Goniec

Register Login

Lektura Gońca (546)

piątek, 31 marzec 2017 15:59

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (7)

Napisane przez

AntczakWojciech        Porucznik „Kwiatek” wezwany nagle do Pułkownika sprawdził w kieszonkowym lusterku starannie przylizane włosy, poprawił jeszcze krawat i wyciągnął nieco mankiety białej koszuli ze srebrnymi spinkami, po czym ruszył w stronę gabinetu swego przełożonego. Uchyliwszy drzwi obite dermą, delikatnie zapukał we framugę.

        – Proszę, wejdźcie poruczniku... Kwiatek. Dobrze mówię?

        – Kwiatycki, obywatelu pułkowniku – poprawił go.

        – No jasne! Kwiatycki, Kwiatycki... Nieważne... Proszę, siadajcie poruczniku. Czy wiecie, po co was wezwałem?

        – Domyślam się, że w sprawie, którą aktualnie prowadzę...

        – To także, ale przede wszystkim, chciałem wam pogratulować podjęcia bardzo ważnej decyzji... życiowej, niejako.

        – ?

        – Widzę po waszej minie, że nie bardzo rozumiecie, co mam na myśli.

        – Ależ oczywiście, że wiem! Towarzysz pułkownik ma z pewnością na myśli zaręczyny!

        – Jakie zaręczyny?

piątek, 31 marzec 2017 15:09

Pamiątki Soplicy (51)

Napisane przez

pamiatki-soplicyTłumy szlachty przez cały ranek przybywały dla powtórnego powitania najjaśniejszego pana, a przed południem samym urzędnicy nasi przybyli z Nieświeża z doniesieniem, że lada chwila król przyjedzie. Jakoż niedługo czekaliśmy na karetę dworską, z której wysiadł król, książę wojewoda wileński, JW. wojewoda nowogródzki i ksiądz Naruszewicz, pisarz wielki litewski, a za nimi rozmaite karety, z których wysiadały: infuły, mitry, ordery, krzesła i tak dalej. Gospodarz, przyjmując u ganku wysiadającego króla, padł mu do nóg, dziękując za zaszczyt przyniesiony jego domowi; i my wszyscy klękli. Jak ojciec przez dzieci, tak król przez wiernych poddanych powitany został – i mocno go rozrzewniła czołobitność nasza. Nie obawa to była, ale miłość, a tego słodkiego uczucia tylko dobrzy, ojcowscy króle doświadczyć mogą. Pani chorążyna podała rękę królowi i zaprowadziła go do obszernej sali bawialnej, która w okamgnieniu się napełniła. Król, kilka chwil zabawiwszy, trochę z obywatelami rozmawiał, chwaląc uprawę roli w Nowogródzkiem, iż nawet na Rusi piękniejszego zboża nie widział, ale wkrótce kazał się zaprowadzić do komnaty jemu przeznaczonej.

piątek, 24 marzec 2017 07:50

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (6)

Napisane przez

AntczakWojciech– Owszem, dziś, po latach można by tak powiedzieć, ale wtedy, po czterech latach okupacji, przygotowań, szkolenia nas na okoliczność ataku, jak tylko pozwolą na to warunki, ponadto Niemcy wydawali się być tacy słabi, niemal przegrani wobec nadciągającej sowieckiej ofensywy, więc chyba te okoliczności przemawiałyby za podjęciem takiej, a nie innej decyzji.

        – To nie żaden argument, zwłaszcza z wojskowego punktu widzenia, panie poruczniku. Mniemam, że nie zna pan prawdy, no może nie całej, bo któż jest w stanie poznać ją całą... Ale śmiem twierdzić, że nie są znane panu pewne fakty.

        – Być może, ale mimo to, będę bronił swojego stanowiska, że Powstanie tak całkiem nie poszło na marne, że jednak ten zryw miał swój sens, wtedy i teraz, choćby dlatego, że walczyliśmy o naszą godność w oczach... świata.

