Goniec

Register Login

Lektura Gońca (546)

piątek, 27 lipiec 2012 13:10

Życie po skoku [5]

Napisane przez

mariusz1Zbliżał się dzień ponownego wyjazdu do Warszawy. Dopiero w ostatnią noc pomyślałem: Boże, a jak się nie uda? Będę musiał pozostać z tą rurką, nic się nie będzie dało zrobić z kręgosłupem. I znów: strach, przerażenie. Znikła gdzieś pewność siebie. Co będzie, gdy się nie uda? Dlaczego nie próbowałem nawet przez moment przemyśleć czarnego scenariusza?
    W noc przed zabiegiem nie zmrużyłem oka. Na przemian cichutko śpiewałem i płakałem. Śpiewałem, bo bałem się, że to może być ostatni raz, gdy mogę to zrobić. Płakałem zaś, bo czułem się jak skazaniec przed egzekucją.
    Po zabiegu obudził mnie potworny ból klatki piersiowej, którego nie było po pierwszej operacji. Z całych sił chciałem sprawdzić, czy nadal mam rurkę, ale nie mogłem podnieść rąk ani poruszyć głową. W miejscu gdzie była rurka, czułem straszny ból. Prosiłem Boga, żeby nie było już tego cholerstwa. Boziu, jeśli operacja się nie udała i nadal je mam, spraw, że zanim otworzę oczy, jeszcze pośpię i obudzę się bez tej rurki. Jednak nie udało mi się zasnąć i usłyszałem, że kilka osób podeszło do łóżka. Wśród nich moja doktor i pielęgniarki. Nie mogłem podnieść powiek, ale słyszałem wszystko: pielęgniarka zapytała lekarkę, dlaczego się nie udało. Tamta wyjaśniła za pomocą terminów medycznych. Nie musiałem ich rozumieć, żeby wiedzieć, co to oznacza. Zacząłem płakać, a do nich dotarło, że usłyszałem rozmowę, i po cichu wyszły z sali. Mnie znów było wszystko jedno: nie miałem ochoty się budzić i niczego już nie chciałem. Znów ból: ten po zabiegu i ten gdzieś w środku. Kulminacyjny punkt bólu nastąpił, gdy nad ranem zrozumiałem, że fiasko tego zabiegu oznacza równocześnie to, że nie będzie żadnej operacji kręgosłupa. Nie mogłem się pogodzić, że dalej mam tę rurkę – tyle od niej zależało!
    Uwierzyłem, że wszystko musi pójść dobrze. Rozpacz była tak wielka jak wcześniej radość i doprowadziła do tego, że dzień po zabiegu wyrwałem rurkę. Było mnóstwo krwi, ale miałem to gdzieś – przynajmniej na krótką chwilę pokonałem to cholerstwo. Lekarka nie krzyczała, tylko spokojnie powiedziała:
    – No to dostało się rurce? Oj, Mariusz, Mariusz... Wiem, że jesteś na nią zły, ale ona ratuje ci życie.
    – Wiem – odpowiedziałem. – Ale i tak jej nienawidzę.
    Wszystko było opuchnięte, więc lekarka musiała założyć rurkę o numer mniejszą. Trudniej mi się przez nią oddychało, ale sam byłem sobie winny. Bolało coraz bardziej, a ja uparcie odmawiałem przyjęcia czegoś przeciwbólowego. Nie winiłem już innych – winiłem tylko siebie i siebie chciałem ukarać. Lekarze i pielęgniarki widzieli tylko mój ból i załamanie, brakowało im uśmiechniętego i śpiewającego Mariusza. Ja zaś bałem się wracać do Radomia. Nie chciałem wracać pozbawiony głosu, wiary i nadziei. Bałem się pytań i wydawało mi się, że wszystkich zawiodłem.

    Na huśtawce
    Z twoją pomocą już się nie boję, A szczery uśmiech zawdzięczam tobie. Nie było żadnych pytań. Wszyscy w Radomiu zachowali się do tego stopnia profesjonalnie, że aż byłem poirytowany tym, że nikt o nic nie pyta. Byłem zdruzgotany i zbyt zmęczony, by robić cokolwiek. Nie ćwiczyłem. Nie – tak jak kiedyś – na złość, ale dlatego, że nie byłem w stanie wykrzesać z siebie entuzjazmu. Musiało upłynąć sporo czasu, zanim doszedłem do siebie i zacząłem przebąkiwać, że chciałbym ćwiczyć. Wraz z kolejnymi postępami w rehabilitacji wracała radość życia i zapominałem o tym, że muszę żyć z nieszczęsną rurką.
    Na początku myślałem, że dom pomocy nie różni się właściwie od szpitala. Uważałem go po prostu za szpital z okrojoną liczbą specjalistów, lekarzy i pielęgniarek. Na miejscu przekonałem się, że nie mam racji – to nie tyle szpital, ile właśnie dom, gdzie masz osobny pokój i własną łazienkę. I pomyśleć, że tak bardzo bałem się tego miejsca! A przecież to tu znalazłem tak wielu przyjaciół – wśród nich Asię, która sprawiła, że dawałem z siebie jak najwięcej. Nigdy bym sobie nie poradził bez wsparcia jej i całego personelu domu. Zmieniłem podejście do niego i nie tylko przestałem się bać, ale nawet cieszyłem się, że trafiłem właśnie tu.
    Wciąż jeździłem na wózku i z dnia na dzień było coraz lepiej. Wyjeżdżałem na spacery i wiele godzin spędzałem z Asią, która zawsze miała dla mnie czas i sprawiła, że znów się uśmiechałem. Opowiedziałem jej kiedyś, jak bardzo chciałbym pojechać do supermarketu i pooglądać wszystko, co można tam kupić. Wysłuchała mnie i tylko się uśmiechnęła. Kilka dni później, w sobotę, usłyszałem pukanie do drzwi. To była Asia, która przyjechała specjalnie do mnie i...
    – Zabieram cię do M1!
    Z jednej strony bardzo się ucieszyłem, a z drugiej – wystraszyłem. W końcu nie byłem nigdy dalej od ośrodka niż kilkaset metrów! Ale co tam, ukryłem swój strach i pojechaliśmy. Było wspaniale. Od tamtej pory wyprawy do centrum handlowego stały się częste i zawsze jednakowo cieszą.
    Moje życie było więc w miarę ustabilizowane: samodzielnie radziłem sobie z wózkiem, codziennie miałem rehabilitację. Nic mi nie dolegało i niczego nie brakowało. Mogłem też cieszyć się z tego, że mam przyjaciół. Umarły przyjaźnie z czasów sprzed skoku. Po wypadku koledzy odwiedzali mnie dosyć często, ale z miesiąca na miesiąc przyjeżdżali coraz rzadziej, aż w końcu w ogóle przestali. Nie mogłem się z tym pogodzić. Czemu tak się stało? W końcu to moi koledzy, jeździliśmy razem na dyskoteki i na dziewczyny; zawsze byliśmy zgrani, a i jeden za drugiego skoczyłby w ogień. Teraz ci sami koledzy nie chcą przyjechać... Byłem na nich bardzo zły. Wmawiałem sobie, że jak kiedyś przyjadą, to wyrzucę ich ze złości, ale tak naprawdę – umarłbym ze szczęścia, gdyby któryś mnie odwiedził.
    Bardzo trudno jest się pogodzić z tym, że kumple cię opuścili. To przykre, ale nie potępiam ich, bo być może gdyby coś takiego spotkało nie mnie, ale któregoś z nich, zachowałbym się tak samo. Ucieszyłaby mnie wizyta kolegi, ale dziś cieszę się nawet z tego, że któryś zapyta tatę, co słychać u Mariusza.
    Na rehabilitacji poznałem Luizę, dziennikarkę Radia Radom. Kiedy pierwszy raz mnie zobaczyła, podeszła do łóżka i zaczęła rozmawiać. Nie, nie rozmawiać: ona gadała jak najęta! Miałem wtedy kiepski nastrój. Boże, co to za baba!? Skąd ona się wzięła? Gada i gada bez końca! Nie miałem odwagi powiedzieć jej czegoś w stylu: "Babo, idźże sobie stąd!". Tak mogłem potraktować rodziców, ale nie obcą osobę. Bardzo dobrze, bo upór i cierpliwość Luizy pomogły mi w pogodzeniu się z losem. Nie zważała na to, że nie mam ochoty z nią rozmawiać, tylko przyniosła jakieś czasopismo. Nie chciałem go od niej brać, ale w końcu uległem pokusie i przeczytałem je z dużym zainteresowaniem.
    Następnego dnia przyniosła kolejne dwie gazety, a ja zacząłem z nią gawędzić. Tak narodziła się nasza przyjaźń. Ta niesamowita gaduła skruszyła mój opór do tego stopnia, że nie mogłem się doczekać każdej jej kolejnej wizyty. Sprezentowała mi radio. To dzięki niej zacząłem lepiej traktować rodziców i przestałem być draniem, który doprowadzał mamę do łez. Luiza, dziękuję – bez ciebie nie ruszyłbym we właściwym kierunku.
    Na oddziale rehabilitacyjnym poznałem też Rafała, który w wypadku motocyklowym uszkodził sobie rdzeń na dolnym odcinku kręgosłupa. Ma jednak zdrowe ręce i zasuwa na wózku aż miło. Bardzo zżyliśmy się z sobą: zawsze robił nam śniadanie i kolacje (bardzo blisko był sklep spożywczy), pomógł mi zapomnieć, że jestem niepełnosprawny, i zyskać pewność siebie. Nauczył mnie też, jak radzić sobie z ludźmi wgapiającymi się w niepełnosprawnych – on reagował na "przyglądaczy" z uśmiechem i lekceważeniem. Zacząłem go naśladować i zadziałało – Rafał, dzięki!
    Któregoś wieczoru rozmawialiśmy o frytkach. Mówiłem, że dla nich gotów byłbym zrobić wszystko. Na drugi dzień po kolacji wyjechał z sali i długo nie wracał, co do niego zupełnie nie pasowało. Nagle podjechał do mojego łóżka z talerzem pełnym gorących frytek. Wzruszyło mnie to do łez. Gdybym miał wcześniej jakieś wątpliwości, to teraz wiedziałbym już na pewno, że Rafał jest moim prawdziwym przyjacielem. Nigdy nie zapomnę "numeru z frytkami". Później dowiedziałem się, że kupił ziemniaki i sam je usmażył w szpitalnej kuchni. Z Rafałem przyjaźnimy się do dziś.
    Poznałem jego zawsze uśmiechnięte siostry. Często odwiedza mnie w Radomiu, gdzie wspólnie kucharzymy i bezustannie rozmawiamy. W dwa lata po wyjściu z oddziału rehabilitacyjnego postanowiliśmy tam powrócić, żeby jeszcze bardziej się "usprawnić". Na szczęście nie było już tego ordynatora, który tak mocno przetrzebił kieszenie moich rodziców. Zaprzyjaźnione pielęgniarki umieściły nas na tej samej sali i na tych samych łóżkach co kiedyś. Kiedy tam wjechaliśmy, wróciły wspomnienia: dobre i złe. Wszystko było po staremu: te same dziury czy plamy na suficie i ścianach (znałem na pamięć każdą z nich!) oraz ten sam – z wyjątkiem ordynatora – personel. Od pierwszego dnia było fajnie, bo wszystkich znaliśmy i wszyscy nas lubili, a my robiliśmy to, na co mieliśmy ochotę. Gdy tylko mogła, odwiedzała mnie Asia – Rafał zawsze był o nią zazdrosny:
    – Ale masz szczęście! Taka laska cię odwiedza!
    W trzecim dniu pobytu poczułem dość silny ból brzucha. Powiedziałem o tym lekarce na wieczornym obchodzie. Stwierdziła, że to pewnie coś niegroźnego, ale na wszelki wypadek kazała rano pobrać mocz i zrobić posiew. Ból stawał się jednak coraz mocniejszy i utrudniał jazdę na wózku. USG jamy brzusznej nic nie wykryło, za to posiew wykazał obecność bakterii i konieczność podania silnego antybiotyku dożylnego, który miał zwalczyć odmiedniczkowe zapalenie nerek. Po kilku dniach ból całkiem ustąpił i znów mogłem rozrabiać z Rafałem.

    Po powrocie z rehabilitacji czułem się jeszcze sprawniejszy. Wróciłem do dawnych zajęć i nagle, po kilku tygodniach, znów poczułem ten sam ból. Próbowałem go zignorować i nikomu nic nie powiedziałem. Zaczęło mi się robić potwornie zimno, choć było już prawie lato. Potem przyszedł czas na ataki gorąca. Okazało się, że mam czterdzieści dwa i dwie kreski temperatury. Pielęgniarki natychmiast wezwały pogotowie, które zaraz przyjechało, ale jego ekipa uznała, że nic mi nie jest. Zrobili jakieś zastrzyki i zapewnili, że wszystko będzie w porządku. Ale tak nie było, zacząłem tracić świadomość. Kolejna karetka zabrała mnie na izbę przyjęć bez pytania. Niewiele pamiętam z tego, co działo się potem: jakieś badania, przyjęcie na oddział chirurgiczny.
    Rano przyjechała Asia i dzięki jej obecności poczułem się lepiej. Temperatura rosła i opadała, a lekarze podejrzewali niedrożność jelit. Nie pozwolili mi nic jeść i pić, co przy wysokiej gorączce było jak najgorsza kara – oddałbym wszystko za łyk czegokolwiek. Lekarze mieli kłopot, bo antybiotyk nie powstrzymywał gorączki i nie wiedzieli, co robić. Piątego dnia ból był potworny, a na twarzy lekarza, który miał dyżur, malowało się przejęcie. W czasie rozmowy z nim wspomniałem, że identyczny ból czułem kilka miesięcy temu i wtedy przyczyną było odmiedniczkowe zapalenie nerek.

piątek, 20 lipiec 2012 13:37

Życie po skoku [4]

Napisane przez

 

Pani z domu opieki skwitowała odpowiedź krótko: – No tak, wszystkie śmieci do nas...

mariusz1

Wreszcie coś znaleźli: radomski Dom Pomocy Społecznej Weterana Walki i Pracy. Nazwa tej instytucji wyrwała mnie z apatii, a bierność zastąpił potworny lęk. Tu, na rehabilitacji, spędziłem blisko rok, wszyscy mnie znali, czułem się bezpiecznie. Byłem przerażony koniecznością przeprowadzki w obce miejsce pełne nieznanych ludzi, od których mam być zależny. Już nawet nocny płacz nie przynosił ulgi, a ja wariowałem, bo czułem się jak w pułapce bez wyjścia: nie mogłem wrócić do domu, nie mogłem zostać w miejscu, które znałem.
Znów wróciły myśli o śmierci. Strach przed przeprowadzką stał się stałym towarzyszem. Czas na wyznanie – muszę opowiedzieć o rzeczy, o której nikomu jeszcze nie mówiłem. Nie wiem, czy powinienem o tym wspominać, bo jest to cholernie niełatwe, ale chcę to ostatecznie zrobić. Tak bardzo się bałem przeniesienia w nowe miejsce, że wziąłem z szuflady wszystkie leki, jakie miałem, podjechałem do łazienki i łyknąłem po kilka z każdego rodzaju tabletek. Teraz miałem pewność: wreszcie będę wolny. Potem ruszyłem do pielęgniarek i poprosiłem, żeby pomogły mi się położyć do łóżka. Marudziły coś, żebym jeszcze posiedział, ja mówiłem, że jestem zmęczony i śpiący, a tak naprawdę w mojej głowie było już kolorowo. Gdy tylko znalazłem się w łóżku, natychmiast zasnąłem i nic więcej nie pamiętam. Rano zbudziłem się normalnie (około szóstej), choć byłem bardzo oszołomiony. Nie pamiętałem nawet, że wziąłem te tabletki. W czasie śniadania pielęgniarka przyszła podać leki i sięgnęła do szufladki. Gdy zobaczyła, że jest pusta, zapytała, gdzie są lekarstwa. W jednej chwili przypomniało mi się, co wczoraj zrobiłem! Coś tam jej mętnie odpowiedziałem, ale nie zrobiła żadnej afery, choć na pewno nie byłem przekonywający. Większość lekarstw, które zażyłem, to były witaminy oraz amizepin o właściwościach usypiających. Samobójstwo się nie udało, a lęk wciąż mnie nie opuszczał. Przychodziło mi do głowy sporo innych rozwiązań. Wstydzę się, gdy teraz je sobie przypominam.


Któregoś dnia na porannym obchodzie dowiedziałem się, że ktoś z tego domu pomocy ma przyjechać zobaczyć, jak wyglądam i w jakim jestem stanie. Od tamtego ranka strach był jeszcze większy. Tego samego dnia okazało się, że moim udziałem będzie jeszcze jeden lęk. Pielęgniarki namówiły mnie na kąpiel w wannie (pierwszy raz od wypadku). Myślałem, że wszystko będzie w porządku, bo – szczerze mówiąc – bardzo chciałem tej kąpieli, ale nie wiedziałem, że tak zareaguję na widok wody. Gdyby nie rurka w gardle, krzyk usłyszałby cały Radom. To było okropne: kiedy włożyli mnie do wanny, wpadłem w histerię. Wydawało mi się, że woda wciąga, wyrywa z rąk pielęgniarek i chce utopić. Błagałem więc, żeby mnie wyciągnęli i ratowali, choć tak naprawdę nic złego się nie działo.
Kiedy się uspokoiłem i dochodziłem do siebie, przyszedł czas na spotkanie z kimś z domu opieki. Wczesnym popołudniem przyjechały dwie panie (jedna miała się okazać moją nową oddziałową, a druga pielęgniarką). Chciałem dobrze wypaść i przywitać je uśmiechem, ale – jak zwykle – dostałem kopa. Zanim do mnie podeszły, zaczęły rozmawiać z lekarką. Słyszałem każde ich słowo.


– Dlaczego on ma trafić do nas? Nie można było umieścić go gdzieś indziej? Próbowaliście w innych ośrodkach?


– Rozmawialiśmy z kilkoma domami – odpowiedziała lekarka – i tylko wasz wyraził zgodę na przyjęcie Mariusza.
Pani z domu opieki skwitowała odpowiedź krótko:
– No tak, wszystkie śmieci do nas...


A potem weszła do mojej sali z uśmiechem na twarzy i zapewniła, żebym się nic martwił i że wszystko będzie dobrze.


Miałem ochotę zwymiotować.


