Goniec

Register Login

Lektura Gońca (574)

czwartek, 14 grudzień 2017 22:58

SpaleNI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (43)

Napisane przez

AntczakWojciech        – Oczywiście, ja wszystko r o z u m i ę. A, jeszcze jedno. Nie dalej jak wczoraj ksiądz i ten drugi ksiądz osobno, obaj panowie zbliżaliście się do ogrodzenia. Jeszcze na początku izolowania księdza w Rywałdzie wydano zarządzenie, żeby nie zbliżać się na co najmniej, dziesięć metrów do ogrodzenia. Mam na myśli wydane wcześniej, właśnie to zarządzenie!

        – Rozumiem, że to nie jest bezpośrednio pański wymysł, ale polecenie otrzymane, jak się domyślam, od pańskich zwierzchników. Niech mi pan wyjaśni, dlaczego nie wolno nam zbliżać się do ogrodzenia?

        – No, bo chodzi, przede wszystkim, o bezpieczeństwo. 

        – Czyje bezpieczeństwo? 

        – No, księdza! Bo jakby co, jakby któryś z panów znalazł się za blisko płotu, a wartownik nie rozpoznał i oddał strzał w stronę księdza! To co wtedy?! – „Komendant” zawiesił głos po zadaniu tego bardzo zagadkowego pytania.

piątek, 08 grudzień 2017 07:23

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (42)

Napisane przez

AntczakWojciech        Na widok najświętszej figury ludzie klękali. Z wielu piersi wydzierał się żałosny jęk i szloch. Do pochodu, na czele którego szedł ksiądz Karłowicz, dołączało coraz więcej osób. Niosący na swoich barkach postać Syna Bożego szli bardzo ostrożnie, jakby w obawie sprawienia Umęczonemu Ciału Chrystusa Pana najmniejszej choćby boleści.

        Ten niecodzienny widok niosących postać Pana Jezusa Ukrzyżowanego z cierpieniem na Jego obliczu, z wykrzywionymi ustami w bolesnym grymasie, a także ciężkie, jakby nabrzmiałe, przymknięte powieki i Jego długie włosy zlepione potem i krwią okalane koroną uwitą z ciernia; cała ta relikwia była teraz egzemplifikacją cierpiącej coraz bardziej Starówki, dającą asumpt do bezgranicznego zaufania Panu Bogu, do zawierzenia Mu swojego losu i losu całego Starego Miasta.

piątek, 01 grudzień 2017 07:40

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (41)

Napisane przez

AntczakWojciech        Po dokonaniu zrzutów nad Warszawą natychmiast wracali do swoich włoskich baz, a gdy zrzut nie dochodził do skutku, lecieli na północ, za miasto i tam po uwolnieniu ładunku nad Puszczą Kampinoską, skręcali na zachód w stronę Pruszkowa i lecąc wzdłuż linii kolejowej, w pewnym momencie odskakiwali na południowy zachód ku Niemcom i Austrii. Po pokonaniu Alp w porannym słońcu docierali do Adriatyku, kierując się ku wschodniemu wybrzeżu Włoch, by około siódmej rano na resztkach paliwa wylądować w swej macierzystej bazie w Brindisi.

        Porucznik Franciszek Białek nie mógł się już doczekać, kiedy zostanie wyznaczony do upragnionego lotu nad swoją ukochaną Warszawę, którą był opuścił przed prawie pięciu laty, a której miał zaszczyt bronić przed niemiecką Luftwaffe we wrześniu trzydziestego dziewiątego. To jemu jako drugiemu udało się z pilotowanego przez siebie samolotu PZL P 11 bardzo poważnie uszkodzić niemieckiego dorniera (Do 17) nad Torami Wyścigów Konnych, niedaleko swojego domu, z czego, oczywiście, przez dłuższy czas był bardzo dumny. Ale prawdziwy powód do dumy z pewnością powinien mieć porucznik pilot Aleksander Gabszewicz ze 113. Eskadry Myśliwskiej, z Brygady Pościgowej, gdy pierwszego września około godziny siódmej rano jako pierwszy zestrzelił niemieckiego heinkla (He 111).

piątek, 24 listopad 2017 08:11

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (40)

Napisane przez

AntczakWojciech        – No, ogólnie, domyślam się, ale jakby towarzysz minister był tak uprzejmy, to... 