        – Świata?! Mówi pan „świata”, a wie pan, poruczniku, że świat ma te wszystkie heroiczne czyny głęboko... gdzieś! Świat, proszę pana, jest w sumie obojętny, a mam tu na myśli, tak zwaną opinię światową, z którą, tak naprawdę żaden zbrodniarz się nie liczy. Weźmy chociażby poprzednią wojnę, pierwszą światową, wojnę, chyba nie mniej straszną od ostatniej... Ileż to było wtedy zapewnień, deklaracji wszelkiej maści wielkich, światowych autorytetów, że już nigdy więcej nic podobnego się nie powtórzy... I co? W dwadzieścia lat później... Szkoda gadać!

piątek, 24 marzec 2017 07:45

Wspomnienia z mojego życia (56)

Napisane przez

Bycs24 stycznia wyruszyłem w kierunku Warszawy. Mróz szczypał w twarz, skrzypiał pod butami, do tego wiał mroźny boczny wiatr. Uratował mnie kaptur futrzany, który wraz z futerkiem dla Maryleczki miałem w plecaku. Żona, wyjeżdżając nagle z Krakowa, zostawiła niewykończone u krawca – teraz je odebrałem.

        Drogą w kierunku Warszawy płynął potok pieszych powracających na gruzy Warszawy. O poruszaniu się szybciej, niż dyktował tłum, mowy nie było. Dla mnie, szybkobiegacza, wlec się w tempie nadawanym przez słabszych piechurów było nerwowo nie do wytrzymania. Przeprawiłem się przez zwały śniegu i zacząłem maszerować dziarskim krokiem polami wzdłuż drogi. Z pól śnieg był zwiany.

        Pierwszy przystanek był w Słomnikach. Tu mój kuzyn, Kazio Paszkowski, wysiedlony z Poznania, osiadł jako ginekolog. Przed niecałą godziną urodził mu się trzeci z rzędu syn. Trafiłem na moment, gdy z oficerem sowieckim, który był przy porodzie, opijali szczęśliwy poród. Przysiadłem się do nich, by się posilić, wypić na każdą nogę, by się lepiej i weselej maszerowało, i w drogę. Zbyt blisko to było Krakowa, aby ulec Kaziowi i przenocować u nich. Założyłem bowiem w swoim planie, że codziennie będę robił 35-40 km. Piechurem byłem dobrym, nogi mnie nigdy nie bolały, zmęczenia nie czułem. W dodatku w przeddzień wyjścia z Krakowa otrzymałem w prezencie od kierowniczki magazynu wujostwa Howilów buty z cholewami, które w pospiechu zostawił gestapowiec zajmujący pokój w mieszkaniu wujostwa. Nie wiem, jak bym bez nich dobrnął do Żyrardowa.

piątek, 24 marzec 2017 07:31

Pamiątki Soplicy (50)

Napisane przez

pamiatki-soplicyKról, otoczony czołem województwa i tłumem szlachty, wjechał konno do Nowogródka i przed farnym kościołem stanął, chcąc najpierw uczcić Pana nad pany. Kiedy zsiadł z konia, pan chorąży Rdułtowski podał mu swoje ramię, a pan Stanisław Orzeszko, koniuszy nowogródzki, trzymał jedną ręką frędzle, a drugą strzemię. U drzwi kościoła na czele duchowieństwa JW. ksiądz Kuncewicz, kanonik wileński a oficjał nowogródzki, orderu królewskiego kawaler, powitał go mową. Po czym król, ciągle klęcząc, słuchał tajemnic Pańskich, w czasie których wymieniony szanowny kapłan przyniósł mu mszał i klęcząc podał mu św. Ewangelię do ucałowania. Po mszy św. urzędnicy województwa oddzielili się od szlachty i skupili się w grono. JW. Gedeon Jeleński, kasztelan nowogródzki, zabrał głos, którym oświadczył w imieniu tychże urzędników radość publiczną z powodu dnia tak świetnego, w którym łaska Najwyższego użyczyła ich województwu nacieszyć się obliczem pana i ojca całego narodu. Książę Radziwiłł, wojewoda wileński, lubo i był zaproszony do grona urzędników, stał między nami, oświadczywszy, iż nie mając urzędu w tym województwie, jest prostym szlachcicem. Gdy skończył mówić JW. kasztelan, od nas witał króla jegomości pan Paweł Odyniec. Po tych mowach i królewskich odpowiedziach – bo król na każdą mowę odpowiadał dziwnie pięknie, a głosem tak miłym, że jakby wdzięczną muzyką wszystkich serca wabił ku sobie – dopiero duchowieństwo, urzędnicy, szlachta, ba, i prostaczkowie nawet. zaczęliśmy śpiewać Te Deum laudamus. Po odśpiewanym hymnie poszliśmy wszyscy za królem do szkoły wojewódzkiej. Ksiądz Krysztof Haraburda, rektor, przyjął króla łacińską mową, na którą król odpowiedział tymże językiem, ale tak płynnie, jakby rodowitym, czym do reszty nas zawojował. Potem od każdej szkoły uczeń wystąpił przed króla z mową. Od poetyki w języku francuskim perorował pan Julian Niemcewicz, podkomorzyc brzeski. Widać było, że król był uderzony wymową tego kawalera; jakoż mnie upewniali świadomi przytomni, że ta mowa miała być bardzo piękną.

