Goniec

Register Login

Historia powojenna (3)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

milczynski-stanislaw        Następnego dnia, we wtorek, 24 kwietnia, po śniadaniu zarządziłem przeprawę po kładce na wyspę, a po znalezieniu tylko jednej sześcioosobowej łódki z wiosłami w jednej zagrodzie, również przeprawę przez rzekę, z tym że za każdym razem inny wioślarz musiał przepłynąć łódką z powrotem do wyspy po dalszych „pasażerów”. 

        W całej tej przeprawie najbardziej wzruszyło nas wszystkich powitanie przez Amerykanów, gdyż na drugim brzegu rzeki czekał na nas szpaler żołnierzy amerykańskich wręczających nam po trzy kartony breakfast – śniadanie, dinner – obiad, i supper – kolację, i drugi szpaler już ustawiony z odstępami, kierujący nas na duże podwórze między gospodarczymi budynkami majątku rolnego. Na tym podwórzu ubezpieczeni uzbrojonymi amerykańskim żołnierzami musieliśmy przeczekać ukończenie przeprawy przed wieczorem i przenocować do rana 25 kwietnia. 

        We środę, 25 kwietnia 1945  roku, po śniadaniu „z kartonu” i gorącej pysznej kawie, przy pomocy tłumacza amerykańskiego, kapitana polskiego pochodzenia, przedstawiłem wysokiemu amerykańskiemu oficerowi, obecnych 11 polskich oficerów imiennie i żołnierzy w kolumnie jako byłych żołnierzy Armii Krajowej wziętych do niewoli w Powstaniu Warszawskim w sierpniu i wrześniu 1944 r., więzionych w obozie Stalag IV – B w Muehlbergu. Po tym wstępie, krótkiej wymianie pytań i odpowiedzi tłumaczonych przez kapitana – tłumacza, jak się okazało, ten amerykański generał oświadczył, że jeszcze przed południem kolumna transporterów przewiezie nas wszystkich do miasta Grimma, gdzie zaopiekuje się nami amerykański burmistrz miasta. 

        W niespełna godzinę nadjechały transportery i zabrały nas do zupełnie nowo zbudowanych, jeszcze nieużywanych, nowoczesnych koszar pułku artylerii w ładnym, nie bardzo zniszczonym wojną w mieście Grimma nad rzeką Mulde, niedaleko miasta Lipsk w Saksonii, gdzie już czekał na nas burmistrz miasta, amerykański oficer okupacyjnego oddziału. Dużym i mile przyjętym zaskoczeniem było zakwaterowanie około 1000 żołnierzy Armii Krajowej w pokojach z metalowymi, piętrowymi łóżkami i białą czystą pościelą w dwóch dużych koszarowych blokach. Nas, 11 oficerów, odwieziono poza obręb koszar do rodzinnych bloków, gdzie każdy z nas otrzymał na kwaterę osobne paropokojowe, umeblowane i wyposażone mieszkanie po uprzednio specjalnie dla nas wysiedlonych rodzinach niemieckich oficerów pułku. Ja otrzymałem trzypokojowy apartament na pierwszym piętrze, a Kazik taki sam o piętro wyżej, co nas bardzo ubawiło, bo już dużym komfortem byłoby, gdybyśmy obaj zamieszkali w jednym z nich, gdyż były dwie sypialnie i gabinet, poza salonem z jadalnią, kuchnią i łazienką. Następnie otrzymaliśmy tzw. suchy prowiant na kilka dni. 

        W czwartek, 26 kwietnia 1945 roku, przed południem, mjr F. Orłowicz, ppor. K. Michniewicz i ja udaliśmy się na umówione spotkanie z amerykańskim prezydentem (mayorem) miasta, mjr. T.L. Taylorem, w jego biurze w koszarach. Mjr Tom Taylor przedstawił się nam jako prawnik z cywila i że jest pochodzenia żydowskiego, oraz że jego rodzice przez kilka pokoleń mieszkali w Niemczech i możemy z nim rozmawiać po niemiecku.

        Głównym tematem tego spotkania było wyodrębnienie polskich żołnierzy Armii Krajowej, byłych jeńców wojennych, uznanych przez władze amerykańskie jako żołnierzy alianckich, od ludności cywilnej w koszarach, czyli zorganizowanie dwóch obozów. W rozwiązaniu tego problemu pomogła liczba budynków w koszarach i wszyscy przyprowadzeni przeze mnie byli jeńcy wojenni Muehlbergu zajęli dwa trzypiętrowe bloki mieszkalne, gdyż dla ludności cywilnej pozostały jeszcze cztery podobne. Poza tym, pozostały duże, puste hangary po działach, ciągnikach i transporterach, które „nie wróciły” z wojny. W tych budynkach mjr Taylor planował zorganizować obóz dla tzw. displaced persons, ludności cywilnej wszelkiej narodowości i płci.

