Goniec

Register Login

Lektura Gońca (560)

piątek, 08 wrzesień 2017 15:59

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (29)

Napisane przez

Tym razem zostali zepchnięci aż na teren byłego getta. Niemcy wściekle atakowali Wolę, ulica po ulicy. Od Ulrychowa nacierały doborowe oddziały dywizji „Hermann Göring”, a posuwające się od stronu Okęcia oddziały pułku „Dirlewanger” – składające się głównie z kryminalistów i wykolejeńców z całej Rzeszy, po spacyfikowaniu dzielnicy Ochota, teraz z kolei przystąpiły do rzezi mieszkańców Woli. Ciągle jeszcze wśród Niemców panował chaos spowodowany sprzecznymi rozkazami wydawanymi przez samego Reichsfuehrera Heinricha Himmlera. Dopiero przejęcie funkcji głównodowodzącego sił niemieckich w Warszawie i wokół niej przez Obergruppenfuehrera Erica von dem Bacha, przybyłego do Warszawy w sobotę, 5 sierpnia około 7. wieczorem, zaraz następnego dnia pozwoliło Niemcom opanować sytuację. Nastał jaki taki porządek. Człowiek ten otrzymał wśród Polaków przydomek kata Warszawy, mimo iż to nie on, a Himmler wydał rozkaz zabijania każdego, bez wyjątku, napotkanego mieszkańca Warszawy, każdego Polaka.
Od świtu, w sobotę, 5 sierpnia, toczyły się zacięte walki w okolicach więzienia „Pawiak” i obozu pracy przymusowej – „Gęsiówka”, gdzie przetrzymywanych było około czterystu Żydów pochodzących z różnych państw zachodniej Europy, a także powstańców żydowskich walczących na terenie warszawskiego getta w 43 roku. Obecnie, naczelnym zadaniem sił powstańczych w tej części miasta, wobec niemieckiego ataku od zachodnich krańców Woli, było przebicie szlaku na Stare Miasto, które wciąż jeszcze walczyło. Zadanie to powierzone zostało Batalionowi „Zośka”. To oni zdobyli nie tylko „Gęsiówkę”, ale także ocalili życie wszystkim czterystu żydowskim jeńcom. „Pawiak” był więzieniem Gestapo, a jego główna kwatera mieściła się po przeciwnej stronie miasta, w alei Szucha 25. Z kolei niemieckim celem było jak najszybsze przebicie się z Woli do Śródmieścia i uwolnienie dowódcy wojsk warszawskiego garnizonu, generała lotnictwa Reinera Stahela, otoczonego przez powstańców w pałacu Bruhla przy ulicy Wierzbowej, tuż za północno-wschodnią częścią Ogrodu Saskiego.
Po zwolnieniu „Janeczki”, po wcześniejszym upewnieniu się, że sobie poradzi w drodze powrotnej do swojego macierzystego oddziału zgrupowania pana majora „Tarnawy”, zrobiło się im trochę smutno, a zwłaszcza „Waligóra” był niepocieszony. Na pożegnanie podniósł ją, niczym małą dziewczynkę, uściskał i obiecał, że jak tylko „się to wszystko skończy”, odnajdzie ją, żeby nie wiem co! Odnajdzie ją „na mur-beton”! Tak jej obiecał.
Wrócili z powrotem do swojej kryjówki w na wpół ocalałym budynku. Z ostatniego piętra rozciągał się widok na coraz bardziej niszczoną Warszawę, a szczególnie Wolę. Niebo zasnute było dymami płonących zabudowań. Paliła się prawie cała zachodnia część miasta. Tylko gdzieniegdzie słychać było sporadyczne wystrzały. Powstańcy nie dawali za wygraną, mimo miażdżącej przewagi przeciwnika pacyfikującego Wolę, z germańską dokładnością, dom po domu, ulica po ulicy...
A oni ciągle jeszcze czekali na odpowiedni moment, aż z nastaniem wieczoru będą mogli ponowić próbę przejścia do Komendy Głównej. Ciągle nie tracili nadziei, że się im to uda!
„Virtus”, stojąc zamyślony, patrzył w stronę Pragi. Tu, z najwyższego piętra widać było także wyraźnie Dworzec Gdański i dalej, bardziej na wschód, patrząc ku Wiśle spoglądał na fortyfikacje Cytadeli z Dziesiątym Pawilonem. Nagle odwrócił się ku drzwiom w których stał w milczeniu „Orkan”.
– Czy coś się stało?
– A nie, nic. Melduję tylko, że „Waligóra” chciałby prosić pana porucznika o pozwolenie wyjścia...
– Dokąd?!
– Mówi, że w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.
– Przyślij go tu do mnie.
– Rozkaz! – odkrzyknął i zbiegł na dół.
Tak, to było też piątego sierpnia, dokładnie osiemdziesiąt lat temu został stracony tam, na stokach Cytadeli, ostatni dyktator Powstania Styczniowego, generał Romuald Traugutt... – myślał „Virtus”. – O, Boże, czy kiedyś skończy się wreszcie to ciągłe składanie ofiar spośród najlepszych Polaków? Czy skończy się ta udręka Ojczyzny? – pytał sam siebie, nie spodziewając się wcale uzyskać odpowiedzi. – A może ty, mądra bogini Klio, ty jedna znasz na to odpowiedź?
– Melduję się na rozkaz, panie poruczniku!
– A gdzie to was tak gna, starszy strzelcu „Waligóra”?
– Melduję, że w poszukiwaniu prowiantu...

