Goniec

Register Login

Lektura Gońca (560)

piątek, 22 marzec 2013 22:06

Wojna i sezon [20]

Napisane przez

Rozdział XI 

1919


Iwan Bunin w jednym ze swych opowiadań nazwał rok 1917 "strasznym rokiem". W Mińsku i w Mińszczyźnie strasznym rokiem był rok 1918.
I początek, i koniec tego roku były straszne. W połowie grudnia wojska bolszewickie zbliżały się do przedmieść mińskich. Wojska niemieckie wycofywały się coraz śpieszniej. Nieraz później wielu mińczuków opowiadało w Warszawie, jak to udało im się uciec z Mińska "ostatnim pociągiem".
Irteńscy – ojciec i syn – wyjechali chyba jednak naprawdę ostatnim po-
ciągiem. Bolszewicy byli nie tylko na przedmieściach: jakieś podejrzane typy z czerwonymi opaskami na ramieniu kręciły się w centrum miasta.
Tylko dworce kolejowe były jeszcze całkowicie pod władzą Niemców.
A w mieszkaniu Irteńskich Tadeusz osłabiony trzytygodniową hiszpanką, ledwie włóczył nogami. Jadwinia leżała na hiszpankę z czterdziestostopniową gorączką. Postanowiono więc, że uciekać – na razie do Wilna – będzie tylko pan Irteński z Tadeuszem. Babunia Irteńska, pani Irteńska i Jadwinia z synkiem pozostały w Mińsku. Ponieważ podróż na dworzec nie uchodziła za bezpieczną, więc walizki odesłano na kolej pod opieką lokaja, a ojciec z synem poszli na dworzec piechotą – bocznymi ulicami.
Jazda w niemieckich wagonach z drzwiami na przestrzał, nieopalanych
i bez świateł, trwała nieznośnie długo. W Mołodecznie trzeba było dlaczegoś zmieniać pociąg. Po peronie kręcili się oberwańcy z błędnym wzrokiem i żółtą opaską na ramieniu: wypuszczeni przez Niemców jeńcy wojenni.


Wilno powitało ich ciepłem, obfitością wszelkich dóbr doczesnych, nawet wesołością. Zdawałoby się, że nie było ani wojny, ani trzyletniej głodówki okupacyjnej. O zbliżającej się ze wschodu rewolucji nikt jakoś nie myślał. Wszyscy mińczucy, którzy nie uważali za bezpieczne pozostawać w Mińsku, byli już na miejscu, wyjechawszy wcześniej, niż Irteńscy, z czego by wynikało, że uciekli z Mińska nie ostatnim, lecz co najmniej przedostatnim pociągiem. Wszyscy mieli pugilaresy tęgo wypchane rublami carskimi, kierenkami, ost-rublami i markami. Hotele, restauracje i kluby były zatłoczone.
Bracia Ciundziewiccy, ci sami, o których puszczono ongi fałszywą plotkę, że powiesili popa prawosławnego, stanęli w hotelu Sokołowskiego, gdzie zaczynali dzień od rannego śniadania w łóżku. Kelner przynosił im na tacy sporą karafkę wódki z przekąskami: śledziem, rydzami marynowanymi, zimnym mięsem. Tacę stawiano na nocnym stoliku i bracia spożywali posiłek, nie wstając z łóżek. A wieczorem w gabinecie w Bristolu Ciundziewiccy bawili się w powiększonym gronie. Pito na umór, wznoszono toasty. Ktoś zaproponował, aby jednego z Ciundziewickich obrać na króla białoruskiego. Kandydaturę przyjęto przez aklamację, po czym nowo obrany król wygłosił mowę tronową, zagajając ją słowami:
– Ogłaszam, że stolicą Białorusi będzie miasto Lepel. Odtąd – i aż do śmierci obu braci – jednego nazywano "królem białoruskim" a drugiego "wielkim księciem".
Sielanka wileńska nie trwała długo. Po dziesięciu dniach powiało trwogą: bolszewicy już są w Mołodecznie i idą na Oszmianę. Trzeba więc było uciekać dalej na zachód. Do Warszawy. Krążyły wprawdzie gawędy o jakiejś samoobronie wileńskiej, ale Irteńscy, pomni, czym się skończyła samoobrona mińska, słuchali jednym uchem. Ruszono więc koleją do Białegostoku.
Z jazdy koleją z Wilna do Białegostoku Tadeusz zapamiętał tylko jedną scenę. Jechał z ojcem w przedziale szczelnie zapchanym mińską elitą. Byli
więc tam: głowa, czyli prezydent miasta Chrząstowski, szwagier jego Rudźka Porzecki, Adziuś Węcławowicz, pani T. z synem, młodym adwokatem. Pani
T. mimo swych lat pięćdziesięciu była ognistą z lekka tylko siwiejącą brunetką, słynną z przygód miłosnych. W przedziale panował nastrój wesoły.
Obiadowano, rozkładając na rozesłanym na kolanach papierze podróżne zapasy żywności. Częstowano się wzajemnie. Krążyła manierka z wódką.
Po skończonym posiłku wszystkich ogarnęła senność. Pierwsza zasnęła pani T. Syn jej trzymał w ręku pozostały po uczcie solony ogórek i pytał:
– Ca mam z tym zrobić?
Na to Rudźka Porzecki:
– Obudź mamę. Daj jej. Niech się pobawi.


Do Białegostoku przyjechano w dzień Wilii. Zaimprowizowaną wieczerzę wigilijną spożyto u białostockiego Ritza (bo i Białystok miał swego Ritza), gdzie też przenocowano. Nazajutrz wczesnym rankiem ruszono w kilkoro sań do granicy polskiej w Łapach. W Łapach badanie dokumentów odbyło się bez przeszkód. Tyle tylko że porucznik Jelski, rodzony brat słynnego wodzireja Taśka Jelskiego, dowódca posterunku żandarmerii w Łapach, odebrał Tadeuszowi bez pokwitowania pistolet parabellum, sztucer i dubeltówkę. Prawdopodobnie na cele obrony młodego państwa polskiego.
Do Warszawy przyjechano o zmierzchu. Z odrapanego dworca ongi
Petersburskiego, a który się jeszcze nie nazywał Wschodnim czy Wileńskim, ruszono dorożką. Na ulicach nie było śniegu, ale gdzieniegdzie koń się ślizgał na gołoledzi. Koń – przeraźliwie chudy, o którym Perzyński ongi napisał, że warszawski koń dorożkarski musi być sztuczny, bo tylko sztuczny koń składający się ze szkieletu obciągniętego skórą może nie tylko utrzymać się na nogach, ale ciągnąć dorożkę. Dorożkarz miał, jak cztery lata temu, blachę z numerem na plecach. W ogóle Warszawa nic się chyba nie zmieniła. Była może trochę więcej odrapana, zamiast stójkowych w czarnych szynelach stali na rogach milicjanci w płaszczach koloru nieokreślonego (policja państwowa miała się zjawić później), a na murach widniały gdzieniegdzie napisy "Niech żyje Piłsudski".
Warszawa fermentowała. Nie było dnia bez jakiegoś strajku. Strajkowali introligatorzy i kelnerzy. Strajkowali fryzjerzy. W Bristolu panowie Białobłoccy własnoręcznie golili czekających cierpliwie w długiej kolejce klientów. Tramwaje jednak chodziły. Tadeusza mającego w świeżej pamięci wybuch rewolucji w Petersburgu, która się zaczęła od tramwajów, napełniało to otuchą.
Mówiono o obronie Lwowa. Tworzono wojsko. Mówiono o Wilnie, a nawet Mińsku. Powstał Komitet Obrony Kresów Wschodnich z biurami na Długiej. W Komitecie zasiadali panowie Władysław Pusłowski, Michał i Mirosław Obiezierscy, Olgierd Gordziałkowski, Ignacy Witkiewicz, Mieczysław Bohuszewski, Władysław Raczkiewicz, Michał Stanisław Kossakowski, Czesław Krasicki, Antoni Jundziłł, Emanuel Obrąpalski, Piotr Wańkowicz. Komitet Obrony tworzył dywizję litewsko-białoruską. W powozie zaprzężonym w ładne siwki beselerowskie przejeżdżał naczelnik państwa Piłsudski. Porucznik Tok (Otton) Węcławowicz stawał przed nim frontem.
Prosperowały domy gry: na piętrze w Oazie i w klubach o dziwnych nazwach – Numizmatyków i Filatelistów. Były zasadniczo zakazane, lecz istniały prawem bezwładu od czasów niemieckich.


Wkrótce policja miała je zamknąć. Wtedy panowie Kaczanowscy, ojciec
zwany Kuką i syn zwany Kukin-synem, uchodźcy z Kijowszczyzny, wpadli na pomysł utworzenia lotnych domów gry, funkcjonujących każdej nocy w innym lokalu prywatnym. Również w lokalach prywatnych wąchano eter i kokainę lub uprawiano igraszki erotyczne. Odwiedzano też domy publiczne.
Pensjonarka w jednym z nich zwierzała się Tadeuszowi:
– Wczoraj był u mnie oficer francuski. I wiesz – jakoś nie to. Ze swoim przyjemniej.
"Patriotka" – pomyślał Tadeusz.


Uchodźcy z Wielkiego Księstwa Litewskiego, kręcąc się wśród gruntownie zendeciałego od czasów Dwugroszówki mieszczaństwa warszawskiego, nie bardzo wiedzieli, co myśleć o sytuacji politycznej. Piłsudskiego nazywano socjalistą, a Litwini wiedzieli, do czego socjalizm doprowadził w Rosji. Patrzyli więc na Piłsudskiego w najlepszym razie nieufnie. Z radością powitali
przyjazd Paderewskiego. Pan Irteński z Tadeuszem widzieli z okien hotelu Europejskiego, jak przed Bristolem stanął samochód, z którego wysiadł pan ze strzechą rudych włosów.


A u Lourse'a krążył dowcip: "Czy wiecie, że Ignacy Paderewski jest potomkiem świętego Antoniego Paderewskiego?".
"Wybuch" niepodległości odurzał. Czasem wydawał się nieprawdopodobny. Nie wierzono, że można wysyłać depesze, a gdy uwierzono, zaczynano starym zwyczajem układać je w języku rosyjskim. Z nieufnością podchodzono do telefonów, które w Mińsku i Wilnie były już od dawna zlikwidowane przez zarządy wojskowe lub rewolucyjne. Panie uchodźczynie zorganizowały restaurację "Kresy" na rogu Nowego Świata i Wareckiej, gdzie były współwłaścicielkami i kelnerkami.


Za przykładem "Kresów" powstały później tzw. "Patelnia" w Ujazdowskich
i "Wiry" na Mazowieckiej. Restauracje, w których gościom usługiwały panie i panienki z towarzystwa, stanowiły w owych czasach coś niezwykłego i miały wielkie powodzenie. W jednym z pism humorystycznych ukazał się wiersz porównujący kelnerki kresowe do świtezianek. W wierszu tym były takie strofy:

Gdy pocałunków chciał wajdelota,
Uciekła z krzykiem do mamy.
Dziś świtezianka tańczy fokstrota
I chce jedwabnej piżamy.
Nie dasz piżamy? Ha, trudna rada!
Lecz kto przysięgę naruszy.
Ach biada jemu, za życia biada!
I biada jego złej duszy!

Wiersz był zabawny, ale trochę krzywdzący. Wśród kilkudziesięciu pań kelnerek znalazła się może jedna, która chciała naciągnąć pewnego przedstawiciela zacnej warszawskiej rodziny kupieckiej na jedwabną piżamę czy inny artykuł bielizny damskiej, ale pozostałe pracowały ciężko, przestrzegały zasad staroświeckich obyczajów i ani im się śniło kogokolwiek naciągać.
Rozpisano wybory do sejmu, który dla uniknięcia nieporozumień nazwano "ustawodawczym". Chytry system proporcjonalny faworyzował wielkie partie, toteż poczciwi konserwatyści z "kresów" nie mieli większego wyboru. Głosować na socjalistów zabraniał instynkt samozachowawczy "posesjonatów". To samo – na ludowców. Wszelkie próby stworzenia stronnictwa umiarkowanego, jakiejś Demokratycznej Unii Państwowej (w skrócie DUP), były z góry skazane na fiasko. Toteż kresowcy z bólem serca głosowali na listę endecką.
Na ulicach, w restauracjach, kawiarniach, kinach – wszędzie pełno było oficerów z epoletami w kształcie trefli. Wśród nich zwracali uwagę ci, co mieli wężyki na kołnierzach, bo w owych czasach wężyki przysługiwały jeszcze tylko legionistom.
Czasy nie były wesołe. Od wschodniej ściany, bardzo bliskiej, bo rozpoczynającej się już za stacją Łapy, czaiła się wielka niewiadoma rewolucji rosyjskiej.


Lwów krwawił się.
W Poznańskiem trwały utarczki. Była wprawdzie stolica, było państwo, był jego naczelnik, były ministeria, nazwane ku zgrozie normalnych uszu "ministerstwami", ale nie było granic. Ale Warszawa, zawsze wierna sobie, bawiła się.
W Nowościach, gdzie bez przerwy dawano "Księżnę czardaszkę" z Orleńską, w Teatrze Małym, gdzie wystawiano "Politykę" Perzyńskiego z Milą Kamińską, w teatrzykach, gdzie satyra polityczna dworowała sobie z ministrów i "galileuszów" – tłumy.
Uchodźcy ze wschodu - Wileńszczyzny, Mińszczyzny, Mohylowszczyzny, Inflant – byli modni. Przede wszystkim byli to "swoi" – Litwini, którzy podobnie jak warszawiacy byli razem "pod Ruskiem". Po wtóre stanowili dość skuteczną przeciwwagę "Galileuszom", którzy wtedy byli specjalnie niepopularni. Po trzecie, razem z nimi przyszła spotęgowana tysiącgębną famą legenda czynów bohaterskich braci Dąmbrowskich. Po czwarte, byli "stamtąd", tj. przeżyli grozę bolszewicką na własnych skórach. Uważano więc ich za ekspertów, którzy oglądali na własne oczy żywych bolszewików. Wreszcie, pomimo utraty mienia i ziemi ojczystej, mieli rozmach, zapał, humor, no i pieniądze. A pieniądze mieli nawet tacy z nich, którzy zasadniczo nie powinni byli ich mieć.


Sarkano na nich po trosze że podbijają ceny i psują kelnerów napiwkami. Słowem, byli modni jak nie przymierzając Polacy w Anglii i Szkocji w roku 1940.


Dopiero po dłuższym czasie warszawiacy się zorientowali, że nie wszyscy uchodźcy z "kresów" byli Rurykowiczami i nie wszyscy posiadali dobra, którymi się przechwalali. Wtedy to – i trochę poniewczasie – puszczono w obieg złośliwy dowcip, że co drugi wilnianin lub mińszczanin jest Rurykowiczem.


Był jednak okres, zresztą bardzo krótki, gdy zdawało się kresowcom, że wyjdą z mody. Stało się to wtedy, gdy do Warszawy zawitali pierwsi Francuzi z misją wojskową. Francuzów tych noszono literalnie na rękach. I salony, i domy publiczne wydzierały ich sobie nawzajem. I kokota, i dama z towarzystwa uważały się za szczególnie upośledzone, jeśli się choć raz jeden nie pokazały w miejscu publicznym z Francuzem. Moda na Francuzów trwała jednak krótko, bo rychło się przekonano, że przysłana do nas przez zachodnią "siostrzycę" ekipa wojskowa stanowiła mieszaninę.
Obok garstki fachowców wojskowych, ludzi kulturalnych i przyzwoitych, była bandą kupczyków, którzy wyzyskiwali swą eksterytorialność dla szmuglowania perfum i prezerwatyw. W zaprzyjaźnionej Warszawie zachowywali się mało lepiej, niż w kraju nieprzyjacielskim. Byli hałaśliwi, agresywni i brudni. Kelnerów i kokoty, tj. profesje, które są dobrym miernikiem wartości każdego "gościa", zdegustowali od razu złymi manierami, skąpstwem i targowaniem się.

sobota, 16 marzec 2013 10:48

Wojna i sezon [19]

Napisane przez

Oprócz "Selektu" i Europejskiej chadzano też wieczorem do "Wintergartenu", lokalu nocnego uroczyście otwartego w domu, gdzie było dawne "Akwarium". Wieczorami rzępoliła tam stara orkiestra pod batutą pana Sołowiejczyka, a na estradzie "kaskadowa" śpiewaczka z Warszawy panna Lola Patroni "śpiewała "Husiaj-siusię" i jakieś kuplety aktualne z refrenem:
"Odejdź ode mnie, ty Angliku połamany". W "Wintergartenie" bawili się nieraz ziemianie z powiatu ihumeńskiego pan Offenberg i pan Adam Demidowicz-Demidecki. Zabawa ich polegała m.in. na tym, że kazali orkiestrze grać na zmianę i bez końca dwa oklepane marsze, z których jeden ochrzcili mianem "Ihumeńskiego marsza", a drugi "Borysowską rapsodią".


W styczniu czy lutym 1919 roku Tadeusz i inni mińscy przyjaciele panny Loli Patroni dostali w Warszawie ozdobne faire-part donoszące o ślubie jej z hrabią Szewczyk-Szewczyńskim. Faire-part też powędrowało do teczki "Curiosa" i zachowały się do września 1939 roku.
Tylko Rudy odnosił się sceptycznie do mody na Niemców. Gdy raz do "Selektu" weszło kilku wojskowych niemieckich z jakimiś dotąd niespotykanymi naramiennikami i gdy przy stoliku posypały się szepty: "Co to za mundury?", Rudy wyjaśnił: – Jak to, nie wiecie? To pralnia wojenna.
Mińsk był miastem w połowie żydowskim. A Żydzi byli w czasie tamtej wojny wybitnie proniemieccy, jeśli może nie liczyć proletariatu gnieżdżącego się w cuchnących uliczkach wzdłuż "podziemnej" Niemihy i dokoła dwóch rynków – Wysokiego i Niskiego. W Niemczech bowiem przed pierwszą wojną nie było urzędowego antysemityzmu, nie było "linii osiedlenia", nie było w ogóle żadnych ograniczeń.


Żydzi mieli w Mińsku pod Niemcami swoje życie kulturalne, swoje gazety, no i swoje interesy. Wtedy to nasz przyjaciel Mojsze (Michał) Lewin, rodem ze wsi Maksymowicze koło Baćkowa, zaczął się dorabiać swego pierwszego miliona. A dodajmy, że pieniądze – czy to marki niemieckie, czy Ost-ruble czy ruble carskie czy "kierenki" – miały swoją wartość określoną i trwałą.


W końcu maja na polski Mińsk spadła jak grom z jasnego nieba wiadomość o rozbrojeniu przez Niemców 1 korpusu Dowbora. Metafora "jak grom z jasnego nieba" wymaga krótkiego omówienia. Sprawa nie była ani tak prosta, ani tak jasna, jak to sobie późniejsi historiografowie wyobrażają. Analiza "implikacji" i "reperkusji" tego zdarzenia należy do "wielkiej historii". Ja zaś piszę "małą historię" dwudziestopięciolecia 1914–1939 widzianą oczami i z podwórka Tadeusza Ipohorskiego-Irteńskiego...


