Goniec

Register Login

Historia powojenna (1)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

milczynski-stanislaw        Rozpoczynamy druk rękopisu wspomnień Stanisława Milczyński ps. Gryf, ur. 4 kwietnia 1918 w Poznaniu, zm. 26 stycznia 2016 w Toronto – polskiego żołnierza i powstańca. Majora Wojska Polskiego, działacza podziemia niepodległościowego (SZP, ZWZ, NOW i AK)  kawalera Orderu Virtuti Militari

        Jako podporucznik w składzie Armii Poznań walczył w kampanii wrześniowej. Po kapitulacji Warszawy trafił do niewoli niemieckiej, z której wkrótce uciekł. Od października 1939 działał w Związku Walki Zbrojnej i w Służbie Zwycięstwu Polski w Poznaniu. Przeniósł się do Kalisza i został członkiem Narodowej Organizacji Wojskowej. W 1943 wyjechał do Warszawy i przyłączył się do walki konspiracyjnej prowadzonej przez Okręg Warszawski Armii Krajowej (dokładnie V Rejon VII Obwodu „Obroża”). Dowodził m.in. Kompanią Dywersji Bojowej „Kedywu” Rejonu V „Obroży”, która wykonała ponad 30 akcji dywersyjnych i likwidacyjnych. Następnie walczył w powstaniu warszawskim jako dowódca Kompanii „Krawiec” w Rejonie V i na Mokotowie. Został dwukrotnie ranny i ewakuowano go kanałami do Śródmieścia. Po kapitulacji umieszczony w szpitalu dla jeńców wojennych w Zeithain, a następnie w Stalagu IV-B w Mühlbergu.

        Był jednym z głównych fundatorów tablic pamiątkowych w kościołach w Wilanowie, Powsinie i Pyrach pod Warszawą ku czci żołnierzy Armii Krajowej 

--------------------------------------------

        W piątek 13 kwietnia 1945 r., o godzinie 11:15 rano niemiecka administracja wojskowa obozu urzędowo ogłosiła przez megafony, że “wróg”, czyli armia sowiecka zbliża się i że opuszczają obóz, nad którym władzę przejmują jeńcy. 

        Komendantem obozu wewnątrz został porucznik-Anglik komendant obozowej policji. Były niemiecki komendant – pułkownik Wehrmachtu i załoga wartowników – żołnierze niemieckiego volkssturmu, oraz podoficerowie Abwehry,  Wehrmachtu mieli dalej urzędować w baraku administracji poza obozem, w sprawach gospodarczych i kontaktów z władzami wojskowymi Wehrmachtu walczącymi na prawym brzegu rzeki Łaby z armią sowiecką, a na lewym brzegu z oddziałami armii alianckiej. 

        Po tym oficjalnym komunikacie i zmianach w zarządzaniu obozem, na ocalałe wieże weszli żołnierze byli jeńcy Anglicy i Amerykanie, ale dyżurowali obóz bez ciężkich karabinów maszynowych. Ich zadaniem było informowanie komendanta obozu, Anglika, o punktach zapalnych, jak osobiste porachunki – bójki, lub awantury, czy kradzieże, zwłaszcza w obozie Rosjan, gdyż od tej chwili ich obóz przestał być zamknięty, odizolowany od reszty baraków. Również straż przy głównej bramie obozu przyjęła angielska, obozowa policja nie pozwalając nikomu wychodzić poza obręb drutów. To zarządzenie pozostania wszystkich w obozie podyktowane było bezpieczeństwem bezbronnych jeńców, narażonych na utratę życia w napadach wałęsających się w okolicy grup dezerterów z oddziałów SS, Gestapo i niemieckiej żandarmerii. 

        Przez następne kilka dni słyszeliśmy powoli zbliżające się odgłosy walki niemieckich oddziałów z sowieckimi oraz ciężkiej, obustronnej artylerii i alianckiego lotnictwa, co wywołało w obozie wśród jeńców wszystkich narodowości nad wyraz napiętą i nerwową atmosferę. Najgorzej zachowywali się jeńcy sowieccy, których dotąd Niemcy najgorzej traktowali i żywili, organizując bandyckie napady na baraki Amerykanów dla kradzieży żywności i amerykańskich mundurów. Nawet dochodziły nas słuchy że byłych oficerów NKWD znajdowano  utopionych w latrynach i szambach. Ta sytuacja była najtrudniejsza do opanowania przez angielską policję obozową. 

        Po doświadczeniu przeżycia paru dni w takich warunkach, począłem razem z Kaziem rozmyślać nad planem ucieczki z obozu. Przeszkodą najtrudniejszą do pokonania była szeroka rzeka Łaba (Elbe), gdyż obóz znajdował się na jej prawym brzegu.  Rozważaliśmy tylko i wyłącznie ucieczkę do terenów zajętych przez Aliantów i w tym wypadku najbliższymi były linie frontu z Amerykanami, którzy szli w kierunku Berlina, ale byli dużo dalej od obozu niż Rosjanie. 