piątek, 01 wrzesień 2017 16:06

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (28)

Napisane przez

– Jest moim parafianinem. Ten człowiek jest niewinnie więziony! On nie popełnił żadnego przestępstwa! Chciałem za niego poręczyć, bo to prawy i uczciwy...
– Ksiądz już poręczył swoim zjawieniem się u nas! Wystarczy! Tu nie ambona! A tak na marginesie, to skąd macie informacje, że ten wasz człowiek jest niewinnie więziony, że nie popełnił żadnego przestępstwa czy choćby wykroczenia? Skąd taka pewność?
– Bo ja znam tego człowieka i ręczę za niego!
– No, no! Widzę, że ksiądz nie ufa naszym sądom! A przecież, jedynie sąd jest władny orzec o winie lub niewinności tego człowieka! Nieprawdaż?! – powiedziała podniesionym głosem, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. – I chciałabym jeszcze usłyszeć, jaki to ksiądz miał naprawdę interes w tym, żeby się o niego upominać? Nie przypuszczam, abyście się kierowali tylko i wyłącznie altruizmem albo tym waszym, jak to wy, kler, zwykliście określać... miłosierdziem! – ucięła nagle, patrząc na niego wyczekująco. – No więc, słucham was!
– Nie, nie mam w tym żadnego swojego interesu. Chodziło mi wyłącznie o dobro jego i jego rodziny.
– A cóż to jest według księdza dobro? Nam też chodzi o dobro i to nie jakiejś tam jednostki, ale o dobro całego społeczeństwa, dobro szeroko pojęte.
– Ma pani na myśli dobro całej ludzkości.
– Tak, zgadza się. Widzę, że jesteście pojętni i aż dziw, że was dotychczas nie awansowano, że wciąż jesteście tak nisko w tej waszej hierarchii i to na takim zadupiu! Dobrze! Skończmy już z tą akademicką dyskusją! Mówcie prawdę! Kto i w jakim celu polecił wam zgłosić się, jak mówicie, dobrowolnie do wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa?!
– Już pani poprzednio mówiłem.

piątek, 25 sierpień 2017 20:26

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (27)