        – Słuchajcie Goldstein, otóż mam wam do zakomunikowania wiadomość, że źle się dzieje! A nawet powiedziałbym, że jeszcze gorzej! – ostro wystartował ten przebiegły lis, ciągle jeszcze minister walącego się resortu, to znaczy, walącego się pozornie, raczej odpowiednie byłoby określenie „przewietrzanego” resortu, wobec nadchodzącego „nowego”, bo stare metody nie zdawały już egzaminu. 

        – Tym razem, pułkowniku Strużański, przebraliście już miarkę! I odpowiecie za to wszystko po linii służbowej i po linii, że się tak niezbyt ładnie wyrażę... kryminalnej – Bradkiewicz podkreślił ostatnie słowo.

        – Słu... słu... cham? – pytał, jąkając się. 

        Nieznośny ból w okolicach lewej skroni, niczym rażenie prądem, dawał o sobie znać, jak zawsze w chwilach nagłego i silnego zdenerwowania. Ponadto zaczął się gwałtownie pocić, co nigdy przedtem nie miało miejsca. Na domiar złego ogarniała go jakaś dziwna słabość, jakby za chwilę miał całkiem oklapnąć, właśnie teraz, w takim momencie, kiedy powinien był się bronić...

piątek, 17 listopad 2017 07:16

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (39)

Napisane przez

AntczakWojciech        Tym „czołgiem”, tą „tankietką” – jak stwierdzili po latach historycy i fachowcy w dziedzinie uzbrojenia – bez wątpienia był Funklenpanzer-Schwerer Laudungsträger typ B IV – „stawiacz min” – a inne źródła podają, że był to Sprengstofftrageren – Borgward IV – „pojazd przeznaczony do przewożenia materiałów wybuchowych” używany przez Niemców do niszczenia barykad. A wspomniana skrzynia była właśnie ową miną, która po odczepieniu i oddaleniu się pojazdu na bezpieczną odległość miała wybuchnąć z ogromną siłą, roznosząc zaporę na Podwalu. Powstańcy pokrzyżowali te plany. Czy zatem określenie „czołg-pułapka” jest zupełnie nieprawdziwe?

        – „Ani czołg, ani pułapka. Niemcy podrzucili podpalony stawiacz min. Może liczyli na to, że Polacy zaczną przy nim manipulować i sami wysadzą barykadę” – odpowiada Mariusz Komacki, ekspert od uzbrojenia. – „Stało się inaczej. Powstańcy, którzy jeździli tym pojazdem po Starówce, musieli przy pokonywaniu przeszkody u zbiegu Podwala i Kilińskiego złapać za dźwignię. To spowodowało zsunięcie się ładunku i uruchomienie zapalnika czasowego. I tyle” – pisze Tomasz Urykowski w artykule pt. „Rocznica wybuchu na Kilińskiego” z okazji 61. rocznicy Powstania Warszawskiego.

czwartek, 09 listopad 2017 21:10

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (38)

Napisane przez

AntczakWojciech        Pan Wacław chwalił sobie tę pracę, a miał ją jeszcze do niedawna, do pierwszych dni Powstania, dopóki nie zaczął się robić i tu „zbyt wielki gorąc”. I obiecał sobie, że jak tylko skończy się „to całe tarabaństwo”, znowu otworzy kiosk, w tym samym miejscu, „żeby nie wiem co!” – mówił wszystkim wokół, dodając z filozoficzną zadumą: „Ale, kiedy to sie, panie skończy, jak sie to ledwie zaczeło?”. 

