisma drukowały wiersze patriotyczne. Nawet hedonista i "egofuturysta" Igor Sjewierianin pisał: Kto ruszit Giermaniju skoreje na stanciju; Tam pojezd za pojezdom stremitsa wpieriod... albo gromił Wilhelma II: Winiu tiebia za to, czto ty, nachmuriw browi; Wozdwig w swojej stranie gonienije na sławian...
W teatrach i teatrzykach obowiązywał też repertuar podniosły. Stawiano więc sztukę Leonida Andrejewa "Król, prawo i wolność" na tle bohaterskiej postawy Belgii. Tytuł wzięto z refrenu Brabansony. Publiczność tłumnie waliła na tę sztukę, ale Tadeusz nie poszedł instynktownie przeczuwając szmirę. O repertuarze teatrzyków wspomniałem w rozdziale poprzednim.
Gazety i tygodniki pitrasiły opowiadania na temat bohaterstwa "szarych żołnierzyków" oraz reportaże, również w bohaterskim tonie utrzymane, własnych korespondentów z frontu. Ci właśni korespondenci z frontu oraz właśni korespondenci "z Kopenhagi" z reguły nie ruszali się od swych biurek w redakcjach petersburskich. Pisma humorystyczne kpiły z Wilhelma, z Franciszka Józefa, z Turków. Niektóre kawały były niezłe. Warto przypomnieć jeden.
Instruktor niemiecki ogląda twierdzę turecką i wytyka dowództwu tureckiemu jej braki. W pewnej chwili widzi z przerażeniem, że armaty jednej z baterii są drewniane.
– Ależ z tych armat strzelać nie można! – wykrzykuje.
– Istotnie – przyznaje Turek – te armaty nie nadają się do strzelania.
– A więc po co w ogóle tu stoją?!
– O, my mamy na to cały regulamin – objaśnia Turek – do każdej armaty jest przydzielona załoga złożona z trzech żołnierzy. Jeden z nich zaciąga się papierosem i wypuszcza kłąb dymu. Drugi mówi "bum". A trzeci bierze do ręki pocisk i rzuca go wprost w mordę nieprzyjacielowi.
Poza tym humor wojenny kręcił się wkoło prostego przepisu, że Rosjanin jest dzielny i sprytny, Niemiec głupi i okrutny, Austriak – tchórz. O Turku w ogóle szkoda mówić. Głupota niemiecka była najczęstszym tematem dowcipów. Czy można było się temu dziwić, skoro pisarz tej miary co Adolf Nowaczyński pisał w "Świecie" Krzywoszewskiego: "Niemiec prochu nie wymyślił i nigdy go nie wymyśli; on tylko filozoficznie istnienie jego udowodni".
"Okrucieństwa niemieckie" stanowiły szczególny temat zarówno artykułów prasowych, jak i gotowanych przez kancelarie dyplomatyczne ksiąg tego lub innego koloru. Polacy ze zgrozą czytali o spaleniu Kalisza przez majora czy pułkownika Preuskera. Ku końcowi wojny i w czasie rewolucji, a zwłaszcza w obliczu rodzimych – słowiańskich – okrucieństw, o "okrucieństwach (zwierstwach) niemieckich" zapomniano. Dopiero w okresie bolszewizmu, który coraz bardziej dawał się we znaki "niedorżniętej burżuazji", puszczono w Petersburgu taki dowcip: "Słyszeliście o ostatnim okrucieństwie niemieckim? Nie chcą zająć Petersburga!".