Tu powiem tylko, że w związku rodu Wańkowiczów zawrzało z powodu roli odegranej przez Melchiora Wańkowicza w tragiczną noc majową w Bobrujsku. Wyraz "zawrzało" jest przesadą. Zawrzała właściwie tylko jedna pani Leonowa z Broel-Platerów Wańkowiczowa ze Smiłowicz, pozostająca w stosunkach zażyłych z generałem Dowborem. Ponieważ była to jednak osoba z długim, ruchliwym i jadowitym jęzorem, więc tumult przez nią uczyniony robił pozory wielkiego wzburzenia w całej rodzinie. Pani Leonowa nazywała Melchiora "buntownikiem" i jeśli nie żądała jego głowy, to chciała przynajmniej, aby go wykluczyć ze Związku.


Do tego też nie doszło, Związek bowiem de facto przestał już istnieć. Irytacja pani Leonowej miała może jeszcze inną przyczynę. Ród Wańkowiczów doznał w tym samym czasie innego despektu. Konstanty Drucki-Lubecki, syn popularnego w Mińsku "Herutka", wziął ślub w tajemnicy przed rodzicami z panną Zofią Wańkowiczówną, siostrą Morysia.


Gdy "Herutek", który był małym tyranem domowym, dowiedział się o tym, zmusił syna do porzucenia nowo zaślubionej żony. Skandal był wielki i – kto wie – wstrząsnął może Mińskiem głębiej i potężniej, niż wieść o kapitulacji Dowbora.


W płaszczyźnie "małej historii" rozbrojenie 1 korpusu miało w Mińsku jeszcze jedną "reperkusję". Oto jeden z oficerów korpusu, Antek Wiszniewski, dawny kolega gimnazjalny Tadeusza, młodzieniec na ogół bardzo spokojny i opanowany, idąc w Mińsku po Zacharzewskiej w towarzystwie matki, dostał nagle ataku szału. Atak polegał na tym, że trzasnął w twarz mijanego majora niemieckiego. Major cofnął się zdumiony, po czym zaczął wydobywać spod płaszcza parabellum. Wtedy pani Wiszniewska ze łzami zaczęła błagać Niemca, aby nie strzelał.


– Mój syn jest chory nerwowo – mówiła.
– Jeżeli jest chory nerwowo, to czemu nie trzyma go pani w domu albo w szpitalu wariatów – odpowiedział major, chowając pistolet i odszedł, mrucząc z niezadowolenia.
(Wypadek godny zapisania w legendzie o dobrych Niemcach, bo można sobie wyobrazić, czymby się skończył za złych Niemców, tj. w latach 1939–1945).
W połowie czerwca Tadeusz zaopatrzony w przepustkę kolejową i w Waffensehein na prawo posiadania dubeltówki, rewolweru i sztucera pojechał do Baćkowa, gdzie już bawiła pani Irteńska z Jadwinią. Towarzyszył mu Rudy.


Wieś białoruska, w miarę agresywna w czasie pięciomiesięcznej "swobody", była spokojna. Robiło wrażenie, że miała dość tej czerwonej wolności. Zwłaszcza starsi i zamożniejsi chłopi westchnęli z ulgą, gdy zjawili się Niemcy w feldgrauach. Przezwali ich dobrodusznie "młynarzami", czy to z racji pokojowego i podtatusiałego wyglądu landszturmistów, czy dlatego, że feldgrau przypominał kolor khaki jakby przyprószony mąką. Życie ekonomiczne weszło w normalne tory. Rekwizycje – ta zmora każdego zarządu wojskowego – odbywały się bez rujnowania gospodarstw. Za rekwirowane produkty płacono ceny zapewne niższe od cen rynkowych, ale rozsądne i gotówką, a nie kwitami.
Na tle rekwizycji Tadeusz spotkał się wtedy z jednym "złym Niemcem". Z oddziału stacjonującego w Ostrowiu przyjechał do Baćkowa lejtnant kupować siano. Ofiarował cenę niższą od "taksy" urzędowej. Oburzyło to panią Irteńską. Zaczęła się kłócić z lejtnantem, co przychodziło jej łatwo, gdyż ukończyła ongi pensję w Rydze i mówiła biegle po niemiecku. Niemiec obstawał przy swojej cenie, rzucał się i podnosił głos.
Tadeusz, obecny przy rozmowie, powiedział głośno, oczywiście po polsku:


– A cóż to za cham i świnia z pyskiem szczekającego psa! To chyba pierwszy Niemiec, który się w ten sposób zachowuje...


Kłótnia trwała dalej. Przerwało ją przyjście służącej z oznajmieniem, że obiad podany. Gościnność litewska kazała pani Irteńskiej zapomnieć o kłótni. Zaprosiła lejtnanta na obiad. Gdy trójka: pani Irteńska, Niemiec, który po zaproszeniu na obiad przycichł, i Tadeusz szła w kierunku domu, Tadeusz wciąż był wściekły i aby ulżyć sobie mówił dalej głośno po polsku:


– Cham i świnia! Zupełnie niepotrzebnie zaprosiła go mama na obiad.


– Ach, dałbyś spokój – szepnęła pani Irteńska.


Przy obiedzie Tadeusz się udobruchał i nawet poczęstował Niemca samogonem pędzonym przez jednego ze szlachciców zagrodowych. Wódka podziałała kojąco również na Niemca. Twarz jego zakwitła uśmiechem i zaczął mówić – po polsku. Okazało się, że "zły Niemiec" był Poznańczykiem, że się nazywał Maćkowiak, no i że nie tylko się nasłuchał polskich oracji Tadeusza, ale i zrozumiał ich treść.
Wieś była spokojna. Nie słyszano o wypadkach buntu lub oporu. Na jedną gminę, której obszar był przeciętnie większy od niejednego z małych państewek europejskich, wystarczało dosłownie paru Niemców, by całą gminę utrzymać w posłuchu. (Jak w anegdocie z "Martwych dusz" Gogola: nie potrzeba było sprawnika dla przywrócenia porządku – starczyło, że sprawnik posłał na miejsce rozruchu swój "kartuz" czyli czapkę). A wszak do wsi i miasteczek powróciło wielu żołnierzy mających broń ukrytą.


Zaczęli też wracać jeńcy wojenni. Tu i ówdzie zdarzały się wypadki zwykłego bandytyzmu. A bandytyzm jest, jak wiadomo, jedną z oznak powrotu do czasów normalnych.


Jeden z zamożnych chłopów ze wsi Baćków, Jemieljan, którego zapewne w kilkanaście lat później zlikwidowano jako "kułaka", miał inne zmartwienie. Zwierzał się Tadeuszowi:
– Paniczu, cóż to takiego?! Przez cztery lata była straszna wojna. Myślałem, że wybiją tyle narodu, że można będzie dzielić ziemię po zabitych. A tu okazuje się, że na całą gminę jakszycką zabito tylko dwóch ludzi! Głos Jemieljana drżał smutkiem i rozczarowaniem.
Sielanka trwała. Wyrazu "sielanka" używam bez żadnej ironii. Ku wiecznej bowiem memorii zanotujmy jedno: w owym czasie ludność ziem litewskich była jeszcze – aż po linię Dniepru – że tak powiem "orientacji" zachodnioeuropejskiej (oczywiście bardziej z ducha, niż z wyglądu). Dla niej, po dzikim wstrząsie pierwszego bolszewizmu, Niemcy reprezentowali wtedy ład zachodnioeuropejski.
Sielanka nie trwała jednak długo. W końcu lata powiało trwogą: przyszła wiadomość, że w myśl dodatkowego protokołu do traktatu brzeskiego Niemcy mają odstąpić bolszewikom wschodni pas nowej okupacji – od linii Berezyny do linii Dniepru. Dnia tego Tadeusz z Rudym siedzieli na porosłej babkami i dzikimi goździkami skarpie drogi koło Małego Lasku i przyglądali się, jak parobek Piotruś Lagucki siał żyto na oziminę. Nagle Rudy, któremu były na ogół obce wszelkie zmartwienia społeczne, powiedział w zamyśleniu:
– A przecie on nie dla siebie sieje...
Jak się niebawem miało okazać, Rudy wymówił te słowa w złą godzinę.
Piotruś siał właśnie dla siebie, a w każdym razie nie dla "dworu", który już nie istniał, gdy żyto obeszło.
Coraz uporczywiej i coraz głośniej zaczęto mówić o porażkach niemieckich na froncie zachodnim. Zegarkowa precyzja okupacji zaczęła się zacinać. Oficerowie niemieccy chodzili ponurzy, jak dzień pochmurny, gemajnowie tłukli się, jak muchy senne. A sielanka prysła zupełnie, kiedy w jakimś – jakże dalekim! – lasku w Compiegne generałowie, którzy jeszcze przed kilku miesiącami w Brześciu walili pięścią w stół przed nosami przerażonych komisarzy bolszewickich, podpisywali kapitulację.
Wionęła wieść o rewolucji w Niemczech. Niemcy zaczęli się wycofywać. Tłoczyli się do wagonów i ryczeli po pijanemu pieśni, w których odróżnić można było słowa "nach dem Vaterland". "Zachód" cofał się – najpierw z linii Dniepru, potem z linii Berezyny, a potem z Mińska i Wilna.
Od wschodu szła dzicz.


Razem z cofającym się Zachodem (niemieckim) szedł exodus tych, którzy nie uważali za bezpieczne pozostanie pod władzą powracających bolszewików. Exodus nie był zresztą tak powszechny i liczny, jak później w roku 1920.
W mroźny i słoneczny poranek listopadowy Tadeusz wyjeżdżał z Baćkowa. Wyjeżdżał sam, bo państwo Irteńscy zostali jeszcze na dni kilka, aby zlikwidować i uratować, co się da, przed zbliżającą się ze wschodu zagładą.
Koła głucho turkotały po rozmiękłej grudzie. Konie parskały. Gdy bryczka wjechała na mały wzgórek, skąd był pierwszy przy wjeździe i ostatni przy wyjeździe widok na schowane w kotlince klomby pożółkłych lip dworu baćkowskiego, Tadeusza wzięła wielka pokusa do spojrzenia poza siebie.


Pomyślał jednak:
– Nie obejrzę się, bo jeżeli się obejrzę, nie zobaczę już nigdy Baćkowa.
Zwalczył pokusę i nie obejrzał się. Ale nic to nie pomogło.
W Mińsku było podniecenie, ale nie było paniki. Odwrotnie – była zdecydowana, choć może rozpaczliwa wola oporu, podsycana wiarą, że przecież CYWILIZACJA ZACHODNIA nie pozostawi bastionu tej cywilizacji na pastwę barbarzyńców. Krążyły plotki i padały projekty – naiwne, śmieszne, ale znamienne. W klubie obywatelskim mówiono, że mocarstwa Ententy postawiły Niemcom warunek dalszej okupacji Ober-Ostu i Mińszczyzny dla obrony tych obszarów przed bolszewikami. Albo mówiono z największą powagą, że Francja wysyła do Mińska dywizje wojsk kolorowych – też dla walki z bolszewikami.
Poza tym bogaci Żydzi i inni notable mińscy zaczęli wielką zbiórkę na fundusz bądź tworzenia oddziałów samoobrony, bądź nawet utrzymania z tego funduszu paru dywizji niemieckich, jako wojska najemnego. Wszystko to było śmieszne i naiwne, ale dowodziło, że ówcześni mińszczanie mieli większy dar przewidywania; niż...
Ale to już nie należy do legendy o dobrych Niemcach.

ciąg dalszy za tydzień

piątek, 08 marzec 2013 23:03

Wojna i sezon [18]

Napisane przez

Rzecz jasna, że nie miałoby sensu przypuszczenie, że Niemiec z Ober-Ostu i Niemiec z nowej okupacji należeli do dwóch odmiennych gatunków Niemców. A jednak, jeżeli Wilnianin nie przesadzał, zachowywali się inaczej. Dlaczego? – Na ten temat można by napisać całe wypracowanie historyczno-polityczno–psychologiczne. Może działała wtedy specjalna instrukcja z góry, jako że Ober-Ost był podobno obszarem skazanym na inkorporację do Rzeszy, a nowa okupacja – rodzajem terenu doświadczalnego. Może działały inne czynniki, a wśród nich – nastroje ludności wobec władzy, która nastała po dwunastu miesiącach rozgardiaszu rewolucyjnego.


Zanim przejdę do opisania tych nastrojów, pragnę "z naciskiem" (jak się pisało w reprymandach urzędowych) podkreślić, że właśnie Polacy powinni byli powitać wkraczających Niemców jak oswobodzicieli. Jest to temat tzw. wstydliwy, starannie tuszowany przez naszych historiografów, niemniej jednak może czas powiedzieć prawdę po pięćdziesięciu latach przemilczania lub fantazjowania. O sytuacji polskich "burżujów" i polskiej inteligencji w Mińsku w przededniu wkroczenia Niemców pisałem w poprzednim rozdziale. Teraz powiem, że "za miastem", gdzie wedle słów poety była "wolność", sytuacja wojsk korpusu Dowbora wyglądała rozpaczliwie.


Oddziały tego korpusu stłoczone na niewielkim obszarze między Berezyną i Dnieprem otaczało morze szalejącej rewolucji. Większość ludności białoruskiej przeżywała miesiące miodowe upojenia bolszewizmem i była nastrojona do "legionów" zdecydowanie wrogo. Na żołnierzy korpusu, zwłaszcza na ułanów, ludność ta patrzyła jak na synków ziemiańskich, jak na wojsko "pańskie" przeznaczone do ratowania majątków przed podziałem i grabieżą. "Legion" Dowbora stanowił garstkę szarpaną przez oddziały bolszewickie. Wojsko traciło ducha. Zaczęły się dezercje. W pułku, w którym zginął Kazio Irteński, były szwadrony, z których zdezerterowała prawie połowa ułanów – z wyjątkiem wspomnianych "synków ziemiańskich". Wtedy to Dowbór posłał dowódcę 1 pułku ułanów Mościckiego z misją do Warszawy. Przedzierając się przez pas przyfrontowy szczelnie obsadzony przez bolszewików, Mościcki i paru towarzyszących mu ułanów polegli koło leśniczówki Dub na Polesiu. Kilku innych zdołało się uratować.


Trudną i jałową byłaby dziś spekulacja, co by się stało z korpusem Dowbora, gdyby nie przyszła "odsiecz" niemiecka. Nie przesadzę jednak chyba, że co najmniej oficerom i ochotnikom groziłaby rzeź na miarę obozu pod Batohem (1653) lub Katynia.
Gdy przednie oddziały niemieckie spotkały się z oddziałami Dowbora, dowództwo polskie zawarło z Niemcami porozumienie, którego mocą nastąpiło rozgraniczenie sfer działania wojsk polskich i niemieckich. Otoczony z trzech stron przez "zaprzyjaźnionych" Niemców, a z czwartej strony odgrodzony Dnieprem od bolszewików, korpus polski odetchnął.
Nastąpiły tygodnie "pieredyszki", gojenia ran zadanych walką z bolszewikami, konsolidacji bogatych zapasów bobrujskich, tworzenia zarządu cywilnego z własną pocztą i znaczkami, które w rok później dochodziły cen astronomicznych na rynku filatelistycznym. Dezerterzy zaczęli wracać do oddziałów. Karano ich bardzo łagodnie: najczęściej surowym upomnieniem, rzadziej – wsypaniem porcji kilku nahajów po gołych pośladkach. Taka kara cielesna zaordynowana przez wspomnianego w rozdziale IV "Bebusia" de Rosseta spotkała jednego z "synków ziemiańskich" ze znanej w Mińszczyźnie rodziny.


Duch męstwa wstąpił w oficerów polskich. Gdy w kwietniu pan Irteński rozmawiał z dowódcą oddziału 1 pułku stacjonującego w Chołuju nad Świsłoczą i zapytał, co ten myśli o dalszych losach korpusu Dowbora, oficer odpowiedział bez chwili wahania:
– Będziemy się bić z Niemcami.
A gdy pan Irteński podniósł brwi, dodał:
– Duch w pułku jest świetny. Chłopcy nasi są w doskonałej formie i nienawidzą Niemców. Co dzień śpiewają Rotę: "Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz"...


Po takiej odpowiedzi pan Irteński już nie pytał dalej. Zresztą opinia tego oficera nie była odosobniona. Jeżeli dzielny ułan się chełpił, to w szereg lat później człowiek tak, zdawałoby się, świetnie poinformowany, tak biegły w sprawach wojskowych i tak zawsze blisko stojący wszelkich "ośrodków dyspozycji" jak Melchior Wańkowicz, napisał czarno na białym w swej – zresztą najlepszej – książce "Strzępy epopei", że Dowbór miał wszelkie szanse rozbicia cienką pajęczyną rozciągniętej od morza do morza landwery. Ale pamiętajmy, że był to kwiecień i maj, gdy Niemcy mocno trzymali się jeszcze na zachodzie, ostrzeliwując z Grubej Berty Paryż, a za plecami Dowbora za urwiskiem Dniepru stała nieznana, zawsze gotowa do skoku dzicz bolszewicka. No ale wtedy, a i nieraz później polityka i strategia polska opierała się na doktrynie Marii Konopnickiej – "Duch będzie nam hetmanił".
W pierwszych dniach maja Tadeusz spotkał na Zacharzewskiej Morysia Wańkowicza. Moryś był w mundurze 1 pułku ułanów i przyjechał do Mińska na kilka dni urlopu. Od chwili strasznej śmierci Kazia sam widok munduru ułana polskiego budził w Tadeuszu ból i żal. "Kazio zginął, a ten sobie spaceruje" – myślał. Wstydził się tej myśli i starał się ją odpędzić zmuszając się do swobodnej rozmowy ze starym przyjacielem. Gdy jednak Moryś zaczął, podobnie jak ów oficer w Chołuju, mówić o walce z Niemcami, Tadeusz nie wytrzymał. Przerwał mu ostro: "Nie gadaj głupstw!" i odszedł bez pożegnania.
A w tydzień później oszołomiła go wieść o strasznej śmierci Morysia z rąk bolszewickich. Oddział, w którym służył Moryś, był zakwaterowany we wsi Ławrynowicze nad Dnieprem. Razem z nim służyli m.in. w oddziale Stanisław Czapski, Henio Roztropowicz, Wacio Jeśman. Pewnego wieczoru pito i bawiono się wesoło do późna. Towarzystwo rozeszło się po chatach nad ranem. Warta zasnęła, a może jej nie było... Skutki "wynikające z nieporządnego obozowania" były tragiczne. Bolszewicy przeprawili się na łodziach przez Dniepr i napadli znienacka na śpiących ułanów. Czapskiemu i Roztropowiczowi udało się dopaść koni i uciec. Strzelano za nimi i Henio dostał kulą w nogę. Morysia wzięto na bagnety i dobito z karabinu.
Osobliwe szczęście miał Wacio Jeśman. W chacie, gdzie spał samotnie, zbudziły go wrzaski i strzały. Słyszał rozdzierający krzyk Morysia "Jezus Maria", a potem huk kilku strzałów. Gdy wciągał buty, do chaty załomotali kolbami bolszewicy pytając, czy są ułani. Otworzyła im baba, właścicielka chaty. Stała w drzwiach w taki sposób, że rozmawiając z żołnierzami widziała jednocześnie Wacia, który do niej celował z rewolweru. Na ponowne pytanie bolszewików, czy w chacie są ułani, nie potrafiła wymówić "tak" albo "nie", a tylko zakiwała przecząco głową. Bolszewicy poszli rewidować dalsze chaty. Wacio wymknął się zgarbiony z chaty i przez tylne opłotki wydostał się na pole, gdzie spłaszczony pod jakąś miedzą doczekał świtu i odsieczy.


