Goniec

Register Login

Lektura Gońca (546)

czwartek, 08 grudzień 2016 22:54

Pamięć (23)

Napisane przez

braunfotoZA PRACĄ
        
        Więc to było tak – na wiosnę 1964 r. Miałem na utrzymaniu rodzinę. Miałem masę sztuk, które chciałem wyreżyserować. Mieliśmy mieszkanie w Warszawie. Nie miałem pracy.

        Zacząłem jej rozpaczliwie szukać. Było późno – już druga połowa kwietnia 1964 r. Najpierw, logicznie nasuwało się szukanie pracy w stolicy. Podjąłem takie próby. Nieudane. Musiała iść za mną opinia Krasowskiego, którego wszyscy się bali. Skoro on mnie wyrzucił, to zaangażowanie mnie byłoby działaniem przeciwko niemu. Żaden dyrektor teatru w Warszawie nie chciał tego ryzykować.

        Napisałem listy do kilku dyrektorów teatrów w kraju – znanych mi (bo nie powiem – znajomych) i nieznanych. Otrzymałem pozytywne odpowiedzi od dwóch. Na rozmowę zaprosił mnie, i to w trybie pilnym, Roman Sykała, który prowadził Teatr Powszechny w Łodzi i pamiętał mnie z Poznania, z „Wizyty starszej pani”. Zaprosił mnie także na rozmowę Jerzy Torończyk, dyrektor Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie, którego nie znałem osobiście, ale było kilka powodów zwrócenia się do niego: pamiętałem Lublin ze zjazdów polonistycznych i ze spotkań Świętej Lipki. Moja siostra Isia była tam asystentką na KUL-owskiej psychologii, asystentem profesora, biskupa Karola Wojtyły, na filozofii był jej narzeczony, Jerzy Gałkowski; wkrótce mieli się pobrać. KUL w ogóle był mi bliski jako (wtedy) bastion katolicyzmu.

czwartek, 08 grudzień 2016 22:18

Pamiątki Soplicy (36)

Napisane przez

pamiatki-soplicyOtóż więcej tygodnia, com bawił w zamku okazałym, u możnego obywatela, prócz domowników żywego ducha nie widziałem, choć sąsiadów miał mnóstwo, bo tam żaden magnat nawet takich obszernych włości jak u nas nie posiada. To mnie mocno zadziwiło: jak można takie życie prowadzić, wszystko mieć do przyjęcia ludzi, a nie widzieć ich u siebie. U nas by obywatel zwędził się z nudów, a on się nie nudził, bo miał wielką bibliotekę i różnego gatunku zbiory. To jakieś kwiatki zasuszone w papierze, to robaczki szpilkami pokłute, to muszle rozmaitego kształtu, to kruszce wszystkie, jakie tylko są na świecie, a których nazwiska tak recytuje, jakby litanię do Najświętszej Panny, że ani się zatnie, bo on to wszystko mnie pokazywał i tłomaczył. To kiedy się napracuje w polu, to te swoje drobiazgi przepatrzy, przeczyści, przekłada – i tak mu czas schodzi. A jak mnie mówił, to każdy u nich obywatel ma podobne rupiecie i nimi się bawi, że mu gawędy nie potrzeba. My, szlachta, tego u siebie nie mamy ni się na tym znamy, a cała nasza zabawa z ludźmi obcować.

piątek, 02 grudzień 2016 15:35

Pamięć (22)

Napisane przez

braunfotoKATASTROFY

        W 1956 r. mieliśmy, już we dwoje z Zosią, dwa solidnie wymoszczone gniazda. Byłem etatowym reżyserem w dwóch bardzo dobrych teatrach, w Teatrze Polskim w Warszawie i w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Do Gdańska trzeba było dojeżdżać z Warszawy, ale w obu miejscach czuliśmy się dobrze, praca się układała i planowaliśmy, że tak będzie trwało.

        Jak już wspomniałem, w Teatrze Polskim robiło się w sezonie 1963–1964  jakoś ciężko, niesympatycznie. Przyszli bowiem do teatru Krasowscy. To trzeba opowiedzieć po kolei i jasno, zwłaszcza że wciąż te sprawy są albo pokrywane milczeniem, albo przedstawiane pokrętnie.

