Goniec

Switch to desktop Register Login

Historia powojenna (5)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

        W czasie przyrządzania naszych posiłków w kuchni Niemek pilnowali ks. kpt. Paraszewski i pchor. Banasiewicz, na zmiany, aby nie kradły naszych prowiantów, ale już na drugi dzień rano, kiedy przeszliśmy do jadalni, zaskoczył nas brak gotowego śniadania z jajecznicą i brak kucharek Niemek. Uciekły wszystkie w nocy i jak twierdził kierownik kurzej fermy, z obawy, że lada dzień będziemy je „rozliczać” po kolei z traktowania Polek, jeńców wojennych, kiedy były strażniczkami obozowymi. Przez parę następnych dni musieliśmy się gospodarzyć sami. Po tygodniu „kurzej diety” i odrestaurowaniu naszej kondycji fizycznej zabrałem się do zaplanowania dalszej drogi do obozu kobiet AK w Marburgu. 

        22 maja rano wyruszyliśmy do miasta Weimar, aby zatankować u Amerykanów benzynę, po czym wjechaliśmy na autostradę „Reichsautobahn”, chlubę Hitlera, służącą podczas wojny jako pasy startowe dla wojskowych samolotów, z pustymi hangarami pod nawierzchnią.

        Po drodze ominęliśmy miasta Erfurt, Gotha i Eisenach, po czym szosą nr 7 dojechaliśmy do miasta Kassel, znanego przed wojną z fabryk ciężkiego przemysłu, a w dniu naszego przejazdu zamienionego w olbrzymie rumowisko i gruzy. Alianckie lotnictwo zamieniło to wielkie miasto w cmentarzysko –  pomnik dzieła Adolfa Hitlera. 

        W Kassel skręciliśmy na południe, w kierunku miasta Marburg nad rzeką Lahr, i zatrzymaliśmy się na nocleg w miasteczku Fitzlar, w zagrodzie zamożnego rolnika, byłego wójta, na którego domu była z daleka widoczna tablica „Kreisbauernleiter”. Następnego dnia, 23 maja, spotkała nas przygoda z władzami amerykańskimi, kiedy po noclegu w stodole odkryliśmy pod dużą stertą słomy prawie nowy, beżowy samochód marki opel kadet. To „odkrycie nasunęło nam myśl, aby go „zarekwirować” (mieliśmy jeszcze blankiety mjr. T.L. Taylora) i po wyciągnięciu na podwórze oraz po oczyszczeniu ze słomy, zbadaniu silnika, sprawdzeniu pełnego baku paliwa, nie mogliśmy go zapalić i uruchomić. Dopiero po paru godzinach naszych wysiłków, kiedy z rury wydechowej wybiegło kilka myszy i trochę płomieni palącej się słomy z ich gniazda, samochód ku naszej uciesze zapalił i Kazi zrobił przejażdżkę dookoła dziedzińca zagrody.

        W tym momencie na dziedziniec wjechał amerykański dżip z czterema uzbrojonymi żołnierzami i nas aresztowano, ale na ich posterunek zabrali tylko mnie i Kazia, a dwóch żołnierzy pozostało do pilnowania kolegów. Na komisariacie przywitał nas ich kapitan i kiedy z naszych dokumentów się dowiedział, że jesteśmy Polakami, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu zdjął z głowy furażerkę i po polsku, z angielskim akcentem, głośno się przeżegnał i bezbłędnie, głośno odmówił modlitwę „Zdrowaś Maria”, po czym już po angielsku dodał: „Thats all what I know in Polish, from my Polish mother”, co znaczy to wszystko, co ja umiem po polsku, od mojej matki, Polki. Następnie przyprowadził z drugiego pokoju dwie dwudziestoparoletnie Niemki jako tłumaczki i powiedział po angielsku, a one przetłumaczyły na język niemiecki: „Te dwie dziewczyny są bliskimi przyjaciółkami moich żołnierzy i przyszły do mnie ze skargą, że chcecie ich ojcu ukraść jego prywatne auto”. Na te słowa odpowiedziałem: „My nie jesteśmy złodziejami, tylko oficerami polskiego wojska i byłymi jeńcami wojennymi, co możemy udowodnić dokumentami. Mamy rozkaz jak najszybciej zameldować się w najbliższej Polskiej Misji Wojskowej przy sztabie alianckich wojsk okupacyjnych, dlatego chcieliśmy ten samochód zarekwirować”, i pokazałem mu blankiet rekwizycyjny mjr. T. Taylora. Również poprosiłem kapitana o tłumacza znającego język polski albo niemiecki.