Napisane przez

AntczakWojciechXXV

To wszystko stawało się już coraz bardziej nie do wytrzymania. Z powodu duchoty i smrodu opróżnianego raz na dzień kibla, więźniowie leżeli pokotem na brudnej podłodze niczym konające na piasku ryby. Chwytali tę odrobinę powietrza, zwłaszcza kiedy na zewnątrz ochładzało się, najczęściej podczas burzy, wtedy tuż przy samej podłodze dało się odczuć lekki powiew, tak bardzo kojący ich płuca. Ale trwało to zwykle dość krótko, żeby ci biedacy mogli odetchnąć, na dłużej odczuwać ulgę. A kiedy po lecie i ciepłej jesieni następowała zima, temperatura „pod celą” zbliżona była do tej na dworze, a metalowe rurki „grzewcze”, jak na ironię wcale nie ogrzewały cel. Ponadto dokuczała im bezczynność bardzo dająca się we znaki, zwłaszcza więźniom politycznym prowadzącym przed uwięzieniem ich, zazwyczaj czynny tryb życia, mających różne zainteresowania, a teraz pozbawieni tego, osadzani w jednej celi z kryminalistami, popadali z nimi w konflikt, to z kolei stawało się często powodem skazywania „politycznych” na izolatkę, gdzie byli przetrzymywani kilka miesięcy, a czasami nawet do półtora roku. Zamykano tam zwłaszcza „buntowników”, a ich „bunt” polegał jedynie na skargach składanych naczelnikowi więzienia i za to głównie fundowano im odosobnienie. Nawet po krótkim pobycie tracili poczucie czasu, a dłuższa izolacja stawała się u nich, bardzo często, powodem nieodwracalnych zaburzeń czy wręcz chorób psychicznych. Straszną plagą były wszy i pluskwy. Każdy więzień miał obowiązek zabicia minimum od dziesięciu do dwudziestu, wiecznie nienasyconych – krwiopijców, ale i to zajęcie nie dawało od nich żadnej ulgi. Zwłaszcza w nocy pluskwy obłaziły śpiących, wysysając z nich bez umiaru krew. Nic nie pomagało wylewanie wody na podłogę wokół sienników, wody stanowiącej naturalną dla nich przeszkodę, a której te insekty nie były w stanie przeskoczyć. Pluskwy były jednak na tyle „inteligentne”, że wędrowały po ścianach celi aż na sufit i stamtąd spadały na swoje ofiary całymi chmarami.
Obok insektów istnym utrapieniem, szczególnie dla „politycznych”, byli więźniowie kryminalni oraz donosiciele i te wszystkie ludzkie mendy, których parszywość ujawniała się zwłaszcza tu, w więziennej codzienności. Na szczęście stanowili oni margines, bo większość z nich to byli ludzie, o jakich zwykło się mówić, że są ludźmi „dobrej woli”, a których nawet najtrudniejsze warunki nie były w stanie zdeprawować czy choćby doprowadzić do zobojętnienia. Ale nierzadko spotykało się tu różnych psychopatów, głównie wśród kryminalistów, a ci, obok wszy i pluskiew, także stanowili plagę, może nawet większą od tego robactwa, bo niszczącą innych psychicznie.
Od roku 1950 wraz z „umacnianiem się” tak zwanej demokracji ludowej lub „socjalistycznej praworządności”, warunki w więzieniach stawały się coraz trudniejsze.

czwartek, 17 sierpień 2017 23:28

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (26)

Napisane przez

AntczakWojciechXXIV 

        – O mały włos, panie poruczniku, a w y s z e d s z y z nerw, już mnie brała taka ochota, żeby komuś dać po zembach – powiedział ni stąd, ni zowąd „Waligóra” zaraz po ich wyjściu od majora „Tarnawy”.

        – No i chwała Bogu, żeście się, starszy strzelcu, powstrzymali od tego niecnego zamiaru. Dopiero byłaby zabawa, dopiero byśmy sobie narobili bigosu!

        – O właśnie, jak już mowa o bigosie, panie poruczniku... bo ja to wciąż w głowę zachodzę, skąd oni tam majom aż tyle wspaniałego żarcia, kiedy prawie cała Warszawa tak strasznie cierpi głód i... w ogóle!

        – Nie nasza sprawa, absolutnie nie nasza – przerwał mu „Virtus”. – Dziękujmy Bogu, że zaproszono nas do stołu – powiedział, ucinając tym samym dalszą na ten temat dyskusję. – A teraz skoncentrujcie się i uważajcie tam, na te wszystkie... – nie dokończył, kiedy od strony Żytniej usłyszeli krótką serię. 