Tak ma wyglądać mój dom? "Wszystkie śmieci do nas"? Więc jestem dla nich śmieciem, a nie człowiekiem. Wyrok był ostateczny: trafiam w miejsce, gdzie nikt nie będzie się ze mną liczył.

Panika. To uczucie zdominowało dzień przeprowadzki. Tata bezskutecznie próbował mnie uspokoić, a ja nie mogłem powstrzymać łez przy pożegnaniu z ludźmi, z którymi spędziłem ostatni rok. Wiedzieli o mnie wszystko i potrafili pomóc, a ja musiałem ich opuścić. Jechałem jak na ścięcie i modliłem się, żeby karetka nie dotarła na miejsce. W końcu jednak dojechaliśmy.
Patrzyłem przerażony na placówkę i jej personel. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że na powitanie wyszła bardzo sympatyczna grupa – pielęgniarki, salowe, kilka innych osób. Ci zupełnie obcy ludzie patrzyli na mnie i uśmiechali się. Ktoś wygłosił powitanie, ktoś inny zapewnił, że zrobią wszystko, abym był szczęśliwy i czuł się tutaj jak u siebie. Atmosfera była niezwykle przyjazna i widziałem, że wszyscy starają się, jak mogą, żebym przestał się bać i im zaufał. Od razu nazwali mnie swoim pupilkiem – no, w końcu zostałem najmłodszym mieszkańcem tego domu. Robili wszystko, żebym poczuł się dobrze, i nie było w tym grama udawania. Zacząłem rozumieć, że niekoniecznie musi być tutaj źle.
Kolejne pozytywne zaskoczenie to pokój – prawdziwa kawalerka, cała dla mnie! Potem szefowa domu zapytała, czy chciałbym mieć telewizor. Nie do wiary! W tej jednej chwili cały strach i wszystkie obawy odeszły w niepamięć. Pomyślałem jeszcze o tej pielęgniarce, która powiedziała, że "wszystkie śmieci do nas" – nie życzę jej tego, ale może kiedyś los jej przypomni, że nie można w ten sposób nazywać ludzi.
Pierwsza noc była nieprzespana. Nocną zmianę miała wtedy Asia, która okazała się najlepszą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek mogłem mieć. Polubiliśmy się od razu. Była taka opiekuńcza i miła – było bardzo gorąco, a ona przyniosła wiatrak. Rankiem poznałem kilka nowych osób, które były równie przyjazne. Bałem się tylko jednej – mojej oddziałowej. Wygląd kogoś mało przyjemnego był jednak mylący, bo okazała się bardzo sympatyczną i dobrą kobietą. Do dziś (podobnie jak na panią przełożoną) zawsze mogę na nią liczyć.
Każdy dzień przynosił coś nowego: ludzi, miejsca. Czułem wsparcie całego personelu, a przyjaźń z pielęgniarką Asią kwitła. Teraz już wiedziałem na pewno, że w tym domu nic złego mnie nie spotka. Rehabilitacja przebiegała pozytywnie, był tylko jeden kłopot: niewygojona odleżyna. Z małej ranki powstała ogromna gnijąca i straszliwie śmierdząca dziura sięgająca aż do kości. Kiedy zobaczyła to moja siostra Ania, tak bardzo się zezłościła, że natychmiast wynajęła karetkę z lekarzem i pojechaliśmy do Konstancina. Tam, mimo wysokiej gorączki i wręczonej łapówki, nie chcieli mnie przyjąć. Musieliśmy wrócić do Radomia.


Następnego dnia siostra pojechała z rodzicami do Otwocka. Udało się: Ania zapłaciła tyle, że zgodzili się mnie przyjąć. Mało tego, jakiś profesor obiecał nawet skierowanie do Warszawy na oddział otolaryngologiczny, gdzie usuną mi tę znienawidzoną rurkę, a potem być może uda się przeprowadzić operację kręgosłupa. Znów zaczęły się wielkie marzenia i wielkie nadzieje.
Złudzenia jednak szybko się rozwiały. W Otwocku przez trzy dni nikt się mną nie zajmował. Leżałem z gorączką i dreszczami, bez toalety, w jednej przepoconej koszulce. Pielęgniarki nie wiedziały, co ze mną zrobić, nikt nie zabierał się za badania. Nie dostałem nic ani do jedzenia, ani do picia – dobrze, że mama zostawiła mi butelkę wody i duże jabłko. Jadłem je po troszku, żeby starczyło na dłużej. Drugiego dnia było już obeschnięte, ale wydawało się przepyszne. Pielęgniarka twierdziła, że muszę być na czczo, bo będę miał badania. Co dzień powtarzali to samo, ale żadnych badań nie było. Gorączka i głód tak mnie osłabiły, że nie miałem siły mówić. Nie poznałem też własnej siostry, która widząc mnie w takim stanie, wpadła w szał.

Nadzieje kłębiące się w głowie w nieskończoność. Tata i siostra nie mogli uwierzyć w to, co zobaczyli. Po ich interwencji trafiłem na inny oddział, gdzie zrobiono mi odpowiednie badania i natychmiast skierowano na operację odleżyny. Zabieg się udał, gorączka nie wróciła, a ja byłem traktowany po królewsku. Codziennie przychodził profesor i wypytywał, czy wszystko jest w porządku. Wiadomo, skąd ta troska: na tamtym oddziale, gdzie omal nie umarłem, odwiedził mnie tylko raz, w dniu przyjęcia. Później nawet nie zajrzał, a teraz zgrywał wielkiego opiekuna. Szkoda słów! Na tym oddziale spotkałem się z troskliwą opieką pielęgniarek. Dowiedziałem się też, że zabieg wykonano niemal w ostatniej chwili – jeszcze trochę i gangrena wymusiłaby amputację nogi.
Po trzech tygodniach – zgodnie z obietnicą – profesor zabrał się do usuwania rurki. Zostałem przewieziony do szpitala w Warszawie na oddział otolaryngologiczny. Tutaj sprawy toczyły się szybko i sprawnie: mnóstwo badań, ustalenie daty zabiegu. Lekarze byli pewni sukcesu. Mieli usunąć standardową w laryngologii rurkę metalową i zastąpić ją rurką tymczasową z plastiku (zwaną rurką T). Miała ona umożliwić mi mówienie głosem sprzed wypadku.


Po dwóch dniach od zabiegu, na porannym obchodzie, lekarka poprosiła:
– Mariusz, spróbuj przyłożyć palec do rurki i powiedz słowo...
I to, co się stało... Wielu dni nie zapomnę nigdy, tego też nie. Po przyłożeniu palca do rurki usłyszałem głos i... No, autentycznie, zareagowałem tak, jakby mnie poraził prąd! Szybko zabrałem palec z rurki i przerażony patrzyłem na stojących wokół lekarzy. Poproszono, żebym ponownie przyłożył palec, ale ogarnął mnie jakiś paraliż. Chciałem to zrobić, a jednak bardzo się bałem. W końcu lekarka podeszła, chwyciła mnie lekko za rękę i powiedziała:


– Wesołku, zaufaj mi i nie obawiaj się niczego.
Posłuchałem jej, a kiedy to zrobiłem i powiedziałem jakieś słowa, ponownie zdurniałem! Nie do końca wiedziałem, co naprawdę się stało, patrzyłem na rozchachane twarze lekarzy. O co im, kurde, chodzi? Dopiero po chwili zrozumiałem, czemu się cieszą. I ja również zacząłem się cieszyć: wreszcie mogłem usłyszeć swój głos! Co za radość! Dla tej chwili warto było przeżyć wszystkie te męczarnie.
Od tego momentu zacząłem gadać, wszystkich zaczepiałem i pytałem o cokolwiek: o godzinę i o pogodę. Robiłem wszystko, żeby tylko móc pogadać, obojętnie z kim i o czym. Gdy sąsiad z łóżka obok gdzieś szedł, rozmawiałem nawet z krzesłem. Tak bardzo cieszyłem się swoim głosem, że każdej nocy śpiewałem wszystkie piosenki, których słowa znałem. Do licha, śpiewałem nawet piosenki, których słów nie znałem! Którejś nocy mój sąsiad uznał, że ma dość tej dyskoteki.


– Odkąd zacząłeś nawijać, ja nie mogę spać! Mam dość tych twoich występów! No i pomyśleć, że miałem tu wrócić do zdrowia! Przy tobie?
Postanowiłem dać mu trochę wytchnienia. W nocy czekałem, aż zacznie chrapać (a chrapacz był z niego profesjonalny: numer jeden w moim prywatnym rankingu), i dopiero wtedy zaczynałem koncercik. Tak objawiała się radość z odzyskanego głosu: śpiew, śpiew i jeszcze raz śpiew. W tym szpitalu było świetnie i chyba nie byłem aż tak bardzo nieznośny, bo zdobyłem sympatię lekarzy i pielęgniarek. Podchodziły z uśmiechem, a podczas porannej wizyty lekarze zagadywali zawsze jednakowo:
– No to powiedz, wesołku, co nam dziś zaśpiewasz?
Cały szpital wiedział o śpiewaku z otolaryngologii!


Niestety, odnowiła się odleżyna na kości ogonowej – znów musiałem jechać do Otwocka. Plan był taki, że po trzech miesiącach wrócę do Warszawy na otolaryngologię, gdzie lekarze dokończą zabieg usuwania rurki, żebym mógł oddychać bez niej. Wreszcie zaczęło się układać, a ja – zamiast się zamartwiać – byłem pełen nadziei, a nawet pewności, że wszystko będzie dobrze. Nie mogłem się doczekać, kiedy pojadę do domu pomocy w Radomiu, żeby wszystko opowiedzieć i pochwalić się swoim głosem.
Wreszcie wróciłem do Radomia. Wszyscy byli podekscytowani i ciekawi mojego głosu oraz tego, co mam im do powiedzenia. Byłem naprawdę szczęśliwy i bardzo mocny psychicznie. W niepamięć odeszły myśli o samobójstwie – uważałem, że najgorsze mam za sobą. Myślami byłem już u siebie w domu: bez rurki i na wózeczku, a do tego z ogromną nadzieją, że będę miał potem operację kręgosłupa.

 

cdn

piątek, 13 lipiec 2012 17:20

Życie po skoku (3)

Napisane przez


   mariusz1   31-letni mieszkaniec podradomskiej wsi Mariusz Rokicki, przykuty do łóżka po nierozważnym skoku do wody, kciukiem napisał na laptopie książkę "Życie po skoku". Ma ona być przestrogą dla innych młodych ludzi... 

Po jakimś czasie zacząłem się jednak irytować i tracić cierpliwość – nagle stanąłem w miejscu, nie było żadnych postępów. Znów przyszła pora na rozpacz i pretensje. Boże, dlaczego ja?! Początkowo nie miałem odwagi, by zapytać lekarzy, czy będę jeszcze chodził. Bałem się tego, co mógłbym usłyszeć. Z drugiej jednak strony – potrzebowałem jakiejś motywacji. W końcu odważyłem się:
    - Kiedy wreszcie zacznę chodzić?
    Lekarz nie musiał odpowiadać, wystarczyła jego mina. Był zakłopotany, nie patrzył mi w oczy. Posypały się wymijające odpowiedzi: teraz o tym nie myśl, cierpliwości, ćwicz intensywnie, a efekty na pewno będą. Ale ja nie byłem cierpliwy i wściekałem się na maksa: ileż można leżeć w łóżku?
    Ostatecznie straciłem cały zapał za sprawą absurdalnego posunięcia jednej z lekarek. Zapytała, czy chciałbym poznać dwóch chłopaków po identycznym wypadku. Zgodziłem się bez wahania i bardzo się ucieszyłem: zobaczę, jak chodzą! O kulach? A może nawet normalnie? Nie mogłem się doczekać ich przyjazdu, wyobrażałem sobie, jak wchodzą do mojej sali... To, co zobaczyłem, dalekie było od moich oczekiwań. Omal nie dostałem zawału, tak przerażający był to widok. Marek i Krzysztof – takie mieli imiona – przywitali się z uśmiechem i bardzo grzecznie, a ja robiłem wszystko, żeby nie dać po sobie poznać, jak jest mi źle i że z trudem powstrzymuję płacz. Bardzo chciałem, żeby już pojechali i nie wracali więcej. Niestety, mijały godziny, a oni wciąż byli i bez skrępowania zadawali mi pytania w stylu: "Po ilu czopkach się wypróżniasz? Co ile dni?". W tym czasie myślałem tylko o jednym: dorwać tę lekarkę, która ich tu sprowadziła. Nienawidziłem jej, bo widok tych chłopaków odbierał mi resztki zapału i nadziei. Te ręce, pokurczone palce zaciśnięte na poręczy wózków! – koszmarny widok. Na koniec wbili mi nóż prosto w serce, gdy jeden powiedział, że miał wypadek pięć, a drugi siedem lat temu. Znów zamknąłem się w świecie własnych myśli: przestałem jeść, pić i ćwiczyć. Lekarzom nie pozostało nic innego, jak ponownie podłączyć mnie do kroplówki.
    Po co miałbym harować, skoro i tak nigdy nie będę mógł chodzić? Po co ćwiczyć, skoro i tak nigdy nie wstanę z wózka? Na nowo zaczęły się odleżyny, a w czasie wizyty laryngologa usłyszałem, że mam zarośniętą tchawicę i rurka musi zostać na stałe. Boże, za co mnie tak karzesz? Co zrobiłem, że tak mnie traktujesz? Nie potrafiłem znaleźć odpowiedzi na te pytania. Byłem zagubiony, przegrany, psychicznie zmasakrowany, pozbawiony resztek nadziei i cholernie samotny. Ale kiedy sięgniesz samego dna, zaczynasz rozumieć, że gorzej już być nie może. I że skoro jesteś na dnie, to pozostaje jedno: odbić się.

    Śpiewak z otolaryngologii
    Zawaliłem. Człowiek, który buntuje się przeciwko temu, co niesie życie, potrafi być bardzo głupi i uparty. Wpędziłem się w nowe odleżyny, gorączkę i infekcję dróg moczowych. Nie miałem sił, bo skąd niby miałem je mieć? Z wody i kroplówek? Na zmianę zalewały mnie fale potu i telepały mną dreszcze.
    Któregoś dnia doktorzy postanowili zrobić mi badanie kręgosłupa rezonansem magnetycznym, żeby sprawdzić, w jakim stanie jest rdzeń kręgowy. Aby poprawnie przeprowadzić to badanie, musieli wymienić rurkę tracheotomijną z metalowej na plastikową. W drodze na badanie i zaraz po nim wszystko było w porządku, ale potem zaczął się kolejny koszmar: jak już wspomniałem, konieczne było ciągłe odsysanie zbierającej się wydzieliny. Do głowy by mi nie przyszło, że karetka, która będzie mnie wiozła, nie została wyposażona w ssak. Szpital, do którego pojechałem, był oddalony od mojego o kilka kilometrów. Na tym dystansie rozegrał się prawdziwy dramat: poprosiłem o odessanie, bo dławiła mnie wydzielina, ale nikt nie zwracał na to uwagi. Wreszcie zauważyli, że się duszę, bo wydzielina wydostawała się już poza rurkę. Jedyne, co mogli zrobić, to włączyć syrenę i pędzić jak szaleni do szpitala. Co chwila patrzyli tylko, co się ze mną dzieje. Ocaliło mnie to, że prosto z rezonansu mieli mnie zawieźć do jeszcze innego szpitala na izbę laryngologiczną – kierowca ruszył więc właśnie tam. W tych makabrycznych okolicznościach dokonał się przełom. Sam przecież – pomyślałem – tego właśnie chciałem! Umrzeć jak najszybciej! I co? Teraz, kiedy cel był tak blisko, nagle płacz i panika?
    Gdy w końcu dojechaliśmy do szpitala, natychmiast zawieźli mnie na laryngologię, a tam szybko odessali wydzielinę. To był ostatni moment, bo już traciłem kontakt z rzeczywistością. Niestety, na tym moje przygody się nie skończyły – trafiłem bowiem na największego chyba brutala wśród laryngologów. Kiedy wyjmował rurkę, dookoła było pełno krwi. Wszystko opuchnięte, a przecież trzeba było z powrotem założyć rurkę! Opuchlizna zmniejszyła otwór i rurka numer 7, którą miałem wcześniej, była za duża. Mimo to lekarz próbował ją założyć. Efekt? Jeszcze więcej krwi i moje wielkie przerażenie. Tak wielkie, że nie czułem nawet bólu. Kiedy laryngolog zrozumiał, że nie da rady założyć rurki tej wielkości, postanowił spróbować z nieco mniejszą – numer 6 – ale i ta była za duża, bo na skutek jego działań opuchlizna się znacznie powiększyła. W końcu powstrzymał swoje sadystyczne skłonności i założył maleńką rurkę numer 5. Udało się ją zainstalować, ale problemem było to, że – ze względu na jej niewielką średnicę – ciężko było przez nią oddychać. Lekarz powiedział, że kiedy opuchlizna zejdzie, to założy tę, którą miałem na początku (czyli numer 7). Gdy w końcu wróciłem na swój oddział rehabilitacyjny, odetchnąłem. Na krótko, bo wtedy odezwał się ból.
    Był okropny, nie do zniesienia. Czułem ogień w klatce piersiowej i co chwila prosiłem o zastrzyk przeciwbólowy. W nocy poczułem się trochę lepiej. Zacząłem rozmyślać: co tu zrobić? Skoro marzyłem tylko o tym, żeby umrzeć, to czemu tak bardzo przeraziła mnie sytuacja w karetce? Czemu w myślach błagałem Boga o ratunek, gdy spełnienie marzenia o śmierci było tak blisko? Walka o każdy łyk powietrza – przedsmak umierania – chyba mnie otrzeźwiła i dała mi do myślenia. Przypomniałem sobie, że jeszcze nie tak dawno siedziałem na wózku i mogłem sam jeść oraz jak bardzo mnie to cieszyło. Znów zacząłem mówić do Boga i chyba Go zaskoczyłem, bo zamiast prosić o śmierć, błagałem o nadzieję i siły. Zapewniałem, że chcę walczyć!
    Kolejny poranek był inny niż te do tej pory. Nie martwiłem się odleżynami i gorączką, bo zrozumiałem, że mogę je pokonać. Odrzuciłem swoją głupotę i upór, wróciłem do ćwiczeń, a na mojej twarzy znów zagościł uśmiech. Najdrobniejsze postępy przynosiły radość, która była nie do opanowania i zarażała. Wzruszała też  pielęgniarki: gdy zacząłem samodzielnie wyjeżdżać wózkiem na szpitalny korytarz, witały mnie brawami. Może niezdarnie, ale każdy posiłek jadłem sam i nie pozwalałem się karmić. Było coraz lepiej.
    Przerażały tylko noce. Nie byłem w stanie uwolnić się od smutku, który wkradał się po zmierzchu. Wtedy pielęgniarki i pacjenci słyszeli, jak popłakuję. Jedyną bronią przed nocnymi demonami była ucieczka w marzenia. W nich mogłem biegać po świecie i cieszyłem się wolnością. Zwracałem uwagę na każdy szczegół i wszystko – ptaki, owady czy zachód słońca – sprawiało mi wielką radość. To, przynajmniej czasami, leczyło nocny ból duszy. Kiedy wstawał nowy dzień, nie mogłem doczekać się ćwiczeń. Chciałem bowiem być sprawniejszy i jak najmniej zależny od innych. Wszyscy wokół pomagali, jak tylko potrafili, doceniali starania i motywowali do dalszej pracy.
    Pielęgniarki robiły, co mogły, żebym czuł się dobrze, żartowały ze mną, często proponowały herbatę lub kawę. Zawsze wybierałem herbatę, ale za którymś razem poprosiłem o kawę. Gdy w miarę ostygła, pielęgniarka przyszła ją podać – piłem przez rurkę od kroplówki. Po pierwszym łyku musiałem przerwać, żeby powiedzieć, że dawno nie piłem czegoś tak pysznego! Przed wypadkiem rzadko pijałem kawę i nigdy mi tak nie smakowała. (Może piłem inny gatunek? A może po wypadku zmienia się smak?) Od tego dnia codziennie piłem kawę. Do tego stopnia ją polubiłem, że cieszył mnie sam jej widok! Każdy dzień zaczynałem więc od małej czarnej. Czułem się z tego powodu bardziej dojrzały:
    - Kawa z rana, fiu, fiu! – uśmiechały się pielęgniarki. – Ale ci dobrze!
    Minął prawie rok pobytu na rehabilitacji, a ja nie mogłem się doczekać powrotu do mojego kochanego domu. Jak ja za nim tęskniłem! Za każdą ścianą, każdym krzesłem... No i za moim psem Aresem, który – wierna i kochana bestia – chodził ze mną wszędzie.
   