        Poprzedniego dnia, wkrótce po nas, do koszar zaczęła przybywać ludność cywilna, którą Niemcy więzili w obozach koncentracyjnych i sprowadzili do pracy przymusowej z okupowanych przez nich krajów. Wśród nich najwięcej było Polaków, w przeważającej liczbie młodzież obojga płci. 

        Muszę podkreślić, że zadziwiającym i wzruszającym nas był nad wyraz przychylny stosunek do tych spraw mjr. Taylora i jego wysiłki w organizowaniu wszelkiej pomocy. Następnie mjr Taylor ostrzegł nas przed bandami dezerterów, niemieckich żołnierzy, napadających dla zdobycia żywności po zmroku w drodze do domów, oraz przed byłymi więźniami obozów koncentracyjnych, którym władze okupacyjne we wszystkich trzech strefach (angielskiej, amerykańskiej i francuskiej) pozwalają bezkarnie zabijać rzekomo „rozpoznanych” obozowych oprawców, w pierwszych paru tygodniach po uwolnieniu z obozów.

        Ostatnim tematem, jaki poruszyłem na tym spotkaniu, była kwestia wyżywienia w koszarach, gdyż amerykańskie władze wojskowe dostarczały tylko tzw. suche posiłki w kartonach, kiedy wspaniale wyposażone kuchnie w blokach były nieczynne. Kiedy wspomniałem, że Polak lubi gorącą zupę, tzw. Eintopfgericht, czyli „obiad w jednym garnku” w południe, i to codziennie, mjr Taylor się uśmiechnął i powiedział: Ich auch, „ja także”! Po czym się zamyślił i po długiej chwili zwrócił się do mnie: „Jeśli przydzielę Panu półciężarówkę, czy zechce Pan z kolegami pojeździć po okolicy i kupić, co będzie potrzeba, oraz jeśli znajdzie pan kucharzy, to wydam panu pozwolenie na zorganizowanie tych gorących obiadów”. Uradowany tymi słowami, serdecznie mu podziękowałem i odpowiedziałem: „Jutro rano po śniadaniu zgłoszę się po samochód i jutro będzie zupa na kolację, a potem będzie codziennie na obiad w południe”. Opuszczałem to spotkanie przekonany, że mjr Taylor i ja szybko zrozumieliśmy się i polubiliśmy.

        Tego dnia przy popołudniowym „podwieczorku” i dobrej, parzonej kawie zaskoczyło nas pukanie. W otwartych drzwiach stała młoda, wysmukła i ładna Niemka, ubrana na czarno (w żałobie), i prosiła mnie o pozwolenie zabrania z mieszkania bielizny i ubrań dla jej dwuletniego synka, których nie zdążyła zabrać z powodu paniki i strachu w czasie wysiedlania jej z mieszkania. Po wysłuchaniu jej prośby zaprosiłem ją do wejścia i powiedziałem: „Mieszkania są zajęte przez nas, jedenastu oficerów, w tym bloku tylko na bardzo krótki okres”, oraz że wszystkie wysiedlone rodziny powrócą do nich po naszym wyjeździe i że może zabrać, co tylko sobie życzy, dzisiaj i w czasie naszego pobytu.

        Kiedy po spakowaniu dużej walizki stanęła w otwartych drzwiach do salonu, gdzie z Kaziem piliśmy kawę, i zamierzała otworzyć walizkę, abyśmy skontrolowali, co zabiera, powiedziałem jej, że wszystko to, co ma w walizce, jest jej własnością i nas to  nie interesuje, oraz zapytałem ją, czy zechce z nami wypić filiżankę kawy. Po chwili wahania przyjęła zaproszenie i przyłączyła się do rozmowy. Dowiedzieliśmy się od niej, że jest od paru miesięcy wdową po kapitanie artylerii i że ma dwuletniego synka u swej matki w centrum miasta, gdzie mieszka od chwili wysiedlenia, oraz że ma na imię Liliana.

        W czasie rozmowy zapytałem ją o wiadomości z postępu na frontach i kiedy możemy się spodziewać końca wojny, bo od tygodnia jesteśmy odcięci od komunikatów radiowych, odpowiedziała ze smutnym uśmiechem, że koniec wojny musi być bliski, bo armia sowiecka zwycięża ulicę po ulicy w Berlinie. Również roześmiała się przy słowach: „Pamiętałam zabrać prawie nowe radio, a zapomniałam o bieliźnie dla dziecka!”, po czym powiedziała: „że jeśli panowie sobie życzą, to odniosę walizkę i przyniosę radio wieczorem”. Na drogę daliśmy jej parę czekolad dla jej dziecka, dużą puszkę mleka w proszku i kilka puszek konserw mięsnych, czym wywołaliśmy łzy w jej oczach i na policzkach, czego na pewno nie zrobiliby jej rodacy z SS Polsce!