Tak jesienią 1914 roku wyglądał Petersburg – do niedawna Sankt-Petersburg. Życie toczyłoby się zupełnie normalnie, gdyby nie zakaz sprzedaży alkoholu. W soboty, niedziele i święta na ulicach nie było już pijanych. A jeżeli zdarzył się pijany, to przechodnie patrzyli na niego z sympatią i zazdrością pytając się w duchu, a czasem i głośno: "I gdzie się on tak nalizał?". Bo o zdobycie alkoholu było bardzo trudno. Z narażeniem na ślepotę pito "oczyszczony" denaturat. Pito politurę i wodę kolońską. Pito mydło spirytusowe do włosów. Opowiadano nawet – może zresztą był to ponury żart – że pito "niemowlak", czyli spirytus skradziony w gabinetach anatomicznych z preparatów, w których konserwowano zdeformowane zwłoki martwo urodzonych niemowląt. Od tych wszystkich koktajli prohibicyjnych ludzie chorowali na oczy. Przed klinikami oftalmologicznymi stały kolejki. Alkoholicy, którzy nie mogli lub nie chcieli zadowolić się niemowlakiem lub politurą i byli skazani na przymusową abstynencję, dostawali przewlekłych bólów mięśni i byli leczeni masażem.
W Polskiej Kuchni Studenckiej na Zabałkańskim nr 20 po staremu przystojna kuchareczka zaróżowiona pod białym czepkiem rzucała na skwierczącą patelnię befsztyk, który po staremu kosztował 30 kopiejek. Jak zawsze było gwarno. Może trochę gwarniej niż przed wojną, gdyż wszystkie stoliki, przy których – jak mawiał wieczny student Krasowski – na różny sposób "zbawiano Polskę", huczały, jak gniazda szerszeni od dyskusji strategicznych i politycznych. Dyskusje odbywały się ze śmiertelną powagą.
Gdy raz Franek Szystowski z Mińszczyzny, świeżo upieczony student Instytutu Dróg Komunikacji, odważył się wtrącić do dyskusji mówiąc z miną poważną, że "według pogłosek Niemcy chcą zwyciężyć Francję" spotkał się z niezadowolonym wzruszeniem ramion. Spokojnie tylko zachowywał się stolik Litwinów, czyli ludzi nie przejmujących się sprawą zbawiania Polski. Czytali w milczeniu swoje gazety, na których na pierwszej stronie widniał tłustymi literami wyraz "karas", co po litewsku znaczy "wojna". Odtąd paczka przyjaciół Tadeusza nazywała Litwinów "karasiami".
Zabawy alkoholowe uległy na razie przerwie. Za to pilnie uczęszczano na "biega", tj. wyścigi kłusaków, a wieczorami grano w karty. Do kompanii Tadeusza, do której wkrótce przylgnęła importowana z Mińska nazwa "Cempść", należeli po dawnemu: Toluś Rusiecki, Wiktor i Wojciech Korsakowie, Sewerek Odyniec, Władek Krecz, Mietek Goryniewski.
Ze świeżo upieczonych studentów przyłączył się do nich Henio Węcławowicz o przezwisku Buton oraz wspomniany Franek Szystowski. W miarę potrzeby odwiedzano na ulicy Sadowej na wprost Biblioteki publicznej kawiarnię "Empire", gdzie się zbierała giełda "dziennych" a więc dobrych prostytutek. Krecz wprowadził ich też do zacisznego i przytulnego domku publicznego na ulicy Oficerskiej, w którym panował nastrój familijny, gdzie gospodynią i pensjonarkami były Estonki i gdzie można się było napić – za dość drogie pieniądze – koniaku. Aby nie ugrząźć po uszy w "złotomłodzieżowej" rozpuście i w celu otrzymania posiłku dla ducha Tadeusz, Toluś i Buton chodzili mniej więcej raz na tydzień do Muzykalnej dramy, gdzie w "Eugeniuszu Onieginie" śmiertelnie ranny w pojedynku Lenski padał na watowany pagórek imitujący śnieg i gdzie w "Pikowej damie" partię starej hrabiny grała pani Dawydowa – ta sama, która potrafiła być młodą, giętką i płomienną Carmen i ta sama, która w 50 lat później grała rolę starej hrabiny w Paryżu w fantazji wokalno-tanecznej Lifara pt. "Pikowa dama".
W końcu listopada Tadeusz wyruszył z powrotem do Mińska. Na dworcu warszawskim zwracał uwagę wagon sypialny z tabliczką "Pietrograd-Lwow".