piątek, 17 marzec 2017 15:54

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (5)

Napisane przez

AntczakWojciech– Ach, to pan! Proszę, niech pan wejdzie... Dziękuję, panie Władysławie, wszystko w porządku.

        – Jestem „Virtus”. Przychodzę z rozkazu... – zawahał się znowu, wciąż nie wiedząc, czy rozmawia z właściwą osobą.

        – Och, przepraszam, nie przedstawiłam się panu. Jestem Maryla ...ska – powiedziała specjalnie niewyraźnie, wymieniając tylko końcówkę swojego nazwiska. – Jestem żoną „Wielunia”.

        – Muszę się pilnie widzieć z pani mężem.

        – Tak, oczywiście, ale męża nie ma jeszcze w domu... Proszę, niech się pan rozgości, proszę dalej... – mówiła, sprawiając wrażenie zaskoczonej i skonsternowanej.

        – Czy mąż w ogóle mówił pani, po co chcę się z nim widzieć?

        – Tak, ogólnie, ale do niego ostatnio przychodzi sporo osób, że już sama nie wiem...

        – Czy mąż nie zostawił dla mnie żadnej wiadomości?

        – Powiedział mi tylko na odchodne, że ktoś z Wilna ma przyjechać i gdyby...

        – Gdyby, co?

        – Żeby ten ktoś poczekał, ale ja naprawdę nie wiem, kiedy on wróci... Rozumie pan, ja...

        – Czy pani mąż nie zostawił dla mnie jakichś dokumentów, czy choćby adresu, gdzie mógłbym się z nim spotkać, kompletnie nic?

        – Widzi pan, mąż nie wtajemnicza mnie w swoje sprawy... Ale, on powinien zaraz być. Proszę do pokoju. Niech pan siada – powiedziała, odsuwając krzesło od stołu nakrytego koronkowym obrusem.

piątek, 17 marzec 2017 15:48

Wspomnienia z mojego życia (55)

Napisane przez

BycsByło już ciemno, gdy pociąg wjeżdżał na dworzec w Poznaniu. Tramwaj zawiózł mnie na pl. Wolności (Adolf Hitler Platz), skąd już pieszo w al. Marcinkowskiego pod wskazany numer.

        Wyściskaliśmy się z Kunzem, w prezencie podarowałem mu piękne przedwojenne półbuty, które mi do obozu przysłał mój kuzyn Hieronim Wilgocki z Ołoboka – niestety za małe. Kunze mieszkał u swego kolegi i przyjaciela z Ilmenau, który tu, w Poznaniu, pełnił podobną funkcję, jak Kunze w Warszawie. Zjedliśmy razem przydziałową kolację, dużo skromniejszą niż na moich imieninach w Eilenburgu, pogadaliśmy o sytuacji na frontach – smutny dla nich, a radosny dla mnie temat, i Kunze zawiózł mnie na ul. Grunwaldzką do tzw. Miasteczka Wystawowego. Był to zespół kilkudziesięciu baraków drewnianych, zbudowanych przed tzw. Pewuką – Powszechną Wystawą Krajową w 1929 roku – z przeznaczeniem na hotele dla zwiedzających. Niemcy nazwali je „Ausstelungsdorf” – wieś wystawowa.

