Goniec

Switch to desktop Register Login

Historia powojenna (8)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

        We wrześniu 1945 roku musiałem służbowo spędzić trzy dni i dwie noce w koszarowym budynku w miejscowości Matera niedaleko Mottoli, na kursie podchorążych dla oficerów Armii Krajowej, którzy otrzymali nominacje oficerskie tzw. „z czasu wojny” w Powstaniu Warszawskim bez uprzedniego ukończenia kursu podchorążych lub nie mieli dowodów lub świadków do weryfikacji.

        Po rozszyfrowaniu kilku oszustów i czterech uczestników napadu bandyckiego na jesieni 1943 roku w wieżowcu mieszkalnym przy ul. Mazowieckiej, o czym było bardzo głośno w Warszawie, a ja znałem szczegóły tego napadu od Mieczki Pawlak-Jankowskiej, mieszkanki tego domu, powróciłem do Mottoli.

        Największej satysfakcji doznałem w marcu 1946 roku po „złowieniu grubej ryby”, porucznika służby stałej WP przed wojną, Karola Marksa (imię i nazwisko prawdziwe), pochodzącego z Bochni, a w czasie okupacji Volksdeutcha, oficera SS/SD, który za „skuteczne zwalczanie Powstania Warszawskiego” z Hotelu Bristol w Warszawie, został odznaczony przez samego Hitlera krzyżem „Eisene Kreutz” – 2. klasy.

        W 2. Korpusie był w funkcji dowódcy Kompanii Wartowniczej Batalionu A w miejscowości Pallagiano, niedaleko miasta portowego Taranto. Ponieważ zdradził go przypadek, odszukałem jego teczkę personalną, w której znalazłem jego tak „wspaniały” życiorys, że obudził nim moją intuicję i podejrzenia, że założyłem mu „kartę obserwacyjną”, zwerbowałem w jego otoczeniu „łapsa”, czyli informatora, oraz poprosiłem mjr. dr. Goldfeila, komendanta szpitala w Casamassina, aby dla uśpienia jego uwagi wezwał całą jego kompanię na „obowiązkowe” (!) zastrzyki i dokładnie, osobiście zbadał Marksa głównie pod pachami w poszukiwaniu tatuażu jego grupy krwi, którymi byli znakowani członkowie SS, ale nie obowiązkowo.

        Również wybrałem się dżipem na pięciodniową wycieczkę w góry D’Aosta na północ od Turynu, aby u byłych włoskich partyzantów sprawdzić jego służbę i udział z nimi w walkach z Niemcami, za co awansowali go do stopnia „Capitano Polacco”. Dzięki tym czynnościom spodziewałem się sprawdzenia jego uczciwości w wypełnianiu formularzy podpisanych przez niego w dniu przyjęcia go do 2. Polskiego Korpusu we Włoszech, w których podał, że na początku niemieckiej okupacji w Polsce, ochotniczo wstąpił do hitlerowskiej Organizacji Todta, aby z nią wyjechać z Polski na roboty obronne do jakiegokolwiek kraju, skąd miałby szansę uciec i dołączyć do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

        Kiedy znalazł się we Włoszech, w czasie kopania okopów udała mu się ucieczka i został szeregowym we włoskim oddziale partyzanckim, gdzie za waleczność mianowano go kapitanem, dowódcą małego górskiego oddziału, a pod koniec wojny postanowił wrócić do Wojska Polskiego i jako oficer służby stałej wstąpił do 2. Polskiego Korpusu gen. Andersa. W czasie kilku rozmów z nim o charakterze przesłuchań, nie urażając godności jego stopnia, udało mi się przyłapać go na paru nieścisłościach, czym sprowokowałem u niego wyraźne oznaki nerwowego zachowania i doprowadziłem do momentu, że zaplątał się w sieci własnych zeznań. 