    - Dom? Nie wrócisz do domu.
    Nigdy nie zapomnę tych słów. Kiedy dowiedziałem się, że po wyjściu z rehabilitacji nie wrócę do domu, coś we mnie umarło. To był nokaut: uderzenie w tył głowy, upadek na ring, gong i po sprawie. Znów zabrano wszystko, znów pozbawiono złudzeń. Poczułem się jak wtedy, po skoku: niewyraźne obrazy, zniekształcone głosy, ktoś coś mówi, nic nie rozumiem. Powrót do domu miał być nagrodą – każdego dnia planowałem, co będę w nim robił. Zamiast tego czułem się opuszczony, niepotrzebny i przegrany. Znów wielkie rozczarowanie, pustka i ból. Tak wielki, że nawet dziś z trudem o tym piszę. Na początku miałem żal do rodziny. Zrozumiałem jednak, że w naszym domku nie ma warunków, żebym mógł w nim mieszkać. Wiedziałem też, że bardzo mnie kochają i że gdyby mogli, toby mnie zabrali.
    No to co ze mną będzie? Kto pomoże? Kto przygarnie? Gdy tylko gasło światło, zaczynałem płakać. Może pomyślicie, że jestem szurnięty, ale – kiedy usłyszałem, że nie wrócę do domu – chciałem tylko przytulić się do mojego jasieczka. Jakkolwiek głupio to zabrzmi, to mój przyjaciel: taki, który zawsze wysłucha i nigdy nie zdradzi. Ten jasiek jest czymś tak ważnym, że nawet jak spadnie z łóżka, to wręcz go przepraszam. Może dlatego tak bardzo lubię zwykłą poduszkę, bo przeszła ze mną przez całe to piekło?
    Coraz bardziej bałem się dnia wypisu. Ordynator – swoją drogą, pijawka, która ssała z kieszeni rodziców, ile tylko mogła – bardzo na ten wypis nalegał. Mój pobyt stawał się coraz droższy, rodzice musieli sprzedać cenniejsze rodzinne pamiątki. To, co robił ordynator, można nazwać wyłącznie szantażem: jeśli nie dostał co tydzień koperty z odpowiednią zawartością, straszył rodziców, że mnie wypisze i że sami będą się musieli martwić co dalej. Mama płakała i płaciła. Nigdy nie będę w stanie zrozumieć, jak można było tak traktować ludzi, którzy przeżywają tragedię. Mam nadzieję, że ten facet unika patrzenia w lustro.
    Popadłem w otępienie. Nie awanturowałem się i nie buntowałem, wykonywałem polecenia, ale w środku byłem jak martwy. Biernie oczekiwałem na kolejny wyrok: hospicjum, dom opieki społecznej... Było mi wszystko jedno, skoro nie mogłem wrócić do swojego świata. Kiedyś pacjent, który leżał obok, powiedział, że każdej nocy, gdy tylko zasnąłem, mówiłem przez sen o tym, że chcę do domu. Nic dziwnego: o czym innym miałem śnić.

 

piątek, 06 lipiec 2012 19:22

Życie po skoku (2)

Napisane przez

 


mariusz131-letni mieszkaniec podradomskiej wsi Mariusz Rokicki, przykuty do łóżka po nierozważnym skoku do wody, kciukiem napisał na laptopie książkę "Życie po skoku". Ma ona być przestrogą dla innych młodych ludzi...


Miny lekarzy i pielęgniarek oraz łzy rodziców i bliskich mówiły jednak wszystko. Z każdą chwilą docierała do mnie prawda i rosło poczucie grozy, które z niej wynikało. Byłem bezradny i przegrany, nie przestawałem płakać. Za każdym razem, gdy zamykałem oczy, miałem nadzieję, że już się nie obudzę. Niestety, za każdym razem budziłem się i za każdym razem było coraz gorzej.
Na samym dnie Ból. To było coś, co mnie nie opuszczało. Nie tylko ten ból gdzieś w środku, ale ten najprawdziwszy, cielesny. Najpierw był nieznośny i bezlitosny ból głowy, który doprowadzał mnie do histerii. Na szczęście tomografia nic nie wykazała, a przyczyną okazał się nieprawidłowy wyciąg usztywnienia kręgosłupa. Gdy wreszcie w pełni odzyskałem przytomność i zrozumiałem wszystko, postanowiłem być twardy (koniec z płakaniem przy rodzinie!). Karmiono mnie przez sondę wprowadzoną do żołądka przez nos. Coś okropnego! Najgorsza była jej wymiana – nikomu nie życzę czegoś takiego, prawdziwy koszmar. Jeden z lekarzy zapytał, czy chciałbym się jej pozbyć i jeść sam. Twierdził, że jest tylko jedno maleńkie "ale": muszą założyć rurkę tracheotomijną, a wtedy będę mógł normalnie jeść. Nie brzmiało to zachęcająco, ale tak długo przekonywał i tak mnie skołował, że – mając w pamięci potworności wymiany urządzenia, którym byłem karmiony – zgodziłem się, choć tak naprawdę nie wiedziałem, na co właściwie wyrażam zgodę. Dowiedziałem się już na drugi dzień po operacji tracheotomii. Boże, co za ból! Byłem na siebie wściekły, że na to pozwoliłem. Popełniłem wielki błąd: powinienem był jeszcze przez jakiś czas pomęczyć się z sondą i oddychaniem za pomocą respiratora. Tracheotomia nie była wtedy potrzebna – lekarz dmuchał na zimne, a konsekwencje jego nadgorliwości ponosiłem ja. Niech to szlag! Rurka tracheotomijna okazała się przekleństwem. Nie mogłem przez nią spać. Wydzielina, która się pojawiła, dusiła mnie i trzeba było ją odessać. Dusiła mnie jednak cały czas, więc pielęgniarki były zdenerwowane, że w kółko żądam odsysania. Od tej chwili bałem się wszystkiego – najbardziej zaś lekarzy. Ile razy podchodzili do mojego łóżka, tyle razy oblewał mnie zimny pot. Bałem się, że znów wymyślą coś, co mnie skrzywdzi. Niepokój i panikę starałem się pokonać marzeniami: zaraz wyzdrowieję, wszystko będzie dobrze. Dawało to chwilę wytchnienia, ale powrót ze świata marzeń nie był łatwy. Odrobina siły i zapału, którą tam zyskiwałem, szybko znikała. Tylko płacz mógł przynieść ukojenie. Oczywiście, kiedy odwiedzili mnie koledzy, udawałem twardziela: próbowałem się uśmiechać, nie pokazywałem bezradności i przerażenia. Najgorzej było, gdy zbierali się do wyjścia. Coś w środku krzyczało: Poczekajcie! Zabierzcie mnie ze sobą, błagam! Prawdziwa tortura: ja – kawał chłopa, który był silny, zdrowy i radził sobie ze wszystkim – leżę w szpitalu, chodzą po mnie muchy i nie potrafię ich odgonić. Zaczynałem wariować i tracić zmysły, widziałem rzeczy, których nie było. Kiedyś pielęgniarz zdjął mi z szyi kołnierz ortopedyczny i położył go obok. Miałem się poczuć swobodniej, ale kiedy spojrzałem w bok, przeraziłem się, bo zamiast kołnierza zobaczyłem trupią czaszkę. W mojej głowie bez przerwy leciał jakiś mroczny film, często pytałem o rzeczy, których nigdy nie było, a raz pomyliłem pielęgniarkę z moją siostrą i z płaczem błagałem, żeby nie odchodziła. To w dużej mierze wina morfiny – bez niej ból byłby jednak nie do wytrzymania. Każdy dzień to nowe problemy i kłopoty. Okazało się, że muszę pozostać z rurką tracheotomijną (miała być na krótko, jest do dziś). Codziennie wysoka gorączka, a do tego najgorsze – odleżyny. Słyszy się to słowo, ale mało kto wie, co ono oznacza. Ja też nie miałem pojęcia, o czym oni mówią. Jakie odleżyny? Co to w ogóle jest? Zaczęło się od pięt, później były wszędzie: łydki, biodra, kość ogonowa, nawet tył głowy. Co pół godziny byłem obracany na drugi bok – jak to bolało! Mimo to odleżyny stawały się coraz gorsze, większe i głębsze. Skok sprawił, że mam zaburzony zmysł powonienia, zacząłem jednak czuć wokół siebie dziwny i nieprzyjemny zapach. W końcu zapytałem kogoś: – Skąd ten okropny zapach? – To twoje odleżyny. Załamałem się. Chciałem natychmiast umrzeć i o to bez przerwy modliłem się do Boga. Przez cały czas prosiłem Go, żeby wreszcie pozwolił mi odejść. Przestałem się odzywać zarówno do lekarzy, jak i do rodziny. Zamknięty w swoim świecie, nie reagowałem nawet na ból. Uznałem wtedy, że to jedyne rozwiązanie: nie robić nic, nie walczyć i czekać z nadzieją na dzień wybawienia. Dziś widzę, że była to wielka głupota, i nie potrafię wytłumaczyć, czemu obraziłem się na tych, którzy za wszelką cenę chcieli mi pomóc. Może szukałem winnych mojego nieszczęścia? Ale przecież winna była tylko jedna osoba i codziennie mogłem zobaczyć jej twarz w lustrze. Opieka nade mną była wtedy zajęciem ekstremalnie trudnym. Bliscy przeżywali to bardzo mocno i wciąż widziałem ich łzy. Po raz pierwszy zobaczyłem, że płacze nawet mój tata – taki twardziel! Mijały kolejne dni. Od czasu do czasu zdarzyło mi się uśmiechnąć czy porozmawiać. Po blisko trzech miesiącach pobytu na oddziale intensywnej terapii zostałem przewieziony do innego szpitala na oddział rehabilitacyjny. Pierwszym etapem było wyleczenie odleżyn, które sprawiały, że cały czas miałem gorączkę. Przekręcanie na drugi bok bolało tak bardzo, że zaczynałem płakać już wtedy, gdy do łóżka podchodzili ludzie, którzy mieli się tym zająć. Dzień i noc, bez końca to samo: przewracanie, odsysanie. Umysł gdzieś przed tym uciekał: wspomnienia przeszłości, chaos myśli, bredzenie. Sam nie rozumiałem, co się dzieje, i nie wiem, czy ponownie poradziłbym sobie z czymś podobnym. Mama była zła, że nie wykonuje się ze mną żadnych ćwiczeń rehabilitacyjnych. Bez przerwy chodziła do lekarzy i pytała o te ćwiczenia. Ci zaś odpowiadali, że najpierw muszą podleczyć moje ogromne odleżyny, a rehabilitacja w obecnym stanie może tylko zaszkodzić. Rodzina z wielkim trudem przyjmowała taką argumentację. Ja zaś byłem zadowolony, że nie muszę nic robić. Trudno o gorsze podejście – to przecież od rehabilitacji zależy dalsza sprawność. Mimo rozmów z psychologiem i psychiatrą nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Totalnie ich olewałem, nic do mnie nie trafiało, a za główny cel postawiłem sobie robienie wszystkim na przekór. Najbardziej okrutny byłem dla rodziców: za każdym razem – świadomie! – sprawiałem im przykrość. Skupiłem na nich całą złość i obarczyłem ich winą za to, co mnie spotkało. Byli celem najwygodniejszym i bardzo łatwym. Gdy tylko przyjeżdżali, zamieniałem się w podłego drania i potrafiłem być bardzo nieprzyjemny. Mama ze łzami w oczach pytała, czemu taki jestem, przecież nigdy taki nie byłem. Odpowiadałem jej wtedy: – No to już jestem. Kiedy tylko wychodzili, zmieniałem się w dawnego Mariusza, który przez całą noc płakał i przepraszał Boga za swoje zachowanie. Obiecywałem, że jak przyjadą następnym razem, to będę dobry i miły, ale nie potrafiłem. Choć tak bardzo chciałem się do nich przytulić, wolałem ranić – kiedy zaś odchodzili, chciałem błagać, żeby zostali. Odleżyny były coraz większe i coraz mocniej je było czuć. Lekarze skrzętnie ukrywali bezradność w ich leczeniu, ale widziałem, że wciąż szukają nowych sposobów. Nie ułatwiałem sprawy: na złość wszystkim nie piłem lub próbowałem się zagłodzić. Czas mijał, a ja wpadłem na szalony pomysł. Ubzdurałem sobie, że jeśli zacznę ćwiczyć i jeść, to nabiorę sił na tyle, że będę mógł usiąść na wózku, co ułatwi mi popełnienie samobójstwa. Głodówka nie była bowiem wyjściem – karmili kroplówkami i straszyli sondą przez nos. Od tego momentu zmieniło się moje zachowanie: na porannym obchodzie (z wielkimi oporami) powiedziałem, że chcę zacząć ćwiczyć, i poprosiłem o pionizację (to najlepsza droga do tego, by usiąść na wózku). Personel nie krył zdziwienia, a ja byłem zdeterminowany. Niesamowite, że tak kretyński cel jak samobójstwo może dodać człowiekowi tyle sił! Nie mogłem jednak znieść swojego życia i pragnąłem tylko tego, by móc usiąść na wózku i wjechać nim prosto pod pędzący samochód. Zacząłem ćwiczyć jak szalony. Lekarze i rodzina nie mogli uwierzyć w moją przemianę. Cztery miesiące nic, a tu nagle coś takiego! Początkowo nikt nie pytał o przyczyny, w końcu pytania musiały się jednak pojawić. Nie pamiętam dokładnie swoich odpowiedzi, ale były to jakieś kłamstwa. Na rezultaty nie czekałem długo: z dnia na dzień było lepiej, coraz więcej robiłem sam i zaczęło mi się to bardzo podobać. Pewniej poruszałem rękoma i głową, zdjęli mi nawet kołnierz z szyi – co to była za ulga! Chciałem ćwiczyć więcej i więcej, poprosiłem lekarzy o dodatkową rehabilitację. Zgodzili się bez wahania. To naprawdę działało: byłem coraz silniejszy i sprawniejszy, a już po miesiącu ostrej rehabilitacji chciałem usiąść na wózek. I stało się, posadzili mnie. Na krótko, ale zawsze coś – szalony plan był na dobrej drodze do realizacji. Tylko o tym myślałem bez przerwy, każdej nocy obsesyjnie układałem nowe scenariusze samobójczej śmierci... Wybawienie było coraz bliżej. Wreszcie zniknie to cholerne bezustanne odsysanie i nieodłączne wymioty. Ćwiczenia szły pełną parą i nagle – nie wiem skąd i dlaczego – pojawiły się poty. Tak silne, że czasem kilka razy dziennie musieli zmieniać mi koszulkę. To było dobijające: w ciągu paru minut świeże ubranie było już przemoczone. Sprzyjało to pogłębieniu stanów histerycznych – nie mogłem opanować ani płaczu, ani nerwów. Jakby tego było mało, zaczęły mi wypadać włosy: były wszędzie. Mimo to ćwiczyłem uparcie i z całych sił, a odleżyny zaczęły się goić błyskawicznie. Rodzice kupili mi materac przeciwodleżynowy i specjalne plastry, które okazały się bardzo skuteczne. Z tygodnia na tydzień siedziałem coraz dłużej na wózku, zacząłem się nawet samodzielnie poruszać po kilka metrów. Czułem z tego powodu wielką radość i – to dziwne – ale byłem dumny sam z siebie. Którejś nocy dopuściłem do siebie nową myśl: a może jednak spróbować? Może nie warto się zabijać? Miałem mętlik w głowie, bo coraz więcej było chwil, które mnie cieszyły, i coraz mniej podobał mi się pomysł z odebraniem sobie życia. Dobrze, że nie byłem wówczas świadom tego, że całą jego resztę spędzę na wózku. Myślałem, że będzie to tylko kolejny (przejściowy!) etap, który uda mi się przetrzymać. Gdybym już wtedy wiedział, że jestem skazany na wózek, chybabym się nie pozbierał – niewiedza jest czasem bardzo pomocna. Tymczasem byłem szczęśliwy, bo udało mi się samodzielnie zjeść jabłko! A skoro poradziłem sobie z jabłkiem, to poradzę sobie też z kanapką i z obiadem. I dalej: skoro poradzę sobie z całym menu, to wyzdrowieję do końca i wreszcie będzie tak jak przed skokiem!

