Goniec

Register Login

Historia powojenna (7)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

        We środę rano wszyscy stawiliśmy się w Misji u mjr. Piotrowskiego i otrzymaliśmy legitymacje z fotografią wystawione przez Polską Misję Wojskową w Paryżu, podpisane przez niego, oraz bilety kolejowe do miasta Awinion, gdzie miał nas odebrać samochód ciężarowy i odwieźć do Polskiego Wojskowego Obozu w Sorque.

        Mjr Piotrowski wręczył mi listy ppłk. Szymańskiego do komendanta obozu ppłk. Szyszko-Bohusza (nie mylić z generałem Szyszko-Bohuszem, który był w 2. Korpusie) i list do ppłk. Gauzego, szefa Misji Wojskowej w Marsylii.

        Opuszczając Misję na Quai d’Orsay, jeszcze raz serdecznie dziękowaliśmy ppłk. Szymańskiemu, mjr. Piotrowskiemu i reszcie oficerów Misji za szybkie załatwienie naszych spraw i z „lekkimi sercami” wróciliśmy do koszar pakować manatki i przygotować się do wyjazdu z Paryża, następnego dnia.

        W czwartek, 28 czerwca, przed wieczorem doręczyłem list ppłk. Szyszko-Bohuszowi, po przeczytaniu którego ppłk Bohusz zapytał mnie: „Kim panowie są, że nie mam panów wpisać do ewidencji obozu i w ciągu do trzech dni mam was odesłać do Misji w Marsylii?”. Odpowiedziałem w myśl ustnej instrukcji ppłk. Szymańskiego: „My jesteśmy oficerami po wykonaniu  wyjątkowo tajnego zadania i musimy jak najprędzej zameldować się w sztabie 2. Korpusu we Włoszech!”. Po tych słowach ppłk Szyszko-Bohusz więcej pytań nie miał, tylko patrząc na mnie spode łba, powiedział: „Proszę zaprowadzić kolegów do kasyna na kolację, gdzie do pana zgłosi się mój adiutant i zaprowadzi was na kwatery na nocleg. Jutro macie wolny dzień, a pojutrze rano otrzyma pan dokumenty na przejazd do Marsylii dla całej pańskiej grupy”.

        W piątek, 29 czerwca, w dzień wolny od zajęć, wybraliśmy się do miasta Awinion z zamiarem zwiedzenia słynnego zamku, siedziby papieży w latach 1309–1377 i „antypapieży” w latach 1378–1408.

        Niestety, ten XIV-wieczny zabytek, będący przez całą wojnę zamknięty, nie został jeszcze udostępniony dla zwiedzających, wobec czego udaliśmy się do starożytnego centrum miasta, byłej kolonii rzymskiej.

        Popołudnie spędziliśmy nad rzekę Rodan, o której ze szkolnej nauki geografii wiedziałem, że jej początek jest we Francji i przepływa Jezioro Genewskie w Szwajcarii, oraz że ma połączenie kanałowe z rzekami: Renem, Mozelą, Mozą, Sekwaną i Loarą. Podziwialiśmy piękny, duży most łączący oba brzegi tej szerokiej rzeki i jej szybki, wartki prąd.

        W sobotę po południu, 30 czerwca, w zastępstwie nieobecnego ppłk. Gauzego, przyjął nas rtm. Czetwertyński w biurze Polskiej Misji Wojskowej w Marsylii, w hotelu Scribe przy Rue de Rome nr 99. Po przeczytaniu listu ppłk. Szymańskiego do ppłk. Gauzego i paru papierkowych formalnościach rotmistrz zawiózł nas wojskową ciężarówką do Nicei, gdzie w hotelu pod zarządem wojskowym, ulokował nas na okres do czasu przyjazdu po nas ciężarówki 2. Korpusu. W tym hotelu, położonym przy pięknej plaży, z widokiem na Morze Śródziemne, i prawie całodziennych kąpielach w morzu przy pięknej pogodzie, spędziliśmy pięć dni niespodziewanego urlopu.