        Wiedziałem tylko, że na prawym brzegu z Rosjanami, a na lewym brzegu rzeki z Amerykanami walczą niemieckie oddziały Wehrmachtu, elitarne SS z dużą ilością artylerii i broni pancernej, tak zmasowane, że przez ich linie nie przedostanie się nawet przysłowiowa mysz. Zdawałem sobie sprawę, że te informacje nie zachęcają do ucieczki, ale uparta myśl o niej nie dawała mi spokoju i spędzała sen z powiek.

        Za wszelką cenę chciałem uniknąć oswobodzenia obozu przez armię sowiecką i sowieckiej okupacji w Polsce, o której dużo słyszałem od jeńców, żołnierzy Dywizji Kościuszkowskiej, wziętych do niewoli niemieckiej po wylądowaniu na przyczółku lewobrzeżnym Wisły w Powstaniu Warszawskim, we wrześniu 1944. roku. 

        Jednym z nich był syn kapitana “Michała”, Antoniego Dorożyńskiego, na krótko komendanta, a później zastępcy kapitana “Grzegorza”, Mariana Bródki – Kęsickiego, komendanta rejonu V Baonu “Krawiec” w Powstaniu. Ratując życie wstąpił do oddziału Dywizji Kościuszkowskiej na terenie wschodniej Polski po jej zajęciu przez armię marszałka Rokossowskiego. 

        Do natrętnej myśli o ucieczce z obozu, przyłączyła się pewnego dnia wrodzona intuicja i optymizm, że dobrze obmyślony i zorganizowany plan musi się udać, więc zabrałem się do opracowania jego szczegółów, jak zwykle przedtem w takiej sytuacji, do przeanalizowania wszystkich “za” i “przeciw”. 

        We wtorek się 13 kwietnia skrystalizowany,  gotowy, plan opowiedziałem Kaziowi “Orionowi”, starszemu ode mnie o 10 lat, spodziewając się od niego rozsądnych poprawek i uzupełnień. Tymczasem Kazik po wysłuchaniu mnie i po dłuższej chwili zastanowienia powiedział tylko: “Staszku, z tym musimy pójść do Rotnickiego, i we trójkę udać się do najstarszego stopniem majora Franciszka Orłowicza, a po otrzymaniu jego zgody do niemieckiego pułkownika”. 

        Tego dnia po śniadaniu Kazik i ja spotkaliśmy się z Rotnickim, który po wysłuchaniu planu ucieczki powiedział: “chętnie wam pomogę i pójdę z wami do majora i niemieckiego pułkownika na rozmowy,  ale moja grupa podchorążych nie weźmie udziału w ucieczce, gdyż naszym marzeniem przez całe 5 lat pobytu w niewoli był i jest powrót do Polski i naszych rodzin. To marzenie może się ziścić przez przejęcie obozu przez armię sowiecką w najbliższych dniach”.

        Głównym założeniem mego planu było wyprowadzenie z obozu dużej grupy jeńców – żołnierzy Armii Krajowej, którzy wyrażali chęć przejścia do terenów okupowanych przez armię amerykańską, dlatego nie dziwiłem się odmowie grupy podchorążych. Żołnierze Armii Krajowej nie chcieli wracać pod drugą, gorszą od niemieckiej okupację sowiecką. Major F. Orłowicz, oficer Armii Krajowej żołnierz Powstania Warszawskiego, po wysłuchaniu mego planu, bez wahania go zaakceptował i zgodził się przyjąć na moją prośbę przewodnictwo naprędce stworzonego sztabu ucieczki. 

        Przez stworzenie jak największej kolumny opuszczającej obóz eskortowanej  przez niemieckich żołnierzy Volkssturmu chciałem przekonać niemieckie władze wojskowe i cywilne, z ludnością cywilną niemiecką włącznie, że kolumna jeńców jest urzędowo wysłana do innego obozu i że trzeba jej pozwolić przemaszerować bez przeszkód. Ponieważ mjr Orłowicz i Kazik Michniewicz nie znali języka niemieckiego, a Rotnicki znał go bardzo słabo i jego zadaniem jako męża zaufania wszystkich Polaków było tylko przedstawić nas, jako dowódców już zorganizowanej kolumny niemieckiemu pułkownikowi, ja, jako płynnie władający językiem niemieckim, nie tylko miałem być tłumaczem, ale na prośbę mjr Orłowicza, byłego oficera intendentury, miałem przeprowadzić z pułkownikiem rozmowę o załatwienie przeprawy przez rzekę Łabę oraz przemarsz przez tereny na prawym i lewym brzegach rzeki. 

        Na prawym brzegu dowódcami niemieckich oddziałów walczących z armią sowiecką byli generałowie Wehrmachtu, a na lewym oddziałami SS walczącymi z armią amerykańską dowodzili generałowie SS i SD. Takie informacje zdobyłem w rozmowach z wartownikami. Zdawałem sobie sprawę, że przeprowadzenie kolumny około 1000 żołnierzy przez tereny objęte zaciekłą bitwą skomasowanych oddziałów niemieckich, może okazać się ponad moje siły i zamierzenia, ale liczyłem na demoralizację pokonanych, gotowych do kapitulacji Niemców, myślących tylko o ratowaniu własnego życia. 