W Mińsku życie wróciło do burżuazyjnej normy. O niedawnym panowaniu bolszewików myślano jak o przykrej zmorze. Zapanowała moda na Niemców, którzy zresztą zachowywali się bardzo kulturalnie. Niemców zapraszano do domów polskich na przyjęcia towarzyskie, afiszowano się z nimi w "Selekcie" lub w restauracji Europejskiej. Oficerowie rosyjscy dotąd kryjący się na przedmieściach w przebraniu czubaryckim powyłazili na świat Boży w błyszczących epoletach, a gemajnowie niemieccy przykładnie im salutowali. Mówiono, że gdzieś na południu walczą z bolszewikami "białe" wojska rosyjskie, wymieniano nazwiska Korniłowa i Denikina, ale mińscy oficerowie rosyjscy jakoś do tej "Wandei" nie śpieszyli. Zresztą do białej armii ochotniczej mało ludzi się śpieszyło. Według obliczeń jednego z "białych" publicystów tylko 5 proc. ogółu oficerów rosyjskich wzięło udział w rosyjskiej Wandei. (W kilka lat później Tadeusz się dowiedział, że w rosyjskiej armii ochotniczej poległ jego kolega z młodszych klas gimnazjalnych Sasza Zenowicz).


Dwaj mińscy oficerowie Astrow i Czugajew prowadzili kabaret artystyczny w Europejskiej, gdzie przygrywał doskonały kwartet ze skrzypaczką Sonieczką i jej mężem Jefimem przy fortepianie. Astrow ryczał potężnym barytonem numery lekkiego repertuaru, np. "U mienia jest’ Marie", Czugajew – też baryton – śpiewał romanse "poważne", np. "Spitie, orły bojewyje".
Polskie życie społeczno-kulturalne kwitło. Wychodziły dwie gazety codzienne: wspomniany już "Dziennik Miński" i "Placówka". "Placówkę"
redagował Stefan Kiedrzyński, który do niedawna gościł jako "bieżeniec"
w Bielicy pana Karola Świackiego. "Placówka" wsławiła się tym, że ostro zaatakowała socjalistę inż. Witolda Falkowskiego za współpracę z bolszewikami. Gdy Falkowski próbował się bronić, twierdząc, że był tylko "specem" i że nie przykładał ręki do bezeceństw bolszewickich, Kiedrzyński napisał: "Gdy szajka bandytów grabi i morduje, zwykle tylko paru bandytów dokonywa mokrej roboty, a inni po prostu przypatrują się"...
Zdaniem Kiedrzyńskiego, Witold Falkowski był właśnie takim członkiem szajki, który się przyglądał mokrej robocie. Falkowski zamilkł. W kilka lat później, już w Polsce niepodległej, zginął tragicznie. O Stefanie Kiedrzyńskim pomówię później. Dodam tylko, że wkrótce potem "Placówka" przestała wychodzić.


Rada Ziemi Mińskiej z panami Jerzym Osmołowskim i Czesławem Krupskim na czele zasiadała. Kroniki mińskie odnotowały tylko jeden objaw jej działalności. A było to tak. Na pensji żeńskiej pani Witwińskiej odbył się po egzaminach maturalnych balik dla młodzieży. Na balik ten przyszło – podobno w stanie nietrzeźwym – kilka osób należących do "młodzieży w wieku pozaszkolnym", jak brzmiał protokół Rady Ziemi Mińskiej. Byli to: Bohdan Zalutyński, dwaj bracia Eynarowicze, Witold Wagner i jeszcze kilku innych. Podobno zachowywali się w sposób gorszący. Podobno dopuścili się czynów mających wpływ demoralizujący na młode dziewczęta.
O skandalu tym pogadano, poplotkowano i może by zapomniano, gdyby nie to, że dwóch winowajców z grona "młodzieży w wieku pozaszkolnym" napisało długi wiersz satyryczny, opisujący w sposób przesadny i niezbyt przyzwoity przebieg owego baliku. Wiersz ten nie tylko krążył w odpisach po Mińsku, wywołując udane oburzenie i ukryte u-śmieszki: jeden jego egzemplarz został pluskiewkami przybity do drzwi wejściowych gimnazjum pani Witwińskiej. Tego już "wzburzona opinia miasta Mińska" nie mogła ścierpieć. Rada Ziemi Mińskiej zarządziła śledztwo i sąd. Chodziło głównie o wytropienie autorów skandalicznego wiersza. Podejrzewano Tadeusza i Odyńca. Tadeusz ani na baliku
nie był, ani w pisaniu wiersza nie brał udziału, ale wiedział dokładnie, kto był autorem. (Nawiasem mówiąc, nie był nim Odyniec). Wezwany przed oblicze Rady oświadczył krótko: "Sam nie pisałem, wiem kto pisał, ale nie powiem". W parę dni później dostał list na blankiecie Rady z podpisami Jerzego Osmołowskiego i Czesława Krupskiego. List udzielał mu nagany za "niewłaściwie pojęty obowiązek koleżeństwa", tj. za odmowę donosu na autorów wiersza. Tadeusz przechowywał ten list w teczce z napisem "Curiosa" aż do września 1939 roku.
Z Niemcami utrzymywano stosunki nie tylko towarzyskie, ale i przyjazne. Tadeusza łączyła zażyłość z lejtnantem lotnictwa Grunwaldem, który miał kwaterę w mieszkaniu państwa Irteńskich, i z przyjacielem Grunwalda hauptmanem von Axhausen.
Grunwald rodem z Legnicy był żywym i wesołym brunetem. Miał pieska imieniem Lump, którego brał ze sobą jak maskotkę do samolotu. Von Axhausen był to Prusak słusznego wzrostu, przystojny, z siwiejącym włosem na skroniach. Gdy Niemcy rozpoczęli swą ostatnią ofensywę na Paryż, Grunwald zacierał dłonie, mówił o rychłym zawarciu pokoju, o Gretchen, która czekała na niego w Legnicy. Von Axhausen słuchał, uśmiechając się pobłażliwie, i mówił kiwając głową:


– Oh, du Optimist, Optimist...
W końcu maja Grunwalda i von Axhausena odwołano na front zachodni. Grunwald obiecał Tadeuszowi pisać "jeżeli nic się nie stanie". Widocznie coś się stało, bo Tadeusz nigdy już od niego nie miał wiadomości.

sobota, 02 marzec 2013 09:09

Wojna i sezon (17)

Napisane przez

– Dlaczego Kazia nie mają puścić? – pocieszał żonę pan Irteński – przecie jest prostym ułanem...
Odtąd na każdy dzwonek pani Irteńska biegła do przedpokoju w nadziei, że to może Kazio wrócił.
Tak trwało do pewnego mroźnego wieczoru w końcu lutego. Gruchnęła wieść, że się zbliża jakaś odmiana. Co to miała być za odmiana – nikt dobrze nie wiedział. Jedni mówili, że po zerwaniu rokowań pokojowych niemiecko-sowieckich w Brześciu do Mińska wejdą Niemcy (co okazało się prawdą). Inni, że Niemcy postanowili oddać Mińsk legionom polskim i że do Mińska wkroczy Piłsudski. Ta druga wersja była o tyle charakterystyczna, że dowodziła, jak dalece i jak długo Mińsk był odcięty od świata. Prócz garstki wtajemniczonych nikt nie wiedział, że w owym czasie Legiony już nie istniały, a Piłsudski był więźniem w Magdeburgu. Tak czy inaczej wersja o wkroczeniu Polaków napędziła wielkiego strachu bolszewikom.
Po zapadnięciu zmierzchu ucieczka bolszewików nabrała cech paniki. Od tamtych czasów zdarzało się autorowi tej kroniki oglądać szereg "pośpiesznych" ewakuacji, ale żadnej z nich nie można porównać z tym, co się działo w Mińsku w ten mroźny zmierzch lutowy. Ulica Zacharzewska, będąca szlakiem do dworca Brzeskiego – jako jedynej wolnej drogi na Borysów, bo drogę na Bobrujsk zagradzał Dowbór – była zapchana uciekającymi na złamanie karku bolszewikami. Tę panikę wyzyskał pan Szunejko, pozbawiony prawej ręki, skutkiem nieszczęśliwego wypadku w młodości. Stanął na ulicy Zacharzewskiej i grożąc rewolwerem, trzymanym w lewej ręce, z pustym rękawem prawej ręki wetkniętym w kieszeń bekieszy, żądał od zbiegów przybranych w skórzane kurtki komisarskie oddawania posiadanej gotówki. Żądał przy tym wyłącznie rubli carskich, gardząc tzw. "kierunkami". Oddawali potulnie, bez cienia oporu, byle tylko prędzej wydostać się z Mińska. W ten sposób pan Szunejko miał zarobić coś około ćwierć miliona rubli – sumę wtedy jeszcze bardzo znaczną.


Nazajutrz Mińsk był wolny. Polskie "podziemie" ujawniło się. Na ulicach rozlepiono ogłoszenia kapitana Topora (Ignacego Matuszewskiego) wzywające do utrzymania spokoju i porządku. Pośpiesznie organizowano samoobronę polską. Rudy, Tadeusz i Jerzyk Świda udali się do "arsenału" na ulicy Magazynowej – do lokalu gimnastycznego towarzystwa "Sokół" – gdzie dostali karabiny i opaski biało-czerwone. Ruszyli z własnej inicjatywy kierować ruchem ulicznym w śródmieściu. Wkrótce rola ta ich znudziła, więc wrócili na Magazynową, gdzie im dano hasło i kazano zluzować wartę przy garbarni pana Imrotha na Lachówce. Po paru godzinach – a było to już późne popołudnie – zluzowała ich zmiana, po czym znów wrócili do regulowania ruchu ulicznego. Wtedy to nadjechała ciężarówka, w której stali uzbrojeni po zęby czterej bojowcy: dwaj kuzyni Tadeusza bracia Eynarowicze z Grodzieńszczyzny, jakiś wojskowy, którego nazwiska nie wiedziano ani wtenczas, ani potem, i wreszcie znany na gruncie mińskim pirotechnik puszczający fajerwerki na zabawach "monstre" na Treku, pan Żyźniewski. Ta czwórka zaproponowała naszej trójce wspólny wypad na dworzec Brzeski.


Chodzi o to, że Mińsk był wolny, ale niezupełnie. Kilkanaście tysięcy żołdactwa bolszewickiego, częściowo uzbrojonego, wciąż jeszcze zatykało i oblepiało sale, perony, wagony, dachy, stopnie i sprzęgi wagonów i lokomotywy na dworcu Brzeskim. Pociągi odchodziły, lecz bardzo nieregularnie, wskutek zrozumiałego zamętu. Byłoby szaleństwem "brać do niewoli" tę masę opanowanego paniką motłochu, lub nawet tylko utrudniać mu ucieczkę z Mińska. Toteż cel wypadu mężnej siódemki, przedsięwziętego – trzeba to podkreślić – zupełnie samorzutnie, bez żadnego rozkazu z "ośrodka dyspozycyjnego" przy ulicy Magazynowej, był zupełnie inny. Antybolszewicko nastrojony kolejarz doniósł panu Żyźniewskiemu, że na dworcu Brzeskim stoi pod parą pociąg z ładunkiem jednego samolotu, trzech armat i kilka wagonów karabinów maszynowych z amunicją. Trzeba było nie dać bolszewikom wywieźć tego ładunku. Trzeba go było zdobyć i oddać... Komu? Oczywiście zbliżającym się legionom Piłsudskiego.
Wyprawa udała się. Gdy dzielni wojacy wkroczyli w siedmiu na dworzec, zawszone żołdactwo bojaźliwie rozstępowało się i dawało drogę. Komendant pociągu z samolotem, armatami i amunicją nie tylko "poddał się", lecz zwracając się do Tadeusza per "barin" (wziął go widocznie za dowódcę oddziałku, choć właściwie żadnego dowódcy wśród nich nie było) prosił z pokorą, aby pozwolić – jemu i załodze – odjechać na odczepionej lokomotywie. Prosił też, jak o wielką łaskę, o pozwolenie na zabranie ze sobą dubeltówki myśliwskiej. W Tadeuszu zbudziła się solidarność łowiecka do kolegi po fachu i – zgodził się wspaniałomyślnie.


Na tym skończyła się wyprawa. Gdy późnym wieczorem po powrocie z dworca Brzeskiego Tadeusz z Rudym zastukali do drzwi mieszkania, głos pani Irteńskiej spytał poprzez szczelinę drzwi przytrzymaną łańcuchem:
– Kto tam?
Duch Trylogii wciąż był nad nimi i odpowiedzieli bez namysłu:
– Swoi! Od królewskiego wojska!
Nazajutrz przy rannym śniadaniu Rudy barwnie i z kolorowymi dodatkami opowiadał państwu Irteńskim, jak to w siódemkę "zdobyli pociąg pancerny", tak bowiem Rudomina określał wtedy bohaterską wyprawę na dworzec Brzeski. Pan Irteński wysłuchał opowiadania, a potem powiedział z żalem w głosie:
– I po co było Kaziowi jechać do tego Dowbora! Zabawę w wojsko miałby dziś na miejscu...
Zamilkł, widząc, że pani Irteńska odwróciła głowę i wyszła z pokoju, by ukryć łzy.
A na drugi dzień wiedziano już w całym mieście, że do Mińska zbliżają się nie żadne legiony polskie, ale Niemcy. Wiedziano już, że rokowania brzeskie zostały zerwane. Wtedy to Trocki wyskrobał ołówkiem na tynku jednej z sal twierdzy brzeskiej pamiętne słowa "Ni wojny, ni mira – Leon Trockij". Na Zacharzewską wyległy tłumy, aby obejrzeć wkraczających "zwycięzców". Wchodzili przy dźwiękach piszczałek i bębnów. Byli to przeważnie landszturmiści o wyglądzie podtatusiałym i dość pokojowym.


Członkowie samoobrony polskiej odpięli z rękawów kożuszków i bekiesz opaski biało-czerwone, a broń złożyli w "arsenale" na Magazynowej. Zdobyty "pociąg pancerny" dostał się rzecz jasna w ręce Niemców. Tylko panu Szunejce udało się uratować ruble carskie.
Nieraz później wspominając to "zdobycie pociągu pancernego", Tadeusz myślał, że jednak wyprawa była dość ryzykowna. W siódemkę, w kilkunastotysięcznym mrowisku wrogiego żołdactwa, grali rolę zwycięzców, mając za sprzymierzeńca tylko wszechwładną panikę, którą to żołdactwo było ogarnięte. Takie rozmyślania doprowadzały go do ciekawych wniosków z dziedziny psychologii terroru i bohaterstwa.
Przeszło jeszcze kilka dni. Pewnego popołudnia Tadeusz posłyszał straszny rozdzierający krzyk w przedpokoju. Nie mógł zrozumieć, czyj to był głos, ale jednocześnie wydało mu się, że ten krzyk – straszny nieludzki krzyk – znał z literatury. Hrabina Rostowa z "Wojny i pokoju" tak krzyczała na wieść o śmierci Pietii. Tadeusz zrozumiał.


We wsi Blizniecy koło Rohaczewa podjazd 3 pułku ułanów znalazł w płytkiej mogile nagie zwłoki Kazia. Mieszkańcy wsi byli rozmowni i opowiedzieli wszystko ze szczegółami. Kazia i wziętego tegoż dnia do niewoli rotmistrza Boufałła odarto z butów, ubrania i bielizny i pędzono nago po śniegu przez wieś, tłukąc kolbami. Później skłuto ich bagnetami i wreszcie dobito z karabinów. Nagie zwłoki ułożono w płytkim dole w taki sposób, "cztoby odin drugogo w ż... cełował".


Zobaczywszy fotografię zwłok Kazia pan Irteński i Tadeusz – wbrew protestom pani Irteńskiej, która fotografii nigdy nie miała zobaczyć – nie pozwolili na otwarcie zalutowanej trumny. Złożono ją tymczasowo w podziemiach nowego kościoła na Zacharzewskiej, aby potem pochować albo w Baćkowie, albo w grobach rodzinnych w Kalwarii pod Mińskiem – na cmentarzu kościoła ufundowanego w XVIII wieku przez Michała Irteńskiego, podkomorzego bobrujskiego. Losy zrządziły inaczej. Po roku 1920 bolszewicy przerobili nowy kościół – fundacji Edwarda Woyniłłowicza – na "pałac kultury i odpoczynku". Trumnę z ciałem Kazia wyrzucono prawdopodobnie do jakiegoś wspólnego dołu, tym bardziej że do trumny była przybita tabliczka z nazwiskiem i dodatkiem że "poległ w walce z bolszewikami".


Kazio był wyjątkowo pięknym chłopcem. Kazimierz Leczycki w swej powieści z życia mińskiego "Państewko" porównał go do Doriana Greya. A z fotografii pośmiertnej patrzały wytrzeszczone w śmiertelnej męce oczy, krzywiły się w grymasie agonii, odsłaniając rząd równych zębów, spuchnięte wargi, widniała na szyi tuż pod podbródkiem dziura od pchnięcia bagnetem. A zdawało się tak niedawno ten Kazio bawił się jeszcze – ku zgorszeniu i drwinom kolegów gimnazjalnych – w koniki.


– Tak, wojenka, psiakrew – myślał Tadeusz, zaciskając zęby i pięście.
Śmierć Kazia była rodzinną tragedią Irteńskich – tragedią zazdrośnie ukrywaną przed ciekawością obcych (zwaną współczuciem). Ale z biegiem lat śmierć ta nabierała innego aspektu. Była po roku 1863 jednym z pierwszych wypadków wysłania wyrostka na nikomu niepotrzebną śmierć – wysłania przez jazgot bab-patriotek i naszepty ramolejących obrońców ojczyzny przybranych w mundury oficerskie, lecz przezornie bardzo dbających o własną skórę.