        W czwartek, 5 lipca, wczesnym ranem wyruszyliśmy półciężarówką 2. Korpusu do Włoch i po drodze mieliśmy okazję zwiedzić miasto Monte Carlo w księstwie Monako ze słynnym kasynem gry włącznie, podziwiając po drodze piękną Riwierę Francuską. Na nocleg zatrzymaliśmy się już we Włoszech, w przygranicznej miejscowości San Remo, w dużym pensjonacie pod zarządem 2. Korpusu, gdzie nami się zaopiekował kpr.pchor. Leszek Fabianowicz i wymienił nam franki na liry włoskie.

        Następnego dnia, 6 lipca, tą samą półciężarówką przejechaliśmy dalszy odcinek Riwiery Włoskiej z San Remo do Rapallo, gdzie rtm. Czetwertyński dołączył do nas i razem zostaliśmy przez niecałe trzy dni mile goszczeni w pięknej willi na wysokiej skale nad morzem. Właścicielami tej willi było starsze małżeństwo – mąż – Niemiec, emerytowany generał Wehrmachtu, który po dojściu Hitlera do władzy na stałe osiadł we Włoszech, z żoną Polką – wilnianką, oboje około siedemdziesięcioparoletni. W czasie naszego pobytu generał nie schodził do nas z górnego piętra, ale poza jego żoną, nami zajęła się także ich jedyna córka, trzydziestoparoletnia, żona jugosłowiańskiego konsula przed wojną we Włoszech, Jankowica, w tym czasie nieobecnego.

        W poniedziałek, 9 lipca, przed południem pożegnaliśmy obie panie i przez Bolonię, Rimini i Ankonę dojechaliśmy wieczorem do miejscowości Porto San Giorgio nad Adriatykiem, gdzie zakwaterowano nas w byłej włoskiej szkole, przerobionej na hotel, stojący przy samej plaży. Następne dwa dni wypełnione były formalnościami przyjęcia do 2. Korpusu, odbierania „tropikalnego” umundurowania i wojskowego wyposażenia ze składanym, brezentowym łóżkiem, „moskitierą” i śpiworem.

        We środę, 11 lipca 1945 roku, zostałem przyjęty do 2. Korpusu gen. Andersa i otrzymałem funkcję oficera weryfikacyjnego w dużym obozie przejściowym w miejscowości San Domenico na południu Włoch, pomiędzy miastami Bari i Taranto. Obóz ten podlegał dowódcy Bazy 2. Korpusu gen. Marianowi, R. Przewłockiemu, którego m.p. było w małym mieście Mottola o kilka kilometrów na północ od obozu.

        Ponieważ znałem język niemiecki i wszystkie organizacje hitlerowskie ze stopniami i funkcjami włącznie, moim zadaniem było sprawdzać wypełnione formularze przebywających w obozie uchodźców, starających się o przyjęcie ich w szeregi 2. Korpusu, i „wyłapywać” z nich kłamców, oszustów i przede wszystkim zbrodniarzy wojennych. Wśród paru tysięcy mieszkańców obozu próbowali ukryć swą przeszłość Volksdeutche i Polacy ze Śląska, województw poznańskiego i pomorskiego, przymusowo wcieleni do Wehrmachtu, oraz Niemcy mówiący po polsku, Ukraińcy z oddziałów kolaborujących, jak UPA i wszelkiego rodzaju szumowiny i zbrodniarze z obozów koncentracyjnych, oddziałów SS, SS/SD, Gestapo, oraz uczciwych Polaków – oficerów i szeregowych z jenieckich obozów po pięciu latach pobytu w niewoli, napływających z Niemiec, których musiałem separować. 

        Była to żmudna praca i w bardzo trudnych warunkach, gdyż obóz ten był pod namiotami, na terenie depresji, gdzie temperatura dochodziła do 40-44 stopni Celsjusza w dzień, a w nocy musieliśmy spać pod moskitierami ze względu na dokuczające malaryczne komary. Nie muszę podkreślać, że mi ta funkcja i praca bardzo odpowiadały, a nawet pomimo upału i komarów bardzo ją polubiłem, bo nareszcie mogłem wyładować z siebie uczucie „słodkiej zemsty” według niemieckiego przysłowia Die Rache ist Suess, i bezlitośnie odsyłałem wyłuskanych przestępców do obozów uchodźców w Trani i Barletta, położonych blisko siebie, o kilkanaście kilometrów na północ od miasta Bari, skąd byli odsyłani do Niemiec, ich już niehitlerowskiej ojczyzny.