Po jakimś czasie zacząłem się jednak irytować i tracić cierpliwość – nagle stanąłem w miejscu, nie było żadnych postępów. Znów przyszła pora na rozpacz i pretensje. Boże, dlaczego ja?! Początkowo nie miałem odwagi, by zapytać lekarzy, czy będę jeszcze chodził. Bałem się tego, co mógłbym usłyszeć. Z drugiej jednak strony – potrzebowałem jakiejś motywacji. W końcu odważyłem się: – Kiedy wreszcie zacznę chodzić? Lekarz nie musiał odpowiadać, wystarczyła jego mina. Był zakłopotany, nie patrzył mi w oczy. Posypały się wymijające odpowiedzi: teraz o tym nie myśl, cierpliwości, ćwicz intensywnie, a efekty na pewno będą. Ale ja nie byłem cierpliwy i wściekałem się na maksa: ileż można leżeć w łóżku? Ostatecznie straciłem cały zapał za sprawą absurdalnego posunięcia jednej z lekarek. Zapytała, czy chciałbym poznać dwóch chłopaków po identycznym wypadku. Zgodziłem się bez wahania i bardzo się ucieszyłem: zobaczę, jak chodzą! O kulach? A może nawet normalnie? Nie mogłem się doczekać ich przyjazdu, wyobrażałem sobie, jak wchodzą do mojej sali... To, co zobaczyłem, dalekie było od moich oczekiwań. Omal nie dostałem zawału, tak przerażający był to widok. Marek i Krzysztof – takie mieli imiona – przywitali się z uśmiechem i bardzo grzecznie, a ja robiłem wszystko, żeby nie dać po sobie poznać, jak jest mi źle i że z trudem powstrzymuję płacz. Bardzo chciałem, żeby już pojechali i nie wracali więcej. Niestety, mijały godziny, a oni wciąż byli i bez skrępowania zadawali mi pytania w stylu: "Po ilu czopkach się wypróżniasz? Co ile dni?". W tym czasie myślałem tylko o jednym: dorwać tę lekarkę, która ich tu sprowadziła. Nienawidziłem jej, bo widok tych chłopaków odbierał mi resztki zapału i nadziei. Te ręce, pokurczone palce zaciśnięte na poręczy wózków! – koszmarny widok. Na koniec wbili mi nóż prosto w serce, gdy jeden powiedział, że miał wypadek pięć, a drugi siedem lat temu. Znów zamknąłem się w świecie własnych myśli: przestałem jeść, pić i ćwiczyć. Lekarzom nie pozostało nic innego, jak ponownie podłączyć mnie do kroplówki. Po co miałbym harować, skoro i tak nigdy nie będę mógł chodzić? Po co ćwiczyć, skoro i tak nigdy nie wstanę z wózka? Na nowo zaczęły się odleżyny, a w czasie wizyty laryngologa usłyszałem, że mam zarośniętą tchawicę i rurka musi zostać na stałe. Boże, za co mnie tak karzesz? Co zrobiłem, że tak mnie traktujesz? Nie potrafi łem znaleźć odpowiedzi na te pytania. Byłem zagubiony, przegrany, psychicznie zmasakrowany, pozbawiony resztek nadziei i cholernie samotny. Ale kiedy sięgniesz samego dna, zaczynasz rozumieć, że gorzej już być nie może. I że skoro jesteś na dnie, to pozostaje jedno: odbić się.

piątek, 29 czerwiec 2012 17:50

Lektury GOŃCA: Życie po skoku (1)

Napisane przez

mariusz131-letni mieszkaniec podradomskiej wsi Mariusz Rokicki, przykuty do łóżka po nierozważnym skoku do wody, kciukiem napisał na laptopie książkę "Życie po skoku". Ma ona być przestrogą dla innych młodych ludzi. 

Wypadek wydarzył się 14 lat temu. Mariusz Rokicki – w dzień po swoich 21. urodzinach – w upalny, sierpniowy dzień skoczył na główkę do wody i złamał kręgosłup w odcinku szyjnym. Jak wspomina – po wypadku nie pamiętał, co się stało, dopiero po pewnym czasie ogarnęło go przerażenie, że już nigdy nie będzie mógł chodzić. Po latach leczenia, rehabilitacji i zmagań z własnymi słabościami, zaczął pisać blog, a następnie wpadł na pomysł napisania książki ze swoimi wspomnieniami.

Rodzicom, którzy mimo, że zafundowałem im całe to piekło, walczyli o mnie jak lwy i nigdy nie przestali kochać. Rodzeństwu i Asi, która ułatwia mi życie od pierwszego dnia pobytu w Domu Pomocy Społecznej Weterana Walki i Pracy w Radomiu. Wszystkim pielęgniarkom i pokojowym, którzy są dla mnie rodziną, oraz całej byłej dyrekcji Domu. Książkę dedykuję również wszystkim przyjaciołom, którzy są ze mną na dobre i na złe, a także wspaniałym kibicom Wisły Kraków – ich wielkie serca wyciągnęły mnie z kłopotów i dały mnóstwo radości. Dziękuję wszystkim i dziękuję Bogu za to, że dał mi siłę, abym mógł napisać.

Lecz choć wiele bitew przegranych,
To wojna wciąż trwa i na pewno
Wygrać muszę ją tylko ja!
(Wszystkie motta rozdziałów i podrozdziałów są fragmentami wierszy i tekstów piosenek Mariusza Rokickiego)

Skok
Ta jedna chwila wszystko zmieniła... Ten cios od losu to ciężki nokaut.
"Brawura i brak wyobraźni" – wszyscy znają ten dziennikarski frazes. Kwituje się nim głupie zabawy i pomysły, które mają tragiczne konsekwencje. Te słowa są tak często używane, że przestajemy rozumieć ich rzeczywiste znaczenie.


Moja opowieść próbuje je przywrócić. Tak, jestem jednym z tych, o których słyszycie w wiadomościach: młodym człowiekiem, który nie pomyślał o przyszłości, bo ważne było tylko tu i teraz. To o takich jak ja mówi się: "Zgubiła go młodzieńcza brawura i brak wyobraźni". Pochodzę z małej wioski, której mieszkańcy zajmują się przede wszystkim uprawą warzyw. Pomagałem rodzicom w prowadzeniu gospodarstwa i robiłem to samo co nasi sąsiedzi: uprawiałem pomidory i paprykę, a potem je sprzedawałem. Jeśli mieliście kiedyś własne gospodarstwo lub choćby działkę, to wiecie, jaką radość sprawia widok dojrzewających owoców i warzyw, które sami wyhodowaliście. Człowiek czuje wtedy, że potrafi zrobić coś dobrze, i docenia samego siebie. Ta praca dawała mi szczęście i pozwalała cieszyć się życiem. Razem ze mną i rodzicami w domu mieszkało młodsze rodzeństwo – dwójka kochanych szkrabów: Jarek i Kasia. Starsze rodzeństwo – Robert i Ania – pracowało za granicą. Wszystko zmieniło się dzień po moich dwudziestych pierwszych urodzinach – 16 sierpnia 1998 roku. Lato było wtedy wyjątkowo gorące, a urodziny wyjątkowo nieudane i bardzo nietrzeźwe. Obchodziłem je wraz z kumplem Jarkiem i kilkoma znajomymi – niepotrzebnie i nieodpowiedzialnie – na giełdzie warzywnej w Łodzi. Prawdziwa impreza planowana była na niedzielny wieczór, ale jubilat miał już na nią nie dotrzeć. Po powrocie z giełdy, choć byłem niewyspany i zmęczony, nie zdecydowałem się na odpoczynek. Zamiast tego pojechałem szybko po moją dziewczynę, która mieszkała kilka kilometrów dalej. Po drodze zabrałem jeszcze kumpla. Było bardzo gorąco, więc postanowiliśmy całą paczką pojechać nad wodę. Nie minęła nawet godzina, gdy byliśmy na miejscu. Kiedy tylko wysiadłem z samochodu, poczułem coś dziwnego, jakby jakaś niewiarygodna siła przyciągała mnie do wody. Jeszcze nigdy nie spieszyłem się tak bardzo, żeby do niej skoczyć.


Nie umiem tego wyjaśnić: ani pośpiechu, ani swojego zachowania. Przecież wiedziałem, jak tam jest płytko! Jeśli mam jakoś próbować to tłumaczyć, mogę powiedzieć tylko jedno: przeznaczenie. Widocznie tak musiało być, innej odpowiedzi znaleźć nie potrafię. W pośpiechu rozebrałem się, wziąłem rozbieg... Wtedy już wiedziałem, że robię źle i że nie spotka mnie nic dobrego, ale nie mogłem się zatrzymać. Jeszcze przez chwilę widziałem i słyszałem kolegę, który coś krzyczał. Próbował mnie zatrzymać, ale mu się nie udało. Najpierw bardzo lekkie uderzenie i żadnego bólu.


Otwieram oczy i widzę bezwładnie zwisające ręce. Dlaczego nie potrafię nimi poruszać? Potworne przerażenie. Nie mogę krzyczeć na głos, więc krzyczę w myślach: ratunku, nie mogę się ruszyć! Każda sekunda jest coraz trudniejsza: brakuje powietrza, wzrok jest coraz słabszy, wreszcie wszystko gaśnie. Czy są jakieś myśli? Jest pytanie: Boże, czy to już koniec? W taki sposób mam odejść z tego świata? Po chwili czuję coś, czego nie potrafię opisać: jestem malutkim punkcikiem świecącym w ciemnościach, który – niczym pocisk – mknie z ogromną prędkością.


Nie wiem, jak to jest, ale widzę siebie – wiem, że to ja! – jako ten bardzo jasny punkt w mroku. Wokół mnie jest coś pięknego, wyczuwam czyjąś obecność: jestem otoczony potężną miłością, która nie pozwoli zrobić mi nic złego i daje poczucie bezpieczeństwa. Ufam jej bezgranicznie, otacza mnie jasność i miłość. Przede wszystkim dzięki tej miłości wytrzymałem wszystko, co przyszło potem. Tylko dzięki niej mogłem pogodzić się z tym, że z młodego i silnego chłopaka stałem się kimś bezradnym i zależnym od innych. Dzięki niej mogłem nadać temu wszystkiemu sens: Bóg chciał, żebym żył, i dał mi drugą szansę, ale jednocześnie ukazał życie z innej strony. Jest ono znacznie trudniejsze, lecz mam pewność, że nigdy nie będę samotny, bo ktoś tam na mnie czeka.

Tuż po
Chcę wierzyć czasem, że to jest sen. Że otworzę oczy i koszmar zniknie. Pierwsze przebłyski: rozmazane obrazy, zniekształcone głosy, ledwo rozpoznawalna twarz kolegi. Znów ciemność i doprowadzające do szału – coraz głośniejsze – wycie karetki. Najpierw z oddali, a potem jakby syrena była w mojej głowie. Wydaje mi się, że już nie wytrzymam tego hałasu, gdy nagle wszystko cichnie.


Nie pamiętam nic z tego, co działo się przez kilka kolejnych tygodni. Ponad dwa miesiące na oddziale intensywnej terapii trwała walka o moje życie. Lekarze robili, co mogli, a rodzice przeżywali jeden z najgorszych koszmarów. Kiedy wreszcie otwarłem oczy, byłem sam. Nie umiałem pozbierać myśli, nie było nikogo, kto mógłby mi wytłumaczyć, co się stało. Tylko ja sam podłączony do mnóstwa rurek, przewodów, kabli i kroplówek. Chciałem uciec stamtąd jak najszybciej, ale nie mogłem nawet odrobinę poruszyć głową. Nie czułem ani rąk, ani nóg. Nie potrafiłem nawet krzyczeć. Boże, co się dzieje? Błagam pomóż mi wstać i uciec stąd, błagam! Nie rozumiałem nic, wszystko przerażało, a łzy – ze strachu i rozpaczy – płynęły ciurkiem. Boże, gdzie jestem? Jeszcze nigdy nie byłem tak wystraszony jak wtedy. Wydaje mi się, że każda komórka mojego ciała wrzeszczała z przerażenia. Nikt oprócz mnie nie mógł tego usłyszeć, a ja panicznie wołałem rodziców: "Gdzie jesteście? Cierpię, bardzo się boję, a was nie ma!". Błagałem, choć sam ledwo byłem w stanie usłyszeć swój szept: "Niech ktoś zabierze mnie do domu, do mamy". Leżałem bez ruchu, patrząc w sufit, i czekałem, żeby ktoś w końcu do mnie przyszedł.


Wreszcie się doczekałem – podeszła jakaś kobieta w zielonym fartuchu. Chciałem ją zapytać, co ja tutaj robię, ale nie mogłem wydusić słowa. Dopiero wtedy zorientowałem się, że to przez rurkę, która tkwi w ustach. Ubrana na zielono kobieta coś koło mnie zrobiła, otarła łzy, powiedziała słowa, których nie byłem w stanie zrozumieć, i odeszła. Nie uspokoiłem się. Przeciwnie, wpadłem w jeszcze większą panikę. W głowie gonitwa myśli (wszystkie złe!), co chwilę zasypiałem i budziłem się. Gdy za którymś razem ponownie otworzyłem oczy, obok stała cała rodzina. Miałem mnóstwo pytań, ale brakowało mi siły, aby się odezwać; byłem taki zmęczony. Czekałem, aż oni coś powiedzą, ale milczeli.


Cały czas miałem gorączkę – siostra ocierała mi pot i robiła okłady na czoło. W końcu zdobyłem się na to, by wyszeptać pytanie, czy rozbiłem samochód. Wywnioskowałem bowiem, że skoro jestem w szpitalu, to miałem wypadek, ale nie pamiętam, jak do niego doszło. Siostra wyjaśniła mi wtedy, że jestem tu z powodu skoku do wody. Początkowo nie mogłem sobie nic przypomnieć, wspomnienia jednak zaczęły stopniowo wracać. Im więcej ich było, tym trudniej przychodziło powstrzymywanie się od płaczu.


Zdarzyło wam się kiedyś spać i zostać obudzonym przez muchę, która chodzi po twarzy? Znacie to na pewno: nieprzyjemne uczucie. Wystarczy jednak przebudzić się i odgonić muchę ruchem ręki. Ale co zrobić, gdy każda z rąk waży tonę i nie można ich podnieść? Gdy jesteś podłączony do respiratora i nie możesz zawołać po pomoc? Pamiętam te chwile, gdy uparta mucha siadała mi na twarzy. Wchodziła wszędzie: do ucha, do nosa, nawet do ust. Potem chodziło ich coraz więcej i więcej. Wystarczy mały owad, aby doświadczyć, czym są prawdziwe tortury.


Największym koszmarem były jednak nie muchy, ale docierająca do mnie potworna świadomość tego, że jestem sparaliżowany. Zaczynałem rozumieć, że nie mogę wstać, nie mogę wyjść do toalety, nie mogę poruszyć się nawet odrobinę. Cały czas chciało mi się pić i marzyłem o zapaleniu papierosa. Byłem przekonany, że moje ubranie jest w szafce obok łóżka, a do tego miałem pewność, że w spodniach są fajki – bezskutecznie prosiłem, aby ktoś mi je podał. Przy życiu trzymała mnie tylko nadzieja na to, że uda mi się wreszcie zapalić wymarzonego papierosa. W końcu wymyśliłem plan: któraś z pielęgniarek pomoże mi wstać i zaprowadzi do kibelka, a tam – bez łaski! – sobie zapalę. Gdy poprosiłem jedną z sióstr, aby zaprowadziła mnie do ubikacji, bardzo się zdziwiła. – A po co? – zapytała. – Sikasz do worka, kupę zrobiłeś niedawno. Dopiero co cię myłyśmy. Skamieniałem. Co ona mówi?! Jaki worek? Jaka kupa? Co to za brednie? Wkurzyłem się: domyśliła się, że chcę zapalić, i nagadała głupot, żeby mnie spławić. Sam nie byłem chyba w stanie wierzyć w to, że rzeczywistość była inna.

     - Pokonanie dziewięćdziesięciu kilometrów z Brasławia do Głębokiego też trwało wiele godzin.

      - Trzy dni. Ale nie do opisania, jakie te drogi były. Bez przesady po osie w błocie zapadały się furmanki. Jeden z koni padł. Moja babcia jakieś złoto musiała wysupłać, by zapłacić zapłakanemu chłopu. Nigdy nie było wiadomo, w jakim dniu, o jakiej godzinie odejdzie z Głębokiego transport. Było tylko wiadomo, że "około". W związku z tym Polacy przyjeżdżali tam tydzień wcześniej i biwakowali na peronie. I myśmy też przyjechali, i bodajże dwie noce biwakowali na tym peronie. Na szczęście było ciepłe lato. Głębokie, trochę może większe od Brasławia. No, mniej więcej też takie, tylko że położone na historycznym szlaku Batorego, od Wilna przez Połock, do Witebska, Pskowa, Smoleńska.

      Był dziewiętnasty czerwca. Wreszcie podstawili nam transport. Zajęliśmy z rodziną aptekarzy brasławskich, naszych przyjaciół, pół wagonu.

      - Jak się nazywali?

      - Kurczewscy. To była rodzina brasławian z dziada pradziada. Jeszcze za carskich czasów ojciec naszego przyjaciela aptekarza też tam aptekę prowadził. Dziad też.

      Ruszył transport. Lokomotywa zagwizdała. Biało-czerwone flagi ukazały się w każdym wagonie. Cały pociąg, jak długi i szeroki, śpiewał "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród...". Śpiewaliśmy nieprawdę. Zresztą wierzyliśmy, że wrócimy. W owym czasie wierzyliśmy. A że "nie rzucim ziemi"... Niestety, porzucaliśmy tę ziemię.

      - No, zostaliście zmuszeni...