        Podczas jednego spotkania w moim pokoju, które okazało się ostatnim, kiedy przeszedłem na język niemiecki i wskazałem palcem na grubą (przeze mnie spreparowaną) teczkę, mówiąc, że tam mam dokumenty uzyskane z Monachium z dowództwa 3. Armii Amerykańskiej gen. Pattona, przekazane z niemieckiego archiwum, na temat jego wojennej kariery, załamał się, że zawezwałem plut. Dratwińskiego, aby protokołował jego zeznania. Przyznał się do oszustwa wymyślonego na temat jego udziału w Organizacji Todta, do zatajenia przynależności do SS/SD, do udziału w zwalczaniu Powstania z Hotelu Bristol, do Żelaznego Krzyża 2. klasy od Hitlera i nawet ujawnił, że w Monachium mieszka jego żona Niemka z dwójką jego synów. Po podpisaniu przez niego protokołu, w obecności szefa Biura mjr. F. Kłosowskiego i kolegów, aresztowałem go, po czym wezwałem Sekcję Bezpieczeństwa (nasz oddział dyspozycyjny), aby odwieźli go do więzienia wojskowego Bazy w mieście Matera. Na drugi dzień mjr F. Kłosowski przekazał jego sprawę do Wojskowego Sądu Bazy i mianował mnie „asesorem” sądowym, abym dopilnował tej sprawy do końca.

        W maju 1946 r. w wyniku rozprawy sądowej K. Marks został skazany na karę śmierci przez rozstrzelanie i po usłyszeniu wyroku zapytał przewodniczącego sędziego majora Zubrzyckiego, czy przysługuje mu ułaskawienie, na to sędzia odpowiedział, że ułaskawić go może tylko Naczelny Wódz Wojska Polskiego. Kiedy na jego pytanie, kto jest naczelnym wodzem, sędzia odpowiedział, że generał T. Bór-Komorowski, były główny dowódca Armii Krajowej, K. Marks odpowiedział: „To ja nie mam szans i rezygnuję z prawa łaski”. 

        Ten surowy wyrok za jego czyny był wynikiem tego, że K. Marks był oficerem służby stałej WP. To była jedyna kara za zdradę państwa polskiego w czasie wojny. Został wykonany w pierwszych dniach czerwca 1946 roku w obozie wojskowym Bazy 2. Korpusu w miejscowości Pallagianello.

        W czasie mojego pobytu w Mottoli, odwiedzali mnie serdeczni przyjaciele: ppor. Janusz Radomyski „Cichy”, kaprale Albin Kurek „Jur”, Florian Węgrzyn „Lipa” oraz por. Andrzej Chyczewski „Gustaw”. Przez cały okres pobytu we Włoszech do września 1946 roku, a później przez kilka lat w Anglii, moim najbliższym i najserdeczniejszym przyjacielem, z którym często się odwiedzaliśmy nawzajem i spotykaliśmy, był ppor. Kazimierz Michniewicz „Orion”, aż do jego wyjazdu na wyspę Borneo na wieloletni kontrakt z Brytyjskim Ministerstwem Kolonialnym, po ukończeniu którego osiedlił się z rodziną w Australii. Naszą korespondencję zakończyła jego śmierć w 1978 roku w Polsce, na kilkanaście dni przed naszym umówionym spotkaniem, od lat planowanym i oczekiwanym.

        Również we Włoszech i w Anglii często spotykałem się z rtm. Andrzejem Czaykowskim „Gardą”, byłym dowódcą Baonu „Ryś”.

        Wspominając kolegów z Biura Informacyjnego Bazy 2. Korpusu, muszę wymienić wielkiego i serdecznego kolegę, naszego szefa Biura, mjr. dypl. Fr. Kłosowskiego, któremu dużo zawdzięczam tak w mojej pracy, jak i w życiu prywatnym, w miłej atmosferze jego rodziny, w czasie wieczorów „brydżowych”.