 

Rozdział X
LEGENDA O DOBRYCH
NIEMCACH


Porzucając zagrzane w ciągu dwóch i pół lat okopy "wielkiej wojny", Niemcy przekroczyli w końcu lutego 1918 r. granicę tzw. Ober-Ostu, tj. obszaru położonego między ziemiami Królestwa Polskiego a linią frontu, i zajęli wschodnią część Wielkiego Księstwa Litewskiego aż po Dniepr. Zatrzymali się przeto mniej więcej na granicy Rzeczypospolitej przedrozbiorowej.
Gdy w sześć lat później Tadeusz Irteński osiadł w Wilnie, zdarzało się, że rozmowa z którymś z rdzennych wilnian schodziła na temat wspomnień z okupacji niemieckiej. Tadeusz ogromnie się dziwił, bo zdawało mu się, że mówili o zupełnie odrębnych gatunkach Niemców. W ustach wilnianina, który przeżył trzyletnią okupację Ober-Ostu, Niemiec był owym legendarnym złodziejem dzwonów, samowarów i klamek mosiężnych, brutalem i wstrętnym Hunem, głodzicielem matek i dzieci, niemal że napastnikiem panienek Bogu poświęconych, Hunem, który ponadto – jak głosiła lokalna legenda wileńska – zamknął w naczelnej szopie około tysiąca chorych na choroby weneryczne prostytutek i wytruł je gazem. Słowem – Hun.
W listach Tadeusza tenże Niemiec był przede wszystkim wyzwolicielem z bolszewizmu, a po wtóre – typem najidealniejszego okupanta, jakiego mogła stworzyć najidealniejsza konwencja haska. Ponieważ w Polsce nawet w okresie trwania polsko-niemieckiego paktu o nieagresji nie wypadało mówić dobrze o Niemcach, jako że byli odwiecznymi wrogami narodu, więc na zakończenie Tadeusz "ustępował" i nawet starał się odgrzebać w pamięci parę wypadków brutalnego lub w ogóle paskudnego zachowania się Niemców na obszarze nowej okupacji. Zapominał przy tym, że odosobnione wybryki niczego nie dowodzą, gdyż mogą nas spotkać – i niestety nieraz spotykają – ze strony najbardziej rodzimej armii. Tak czy inaczej, rozmowa kończyła się pojednawczo: i wilnianin, i Tadeusz dochodzili do wniosku, że ostatecznie każdy Niemiec to świnia, po czym

sobota, 23 luty 2013 07:45

Wojna i sezon (16)

Napisane przez

Z chłodami i słotami październikowymi romantyzm rewolucyjny wyparował do reszty. Znikły uśmiechy. Dowcipy w rodzaju: "Jak wiadomo marzec jest miesiącem rewolucji, tak np. Bastylię zdobyto 14 lipca" – dawno się przejadły. A żart na temat "wojny do zwycięskiego końca... z burżuazją" witano albo bez uśmiechu, albo z bardzo cierpkim uśmiechem. Sączyły się głuche pogłoski o jakichś walkach w Petersburgu, ale gazety o tym milczały.


Aż pewnego popołudnia przyszła wieść urzędowa o dokonanym w stolicy przewrocie i o utworzeniu rządu komisarzy ludowych z Leninem i Trockim na czele. Mińsk przyjął wieść w nastroju tępej rezygnacji. O żadnych protestach lub tym bardziej walkach nie było mowy. Jak się wkrótce miało okazać, Mińsk był jednym z nielicznych w imperium okręgów, w którym partia bolszewików zdobyła absolutną większość głosów w wyborach do konstytuanty. Nic dziwnego: w samym Mińsku stacjonowało około 150 tysięcy rozagitowanych żołnierzy. Zagarnięcie władzy przez bolszewików odbyło się więc spokojnie, bez zajść i tarć. Kwaterą główną bolszewików był "nowoczesny" gmach szkoły handlowej. Szkoła handlowa była więc w Mińsku tym, czym w stolicy był słynny "Smolny Instytut".


Życie polskie toczyło się po staremu. W restauracjach upijano się i od czasu do czasu zdarzały się mordobicia. Wtedy "zastępcy stron obu" spędzali długie wieczory na naradach honorowych i w końcu spisywali protokół orzekający, że w czasach, gdy życie Polaka nie należy do niego, lecz do ojczyzny, i nie ma on prawa nim dysponować, pojedynek zostaje odłożony aż do nastania "zupełnie normalnych warunków". Takie warunki widocznie nigdy nie nastały. Tadeusz bowiem nie pamięta, aby któryś z odłożonych w latach 1914–1918 pojedynków odbył się kiedykolwiek.
Wychodził "Dziennik Miński" pod redakcją pana Jaworskiego i nie był nawet cenzurowany. W Bobrujsku rozłożył się kwaterą główną dowódca 1 korpusu polskiego gen. Dowbór-Muśnicki, w Dukorze o kilkanaście wiorst od Mińska stał 1 pułk ułanów, a w samym Mińsku stacjonował jeden szwadron tego pułku. Wszystko to dawało Polakom poczucie pewnego bezpieczeństwa, zwłaszcza że w Mińsku, jak i gdzie indziej, panowała opinia, że bolszewicy nie przetrwają dłużej niż parę tygodni ("parę miesięcy" – korygowali niepoprawni pesymiści).
Któregoś ranka Tadeusza obudziły dźwięki orkiestry. Podbiegł do okna i uchylił rolety. Przez siatkę drobnego deszczu ujrzał wracający z ćwiczeń, czy jadący na ćwiczenia – a może patrolujący – szwadron ułanów. Trębacze grali piosenkę: "Hej – hej, ułani".
U wuja Obiezierskiego odbyło się przyjęcie dla przybyłego z Bobrujska generała Dowbora oraz dla oficerów 1 pułku ułanów. Oprócz wojskowych do stołów zasiadła cała śmietanka polskiego Mińska. Przyjęcie było sute: przekąski z klubu obywatelskiego, starka, burgund, szampan. Były mowy.
Generał Dowbór, zapewne trochę zgorszony szczególnym afektem, który mińczucy, a zwłaszcza panie mińskie, okazywali ułanom, zaapelował dość rozsądnie do społeczeństwa polskiego, aby kochało nie tylko ułanów, ale i piechotę. Na tę mowę Henryk Weyssenhoff zaprotestował, wykrzykując gorąco i niezbyt dorzecznie, że Krechowce okryły oręż polski wielką chwałą, jak ongi Somosierra, i że przeto malowanym dzieciom należy się miłość specjalna. Dowbór już nie replikował. Zresztą zgrzytu nie było. Panie, rozgorączkowane i zarumienione, topniały pod zabójczymi spojrzeniami ułanów. Panom kurzyło się z łysin i czupryn. Było bardzo, bardzo wesoło. A wszystko to w czasie, gdy nad krajem panowali już bolszewicy.
Tadeusz wychodził z przyjęcia razem z Rudym. Byli jedynymi cywilami spośród zaproszonej młodzieży. Rudemu, podobnie jak Dowborowi, nie podobało się powodzenie, które ułani mieli u pań.


– A wisz – mówił Tadeuszowi – ten szyk kawaleryjski jest trochę pocztowo–telegraficzny: dzyń–braś, dzyń–braś... Tadeusz wzruszył ramionami:
– Cóż – powiedział – to jak w piosence o ostatnim mazurze:


Ułan czule szepce w uszko,
Ostrogami dzwoni.
Pannie bije się serduszko
I liczko się płoni...


Rudy mruknął pod nosem przekleństwo w języku rosyjskim. W Mińsku więc panowała na razie cisza. Na wsi było inaczej. Zaraz po przewrocie bolszewickim wyszedł leninowski "Dekret o ziemi". Przez cały obszar byłego imperium przeszła fala pogromów. Gromiono dwory ziemiańskie.
Najstraszniejsze pogromy szalały w Rosji i na Ukrainie. Ziemian, którzy nie zdążyli uciec do miast, mordowano. Nieraz torturowano przed zamordowaniem. Dwory palono. W dworach, z których właściciele uciekli, gniew ludu wyładowywano na "pańskich" zwierzętach: w guberni orłowskiej wykłuwano oczy zarodowym ogierom i buhajom, pawie oskubywano żywcem "do naga". Tak się działo w Rosji centralnej, gdzie i ziemianie, i chłopi mówili tym samym językiem. Na Białorusi, gdzie większość ziemian była polska, pogromy odbywały się bez morderstw, albo wcale się nie odbywały, jak np. w Baćkowie i w okolicach Baćkowa. Na Białorusi pogrom polegał na tym, że tłum chłopów okolicznych pod wodzą "komitetu" (często jednoosobowego) nachodził dwór, dzieląc między sobą dobro burżujskie. Rabowano i dzielono rzeczy podzielne, a więc konie, bydło, drób, zapasy żywności, odzież. Rzeczy niepodzielne, np. fortepiany, często – choć nie zawsze – niszczono, przy czym grał tam rolę nie tyle instynkt niszczycielski, ile zawistna obawa, że przedmiot niepodzielny dostanie się sąsiadowi. Właścicielowi z rodziną pozwalano nadal mieszkać we dworze, albo też przenieść się do miasta z takim dobytkiem, jaki zdążył zgarnąć w pośpiechu.


Choć w Mohylowszczyźnie gromiono dwory na potęgę, w Judzieniczach pana Floriana Wańkowicza pogromu nie było. Widocznie popularność "bojara białoruskiego" była wśród Białorusinów zbyt wielka. Oświadczyli nawet, że będą pilnowali, aby "cudze" wioski nie odważyły się gromić Judzienicz. Stała się jednak rzecz inna: służba domowa, czy to w obawie represji ze strony biedoty wiejskiej, czy może pragnąc brać udział w pogromach okolicznych – rozbiegła się. W domu pozostali – obok starej niedołężnej niani – pani Florianowa i pan Florian konający po ataku apopleksji. Gdy umarł, dwie stare i słabe kobiety musiały dźwigać olbrzymie zwłoki, aby je ubrać i ułożyć na katafalku. W parę dni później, gdy wieść o jego śmierci rozeszła się po okolicy, przybyła pomoc kilku ludzi z księdzem na czele. Pogrzebano go po chrześcijańsku.


– "Wsi spokojna, wsi wesoła" – mówił Zbinio Czechowicz, który dość pośpiesznie uciekł ze swego majątku do Mińska (Wyniki mordowania ziemian na Białorusi, np. zabicie braci Sielawów w majątku Paule powiatu lepelskiego guberni witebskiej, zdarzyły się w rok później, już pod okupacją niemiecką, i były przypisywane nie chłopom miejscowym, lecz dywersantom zza kordonu. Wtedy też odnotowano szereg wypadków grabieży (pogromów) dworów ziemiańskich, przeważnie w guberni mohylowskiej, a również koło Borysowa – pogrom majątku Hlewin państwa Świdów).
W końcu 1917 roku stosunki w Mińsku zaczęły się psuć. Szwadron ułanów stacjonujący w mieście ściągnięto do Dukory, a wkrótce cały pułk przeniósł się w okolice Bobrujska, gdzie – jak później pisał Florian Czarnyszewicz – "Dowbór Polskę ustanowił". W styczniu 1918 śrubę bolszewizmu zaczęto dokręcać. Nie było wprawdzie jeszcze aresztowań na większą skalę, nie aresztowano chyba nikogo z Polaków w tym okresie. Ale nienawiść bolszewików do Polaków, których nie bez podstaw uważano za przedstawicieli czarnej reakcji, rosła z dnia na dzień.


W Mińsku prosperowało "podziemie" polskie. W mieszkaniu państwa Irteńskich w pokoju, który dwa lata temu rekwirował kapitan kontrwywiadu Kleigels, mieszkali dwaj ukrywający się oficerowie Polacy we frenczach bez odznak. Kazio Irteński, osiemnastoletni uczeń gimnazjum Zubakina i Falkowicza, często przesiadywał z nimi, prowadząc do późna tajemnicze narady. Tadeusz na razie nie bardzo interesował się tymi wizytami młodszego brata, był bowiem zaręczony i spędzał wieczory w domu narzeczonej. Nie bardzo więc wiedział, o czym brat ośmioklasista mógł rozmawiać z dwoma podtatusiałymi oficerami. Zdziwił się niemile, gdy pewnego dnia Kazio mu powiedział, że się postanowił przekraść do Dowbora i tam wstąpić do 3 pułku ułanów, w którym adiutantem był kuzyn Gienio Falkowski.


Pana Irteńskiego też bardzo zmartwiła decyzja Kazia. Radził skończyć gimnazjum, a potem iść do wojska. Pani Irteńska była zmartwiona, ale wiedząc, że łagodny Kazio potrafi być uparty, nie protestowała. Wybrał się więc Kazio w przebraniu "czubaryckim" koleją do Hradzianki, stamtąd furmanką do Baćkowa. Z Baćkowa, bez przeszkód ze strony chłopów baćkowskich, ruszył konno do Bobrujska.
Wkrótce potem wojna pomiędzy bolszewikami a 1 korpusem Dowbora, dotąd "zimna", teraz rozgorzała na dobre. Walki toczyły się pod Bobrujskim i Rohaczewem. Mińsk był całkowicie pod władzą bolszewików. Śrubę dokręcano coraz mocniej. Ówczesnemu uciskowi bolszewickiemu daleko było jeszcze do później osiągniętej perfekcji. Tyle tylko, że wprowadzono godzinę policyjną i grożono uszczelnieniem mieszkań burżujskich.
Polskie życie kulturalno-społeczne nie ustawało ani na chwilę. "Dziennik Miński" niemal otwarcie nawoływał przebywającą w Mińsku młodzież do przekradania się do Bobrujska i wstępowania do oddziałów Dowbora. Prócz Kazia Irteńskiego wezwania tego usłuchali m.in. Zbiś Święcicki, Kazio Malkiewicz, Janusz Krupski – wszyscy uczniowie gimnazjalni lub maturzyści. Z nieco starszych roczników poszli wojować Aryk Krasowski i Janek Bochwic.


Wtedy to Seweryn Odyniec, przebywający w Mińsku w charakterze "bieżeńca" z Wileńszczyzny, napisał, a "Dziennik Miński" wydrukował wiersz pt. "Suplikacje". Wiersz ten zarówno tytułem, jak napięciem patetycznej grozy przypominał Chorał Ujejskiego:


Prysnął sen złoty. Zaczęty się jawy.
Zbrodnicza ręka przeznaczeń nić mota.
Pomrukiem armat bój skarży się krwawy.
Za miastem wolność, a w mieście sromota,
Tęsknota orłów wtrąconych do lochu,
Bluźnierstwa wrogów, szyderstwa motłochu.
Ojczyzno moja! Rozdarty na szmaty
Dwubarwny sztandar twój zrósł się na nowo.
Nad szeregami mknie orzeł skrzydlaty
Zamierzchłych legend uchylił czas rąbki,
Do boju grają ułańskie znów trąbki.
W dalszym ciągu wiersza były jeszcze wyraźniejsze akcenty Chorału:
Rękę każ, Panie, każ rękę, co wpuści
Szpony drapieżne w pierś żywą ojczyzny...


Wiersz Odyńca oddawał sugestywnie, jak tylko dobry wiersz potrafi to zrobić, nastroje społeczeństwa polskiego w Mińsku.
W pewien poranek lutowy do mieszkania państwa Irteńskich przyszedł przez schody kuchenne jakiś osobnik zarośnięty, brudny, w zaszmelcowanym szynelu. Był to w "czubaryckim" przebraniu emisariusz z korpusu Dowbora. Przyniósł Irteńskim groźną wiadomość: Kazio jest w niewoli bolszewickiej. Zapytany o szczegóły, powiedział, że Kazio razem z Arykiem Krasowskim i Zbisiem Święcickim zgłosili się na ochotnika, aby wysadzić w powietrze most gdzieś pod Rohaczewem. Zadania nie wykonali, bo trafili pod ogień karabinów maszynowych w chwili, gdy zsiedli z koni, aby zapalić papierosa. Aryk i Zbiś skoczyli na konie i cało wrócili do szwadronu. Kazio nie zdążył dosiąść pod obstrzałem przerażonego i znarowionego konia.
W domu Irteńskich zapanował nastrój trwogi i niepewności. Promyk nadziei błysnął, gdy do domu do Mińska wrócił oberwany i zarośnięty – Janusz Krupski. Też trafił do niewoli bolszewickiej. Bito go i znęcano się nad nim, ale w końcu puszczono go wolno jako prostego szeregowca, który nie z własnej woli poszedł bić się w "pańskim" wojsku. W przebraniu "czubaryckim" wrócił do Mińska.

piątek, 15 luty 2013 20:55

Wojna i sezon (15)

Napisane przez

Tęsknota do kraju lat dziecinnych – do ścisłej ojczyzny – jest godna pochwały, ale – czy ci Polacy "uciekinierzy" czują choćby w drobnej mierze jakąś więź wewnętrzną, jakąś choćby cząstkową przynależność do tego Mińska i Mińszczyzny, gdzie przyjęto ich przed dwoma laty z otwartymi ramionami, gdzie cackano się z nimi, gdzie ich karmiono, pojono, opierano? Chyba nie... Toteż rdzenni mińczucy chmurzą czoła i z rozterką w duszy słuchają miodopłynnych frazesów o ojczyźnie, o 3 maja, a hufcach narodowych, o tym że nie rzucim ziemi skąd nasz ród...


Jak wieś przyjęła rewolucję? W guberniach wielkoruskich i na Ukrainie gromiono, rabowano i palono dwory. "Nad popieliskami, nad gniazdami ziemiańskimi, nad Rusią ziemiańską wił się dym czarny". Na Białorusi było zupełnie inaczej. Wieś przyjęła postawę spokojną i wyczekującą. Aż do późnej jesieni, czyli do przewrotu bolszewickiego, nie było na Białorusi ani jednego "pogromu". Parobcy i robotnicy dniówkowi pracowali normalnie, słuchając rozkazów właściciela, rządcy i ekonoma. Powstały wprawdzie w każdej wsi komitety, ale te komitety obserwowały tylko i kontrolowały, nie wtrącając się do cyklicznych prac na polach i łąkach. Gorzej było z lasem: kradzieże leśne odbywały się jawnie. Las baćkowski stanowiący samotną wyspę w promieniu kilku wiorst był zawsze pokusą dla sąsiednich wiosek, a teraz cierpiał straszliwie. Kraść budulec lub opał przyjeżdżały "kolosy" z wiosek bardzo odległych. Pani Irteńska nakazała leśnikom, aby tylko upominali chłopów, że rozkradają "dobro publiczne". Upomnienia były rzecz prosta grochem o ścianę. Ale sielanka trwała: gdy Tadeusz spacerując po lesie ze strzelbą, spotykał chłopa wywożącego drzewo, ten po staremu czapkował paniczowi i nawet robił minę zawstydzoną. Tadeusz chodził jednak do lasu coraz rzadziej: spotkanie ze złodziejem leśnym, lub nawet tylko daleki odgłos siekiery nie należały do przyjemności.