      - Tak, w zasadzie zostaliśmy zmuszeni, chociaż na upartego można było zostać. Pozostawialiśmy tam domy, bo tam prawie wszyscy mieli swoje własne domki. W Wilnie pociąg zatrzymał się na krótko na dworcu głównym i przejeżdżając, widzieliśmy Ostrą Bramę. Oczywiście, w całym pociągu wszyscy na klęczkach ten widok mijali. Potem, pamiętam jeszcze, zmrok zapadał, prawie było ciemno. Na chwiejącym się moście kolejowym (był zburzony w czasie wojny, prowizorycznie odbudowany) przejeżdżaliśmy pod Grodnem Niemen, no i wkrótce była granica polska. Oczywiście, ciągle staliśmy przed jakimiś semaforami, bo transporty wojskowe miały pierwszeństwo. No i tak, któregoś tam dnia, dojechaliśmy do Warszawy i również chwiejącym się, drewnianym mostem przejeżdżaliśmy Wisłę i zobaczyliśmy przed sobą panoramę zdruzgotanej Warszawy. Nie widzieliśmy tam ani jednego całego domu. Aptekarzowa, pani Czesława Kurczewska, pochodziła z Warszawy. Znała stolicę dobrze, miała tam zresztą swoje siostry, które później odnalazła. Z płaczem patrzyła na kompletnie zniszczone miasto. Nagle z wiaduktu ujrzała, że ich dom na Powiślu stoi cały. To znaczy dom, w którym mieszkały siostry. Rodzina Kurczewskich wyładowała się na dworcu, tak zwanym Głównym, a myśmy pojechali dalej. Zawieźli nas do Rypina Lubuskiego, tuż nad granicę niemiecką.

      - Dalej już się nie dało...

      - Rzeczywiście, nie dało się. Dalej była Odra. Transport odstawiono na tor boczny i oznajmiono, że możemy tutaj osiąść. Wiele rodzin z Brasławszczyzny tam pozostało. Ale obowiązku nie było. Każdy repatriant miał prawo zażądać, by jego wagon skierowano do dowolnej stacji kolejowej w Polsce. Wraz z Mamą poszliśmy do miasta. Pusto i strasznie. Domy pootwierane na oścież, kompletnie umeblowane, z pościelą w szafach i słoikami z kompotem w spiżarniach. Można było wybrać dowolny lokal: mieszkanie w kamienicy, domek jednorodzinny lub willę.

      A jednak nie zdecydowaliśmy się tu pozostać. Przez Rypin przelewały się masy pijanego z reguły żołdactwa, które grabiło i gwałciło. Zażądaliśmy, by nasz wagon skierowano do Krakowa. W Myślenicach mieszkała siostra babci. Zastaliśmy tam dom pełen lwowiaków, także repatriantów. Po krótkim pobycie w Myślenicach i Gliwicach, gdzie mieliśmy już przydział pięknego mieszkania, kompletnie umeblowanego i z fortepianem, a siostra i ja zapisani zostaliśmy do gimnazjum – odezwali się przyjaciele naszych rodziców z Brasławia. Namówili nas do osiedlenia się wśród samych swoich w Łobezie, mieście powiatowym województwa szczecińskiego. Znowu wagon towarowy, znowu podróż przez całą Polskę. W Łobezie zakończyliśmy exodus. Tam zdałem maturę, następnie przenieśliśmy się do Olsztyna. Studia historii sztuki ukończyłem na KUL-u. Krótko pracowałem w służbie konserwatorskiej w Olsztynie, dłużej w Rzeszowie i w zamku w Łańcucie. Stamtąd przeniosłem się do Kazimierza Dolnego, gdzie na stanowisku dyrektora muzeum i konserwatora zabytków doczekałem w roku 2000 emerytury.

      Brasławianinem pozostałem na zawsze.

      RODZINNA

      NOTA BIOGRAFICZNA

      Zbigniew Wawszczak, dziennikarz, urodził się 17 IV 1929 r. w Bitkowie, pow. Nadwórna w woj. stanisławowskim, w drugim po Borysławiu zagłębiu naftowym II Rzeczypospolitej, w rodzinie Jana i Marii z d. Przybyła. Wojna rozdzieliła rodzinę. Po zajęciu wschodnich terenów we wrześniu 1939 r. przez Związek Sowiecki, ojciec, który w 1920 r. uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej, zaangażował się w podziemnej organizacji Związek Walki Zbrojnej, zajmującej się przerzucaniem polskich oficerów z okupowanego kraju za granicę. Kiedy na trop organizacji wpadło NKWD, w 1940 r. uciekł przed aresztowaniem na Węgry, a stamtąd przedostał się przez Jugosławię, Grecję, Turcję do Palestyny, gdzie wstąpił do wojska. W szeregach Brygady Strzelców Karpackich brał udział w walkach pod Tobrukiem w Afryce. Przybyły do żołnierzy pod Tobruk minister rządu londyńskiego Jan Stańczyk powołał Jana Wawszczaka na stanowisko kierownika obozu polskich uchodźców w Palestynie. Zarządzał obozem, w którym przebywało wielu Polaków, m.in. pisarze, Władysław Broniewski i Anatol Krakowiecki, aż do jego likwidacji w 1947 r., i, jak większość uchodźców, przeniósł się do Londynu, gdzie przebywał przez 25 lat. Utrzymywał się m.in. z pracy w fabryce samolotów, w wytwórni lodów, w hotelu. Obawiając się represji, jako człowiek związany z rządem w Londynie, do rodziny w kraju wrócił dopiero w 1970 r.

      Jan Wawszczak (1901-1991) miał dwu braci, Sybiraków. Najstarszy, Bronisław, leśniczy w Worochcie w Karpatach Wschodnich, służył w Dywizji Pancernej gen. S. Maczka, najmłodszy, Tadeusz, w szeregach II Korpusu gen. Andersa brał udział w bitwie pod Monte Cassino i w późniejszej kampanii włoskiej. Był w rodzinie również zawodowy wojskowy, kpt. Ignacy Wawszczak, oficer piechoty, którego pasją był sport balonowy. Syn siostry Jana Wawszczaka, Heleny, ppłk Leopold Pacek, jest emerytowanym pilotem wojskowym. Jak widać, wielu mężczyzn z tej rodziny miało bliskie związki z wojskiem.

      Kuzyn ojca Zbigniewa, Franciszek Wawszczak, nauczyciel w Poznańskiem, padł ofiarą hitlerowskiego terroru. Podobnie jak 16 tysięcy rodaków, głównie inteligencji, został rozstrzelany w jednej z masowych egzekucji w Wielkopolsce, jakich dokonano od 1 września do 25 października 1939 r.

      Wychowaniem syna Zbyszka i córki Zuzi zajmowała się matka, którą wybuch wojny w 1939 r. zaskoczył, kiedy przebywała na wakacjach u rodziny pod Krosnem. W czasie okupacji w wieku 5 lat zmarła siostra Zbyszka, Zuzia. Maria Wawszczakowa wykazała niecodzienną determinację i odwagę, kiedy w mroźną zimę 1940 r. zdecydowała się nielegalnie przekroczyć ustanowioną przez okupantów, niemieckiego i sowieckiego, granicę na rzece San, aby odwiedzić męża w Bitkowie. Dopisało jej szczęście (chociaż w drodze powrotnej padły, na szczęście niecelne, strzały), by po kruchej pokrywie lodowej ponownie przekroczyć rzekę i po dwutygodniowym pobycie u męża wrócić do syna w Generalnej Guberni.

      Ze względu na grożące niebezpieczeństwo (nie miała przecież odpowiednich dokumentów) nie mogła odwiedzić bliskich krewnych zamieszkałych na Kresach: ks. dziekana Jana Wawszczaka, proboszcza w miasteczku Jaryczów Nowy pod Lwowem, ani ks. Stanisława Wawszczaka, który w 1939 r. wrócił ze studiów w Rzymie i został wikariuszem w kościele w Jaryczowie Nowym, w 1945 r. powołany na ojca duchownego w Wyższym Seminarium Duchownym we Lwowie. O tej postaci ukazała się książka. Autorem publikacji "Kapłan, ks. Stanisław Wawszczak" jest ks. Jacek Waligóra, duchowny z archidiecezji lwowskiej, proboszcz w Niżankowcach przy granicy ukraińsko-polskiej. Książkę wydał Tygodnik Katolicki "Niedziela", Częstochowa 2010.

      Niezwykły wyczyn Marysi, jak zdrobniale nazywano Marię Wawszczak, przez długi czas komentowano w kręgu rodzinnym, a syn po dzień dzisiejszy nie ukrywa podziwu dla zmarłej w 1999 r., w wieku 93 lat, mamy. Próby nielegalnego przekroczenia granicznego Sanu były przedsięwzięciem bardzo niebezpiecznym, wielu śmiałków wpadło w ręce sowieckich pograniczników, zdarzały się również śmiertelne wypadki.

      Mianem rzeki "wściekłych psów" określiła San urodzona w Łodzi brytyjska pisarka żydowskiego pochodzenia Mira Hamermersche, która próbując przekroczyć rzekę, została aresztowana przez sowiecką straż graniczną w listopadzie 1940 r.

      Nielegalne przekroczenie granicy nie było odosobnionym przypadkiem w życiu Marii Wawszczak (1906-1999), niejeden raz udowodniła, że jest kobietą z charakterem. W nocy z 5 na 6 sierpnia 1943 r. kilkuosobowa grupa żołnierzy AK pod dowództwem Zenona Soboty "Korczaka" dokonała brawurowego napadu na hitlerowskie więzienie w Jaśle, uwalniając nie tylko więźniów politycznych, ale wszystkich osadzonych. Równie doskonale jak wtargnięcie do więzienia pod bokiem gestapo i jednostki Wehrmachtu zorganizowano ucieczkę i ukrycie więźniów. Po wydostaniu się z Jasła "Korczak" podzielił więźniów na kilka grup, które uciekały w różnych kierunkach. Grupa z "Korczakiem" na czele znalazła schronienie na jedną noc w zabudowaniach Marii Wawszczak w Żarnowcu. Maria i jej brat Władysław znali "Korczaka" sprzed wojny, w trudnej sytuacji mógł liczyć na ich pomoc. Pomogli również i udzielili schronienia (parokrotnie) innemu z przedwojennych znajomych z Krosna, ściganemu przez UB Kazimierzowi Człowiekowskiemu ps. "Niemsta", działaczowi ruchu ludowego, podczas wojny w oddziałach leśnych AK na Podkarpaciu, wywieziony do łagrów w Związku Sowieckim. Po powrocie ponownie przeszedł do konspiracji. Osaczony przez UB, broniąc się przed aresztowaniem, został ciężko ranny w Korczynie. Zmarł w szpitalu WUBP w 1954 r. w Rzeszowie.

      Trzeba przypomnieć jeszcze inne kobiety z rodziny. Siostra matki Marii Wawszczak, Bronisława z Winiarskich Czajkowska, ukryła w swoim domu w Zręcinie i uratowała od śmierci dziewięcioro Żydów. Odznaczona została medalem "Sprawiedliwy wśród narodów świata".

      Kuzynka Zbigniewa Wawszczaka, pracownik poczty w Rzeszowie, Zofia Wawszczak, spędziła 10 lat w więzieniach PRL za udział w działalności zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.

      Po zdaniu matury w powstałym jesienią 1944 r. Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Konopnickiej w Jedliczu (którego twórcą był doskonały pedagog i organizator Władysław Dubis), Zbigniew rozpoczął w 1949 r. studia na Wydziale Filologiczno-Historycznym UJ w Krakowie na kierunkach historia i dziennikarstwo. Po ukończeniu studiów i roku pracy w oświacie, w grudniu 1956 r. przenosi się do Rzeszowa i zostaje zaangażowany jako redaktor w Ekspozyturze Polskiego Radia, która niedługo została przekształcona w Rozgłośnię Regionalną.

      Zajmował się tradycjami kulturalnymi i historią, działalnością stowarzyszeń regionalnych, muzeów, bibliotek, ośrodków kultury. Przeprowadził cykl wywiadów z pisarzami, wywodzącymi się z Rzeszowszczyzny lub też związanymi z Podkarpaciem (Julianem Przybosiem, Wilhelmem Machem, Julianem Kawalcem, Janem Bolesławem Ożogiem, Stanisławem Piętakiem i in.). Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik" opublikowała w 1971 r. "Szkice literackie" Wilhelma Macha. Do tej książki włączyła trzy wywiady Z. Wawszczaka: "Mój kraj lat dziecinnych" – "Nowiny Tygodnia" nr 22/1959, "O Górach nad Czarnym Morzem" – "Nowiny Rzeszowskie", nr 108/1960, "O pracy z młodymi pisarzami" – "Widnokrąg" nr 8/1962.

      Pracując w rzeszowskim radiu publicznym, nawiązał bliską współpracę z prasą, dziennikami i periodykami, ukazującymi się w Rzeszowie. Specjalizował się w portretowaniu działaczy kultury, twórców ludowych, malarzy amatorów.

      W publikowanej przez wydawnictwo Krajowa Agencja Wydawnicza w Rzeszowie serii "Miniatury lotnicze" wydał dwa tomiki. Jeden z nich, "Bracia Działowscy" (ukazał się w 1985 r.) prezentuje dokonania związanych z Mielcem wybitnych lotników i konstruktorów lat międzywojennych. W drugim, "W kabinie Łosia i Wellingtona" (z 1986 r.), kreśli sylwetkę jednego z polskich lotników, którzy polegli śmiercią żołnierską w latach II wojny światowej. Jest nim urodzony we Lwowie kpt. Ludwik Maślanka, kawaler Orderu Virtuti Militari. Zginął podczas startu do lotu bojowego w Wielkiej Brytanii w 1942 r.

      Nakładem miesięcznika "Wiadomości Brzozowskie" w 1992 r. ukazała się broszura Z. Wawszczaka pt. "Wspólnie przywołujemy cienie ofiar. Pamięci Żydów brzozowskich". Autor uczestniczył w uroczystościach uczczenia ofiar Holokaustu, połączonych z odsłonięciem pomnika-mauzoleum, które odbyły się w Brzozowie w 1990 r. W wydawnictwie tym znajdziemy garść informacji o społeczności Żydów, zamieszkałych kiedyś w tym podkarpackim mieście, opis likwidacji brzozowskiego getta i krótkie rozmowy z ocalałymi, którzy zjechali do Brzozowa z wielu krajów, m.in. Izraela i USA. Drugą część książeczki wypełniają archiwalne zdjęcia dawnych żydowskich mieszkańców Brzozowa, przedstawiające świat ludzi okrutnie wymordowanych.

      Dziejami kilku gałęzi rodziny Wawszczaków, których przodkowie wywodzą się z miejscowości Szczepańcowa koło Krosna, z historycznej Rusi Czerwonej, czyli dawnych Grodów Czerwieńskich, odebranych Polsce pierwszych Piastów w 981 r. przez książąt kijowskich, a odzyskanych dopiero przez Kazimierza Wielkiego w 1349 r., zajmuje się Mieczysław Wawszczak, syn Tadeusza, uczestnika bitwy o Monte Cassino w 1944 r., Mieczysław, emerytowany policjant, zgromadził w swym domu w Szczepańcowej wiele zdjęć rodzinnych, z których również korzystał autor książki. Opracował również drzewo genealogiczne rodziny. (...)

      POSŁOWIE

      Przez 14 lat, od 1994 do 2008 r., prowadziłem w Rozgłośni Regionalnej Polskie Radio Rzeszów audycję zatytułowaną "Kresy – krajobraz serdeczny. Radiowy magazyn publicystyczny, poświęcony dawnym ziemiom wschodnim Rzeczypospolitej". Każda audycja była numerowana. Powstało 517 wydań "Kresów", Audycję wykreowałem, odpowiadając niejako na społeczne zapotrzebowanie kresowian, zamieszkałych w rozmaitych ośrodkach województwa podkarpackiego. Pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy zbliżał się kres dotychczasowego systemu politycznego w kraju i powiększała się wywalczona przez ruch "Solidarność" sfera swobód obywatelskich, zaczęły powstawać niczym grzyby po deszczu rozmaite stowarzyszenia i związki, skupiające dawnych mieszkańców ziem wschodnich. Tak było również na Podkarpaciu – w Rzeszowie, Jarosławiu, Przemyślu, Sanoku, Stalowej Woli, Tarnobrzegu, Jaśle, Leżajsku, gdzie powstawały oddziały i kluby Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Był to ruch społeczny, skupiający w pierwszych latach sporo, głównie starszych osób, które doczekały wreszcie czasów, kiedy można było otwarcie, pełnym głosem mówić o ziemiach utraconych na wschodzie. Powstawały pisma związków kresowych, przygotowywano wystawy ukazujące piękno i bogactwo kresowego dziedzictwa, które trzeba było opuścić, często w dramatycznych okolicznościach. Zainteresowanie ziemiami za Bugiem obejmowało nie tylko środowiska związane z nimi pochodzeniem czy więzami rodzinnymi.

      W takiej atmosferze, w wyniku bliskich kontaktów z kresowiakami, postanowiłem, że postaram się systematycznie i regularnie (początkowo co dwa tygodnie, później co tydzień) przygotowywać audycję, która w całości poświęcona będzie ludziom i sprawom zabranych ziem kresowych. Muszę oddać sprawiedliwość ówczesnemu kierownictwu Radia, które życzliwie odnosiło się do mojego projektu. Dzięki temu audycja rozwijała się i trafiła do szerszych kręgów słuchaczy. Okres największej popularności "Kresów" przypadł na lata 2000-2006, kiedy to audycja ukazywała się regularnie w każdą niedzielę i trwała od godz. 14.05 do 14.30.

      Udało mi się nawiązać bliskie, serdeczne kontakty z dziesiątkami kresowiaków, nie tylko z Podkarpacia, ale także ze skrawków Małopolski, z Gorlic, Tarnowa, a także Sandomierza, do których docierał program rzeszowskiego radia. Prawie rodzinna więź, jaka się pomiędzy nami wytworzyła, powodowała, że setki nie tylko kresowych rodzin zasiadały we wczesne niedzielne popołudnie przed odbiornikami radiowymi i słuchały audycji. Wiele osób pisało do autora, uzupełniając podejmowane tematy, podając adresy osób, do których należałoby się wybrać. Regularnie, od czasu do czasu, omawiałem w audycji otrzymaną korespondencję, cytując uwagi i propozycje.

      Jeżeli chodzi o kształt audycji "Kresy", był to typowy magazyn, wypełniony przez rozmowy, felietony, komentarze. Jednak podstawowym elementem każdego wydania stawały się rozmowy, relacje i wspomnienia Polaków ze Wschodu. Uzupełnieniem, rodzajem przerywnika czy dodatku do audycji były lwowskie i kresowe piosenki, a także wiersze.