        Nim wyruszyliśmy, Kunze zadzwonił do Leista i zameldował mu moje przybycie. Następnie podał mi słuchawkę. Zameldowałem się po wojskowemu i wyraziłem podziękowanie za sprowadzenie mnie do siebie. „Fuer Morgen lade ich Sie zu Mittagessen. Kunze wird Sie bringen” – na jutro zapraszam pana na obiad. Kunze pana przyprowadzi. Próbowałem się od tego wymówić brakiem odpowiedniego ubrania, ale Leist nie chciał o tym słyszeć.

piątek, 17 marzec 2017 15:34

Pamiątki Soplicy (49)

Napisane przez

pamiatki-soplicy        Owszem, na wszystkich sejmach posłowie litewscy jednomyślnie z dworem głosowali. Jakoż na pamiętnej sesji sejmowej roku 1786, kiedy rzecz chodziła o przyznanie królowi subsidium charitativum, dość długo rozprawiały stany koronne w połączonych izbach; ale kiedy kolej przyszła na Litwę, książę wojewoda wileński objawił i życzliwość Litwinów, i swoje własną potęgę tymi słowy:

        – Nie mitrężąc czasu tak drogiego przy kończącym się sejmie, w imieniu całej prowincji litewskiej daję afirmatywę.

        I ani w stanie rycerskim, ani nawet w senacie nie znalazł się żaden, co by mu tego pełnomocnictwa zaprzeczył.

        Pan Bohusz, niegdyś sekretarz jeneralnej konfederacji barskiej, był może najgłębszym w całej Polsce statystą i nadzwyczajnie poświęcał się dla kraju. Kiedy jego i nasze starania na niczym spełzły, na małym przestał: osiadł na dziesięciodymnym folwareczku, na którym miał dożywocie z łaski naszego księcia wojewody, bo więcej nic od niego przyjąć nie chciał. Tam zajmował się pielęgnowaniem pięknych kwiatów; rzadko kiedy dom opuszczał, nawet dla Nieświeża, ale dawnych znajomych rad był w nim ugaszczać. Razu jednego, kiedy mu służyłem w jego domku z panem Świętorzeckim, także wielkim statystą, a jego ścisłym przyjacielem, zgadało się wedle naszego zwyczaju o rzeczach publicznych. Pan Bohusz mnie znał, kiedy to jeszcze byłem pokojowym u JW. Ogińskiego, wojewody witebskiego, i niemało czasu strawiliśmy z sobą we dwóch konfederacjach; a tym bliższy wstęp miałem do niego, że nie chwaląc się, na takiej nodze postawiłem mu interes z sukcesorami tegoż JW. Ogińskiego, że na pół darmo, godząc się z nimi, czterdzieści tysięcy mu odliczono. A służyłem mu z przyjaźni, bo żadnej nagrody nie przyjmowałem, chociaż kilkakrotnie coś mnie chciał wetknąć w ręce. Otóż pan Bohusz zaczął mówić o potrzebie powiększenia władzy królowi; że nasze starodawne cnoty zanadto już były zbutwiałe, byśmy się mogli na dal cieszyć po dawnemu. Pan Świętorzecki na to się [nie] godził, jako utrzymywał, że powierzyć się nie można panującemu regnantowi.

piątek, 10 marzec 2017 15:04

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (4)

Napisane przez

AntczakWojciech– Co wy mi tu... pieprzycie jakieś takie duperele! – przerwał mu śledczy. – Konkrety! Mnie interesują tylko konkrety, a ściślej, rozchodzi mi się o waszą zbrodniczą działalność skierowaną przeciwko, najsampierw, Gwardii Ludowej, a potem Armii Ludowej, przeciwko polskim patriotom, prawdziwym, ideowym komunistom! Mnie wcale nie interesują jakieś tam wasze, gazetkowe charakterystyki, dobre dla harcerzyków... Bohuszewicz, ja was lojalnie ostrzegam, jeśli mi zaraz nie zaczniecie gadać do rzeczy, to jak was, kurwa, weznę w obroty, to się zesracie na rzadko! Zrozumiano?!! – wrzasnął, robiąc przy tym bardzo groźną minę.

        – Tak, tylko...

        – Pytam się was! Zrozumiano?!

        – Nie, nie zrozumiano!