Wspomnienia myśliwskie to album magiczny, do którego powraca się z dreszczem poprzedzającym pierwszą schadzkę miłosną. Dla myśliwego nie ma wspomnień niemiłych. "Haniebne" pudła i tym podobne czarne karty dziennika myśliwskiego sprawiają przykrość chwilową: nie unikniesz "szyderstw towarzyszy", jak oni nie unikną twoich szyderstw jutro lub pojutrze. Nie unikniesz ironicznego uśmiechu siostry, żony, ciotki, córki lub zgoła kucharki, gdy z pustymi rękami powrócisz z łowów. Czy będziesz tłumaczył tym przedstawicielkom "niemyśliwego narodu", że dusza pełna wrażeń droższą jest od torby pełnej zwierzyny? Machniesz tylko ręką, pomyślisz: co mnie i tobie, niewiasto – z apetytem wilczym zabierzesz się do posiłku, a gdy sen ukoi chwilową gorycz niepowodzenia i ześle odpoczynek strudzonym mięśniom – zerwiesz się wesoły jak dziecko i zaczniesz układać plan jutrzejszych łowów.
– Jedziemy na łosie do Łohojska!
Z takim okrzykiem wpadł wieczorem do Tadeusza Henio Roztropowicz. Tadeusz nie pytał, co i jak. Kożuszek, decha, dubeltówka w futerale, kilka ładunków "żakanowskich" do kieszeni – i już siedział z Heniem w bryczce niemiłosiernie trzęsącej się po kocich łbach. Wkrótce miasto i kocie łby skończyły się, ale zaczęła się męka straszliwej grudy: listopad był mroźny i bezśnieżny w owym roku. Po wielu godzinach, wytrzęsieni i głodni, ujrzeli czarną masę parku łohojskiego, a z tej masy tu i ówdzie gościnnie i przytulnie błyszczały światełka.
Nazajutrz powitał ich prześliczny poranek. Niebo bez chmurki, słońce, lekki mróz, cisza. Kompania myśliwska składała się z sześciu osób: dwaj panowie z administracji łohojskiej, z których jeden nadleśny pan Cybulski, szlachcic zagrodowy pan Kandyba, przemysłowiec miński pan Staronie-wicz ("karciarz"), Henio Roztropowicz i Tadeusz. Pociągnięto numerki.
Pierwszy stanął Henio, potem Tadeusz, potem pan Kandyba i inni. Knieję stanowiła "półmszaryna", gdzie prócz łóz i karłowatej sośniny, rosły pojedynczo większe sosny i brzozy. Pierwszy stanął Henio, Tadeusz zaś ruszył dalej za grupą myśliwych, starając się iść możliwie cicho, wybierając kępy mchu, których powłoka zmarznięta łamała się, ukazując czarne błoto. Po ujściu kilkudziesięciu kroków myśliwi zatrzymali się. Pan Staroniewicz naradzał się po cichu z panem Cybulskim, który mu pokazywał coś na mchu. Wreszcie pan Cybulski zbliżył się do Tadeusza i spytał szeptem:
– Pachnie panu łoś?
– Pachnie.
– A nie spudłujesz pan?
– Postaram się.
– No to stawaj pan tutaj.
Trzask kroków oddalających się myśliwych ucichał powoli. Tadeusz widział, jak pan Kandyba sadowił się za krzakiem łozy. Spojrzawszy na lewo dojrzał Henia opartego o pień sosny. A gdy przypadkowo skierował wzrok na ziemię, zrozumiał, co pan Cybulski pokazywał panu Staroniewiczowi i zrozumiał, dlaczego właśnie w tym miejscu miał mu "pachnąć" łoś. Na posrebrzonym od szronu szarozielonym kobiercu wyraźnie widniały wejściowe tropy łosia.