        Otóż, po kolei. S.W. Balicki, który mnie do Teatru Polskiego zaangażował, był polonistą, dziennikarzem, wydawcą, urzędnikiem państwowym, objął w 1957 r. dyrekcję Teatru Polskiego po wielkim Arnoldzie Szyfmanie, przychodząc tam z Ministerstwa Kultury i Sztuki. Mówiono, że niejako „dopomógł” Szyfmanowi w odejściu z teatru. Sam jednakże kontynuował jego linię repertuarową, zwłaszcza serią świetnych inscenizacji Słowackiego zrealizowanych przez Romana Zawistowskiego. Ale stosunkowo szybko, kierowany przez niego Teatr Polski zaczął tracić energię. Sukces „Pierścienia wielkiej damy” w mojej reżyserii, pierwszej realizacji Norwida w Warszawie po wojnie, Balicki wykorzystał do podreperowania swej pozycji. Ale niebawem kłopoty wróciły. No cóż, ja byłem wciąż młody i niedoświadczony, a zarazem nie należałem do partii, nie stało za mną żadne „lobby” i nie dawałem Balickiemu oparcia.

piątek, 02 grudzień 2016 15:32

Wspomnienia z mojego życia (42)

Napisane przez

BycsKiedy 5 października w godzinach późnopopołudniowych przybyłem na Ratusz, w gabinecie Starzyńskiego odbywała się konferencja. Pani Stefania, sekretarka, zameldowała mnie natychmiast. Prezydent kazał mnie prosić. Odbywała się bowiem narada nad szukaniem źródeł dochodowych dla pokrywania zwiększonych wydatków miejskich przy całkowitej utracie wpływów z przedsiębiorstw miejskich, które prawie że leżały w gruzach i które na razie trzeba dofinansowywać. Stało się oczywiste, że normalne źródła dochodowe miasta nie wystarczą na pokrywanie zwiększonych i z dnia na dzień rosnących wydatków Kasy Miejskiej. Trzeba szukać nowych źródeł, które po wyczerpaniu się rezerw zaspokoiłyby potrzeby gospodarki miejskiej. Przy tych poszukiwaniach należy się liczyć ze znacznym zubożeniem ludności, której siła płatnicza uległa silnemu zmniejszeniu. W tych warunkach szukanie dodatkowych dochodów w podatkach i opłatach miejskich byłoby nierealne, a z polskiego punktu widzenia także niewskazane.

        Zważywszy na to, że miasto będzie musiało obecnie przejąć wiele funkcji i ciężarów ponoszonych dotychczas przez skarb państwa, powstała dziś w dyskusji koncepcja, by dodatkowych źródeł szukać w zwiększonym udziale miasta w podatkach państwowych. Inaczej mówiąc, chodzi o szukanie potrzebnych środków w kasach niemieckich. Zadanie przygotowania takiej koncepcji spadło oczywiście na mnie, jako resortowego szefa tych zagadnień. Zwyczajem Starzyńskiego każda nowa myśl czy nowy projekt były na wczoraj.

piątek, 02 grudzień 2016 14:59

Pamiątki Soplicy (35)

Napisane przez

pamiatki-soplicyAle nie na tym koniec. My ze sławą i ze zdobyczą wrócili do swego obozu, a pan Kaźmierz Puławski wydał wedle zwyczaju rozkaz, aby nikt po capstrzyku nie śmiał z niego wychodzić, i natychmiast kazał go otrąbić. My więc do spoczynku, a ksiądz Marek do brewiarza.

        A kiedy już dobrze ciemno się zrobiło, poszedł do namiotu pana Puławskiego i mówi mu:

        – Bóg z tobą, panie starosto dobrodzieju; śmiem pana prosić o wielką łaskę.

        – Rozkaż, księże. Co możem i co mamy, na twoje zawołanie.

        – Oto proszę mnie pozwolić wyjść z obozu.

        – A dokąd?

        – Muszę być koniecznie tej nocy w obozie moskiewskim.

        – W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, czy żartujesz, księże? A jakiż tam mieć możesz interes?

        – I wielki interes, bo Pan Bóg mnie tam woła, ale z klasztoru bez wiedzy przeora ani z obozu bez wiedzy naczelnika nie pozwala wychodzić. Pan Bóg mnie objawił, że we wczorajszej potyczce jeden ich pułkownik śmiertelnie rannym został i przede dniem skona. On z naszej wiary, choć między nimi się rozpaskudził, a Bóg łaskaw mu pozwolił pragnąć księdza. Trzeba mnie go na śmierć dysponować.

piątek, 25 listopad 2016 15:09

Wspomnienia z mojego życia (41)

Napisane przez

BycsWieczorem 20 przyszedł do mnie kolega Rokita i zawiadomił mnie, że moja Żona z dziećmi przeniosła się do jego willi na Żoliborzu, ponieważ na Bielanach już za najbliższą ulicą od zachodu zaczynają się okopy, a działa stoją w ogródkach.