      W zasadzie książka składa się ze zmodyfikowanych, często gruntownie rozszerzonych i uzupełnionych rozmów, które prezentowane były kiedyś w audycji. Zmiany mające na celu głębsze, dokładniejsze zaprezentowanie omawianych zagadnień, dokonane zostały dzięki zaangażowaniu osób, z którymi rozmawiałem. W niektórych przypadkach, np. Janiny Sadowskiej z Krosna, Małgorzaty Bonarek z Tarnobrzega, Edwarda Kupiniaka z Tarnowa czy Józefa Daleckiego z Rzeszowa i Wrzesława Żurawskiego z Łańcuta zaangażowanie to było daleko idące. W publikacji znalazło się również kilka tekstów, których powstanie zainspirowały wprawdzie wcześniejsze nagrane na taśmie rozmowy, jednak w całości są one dziełem ich autorów. Chodzi m.in. o relacje Janiny Argasińskiej z Lubaczowa, Anny Łysoganicz z Czarnej, Ireny Konieczko z Brzozowa, Jadwigi Sibigi z Jarosławia, Jerzego Żurawskiego z Kazimierza Dolnego.

      Czy ta skromna książka spełni oczekiwania czytelników z kresowym rodowodem, a także osób zainteresowanych ziemiami wschodnimi, bo do nich przede wszystkim jest adresowana? Będę usatysfakcjonowany, jeżeli przynajmniej drobną część słuchaczy, którzy tworzyli audycję przez 14 lat, skłoni do lektury, do wspomnień i przybliży im sprawy i ludzi ziem utraconych.

      Przez kilka stuleci rozległe ziemie wschodnie były teatrem doniosłych wydarzeń historycznych. Tam biło serce wielkiego, wielokulturowego państwa, Rzeczypospolitej Obojga (a tak naprawdę Trojga) Narodów. Mimo gorzkiego bilansu, utraty Kresów Wschodnich, nie tylko bolesnych, ale również tragicznych doświadczeń setek tysięcy rodaków – mieszkańców tamtych ziem – możemy być dumni z dokonań naszych przodków i pozostawionego dziedzictwa.

KONIEC

piątek, 15 czerwiec 2012 11:59

Wspomnienia Kresowian (66)

Napisane przez

 Tam był nasz dom

Brasław był wiecznie palony, wiecznie niszczony, wiecznie odbudowywany. W dwudziestoleciu międzywojennym rzeczywiście bardzo dużo zrobiono. Lecz tam nie było dwudziestolecia. Tam było tylko osiemnastolecie, bo przecież wybuchła wojna polsko-bolszewicka i między rokiem 1918 a 1922 ciągle trwały jakieś walki i dopiero w 1922 roku ustalono administrację polską na tych ziemiach.

      - Rodzina Pana nie pochodziła, zdaje się, z samego Brasławia?

      - Gniazdem rodzinnym mojego ojca, Antoniego, była pobliska Słobódka. W Brasławiu pracował w urzędzie skarbowym. Matka moja, Regina Uniatycka, przybyła wraz z rodzicami z Kamieńca Podolskiego, skąd musieli uciekać po rewolucji październikowej. Dziadek Uniatycki otrzymał pracę w starostwie powiatowym w Brasławiu, na stanowisku wicestarosty.

      - Doświadczeni urzędnicy byli tam bardzo potrzebni.  

      - Tak, z zaniedbania gospodarczego miasto i powiat zaczęły wydobywać się za czasów trzeciego starosty – Zelisława Januszkiewicza. Ten energiczny, pracowity oraz ustosunkowany człowiek zasłużył się powiatowi jak nikt inny. Dziesięciolecie jego mądrych rządów od 1923 do 1932 roku obfitowało w wiele istotnych dokonań. Niemniej całe osiemnastolecie międzywojenne było okresem awansu powiatu, a szczególnie miasta Brasławia.

      - Spróbujmy o najważniejszych z nich opowiedzieć.

      - Na początku lat 20. zorganizowano Spółdzielnię Rolniczo-Handlową "Rolnik", która w kilka lat opanowała handel hurtowy artykułami spożywczymi i rolniczymi. Wybudowała kilka sklepów, piekarnię mechaniczną i olejarnię. Otworzyła filie w innych miasteczkach powiatu. Powstała Spółdzielnia Mleczarska oraz Stolarsko-Budowlana, również z filiami. Nowo powstała cegielnia i betoniarnia zaczęły dostarczać na rynek niezbędne do budowy materiały.

      Już w latach dwudziestych w Brasławiu, Drui, Dreyświatach, Miorach, Turmoncie i Widzach uruchomiono elektrownie. Główne ulice miasta Brasławia otrzymały brukowane nawierzchnie i chodniki z płyt betonowych.

      - To musiały być szokujące zmiany dla mieszkańców.

      - To nie wszystko. Trudne warunki mieszkaniowe pracowników państwowych i samorządowych rozwiązano dzięki wybudowaniu w 1924 roku Kolonii Urzędniczej.

      Kolonia, powszechnie zwana "Domki", składała się z ośmiu domów drewnianych i trzech murowanych, w których było łącznie 26 mieszkań. W jednym z nich zamieszkali dziadkowie Uniatyccy, a z nimi moi rodzice. Przyszła tam na świat moja siostra Joanna.

      W osiedlu wzniesiono też willę starosty, budynek sądu oraz Dom Sportowy z dużą salą gimnastyczną i widowiskową, w której odbywały się akademie, zabawy, widowiska teatralne, bywało też kino objazdowe. Dom Sportowy mieścił na piętrze także świetlicę Związku Strzeleckiego oraz biura Przysposobienia Wojskowego. Całość zaprojektował Juliusz Kłos – profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie.

      Dzielnica została zaopatrzona w wodociąg i kanalizację, co w Brasławiu było nieznaną dotychczas cywilizacyjną nowością.

      Osiedle prezentowało się pięknie. W widoku od strony jeziora Drywiaty, na zboczu łagodnie opadającym ku wschodowi, świeciły bielą ściany domów nakryte czerwienią dachów. Do wewnątrz, na osiedlowe uliczki, starannie wybrukowane i zaopatrzone w chodniki, wiodły ozdobne, spowite pnącymi różami, drewniane bramki. Pośrodku usytuowano studnię osłoniętą gontowym daszkiem o pięknej konstrukcji ciesielskiej. Przed Domem Sportowym był plac apelowy, a obok kort tenisowy.

      - ...imponujące jak na tak nieduże miasteczko położone na Kresach.

      - W latach 1928-1929 wybudowano okazały, murowany gmach starostwa powiatowego w stylu neoklasycystycznym. Przypominał pałac magnacki. Zaprojektował go inż. Giryn. Prócz biur starostwa, gmach mieścił inspektorat szkolny, powiatową komendę policji, zarząd drogowy, archiwa i magazyny, a także dwa mieszkania służbowe i pokój gościnny. W pobliżu starostwa powstał oddzielny budynek sejmiku powiatowego i bank. Wybudowanie gmachu starostwa umożliwiło ponowne otwarcie szpitala w jego dawnym budynku przy ul. 3 Maja. Nieopodal szpitala postawiono niewielką kasę PKO. W latach 20. we wschodnim krańcu miasta zlokalizowano nową, siedmioklasową szkołę powszechną. Drugą szkołę i gimnazjum wybudowano w latach 1936-1937.

      - Musiały to doceniać władze wyższe...

      - W latach 20. odwiedzili Brasław: Felicjan Sławoj-Składkowski, ówczesny minister spraw wewnętrznych, oraz Władysław Raczkiewicz, marszałek senatu i wojewoda nowogródzko-wileński. W roku 1932 przyjechał z wizytacją Zygmunt Beczkowicz, wojewoda wileński. Wizyty te nie pozostawały bez wpływu na rozwój powiatu, gdyż na ogół w ich wyniku otrzymywano dotacje finansowe i pożyczki. Latem 1930 roku wielkim wydarzeniem była wizyta prezydenta Ignacego Mościckiego. Uroczyste powitanie odbyło się u wjazdu do miasta. Przy specjalnie na tę okazję wybudowanej bramie triumfalnej dostojnego gościa witali chlebem i solą: wójt, przedstawiciele duchowieństwa wszystkich wyznań oraz młodzież szkolna. Urzędnicy powiatu powitali prezydenta przed gmachem starostwa. Prezydent brał również udział w połowie ryb na jeziorze Nieśpisz. Oczywiście obfitość tego połowu została wcześniej przygotowana.

      - W Brasławiu mieszkali nie tylko Polacy.

      - Powiat brasławski, jako wielowyznaniowy, posiadał 30 parafii rzymskokatolickich, 11 cerkwi prawosławnych, bożnice żydowskie ze szkołami rabinackimi, molenny staroobrzędowe, a nawet meczety. Znamienne, że tolerancja religijna uzewnętrzniała się wzajemnym szacunkiem publicznie okazywanym przez duchownych różnych wyznań. Nierzadko widywało się na ulicy proboszcza spacerującego w miłej rozmowie z popem, a czasami dołączał do nich rabin.... W niedziele młodzież szkolna miała obowiązek zbierania się w szkołach, skąd w szeregach udawała się do kościoła na nabożeństwa. Przed kościołem odłączali się prawosławni, udając się do cerkwi. Obowiązek ten nie dotyczył uczniów wyznania mojżeszowego.

      - Słyszałem, że Brasław był odwiedzany latem przez warszawiaków.

      - Z każdym rokiem był coraz popularniejszą miejscowością letniskową. Bodaj najbardziej przyczynił się do spopularyzowania miasta Centralny Instytut Wychowania Fizycznego, rozsławiając w Warszawie i poza nią walory Brasławszczyzny. Z inicjatywy tej organizacji postawiono w 1936 roku pomnik Marszałka Piłsudskiego, autorstwa znanego rzeźbiarza Alfonsa Karnego, bywalca obozów CIWF.

      - Największą atrakcją były jeziora.

      - W latach trzydziestych szybko zaczęły się rozwijać sporty wodne, przede wszystkim na jeziorze Drywiaty. Wybudowano tam trzy przystanie: żydowską, Klubu Policyjnego oraz Ligi Morskiej i Kolonialnej. Ta ostatnia, położona naprzeciwko Kolonii Urzędniczej, była najokazalsza. Składała się z dużej, drewnianej platformy, do której brzegu wiodła długa kładka. Na platformie stały dwie wieże widokowe, wykorzystywane także do opalania się. Były też kabiny – przebieralnie, kiosk z napojami i słodyczami, magazyny sprzętu sportowego oraz wieża do skoków z trampoliny. Przy przystani cumowano liczne żaglówki, łodzie wiosłowe i kajaki. Corocznie odbywały się regaty. Przystań była nie tylko miejscem uprawiania sportów wodnych, ale także spotkań towarzyskich inteligencji brasławskiej. Boisko nad jeziorem stwarzało doskonałe warunki do uprawiania różnych dyscyplin lekkoatletycznych i gier zespołowych, z których najpopularniejsza była siatkówka. W pobliżu przystani usypano strzelnicę, na której ćwiczono strzelanie z broni małokalibrowej.

      Rozwinął się też sport szybowcowy. Szkoła szybowcowa w Brasławiu dysponowała kilkoma szybowcami szkoleniowymi typu "Wrona", "Salamandra" i "Komar". Do szkoleń podstawowych i do lądowania znakomicie służyło twarde dno po obniżonym poziomie jeziora, a do startów – położona naprzeciw Góra Piaskowa.

      - A zimą?

- Brasław miał doskonałe warunki do uprawiania sportów zimowych. Wczesne zamarzanie jezior umożliwiało jazdę na łyżwach i bojerach. Gdy spadł śnieg, na jeziorach urządzano ślizgawki. Jeżdżono także na nartach. Do zjazdów doskonale nadawała się Góra Piaskowa. Instruktażem sportowym zajmowały się szkoły, harcerstwo, Związek Strzelecki, a latem także obozujący tu Centralny Instytut Wychowania Fizycznego z Warszawy i Korpus Ochrony Pogranicza, stacjonujący z obozami przysposobienia wojskowego w Rackim Borze. Organizacje te uczestniczyły też w życiu kulturalnym miasta, urządzały niezapomniane ogniska. Oprócz nich kulturą, a także działalnością charytatywną zajmowały się: Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet i Związek Młodzieży Katolickiej, który dysponował obszernym Domem Parafialnym w pobliżu kościoła.

      - Czy rodzina mieszkała we własnym domu?

      - Wybudował go ojciec w 1929 roku u zbiegu ulic 3 Maja i Cmentarnej. W nim przyszedłem na świat. Dom stoi do dziś w dużym ogrodzie wyniesionym ponad poziom ulic. Pokryty dachówką na ogromnym dachu, oszalowany i pomalowany na kolor błękitno-popielaty z białymi opaskami okiennymi. W narożniku frontowym posiadał głęboki podcień porośnięty dzikim winem. Dom mieścił cztery pokoje, przedpokój, sionkę, kuchnię i spiżarnię. Komfortem na brasławskie warunki był ustęp pod tym samym dachem. Łazienki, niestety, nie mieliśmy. Dom był efektowny, ładnie i wygodnie zlokalizowany. Toteż w czasie wojny rekwirowano nam frontowy salonik na kwaterę a to majora NKWD, a to generała Wehrmachtu.

      Ojciec przed wojną był pracownikiem Urzędu Skarbowego, dobrze zarabiał.

      Ponure czasy obu okupacji udało się nam jakoś przeżyć, unikając wywiezienia do Kazachstanu. Ojciec zmarł na zawał w roku 1942, za okupacji niemieckiej. Mama musiała na siebie wziąć ciężar utrzymania rodziny i domu. Dzielnie się spisała; pomagała nawet innym.

      - Kiedy opuściliście Państwo Brasław?

      - Wyjechaliśmy w czterdziestym piątym roku piętnastego czerwca.

      - Jakie nastroje panowały?

      - O, nastroje były przygnębiające. To było opuszczenie domu rodzinnego, w którym się urodziłem. To był cały mój świat. Ja sobie innego nie wyobrażałem. Raz byliśmy w Wilnie na wycieczce z rodzicami, a poza tym to się obracałem na rowerze w kręgu, powiedzmy, trzydziestu kilometrów wokół Brasławia.

      - To była ojczyzna.

      - To była moja ojczyzna. To była Polska w naszym głębokim przekonaniu. Byliśmy przekonani, że z pomocą Andersa kiedyś tam wrócimy. W oczach mam ten dzień – popołudnie, gdzieś około godziny siedemnastej, furmankami odwożono nas do Głębokiego – dziewięćdziesiąt kilometrów do kolei szerokotorowej, bo Brasław miał tylko kolej wąskotorową, a więc dziewięćdziesiąt kilometrów trzeba było jechać po fatalnych drogach ze swoim dobytkiem, jaki się dało na tych kilka furmanek zabrać. Pamiętam, jak wyjeżdżały te furmanki i myśmy szli. Szedłem tyłem, żeby cały czas patrzeć na widok Naszego Domu, aż skrył mi się za zakrętem, za kępą bzu. I proszę sobie wyobrazić, że ta kępa bzu do dnia dzisiejszego tam rośnie.

      Wzięliśmy jakieś meble. Pamiętam, jak taszczyliśmy szafę trzydrzwiową babci, duże biurko dziadka, jakiś tam secesyjny stolik mam w oczach. No, oczywiście zabraliśmy ubrania, a przede wszystkim zapas żywności, bo jednak jechaliśmy dosyć długo. Tułaliśmy się, bodajże, ze trzy tygodnie.

piątek, 08 czerwiec 2012 11:36

Tam był nasz dom: Wspomnienia Kresowian (65)

Napisane przez

 Były to czasy, gdy rząd polski z gen. Sikorskim na czele pertraktował z Moskwą o utworzeniu Armii Polskiej na terenie ZSRR. Z Zachodu Czerwony Krzyż przysyłał pomoc w postaci ubrań, obuwia oraz żywności i słodyczy. Często, gdy dzieci przychodziły na lekcje, gotowano kakao i częstowano nim wszystkich uczestników. Szkoda, że ta pomoc szybko się zakończyła. A stało się to, gdy Anders wyprowadził swą armię do Iranu. Sytuacja jeszcze bardziej się pogorszyła, gdy odkryto zbrodnię katyńską i wiadomość ta rozeszła się za pośrednictwem Czerwonego Krzyża. Trwało to do rozpoczęcia organizowania Armii Wojska Polskiego pod dowództwem gen. Berlinga. Wówczas stosunek do zesłanych Polaków, jako do ponownych sojuszników, znacznie się poprawił. Po zakończeniu II wojny światowej i utworzeniu w polsce rządów komunistycznych powstały warunki powrotu, lecz nie na ziemię rodzinną, tylko do Polski w granicach utworzonych po 1945 r.

      Niełatwo było wyrwać się ze stepów Syberii. Władze sowieckie wiedziały, kto ma liczną rodzinę i takie starali się zatrzymać. My i kilka innych rodzin Polaków nie zdołaliśmy wyjechać pierwszym transportem. Powód był prosty. Ojciec wcześniej nie chciał przyjąć paszportu radzieckiego i mądrze zrobił, chociaż odpokutował to więzieniem. Gdyby przyjął, bylibyśmy obywatelami ZSRR i droga do Polski byłaby dla nas zamknięta.

      Zaczęły krążyć pogłoski o przygotowaniach drugiego transportu. Problem był w tym, że gdy nas tu przewieziono, NKWD odebrało rodzicom polskie dokumenty tożsamości, m.in. polski paszport ojca. Dokumenty te były przechowywane w archiwum w mieście Pietropawłowsk, w którym także mieszkali Polacy. Oni wiedzieli, od kogo zależy wydanie paszportu. Wówczas ojciec sprzedał krowę i poszedł na piechotę do Pietropawłowska. I paszport przyniósł. Jak w szczegółach wyglądało jego odzyskanie – ojciec nie opowiadał, przynajmniej nam, dzieciom. Można się tylko domyślić, że przekupił odpowiedniego urzędnika.

      Gdy ponownie zjawiła się komisja kwalifikująca Polaków do wyjazdu i znowu próbowała przekonywać, że nie jesteśmy Polakami, bo nazwisko Żurawski nie jest polskie, lecz rosyjskie – ojciec wyciągnął polski paszport. Było to dla nich wielkim zaskoczeniem, ale i dowodem nie do odparcia. Gdy pytali go, skąd ma ten dokument, odpowiedział, że miał go cały czas przy sobie. Próbowali jeszcze straszyć, ale wreszcie pozwolenie na wyjazd otrzymaliśmy.