Chwile płynęły. Ścięta mrozem mszaryna jak gdyby drzemała w przedzimowym letargu i skośne promienie listopadowego słońca nie rozgrzewały jej. Cisza była tak wielka i powietrze tak czyste, że wyraźnie słychać było szczekanie psów w dalekiej wiosce. Nagle – zabrzmiało to jak trąbka... nie – jak dzwonek. Gdzieś z głębi mchów rozległo się raz i drugi jękliwe doławianie się. Ciepła fala uderzyła Tadeuszowi do skroni i na chwilę odebrała mu słuch. A gdy odzyskał słuch już wyraźnie słyszał urywany, wysoki, trochę zachrypnięty gon pojedynczego psa. Gon zbliżał się wyraźnie. Nie było to melodyjne granie rasowego gończaka: raczej zajadły dyszkant kundla, który oszczekuje kota.
Ujrzał wreszcie to, o czym nieraz marzył, a co dotychczas znał tylko z obrazów Weyssenhoffa. Na prawo od jego stanowiska, wprost na pana Kandybę sunął łoś. W ogromnym wzruszeniu, które ogarnęło Tadeusza, znalazło się miejsce na refleks, jak gdyby rozczarowania, że wszystko wygląda właśnie tak, jak na obrazku. Równym, posuwistym kłusem szedł łoś przez najrzadszą partię mszaryny, jakby łączką. Brakowało tylko stogu siana, a byłby żywy plagiat "Tęsknoty" Weyssenhoffa.
Pan Kandyba musiał się poruszyć, bo nagle łoś skręcił prawie pod prostym kątem i ruszył na sztych na Tadeusza. Z Kandybowego krzaka wykwitł jeden, potem drugi pióropusz błękitnego dymu i zagrzmiały dwa strzały. Łoś szedł dalej na Tadeusza.
Tadeusz zełgałby ordynarnie, gdyby powiedział, że nie pamiętał, co było dalej. Owszem, pamiętał wszystko jak najdokładniej. Pierwszy raz strzelił na sztych o jakieś piętnaście kroków celując (o wstydzie!) nie w pierś, lecz w ogromny łeb z rosochami. Gdy dym się rozwiał, ujrzał łosia defilującego spokojnym kłusem już na lewo od niego. Strzelił drugi raz na kroków dziesięć na łopatkę. Łoś nie zmienił tempa równego kłusa i migając białymi nogami oddalał się spokojnie, aż znikł w gęstwie łóz i bośniaków. Po chwili szczekając jękliwie i z trudem przeskakując przez kępy i zwały zjawił się gończak, którym był zwykły pokurcz wielkości foksteriera z zakręconym w obwarzanek, jak u świni, ogonkiem. Ten dziwny okaz białoruskiej łajki przebiegł obok Tadeusza nie zwróciwszy na strzelca uwagi i pogonił dalej tropem spudłowanego łosia.
Wściekły, bezsilny, bardzo bliski płaczu żal chwycił Tadeusza za gardło. A przecież to był dopiero początek udręki, bo oto od stanowiska pana Kandyby zbliżali się do niego ożywioną i gwarną czeredą – bracia myśliwi!
– Panie! – krzyczał czerwony jak burak pan Staroniewicz – a wiesz pan, co dawniej robiono myśliwemu, który zwierza wypuścił z ostępu? Nie wiesz pan?
– Trudno. Spudłowałem – mruknął Tadeusz bez przekonania.
– Że spudłowałeś pan, to widzimy. Ale nie w tym rzecz, że pan spudłowałeś. Pudła zdarzają się najlepszym strzelcom. Rzecz jest w tym, że wypuściłeś pan zwierza z ostępu!
– A cóż miałem robić?
– Jak to: "cóż miałem robić"? Musiałeś pan krzyczeć, machać rękami, słowem zawrócić zwierza do ostępu...
Po raz pierwszy w życiu zrozumiał Tadeusz, ile jest groźnej przestrogi w słowach wieszcza o myśliwcu, który zwierza wypuścił z obławy. A pan Staroniewicz perorował dalej:
– Panie! Ciesz się pan, że minęły dawne czasy, gdy za takie rzeczy dostawało się stęflem w dupę.
Henio, któremu żal się zrobiło Tadeusza, rzucił hipotezę:
– A może łoś dostał?
Milczący dotąd pan Cybulski zainteresował się i zwrócił do Tadeusza:
– A co łoś zrobił po strzale?
– Jak to – co? Nic.
– Ja się pytam, czy biegł dalej kłusem, czy zagalopował.
– Biegł kłusem.
– No to nie dostał, bo ranny łoś zawsze zagalopuje.