        – Ty, słuchaj ty, faszystowski niedobitku – powiedział, zbliżając swoją twarz do jego twarzy, aż Stanisław poczuł smród zionący mu z ust, mieszaninę kwasu żołądkowego i nikotyny, a kątem oka zobaczył jego zepsute zęby, a właściwie już tylko resztki zębów, ciemnobrązowe, przegniłe pieńki. – Jestem w stanie zmusić cię do gadania! Ostrzegam cię, tak poprowadzę śledztwo, że mimo twego chamskiego uporu, podpiszesz wszystko, czego od ciebie zażądam! Resztę zrobi już sąd i w końcu trafisz do piachu, a w najlepszym wypadku, zamienią ci wyrok na „dożywotkę” i zgnijesz za kratami! Ja cię, kurwa, tylko ostrzegam, Bohuszewicz! Chyba... że zaczniesz gadać, i to z sensem, a wtedy posiedzisz sobie, powiedzmy, dwa, trzy miesiące... no, góra do pół roku, mówiąc realistycznie, i wyjdziesz, jak człowiek, na wolność... Wybór należy tylko do ciebie, Bohuszewicz. No więc, jak będzie? Gadasz czy nie?

piątek, 10 marzec 2017 14:55

Wspomnienia z mojego życia (54)

Napisane przez

Bycs        W czasie jednego chłodnego i wietrznego dnia, kiedy spocony siedziałem w czasie przerwy na ziemi, musiało mnie zawiać. Zacząłem odczuwać ból gardła. W nocy dostałem silnej gorączki. Rano poszedłem do obozowego ambulatorium, termometr wskazuje 39 stopni. Skierowano mnie do rejonowego lekarza.

        Na krańcach miasta, po drugiej stronie Muldy, w dzielnicy willowej przy Luetzowstrasse odnalazłem willę, w której mieszkał i przyjmował dr Richard Tahn, Medizinrat – radca medycyny. Jak to zwykle bywa, lekarz, przed przystąpieniem do badania, przeprowadza z pacjentem mały wywiad. Dr Tahn, dowiedziawszy się, że jestem Polakiem, że przeżyłem powstanie na Starym Mieście w Warszawie, w czym był dobrze zorientowany, wdał się ze mną w dłuższą rozmowę. Opowiedziałem mu wszystko z detalami. Byłem chyba pierwszym, który mu bez osłonek przedstawił faktyczny obraz tego, co Niemcy wyprawiali w Polsce, a już szczególnie podczas powstania. Widać było, że jest tym przygnębiony, że wstydzi się za swoich rodaków. Co chwila prosił o dalsze szczegóły.

        Po tym wszystkim zajrzał do gardła, przepisał jakieś pastylki i płyn do płukania gardła. Dał mi zwolnienie od pracy na 10 dni, dodając, że jak długo tu będę, będzie mi wystawiał takie zwolnienia. „Pan nie będzie robotnikiem niemieckim.” Podziękowałem i wyszedłem. Po dziesięciu dniach mam się znowu zgłosić.

        Czy nie urodziłem się w czepku? W pierwszej chwili wydawało mi się, że teraz będę sobie żył jak na wczasach. Na drugi dzień gorączka minęła, temperatura wróciła do normy. Powstało pytanie, co robić z czasem w obozowym życiu. Rano wychodzę razem ze wszystkimi z obozu. Jest jednak za wczesna godzina, by iść do miasta i usiąść w restauracji – jak długo można w niej siedzieć, żeby nie podpaść. Między terenem obozu a Muldą jest pas nieużytków zarośnięty wikliną. Tu ukrywam się przez pierwsze dwie – trzy godziny, i czytam prasę, a najczęściej jestem wtedy myślami na Barcickiej, bawię się z dzieciakami w Lasku Bielańskim, to znów w Dziekanowie nad jeziorem. Po chwili łzy spadają na gazetę, rozklejam się. Jak bardzo ja ich kocham, jak silnie bije serce do nich. Kiedy ich znów zobaczę? W ich najpiękniejszych dniach beztroskiego życia tak mało mogłem im poświęcić czasu. Często wychodziłem do pracy, kiedy jeszcze spali, wracałem, kiedy już spali, ale zawsze wiedziałem, że są pod troskliwą opieką mamy, jakiej inne dzieci nie mają, mamy, która im wszystko zastępowała i która z pewnością zastępuje im nadal.