Goniec

Switch to desktop Register Login

Historia powojenna (6)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

        W niedzielę, 10 czerwca, po polowym nabożeństwie, na życzenie ppłk. Szczerbo-Rawicza, por. Wł. Tymieniecki, ja i pchor. Banasiewicz zostaliśmy uhonorowani odbieraniem defilady całej Brygady Spadochronowej, stojąc obok jej dowódcy. W ten sposób wyrażono hołd dla Armii Krajowej i Bohaterów Powstania Warszawskiego.

        Ten gest ppłk. Szczerbo-Rawicza był dla nas nad wyraz wzruszający i zdjęcia z tej uroczystości mam na pamiątkę.

        Odbierając defiladę obok pułkownika Rawicza, zajęliśmy miejsce pułkownika Anglika, oficera łącznikowego Armii Brytyjskiej, który na tej defiladzie stanął za nami.

        Tego dnia popołudnie zajęły nam rozmowy z szeregowymi Brygady w ich koszarowych blokach, którym musieliśmy opowiadać nasze przeżycia w Powstaniu Warszawskim i na temat życia pod okupacją niemiecką, co ich bardzo interesowało ze względu na ich rodziny w Polsce. 

        W poniedziałek, 11 czerwca, wszyscy otrzymaliśmy jako dar Brygady nowe, sukienne mundury i berety z odpowiednimi dystynkcjami i stopniami noszonymi przez polskich żołnierzy Armii Polskiej pod Dowództwem Brytyjskim na Zachodzie.

        Również każdy z nas otrzymał jako „dar” zaświadczenie zdania egzaminu kierowcy samochodów i motocykli, co zastępowało karty „własności” tych pojazdów i uprawniało nas do pobierania paliwa we wszystkich trzech strefach okupacyjnych. Poza tym, każdy z nas otrzymał zaświadczenie Brygady, potwierdzające naszą przynależność do Polskiej Armii  na Zachodzie, i było ono dowodem osobistym, wystarczającym do przekraczania granic państw europejskich, co w naszym wypadku otworzyło nam granice Holandii, Belgii i Francji.

        W parku samochodowym Brygady mechanicy wymalowali na masce obu samochodów fałszywe numery rejestracyjne i typowe białe, duże, pięcioramienne alianckie gwiazdy na błotnikach i bokach karoserii, co świadczyło, że samochód jest pojazdem wojskowym. W zamian za dokumenty zostawiliśmy w Brygadzie nasze motocykle.

        We wtorek, 12 czerwca, po serdecznym pożegnaniu ppłk. Szczerbo-Rawicza, mjr. Tonna, kpt. Szelepina, Staszka Szaflarskiego i reszty oficerów Brygady zgromadzonych w kasynie oficerskim, wyruszyliśmy do  obozu kobiet Armii Krajowej Oberlangen, zatrzymując się tylko w mieście Meppen, nazwanym „Maczkowem”.

        W obozie Stalag 6-C, uwolnionym przez oddziały pancerne 1. Dywizji gen. Maczka 12 kwietnia 1945 roku, więzionych było 1726 kobiet żołnierzy Armii Krajowej, głównie uczestniczek Powstania Warszawskiego, ale w dniu naszego przyjazdu, po upływie dwóch miesięcy od zakończenia wojny, baraki zionęły pustkami.

        Zakwaterowano nas w baraku przerobionym na „hotel” oficerski, w sąsiedztwie baraku-jadalni, który był zarządzany i zaopatrywany przez kwatermistrzostwo 1. Dywizji Pancernej.

        Od pozostałych mieszkanek obozu dowiedzieliśmy się, że duża część młodych dziewcząt została wysłana do gimnazjum polskiego 2. Korpusu w Nazarecie w ówczesnej Palestynie, część w wieku uniwersyteckim na studia do Brukseli w Belgii i do Anglii. Inne znalazły zatrudnienie w biurach, świetlicach i kantynach żołnierskich w 1. Dywizji Pancernej, duża część, zwłaszcza chorych (na gruźlicę – chorobę obozową), oraz pewna liczba z nich wstąpiła w związki małżeńskie i opuściła obóz z mężami do ich „miejsc postojów” w Dywizji Pancernej, Polskiej Marynarki Wojennej i Polskiego Lotnictwa w Wielkiej Brytanii.