ciąg dalszy za tydzień

piątek, 09 listopad 2012 19:12

Wojna i sezon (2)

Napisane przez

"Goniec" dziekuje wydawnictwu "Czas" z Litwy


Wydawnictwo „Czas”, Wilno 2008. 



"Akwarium" bez alkoholu było nudne i na pół puste. Popisy śpiewaczek, zarówno "operowych", jak "kaskadowych", brzmiały dla trzeźwych uszu bardzo nędznie. Tłusty "reżyser" pan Pinter i szczupły "dyrektor" pan Bielat krążyli smutno po wyludnionej sali. Nastrój podniosły i bojowy trzymał się. Nic nie wiedzieliśmy o galicyjskich organizacjach "sokolskich", tj. o legionach Piłsudskiego, zjawili się natomiast w czamarkach legioniści Gorczyńskiego. Do legionu Gorczyńskiego wstąpił młodszy kolega Tadeusza Marianek Bielma-Bielinowicz. Niewielu znalazł naśladowców. Trzeźwi "mińczucy" osądzili, że w wielkiej wojnie, w której giną Polacy w trzech obcych armiach, nie ma sensu przebierać się w jakieś niezgrabne czamarki i w nich ginąć bez wyraźnego celu.

"I do polskiego serca niemiecką kulą strzel" deklamowała wiersz Słońskiego przymilna Rommówna na patriotycznych wieczorach. (W rok później po drugiej stronie frontu kula niemiecka zmieniła się w kulę "moskiewską"). Orzeczono więc, że byłoby szaleństwem ryzykować dla czamarki, że się dostanie kulę niemiecką lub austriacką, albo że się będzie strzelać kulą moskiewską do Polaków w mundurach niemieckich lub austriackich. Wojna 1914 miała tę dobrą stronę, że wykręcanie się od służby frontowej było nie tylko dopuszczalne, lecz nawet patriotycznie zalecane: "Bić się za Moskali wierząc w piękne słówka Mikołaja Mikołajewicza? Nie, dziękuję!" (Co trzeźwiejsi już powątpiewali w moc prawną pięknej literacko odezwy cesarskiego stryja). Tadeusz Irteński raz jeden widział Gorczyńskiego w kawiarni "Selekt". Nieduży wzrost nadrabiał czamarą i olbrzymimi wąsiskami. I tylko z tymi wąsami przeszedł do historii. Legenda Gorczyńskiego nie powstała.
Na razie trwał miodowy miesiąc wojny (o ile można tak mówić o wojnie). Przyszło zaćmienie słońca. Pełne. Mińsk leżał w samym centrum pasa zaciemnienia. Na dobre dwie minuty słońce stało się czarną tarczą w delikatnej aureoli bladozielonej poświaty. Na chwilę zabłysły tu i ówdzie gwiazdy i w skwarze południa powiało chłodkiem.
W tym pierwszym okresie wojny Tadeusz był świadkiem pogrzebu wojskowego, który zrobił na nim niezapomniane wrażenie, chociaż później oglądał wiele pięknych pogrzebów. W czasie ofensywy rosyjskiej w Prusach Wschodnich poległ książę Mikołaj Radziwiłł związany z Mińszczyzną przez ożenek z supermagnacką fortuną hr. Magdaleny z Zawiszów Krasińskiej. Był to wielki awanturnik – w szlachetnym tego słowa znaczeniu – weteran wojny boerskiej, japońskiej, bałkańskiej. Odznaczał się nieludzką odwagą i szukał guza wszędzie, gdzie się tylko bito. Był niezwykle piękny: nigdy ani przedtem, ani potem nie spotkał Tadeusz mężczyzny o tak doskonałej urodzie. Pogrzeb lub raczej eksportacja z dworca do katedry, a potem znów na dworzec odbyła się w nocy, przy blaskach pochodni i dźwiękach marsza żałobnego Beethovena. Tadeusz nigdy nie zapomniał tych dźwięków, jakby wydobywających się z podziemi piekielnych, ani tego nieba wygwieżdżonego, ani tych żółtych pochodni kołysanych lekkim wietrzykiem nocnym.
Miodowe miesiące wojny kończyły się. Razem z radosną wieścią o porażce Niemców pod Paryżem przyszła wieść o strasznej klęsce rosyjskiego generała Rennenkampfa w Prusach Wschodnich i o samobójstwie generała Samsonowa. (A jeszcze tak niedawno kuplecista w "Akwarium" śpiewał: "A Rennenkampf wsio wpieriod letit"...). Dotąd panuje wśród Rosjan przekonanie, że porażka pod Tannenbergiem była straszliwą ceną, którą zapłacili Rosjanie za wykonanie obowiązku sojuszniczego wobec Francji, gdyż Niemcy odciągnęły dwa korpusy z frontu zachodniego i rzuciły na wschód – ratując Prusy, lecz przegrywając bitwę o Paryż. Zdaje się jednak, że winy za zniszczenie armii Samsonowa i paniczną ucieczkę pozostałej armii należy raczej szukać w niedołęstwie Rennenkampfa, zwłaszcza że te dwa korpusy ściągnięte spod Namur przyszły na wschód już po rozstrzygającej bitwie pod Tannenbergiem.
