Goniec

Register Login

Lektura Gońca (546)

piątek, 20 styczeń 2017 14:07

Pamiątki Soplicy (41)

Napisane przez

pamiatki-soplicyOpowiadał mi pan łowczy, że w puszczy cudnowskiej ma swoje siedlisko zgraja Pawlika, sławnego zbójcy, który jest postrachem szczególnie Żydów, gdyż niejedne miasteczko złupił.

        Jakoż przed dwoma tygodniami, zapewne dla wywiadów, Gontar, jego namiestnik, z dwoma hultajami pokazali się na targu cudnowskim z furą półdrabków, niby zwyczajnie pobereżniki. Ale szynkarz jeden, który już raz był w ręku Gontara i niezawodnie by wisiał, bo już miał stryczek na szyi, jeno że na jego szczęście Pawlik trafem nadszedł i kazał go z duszą puścić, obdarłszy do koszuli – poznał go i zaraz pobiegł dać znać dworowi.

        – Jakem się o tym dowiedział – dodał pan łowczy – ruszam czym prędzej na targ z Kozakami. Udało mi się złapać dwóch hultajów, ale Gontar jak w wodę wpadł. Całe miasteczko do góry nogami przewróciłem, ani sposobu było go znaleźć. Mając przecie podkomendnych, kazałem ich w dyby zabić: cały dzień wały mi kopią około zamku, a w furdydze nocują.

piątek, 13 styczeń 2017 15:15

Wspomnienia z mojego życia (47)

Napisane przez

BycsWkrótce Hahn przeniesiony został do Warszawy, na takie samo stanowisko. Wtedy Albinowski wykorzystał przyrzeczenie i przypomniał się Hahnowi. Hahn dotrzymał słowa i według życzenia Albinowskiego przydzielił mu lokal przy ul. Marszałkowskiej, między Świętokrzyską a Królewską, gdzie dzisiaj prywatne pawilony, oraz drugi lokal przy ul. Tłomackie. Oba te lokale należały przed wojną do Hirschfelda. Jeszcze przed utworzeniem getta doszło do spotkania Albinowskiego z Hirschfeldem, który zaproponował Albinowskiemu, żeby się starał o przydział tych lokali, wtedy Hirschfeld sfinansuje remonty, adaptacje i urządzenia. Inicjatorką tych powiązań była przystojna łodzianka, Żydówka, kochanka Albinowskiego. Tak dokładnie przedstawił mi to wszystko Hirschfeld.

        Ale w jakim charakterze mam ja w tym gronie występować? Hirschfeld na to: ma pan „żelazną” przepustkę do getta i za pana pośrednictwem chciałem się kontaktować ze światem po tamtej stronie. Mam do pana pełne zaufanie. Zgodziłem się, jednak pod warunkiem, że to będzie korespondencja wyłącznie ustna. W tej chwili chodziło jedynie o skontaktowanie się z Albinowskim.

piątek, 13 styczeń 2017 15:21

Pamięć (27)

Napisane przez

braunfotoLATA 1970. W LUBLINIE I NIE TYLKO...

        Wracam w lata siedemdziesiąte. Wspaniałym czasem był dla mnie i Zosi letni wyjazd do Francji w 1971 r. Dostałem stypendium Alliance Française. Postanowiliśmy pojechać oboje z Zosią. Będzie biednie, ale będzie pięknie. Chodziliśmy razem po Paryżu, który poprzednio przemierzaliśmy sami, osobno. Teatry, muzea, kafejki. Pojechaliśmy wspólnie na Festiwal do Avignon. Tam, korzystając z zaproszenia poznanego tam małżeństwa Francuzów, jeździliśmy wiele z nimi, ich samochodem, po Prowansji. Z Avignion pojechaliśmy do Grenoble, aby odwiedzić Irenę Reklewską. Mieczysław, jej mąż, a brat przyrodni Zosi, był w podróży służbowej; miałem go poznać dopiero za parę lat, gdy zatrzymaliśmy się z Zosią w Grenoble w drodze powrotnej do Polski z Festiwalu Teatralnego w Sitges w Hiszpanii. Będąc w 1971 r. u Ireny, wjechaliśmy kolejką linową na Mont Blanc. Potem przejechaliśmy autobusem przez góry – zachodnie wzniesienia Alp – na Lazurowe Wybrzeże, gdzie zatrzymaliśmy się w Lavandoux, w gościnnym domu państwa Aspar i ich córki Solange, znanej nam z Polski, malarki, koleżanki Teresy, siostry Zosi. Pan Aspar zaprosił nas na rejs swą dużą żaglówką na wyspę Porcroles. Jedliśmy tam najlepszą na świecie zupę bouillabaisse.

piątek, 13 styczeń 2017 14:35

Pamiątki Soplicy (40)

Napisane przez

pamiatki-soplicyMiędzy fraczkowymi to, między tymi, co po polsku z musu tylko i z biedy mówili, a po zagranicach ciągle wędrowali i pudrowali czupryny, można je było znaleźć stosami; wszak to oni przy sterze rządowym siedzieli.