        Po jej wyjściu Kazik i ja udaliśmy się do koszar, aby umówić się z naszymi kapralami, z „Krawcem”, „Jurem” i „Lipą”, na następny dzień rano, oraz wyszukać kucharzy i rzeźnika do przygotowania kuchni do gotowania obiadów dla mieszkańców koszar oraz „wystarać się” od Amerykanów o koszarowe aluminiowe menażki z łyżkami z magazynu.

        Przed kolacją, kiedy Kazik krzątał się w kuchni, przygotowując naszą kolację, Liliana z koleżanką przyniosły duże radio Blaupunkt i nie wypadało ich nie zaprosić do wspólnego posiłku, przy muzyce transmitowanej z Paryża! Przy kolacji obie wyraziły zgodę na moją propozycją przejęcia obowiązków prowadzenia domowej gospodarki w zamian za wynagrodzenie w postaci produktów żywnościowych, kawy i papierosów amerykańskich, gdyż obaj z Kazikiem nie mieliśmy niemieckich marek, i od tego dnia przychodziła do nas Liliana z Hertą na kilka godzin dziennie, w roli kucharek, sprzątaczek i praczek.

        W piątek rano, 27 kwietnia, udaliśmy się z Kaziem do koszar, gdzie od mjr. Taylora otrzymałem kluczyki do podstawionej półciężarówki wojskowej oraz kilka podpisanych i stemplowanych przez niego blankietów rekwizycyjnych, uprawniających mnie do rekwirowania dla „armii amerykańskiej” środków żywnościowych. Musiałem tylko wpisywać w odpowiednich rubrykach, komu, czyli nazwisko, adres, i co rekwiruję. Pistolet Walther (odebrany feldfeblowi), który z dumą nosiłem na pasie, dodawał mi pewności, że bez łupu do koszar nie wrócimy.

        Przez następnych kilka dni, codziennie przywoziliśmy od jednej do dwóch krów i od dwóch do czterech dużych, tłustych świń oraz kilka worków kartofli i jarzyn (w drugiej, popołudniowej turze). Rekwizycję żywności przeprowadzałem w ten sposób, że zajeżdżaliśmy we wsiach pod dom, na którym była czerwona tablica z hitlerowską swastyką i napisem „Kreisbauernleiter”, czyli wójt (bo pamiętałem z Kalisza, że wójtem musiał być zasłużony członek hitlerowskiej partii) i kazałem mu podać sobie księgę ze spisem bydła i trzody. W tym czasie moja eskorta zaglądała do jego chlewów i obór, aby sprawdzić, co możemy u niego zarekwirować. Tak samo szukaliśmy ziemniaków i warzyw, a w jego kuchni przypraw.

        W czasie sprawdzania stodół u wójtów lub u innych zamożnych rolników, o których dowiedziałem się od ich „przymusowych robotników”, że posiadali samochody i motocykle, zarekwirowałem cztery silne motocykle, które były ukryte pod stertami słomy lub siana i przywieźliśmy je do naszego bloku. W ten sposób ośmiu z nas, młodszych oficerów, staliśmy się „zmotoryzowani”, gdyż nie mieliśmy zamiaru długo korzystać z „gościny” Amerykanów w Grimmie. Przywieziona przez nas żywność przeznaczona była wyłącznie dla kuchni w obu „polskich” blokach, gdyż wyżywieniem stale powiększającego się obozu uchodźców cywilów opiekowało się wojskowe, amerykańskie kwatermistrzostwo, uruchamiając po kolei coraz więcej kuchni w ich blokach oraz kuchni polowych przy zapełnionych hangarach. Kilka razy zdarzyło mi się napotkać w czasie rekwizycji na „opornych”, butnych i odmawiających „współpracy” wójtów i rolników, których „przywoływałem” do posłuszeństwa ostentacyjnym przesuwaniem na pasie kabury z waltherem z prawego boku na środek brzucha przy klamrze pasa i z powrotem odsuwałem na prawe biodro, co powtórzone parę razy, przeważnie wystarczyło. 

Supernagroda

        Zwycięzcy konkursu 2017 Algoma That Real Fly Fishing Contest, para Mary i Peter McCrum, spośród kilku ofert wybrali na nagrodę tygodniowy pobyt w Esnagami Wilderness Lodge.  

        Podczas wyprawy na Esnagami łowili na muchę szczupaki i spędzili cały dzień na rzece Esnagami, łowiąc piękne pstrągi potokowe. 

        Ich przewodnikiem był Eric Lund, właściciel Esnagami Lodge.