Coraz gorsze wieści przychodziły z okupowanej przez Rosjan Galicji: unitów przymusowo nawracano na prawosławie, Polaków ze Lwowa wywożono na wschód. Nadchodziły chłody i słoty jesienne. Dość słabym echem powitano zwycięstwo pułków syberyjskich pod Warszawą. Gdyby nie wspaniała opowiastka Perzyńskiego o kłótni między starym małżeństwem w Warszawie ("Strzelają, słyszysz? strzelają, stary durniu?!" – "Duszko, czy to ja strzelam?") krwawe boje pod Sochaczewem i Piasecznem nie zrobiłyby w Mińsku większego wrażenia.
Pod koniec jesieni ocknęło się życie towarzyskie. O tańcach nie było mowy, bo wojnę uważano wtedy za rodzaj żałoby narodowej. Zresztą Rosjanie nie tańczyli i publiczne zabawy taneczne były w ogóle zakazane. Ale odbywały się koncerty i rauty na rzecz Towarzystwa Pomocy Ofiarom Wojny, które miało swe biuro w gmachu Towarzystwa Rolniczego. Ponadto z inicjatywy Henryka Weyssenhoffa i pod jego dyrekcją urządzono w teatrze miejskim szereg żywych obrazów. Był więc Kazimierz Wielki przyjmujący Żydów. Był Jan Sobieski dający audiencję posłowi cesarskiemu. Był wreszcie Hołd pruski ściśle wedle obrazu Matejki skomponowany. W braku starszego pana, który zgodziłby się być królem – proszono pana Emanuela Obrąpalskiego, ale odmówił – Tadeusz zasiadł na tronie za Zygmunta Starego, a przed nim klęczał baron Dangel (żonaty z Wańkowiczówną). Boną była wiecznie młoda belle femme doktorowa Dziekońska. Icek Święcicki był Stańczykiem... Przed obrazem z Kazimierzem Wielkim Henryk Weyssenhoff miał chwilę irytacji:
– Co to za tron? – spytał ostro zarządcę rekwizytorni teatru miejskiego.
– To tron aidzki.
– Boże drogi! Król polski na tronie egipskim! A innego tronu nie macie?
– Nie mamy.
– Merde.
Skończyło się więc, że Kazimierz Wielki, a później Jan Sobieski siedzieli na tronie "aidzkim".
Jak długo potrwa wojna? Na początku, zanim zabawa w szpilkowanie map nie znudziła, obliczano trwanie wojny na tygodnie. Później na miesiące. Ku końcowi 1914 czekano nadzwyczajnych zdarzeń na wiosnę. "Głęboki tył", w którym tkwił Mińsk, dawał poczucie bezpieczeństwa. Front leżał o kilka setek kilometrów na zachód, Niemcy dostali w skórę pod Łodzią i pod Warszawą, Austriacy w ogóle byli bici jak w bęben – nie ma się więc czym przejmować. Przyjeżdżający na krótki urlop z frontu znajomi przywozili w upominku zdobyczne pikelhauby, które można było też kupić za parę rubli u szeregowych. Pokazywali zdobyczne pistolety Parabellum z ładunkami dum-dum w magazynie.
Ci, co powracali z prawdziwego frontu, mówili mało i niechętnie. Czuło się w ich głosie ciche i nienazwane panowanie nad nerwami w przeciwieństwie do hałaśliwej histerii zwanej bohaterstwem. Za to ci ze sztabów, z oddziałów przyfrontowych i z frontów "nieprawdziwych" gadali i łgali niemiłosiernie, chełpili się posiadaniem nieprzepisowych szabel kaukaskich, nosili na piersiach nadmiar rzemieni z gwizdkami itp. przyborami wojennymi.
Każda wojna jest kombinacją nudów, krwi, łez, potu, wszy, brudu i smrodu. Ponieważ jednak w roku 1914 nie mordowano jeszcze masowo jeńców; nie mordowano i nie wywożono masowo ludności cywilnej; gwałcono i rabowano w miarę; obtłukiwano jeszcze tyłki o siodła ("Ułani, ułani") – przeto niektórzy dziś nazywają tamtą wojnę (Boże odpuść im, bo nie wiedzą, co mówią!) wojną romantyczną.