        Przycupnęli za wyłomem muru. Gdy zaraz po tym znowu ruszyli, padł z tamtej strony pojedynczy strzał, a pocisk tylko świsnął tuż nad głową „Virtusa”. Nie mieli już wątpliwości, to był snajper zwany też „gołębiarzem” i najwidoczniej polował nie tylko na nich, a ta wcześniejsza seria z peemu mogła być czyjąś próbą sprzątnięcia go.

piątek, 11 sierpień 2017 07:59

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (25)

Napisane przez

AntczakWojciech        – Przepraszam pana – zdecydował się zapytać. – Czy mógłby mi pan powiedzieć, gdzie jesteśmy?

        – W Rawiczu – odpowiedział półgłosem, rozglądając się dokoła. 

        Na peronie, poza żołnierzami Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), było już sporo strażników więziennych, a nowi wciąż wchodzili na peron. Panował poranny chłód, bardzo dokuczliwy szczególnie dla nich, pozbawionych świeżego powietrza, wody i pożywienia. Opadali z sił, słaniając się na nogach, a wielu siadało zaraz na peronie, a to z kolei powodowało wściekłość konwojentów i strażników. Rzucali się na nich, krzycząc i kopiąc, zmuszali do wstania.

piątek, 04 sierpień 2017 08:08

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (24)

Napisane przez

AntczakWojciech        – A jak się panu porucznikowi udało przedostać z Mokotowa na Wolę, a teraz tu, do Śródmieścia? – zapytał jeden z oficerów w randze kapitana.

        – Cudem. Tylko cudem. Idziemy na Dzielną do Komendy Głównej i nie możemy dojść od środy rano, przez całe dwa dni...

        – Bo widzi pan, poruczniku, mnie wydaje się ta pańska wędrówka aż z Mokotowa trochę dziwna... Pan wybaczy, ale nie bardzo rozumiem, dlaczego wysłano pana, właśnie pana, do samej Komendy, skoro są od tego łączniczki... Dla przykładu, my mamy z Komendą stały kontakt, ba! Z całą walczącą Warszawą... Nie powiem, że bez problemów się to wszystko odbywa, ale z reguły, w ciągu kilku godzin wszelkie informacje trafiają tam do nich, a szczególnie te ważne i to od wszystkich Zgrupowań, więc pańska tutaj obecność i całe to pańskie tłumaczenie, proszę mi jeszcze raz wybaczyć, nie są dla mnie, co najmniej przekonujące...

        – Czy mam rozumieć, że pan kapitan podważa moją prawdomówność, a tym samym zasadność mojej misji, notabene, zleconej mi przez mojego bezpośredniego dowódcę, pana majora „Burzę”? 

        Zapanowało nieprzyjemne milczenie. Milczeli jeszcze chwilę, do czasu, aż w drzwiach nie pojawił się sam komendant, major „Tarnawa”.

        – Zapraszamy do stołu. Śniadanie gotowe! 

piątek, 04 sierpień 2017 07:40

Historia powojenna (9)

Napisane przez

        W sobotę, 2 października 1948 roku, odbył się mój ślub z Aliną Marią Dunin-Majewską, na którym świadkiem był mjr Andrzej Czaykowski, ps. Garda, były dowódca Baonu „Ryś” w Powstaniu Warszawskim. Wśród zaproszonych gości, poza rodziną i krewnymi żony, był mjr dypl. Franciszek Kłosowski z rodziną, mój były przełożony z Biura Informacyjnego, serdeczny przyjaciel z Foxley Camp.

        W pierwszych dniach września 1949 roku zostałem przyjęty i otrzymałem stypendium na trzyletni kurs projektowania i produkcji mebli w Centralnej Szkole Sztuki i Rzemiosła w Londynie, który ukończyłem w czerwcu 1952 roku, otrzymując dyplom z wyróżnieniem (Diploma with Distinction), jedyny w tym departamencie.

        10 lipca 1950 roku urodził się syn, Jacek Tadeusz.

piątek, 28 lipiec 2017 08:16

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (23)

Napisane przez

AntczakWojciech        Otoczenie bardzo wolno nabierało coraz wyraźniejszych kształtów. Widniało.