        Po tych słowach kapitan wyszedł z pokoju i przyprowadził amerykańskiego majora znającego dobrze język niemiecki, który po zapoznaniu się z naszą sprawą wyraził zgodę na oddanie nam samochodu i zaopatrzył mnie imiennie w odpowiedni dokument – przepustkę. Poza tym poinformował mnie, że najbliższa Polska Misja Wojskowa jest w mieście Krefeld w Brytyjskiej Strefie Okupacyjnej, na północ od miasta Duesseldorf. Od tego dnia nasz podchorąży Banasiewicz był kierowcą por. W. Tymienieckiego i Kazia Michniewicza, a ja i ppor. M. Chłopik byliśmy „eskortą” na motocyklach.

        W czwartek, 24 maja po południu, podjechaliśmy pod bramę obozu kobiet, jeńców wojennych Armii Krajowej, na przedmieściu miasta Marburg nad rzeką Lahr. W kilkanaście minut po nas, z drugiej strony bramy, z przeciwnego kierunku, podjechał i stanął przed nami drugi samochód osobowy, adler, z którego wysiedli pchor. „Cichy” Janusz Radomyski, Leszek Cień-Ciała z kolegą z obozu jenieckiego w Sandbostel, Stalagu X.-B. Radości z tego przypadkowego spotkania nie było końca, aż przeoczyliśmy godziny odwiedzin w obozie i po pobraniu przepustek na następny dzień, udaliśmy się na poszukiwanie kwater na kilka dni.

        Z wynajęciem pokoi dla nas wszystkich nie było problemu w jednorodzinnych, schludnych domkach w pobliżu obozu, zwłaszcza że zabiedzeni, starsi i samotni Niemcy woleli puszki kawy Neski, amerykańskie papierosy, konserwy mięsne i czekolady zamiast bezwartościowych niemieckich marek. Kazik i ja zamieszkaliśmy u pary starszych emerytów w wyjątkowo czystych pokojach ich dwóch synów, na których powrót z rosyjskiej niewoli od paru miesięcy oboje wyczekiwali.

        Od 25 maja do 4 czerwca prawie codziennie odwiedzaliśmy odnalezione nasze koleżanki z Rejonu V, Hankę i Zosię Westrich, zabierając je nieraz z ich koleżankami na wycieczki, pikniki nad rzekę Lahr, z kąpielami w rzece, oraz zwiedzanie pięknych, zalesionych okolic.

        Odwiedzaliśmy p. Irenę Cywińską, byłą primadonnę opery warszawskiej, i p. Krzyżakową, żonę mjr. „Bronisława”, komendanta obwodu 7. „Obroży”, który na krótko przed naszym przyjazdem wyjechał do Paryża.

        Ostatnie dwa dni, 5 i 6 czerwca, poświęciliśmy na przygotowanie się do dalszej podróży i nagromadzenie zapasów żywności, kawy i papierosów od Amerykanów, naszej „monety” na opłacanie następnych kwater.

        We wtorek, 7 czerwca, wyjechaliśmy z Marburga do Fritzlar po przepustkę władz amerykańskich na podróżowanie po Niemczech, gdyż dzięki niej otrzymaliśmy od nich paliwo do naszego samochodu i motocykli oraz tzw. suchy prowiant. Z Fritzlar, przez miejscowości Frankenberg, Siegen i Siegburg, w południe dojechaliśmy do Kolonii nad rzeką Ren. Po sforsowaniu olbrzymich stert gruzów kompletnie zniszczonego miasta dotarliśmy do katedry, na której zdziwiły nas bardzo małe uszkodzenia. Spotkani pod katedrą amerykańscy piloci wyjaśnili nam, że bombardując Kolonię, za cel brali właśnie katedrę, gdyż bomby nie trafiają w cel, tylko w pobliże, i dlatego ten piękny gotycki i historyczny zabytek ocalał. Na pamiątkę zrobiłem kilka zdjęć, po czym poszliśmy nad brzeg rzeki, aby przyjrzeć się „fachowo” zniszczeniom olbrzymiego żelaznego mostu na szerokiej rzece, i skorzystaliśmy z zaproszenia księdza do zwiedzenia pięknego wnętrza katedry z sarkofagiem legendarnej Rzepichy, żony Piasta.