Sielanka trwała, choć nikt – poza wierzącymi w cuda, nie łudził się. Chłopi byli święcie przekonani, że niebawem zagarną całe "pańskie" dobro, ziemianie zastanawiali się, czy i co uda im się unieść ze zbliżającej się zagłady. Najskromniejsze bowiem programy ówczesnych partii politycznych przewidywały nie wykup, ale odebranie całej ziemi "obywatelskiej" bez żadnego odszkodowania. W Petersburgu toczyło się wesołe przelicytowanie się w radykalizmie społecznym. Była moda na "polewienie", tj. równanie na lewo całej myśli politycznej. Tyle tylko, że partie skrajnie lewe chciały wszystkiego zaraz, a partie prawe troszkę potem.


Sielanki nie było w majątkach położonych blisko frontu. Tam panoszyli się żołnierze, a oficerowie byli bezsilni. Żołnierze kradli więc wszystko, co się dało: taszczyli z lasu drzewo na opał, łamali na opał parkany, kradli drób i statki domowe, otrząsali zielone jabłka z drzew. Zresztą przed rewolucją działo się w majątkach przyfrontowych to samo. Gdy Zbynio Czechowicz powiedział starej na pół głuchej babie dworskiej.


– A słyszałaś babka? Nasi wzięli Erzerum.
Na to odpowiedziała smutno kiwając głową:
– Oni wszystko zabierają, paniczu. Miałam stare wiaderko i to mi zabrali.
Dużo kłopotu z żołnierzami frontowymi miała pani Tadeuszowa Bochwicowa z majątku Florianów pod Baranowiczami. (Majątek ten przeszedł do historii literatury polskiej, jako miejsce "wczasów" Elizy Orzeszkowej i Władysława Stanisława Reymonta). Florianów nie miał lasu i miał niedużo ziemi ornej. Jego ozdobą i głównym źródłem dochodu był wspaniały sad owocowy z 6 tysiącami drzew na obszarze 20 dziesięcin. Stacjonujący we Florianowie żołnierze biwakowali w sadzie pod jabłoniami, rozkładali ogniska, nad którymi wytrząsali wszy z koszul, śpiewali pieśni, grali na harmonii, obżerali się zielonymi jabłkami. Pani Bochwicowa błagała ich, aby nie otrząsali jabłek, wskazując na szkodliwość niedojrzałych owoców dla zdrowia, no i powołując się też na niedopuszczalność marnowania "dobra publicznego". Żołnierze słuchali upomnień z dobrodusznym humorem i żuli zielone jabłka z głośnym mlaskaniem. W pewnej chwili jeden z nich zirytował się jednak i krzyknął na kolegę harmonistę:
– A cóż to stara nie daje nam spokoju! Dimka, a zagraj no jej Ojrę!


Pani Bochwicowa opowiadała później w Mińsku:
– Cóż miałam zrobić? Oni grali Ojrę, a ja poszłam do domu. Starałam się tylko nie iść w takt.
Pani Bochwicowa opowiadała z humorem i słuchacze się śmieli. A jednak amatorzy symbolów mogliby dojrzeć coś głębszego w tym widoku zacnej pani Bochwicowej starającej się nie iść w takt sołdackiej Ojry. Owego lata 1917 usiłowanie, by nie kroczyć w takt zwycięskiego marsza rewolucyjnego, usiłowanie nieśmiałe, naiwne, zabawne – było właściwie jedynym wyrazem protestu ze strony klasy, którą wkrótce miano ochrzcić pogardliwym mianem "wystraszonej inteligencji i niedorżniętych burżujów".
Petersburg obradował, rządził, wydawał odezwy. Rada delegatów żołnierskich i robotniczych też obradowała, rządziła, wydawała odezwy.
Gadano. Na garstkę bolszewików patrzano z lekceważeniem, tym bardziej, że ich "putsch" lipcowy z łatwością stłumiono, a Lenin skrył się gdzieś bez śladu. Czy go zresztą szukano? Partie zasiadające w Rządzie Tymczasowym i w radzie delegatów uważały bolszewików za błądzących, ale miłych sercu socjalistycznemu braci. Bano się piekielnie nie ponownego powstania bolszewików, ale "czarnej reakcji". Bolszewików potępiono za "putsch" lipcowy nie dlatego, że byli bolszewikami, ale dlatego, że swym zamachem mogli utorować drogę reakcji z restauracją monarchii włącznie. Zamykano oczy na fakt, że bolszewicy, choć pobici w lipcu w czasie powstania, de facto już zwyciężyli. Front był na razie biernie, ale wyraźnie probolszewicki. Żołnierze nie chcieli się bić. Myśleli o pokoju i o tym, aby zdążyć do rodzinnych wiosek, zanim cała ziemia nie zostanie podzielona. Nie było jeszcze masowych dezercji, ale zarządzona w czerwcu przez Kiereńskiego ofensywa zakończyła się fiaskiem. Znikł wszelki cień dyscypliny wojennej. Nad "propozycją" dowództwa, aby zaatakować okopy niemieckie, komitet pułkowy naradzał się całą dobę i albo uchwalał atak, albo go nie uchwalał. Jeżeli uchwalał atak, to zdarzało się, że pułk sąsiedni uchwały nie uznawał i nie ruszał się z miejsca.
Zjawiły się bataliony szturmowe, tj. bataliony złożone z żołnierzy, którzy chcieli się bić z Niemcami. Nazywano je też batalionami śmierci. Żołnierze tych batalionów mieli na ramieniu czarne opaski z trupią główką. Z batalionów śmierci nic nie wyszło. Miały służyć do zawstydzania zwykłych batalionów, które nie chciały się bić, i porywać te bataliony do ataku bohaterskim przykładem. Przykłady nie znalazły naśladowców. Batalion śmierci wracał z ataku zdziesiątkowany, bo bataliony sąsiednie zwykłe – nie ruszały się z okopów.
Były też baterie śmierci. Do jednej z nich należał praporszczyk Jaś (Icek) Święcicki. Przyjeżdżał do Mińska na parę dni urlopu, paradując z opaską z trupią główką na ramieniu.


Zjawiły się wreszcie bataliony kobiece. Miały one do reszty zawstydzić tchórzliwe serca męskie. Niestety kobiety szły do ataku z wielkim wrzaskiem, ginęły – a mężczyźni w okopach śmieli się z tego "dziurawego wojska" i ani im się śniło atakować Niemców.
Gdzieś w końcu lata dreszcz nadziei przebiegł przez klasę "wystraszonej inteligencji i niedorżniętych burżujów". Andrzej Węcławowicz, podporucznik (kornet), który wtedy pracował w Mińsku w oddziale radiotelegraficznym frontu zachodniego, aż się zarumienił, gdy przeczytał rozszyfrowaną przez podoficera depeszę: "Generał Korniłow ruszył na Piotrogród". Pochód wodza naczelnego Korniłowa z Mohylowa na stolicę stanowi jedną z niejasnych kart rewolucji rosyjskiej. Jedni twierdzą, że Korniłow działał na własną rękę, aby zrobić porządek w stolicy, a przede wszystkim rozpędzić radę delegatów żołnierskich, usunąć rząd Kiereńskiego i przywrócić dyscyplinę wojskową. Inni powiadają, że pochód Korniłowa był ukartowany wspólnie z Kiereńskim, lecz że Kiereński w ostatniej chwili zląkł się, zdradził generała i obwołał go buntownikiem. Czy było tak czy owak – jest zupełnie nieważne, bo pochód Korniłowa, choćby poparty przez Kiereńskiego, musiał się skończyć fiaskiem. Był spóźniony o kilka miesięcy. Gdyby nawet dzielnemu generałowi udało się zrobić porządek w stolicy, należy wątpić, czy wpłynęłoby to na zmianę nastrojów doszczętnie zdemoralizowanego i rozbałwanionego frontu ciągnącego się na przestrzeni paru tysięcy wiorst.


Zaczęła się jesień. Z chłodami znikły ostatnie powiewy rewolucyjnej wiosny. Zaczęły się dezercje z frontu. Pociągi były zapchane żołnierzami, którzy albo wracali do domu "dzielić ziemię", albo spekulowali tym lub innym towarem dźwiganym w workach. Nazywano ich "mieszocznikami". Wagony śmierdziały machorką, suknem sołdackim i niemytymi ciałami. Pasażerów obłaziły wszy. Miasta, miasteczka i wsie gotowały się do wyborów do konstytuanty.


"W nocy czarnej, we krwi, w męce; z lat zamieci, wojny, tuszy, krzywd, nadziei; z bankietów, więzień, wyborów, toastów – chmurą śnieżnej krupy przedzimowej niesiony – wstawał Październik" (Słowa przytoczone w tym rozdziale kursywą i w cudzysłowie są wzięte z noweli Władimira Lidina "Powiest' o mnogich dniach").

 

Rozdział IX
"ZA MIASTEM WOLNOŚĆ"...


Doszukiwanie się przyczyn wypadków zwanych dziejowymi, tj. wypadków wstrząsających życiem całego roju ludzkiego, jest – jak już wspomniałem parę razy – bezcelowe i nawet szkodliwe. Bezcelowe – jedynym bowiem, dość względnym celem takich rozrywek umysłowych jest utrzymanie na kuli ziemskiej kilku tysięcy katedr historii. Szkodliwe – bo "nauka" o związku przyczynowym zdarzeń historycznych kieruje myśl ludzką na fałszywą drogę, ogłupia maluczkich i wbija im w umysły zniekształcony obraz tego, co nazywamy historią. Związek przyczynowy to łańcuch logiczny, a historią rządzi wszystko prócz logiki i sensu. Co rządzi historią? – Nie wiem. Może Opatrzność, może "prawa historyczne" (które Lew Tołstoj "namacywał", ale których nie odkrył, ale które oczywiście "odkryli" marksiści), może przeznaczenie, może – co najprawdopodobniejsze – przypadek lub mówiąc ściślej – wypadkowa przypadków. Wszystko – tylko nie rozum i nie logika.
Nauka historii zbliży się może kiedyś do zrozumienia "przyczynowości" zjawisk historycznych, jeżeli narodzi się jakiś Freud czy Jung "historyczny" i nauczy nas psychoanalizy podświadomości zbiorowej, badając mroki psyche roju ludzkiego i kreśląc "prawa" rządzące snami (na jawie) ludzkiej gromady (Już po napisaniu tego rozdziału przeczytałem w "Kulturze" paryskiej (lipiec–sierpień 1962) uwagi Pawła Hostowca o "mechanizmie zbiorowych zaburzeń równowagi psychicznej". Badanie tego "mechanizmu" jest chyba równoznaczne z psychoanalizą podświadomości zbiorowej?). Wykrycie takich "praw" nastąpi nieprędko i chwała Bogu, że nieprędko. Szczęście jednostek i narodów polega na tym, że nie znają dnia ani godziny. Gdy dowiemy się o dniu i godzinie, życie straci dla nas wszelki urok i sens.
Brak logicznego związku przyczynowego nie znaczy jednak, że w pewnych okolicznościach i na pewien dystans nie możemy – przewidywać. Jeżeli wybuch rewolucji lutowej był dla wszystkich – nie wyłączając Włodzimierza Iljicza Lenina – niespodzianką, to zagarnięcie władzy przez bolszewików powinno było być do przewidzenia już w pierwszych tygodniach po wybuchu rewolucji lutowej. Nie chodzi tu o żadne "przyczyny"! Jeżeli siedzę w wątłym kajaku bez wioseł i prąd Niagary niesie mnie ku wodospadowi, nie potrzebuję snuć wątku przyczynowego, aby wiedzieć, że tylko cud może mnie uratować od runięcia w otchłań wodną.
Rosja kierowana przez Rząd Tymczasowy była właśnie takim kajakiem unoszonym ku przepaści. Rząd był tak rozgadany i tak własnym gadaniem otumaniony, że albo nie wiedział, co się dzieje, albo czekał cudu. No i wyrażając się kolokwialnie – doczekał się.

cdn

piątek, 08 luty 2013 20:47

Wojna i sezon [14]

Napisane przez

Tadeusza zarzucano pytaniami – w domu, na ulicy, w kawiarni "Selekt". Nie miał ani daru opowiadania, ani daru blagi, więc odpowiadał półsłówkami. Czasem wręcz prosił, aby się od niego odczepiono. Bo o czym miał opowiadać? Że słyszał w nocy serie karabinu maszynowego, a w dzień widział ciężarówki naładowane marynarzami, którym wstążeczki u czapek furkotały na mroźnym wietrze? Lub o tym, że po każdym strzale na wiwat gołębie chmurą wzbijały się pod niebo? Pan Irteński nie był z syna zadowolony:


– Jak to? – pytał – przeżyłeś w Petersburgu kilka dni historycznych i nie masz o czym opowiadać?
W parę dni później Mińsk był już zalany gazetami, proklamacjami, czasopismami humorystycznymi. Powódź papieru zadrukowanego była rokiem 1905 w dziesiątej potędze. Rosja odbijała sobie dwanaście lat reakcji i trzy lata cenzury. Przyszedł rozkaz numer 1 znoszący obowiązek salutowania oficerów. Przyszła jakaś "Deklaracja praw żołnierza i robotnika". Szeregowcy zaczęli tytułować oficerów "towarzyszami". Na dworcu brzeskim żołnierz zwrócił się do starego generała:


– Towarzyszu, czy nie moglibyście poczęstować mnie papierosem?


Generałowi łzy zakręciły się w oczach:


– Zabieraj całą papierośnicę, ale powiedz mi, w jaki u diabła sposób jestem twoim towarzyszem?


Żołnierz na pytanie nie odpowiedział, ale uradowany zagarnął papierośnicę i znikł w tłumie szarych szyneli.
Na św. Kazimierza pan Irteński urządził przyjęcie imieninowe. Zjawili się wszyscy notable mińscy i sporo ziemian przyjezdnych z panem Edwardem Woyniłłowiczem na czele, bo odbywało się właśnie w Mińsku walne zebranie Towarzystwa Rolniczego – pierwsze od niepamiętnych czasów, na którym obrady toczyły się po polsku.


Piwnica pana Irteńskiego jeszcze nie ucierpiała, toteż po kolejkach starki krążyły kielichy z dobrym winem. Za stołem rej wodził pan Ludwik Uniechowski, który dni rewolucji przebył w Moskwie. W przeciwieństwie do Tadeusza miał dar opowiadania i wszyscy słuchali go w skupieniu, choć właściwie nic szczególnego nie widział prócz manifestujących na ulicy tłumów, w Moskwie bowiem nie było ani strzelaniny, ani w ogóle "nieporządków". Na Tadeusza, naocznego świadka "prawdziwej" rewolucji, nikt nie zwraca uwagi, siedział więc zawstydzony i wstyd zapijał burgundem. Przejść miało szereg lat, zanim się dowiedział, że dobre opowiadanie polega na tym, jak się opowiada, a nie na tym, co się opowiada.
Po panu Uniechowskim głos zabrał pan Edward Woyniłłowicz. Mowa tego wodza konserwatystów mińskich miała charakter historiozoficznopolityczny. Porównał rewolucję petersburską z wielką rewolucją francuską i znalazł pewne analogie. Wielki książę Michał Aleksandrowicz odmawiający korony, której na jego rzecz zrzekł się Mikołaj II, przypomniał panu Edwardowi Filipa Egalité. Porównanie jak porównanie: nie było zbyt trafne, ale w dalszej części przemówienia zabrzmiały akcenty prorocze:


– To, co się teraz dzieje, to dopiero początek. Czekają nas dni ciężkie i groźne...
Tak czy inaczej bez mała tysiącletni system rosyjski rozsypał się. Rozsypał się dosłownie jak domek z kart. Oprócz stójkowych ustawionych (podobno) z kulomiotami na strychach petersburskich przez ministra Protopopowa i prócz gołowąsych junkrów – nie wszystkich i nie wszędzie – nikt monarchii nie bronił. Zapanowała dezorientacja i owczy pęd. Tadeusz, który wtedy przez parę tygodni prowadził dziennik, zapisał pewnego dnia:
"Była u nas wczoraj ciocia Paulina. Rzuciła się mamie na szyję z okrzykiem:
– A więc mamy wolność! Mama ją odsunęła, mówiąc: – Zasmakujesz jeszcze w tej wolności, gdy chłopi wam odbiorą wasze tysiąc dziesięcin ziemi ornej".


Następnego dnia Tadeusz dopisał w dzienniku: "Nie myślałem, że z cioci Pauliny taka idiotka".
(Pani Irteńska nie przewidziała, że bolszewicy odbiorą cioci Paulinie 1000 dziesięcin ziemi ornej i drugie tyle lasu dopiero w 22 lata później). W domu Irteńskich rewolucja nie budziła entuzjazmu. Od razu – pierwszego dnia, gdy gazety podały pierwsze enuncjacje Rządu Tymczasowego, pan Irteński nachmurzył się:
– Rozumiem: rząd tymczasowy. Ale dlaczego ten rząd tymczasowy wydaje wszystkie swe zarządzenia w porozumieniu z jakimś Sowietem Delegatów Żołnierskich i Robotniczych? Przecie to wyraźny dualizm władzy!


A w Petersburgu pogłębiano zdobycze rewolucyjne, cackano się z jakąś "babką rewolucji rosyjskiej". "Adwokaci rządzili, naradzali się, wydawali odezwy". Rząd tymczasowy ogłosił deklarację proklamującą niepodległość Polski. Był to pod względem formalnym wielki krok naprzód od czasu odezwy wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza sprzed trzech lat, ale mimo to deklaracja nie wywołała wielkiego zachwytu. Może dlatego, że wszystko było płynne, niepewne. Dopiero w wiele lat później niektórzy "politycy" przypomnieli sobie tę odezwę, upatrując w niej "tytuł prawny" do niepodległości Polski. Jak gdyby niepodległość wymagała tytułu prawnego?! Ci politycy byli fetyszami litery prawa, niczym powiatowi referenci weterynarii, którzy uważali, że wystarczy wydać przepis nakazujący nakładanie psom kagańca, aby wyleczyć powiat z plagi wścieklizny.
W Mińsku też naradzano się, meetingowano, urządzano pochody. Woniejąc benzyną toczyły się na pierwszych biegach ciężarówki z czerwonymi sztandarami i orkiestrą. Orkiestra grała "francuską" Marsyliankę, żołnierze ryczeli pod jej dźwięki uproszczoną "rosyjską", której rytm nie odpowiadał rytmowi "francuskiej". Wychodziła mała kakofonia, nie psuło to jednak podniosłego nastroju rewolucyjnego.


Towarzystwo Rolnicze obradowało ad infinitum. Gdy przy stoliku w "Selekcie", przy którym zasiadali Tadeusz i Rudy, ktoś zapytał, co będzie dnia tego tematem obrad, Rudy odpowiedział:
– Głos zabierze Władek Korkozowicz i w kilku słowach wyjaśni sedno sprawy.
Dowcip polegał na tym, że Władek miał umysł powolny i jak najmniej nadawał się do wyjaśnienia sedna jakiejkolwiek sprawy, a zwłaszcza sprawy tak zagmatwanej jak rewolucja.
Oficerowie krążyli po ulicach w epoletach i udawali, że nie widzą przechodzących szeregowych, którzy im naturalnie nie salutowali. Na Treku orkiestra po staremu grała walca "Dwie sobaczki" albo potpourri z "Fausta". Oficerowie grali w tenisa w białych koszulach, na których były wyhaftowane złoto-czarne orły dwugłowe – już z wyprutą koroną.