        A czy to kontuszowi sprowadzili Moskali przy schyłku Augusta III?

        Czy kontuszowi nas poddali pod gwarancją carowej? Czy kontuszowi podnieśli konfederacją słucką, toruńską lub zawiązali targowicką? Czy to kontuszowi marszałkowali na sejmach podziałowych? Wszystkie spiski na ojczyznę w języku francuskim się knowały; a jeśli uwikłał się w paskudztwo jaki nieobaczny kontuszowy szlachcic, zawsze go do tego namówił fraczkowy dworak, pełen poloru i oświaty. Wszakże nawet te zabójcze wyrazy w nasz język wprowadzone, którymi sejmy podziałowe szafowały, a które my, nie rozumiejąc, powtarzali, nie ze szkół jezuickich, ale z akademii zagranicznych do nas przywędrowały.

        Kiedy to my nie znali tego przebrzydłego zagranicznego rozumu, konfederacja barska sześć lat się trzymała. Bo kiedy marszałek jeneralny ogłosił pospolite ruszenie, szlachcic nie brał na rozum, czy to się uda lub nie, ale słuchał powinności, nie oglądał się na majątek ani na żonę i dzieci: siadał na konia i tam ruszał, gdzie prawo krajowe iść kazało. A kiedy nastała Konstytucja 3 maja, za którą każdy z nas był gotów dać się umęczyć, że bardzo oświeceni ludzie rządzili, ani pomyślili ogłaszać pospolitego ruszenia: „To stara ustawa – mówili – trzeba naśladować ukształcone ludy i tylko wojsku poruczyć obronę narodu”. Toteż po kilku tygodniach wszystko się skończyło.

piątek, 06 styczeń 2017 15:01

Pamięć (26)

Napisane przez

braunfotoPojechałem na tydzień oglądania przedstawień, aby niejako na nowo poznać zespół aktorski, choć z wieloma ludźmi już przecież pracowałem. Trzeba było pilnie, na co nalegał Torończyk, odbyć rozmowy sezonowe. Mogłem także obejrzeć mieszkanie, które miałem otrzymać. W warunkach PRL-u było zupełnie dobre: trzy pokoje z kuchnią i łazienką, na pierwszym piętrze, w środku osiedla blokowego, więc nie bezpośrednio przy ulicy.

        Jak się jednak okazało, gdy tam zamieszkaliśmy, w tym osiedlu była restauracja z dancingiem. Okno naszego pokoju sypialnego wychodziło – prawie – na okna tego lokalu. Pięć dni w tygodniu mieliśmy do późnej nocy „koncert” lichej muzyki tanecznej. Po wewnętrznych uliczkach osiedla zataczali się pijani. Niepokoiło nas to, bo choć Zosia i dzieci nie wychodziły wieczorami z domu, to pod oknem stała świeżo kupiona syrenka. Tak, w Lublinie kupiliśmy nasz pierwszy samochód, właśnie syrenkę, częściowo przy pomocy pożyczki od mamy Zosi. I pewnego ranka patrzę z okna – syrenka znikła. Straszne przeżycie. W naszej sytuacji finansowej – straszna strata. Myśleliśmy, że ukradł ją jakiś bywalec tej pobliskiej restauracji. Na szczęście po trzech dniach syrenka się znalazła. Stała na przedmieściu Lublina uszkodzona, porzucona, z pustym bakiem, ze śladami jazdy po ściernisku – w błotnikach były wiechcie słomy.

piątek, 06 styczeń 2017 14:57

Wspomnienia z mojego życia (46)

Napisane przez

Bycs        W kilka dni po objęciu tego stanowiska Fribolin składa wizytę kurtuazyjną prezydentowi Kulskiemu, a następnie nam, dyrekcji finansowej, jako szef finansów w urzędzie nadzoru. Wysoki, przystojny, w mundurze kapitana Wehrmachtu, nieco szpakowaty, elegancki pan. Ponieważ dyr.Ivanka mówił słabo po niemiecku, Zawadzki wcale, Fribolin prowadził rozmowę prawie wyłącznie ze mną. Na pożegnanie powiedział do mnie: „Ich hoffe, dass Sie mich in kuerze besuchen kommen” – spodziewam się, że mnie Pan wkrótce odwiedzi. Sprawa trochę kłopotliwa, ale Ivanka nie poczuł się dotkniętym, raczej się uradował, że będę mógł być buforem Zarządu Miejskiego w pertraktacjach, zwłaszcza finansowych.