        W godzinach popołudniowych dojechaliśmy do Krefeld i po odszukaniu namiotu Polskiej Misji Wojskowej zameldowaliśmy się u jej szefa, płk. Banacha. Wszystkie misje wojskowe różnych państwa zakwaterowane były w dużych namiotach, z kasynem oficerskim włącznie, gdzie przed obiadokolacją płk Banach przedstawił nas brytyjskiemu pułkownikowi, głównemu szefowi wszystkich misji.

        W czasie obiadu siedziałem przy stole naprzeciwko pułkownika – Anglika, i przy pomocy płk. Banacha w roli tłumacza, musiałem prowadzić z nim rozmowę i odpowiadać na wiele jego pytań na temat Powstania Warszawskiego. Oczywiście nie omieszkałem podkreślać wielkiego rozczarowania i bolesnego zawodu wywołanego wśród powstańców i całego społeczeństwa polskiego zdradą sojuszników-Aliantów, zostawiając Polskę na łaskę Rosji sowieckiej. Kiedy poruszyłem ten temat, płk Banach próbował mnie nakłonić do omijania spraw dotyczących polityki, ale nie usłuchałem go, bo chciałem wykorzystać okazję uświadomienia Anglika, rzekomo „przyjaciela” Polaków.

        Następnego dnia, w piątek, 8 czerwca, po śniadaniu, pożegnaliśmy płk. Banacha i wyruszyliśmy do miasta Kleve nad granicą holenderską, do m.p. 1. Brygady Spadochronowej, dokąd dojechaliśmy po południu.

        W dowództwie brygady zaskoczyło nas nadzwyczaj serdeczne przywitanie przez oficerów i szeregowych, z dowódcą brygady ppłk. Szczerbo-Rawiczem włącznie, gdyż byliśmy pierwszymi żołnierzami Armii Krajowej i Powstania Warszawskiego, których mieli okazję spotkać.

        Po kolacji ppłk Szczerbo-Rawicz i jego szef sztabu mjr dypl. Tonn poprosili mnie i Kazia do pokoju klubowego w kasynie i przy kawie staraliśmy się obaj z Kaziem jak najbardziej szczegółowo odpowiadać na pytania pułkownika i majora na interesujący ich temat, jakie były możliwości i na jakich terenach w okolicy Warszawy mogły wylądować trzy brygady spadochronowe: polska, angielska i amerykańska, oraz jakie były szanse i ewentualne straty w ludziach w przebiciu się tych brygad do Warszawy. Ażeby odpowiedzieć na te pytania, poprosiłem majora Tonna o mapę Polski w możliwie dużej skali i wskazałem na niej Las Kabacki i Lasy Chojnowskie oraz garnizony na tym terenie, i opowiedziałem w skrócie działania powstańcze Baonu „Krawiec” z przebiciem się przez Wilanów, podkreślając, że tą drogą można było przejść do Warszawy bezpiecznie, bez żadnej akcji bojowej.

        Po wysłuchaniu moich odpowiedzi i moich uwag ppłk. Rawicz i mjr Tonn byli tego samego zdania, że taki desant nawet tylko trzech brygad spadochronowych i oświadczenie Anglii, Ameryki i polskiego rządu w Londynie, że Warszawa ponownie jest stolicą Polski pod protektoratem państw zachodnich, zmusiłoby Stalina do uznania niepodległości Polski i nie dopuściłoby do sowieckiej okupacji i komunistycznego rządu w Polsce. Po tej rozmowie udaliśmy się z kpt. Szelepinem do rejonu jego batalionu, gdzie już czekał na nas pokój przygotowany na nocleg. Resztę naszych kolegów zabrali na kwatery dowódcy innych oddziałów Brygady, gdyż każdy z nich chciał mieć swoich „gości”. W sobotę, 9 czerwca, kilku oficerów Brygady z por. Stanisławem Szaflarskim na czele, zabrało nas na  całodzienną wycieczkę do sławnego holenderskiego miasta Arnhem, pola desantu i krwawej bity polskich spadochroniarzy, w której por. S. Szaflarski, mój kolega ze Szkoły Podchorążych Piechoty w Komorowie z 1. Plutonu (bo był wysoki), w 4. Kompanii, gdy ja byłem w 3. Plutonie z powodu niskiego wzrostu.

Wspomina Stanisław Milczyński  ps. Gryf