        Gdy oddziały rozbitych armii gen.Kutrzeby znalazły się w Warszawie, zamknął się pierścień niemiecki. Musiał nastąpić nieuchronnie akt ostatni działań: regularne oblężenie. Zgasła bezpowrotnie wiara załogi, że dotychczasowa obrona Warszawy była tylko okresem przejściowym, że my też wyjdziemy w pole. Stawaliśmy się coraz bardziej i wyraźniej samotnym bastionem oporu. Cel walki był od tej chwili jasny dla wszystkich: nie dać się.

        Stosunek sił oblegającego do oblężonego po 20 września:

        Na przedmościu warszawskim, strona niemiecka: 45 batalionów, 72 baterie lekkie, 78 – ciężkie, 2 – najcięższe, 300 samolotów. Strona polska: 26 batalionów, 16 baterii lekkich, 10 ciężkich, bez najcięższych, i bez samolotów.

        Na przedmościu praskim, strona niemiecka: 27 batalionów, 27 baterii lekkich, 10 ciężkich, 1 najcięższa, bez samolotów. Strona polska: 20 batalionów, 15 baterii lekkich, 11 ciężkich, bez najcięższych i bez samolotów.

piątek, 25 listopad 2016 14:49

Pamiątki Soplicy (34)

Napisane przez

pamiatki-soplicyKSIĄDZ MAREK
        
        Co też to się dzieje na świecie! Prawdziwie już i cierpliwości nie staje – patrzeć na czyny a słyszeć gadania ludzkie. Takie zapomnienie o Bogu, taka obojętność dla Jego praw! Jakby Jego nauka była tylko dowcipnym wymysłem, bynajmniej nie obowiązującym. Oj, rozumni ludzie, rozumni ludzie! Ciężko przed Panem Bogiem odpowiecie, że tak świetne dary, coście z Jego łaski otrzymali, naprzeciw Niemu obracacie i że gorszycie tylu półgłówków, co bałamucąc się waszym rozumkowaniem, najczęściej z obawy, by za głupców nie uchodzić, wolą potakiwać waszej nieroztropności niż się trzymać tego, co ich wiara nauczyła i co ludzie istotnie wielcy i rozumni miłowali, że wszystko zań gotowi byli poświęcać. Tać to szaleńców, co by istności Bogu zaprzeczali, niewiele; ale mnóstwo takich, a szczególnie między niby mędrcami, co lubo dowodzą Jego bytu, tak Mu działalność i potęgę okrajają, że na jedno wychodzi, jakby mówili, że Jego nie ma.

        Wedle ich, cuda są urojenia ciemnoty. Bóg porządku przez siebie ustanowionego nie odmieni; módl się sto razy na dzień, czego swoim rozumem i pracą nie zrobisz, tego nie wymodlisz. Święci to byli poczciwi mężowie, stosowali się do ducha czasu, do ówczesnych wyobrażeń; ludzie im coś nadzwyczajnego przyznawali, ale ich postępki rozsądnego badania nie wytrzymają. Obrządki, sakramenta są to mądre i zbawienne ustawy dla gminu, których człowiek światły powinien szanować i nic więcej! Tak plotą o rządach Boga, jakby przy Nim była Rada Nieustająca, w której oni zasiadają, a ja, człowiek poczciwy, mam już tyle się dać owładać, abym odstąpił od tego, co tyle wieków, tyle podań, tyle mądrych a cudownych mężów, tyle cnót nadzwyczajnych, tyle na koniec niewinnej krwi utwierdziło? O, to bym zasłużył, aby mnie do bonifratrów zaparto!

poniedziałek, 21 listopad 2016 22:43

Pamięć (21)

Napisane przez

braunfotoZOSIA

        Znałem tę dziewczynę już od stosunkowo dawnego czasu. Studiowała polonistykę.  Nazywała się Zofia Reklewska. Rozmawialiśmy wiele o Norwidzie, chodziliśmy razem do teatru, wpadaliśmy na siebie w trolejbusie, bo moja trasa z Miodowej na Mokotowską, z PWST do Teatru Współczesnego, często pokrywała się z jej jazdą z Uniwersytetu na Krakowskim Przedmieściu też na Mokotowską, gdzie mieszkała tuż obok Współczesnego, czy do biblioteki na Koszykowej, w której spędzała długie godziny. Spotykaliśmy się też u naszej wspólnej przyjaciółki Basi Makomaskiej (zwanej Mako), a raczej jej mamy, w gościnnym mieszkaniu przy ulicy Słupeckiej numer 4, blisko placu Narutowicza. Wiedziałem, że ma powodzenie u chłopców. A ja sam oglądałem się wtedy za wieloma dziewczynami.