        Tak się też i stało. Już na pierwszym posiedzeniu nad preliminarzem budżetowym okazało się, że nie Kunze, a sam Fribolin prowadzi konferencję, że orientuje się znakomicie w sprawach finansowych i budżetowych, że jest partnerem twardym, niełatwo narzucić mu swój pogląd, stanowczo forsuje swoje tezy, jest w dodatku bardzo pedantem i nawet trochę histerykiem.

        Debaty ciągną się godzinami. Nie tak łatwo go rozgryźć. Szukamy jego słabych stron, bo przecież każdy takie ma. Nie można ich znaleźć. Jedno, co zmienia czasem napiętą sytuację, to wtrącenie jakiegoś stosownego do debaty dowcipu lub anegdoty. Ale skąd je wciąż brać, zwłaszcza że te debaty wcale nie nastrajają do dowcipkowania, raczej do mordobicia, ponieważ władze niemieckie zmierzały do redukowania zakresu działalności polskiego Zarządu Miejskiego poprzez ustalenia w zakresie budżetu, tego teoretycznie wszech-instrumentu rządzenia. Stąd też pod pretekstem ustaleń finansowych oszczędności Niemcy zamierzali realizować nacisk polityczny.

piątek, 06 styczeń 2017 14:17

Pamiątki Soplicy (39)

Napisane przez

pamiatki-soplicyOtóż tedy te wszystkie dusze stały przed sądem Bożym, tak jak później po zupełnym rozstaniu się z ciałem stanęły. I każda dusza z zupełną mądrością o wszystkich swoich grzechach wiedziała i o wszystkich grzechowych okolicznościach, bo to wszystko było na tychże duszach wyrażone, że i błogosławiona Anna to wszystko widziała, jakby na swojej dłoni. A już i Pan Bóg nie miałby potrzeby te dusze sądzić, bo każda sama siebie by osądziła najsprawiedliwiej. Strach był tam wielki, bo póki z ciałem, dusza sama siebie niby oszukuje, ale bez niego nie ma rady, wszystko przed sobą na wierzch wychodzi. A bardzo było mało dusz, wedle relacji naszej świętej, które by sobie przyznały prawo do nieba; niewiele też było wprawdzie, co by na wieczne potępienie zasłużyły, ale najwięcej takich, którym trzeba było oczyszczać się pokutą. Nam się zdaje, że czyściec niestraszna rzecz, ale dusza okrutnie się go boi, bo tam takie cierpienia, że wszystkie nasze są fraszki, a nad wszystkie cierpienia wstyd, że aż poniewolnie pokutować trzeba, a tak łatwo było za żywota od tego się ustrzec. Truchlały więc dusze, że i błogosławionej Anny rozbiłaby się na sam widok ich udręczeń, by jej łaska boska nie dodała siły do zniesienia tego, na co patrzała. Otóż nasz Zbawiciel powiedział tym wszystkim duszom:

        – Jeszcze na was ostateczny koniec nie przyszedł, wrócicie do ciał, które na was czekają. A jeżeli stan, w którym was postawiłem, myślicie, że jest na przeszkodzie waszemu zbawieniu, wybierzcie sobie dogodniejszy, a który wybierzecie, tego ja wam dam.

czwartek, 22 grudzień 2016 16:04

Pamięć (25)

Napisane przez

braunfoto        Pierwszy sezon (1965–1966) toruński był jakiś spokojny, bez podróży, szarpaniny. W następnym pojawiły się nowe napięcia – o tym za chwilę. W teatrze, po Weselu, zrobiłem jeszcze dwie inscenizacje z ogromnymi dekoracjami i licznymi obsadami: Dobrego człowieka z Seczuanu Brechta z Tatianą Pawłowską i Wizytę starszej pani Dürenmatta z Zulą Melechówną. Obie zagrały wielkie role. Wyreżyserowałem też Fantazego, mego pierwszego Słowackiego, i Dwa teatry, które skameralizowałem chcąc jakoś naprawić błędy „monumentalnej” inscenizacji warszawskiej. Sprawdziło się potraktowanie Dwóch teatrów jako „teatru wewnętrznego” (to termin Tadeusza Różewicza).