        – Zdrowie! Zdrowie! – podnosiły się z początku nieśmiałe głosy, aż ktoś zaintonował miarowe stukanie sztućcem w talerz, a za nim podchwycili to inni i zaraz zewsząd słychać było coraz głośniejsze wołanie: „Gorzko! Gorzko! Gorzko!”.

        I kto jaki tam miał kieliszek lub szklankę, nadstawiał pod otwartą z hukiem jedyną butelkę zdobycznego szampana, zdobycznego jak i te wszystkie wiktuały na stole, pochodzące głównie z niemieckich magazynów na Stawkach, dopóki były one jeszcze w powstańczych rękach... Nim spełniono pierwszy toast, dał się słyszeć wybuch, jakby gdzieś w okolicach ulicy Miodowej, a może i bliżej, może nawet na samym Podwalu. Grzmotnęło potężnie. Na szczęście obyło się bez żadnych szkód, ale cała kamienica zadrżała, a wraz z nią i inne, a po chwili znowu zrobiło się cicho, ale tylko na zewnątrz, bo tu, wśród gości weselnych, znowu powrócił dawny wigor.

czwartek, 02 listopad 2017 21:57

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (37)

Napisane przez

AntczakWojciech        Stanisław był pierwszym, którego tu wprowadzono po tak długim czasie.

        – Jak się pan nazywa? – zapytał go brodaty olbrzym o niespokojnych oczach, zapytał go pierwszy po dwóch dniach jego tutaj pobytu i zaraz dodał, nie czekając na odpowiedź: – Nie słyszę!

        – Bohuszewicz, Stanisław Bohuszewicz. 

        – To mi nic nie mówi.

        – ? 

        – A dalej? 

        – Nie bardzo wiem, do czego pan zmierza? O co panu chodzi? 

        – Mnie chodzi o to, o co chodzi wszystkim – powiedział zatoczywszy ręką krąg. – Kim pan naprawdę jest? 

czwartek, 26 październik 2017 19:59

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (36)

Napisane przez

AntczakWojciech        – Wszyscy na stanowiska! – rozkazał półgłosem kapitan. – Jeszcze brakuje tylko kanonierki na Wiśle i moździerzy od praskiej strony – powiedział to z lekkim sarkazmem.

        Po chwili atak ustał, chyba tylko ze względu na panujące wokół ciemności i padające z różnych stron powstańcze strzały, sprawiające wrażenie znacznie większych sił niż te, którymi w rzeczywistości zdolni byliby stawić opór sunącemu z wolna czołgowi i czającej się za nim piechocie. Niemcy teraz prawie wcale nie używali rakiet do oświetlania terenu, a i powstańcy, mając ich zaledwie kilka, oszczędzali je, a także znając teren lepiej od nieprzyjaciela, na razie nie potrzebowali światła. Wyraźnie wyczuwało się niezdecydowanie wroga. Czołg nagle przystanął, jakby z braku pewności co do ilości zgromadzonych w tej okolicy powstańczych sił, jakby jego załoga wahała się, niezdecydowana, nie wiedziała, co robić, atakować czy wycofywać się, zwłaszcza że nie mogli teraz liczyć na wsparcie lotnictwa... I to w zupełności wystarczyło, żeby czołg został obrzucony butelkami z benzyną. Tego zadania podjęli się jak zwykle trzej najmłodsi. Zwinni jak koty, przemknęli od barykady i rozstawiwszy się z różnych stron, zaatakowali stalowe cielsko. To byli „spece” od unieruchamiania czołgów. Podbiegali jak najbliżej i celnymi rzutami, najczęściej butelek z benzyną, jeśli nie mieli już granatów, zatrzymywali te bestie siejące wokół śmierć. W chwili gdy wybuchnął już ogień, gdzieś, z któregoś domu pomiędzy Zakroczymską a Przyrynkiem zadudniły te potężne karabiny maszynowe.