        W tej funkcji wytrzymałem do 18 sierpnia, kiedy obóz w San Domenico uległ likwidacji, i tego dnia zostałem mianowany adiutantem Batalionu Wartowniczego B, Bazy 2. Korpusu. Po tygodniu pełnienia tej funkcji, rozkazem dowódcy Bazy gen. M.R. Przewłockiego, zostałem przeniesiony do Biura Informacyjnego Bazy w Mottoli, gdzie objąłem Referat Oficera Bezpieczeństwa Bazy 2. Korpusu, który był  kontynuacją mojej funkcji i pracy pełnionej w obozie w San Domenico. 

        Szefem Biura był mjr dypl. Franciszek Kłosowski, jego zastępcą kpt. Gustaw Olszewski, a kolegami byli: por. Jerzy Tołwiński, podporucznicy Wilhelm Jarem, Bronisław Kowal, Leon Głuchowski, Antoni Staniucha. Szefem kancelarii był chorąży Zobel, z kancelistami sierż. Bartoszem i plut. Dratwińskim, oraz sierżantem, którego nazwisko zapomniałem.

        Do niesprawdzonych kartotek byłych mieszkańców w obozie San Domenico, po likwidacji obozu wysłanych do obozów uchodźców w Trani i Barletta, otrzymałem jeszcze kilka tysięcy personalnych teczek niesprawdzonych byłych żołnierzy niemieckich różnych broni i paramilitarnych, jak SS, SS/SD, wziętych do niewoli przez armie brytyjską i amerykańską. Byli to niemieccy żołnierze mówiący po polsku i na tej podstawie gen. Anders przyjmował ich w szeregi 2. Korpusu bez sprawdzania ich „życiorysów”. W ten sposób usiłowało ukryć swą przeszłość wielu zbrodniarzy wojennych, aby uniknąć kary za popełnione czyny w krajach okupowanych przez Niemcy. Spodziewali się wrócić po wojnie do swych krajów i domów jako bohaterowie zwycięskich Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

        Wśród uchodźców z Niemiec byli również oficerowie i żołnierze Armii Krajowej, których weryfikacja nie sprawiała mi trudności.

        Na kwaterę ppor. Głuchowski, ppor. Kowal i ja otrzymaliśmy wspólny duży pokój w domu młodego, włoskiego małżeństwa z dwojgiem małych dzieci, z którymi nawiązaliśmy miłą znajomość i atmosferę. 

        Biuro Informacyjne mieściło się w kilku dużych pokojach na 1. piętrze w dużym domu przy rynku Mottoli, a dla mego Referatu dostałem pokój z biurkiem i półkami na teczki. Ze względu na charakter mojej pracy, byłem w stałym kontakcie i często odwiedzałem obozy w Trani, gdzie rezydentem biura był por. Marian Kaczmarek, a w Barletta rezydentem była por. Fabiola Ciborowska, oficer Armii Krajowej.          

       W czasie jednej z moich wizyt w obozie Barletta, niespodziewanie spotkałem „moich znajomych” Volksdeutchów z Kalisza: garbatego szewca, który mi uszył oficerskie, wysokie buty, i jego córkę, która była moją pomocnicą, kiedy byłem kasjerem w firmie zbożowej Werner Schiller Getreide Handkung, aż do mojego i brata Józefa aresztowania przez Gestapo w sierpniu 1942 r. O tym spotkaniu poinformowałem Jolę Ciborowską, aby pierwszym transportem wysłać ich do Niemiec, ale wyjechała cała rodzina szewca za wyjątkiem córki, gdyż sprytnie i szybko wyszła za mąż za kpt. Drewnowskiego, który przez pięć lat pobytu w niemieckiej niewoli w obozie VII-A w Murnau w Bawarii, nie widział kobiety, a jego żona miała 24 lata i była „fizycznie wykształcona” (z tyłu i przodu!). Spotkałem ich jeszcze później, w roku 1947, w obozie Foxley k. Herefordu w Anglii, dokąd przyjechali jako „rodzina wojskowa”, bo spodziewali się dziecka.

Na zdjęciach: Italia, Chiatone, 1946 (zatoka Taranto – na końcu buta) – kąpiele w Morzu Śródziemnym