        – Panie poruczniku, tam się coś dzieje! 

        – Gdzie? 

        – Tam, przy Okopowej. Słyszałem jakieś głosy, jakby Niemców. 

        „Virtus” rozejrzał się wokół. Na szczęście byli dość dobrze ukryci za wzniesieniem pełnym gruzu. Z daleka, od strony cmentarza Żydowskiego usłyszeli rzężenie mozolnie posuwających się po wybojach ciężarówek. Po chwili zobaczyli trzy „budy” wjeżdżające na teren zrujnowanego getta. Po zatrzymaniu się wyładowano z nich kilkadziesiąt osób – kobiet i mężczyzn z białymi, gipsowymi opaskami na ustach, ta biel tak bardzo wyraźnie kontrastowała z bezbarwnymi postaciami tych wszystkich ludzi i szarzyzną całego otoczenia. Przy wrzaskach esesmanów i wściekłym ujadaniu psów, wszystkich ich zapędzono w głąb ruin. Kazano się im zatrzymać przed rozstawionymi na trójnogach karabinami maszynowymi. I padła krótka komenda: Schiessen! [Strzelać!]

piątek, 28 lipiec 2017 08:14

Historia powojenna (8)

Napisane przez

        We wrześniu 1945 roku musiałem służbowo spędzić trzy dni i dwie noce w koszarowym budynku w miejscowości Matera niedaleko Mottoli, na kursie podchorążych dla oficerów Armii Krajowej, którzy otrzymali nominacje oficerskie tzw. „z czasu wojny” w Powstaniu Warszawskim bez uprzedniego ukończenia kursu podchorążych lub nie mieli dowodów lub świadków do weryfikacji.

        Po rozszyfrowaniu kilku oszustów i czterech uczestników napadu bandyckiego na jesieni 1943 roku w wieżowcu mieszkalnym przy ul. Mazowieckiej, o czym było bardzo głośno w Warszawie, a ja znałem szczegóły tego napadu od Mieczki Pawlak-Jankowskiej, mieszkanki tego domu, powróciłem do Mottoli.

        Największej satysfakcji doznałem w marcu 1946 roku po „złowieniu grubej ryby”, porucznika służby stałej WP przed wojną, Karola Marksa (imię i nazwisko prawdziwe), pochodzącego z Bochni, a w czasie okupacji Volksdeutcha, oficera SS/SD, który za „skuteczne zwalczanie Powstania Warszawskiego” z Hotelu Bristol w Warszawie, został odznaczony przez samego Hitlera krzyżem „Eisene Kreutz” – 2. klasy.

piątek, 21 lipiec 2017 08:54

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (22)

Napisane przez

AntczakWojciech        – Nie! – stwierdził krótko śledczy zamyślony w czasie tej jego gadaniny. – Słuchaj, Szczygieł, ja widzę, że ty masz talent, naprawdę wielki talent, do odwracania kota ogonem...

        – Toto i ja wiem!

        – I co jeszcze wiesz? 

        – No, nie tylko ja jeden mam ten talent. No bo, każden musi mieć ten talent co tu siedzi, a i ten co to robi w tym wieńźniu. Panoczek też go ma i doktor Grunsztajn z Płochocina, co...

        – Dosyć! Do jasnej cholery, dosyć! – wrzasnął nagle śledczy, waląc pięścią w biurko, aż przesłuchiwany Szczygieł Roman, oskarżony o sabotaż gospodarczo-polityczny i vice versa, skulił się w sobie i zamknął oczy ze strachu, żeby tylko przeczekać tę wielką złość śledczego, który był tak łudząco podobny do... – Słuchaj, kretynie jeden, ja nie mam czasu na takie rozmowy z tobą! Ja chciałbym tylko wiedzieć, dlaczego ty jesteś taki uparty i ciągle, mimo karceru i tych wszystkich cięgów jakie dostajesz wkoło Ma... – śledczy powstrzymał się od wypowiedzenia do końca tego imienia, pomny jego niezbyt składnej opowieści – ...ciągle, uparcie i na dodatek głośno się modlisz! Dlaczego?