        Ponieważ nie zastaliśmy spodziewanych koleżanek łączniczek i sanitariuszek, nawiązaliśmy nowe znajomości i po zrobieniu kilku pamiątkowych fotografii z nimi, w piątek, 15 czerwca, wyruszyliśmy w dalszą drogę przez Holandię i Belgię z noclegiem na przedmieściu Brukseli w hostelu prowadzonym przez siostry zakonne.

        W sobotę, 16 czerwca, pokonaliśmy ostatni odcinek naszej „krajoznawczej wycieczki” z Belgii do Francji, do Paryża, gdzie pod wieczór zameldowaliśmy się w Polskiej Misji Wojskowej na Quai d’Orsay, po czym zostaliśmy skierowani do koszar Bessieres, Polskiego Ośrodka Wojskowego. Tam zakwaterowano nas  wszystkich w dużym bloku za bramą po prawej stronie, w pokoju nr 71.

        W niedzielę, 17 czerwca, z braku francuskich franków i nieczynnej Misji, odpoczywaliśmy w koszarach oraz na pieszych spacerach po pobliskich ulicach.

        Poniedziałek, 18 czerwca, cały dzień zabrały nam w Misji Wojskowej formalności związane z weryfikacją naszych stopni wojskowych, a w moim wypadku legalnego powrotu do mego prawdziwego nazwiska, Stanisław Milczyński, i moich personalnych danych, jak prawdziwa data i miejsce urodzenia z imionami rodziców włącznie.

        Na nasze szczęście, major Piotrowski szybko odnalazł moją ewidencję w księdze SPP z Ostrowa-Komorowa, tak że w południe zostałem zweryfikowany i mogłem pomóc Kazikowi, Tymienieckiemu i Banasiewiczowi w ich weryfikacjach. Po południu wypłacono nam pierwszą, według stopnia wojskowego, miesięczną pensję i jednorazowy dodatek na umundurowanie, który wynosił prawie dwa razy tyle. Ten duży zastrzyk gotówki sprawił, że czekając na nasze nowe dokumenty do 27 czerwca, mieliśmy wspaniały urlop w Paryżu, co uwieczniłem na fotografiach.

        We środę przed południem 20 czerwca udaliśmy się wszyscy do Misji na Quai d’Orsay, aby doręczyć fotografie zrobione na stacji kolejki podziemnej w automacie, do legitymacji wojskowych. Po załatwieniu formalności zeszliśmy na podwórze Misji do zaparkowanych tam naszych samochodów i zastaliśmy oba stojące na oponach wszystkich czterech kół z wypuszczonym powietrzem. Na ten widok krew uderzyła mi do głowy i wielce oburzony, zażądałem od porucznika „Komendanta Placu” (tak brzmiał napis nad oknem stróżówki jego „biura” w bramie): „Proszę zadzwonić po francuską policję, bo ktoś uszkodził nasze auta!”. W odpowiedzi na moje słowa porucznik z drwiącym uśmiechem powiedział: „Żadna policja nie ma prawa tu wejść i nie wejdzie, bo tu jest placówka dyplomatyczna!”. Po tych słowach zwróciłem się do kolegów i widzów-interesantów słowami: „Panowie! Wypychamy samochody na ulicę, a tam policja nam pomoże!”. Kiedy rozweseleni zaczęliśmy wypychać naszego opla, a za nim adlera Janusza Radomyskiego, porucznik Misji stanął w środku bramy, uniemożliwiając przejazd. Na to krzyknąłem do niego, aby się usunął, bo zostanie przejechany, bo my nie damy się nastraszyć.

        W tym momencie inny oficer Misji podszedł do mnie ze słowami: „Przyszedłem panów zaprosić na rozmowę z panem płk. Szymańskim, szefem Misji”, na co odpowiedziałem, że chętnie pójdziemy, pod warunkiem że nikt nie ruszy i nie dotknie samochodów. 