        We środę przed południem 18 kwietnia niemiecki pułkownik były komendant obozu po wysłuchaniu mojego wstępu i naszej prośby poinformował nas, że najbliższy pontonowy most na Łabie jest około 8 km od obozu i jest silnie strzeżony przez oddziały SS, a o przejściu po nim decyduje wyłącznie dowódca odcinka tego frontu, generał SS. 

        Dodał jeszcze, że nie ma żadnych szans, aby ten generał wyraził zgodę na przemarsz kolumny jeńców, gdyż tylko bojowe oddziały niemieckie mają prawo z niego korzystać. Na koniec naszej rozmowy pułkownik przyrzekł porozumieć się ze sztabem generała SS w naszej sprawie i ze względu na częste uszkodzenia linii telefonicznej z oddziałami frontowymi umówił nasze kolejne spotkanie na następny dzień po śniadaniu, gdyż liczył, że w nocy łatwiej mu będzie osobiście porozmawiać z generałem.

         W czwartek dziewiętnastego kwietnia po śniadaniu pułkownik przywitał nas słowami: die Sache kommt nicht in frage – ta sprawa nie jest do załatwienia, na przejście mostu dowódca odcinka, generał SS nigdy (użył słowa niemals) się nie zgodzi bo nawet nie zezwala niemieckiej ludności cywilnej, mającej pierwszeństwo. Nie dałem za wygraną zarządziłem przygotowania do wymarszu i podzieliłem kolumnę na mniejsze grupy, których dowódcami wyznaczyłem 11 oficerów – ochotników. Zależało mi na lepszej kontroli dyscypliny w tak dużej kolumnie. Specjalną uwagę kazałem wszystkim zwrócić na zapakowanie tobołków zamienionych na plecaki wyłącznie żywnością na parę dni, oraz puszkami kawy Neski i papierosami amerykańskimi oraz czekoladą. Te trzy ostatnie rzeczy na zamianę z ludnością cywilną na chleb czy inne potrzebne produkty. 

        Tego dnia wieczorem nasze spotkanie, to jest majora Orłowicza, podporucznika Michniewicza i mnie z pułkownikiem Niemcem przeciągnęło się do późnej nocy, gdyż po raz pierwszy zwróciłem się do pułkownika nie z prośbą, tylko z żądaniem i nie pozwoliłam mu skończyć telefonicznych rozmów często przerywanych uszkodzeniami linii z generałem SS. Dopiero po północy kiedy przez pułkownika przekazałem generałowi groźbę że zorganizują w obozie rewolucję, kłamiąc że mamy dużo broni i wypuszczę poza bramę obozu 7000 głodzonych i źle traktowanych Rosjan generał po dłuższej chwili i po słyszanej przez pułkownika jego rozmowie ze swym sztabem odpowiedział, “zezwalam kolumnie polskich jeńców na przemarsz przez most pod warunkiem, że będą prowadzeni przez wartowników Wehrmachtu i  tylko jeśli przyjdą do mostu jutro przed godziną 24., oraz że ukończą przemarsz przed godziną 5 rano, do dnia 27 kwietnia. 

        Po otrzymaniu zgody zwróciłem się do pułkownika o wyznaczenie wartowników i uzgodniłem z nim, że zorganizuję zbiórkę kolumny marszowej na godzinę 18. przed główną bramą obozu oraz wymarsz na godzinę 20. następnego dnia. Żegnając się z pułkownikiem podziękowałem mu za pomoc i przeprosiłem za użycie groźby, która pozostaje aktualna, ale podkreśliłem, że jako żołnierz musi mnie rozumieć i również na moim miejscu tak by postąpił. Podaliśmy sobie ręce, życząc szybkiego końca wojny. 

        W piątek 20 kwietnia 1945 r. przez cały dzień nękała mnie obawa, że przemarsz rzeki Łaby po moście pontonowym może być odwołany, co wywoływało stan wysokiego podenerwowania. Kawa Neska i przysłowie niemieckie “Ordnung muss sein”, czyli porządek musi być, niewiele pomagało w ostudzeniu napięcia. Dopiero, kiedy zacząłem zbiórkę kolumny o godzinie 18. i wszyscy ustawili się bez przeszkód, powoli powracał mi wewnętrzny spokój, a nawet dobry humor. Kiedy przed 20:00 stanąłem obok majora Orłowicza, Kazia Michniewicza i kaprali A. Kurka, F. Węgrzyna na czele kolumny i kiedy z  baraku Wehrmachtu poza bramą wyszło 40 wartowników z karabinami w pełnym rynsztunku z dowódcą Feldfeblem nabrałem pewności siebie i dałem rozkaz policjantom – Anglikom otwarcia bramy.