        Zosia spędzała wiele czasu w bibliotece uniwersyteckiej, gromadząc materiały do doktoratu o Copeau, tłumacząc jego artykuły. Chodziliśmy na spacery z Moniką do parku nad Wisłą. Nawiązaliśmy wiele dobrych znajomości: profesor Konrad Górski z żoną; profesor Kazimierz Dąbrowski z żoną i córką Krysią, wkrótce Jakowską (z młodymi Jakowskimi następnego lata wyprawiliśmy się wspólnie kajakami na Czarną Hańczę); profesor Maria Znamierowska-Preüfferowa (która umożliwiła mi wystawienie Kleopatry i Cezara Norwida w sali swego Muzeum Etnograficznego); aktor Tadeusz Pelc i jego żona „Hasia” (nigdy nie wiedziałem, jak naprawdę brzmi jej imię), ludzie ogromnie przyjaźni i bliscy poprzez wiarę, i wielu, wielu innych.

czwartek, 22 grudzień 2016 15:54

Wspomnienia z mojego życia (45)

Napisane przez

BycsW sobotę około godziny dwudziestej pierwszej zameldowało się dwóch policjantów w hełmach, z ręczną bronią maszynową na plecach. Nowak z Kutznerem byli uzbrojeni jedynie w grube torby skórzane i upoważnienia z pieczęcią Stadthauptmanna. Wsadziłem ich do samochodu, przeżegnałem i odjazd. Uprzedziłem, że będę na nich czekał w swoim gabinecie, a gdyby zaszła konieczność porozumienia się ze mną telefonicznie, poleciłem mówić po niemiecku.

        Wrócili przed godziną pierwszą z pełnymi torbami. Kutzner wspomniał o przygodzie, jaką miał w Kinie „Apollo”. W tym najnowocześniejszym kinie Treuhaender miał swoje biuro. Kiedy pojawili się w pomieszczeniu kasy egzekutorzy, natychmiast przywołano Treuhaendera. Zbliżywszy się do Kutznera, chwycił go za krawat, i ze słowami „No?” wyciągnął mu krawat spod kamizelki. Kutzner błyskawicznie zrobił to samo z krawatem Treurhaendera. Zaszokowało to Niemca. „Entschuldigen Sie, ich dachte Sie sin ein Pole” – przepraszam, sądziłem, że pan jest Polakiem. Na to Kutzner: „Was fuer ein Unterschied iist zwischen einem Deutschen und einem Polen, wenn man die Krawatte auszieht?” – jaka jest różnica między Niemcem a Polakiem, kiedy sobie wyciągają krawaty? Treuhaender w dalszym ciągu nie jest pewny, z kim ma do czynienia, ale zmienia ton i prosi ich do swego biura. Odmawiają i przystępują do przeliczania pieniędzy, jakie zastali w kasie. Treuhaender zwraca się wobec tego do policjantów. Ci nawet nie odpowiadają, tylko stoją za plecami egzekutorów i nie wpuszczają nikogo do kabiny kasowej.

czwartek, 22 grudzień 2016 15:29

Pamiątki Soplicy (38)

Napisane przez

pamiatki-soplicy– Dobrze mówi pan Żydaczewski – odezwał się pan Korsak.

        – I ja z nim trzymam! – krzyknął pan Franciszek Dzierżanowski – z jego łaski zginął pan Sawa i pan Pstrokoński, i dwóch braci rodzonych naszego naczelnego wodza, i tylu mężów, co ich i naliczyć nie można, i cały mój pułk w onegdajszej potyczce, co w nim ledwo półtorasta koni zostaje – a my byśmy go mieli żałować, a zasię!

        – Zgoda, zgoda! i Litwa trzyma z Koroną – odezwał się pan Kiersnowski i pan Staniewicz.

        – Zgoda! zgoda! – zaczęto krzyczeć. – Poniatowskiego zabić, i kwita! Jak się trochę uciszyło:

        – Panowie bracia – odezwał się pan Puławski – z woli waszej odebrałem nad wami dowództwo i chociaż, jak to mówią, bywaliśmy pod wozem, czasem siedzieliśmy na wozie, podchlebiam sobie, że waszego zaufania nigdy [nie] zawiodłem. Ale jeżeliście ufność we mnie stracili i chcecie po swojemu robić, odbierzcie mi władzę, a ja jako prosty żołnierz z wami służyć będę; ale do takiej roboty, by królowi życie odbierać, należeć nie chcę. Czy wy nie widzicie, że tylko pozoru szukają? Dziś Poniatowski ubity, a za tydzień i Prusacy, i królowa węgierska do nas przyjdą, a tu z jednymi Moskalami ciężka sprawa. A potem, bądź co bądź, a poczciwie róbmy. Czy to była rzecz słyszana, żeby Polak krwią królewską ręce swoje mazał?