        – „Waligóra”! „Orkan”! – zawołał podporucznik „Virtus”, a nie słysząc żadnego z nich ogarnęła go złość, potem już tylko obawa, że może tym razem stało się to, czego się najbardziej obawiał, że jak zwykle szarżując, oberwali...

czwartek, 19 październik 2017 23:32

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (35)

Napisane przez

AntczakWojciechXXX 

        Przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie, nie dowierzając, aż wreszcie on pierwszy podszedł do niej i przywarł wargami do jej dłoni, a serce waliło mu chyba jeszcze mocniej niż przed chwilą w kościele, kiedy wypatrzył ją w tłumie, stojąca niedaleko ołtarza, a Lucyna cofnęła tę wolną rękę, jakby z obawą, że to tylko jakieś dziwne jej przywidzenie, być może spowodowane zmęczeniem, brakiem snu i ciągłym strachem przed wszechobecną śmiercią, aż wreszcie położyła dłoń na jego głowie i zanurzyła palce w gęstych, ciemnych i z lekka kręcących się włosach.

        – Staszek... To jakiś cud... Nigdy bym nie przypuszczała, że ty, tutaj... – nie dokończyła, z trudem hamując w sobie płacz.

        Jedynie te jej przecudne, ogromne oczy w ciemnej oprawie, wkomponowane w jakże piękną, o regularnych rysach twarz, opaloną barwą jasnego, delikatnego brązu, karnacji nieczęsto spotykanej u tego typu blondynek, te jej oczy podchodziły coraz bardziej łzami. Stała przed nim jak istota z innego, piękniejszego i spokojnego świata, jakby zjawiła się przed nim jedynie po to, żeby mu dać znać, że jest, że jeszcze żyje... i że od teraz nic nie jest w stanie ich rozdzielić. Przyciągnął ją ku sobie i wtedy przeszedł ją dreszcz i z trudem tłumiony szloch wstrząsnął jej drobnym ciałem, przechodząc w cichy, stłumiony płacz i poczuła słony smak swoich łez, łez, niczym pierwsze krople długo oczekiwanego letniego deszczu. Nie pamiętała już, kiedy czuła się tak bezpieczna jak teraz, w jego silnych ramionach, czując jakże zniewalający zapach swojego ukochanego mężczyzny.

        – Najdroższa... – ledwie wydobył z siebie przez ściśnięte gardło to jedno słowo, z trudem hamując wzruszenie. – Boże, mój Ty Boże, jakże jestem Ci wdzięczny... – myślał, tuląc ją do siebie.         

piątek, 13 październik 2017 09:42

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (34)

Napisane przez

AntczakWojciech        – Przynoszę pocztę pułkową. Oto ona, a tu jest klucz... 

        – Niech pan porucznik raczy sam to otworzyć. 

        Patrzył niezbyt uważnie na zawartość nesesera niesionego tu przez prawie całe pięć dni na zmianę z nieżyjącym już „Szymonem”, starszym strzelcem „Waligórą” i tym najmłodszym – strzelcem „Orkanem”. Po pobieżnym przejrzeniu papierów zapytał obcesowo:

        – Co to jest, panie poruczniku?! Poza wnioskiem o awans tych wszystkich ludzi z „Baszty”, cała ta reszta, ten cały raport na temat niemieckich planów, jest już nieaktualny! Okęcie, Ochota, a także i Wola są w rękach Niemców! Niepotrzebnie się pan z tym trudził. A propos, kiedy dokładnie opuścił pan porucznik Mokotów?

        – Melduję, panie pułkowniku, że w środę, drugiego, o świcie... 

        – W środę, drugiego... A czy wie pan, poruczniku, jaki dziś mamy dzień?

        – Tak jest! Melduję, że dziś mamy niedzielę, szóstego... 

        – No właśnie! I to szóstego, wieczorem. Spóźnił się pan przynajmniej o trzy dni z tym raportem kontrwywiadu... Bo reszta, te wszystkie awanse mogą poczekać. Teraz mamy na głowie rzeczy o wiele ważniejsze! Niemniej, dziękuję panu, panie poruczniku. Może się pan odmeldować!

        – Tak jest, panie pułkowniku.