      Gdy opuszczaliśmy Kaługino, dzięki zapobiegliwości ojca i pracy nas wszystkich mieliśmy nową, własną ziemiankę składającą się z dwóch pomieszczeń: izby i kuchni. W kuchni stał duży ruski piec chlebowy, na którym mogło spać kilka osób. Podobny piec był u nas w Słobódce i u stryja Piotra w Dałaniach. Izbę i kuchnię poprzedzał korytarzyk. Obok ziemianki stał sporych rozmiarów chlewik, a w nim trzy nasze krowy. Oprócz tego dosyć duży ogród. Wszystko to ojciec kupił od Ukraińców, także zesłańców z lat 30., którym stopniowo pozwalano wracać w strony rodzinne. Tubylcy często mówili żartobliwie: "Ciebie, Józef, władza sowiecka powinna ponownie rozkułaczyć".

      Dokładnie nie pamiętam, ile lat mieszkaliśmy w nowej ziemiance. Może 3,5 roku. W niej zmarła śp. Babcia Anna. W pierwszych latach naszego pobytu na Syberii miała wylew i sparaliżowaną prawą połowę ciała. I tak biedna leżała całe lata na tzw. pryczy, na której był położony siennik wypchany słomą. Może dlatego nie miała odleżyn. W dzień siedziała i modliła się. Była nałogową palaczką. Bez machorki nie potrafiła żyć. Robiła skręty z machorki, a gdy i tej zabrakło, prosiła mnie, żebym postarał się dla niej o mech. Ja musiałem po cichu podkradać się pod domy sąsiadów i wydłubywać mech spomiędzy bali. Niełatwo mi było zdobyć kawałek gazety na wykonanie skręta. Babcia Anna zmarła w Kaługino, już w nowej ziemiance, zimą 1944/1945. Gdy już czuła, że nadchodzi kres jej życia, martwiła się, że może być pochowana bez trumny, bo o deski było bardzo trudno. Ojciec ją zapewnił, że trumnę zrobi, że deski na ten cel ma odłożone. I tak się stało. Babcia została pochowana w trumnie na cmentarzu w Kaługino. Pamiętam, że w trakcie wichury śnieżnej wraz z ojcem długo rąbaliśmy mogiłę w zamarzniętej ziemi. W dziecięcej naszej pamięci babcia Anna pozostanie jako ta, która zawsze dbała o to, byśmy na zimno wychodzili odpowiednio ubrani. Zawsze miała dla nas dobre słowo.

      Okoliczności wyjazdu z Kaługino do Polski nie bardzo pamiętam. Utkwiła mi natomiast w pamięci taka przygoda. W trakcie transportu, na drugi lub trzeci dzień pociąg zatrzymał się na jakiejś dużej stacji. Ojciec poszedł na pobliski targ, tymczasem zaczęto mówić, że transport wkrótce ruszy. Mama posłała mnie, bym zawołał ojca, ale go nie znalazłem. Gdy wróciłem, zobaczyłem oddalający się nasz pociąg. Próbowałem biegiem dogonić go, ale nie dałem rady. Gdy transport zniknął, stanąłem i zacząłem płakać. Na sąsiednim torze stał pociąg złożony także z wagonów towarowych, w których przy otwartych drzwiach siedzieli żołnierze wracający z frontu. Jeden z żołnierzy pocieszał mnie: "Malczyk, ty nie płacz. Nasz transport wielokrotnie mijał się z waszym. Na pewno niedługo go dogonimy". Wciągnął mnie do wagonu, zrobił miejsce na leżącym obok plecaku. Zmęczony przeżyciami usnąłem. Gdy obudziłem się, wszyscy spali. Cichutko wylazłem z wagonu i zacząłem iść po peronie. Była to duża stacja kolejowa Czelabińsk. Idąc wzdłuż różnych budynków, dostrzegłem w dużej sali wyświetlany film pt. "Czapajew". Wlazłem po jakiejś kracie i przez ponad godzinę oglądałem ten film do końca. Zacząłem rozglądać się i rozpytywać. Jakiegoś mężczyznę zapytałem, czy nie przejeżdżał tędy polski transport. Wskazał ręką kierunek i powiedział, że jeszcze może stać na torze 14. Była już godzina późna, chyba 20 – 21. Nie było wyjścia. Zacząłem nurkować kolejno pod stojącymi pociągami na tej olbrzymiej stacji węzłowej. Rzeczywiście, na wskazanym torze 14. stał nasz transport. Radość obustronna była wielka. Ojciec w tym czasie szukał mnie na dworcu. Gdy wrócił, spałem już mocno wśród tobołów.

      Transport nasz dotarł wreszcie aż do Czaplinka w województwie szczecińskim. Gdy tu się zatrzymał, ojciec wypatrzył nad jeziorem domek, który mu się spodobał. Ale miejscem rozładowania był Łobez i tam nas zawieziono. Rozładowano i umieszczono w jakiejś pustej hali składowej przy fabryce krochmalu. I tu życiem znowu pokierował przypadek. Renia wybrała się obejrzeć miasto. Na głównej ulicy zobaczyła szyld: "Restauracja Wilnianka. Regina Żurawska". Zaintrygowana imieniem i nazwiskiem weszła do środka. Jakie było jej zdumienie, gdy za ladą zobaczyła ciotkę Reginę, wdowę po naszym stryju Antonim z Brasławia. Okazało się, że jest tu sporo brasławian, m.in Eliasz Trabszo, agronom brasławski, i Paweł Andrzejewski, sekretarz brasławskiego starostwa z synem Ryśkiem. Pojawił się Jurek Żurawski, mój brat stryjeczny, który szybko pobiegł po konie i zabrał nas do willi, którą przy ul. Węgorzyńskiej zajął Trabszo. Jurek szybko znalazł dla nas pusty dom przy ul. Kraszewskiego i tak ostaliśmy się w Łobezie. Eliasz Trabszo, który był tu agronomem powiatowym i znał ojca jeszcze ze Słobódki, namawiał, by objął gospodarstwo. Obiecał swą pomoc w znalezieniu odpowiedniego poniemieckiego i w otrzymaniu z UNRY konia i innego inwentarza. Ale ojciec powiedział, że dziękuje, nie chce ziemi. "Ty, Eliasz, jeżeli możesz, znajdź mi zatrudnienie dozorcy" – powiedział. Ojciec po doświadczeniach Syberii inaczej już na świat patrzył, wiedział, że Sowieci zniszczą w Polsce gospodarkę indywidualną wcześniej czy później. Zatrudnił się więc jako stróż nocny w gorzelni. Przepracował tam do emerytury. Skromny domek przy ul. Kraszewskiego zamieniliśmy na parter ładnej willi przy ul. Rapackiego 7. Tu zmarli nasz ojciec i nasza mama. Stąd siostry powychodziły za mąż. Rodzina rozrosła się o nowe pokolenia. Do nas tutaj przyjeżdżał Witek z Anglii. Ja po ukończeniu Technikum Budowy Okrętów i Energetyki w Szczecinie wróciłem do Łobezu. Tu od 1953 r. pracowałem w kilku zakładach, a w r. 1970 założyłem w budynku gospodarczym, stojącym na naszej posesji, warsztat samochodowy. Witek mi w tym dużo pomagał. Nie ożeniłem się, chociaż na brak powodzenia u dziewcząt nie mogłem narzekać. W młodości z pasją uprawiałem sport amatorski, odnosząc w tym niemałe sukcesy.

      Obecnie przy ul. Rapackiego mieszkamy sami z siostrą Tereską, wdową. Jadzia po tragicznych przejściach rodzinnych mieszka także w Łobezie, w swoim mieszkaniu w bloku. Renia po wyjściu za mąż zamieszkała w Świnoujściu. A mój młodszy brat, zawodowy sportowiec i trener, mieszka w Łodzi. Założył tam rodzinę, z którą utrzymuję ścisłe kontakty.

      Z Syberii wróciła, wywieziona tam już po wojnie, cała rodzina stryja Piotra z Dałań. Rodziny braci Żurawskich ze Słobódki, Brasławia i Dałań rozsypały się po całej Polsce. Ich potomstwo można dzisiaj znaleźć w Łobezie, Łowiczu, Łodzi, Świnoujściu, Warszawie, Olsztynie, Łańcucie, Kazimierzu Dolnym, a nawet za granicą.

      A ja sobie w dalszym ciągu prowadzę warsztat samochodowy i cieszę się spokojną starością.

      WSPOMNIENIA Z BRASŁAWIA

      Rozmowa z Jerzym Żurawskim

      z Kazimierza Dolnego

      - Urodził się Pan w Brasławiu na północnej Wileńszczyźnie. To dość daleko, sto sześćdziesiąt kilometrów na północny wschód od Wilna. Jakie to było miasteczko?

      - Po pierwszej wojnie Brasław był zapadłą, zniszczoną wojnami mieściną, w której, jak naliczyłem, tylko kościół, cerkiew i szpital były budynkami murowanymi. Wszystko inne było drewniane i to wszystko zapadające się w ziemię. Takie ruskie parterowe domki. Śliczne, zbudowane z okrągłych bali z pięknymi węgłami, z "koronkowymi" wycinanymi ozdobami okien. Do dnia dzisiejszego sporo się ich zachowało. To żywy skansen. Kiedyś na wzgórzu od X wieku stał drewniany zamek. Miał podobno siedem wież i jedną wielką bramę piętrową. Trzeba wiedzieć o tym, że był to gród na przesmyku pomiędzy dwoma jeziorami. Kontrolował całą trasę wschód – zachód wiodącą przez Brasław.

      - Pomiędzy jakimi jeziorami?

      - Pomiędzy jeziorem Drywiaty (było ono po Naroczu największym jeziorem w przedwojennej Polsce) i jeziorem Nowiato, które wydzieliło się od tego wielkiego jeziora Drywiaty dzięki nasypaniu grobli. Na północ zaś leży cały zespół połączonych jezior, z których największe to Strusto i Snudy. Wspaniała, do dziś nieskażona przemysłem przyroda.

piątek, 01 czerwiec 2012 08:42

Tam był nasz dom: Wspomnienia Kresowian (64)

Napisane przez

Tacy chłopcy jak Witek byli pod stałą obserwacją władz. Od czasu do czasu z powiatu Mamlutka przyjeżdżało 3 – 3 panów z NKWD, wzywali na rozmowy i zadawali podchwytliwe pytania. To był normalny sposób zastraszania, ażeby ludziom za bardzo nie świtało wolnością. Gdy Witek poszedł do wojska, to miejscowi chłopcy, a szczególnie dziewczęta, pytali mnie, czy były od niego listy. Ale z wojska pisał on bardzo rzadko. A gdy znalazł się na Zachodzie, to już listów w ogóle nie otrzymywaliśmy. Pierwszy list od niego dostaliśmy tuż po wojnie, gdy przez Czerwony Krzyż dowiedział się o naszym adresie w Łobezie. Dlatego też z czasów wojny żadnych zdjęć ani wspomnień przekazanych w listach nie mamy.

      Po mobilizacji odbywał najpierw szkolenie na terenie ZSRR w Uzbekistanie, a potem z armią Andersa przeszedł cały szlak bojowy. Został wcielony do 3. Dywizji Strzelców Karpackich i z nią przebył szkolenie bojowe w Iranie, Palestynie, Iraku. Potem walczył w Egipcie i we Włoszech. Zdobywał Monte Cassino, Ankonę, Bolonię i inne miasta. Po zakończeniu wojny przez pewien czas pozostawał we Włoszech. Jak długo Witek przebywał we Włoszech, trudno mi powiedzieć. W każdym razie w 1946 roku jeszcze tam był.

      Z Włoch miał wiele miłych wspomnień. Był to czas powojennego odprężenia. Do Polski bał się powrócić, tak zresztą jak inni jego koledzy. Zbyt dobrze wiedzieli, co oznacza władza Stalina. Czuł się oszukany przez aliantów. Musiał szukać chleba na obczyźnie. Dlaczego wybrał Wielką Brytanię? Być może ze względu na to, że było to państwo bogate.

      Koledzy rozjechali się po całym świecie: do Stanów Zjednoczonych, Kanady, nawet Australii. W późniejszych latach urządzili kilkakrotnie zjazdy w różnych miastach Polski. W Anglii Witek ożenił się w 1953 roku z Angielką Joanną Haycox. Za namową kolegów pojechali oboje do St. Zjednoczonych z myślą osiedlenia się tam na stałe. Jednakże długo tam miejsca nie zagrzali, rok lub półtora. Nie znieśli zawrotnego tempa życia i pogoni za pieniędzmi. Wrócili do Anglii i zamieszkali w Staurport-on-Severn. Zatrudnili się w przemyśle włókienniczym, w fabryce dywanów. Joanna pracowała w biurze, natomiast Wiktor w dziale udoskonaleń i przeróbek maszyn. Tam pracowali aż do emerytury. Planowali zwiedzić trochę świata, leczy przedwczesna choroba Joanny na bardzo dokuczliwy rodzaj reumatyzmu ograniczyła te plany. Potomstwa nie mieli. Wiktor bardzo tęsknił za stronami rodzinnymi. Nie dane mu było jednak odwiedzenie Brasławszczyzny i rodzinnej Słobódki. Zdaje się, że w latach 1958-60 wystarałem się o wizę i po raz pierwszy odwiedziłem Wiktora w Anglii. Jeździł do niego też Józik, mój młodszy brat. Po roku 1960 Wiktor przyjechał do nas, do Łobezu. Później wielokrotnie nas odwiedzał, również z Joanną. Byli bardzo dobrym, kochającym się małżeństwem. W miarę lat stan zdrowia Wiktora zaczął się pogarszać. W związku z tym my staraliśmy się go odwiedzać. Gdy lekarze nie dawali już nadziei, w kilka osób pojechaliśmy do niego z ostatnią, pożegnalną wizytą. Na wieczny spoczynek odszedł 18 kwietnia 2008 r. Na jego życzenie urna z prochami spoczęła we wspólnym grobie rodzinnym na cmentarzu w Łobezie. Żona Wiktora, Joanna, zapisała w testamencie życzenia, by urna z jej prochami złożona została w Polsce, obok męża.

      O kampanii wojennej Wiktor niewiele i niechętnie wspominał. Wiem, że walczył w artylerii. Zapadła mi w pamięci jego relacja o tym, że gdy na Monte Cassino służba medyczna znosiła z pola bitwy rannych i poległych, na czele której szedł ksiądz z białą chorągwią, Niemcy z broni maszynowej wszystkich zabili. Wówczas wojsko w następnym ataku poszło jak burza i nikt nie zdołał ich już zatrzymać. Pomścili swoich kolegów, klasztor zdobyli, płacąc bardzo wysoką cenę.

***

      Wracam wspomnieniami na Syberię, do Kaługina. Jak już wspomniałem, aby przetrwać, musieliśmy wszyscy pracować. Ojciec powiadał: "Dzieci, my tu nie przyjechaliśmy w gości. Tu trzeba przygotować się na dłuższy pobyt". Od razu zapisał do szkoły nasze młodsze siostry: Jadzię i Tereskę oraz mnie. Teresa uczyła się bardzo dobrze. Gdy wyjeżdżaliśmy do Polski, uczęszczała do piątej klasy, a ja do siódmej. Jadzia siódmą klasę ukończyła wcześniej. Ojciec, mama i Renia pracowali w kołchozie. My, dzieci, po lekcjach wynajmowaliśmy się do kopania ogrodów, ich obsadzania i zbierania plonów. Zapłatą była część plonów: warzywa, owoce, ziemniaki itp. Do wybuchu wojny z Niemcami (1941 r.) można było wytrzymać, bowiem bardzo dużą pomocą były paczki od rodziny mamy ze Słobódki oraz od stryjów Piotra i Antoniego. Paczki przysyłali nawet niektórzy znajomi. W paczkach były kasze, mąka, tytoń. Największy dochód był z machorki.

      Gdy Niemcy wtargnęli w głąb Rosji, było bardzo krucho z pożywieniem. Wszystkie produkty zabierano na front i do miast. Głód zaczął zaglądać ludziom w oczy.

      Ojciec, jak już wspominałem, był bardzo pracowity i pomysłowy, tak że zawsze jakoś mieliśmy zapewnione minimalne potrzeby bytowe.

      W pierwszym roku naszego pobytu udał się piechotą do miasta Pietropawłowsk, odległego o około 30 kilometrów, i kupił tam krowę. Gdy ją przyprowadził pod "izbuszkę", mama od razu wygłosiła taki komentarz: "Józef, coś ty kupił?". Krowa rzeczywiście była bardzo chuda i wyglądała mizernie. Ojciec podkręcił wąsa i odpowiedział, że będzie dobrze. Kto jak kto, ale on znał się na hodowli bydła. Rzeczywiście po paru miesiącach krowa wyglądała wspaniale. Gdy się ocieliła, z każdego udoju dawała prawie pełne wiadro mleka. Było to dla nas wielkim dobrodziejstwem. Mleko, śmietanę i masło mieliśmy swoje. W Kaługinie były zesłane razem z nami żony polskich oficerów wraz z dziećmi. Ojciec zawsze starał się im pomagać. Kazał nam zanosić mleko dla dzieci.

      Pierwsze 2 – 2,5 roku spędziliśmy w ziemiance udostępnionej nam przez siwego staruszka Froła. Była to wspaniała ludzka osobowość. Niech go Pan Bóg ma za to w swej opiece. Ziemianka była marna, ale zabraliśmy się do roboty i ku zdziwieniu tubylców wyremontowaliśmy ją w stopniu nadającym się do zamieszkania. Nasza krowa cały czas stała w zagrodzie dzieduszki Froła. Froł był z nas zadowolony, bo mu we wszystkim pomagaliśmy. Z tej ziemianki Wiktor odszedł do wojska, a ojciec dwukrotnie był aresztowany. Po raz pierwszy, gdy odmówił przyjęcia paszportu rosyjskiego, a tym samym obywatelstwa Związku Radzieckiego. Nie trzymali go zbyt długo, ale jednak było to dla niego i dla nas bardzo ciężkie przeżycie.