Meetingi były duże i małe. Na jednym z dużych meetingów na placu przed dworcem wileńskim miał przemawiać sam Aleksander Kiereński, który wtedy objeżdżał front i płomiennymi mowami zachęcał oddziały do ofensywy. Na placu był olbrzymi tłum. Kordon wojska i milicji bronił dostępu na plac i wpuszczał tylko tych, którzy mieli jakieś "mandaty".
Tadeusz i Rudy nie mieli mandatów i straż nie chciała ich wpuścić. Wtedy Rudy krzyknął z miną groźną:
– Musicie nas puścić! Jesteśmy delegatami komitetu ciekawych (komitieta lubopytnych)!
Groźny głos zrobił wrażenie i skonfundowany milicjant przepuścił przyjaciół. Niewiele jednak skorzystali. Tłum był tak zwarty, że się nie mogli przecisnąć bliżej do trybuny. W owe czasy nie było megafonów, słyszeli więc tylko pojedyncze, cienkie, tłumione odległością wykrzykniki i widzieli gestykulującego niewielkiego człowieczka w szarym frenczu.


Małe meetingi – najczęściej improwizowane – odbywały się wszędzie. A więc raz ciepłym wieczorem letnim Tadeusz otarł się o sporą gromadkę żołnierzy słuchających mówcy – też żołnierza – przemawiającego ze schodów kapliczki prawosławnej na skwerze. Mówca walił pięścią w pierś i krzyczał w kółko:
– Towarzysze! Ja cierpiałem w okopach! Towarzysze, ja was nie namawiam, abyście szli rozbijać składy Związku ziemstw... Towarzysze, ja cierpiałem na froncie...
Mówca mówił poważnie, ale chwilami z histerycznym "nadrywem". Żołnierze słuchali go poważnie i tępo. Wszystko wtedy było szare, śmierdzące kwaśnym suknem szyneli, poważne, tępe. Na razie spokojne. Pod stopami szeleściła warstwa wyplutych łusek siemienia słonecznikowego i arbuzowego. Szelest gryzionego siemienia był melodią rewolucji.
W przeciwieństwie do tego szarego i tępego spokoju "mas" inteligencja "wyżywała się": obradowała, gadała, pisała. Liberalny "Minskij gołos" powtarzał: "Obok hasła (łozung): Wszystko dla utrzymania zdobyczy rewolucyjnych! powinno zabrzmieć zawołanie (klicz): "Wojna do zwycięskiego zakończenia!". Na to zwycięskie zakończenie jakoś się nie zanosiło, bo na frontach zaczynano się bratać. Żołnierze rosyjscy i niemieccy wyłazili z okopów, spotykali się w pół drogi na "ziemi niczyjej", częstowali się papierosami, rozmawiali na migi. Powstały rady i komitety żołnierskie – dywizyjne, pułkowe, batalionowe. One to powoli stawały się władzą deliberującą i wykonawczą.
Zasługę przeprowadzenia rewolucji, "wielkiej i bezkrwawej", jak ją wtedy nazywano, przypisywali sobie eserzy i esdecy, tj. socjal-rewolucjoniści i socjal-demokraci, ale zaczęto też mówić o jakichś bolszewikach. Ale mówiono o nich mało, była to bowiem garstka "maksymalistów" (niewielu wiedziało wtedy o prawdziwym pochodzeniu nazwy "bolszewicy"), na której czele stoją jacyś Lenin i Trocki. Mówiono i pisano, że Lenina Niemcy przepuścili przez granicę w zaplombowanym wagonie. Dziwiono się, w jaki sposób ten zaplombowany wagon mógł przejść front rosyjsko-niemiecki: czyżby w tym celu otwarto front i uruchomiono przerwaną od trzech lat komunikację kolejową? Wielu dopiero w szereg lat później dowiedziało się, że wagon zaplombowany szedł nie przez front, ale z Szwajcarii przez terytorium niemieckie, a potem promem do Szwecji... Lenin i Trocki przyjechali do Petersburga przez Szwecję i Finlandię i prawem kaduka usadowili się w pięknym pałacyku primabaleriny Krzesińskiej.


(Interludium. A biedny cesarz z pięknymi szafirowymi oczami i równym przedziałkiem siedział pod strażą w Carskim Siole, razem z żoną, synkiem i córkami. Osłupienie i odrętwienie, w które wpadli ludzie dotąd "wierni tronowi", trwało. Żałowano słabowitego fatalisty. Żałowano ładnego synka. Zwłaszcza cztery śliczne księżniczki budziły gorące współczucie.


Ale nawet ludzie najwierniejsi tronowi zaciskali szczęki, myśląc o carowej, którą uważano (nie bez pewnej racji) za sprawczynię wszelkiego zła. Tej długo nie mogli przebaczyć i nie oburzała ich powódź obrzydliwych broszurek i ulotek opisujących ze sprośnymi szczegółami rzekome stosunki erotyczne między carową i Rasputinem. W opisach tych nie było ani słowa prawdy, ale wydawcy paskudnych broszurek zbijali pieniądze, a ludzie czytali.


Niektórzy nawet wierzyli. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że carowa odkupiła winy nie tylko śmiercią męczeńską, lecz godnym i mężnym zachowaniem się w ciągu bez mała półtorarocznego więzienia – wśród niedostatku, szyderstw i upokorzeń.
W Mińsku w teatrze miejskim, w tym samym teatrze, gdzie jeszcze tak niedawno odbywały się eleganckie bazary dobroczynne, a piękne i ubrylantowane panie sprzedawały notablom i "obszarnikom" szampana, dostając czasem po sto rubli za kieliszek, odbywa się teraz zjazd wojskowych Polaków frontu zachodniego. Obradom przewodniczy podporucznik Władysław Raczkiewicz. Przewodniczy on właśnie, a nie inny starszy rangą.
Jego to czeka za miesiąc sukces zjazdu wojskowych Polaków w Petersburgu, gdzie mimo trudności ze strony rosyjskiej i mimo opozycji ze strony grupy Polaków, doszło do stworzenia "Naczpolu", tj. Naczelnego Komitetu Polskiego i uchwalono utworzenie osobnej armii polskiej mającej wyłowić wszystkich Polaków z morza rewolucji rosyjskiej. W teatrze mińskim zjazd trwa krótko. Wobec zbliżającego się dnia 3 maja Raczkiewicz wzywa do gremialnego udziału w pochodzie święta narodowego. Odtąd "Naczpol" zostaje przezwany przez żartownisiów "Raczpolem".


Pochód 3 maja wypada bardzo pięknie. Olbrzymi wąż ze sztandarami rusza z placyku przed kościołem na Złotej Górce w górę po ulicy Zacharzewskiej. "Niech żyje wojsko polskie!" – wołają z balkonów panie. ocierając łzy. Oprócz wojska suną szkoły polskie: gimnaziści z gimnazjum profesora Mariana Massoniusa i gimnazistki z gimnazjów im. Emilii Plater i pani Witwińskiej. Suną najrozmaitsze organizacje, jak np. Towarzystwo Ochrony Zabytków, zwane krótko "Zabytkami". Sunie świeżo utworzony oddział skautów, których jeszcze nie nazywano harcerzami. Choć powstali zaledwie parę tygodni temu, już złośliwcy nie należący do skautingu drażnią ich dwuwierszem:
Oto znani polscy skauci: Czterech trzyma, jeden gwałci.
Życie polskie płynie w Mińsku wartko. Szkoły, towarzystwa, teatr, dwie gazety. Rada Polska Ziemi Mińskiej – nieoficjalny parlament i nieoficjalna "egzekutywa" polskości w Mińszczyźnie – urzęduje, kieruje, udziela wskazówek, zasiada. Na czele tej Rady stoją panowie Czesław Krupski, ziemianin spod Stołpców, i Jerzy Osmołowski, ziemianin spod Pińska. Pan Osmołowski był pierwej w Mińsku nieznany i zresztą wtedy był w ogóle mało znany. Miał stać się sławny dopiero w dwa lata później.
Panowie Krupski i Osmołowski są obaj "kresowymi" autochtonami i stanowią wyjątek, bo we wszystkich innych organizacjach polskich rządzą przybysze – "uciekinierzy". Większość wojskowych Polaków to też ludzie pochodzący z ziem położonych na zachód od Bugu, lub co najmniej na zachód od linii frontu.
Dla tej większości Mińsk i Mińszczyzna to przejściowe etapy i miejsce wygnania wojennego. Wszyscy oni – i cywile, i wojskowi – marzą o końcu wojny i o powrocie do gniazd rodzinnych.

CDN

piątek, 01 luty 2013 22:48

Wojna i sezon [13]

Napisane przez

W przewidywaniu ogłoszenia przez cesarzy niemieckiego i austriackiego odezwy o utworzeniu Królestwa Polskiego Mikołaj II pod naciskiem ministra Sazonowa postanowił ogłosić manifest nadający Królestwu Polskiemu autonomię. Manifest był bodaj już podpisany, bo cesarz przy świadkach winszował koniuszemu dworu hr. Wielopolskiemu i prosił go o przekazanie dobrej nowiny rodakom. Ale – pisze naczelny kapelan rosyjskich sił zbrojnych Szawielski – nazajutrz carowa "przygalopowała" do Mohylowa i manifest wstrzymała. A Sazonow wyleciał z posady ministra spraw zagranicznych.


Bodzio Zalutyński grał na giełdzie. Pan Maciej Kończa z Kowieńszczyzny – młody jeszcze stosunkowo człowiek z dużą brodą, co było wtedy rzadkością wśród Polaków – kupował i sprzedawał samochody. Były to wszystko nie interesy, ale zaledwie interesiki. Prawdziwe interesy robił król spekulantów petersburskich Mit'ka Rubinsztejn. Hulał z Rasputinem, zwanym pospolicie "Griszką", i wypraszał od niego kartki do rozmaitych ministrów. Na kartkach tych Rasputin gryzmolił niegramatyczne prośby,które miały moc rozkazów carskich. Prośby były spełniane błyskawicznie i Mit'ka dostawał zamówienia na wielomilionowe dostawy wojenne.

Astronomiczne spekulacje Mit'ki nie dawały spać panu Józefowi Bohdanowiczowi z Wileńszczyzny, bratu wspomnianego przez nas "chersońskiego pomieszczyka" – szczęśliwego handlarza "martwymi duszami" krów. Od spółki zajętej dostawą owsa dla kilkuset tysięcy petersburskich koni dorożkarskich dowiedział się przypadkowo, że dorożkarze odczuwają ostry brak owsa, ale ministerstwo nie daje spółce pozwolenia na wwóz odpowiedniej ilości owsa do Petersburga, zasłaniając się potrzebami frontu, który ma pierwszeństwo. Pan Józef postanowił spróbować szczęścia.
Zaczął obijać progi ministerstwa, ale bez skutku. Wtedy zmienił taktykę. Po zwąchaniu się z kilku ciemnymi figurami zdołał trafić do "starca" i otrzymać od niego brudny skrawek papieru z gryzmołami tej treści:
"Kochany! Uwzględnij prośbę, bo biedni dorożkarze cierpią. – Grigorij".


Z tą kartką poszedł do ministerstwa. Dyrektor departamentu, do którego się zwrócił, na razie gadać z nim nie chciał.
– Przecie mówiłem już panu, że owies potrzebny jest dla frontu, który ma pierwszeństwo.
Pan Józef pokazał wtedy kartkę Rasputina. Dyrektor zmienił się na twarzy i pobiegł do ministra. Po kilku minutach wrócił, oznajmiając, że podanie spółki zostanie uwzględnione i że odpowiednie pozwolenie będzie do odebrania nazajutrz rano. Pan Józef zasnął tej nocy w różowym obłoku, snując plany, w jaki sposób zużytkuje te kilkadziesiąt tysięcy komisowego, które miał przyrzeczone za wydobycie kartki od "Griszki".
Nazajutrz czytając gazetę przy rannej herbacie ledwie zwrócił uwagę na dość tajemniczą wiadomość o kaloszu znalezionym przez policję koło przerębli na jednej z odnóg Newy. Z przerębli tej wyciągnięto bosakami trupa, przy czym zapewne nie ustalono jego tożsamości, bo pisano dość dziwnie, że jest to trup "osoby".


– Cóż to za fantastyczne brednie drukują w gazetach – pomyślał.
("Czy mogłem się domyślić – opowiadał później – że o ten kalosz rozbija się mój złoty interes?").
Zaraz po śniadaniu pojechał do jednego z członków spółki, dla której wystarał się o magiczną kartkę "Griszki". Zawiadomił go o pomyślnym wyniku starań, po czym obaj pojechali do ministerstwa po odbiór pozwolenia. Sekretarz dyrektora departamentu spotkał ich jakimś dziwnym spojrzeniem. Powiedział, że dyrektor jest zajęty i odesłał ich do naczelnika wydziału. Naczelnik wydziału też ich nie przyjął i kazał zawiadomić przez urzędnika, że podanie o pozwolenie na wwóz owsa zostało załatwione odmownie.
– Jak to? – zapytał pan Józef czując, że blednie – przecie wczoraj pan dyrektor obiecał... To chyba jakieś nieporozumienie.
– Nie ma żadnego nieporozumienia – odparł urzędnik mrużąc oczy – wczoraj było wczoraj, a dzisiaj jest dzisiaj...
A potem, jakby litując się nad smutnymi minami petentów, schylił się i szepnął:
– To panowie nie wiedzą, że Griszka został zabity?


Zima 1916–1917 zaczęła się miękko i puszyście. Ale na Boże Narodzenie spadły wielkie śniegi, a potem przyszły mrozy siarczyste. Tadeusz w Baćkowie polował z gończakami. Po odejściu parku artyleryjskiego żaden oddział bojowy nie stacjonował już w Baćkowie. Front się ustabilizował.
Przed rokiem bawił tylko w ciągu paru miesięcy jakiś oddział intendentury. Dowódca tego oddziału był uprzejmy i kulturalny. Pani Irteńska zapraszała go na posiłki. Raz w czasie obiadu prosił panią Irteńską o radę. Zajęty był skupowaniem świń na mięso dla wojska, a teraz musi złożyć władzom zwierzchnim wyrachowanie się z sum przeznaczonych na karmienie świń. Otóż – czy pani Irteńska nie mogłaby mu wyjaśnić, ile mniej więcej siana zjada świnia dziennie? Bardzo się zmartwił dowiedziawszy się, że świń sianem się nie karmi.
Ale wracam do stycznia 1917. Śniegi były głębokie i miękkie. Gon odbywał się bardzo powoli, bo pieski zapadały w śnieg po brzuchy. A biedne szaraki, nie mogąc się utrzymać na powierzchni, tonęły niemal w śniegu i dlatego zaraz po ruszeniu przez pieski starały się wydostać na wyślizganą i twardą drogę lub na wydeptaną ścieżkę. Ułatwiało to ogromnie łowy, bo nie trzeba było szukać przesmyków: wystarczało pilnować szaraka na drodze.


Później przyszło parę dni odwilży, a potem znów mrozy. Śnieg pokrył się skorupą. W takie dni lis czatuje na myszy, które nieopatrznie – czy to dla zaczerpnięcia powietrza, czy dla słońca – przebijają się przez skorupę i wyłażą na powierzchnię. Lis tak jest zaabsorbowany tym polowaniem, że daje się łatwo podjechać. Toteż nieraz, skoro tylko leśnik, ekonom lub któryś z parobków oznajmił Tadeuszowi, że – jak w "Ojczyźnie naszej" Fredry –"liszka na słońcu czerni się z daleka", Tadeusz co prędzej siadał w rozwałki i próbował polowania z podjazdu – z rozmaitym rezultatem.
W pierwszych dniach lutego ruszył do Mińska, a stamtąd do Petersburga. W Petersburgu zatrzymał się u Władka Krecza i Wiktora Korsaka, którzy mieli duży pokój na parterze przy zaułku Maksymilianowskim, niedaleko placu Teatralnego z jednej strony i willi Jusupowa, gdzie zabito Rasputina, z drugiej strony.


Petersburg był jakby przyczajony. (Może zresztą jest to tylko złudzenie pamięci zrozumiałe we wspomnieniach pisanych w czterdzieści kilka lat post factum). "Gniew ludu" trwał już od szeregu miesięcy, więc uważano go za zjawisko raczej chroniczne. Nikt nie czuł zbliżającej się burzy. Zabójstwo Rasputina ani nie uspokoiło umysłów, ani nie złagodziło uporu "Carskiego Sioła". Prawdopodobnie przyszło za późno. W Kuchni na Zabałkańskim krążyły zapisane pismem maszynowym świstki z wiadomościami, których nie było w ocenzurowanych gazetach. Czytano więc o zsyłce wielkiego księcia Dmitrija Pawłowicza na Kaukaz za udział w zabójstwie Rasputina i treść rezolucji carskiej zawierającej skądinąd słuszną sentencję, że "nikomu nie wolno zabijać"... Jednocześnie wszyscy wiedzieli, że ks. Jusupow i Puryszkiewicz nawet nie zostali aresztowani.
– Dziwne – mówił Władek Krecz – Carskie Sioło od dwóch miesięcy jest bez przerwy w żałobie i odprawia panichidy po Griszce, a mimo to jego zabójców nie pociągnięto do odpowiedzialności.