 

Rozdział II
"PIOTROGRÓD" I ŁOŚ
Wojna wojną, ale przed wyjazdem do Petersburga na tak zwane studia Tadeusz chciał jeszcze zapolować w Baćkowie. Pojechał na wieś w spokoju ducha, gdyż sprawa odroczenia służby wojskowej została załatwiona pomyślnie i w biurze wojskowego naczelnika nikt nawet nie słyszał, aby studentów miano powołać do wojska.
Na wsi wojny nie czuło się zupełnie. Wzięto po kilku rezerwistów i rekrutów z każdej wsi, po czym życie wiejskie potoczyło się spokojnie. Nie tylko studenci byli wolni od służby wojskowej. Nie brano również do wojska tych, którzy mieli "niebieskie bilety" (jedynaków) i tych, którzy będąc zupełnie niezdolni do służby wojskowej, mieli "białe bilety". Nie, ruszano też starszych roczników, do których należeli towarzysze łowów Tadeusza – leśnik Aleksander Klimowicz i furman Józef.


Józef był ciekawym okazem. Nic mu nigdy nie imponowało i niczym nie można go było zadziwić. Na każdą nowość, na każde odkrycie miał gotową odpowiedź: "Wiem, słyszałem" albo "Znam, widziałem". Sam lubił natomiast zaimponować innym. Tym razem pokazywał Tadeuszowi z dumą jednorurkę, którą za bezcen kupił u odjeżdżającego na front kłusownika-rezerwisty. Jednorurka była, jak mówił, przerobiona z francuskiego "antyleryjskiego" karabinu. Nie chcąc go martwić, Tadeusz nie powiedział, że na lufie tej broni wyczytał napis "Iwanowi-Tuła". Zresztą Józef był zacnym człowiekiem i doskonałym, kochającym konie furmanem. I nie był wcale głupi, choć miał wiecznie na twarzy zastygły wyraz podobny do głupawego uśmiechu.


Przyjemnie było wstać o świcie, gdy jutrzenka różowiła się na posrebrzonych rosą pajęczynach, gdy w lesie pachniało kwaśnym winem gnijących liści i gdy na tle soczystej zieleni świerków klony płonęły, jak krzaki gorejące. I przyjemnie było słuchać gonu sześciu ogarów: para Zagraj i Lutnia powiększyła się o dalsze cztery pieski – Dunaja (młodszego), Hałasa, Wierną i Zaliwaja. Przyjemnie było wracać z polowania wzdłuż tylnych opłotków wioski. Szczególny urok miała ta rzadko używana, porosła trawą "boczna ulica" przytykająca do chłopskich sadów i odryn. Na takiej drodze prawie nikogo się nie spotykało. Od pola pachniało nacią kartoflaną, od sadów – konopiami.