        Na to spotkanie zabrałem ppor. K. Michniewicza, jako naszego najstarszego oficera, i ppor. J. Radomyskiego, któremu pół godziny wcześniej poświadczyłem weryfikację nominacji do tego stopnia otrzymanej z rąk ppłk. „Karola”, dowódcy Mokotowa Józefa Rokickiego, w ostatnich dniach obrony tej dzielnicy w Powstaniu Warszawskim. Reszcie kolegów poleciłem pilnować samochodów.

        Ppłk Szymański, w obecności mjr. Piotrowskiego i porucznika, który nas zameldował, zwrócił się do nas słowami: „Panowie nie są pierwszymi Polakami przyjeżdżającymi do Francji z Niemiec kradzionymi tam samochodami i motocyklami. Od paru miesięcy mamy z takimi interesantami dużo kłopotów u władz francuskich i proszę mi uczciwie powiedzieć, jak długo macie zamiar te auta trzymać”. Na te słowa starałem się uprzejmie odpowiedzieć: „Panie pułkowniku, po uwolnieniu z obozu jenieckiego w Saksonii, postanowiliśmy wrócić do Polskiego Wojska na Zachodzie i na naszą prośbę władze okupacyjne amerykańskie dały nam te samochody i paliwo do nich, jako jedynego środka transportu, najpierw do Polskiej Misji Wojskowej w mieście Krefeld w Nadrenii, a tam płk Banach skierował nas do pana pułkownika do Paryża w nadziei, że otrzymamy przydziały do 1. Dywizji Pancernej, chociaż jesteśmy oficerami piechoty za wyjątkiem ppor. K. Michniewicza (wskazując go palcem), inżyniera sapera, lub – co by nam bardziej odpowiadało – do 2. Korpusu gen. Andersa we Włoszech. Proszę mi wierzyć, że te samochody nie były ukradzione, gdyż mamy przepustki władz amerykańskich z miast Grimmy i Fitzlar”. Po tych słowach pokazałem pułkownikowi obie przepustki.

        Po chwili namysłu, pułkownik powoli wyskandował: „Jeżeli ja dam słowo, że zostaniecie wszyscy przyjęci do 2. Korpusu i w ciągu paru tygodni będziecie we Włoszech, czy zrezygnujecie z tych samochodów i zostawicie je w Misji?”. Po usłyszeniu tej oferty Kazik i Janusz przytaknęli głowami, że mam ją przyjąć, i odpowiedziałem, nie ukrywając radości: „Panie pułkowniku, spełnia pan nasze marzenia i bardzo dziękuję w imieniu kolegów za pana słowo, które bardzo cenimy”, po czym wyjąłem z kieszeni kluczyki do samochodu i położyłem przed nim na biurku, a za mną uczynił to samo Janusz „Cichy”. Następnie mjr Piotrowski zwrócił się do nas, abyśmy przyszli do niego we środę, 27 czerwca, po gotowe dokumenty i instrukcje na dalszą drogę.

        Do koszar Bessieres wróciliśmy kolejką podziemną i od tego dnia był to nasz środek transportowy po Paryżu. Wolny czas w czasie pobytu w tym mieście wykorzystaliśmy na zwiedzanie historycznych, dostępnych dla turystów, za wyjątkiem cennych zabytków, dzieł architektonicznych, które zabezpieczone na czas wojny rusztowaniami z workami piasku, były dotąd zamknięte dla zwiedzających, jak katedra Notre Dame, Luwr, zamek Tuileries itd. 

        Ale byliśmy na wieży Eiffla, pod Łukiem Triumfalnym i w różnych pięknych parkach, co uwieczniłem na fotografiach.

        W koszarach Bessieres Janusz Radomyski spotkał się z Krzysztofem Głuchowskim, 19-letnim młodzieńcem, serdecznym jego przyjacielem z Wilanowa w czasie okupacji, którego przygarnęliśmy do naszej grupy na wyjazd do Włoch.