        Pamiętam dokładnie dzień, nawet moment, gdy Zosia nagle jakby pojawiła się na pierwszym planie mego życia. Dotąd bowiem była jakby jedną z wielu postaci dramatu. Teraz zaczęła być gwiazdą.

poniedziałek, 21 listopad 2016 22:36

Wspomnienia z mojego życia (40)

Napisane przez

BycsSpałem w swoim sianem wymoszczonym łożu pod baldachimem nieba może godzinę, gdy zbudził mnie alarm lotniczy – wyły wszystkie syreny. Krzycząc „Alarm! Alarm!”, pobiegłem na górę. Z daleka dochodził huk dział, wybuchy bomb, charakterystyczny dla bombowców dźwięk „uuuuuuuuu”, które małymi zespołami przelatywały nad Warszawą, dziś po raz pierwszy dużo wcześniej, i rzucały bomby na różne dzielnice miasta. Nie atakowały ich myśliwce, bo tych już nie było, ubyło też wiele dywizjonów artylerii przeciwlotniczej, więc i ten ogień był słabszy i mniej skuteczny. Nad nami cisza, a moi cekaemiści palą się do walki.

        W południe otrzymałem rozkaz, podpisany przez szefa sztabu dowództwa Obrony Warszawy, aby jeszcze dzisiaj zameldować się u mjr.Mordasiewicza w jego miejscu postoju Nowy Świat 69 (pałac Zamoyskich). Mieścił się tam sztab Zgrupowania Artylerii Przeciwlotniczej, którego szefem był właśnie mjr Mordasiewicz, który mi wręczył rozkaz szefa sztabu Obrony Warszawy włączający moją kompanię z dniem 7 września w skład Zgrupowania artylerii przeciwlotniczej. Mjr  Mordasiewicz na planie sytuacyjnym określił wycinek miasta, który oddany został pod obronę mojej kompanii. Rejon ten obejmował: plac Teatralny, odcinek ulicy Senatorskiej od pl. Teatralnego do Miodowej, odcinek ulicy Bielańskiej z gmachem Banku Polskiego włącznie, oraz gmach Ministerstwa Spraw Zgranicznych przy ul. Wierzbowej, miejsce postoju dowódcy kompanii – Hotel Oficerski w Galerii Luksemburga. Jeszcze dzisiaj kompania ma przejść w ten rejon i zająć stanowiska.

poniedziałek, 21 listopad 2016 21:55

Pamiątki Soplicy (33)

Napisane przez

pamiatki-soplicy        Bywały czyny gwałtu, bywały czyny i podłości; obadwa czasem się łączyły, by zaślepiwszy człowieka, w potwór go zamienić. I w to się do zbytku wpatrują miłośnicy istniejącej pory, a nie chcą widzieć, co się obok działo. Jak się wznaszały przytułki dla nędzy i rozpaczy, jak się po gościńcach gęścili pielgrzymy, jak jaskinie drapieżne bestie ustępowały różnego rodzaju pokutnikom, jak się nimi puszcze napełniały.

        Więc były głęboko wyryte w sercach wyobrażenia obowiązków, a pokąd one się [nie] zatrą, nie ma nic rozpaczającego dla społeczeństwa. Bo ten tylko w niewinności wielkie rzeczy może działać, który w występku może znieść dobrowolnie wielkie pokuty. W owym ogólnym duchu czasu niepoślednie trzymała miejsce nasza ojczyzna. Między rozlicznymi dowodami jeden szczególnie utkwił mi w pamięci, lubo przeszło pięćdziesiąt lat, jakem się o nim dowiedział z największą dokładnością, a to z przypadku.

        Uciekając z więzienia smoleńskiego, ciężko zapadłem na zdrowiu w Człuchach, w powiecie orszańskim. Byłbym niezawodnie w gospodzie żydowskiej skonał, gdyby Opatrzność do niej nie była zaprowadziła dwóch ojców karmelitów bosych, wracających z kapituły do klasztoru swego, pod pieczą świętego Erazma nad puszczą człuchowską wznoszącego się. Ci miłosierni zakonnicy zawieźli mnie z sobą, ledwo przytomnego, i tam przy ich staraniu odzyskałem zdrowie po kilkutygodniowej niemocy. Kiedym ich pożegnał, tak mnie opatrzyli, że mogę wyznać, że ich groszem trafiłem w Krakowskie, gdzie się złączyłem znowu z konfederacją, w której że do końca walczyć będę, uroczyście przysiągłem, i to była przyczyna, że zakonnikiem nie zostałem, bo dziwnie podobał mi się tryb tego zgromadzenia, złożonego z ludzi świętobliwych i pracowitych, a między którymi było nawet kilku uczonych. Dowiedziałem się tam o wszystkich szczegółach ich fundacji i to teraz z przypomnienia zapisuję sobie.