Petersburg nazywał się już "Piotrogrodem". Mimo bardzo młodego wieku, Tadeusz odniósł się bez entuzjazmu do zmiany nazwy stolicy imperium. Nie potrafił sformułować swych myśli, ale czuł, że jest coś niepoważnego w kasowaniu nazwy mającej za sobą dwóchsetletnią tradycję. Nie przeczuwał, że w tej zmianie była również jakaś siła fatalna: "Piotrogród" miał przetrwać tylko 10 lat, aby stać się "Leningradem". ("Nie trzeba ruszać starych nazw" – mówił sobie po wielu latach. Dlaczego starożytna ulica Zacharzewska w Mińsku stała się Sowiecką, później – na 11 miesięcy – Mickiewicza, później aleją Stalina, by po destalinizacji jeszcze raz zmienić nazwę? Dlaczego pięknie brzmiące nazwisko Sachsen-Coburg-Gotha zmieniono na neutralne Windsor? Dlaczego plac Saski przerobiono najpierw na Piłsudskiego, a potem na plac Zwycięstwa?).
Były i inne zmiany – mniej ważne. W pierwszym dniu wojny ściągnięto sznurami z dachu ambasady niemieckiej czwórkę koni "brandenburskich". Potem zdziczały tłum wiwatował najpierw przed Pałacem Zimowym, a potem – porwany patriotyzmem – ruszył demolować niemiecką kawiarnię Reinera. Ze szczytu olbrzymiego domu towarowego na Newskim prospekcie znikł świetlny szyld "Gebrüder Jeliseyeff" zastąpiony przez "Jeliseyeff Bros". Na ulicy Gogola restauracja "Wiena" stała się po prostu restauracją Sokołowa. Petersburżanie opowiadali Tadeuszowi, jak manifestanci po splądrowaniu ambasady niemieckiej i kawiarni Reinera mieli wielką ochotę zdemolować "Wienę", ale pan Sokołow przebłagał ich na klęczkach, przysięgając, że z Wiedniem i nienawistnymi Austriakami nie ma nic wspólnego.


W urzędach i innych miejscach publicznych zjawiły się napisy "Zabrania się mówić po niemiecku". Rafio legis tego dziwnego zakazu nie było nigdy jasne. Zapewne chodziło o niedrażnienie uczuć patriotycznych. Bo zakaz nie miał chyba na celu względów bezpieczeństwa i tajemnicy wojskowej? Polacy starszej daty podnosili brwi, widząc te napisy, gdyż przypominały im inne napisy, które znikły zaledwie kilkanaście lat przedtem: "Zabrania się mówić po polsku". Nieco później wprowadzono w myśl hasła "szpieg podsłuchuje" nakaz używania tylko języka rosyjskiego w rozmowach telefonicznych. Za naruszenie tego przepisu groziły surowe kary. Zresztą poczciwe telefonistki zwykle ostrzegały, wtrącając się do rozmowy, którą przez zapomnienie zaczynano np. po polsku. Gazety podały wiadomość o jakiejś krewkiej Włoszce, która mimo ostrzeżenia telefonistki rozmawiała dalej po włosku. Ukarano ją dla przykładu, ale bardzo łagodnie, bo właśnie Włochy przystąpiły do wojny po stronie sprzymierzonych i do obowiązkowego repertuaru hymnów sojuszniczych dołączono hymn włoski.


W teatrach operowych bowiem – a Petersburg miał aż trzy opery – nikogo nie znudził jeszcze zwyczaj, że zaraz po zgaśnięciu świateł i zjawieniu się dyrygenta z galerii padały okrzyki: "Gimn! gimn!". Kurtyna szła do góry i ugrupowani na scenie aktorzy i chórzyści – w kostiumach – śpiewali "Boże caria chrani". Potem zasłona spadała i orkiestra grała kolejno – już bez udziału chóru – Brabansonę, Marsyliankę, God save the King, hymny serbski, japoński, włoski... (Odegranie Braban sony przed Marsylianką i hymnem angielskim było oznaką kurtuazji dla małej i bohaterskiej Belgii).