A jednak, choć Rasputin nie żył, a zabójcy jego przechadzali się na wolności, duch rasputinowski trwał w Carskim Siole. Wprawdzie usunięto obskurnego premiera Sturmera i na jego miejsce posadzono miękkiego, słabo orientującego się w sytuacji, Bogu ducha winnego ks. Golicyna, ale minister spraw wewnętrznych Protopopow, najbardziej znienawidzona kreatura Rasputina, a poza tym człowiek chory umysłowo, mocno siedział na fotelu ministerialnym. Wtedy to "kamienie zaczęły krzyczeć": sędziwi członkowie Rady państwa oraz zjazd zjednoczonej szlachty zwrócili się do tronu z błaganiem o powołanie rządu złożonego z ludzi posiadających zaufanie społeczeństwa. Apel ten pozostał bez odpowiedzi.
Pewnego ranka, mroźnego i słonecznego, Tadeusz z Kreczem postanowili udać się do uniwersytetu. Gdy wyszli na plac Teatralny, nie mogli na razie zrozumieć dziwnej ciszy panującej w mieście. Dopiero po chwili zorientowali się, co było przyczyną tej ciszy. Na ulicach nie było ani dorożek, ani tramwajów. (Może to właśnie tego ranka legendarne baby wywróciły legendarny tramwaj?). Na chodnikach krążyło sporo pieszych. Niektórzy z nich łączyli się w ożywione grupki. Wszyscy mieli podniecone lub zaniepokojone twarze. Mówili, że coś się dzieje na Newskim prospekcie. Przyjaciele odbyli więc długi spacer w tym kierunku. Na Newskim z wolna poruszał się zwarty tłum. Tłum ten robił wrażenie gapiów, a nie manifestantów. Policji nie było widać. A kozacy na koniach jechali stępa albo zatrzymywali się, przyjaźnie rozmawiając z tłumem. Nikt dobrze nie wiedział, co się stało i co się dzieje. Podobno Pułk Preobrażeński strzelał do Pułku Pawłowskiego, czy też odwrotnie – Pułk Pawłowski strzelał do Pułku Preobrażeńskiego. Tadeusz i Krecz ruszyli więc do Kuchni. W ciszy wolnej od gwaru ulicznego dolatywały skądoś strzały – salwami i pojedyncze.
W Kuchni było tłoczno i gwarno. Ale i tam nikt nic dokładnie nie wiedział. Znów krążyły papierki z wydrukowanymi na maszynie wieściami – często sprzecznymi. W Kuchni było kilku oficerów. Jeden z nich przyniósł wiadomość, że żołnierze zdzierają oficerom epolety. Praporszczyk Pułku Narwskich Huzarów Dziewicki, przystojny tęgi blondyn, bardzo się denerwował:
– Przecie ja nie mogę pozwolić, aby mi zdzierano epolety! Będę się bronił szablą!
Historia nie zanotowała, jak się zachował praporszczyk Dziewicki, wiadomo natomiast, że wielu oficerów przezornie zdjęło epolety z płaszczów, aby nie drażnić bestii. Gdy pierwsza gorączka rewolucji "lutowej" minęła, przyczepili sobie epolety z powrotem.


Noc minęła niespokojnie. Słychać było strzały i krótkie serie z karabinów maszynowych. Jeden karabin maszynowy trajkotał gdzieś bardzo blisko – zapewne na placu Teatralnym. Tak minęły dwa dni.


A gdy na trzeci dzień przyjaciele wyszli na miasto, ulice wyglądały już inaczej. Maszerowały oddziały piechoty z czerwonymi sztandarami. Raz po raz przejeżdżała z hukiem ciężarówka z platformą pełną marynarzy. Marynarze mieli rozradowane i zwycięskie twarze i też powiewali czerwonymi sztandarami. Gdzieś z daleka dochodziły dźwięki Marsylianki. Od czasu do czasu padały strzały: to piechota strzelała na wiwat. W powietrzu krążyły stada gołębi spłoszonych strzałami.
Tu i ówdzie wiatr powiewał wiszącymi na ścianach obwieszczeniami dowódcy petersburskiego okręgu wojennego generała Chabałowa głoszące, że w stolicy zdarzyły się "nieporządki" (tj. rozruchy) i że winni tych nieporządków będą karani z całą surowością prawa wojennego.
– Nieporządki! – wykrzyknął Krecz z przekąsem. – Nieporządki to znaczy, że niegrzeczni chłopcy nasypali popiołu i niedopałków na dywan, poplamili obrus i zanieczyścili wychodek...


W Kuchni dowiedziano się dalszych wiadomości. Wszystkie zapasowe bataliony pułków gwardii – Wołyńskiego, Pawłowskiego, Preobrażeńskiego, Litewskiego, Moskiewskiego, Keksholmskiego, Izmajłowskiego – przeszły na stronę rewolucji. Strzelanie z karabinów maszynowych do rewolucjonistów było podobno pomysłem ministra Protopopowa, który posadził na strychach policjantów uzbrojonych w karabiny maszynowe. Pomysł był głupi. Rewolucjoniści posuwali się wzdłuż ścian, gdzie ich strzały z dachu nie mogły dosięgnąć, włazili na strych, ściągali stamtąd znienawidzonych policjantów zwanych "faraonami", a tłum masakrował ich na ulicy. Duma państwowa obradowała dzień i noc i wysłała delegację do kwatery głównej w Mohylowie.


Tadeusz postanowił zaraz wracać do Mińska. Nazajutrz Krecz pomógł mu zanieść walizkę na Dworzec Carskosielski – dorożek i tramwajów wciąż nie było. Na dworcu panował spokój. Tylko przed dworcem na prospekcie Zagorodnym defilowały pułki rewolucyjne z Marsylianką i czerwonymi sztandarami. Pociąg odszedł według rozkładu i nie był przepełniony. W wagonie restauracyjnym mówiło się o wszystkim, tylko nie o tym, co się działo w Petersburgu.


Na dworcu w Orszy nie było już żandarma na peronie, ale byli policjanci. Na dworcu w Mińsku był jeszcze żandarm i policjant. Najbardziej godny zaufania historyk rewolucji, bo nie bawiący się w syntezy i specjalista od obalania ustalonych legend, Siergiej Mielgunow w książce "Martowskije dni 1917 goda" twierdzi, że żadnych kulomiotów protopopowskich nie było. Jeśli tak, to pozostaje kwestią otwartą, czyje karabiny maszynowe słyszał Tadeusz Irteński.

 

Rozdział VIII
CHMURĄ ŚNIEŻNEJ KRUPY PRZEDZIMOWEJ NIESIONY...


Gdy w Petersburgu trwała rewolucja, którą później przezwano "lutową", pociągi ze wszystkich dworców kolejowych stolicy odchodziły normalnie. Ludzie wyjeżdżający z Petersburga rozwozili po całym kraju wieści o toczących się w stolicy „nieporządkach”. Wiedziano więc o nich w Mińsku przed przyjazdem Tadeusza. Ale nie wiedziano ani szczegółów, ani przebiegu, ani wyniku. Sztab frontu zachodniego miał jak najściślejsze depesze z Petersburga i Mohylowa, wystukiwane co kilka godzin na taśmie aparatu Hughesa, ale gen. Ewert nakazał cenzurze wojennej nie puszczać tych wiadomości do miejscowej prasy. Stąd też w dniu przyjazdu Tadeusza rewolucji w Mińsku oficjalnie nie było, na rogach ulic stali policjanci, a na dworcu przechadzał się żandarm. Dopiero wieczorem przyszła wieść o abdykacji cesarza. Gen. Ewert zniósł cenzurę i nazajutrz gazety zaczerniły się szczegółami – prawdziwymi i nieprawdziwymi – o rewolucji.

sobota, 26 styczeń 2013 11:58

Wojna i sezon [12]

Napisane przez

Rozdział VII
HISTORIA GMATWA SIĘ


"Historia to rzecz zagmatwana" – powiedział wybitny pisarz polski i miał rację. Byliśmy obaj z Tadeuszem Irteńskim świadkami obu rewolucji rosyjskich 1917 roku: lutowej i październikowej. Przeczytaliśmy niezliczoną ilość druków poświęconych tym rewolucjom. Rachując oszczędnie, powiedziałbym, że przeczytaliśmy równowartość stu bitych tomów, czyli około 30 tysięcy stron, czyli około 11 milionów słów. Wśród przeczytanego materiału były i tzw. dzieła historyczne, i pamiętniki, i artykuły polemiczne. Nie czytaliśmy rzecz jasna opracowań sowieckich, bo co za sens czytać łgarstwa "uczonych", którzy nawet do genetyki i filologii podchodzą przyczepiwszy sobie brodę Marxa, wyskubaną notabene przez niedouczków bolszewickich. Lektura nasza trwa, bo w chwili, gdy piszę te słowa, kilku aktorów z wielkiej sceny współczesnej żyje jeszcze i skacze sobie do oczu. Polemiki między nimi dotyczą – ściśle mówiąc – nie "przyczyn" rewolucji, lecz kwestii, kto ponosi "odpowiedzialność" za rewolucję. Liczni jeszcze na emigracji monarchiści winią nie tylko rewolucjonistów, ale całą inteligencję rosyjską, oskarżając ją o podkopywanie historycznego "pionu" monarchicznego, na którym miał się trzymać porządek całego imperium.
Winią w szczególności Milukowa za to, że w listopadzie 1916 rzucił z trybuny dumskiej zapalne pytanie, które przewlekłym grzmotem potoczyło się po całym imperium: "Głupota czy zdrada?". Liberałowie i lewicowcy wskazują natomiast, że pion był już wtedy mocno nadgniły i że właśnie to gnicie pionu sprawiło, że wybuch rewolucji był nieunikniony.
Kwestia "winy" i "odpowiedzialności" za przewrót dziejowy jest rzecz jasna dość naiwnym postawieniem sprawy i można by było "przejść nad nią do porządku dziennego", gdyby nie to, że się ona łączy z zagadnieniem tzw. przyczyn. Co było przyczyną rewolucji? Wyżej w rozdziale I wskazałem, że prawdziwą datą wybuchu rewolucji był nie luty–marzec 1917 roku, lecz dzień 19 lipca starego stylu (1 sierpnia nowego stylu) 1914 roku. Gdyby nawet mój wybór daty uznać za dowolny, to jednak wszyscy chyba przyznamy, że właśnie w tym dniu zaczęły działać różne "czynniki", przedtem nieistniejące, niewidoczne lub uśpione.


A potem wszystko potoczyło się ku nieubłaganemu końcowi, nabierając powoli rozpędu: wysłanie na śmierć kadr zawodowych, a przede wszystkim kadr pułków gwardii, w ciągu pierwszych miesięcy wojny; rozbudowanie do potwornych rozmiarów i tuż przy froncie wszelkiego rodzaju "ziem-huzarstwa" – band rozleniwionych i z lenistwa albo zgrywających się w karty, albo politykujących; trzymanie w stolicy rozbałwanionych i rozagitowanych gwardyjskich batalionów zapasowych, z których każdy był ilościowo większy od pułku, a nieraz większy od dywizji; tradycyjna nienawiść sięgająca czasów Piotra I szeregowych marynarzy do oficerów marynarki; notoryczne niedołęstwo kwatery głównej i wielu generałów frontowych; skandaliczne braki zaopatrzenia wojska w broń i amunicję, co doprowadziło do klęsk 1915 roku; bezustanny, niezrozumiały, a więc irytujący kontredans na stanowiskach ministerialnych; bezpodstawne, lecz bardzo rozpowszechnione i znajdujące posłuch plotki, że cesarzowa jest germanofilką i że dąży do zawarcia odrębnego pokoju; coraz głośniejsze i coraz śmielsze szepty o "ciemnych siłach" i "zdradzie"; pogłoski o gotującym się przewrocie pałacowym z zamknięciem carycy w klasztorze; opozycja całej inteligencji rosyjskiej – od członków rodziny carskiej do socjalistów przeciwko rządom nieoficjalnej regentki-carowej; ogólne zmęczenie wojną...
Przytoczyłem kilka "przyczyn" nie tyle przykładowo, ile na chybił trafił. Pierwszy z brzegu historyk lub po prostu ktoś, kto tamte czasy pamięta lub nad nimi rozmyślał, może dorzucić kilka – kilkanaście – kilkadziesiąt – setkę – tysiąc dalszych przyczyn. Aż dojdziemy do tołstojowskiej "przyczyny wszystkich przyczyn". I wojna, i rewolucja wybuchły dlatego, że – wybuchły. A już na pewno nikt ich nie "organizował". Doszukiwanie się przez historyków jakichś "przyczyn" lub "winnych" jest rozrywką umysłową tyleż wartą, co rozwiązywanie krzyżówek. Byłaby to rozrywka równie niewinna, gdyby nie prowadziła do zamącania umysłów nielubiących myśleć lub niezdolnych do samodzielnego myślenia.
Nazajutrz po wybuchu rewolucji "lutowej" mówiono w Petersburgu, że baby stojące o świcie w kolejce po chleb zirytowały się i wywróciły wychodzący z remizy wagon tramwajowy. Dodać trzeba, że baby nie były głodne – głód rozpoczął się dopiero w osiem miesięcy później – były po prostu zmęczone i zirytowane. Wszyscy w Rosji byli wtedy zmęczeni i zirytowani. I dodać trzeba, że kraj i stolica miały olbrzymie zapasy mąki i innej żywności, ale władze nie umiały zorganizować zaopatrzenia. Historycy mają do rozwiązania dylemat: czy rewolucja wybuchła dlatego, że baby zirytowały się i wywróciły tramwaj, czy też baby zirytowały się i wywróciły tramwaj dlatego, że wybuchła rewolucja?
Na razie jesteśmy jeszcze w przededniu rewolucji. Nie tylko nie ma jej, ale nawet nie czuć jej w powietrzu. Ludzie krążą wprawdzie znudzeni, ale dwa i pół lata wojny mogą przecie każdego znudzić. W Kuchni studenckiej wszystko bez zmiany. Tyle że słynny befsztyk z przedniej polędwicy kosztuje już nie 30, lecz 32 kopiejki i że zjawiło się sporo studentów w mundurach.

tlumczekanacara

Tłum w St. Petersburgu czeka na cara


Chleba w bród. Tramwaje dzwonią i krążą normalnie. Tadeusz z kolegami chodzi na "biega". A wieczorami odbywa się loteryjka u Wlidackiego i Pudłowskiego, albo tzw. "tani hazardzik" w chemin de fet. Partnerami są Toluś Rusiecki, Władek Krecz, Mietek Goryniewski, Wiktorek Korsak, Henio, Andrzej i Tak (Otton) Węcławowiczowie. Ci trzej ostatni w mundurach. Rudy nie gra, bo z reguły nie ma pieniędzy, a Sewerek Odyniec – bo go gra zanadto podnieca. Gdy nie ma "taniego hazardzika", Wiktorek siedzi cicho, przysłuchując się rozmowie kolegów. Po godzinie milczącego słuchania wstaje i mówi:
– Do widzenia. Wychodzę, bo rozmowa mnie męczy.
Odpowiada mu śmiech. Dopiero po upływie szeregu lat Tadeusz zrozumiał, ile mądrości było w powiedzeniu Wiktora. Czy istnieje bowiem coś bardziej męczącego, niż słuchanie cudzego monologu lub odczytu?
Sewerek też wstaje. Mówi, że idzie do państwa Tyszyńskich, u których zamierza pożyczyć trochę pieniędzy.
– Mam u nich nieograniczony kredyt – powiada.
– Co to znaczy: nieograniczony kredyt? – pyta Krecz.
– Do dziesięciu rubli.


Po wyjściu Sewerka reszta towarzystwa też się rozchodzi. Toluś i Tadeusz idą do Muzykalnej Dramy na "Fausta", gdzie partię Siebla śpiewa mężczyzna tenor, a Mefista – Mozżuchin, brat aktora filmowego. Mietek, Władek i inni idą do łaźni.
Pewnego wieczoru Tadeusz z Tolusiem poszli do teatru "Bouffe" na Fontance, gdzie w "Pięknej Helenie" występowała Wiktoria Kawecka. Partię swoją wykonywała po polsku. Nie tylko arie, ale i dialogi. Gdy na scenie zjawił się Parys, którego grał przystojny tenor p. Ksjendzowskij, i gdy Kawecka powiedziała: "Cóż to za piękny młodzieniec" – widownia aż się zatrzęsła od śmiechu. Chodzi o to, że "mładieniec" znaczy po rosyjsku "niemowlę" i że zapewne większość widzów uznała, że Kawecka powiedziała dowcip.
Poza operą, operetką i łaźnią było moc rozrywek. Teatrzyki na wzór "Troickiego teatru" lub "Kriwego zierkała" rosły jak grzyby po deszczu. Śpiewała w nich lekkie piosenki Iza Kremer. Sławę jej miał wkrótce zaćmić przyjeżdżający z Moskwy na gościnne występy Aleksander Wiertinski, debiutujący właśnie w stroju "smętnego Pierrota" piosenkami o papudze, która płakała po francusku, i o dziewczynie, którą kokaina ukrzyżowała na mokrych bulwarach moskiewskich. Był też kabaret "Letuczaja mysz" zwany popularnie "Letuczką", zwykły kafeszantan nic nie mający wspólnego z moskiewskim kabaretem o tej samej nazwie. W petersburskiej "Letuczce" można było dostać za drogie pieniądze likier o podejrzanym smaku w filiżankach kawowych. No i można było zawrzeć pożyteczne znajomości z dziewczynami lekkiego prowadzenia. Do "Letuczki" chodziło się po wygranej na "biegach".
Chodziło się też do eleganckiej restauracji "Pierwogo towariszczestwa oficjantow" na rogu Newskiego i Sadowej. Tam Tadeusz miał chwilę przelotnego wzruszenia rozpoznawszy w okazałej i wytwornej blondynie przy sąsiednim stoliku swój flirt miński sprzed dwóch i pół lat – Dikę Dietrichs – obecnie żonę jakiegoś dygnitarza petersburskiego.
W restauracji Donona łkały spazmatycznie skrzypce Cygana Gulesko. W teatrzykach śpiewano, a w restauracjach rzępolono pieśni "Cziornyje gusary", "Na ulice pyl podymaja", "Stieńka Razin", "Noczka tiomnaja". "Noczkę tiomną" – melodię pseudoludową, bardzo prymitywną i o głupich słowach – grajek-wirtuoz ozdabiał różnymi wariacjami i fioryturami. Tekst jej parodiowano (prywatnie) na przeróżne sposoby, np.:
Czem targujesz? Miełkiem risom. Czem bolejesz? Siflisom. Albo na sposób bardziej nieprzyzwoity: Siadiem, bratcy, Potołkujem, Czto nam dziełat’ S miagkim...