      Drugi raz ojca aresztowano, gdy już w czasie wojny z Niemcami odmówił służby w batalionach robotniczych. Osadzono go najpierw w Mamlutce, a później przewieziono do dużego więzienia w twierdzy w Pietropawłowsku. Tam do rozprawy sądowej siedział około jednego roku. Zarzut był poważny. Za taki czyn obywatelowi Związku Radzieckiego groził sąd wojenny i rozstrzelanie, a co najmniej dożywocie. Ojciec potrafił dobrze czytać i pisać po rosyjsku. Na rozprawie bronił się sam. Wykazał bezpodstawność i matactwo aktu oskarżenia. Jego obrona była tak wzruszająca, że sąd złożony z trzech kobiet ukradkiem wycierał łzy.

      Przy odczytywaniu wyroku ojciec nie bardzo wiedział, o co chodzi, był bardzo zdenerwowany i wzruszony. Wówczas sędzina doniosłym głosem powiedziała: "Został pan uniewinniony. Proszę jak najszybciej jechać do domu, pilnować swoich dzieci". Pamiętam, że był to okres wczesnej jesieni. Bawiłem się przed domem, gdy podszedł do mnie mężczyzna całkowicie zarośnięty. Wyglądał tak, jak gdyby nigdy w życiu nie golił się. Stał chwilę i uśmiechał się. Dopiero gdy przemówił, poznałem ojca. Zachwytu i radości nie było końca.

      Gdy ojciec siedział w więzieniu, po wiosce szemrano, że może dostać dożywocie lub karę śmierci. Byłem jeszcze za młody, żeby ocenić sytuację, ale starsi musieli to głęboko przeżywać.

      Mężczyźni i podrostki, a nawet kobiety, byli powoływani do wojska. Liczyła się więc w kołchozie każda para rąk, również takich dzieciaków jak ja. W wieku 8 – 9 lat, jak już pisałem, pracowałem z Witkiem przy wyrębie lasu. Gdy miałem 9 – 10 lat, pracowałem już w kołchozie. W czasie letnich ferii szkolnych woziłem zboże do miasta rejonowego Mamlutka, odległego o 20 km, w konwoju złożonym z 8 – 10 wielkich wozów zaprzężonych w woły. Każda para wołów musiała mieć swego poganiacza i na poganiaczy wyznaczano chłopców takich jak ja. Wyjazd następował zawsze wieczorem, by na miejscu być rano. Każdy z nas musiał specjalnym czerpakiem rozładować ziarno. Ojciec zawsze mnie upominał: "Uważaj, nie zaśnij!". Konwój jechał leśną wąską, błotnistą i bardzo wyboistą drogą. Było niebezpiecznie, bo w ciemności wilki świeciły oczami. Tym sposobem wszystkie plony kołchozowe przesyłane były na front. To był bardzo trudny okres ze względu na brak pożywienia. Chleb był tylko w marzeniach. Ziarna, jakie zdobywało się, chodząc po polach i zbierając kłosy lub przynosząc ukradkiem w kieszeniach, mielono na ręcznych żarnach, a mąka służyła do zakraszania zup lub innych kombinowanych potraw.

      Nasze warunki bytowe uległy znacznej poprawie, gdy ojciec załatwił dla siebie i Reni pracę w mleczarni, odległej od Kaługina. Gdy zrobił rozeznanie, załatwił tam pracę także kilku Polakom. Można tam było pożywić się wyrobami z mleka, no i zawsze coś przynieść do domu. Aby zdążyć na czas do pracy, musieli wstawać o czwartej rano; gdy były zawieje śnieżne, dojście do pracy i z powrotem stawało się gehenną.

      Miałem taką przygodę: obok wsi Kaługino było spore jezioro, a w nim dwa gatunki ryb. Plotłem specjalne kosze "morduszki", do których wkładałem przynętę i ryby same właziły. Wystarczyło kosz wyciągnąć. Dzięki temu mieliśmy latem często ryby, a i na zimę je suszyliśmy. Jak na chłopca w tym wieku samotne pływanie łódką po jeziorze było nieco ryzykowne. Przekonałem się o tym, gdy pewnego razu wypłynąłem, by sprawdzić, co też złapało się do moich koszy. Gdy uniosłem kosz nieco ponad wodę, zobaczyłem, że jest w nim dużo ryb. Musiałem mocno szarpnąć, by kosz wciągnąć do łodzi. Nieduża i wąska łódź zakołysała się na wodzie. Gdy ja z tym koszem przechyliłem się do tyłu, wpadłem do wody, ale jakoś wgramoliłem się z powrotem do łodzi.

      W naszej ziemiance zbierały się dzieci polskie z całej wioski. Przychodziła pani Kemska z synkiem Tadziem i uczyła nas czytać i pisać po polsku. Zadawała dużo wierszy do nauczenia się na pamięć. Niektóre z nich do dzisiaj pamiętam. Być może pani Kemska i jej syn są w rejestrze Sybiraków.

Przy głównej ulicy i nielicznych uliczkach bocznych (niektóre brukowane i z chodnikami) stały niewielkie domy. Prawie każdy z nich posiadał oszklony ganek z ozdobnym układem szybek, okiennice i ozdobne wycinane opaski okienne. Przed domami ogródki kwiatowe, za domami zabudowania gospodarcze, ogrody warzywne i sady. Nad brzegiem jeziora liczne drewniane banie (łaźnie). Ot i cała Słobódka.

      Mój dom rodzinny stał (i nadal stoi) przy rozwidleniu szosy do Drui i do Plus.

      Jest to duży, rozsiadły, parterowy budynek drewniany i oszalowany, z oszklonym gankiem od frontu. Po obu stronach ganku rozmieszczone są po trzy okna, zaopatrzone w ozdobne obramowania okienne i okiennice. Za domem stajnia, obora i chlew. Dalej ogród warzywny i sad, w którym stała łaźnia, tzw. bania, a za sadem stodoły.

      Po śmierci dziadka Macieja w roku 1921 całe gospodarstwo rolne liczące ponad 20 ha odziedziczyli czterej bracia: Piotr, Antoni, Józef i Stanisław. Bracia żyli bardzo zgodnie, udzielali sobie nawzajem pomocy. Na rodzinnych naradach dokonali podziału majątku w ten sposób, że mój ojciec Józef i najmłodszy Stanisław pozostali w Słobódce i stopniowo spłacali starszych braci. Stryj Antoni został urzędnikiem w Urzędzie Skarbowym w Brasławiu i tam wybudował dom oraz założył rodzinę. Stryjowie Piotr i Antoni zakupili od Platerów część folwarku Dałanie w gminie Opsa. Piotr osiadł tam z własną rodziną; gospodarował na części swojego i Antoniego. Stryjowie domy w Dałaniach i Brasławiu budowali przy pomocy mojego ojca. W domu w Słobódce pozostała babcia Anna z Daleckich, wdowa po dziadku Macieju. Nasza rodzina zajmowała lewą stronę domu, zaś babcia i stryj Stanisław stronę prawą.

      Stryj Stanisław nie zajmował się gospodarką rolną – chyba tego nie lubił. Był wójtem słobódzkiej gminy. Pamiętam go zawsze jako eleganckiego pana w wykrochmalonym kołnierzykach i mankietach, prowadzącego wesołe życie towarzyskie w kasynie oficerskim. Był przystojny, miał powodzenie u kobiet, jednakże do końca życia pozostał kawalerem.

      A gdy z Brasławia przyjeżdżał stryj Antoni, także zawsze bardzo elegancko ubrany urzędnik, to obowiązkowo wyrywał się na obchód pól i czasem mnie zabierał ze sobą. Kochał rolę, potrafił na niej pracować. Pamiętam, że interesowało mnie bardzo, jak stryjowi trzymają się na nosie okulary.

      Ojciec był bardzo pracowitym, z mocnym charakterem, człowiekiem. Musiał ciężko pracować, by spłacić braci, i tego samego wymagał od całej naszej rodziny. Poza tym był bardzo pomysłowy i przedsiębiorczy. Gdy w Słobódce budowano koszary, osiedle oficerskie, szkołę i inne obiekty publiczne – zajmował się dostawą materiałów budowlanych: drewna, żwiru, kamienia i piasku. Do współpracy wciągał też mniej zaradnych sąsiadów. Dla wojska dostarczaliśmy w ciągu roku najróżniejsze produkty rolne, jak: mleko, masło, sery, warzywa itp. Także latem dla obozów harcerskich dostarczaliśmy żywność, transportując ją najczęściej łódką, ale nieraz także konno. Było to obowiązkiem Witka, najstarszego z nas. Zabierał mnie czasem ze sobą na te wyprawy. Stryj Stanisław zamierzał wybudować w Drui sklep z zaopatrzeniem rolnictwa. Wyremontował i na nowo umeblował swoją część domu. Ojciec natomiast dokupywał kawałki łąk, meliorował je i nawoził. Czynił je wydajniejszymi, a siano sprzedawał wojsku.

      Dzięki zaradności i pracy byliśmy rodziną zamożną, mieliśmy wszyscy przed sobą perspektywę wykształcenia i godnego życia. Cały dorobek dziadków i naszej rodziny zrujnowała wojna, która wybuchła w 1939 roku.

      W chwili wybuchu wojny nasza słobódzka rodzina składała się z 10 osób: babci Anny z Daleckich (zm. 1945), ojca Józefa (1897-1970), mamy Michaliny z Buszmaków (z tatarskiego rodu) (1895-1989), oraz nas – dzieci: Wiktora (1923-2008), Reginy (ur. 1927), Jadwigi (ur. 1929), mnie Stanisława (ur. 1932), Teresy (ur. 1934) i najmłodszego Józefa (ur. 1936). Dziesiątym członkiem rodziny był stryj Stanisław (1899-1940).

      W pierwszych dniach po wkroczeniu do Słobódki bolszewików stryj Staś został aresztowany i osadzony w Brasławiu, w piwnicach pod budynkiem Sejmiku Powiatowego. Po kilku tygodniach wywieziony wraz z innymi aresztowanymi do Berezwecza, gdzie osadzono go w więzieniu mieszczącym się w byłym klasztorze Bazylianów. O więzieniu tym, jako o miejscu kaźni wielu Polaków, opowiadano przerażające zdarzenia. Ostatni raz ojciec, mama i babcia Anna widzieli stryja Stasia, gdy go wyprowadzano z aresztu w Brasławiu, o czym dowiedział się wcześniej stryj Antoni. Babcia go nie rozpoznała wśród innych więźniów o jednakowo zarośniętych twarzach. Po wojnie starałem się ustalić miejsce i okoliczności śmierci stryja Stanisława. Do dzisiaj nie wiemy, gdzie spoczywają jego prochy. Na moje ostatnie pismo skierowane do Instytutu Pamięci Narodowej otrzymałem odpowiedź, że został najprawdopodobniej zamordowany w roku 1940 przez NKWD w miejscowości Kuropaty na Białorusi. Stryj mógł razem z polskimi oficerami uciec w ostatnich dniach sierpnia 1939 za granicę przez Czechy, Węgry, Rumunię i Francję. Niestety, zrezygnował.

      Po aresztowaniu stryja przyszedł do ojca miejscowy Żyd (opowiadali mi to rodzice) i powiedział: "Józef, ty na jakiś czas gdzieś wyjedź, aż się uspokoi. Dam znać, kiedy będziesz mógł wrócić". Ojciec natychmiast wyjechał do krewnych na Łotwę. Jakiś czas był spokój, więc wrócił.

      13 kwietnia 1940 roku, nad samym ranem, kiedy człowiek ma najmocniejszy sen, nagle rozległo się walenie do drzwi. Ojciec wiedział już, co to znaczy, bo poprzedniego dnia był przeciek, że będzie wywózka Polaków, tylko nie zdradzono, które rodziny zostaną wywiezione. Do domu weszło kilku enkawudzistów. Ojca posadzili na krześle przy piecyku ogrzewającym mieszkanie, a obok postawili na straży dwóch sołdatów z karabinami. Do mamy powiedzieli: "Pakujcie się, macie godzinę czasu. Zostaniecie przewiezieni do innej guberni". W pierwszej chwili wszyscy byli zagubieni. Do mamy podszedł jeden z oficerów i cichutko powiedział: "Bierzcie wszystko, tam wam będzie potrzebne". Spytał, czy mamy worki. Tak, ale trzeba po nie pójść do gospodarstwa. Pozwolił pójść, ale razem z sołtysem. Nadszedł brat mamy ze swoją żoną, jeszcze ktoś z sąsiadów i pomagali ładować na furmanki odzież, pościel, jedzenie (wędzone mięso zawsze było na strychu w dużej ilości). Oficer kilkakrotnie napominał, żeby brać wszystko i jak najwięcej. Był to widocznie człowiek, który wiedział, co nas czeka, i rozumiał, że dzieje się nam krzywda.

      Kilkoma wozami dowieziono nas do stacji szerokiej kolei w Drui, odległej od Słobódki o 20 km. Pamiętam, jak ładowaliśmy się do dużych towarowych wagonów z zakratowanymi oknami. Transport, tzw. eszołon, konwojowało wojsko. Warunki podróży były okropne. W naszym wagonie stłoczonych było, razem z dobytkiem, 60 osób. Na stacjach postoju dawano nam wrzątek (kipiatok) i może coś jeszcze do jedzenia, dokładnie nie pamiętam. Podróż w głąb Syberii trwała prawie miesiąc. Stacja, na której rozładowano transport, nazywała się Mamlutka. Leżała w północnym Kazachstanie. Z wagonów rozładowano nas na samochody ciężarowe i rozwożono po różnych kołchozach i sowchozach. Będę miał zawsze w pamięci, gdy sporą grupę Polaków, w tym nas, przywieziono do wsi Kaługino i wyładowano pod sielsowietem (budynkiem gminy). Przemówił do nas predsiedatiel (przewodniczący) kołchozu w te słowa: "Będziecie tu od dzisiaj mieszkać i pracować. Macie zacząć jeszcze dzisiaj budować ziemianki". A tubylców ostrzegł, by nie ważyli się brać Polaków do siebie na lokatorów. Wszyscy chórem zaczęli płakać. Po pewnym czasie tubylcy zaczęli nieśmiało podchodzić do poszczególnych polskich rodzin i zabierać do swoich mieszkań. Na placu pozostała tylko nasza rodzina i druga, również taka liczna. Nazywali się Daleccy, tak jak babcia Anna z domu. Dalecki z naszym ojcem poszedł do wsi i znaleźli niezamieszkaną ziemiankę, w której stary człowiek o imieniu Froł trzymał króliki. Obu naszym rodzinom ziemiankę tę odstąpił na mieszkanie. Dał siana, które rozesłaliśmy na podłodze. Miejsca wystarczyło tylko tyle, by każdy mógł się położyć. W razie potrzeby wyjścia należało bardzo ostrożnie stawiać stopy, by kogoś nie nadepnąć. Pan Dalecki, też rolnik, znalazł gdzieś wkrótce lokum dla swojej rodziny i wyniósł się. My, niestety, przez większość naszego pobytu na Syberii mieszkaliśmy w tej ziemiance. Włożyliśmy sporo pracy, by ją podreperować, ale i tak, gdy padał deszcz, trudno było zapobiec przeciekaniu dachu.

      Tam, gdzie przebywaliśmy, klimat był umiarkowany. Ale zimą mrozy dochodziły do 40-50 stopni poniżej zera. Potężne zawieje i zamiecie śnieżne potrafiły w krótkim czasie wszystko zrównać. Wówczas następowała śnieżna pustynia. Były często przypadki, że w starej ziemiance, gdy rano budziliśmy się, wewnątrz było ciemno. Okna i drzwi były zasypane po dach. Trzeba się było dobrze napracować, ażeby z izby wyjść na zewnątrz.

      Gdy nadchodziła taka burza śnieżna (buran), starsi ludzie potrafili ją przewidzieć. Biada temu, kto podczas zawiei znalazł się na drodze. Często płacił za to życiem. Gdy nadchodziło lato, słońce mocno przygrzewało, a deszcze padały krótko, ale obficie. W pełni lata bywały upały i stojące powietrze bez najmniejszego wiaterku. Wówczas to, pamiętam, że gdy przejeżdżała ciężarówka, uniesiony spod kół tuman utrzymywał się długo ponad ziemią. Plagą były muszki, a wraz z nimi malaria. Żadnej pomocy medycznej nie pamiętam. Leczenie odbywało się ziołami i innymi zabiegami ludowymi. Ziemie były bardzo urodzajne. Nasiona sadzone w glebę dawały bujne plony bez żadnego nawożenia.

      Witek, mój starszy brat, długo na Syberii nie przebywał. Już w 1941 roku poszedł do Wojska Polskiego, do armii Andersa. Powołanie dostał ojciec, ale uradzono, by za niego szedł Wiktor, bo bez ojca rodzina nie zdołałaby przeżyć. To była słuszna decyzja, co wykazały dalsze wypadki. Był bardzo lubiany wśród tamtejszej młodzieży, a przede wszystkim przez dziewczyny. Mieszkańcy terenów syberyjskich to przeważnie potomkowie dawnych zesłańców. To ludzie bardzo porządni i gościnni. Młodzież potrafiła nawet w tych warunkach organizować sobie różne zabawy, wesoło spędzać wolny czas. Wiktor nie pracował w kołchozie. Wolał iść do lasu, gdzie ścinano drzewa i układano w tzw. kubatury (metry sześcienne). Dużym utrudnieniem podczas pracy w lesie były komary. Bywały takie dni, podczas których atak komarów zmuszał do przerwania pracy i ucieczki z lasu. Z brygady Wiktora dwóch kompanów skierowano do innej pracy i został sam. Ażeby móc pociąć drewno, konieczny był do pracy drugi człowiek, więc Wiktor do pomocy i towarzystwa często brał mnie. Witek budził mnie o czwartej nad ranem i wlókł do lasu. Miałem wówczas 8 – 9 lat. Nie chciałem iść, płakałem, więc brał mnie na barana i niósł. Gdy brzozy były ścięte, Witek obcinał z nich gałęzie, a ja wyciągałem je z lasu i układałem na kupy. Obciosane z gałęzi drzewo cięliśmy razem piłą na dwumetrowe kawałki i układaliśmy w "kubatury". Gdy słońce uniosło się wyżej, komary kończyły nocną drzemkę i z całą furią zaczynały atakować. Zaplanowaną normę ścinki wykonywaliśmy i uciekaliśmy z lasu czym prędzej. I tak dzień po dniu. Za to od tubylców otrzymywaliśmy w glinianym garnku kwaśne mleko, często ze śmietanką na wierzchu, do tego kawał chleba. To była uczta! Na pewno była za tę pracę także jakaś zapłata pieniężna, ale ja tego nie byłem świadom.

***

Strona 39 z 39