Ludzie zabijali nudę robieniem interesów. Bohdan Zalutyński, noszący epolety pułkownika z cyfrą wielkiej księżny Marii Pawłowny i pełniący funkcje zastępcy naczelnego pełnomocnika na front zachodni organizacji pozostających pod jej opieką, grał z powodzeniem na giełdzie. Praca w organizacji, którą nazywał "gwardią sanitarną", nie bardzo go absorbowała.
Dostał się do tej "gwardii" i otrzymał w niej wysokie stanowisko i rangę pułkownika, bo ofiarował na rzecz tej instytucji 15 tysięcy rubli. Był w przyjaznych stosunkach z szefem, z kolegami, a przede wszystkim z samą wielką księżną, która go uważała za bufona, ale miała do niego słabość i przy spotkaniu protekcyjnie klepała po ramieniu. Miał czas nie tylko na grę na giełdzie, ale i na rozrywki. Polował na niedźwiedzie w guberni petersburskiej. Mimo krótkiego wzroku był świetnym strzelcem i ubił na barłogu szarżującą na niego olbrzymią niedźwiedzicę. Wypchaną niedźwiedzicę podziwiano w przedsionku hotelu "Astoria". Miała tam czekać końca wojny, by potem ozdabiać salon w rodzinnych Duchowlanach guberni grodzieńskiej. Vis maior sprawiła, że do Duchowlan nigdy nie dojechała i nikt dobrze nie wiedział ni wtenczas ni potem, co się z nią stało.
Poza tym Bodzio Zalutyński rozbijał się po Petersburgu na "lichaczu", tj. w dorożce zaprzężonej w rysaka. Razu pewnego po obfitym śniadaniu w Hotelu Francuskim pędził ulicą Morską na lichaczu. Już lichacz skręcał w boczną ulicę, gdy z tyłu najechał go i z lekka potrącił samochód. Oba pojazdy zatrzymały się. Bodzio wyskoczył z sanek i zaczął od ostatnich słów wymyślać szoferowi. Mimo imponującej figury Bodzia i mimo jego epoletów pułkownikowskich z cyfrą wielkoksiążęcą szofer nie tylko nie wykazał skruchy, lecz zaczął się hardo stawiać. Tego było za wiele. Bodzio zaczął ściągać rękawice, mając zamiar przystąpić do rękoczynów. W tej chwili jednak drzwiczki karetki samochodowej otwarły się i wyszedł z niej wysoki przystojny cywil w lutrowej czapce.
– Na jakiej zasadzie wymyśla pan memu szoferowi? – zapytał spokojnie.
– Bo ten bałwan najechał na mnie. Zresztą, co mam z panem gadać, jeżeli...
– Przepraszam – przerwał cywil – czy mogę wiedzieć, kim pan jest?
– Jestem zastępcą naczelnego pełnomocnika organizacji wielkiej księżny Marii Pawłowny na front zachodni, a pański szofer...
– Ach tak – znów przerwał cywil – niechże pan zakomunikuje wielkiej księżnie, że wielki książę Dmitrij Pawłowicz udzielił panu upomnienia.
To mówiąc, dotknął czapki, siadł z powrotem do samochodu i odjechał. (Interludium. A w Mohylowie, w "namiocie" naczelnego wodza, siedział – mityczny i mistyczny – z pięknymi szafirowymi oczami, ładnym przedziałkiem i niewielką bródką, dokładnie taki sam jak na milionach oleodruków rozsianych po miastach, miasteczkach i wsiach imperium – cesarz Wszechrosji, król polski i wielki książę finlandzki. Był fatalistą obojętnym na fermentujący w stolicy "gniew ludu", który był zresztą raczej doprowadzoną do stanu wrzenia irytacją inteligencji. A może o tym gniewie ludu nie wiedział. Chodził pilnie na nabożeństwa, jeździł na spacery, grał w kości, pracował, tj. wysłuchiwał raportów gen. Aleksiejewa i podpisywał papierki, jadał posiłki ze świtą, czarował wszystkich prostotą i uprzejmością. Hrabia Witte nazwał go w swych pamiętnikach najlepiej wychowanym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkał w życiu, dodając, że go z pradziadem Aleksandrem I łączyły dwie cechy – mistycyzm i przewrotność (kowarstwo). Ale – mówił dalej Witte – o ile Aleksander I był na swoje czasy jednym z najrozumniejszych ludzi epoki, o tyle inteligencja Mikołaja II była inteligencją gwardyjskiego pałkownika z dobrej rodziny. Był we wszystkim niewolniczo posłuszny żonie, która była niewolniczo posłuszna radom "świętego" starca Rasputina.


Można powiedzieć bez przesady, że wszystkie nominacje na ministrów carskich czasu wojny – a zmiany na stanowiskach ministerialnych odbywały się coraz częściej – były nominacjami z woli mużyka z podskubaną brodą i z magnetycznym spojrzeniem głęboko osadzonych "strasznych" oczu. W listach do męża carowa nazywała Rasputina "przyjacielem". Całowała go w rękę publicznie na oczach córek, dworu i wojsk. Przestrogi, które carowi do jednego ucha szeptali – narażając się na niełaskę i nienawiść carycy – wierni tronowi wrogowie "ciemnych sił", caryca wydmuchiwała mu przez drugie ucho. Wydmuchiwała listownie lub osobiście, często bowiem odwiedzała kwaterę główną w Mohylowie.

piątek, 18 styczeń 2013 17:14

Wojna i sezon [11]

Napisane przez

Lecz jeśli wymierzymy całą długość jeziora od jednego kolana do drugiego, to przekonamy się, że Jezioro Krzywe ma około 10 wiorst długości. Wystarczy teraz niewielki wysiłek wyobraźni, aby zrozumieć, jakim dziwem przyrody jest Jezioro Krzywe. Jest ono jakby labiryntem wodnym wijącym się wśród wzgórz stromych i lesistych. Nieraz by dotrzeć do jakiejś części jeziora trzeba przebijać się przez dżunglę jarzębin, leszczyn, dzikich malin i wilczej jagody. Gdy wreszcie zmęczeni i podrapani wydostaniemy się na brzeg jeziora, wydaje się nam, że jesteśmy nad rzeczką leśną.
Tylko że woda tej "rzeczki" jest nieruchoma, a toń czarna i przepastna, niemal groźna. W innym miejscu dostęp do jeziora jest łatwiejszy: schodzimy po zboczu wzgórza porosłego starodrzewem. Wchodzimy na wąski pas łączki i widzimy większą przestrzeń wodną. Trafiliśmy na jedno z grubszych kolan jeziora. Ale i w takich miejscach zbliżamy się do wody z pewną trwogą. Bo brzegi jeziora są wszędzie jednakowe: świeci przez wodę wąziutki pas żółtego piasku, a zaraz potem czarna otchłań głębiny, w której majaczą nieruchome girlandy wodorostów. Byli ludzie, którzy przyjeżdżali nad Jezioro Krzywe na wyprawy naukowe i czynili drobiazgowe pomiary. Okazało się, że Krzywe jest bardzo głębokie – nawet w najwęższych swych przegubach dochodzi do głębokości 15 sążni.


Przyrodnik amator, stojąc nad jeziorem, zadaje sobie pytania: jak powstało to dziwne jezioro tak bardzo niepodobne do innych jezior na pojezierzach środkowowschodniej Europy? Jeśli słuszną jest teoria lodowcowego pochodzenia naszych jezior, to jak mógł lodowiec wyżłobić taki kręty "nurt" Krzywego? Jaki ruch lodowca mógł wyrzeźbić te fantastyczne kształty? Lecz może to krynice zasilają wody Krzywego? Lecz jeśli tak, to jaki kataklizm potworzył te kręte rozpadliny w naszym na ogół spokojnym krajobrazie?


Mikołaj, który niecierpliwił się i wzrokiem bardzo niechętnym spoglądał na roztaczające się cuda wody, zieleni i nieba, odezwał się:
– No, obejrzeliśmy pozycje i hodi. Teraz, paniczu, pora do chaty. W domu to samo: woda, drzewo, niebo. Nie warto było przyjeżdżać.
Już w drodze powrotnej, czy to dla złagodzenia tych cierpkich uwag, czy może dlatego, że się w nim obudził koniarz zamiłowany, zauważył pojednawczo:


– Ot, na dobrego konia popatrzeć to co innego.
Przed spadnięciem pierwszych śniegów przyszły wielkie mrozy. Lodem pokryło się jezioro Poło. Mrozy przyszły bez najlżejszego podmuchu wiatru. Lód przezroczysty jak tafla szkła lustrzanego skuł dwadzieścia wiorst kwadratowych jeziora. I wyglądało Poło jak potężna czara napełniona zastygłą stalą oksydowaną w malachitowej oprawie oszronionych ozimin.
Wieczorami rozpoczęły się ekscytujące łowy z ością na ryby. Wzdłuż brzegów, gdzie przez taflę lodu, jak przez szkła akwarium, widać było w blasku kagańca dno jeziora na głębokości paru sążni, posuwały się ekspedycje rybackie. Jeden rybak niósł kaganiec na długim kiju, czyli tzw. "kozę". Drugi – dwie ości, główną i zapasową. Trzeci – topór. Jeszcze inny – wiaderko na upolowane ryby. Zoczywszy w świetle kagańca śpiącego w wodzie nieruchomo szczupaka lub okonia, podobnego do omulonej kłody, zaczynano najspokojniej rąbać tuż nad nim otwór w lodzie. W dziewięciu wypadkach na dziesięć szczupak spał dalej snem sprawiedliwego i nic sobie nie robił z piekielnego hałasu nad głową. Gdy otwór był gotów, następował "strzał" ością – zadanie wcale niełatwe, gdyż załamane w wodzie promienie ogromnie mylą wzrok i rękę. Nieraz szczupak lub okoń uchodził spudłowany "na czysto". Nieraz trzeba było "poprawiać" drugą ością, przygważdżając źle trafioną pierwszym uderzeniem rybę. Podniecające polowanie z ością nie trwało długo. Mrozy zelżały po kilku dniach. Lustrzana tafla jeziora zmatowiała i utraciła przezroczystość. A potem spadły śniegi.
Jezioro, brzegi, pola, łąki i mszary – wszystko zrównała pokrywa śnieżna. Na puchu śnieżnym zaczęły się zjawiać hieroglify tropów zwierzęcych. Oto tędy sznurował lis, znacząc ślad swej wędrówki charakterystycznym kręto-powłóczystym tropem. Ówdzie kicał i kluczył szarak, by w pewnym miejscu zrobić potężny "zeskok" i ukryć się na sen dzienny w upatrzonej kotlince pod jałowcem lub kamieniem na miedzy. Zaczyna się okres "chłopskiego", kłusowniczego, lecz bardzo miłego polowania "na pomyka".


Polowanie kłusownicze, lecz wcale niełatwe! Należy umieć czytać klinowe pismo łapek zajęczych na śniegu, należy znać naturę zajęczą, należy cierpliwie odcyfrowywać nocne tropy zwierza, a równocześnie baczyć pilnie, czy aby zmyślny "kot" nie ruszył już bezszelestnie z kotlinki i czy już nie "szoruje", aby za chwilę oddalić się poza zasięg strzału śrutowego.
Jesteśmy nad brzegami mszaru. W labiryncie korytarzyków mszarnych widnieją świeże tropy pardew. Nie potrzebujemy pomocy wyżła. Zdążamy tymi śladami ze strzelbą gotową do strzału. Wreszcie – charakterystyczne gruchnięcie i oto jakby płat śniegu oderwał się od kępy mchów. Z ostrym łoskotem skrzydeł zrywa się pardwa w ochronno-białej szacie zimowej.
Wychodzimy z mszaru na łąkę. Czy to wrony czy kawki obsiadły gałęzie wysokich brzóz? Nie, to nie wrony i nie kawki, lecz cietrzewie. Zmieniamy plan łowów. Wracamy pośpiesznie do domu, by po półgodzinie wrócić na małych rozwałkach, zaprzężonych w mocnego konika białoruskiego. Z tych to rozwałek będziemy próbować szczęścia w polowaniu z podjazdu.


Na takich to skromnych, lecz miłych uciechach łowieckich mijały Tadeuszowi pierwsze dni ponowy. A wieczorem w "hallu" dworu sokorowskiego huczy i trzaska ogień w kominku. Sennie posykuje samowar. Smakują tłuste i aromatyczne półgęski. I smakuje siwucha gorzelniana cudem ocalała z pogromu prohibicyjnego, kiedy to rok temu cały olbrzymi zapas surówki wylano do stawu pod gorzelnią i po barbarzyńsku zapalono!
(Interludium. W Sokorowie bawił dawny kolega gimnazjalny Tadeusza Władek Czechowicz, który przyjechał na kilka dni na pardwy z Witebska, gdzie się dekował w tzw. oddziale samochodowym w randze szeregowca-wolontariusza. Opowiadał o zdarzeniu, jakie miał przed paru tygodniami w Witebsku. Szedł przez wysoki most na Dźwinie. Zagapił się i przeoczył kroczącego generała. Ten zaczął mu najokropniej wymyślać, zwracając się nadto per ty, co regulaminowo było w porządku, ale zwyczajowo nie było stosowane przy zwracaniu się do wolontariusza (wolnoopriedielajuszczegosia). Biedny Władek stał na baczność i w milczeniu słuchał połajanek krewkiego generała. Przepisowo patrzał wprost w oczy zwierzchnikowi, ale kątem oka widział, jak wkoło nich zbiera się coraz gęstszy tłum złożony prawie wyłącznie z szarych szyneli żołnierskich. Generał złościł się dalej, a Władek już czuł na szyi oddech tłoczących się żołnierzy. I oto nagle rozległ się piskliwy głos z tłumu:
– A cóż to on się tak nad tobą znęca (izdewajetsa)?! A zrzuć go do Dźwiny! Niech sobie w Dźwinie ochłodzi swoją złość generalską. Czto pristał k tiebie kak bannyj list k żopie...
Generał zamilkł i przybladł. A potem zaczął sobie torować drogę wśród szarych szyneli. Żołnierze rozstępowali się niechętnie i nikt z nich nie salutował generałowi.
W jednym z poranków cichych, białych, miękkich, śnieżno-puszystych przyszła nowina wielka i elektryzująca: zaproszenie na łosie do leśniczówki na Górze Wołowej. Choć Tadeusza i Władka czekało pięćdziesiąt wiorst końmi, przygotowania do podróży trwały niespełna godzinę. Wczesnym przedpołudniem już siedzieli w saniach, jadąc przez Kamień, Lepel, Rudnię i Niwki do Wielkiej Puszczy. Góra Wołowa jest głuchą zaszytą w borach leśniczówką w samym sercu olbrzymiego kompleksu puszczańskiego i na styku trzech guberni – witebskiej, mińskiej i wileńskiej. Leży ta puszcza po obu stronach górnego biegu Berezyny i Kanału Berezyńskiego. Na północy łączy się z Puszczą Hołubicką. Na południu – pod Hajną i Plissą – zlewa się z nieprzebytymi borami wielkoksiążęcymi pod Borysowem oraz z puszczą łohojską. A dalej na południe olbrzymi pas puszczański zmienia się w puszcze: berezyńską, bohuszewicką, później w potężny klucz Żarnówek, a jeszcze dalej, już za Bobrujskiem i Hłuskiem biegnie doliną Ptyczy, aby zbliżyć się do dorzecza Prypeci i do najpiękniejszej i najdzikszej puszczy litewskiej – Puszczy Turowskiej.
Do serca takiej Puszczy ruszyli Tadeusz z Władkiem Czechowiczem na łosie w białe przedpołudnie grudniowe roku 1916. O celu podróży słyszeli nieraz. Na całą Litwę słynęła Góra Wołowa ze wspaniałych tokowisk głuszcowych i z wielkich łowów na grubego zwierza: łosia, wilka, rysia i niedźwiedzia. Po krótkim popasie w Leplu zapadli zaraz za tym miasteczkiem w lasy głębokie. Chwilami głusz i dzicz puszczy działały przygnębiająco. Z ulgą więc witali ogienek i zapach dymu jakiejś zagubionej w lesie smolarni. Osobliwe uczucie ogarnęło ich, gdy podjechali do Kanału Berezyńskiego. Ten wąski pasek kultury z równo odarniowanymi brzegami, z żelaznym mostkiem i śluzami wydał się im czymś jakby oazą cywilizacji na tym bezludziu dziewiczym.


W sercu puszczy woźnica zwrócił ich uwagę na samotny krzyż. Był pamiątką po tragicznym wypadku gdzieś w końcu zeszłego stulecia. Pan Ciechanowiecki z Boczejkowa polował na łosie na rykowisku we dwójkę z gajowym wabiarzem. Każdy z nich wabił na własną rękę. Pan Ciechanowiecki sam był znakomitym wabiarzem i tak dobrze udawał przedzierającego się przez gąszcze łosia, że gdy wynurzył się w półmroku na stanowisko gajowego, ten wziął go za łosia i ranił śmiertelnie. Pan Ciechanowiecki żył jeszcze, gdy nadeszła pomoc z pobliskiej leśniczówki, i zdążył powiedzieć przed śmiercią, że zaszedł nieszczęśliwy wypadek i że gajowy nie jest winien morderstwa.
Do leśniczówki na Wołowej Górze myśliwi przyjechali późnym wieczorem. Byli zziębnięci, głodni i bardzo szczęśliwi. Ogarnęła ich najsympatyczniejsza w świecie atmosfera – atmosfera kompanii myśliwskiej. Myśliwi są jak duże dzieci: serdeczni, szczerzy, gościnni i prości. Trzeba spędzić kilkanaście godzin na mrozie, trzeba mieć zdrowy żołądek i czyste sumienie, a przede wszystkim trzeba mieć dwadzieścia trzy lata, aby w pełni cenić rozkosz takich cudnych rzeczy, jak lampa jasna i huczący samowar, jak płatki przysmażonej słoninki na razowcu, jak pachnące sianem twarde posłanie pod napalonym piecem.


Nazajutrz był spacer gęsiego przez ośnieżoną knieję. Były cichym głosem wydawane rozkazy i wskazówki. Był przemarsz naganki – ludzi leśnych w wytartych ściągniętych rzemiennymi "dziażkami" świtkach, w czapkach ze skórek bielaków, z pielgrzymimi kijami w czarnych, nieczułych na mróz dłoniach. Było ustawianie się na stanowiskach na linii i mierzone tętnem serca chwile oczekiwania.
Wkrótce po ruszeniu naganki Tadeusz posłyszał suche, przygłuszone okiścią strzały na linii. Poczuł krótkie szarpnięcie żalu, że to nie na niego wyszedł łoś i że stracił okazję zmazania hańby pudła do łosia w Łohojsku. Wszystko razem nie trwało dłużej godziny. Myśliwi zebrali się ożywioną gromadką na linii. Rozłożono ognisko. Okazało się, że Władek spudłował do łosia, lecz że gajowy ranił śmiertelnie zwierza drugim strzałem, a teraz gajowi i naganka poszli w głąb kniei tropić rannego rogala. Ale polowanie już się udało: na pokrwawionym śniegu leżą dwa młode, lecz dobrze wyrośnięte wilczki i kilka bielaków.
Ognisko bucha wesoło. Każdy z myśliwych trzyma w ręku ostro zastrugany patyk i patykiem tym wyciąga z popiołu pieczone kartofle, albo nadziewa na patyk tłusty plasterek wędzonej szynki i podsmaża na ogniu. Krąży też siwucha ocalała po zeszłorocznej przymusowej likwidacji zapasów gorzelni boczejkowskiej.
Nagle zza ośnieżonej kulisy leśnej buchają podniecone głosy, słychać zgrzyt płóz. Z białych piramidek świerkowych zjawia się najpierw na pół przysypany śniegiem konik, za nim rozwałki, a na rozwałkach łoś ze zwisającą koroną potężnych łopat. Za łosiem – gajowi. Orszak powoli spuszcza się z łagodnego wzgórza i ukośnie zbliża się do myśliwych.


– Patrz! – woła Władek, wpijając Tadeuszowi palce w ramię – patrz! – powtarza, choć bez jego zachęty Tadeusz pożera wzrokiem ten obrazek fałatowski.


– Patrz! Dla tego jednego widoku warto było przyjechać na Górę Wołową! Patrz i zapamiętaj, bo takiego widoku już może nigdy nie zobaczysz.
Władek miał rację. Nie dane było Tadeuszowi polować więcej na łosie. Ani na Górze Wołowej, ani gdzie indziej. Młodzieńczy rapsod myśliwski urwał się.