        Jego żona, córka Wanda i syn Bogdan brali udział w konspiracji i byli żołnierzami Armii Krajowej w Powstaniu Warszawskim w 1944 r. na Mokotowie.

        Zastępca szefa kpt. Gustaw Olszewski, przed wojną był oficerem wywiadu wojskowego i spędził 18 lat w Rosji, gdzie „zaawansował” na osobistego kierowcę sowieckiego generała, dowódcę Korpusu w Kijowie. W dniu wybuchu wojny, po wykradzeniu ważnych dokumentów z szafy pancernej, uciekł z Kijowa i samochodem generała dojechał do polskiej granicy.

        Porucznik Jerzy Towiński, przed wojną był komisarzem Polskiej Policji w Poznaniu, a w kampanii wrześniowej dostał się do sowieckiej niewoli, skąd wyratowała go w 1942 r. amnestia spowodowana przez gen. Wł. Sikorskiego i Aliantów, i opuścił Rosję wraz z 2. Korpusem gen. Andersa.

        Inną drogą trafił do 2. Korpusu ppor. Wilhelm Jarem, który przez Rumunię, Środkowy Wschód i Tobruk dołączył do 2. Korpusu na Środkowym Wschodzie.

        Podporucznicy: Leon Głuchowski, Bronisław Kowal i Antoni Staniucha, po kampanii wrześniowej spędzili pięć lat w obozach jenieckich w Niemczech.

        Porucznik Marian Kaczmarek również trafił do 2. Korpusu po pięcioletnim pobycie w niewoli.

        Porucznik Fabiola Ciborowska-Paulińska ps. Lilka, absolwentka Szkoły Nauk Politycznych w Warszawie (1937 r.). W konspiracji sekretarka i łączniczka kierownika Wydziału II (kontrwywiadu) w Komendzie Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej.

        We wrześniu 1946 roku, w ramach ewakuacji 2. Polskiego Korpusu gen. Andersa do Anglii, cały personel Biura Informacyjnego Bazy zaokrętował się w Neapolu we Włoszech, aby po wyładowaniu się w Glasgow w Szkocji, wylądować w obozie Foxley k. miasta Hereford w Anglii, przy granicy z Walią.

        Obóz w Foxley był podzielony na trzy mniejsze obozy: Foxley 1, Foxley 2 i Canadian (obóz kanadyjski).

        W czasie wojny obóz ten był szpitalem armii amerykańskiej i oddziały Bazy 2. Korpusu zostały zakwaterowane w murowanych, parterowych barakach obozu Foxley 1. Wszystkie baraki przy wejściu miały kilka małych pokoi dla oficerów, a reszta baraku była jedną dużą salą z pojedynczymi łóżkami dla szeregowych.

        Komendantem wszystkich trzech obozów był gen. Marian Przewłocki, a ja otrzymałem funkcję oficera bezpieczeństwa obozu Foxley 1, którego komendantem był mjr Stanisław Siciński.

        Od pierwszych dni pobytu w obozie wszelki wolny czas poświęcałem na napisanie szczegółowych relacji z mojej służby w konspiracji i Powstaniu Warszawskim w okresie 1939–1945 na podstawie Dziennika Bojowego, notatek robionych w niewoli i uzupełnianych „ciągle świeżą pamięcią”.

        W marcu 1947 roku wziąłem udział w Pierwszym Walnym Zjeździe byłych żołnierzy Armii Krajowej w Londynie, na którym zostało zorganizowane Koło Byłych Żołnierzy Armii Krajowej z Główną Komisją Weryfikacyjną.

        We wrześniu 1947 roku do obozu Foxley 2 przybyło około 450 dziewcząt z gimnazjum z Nazaretu na Środkowym Wschodzie, a wśród nich kilkanaście byłych łączniczek i sanitariuszek  Powstania Warszawskiego, które po przyłączeniu się do grupy kolegów z AK podwoiło stan Koła w obozie, założonego przeze mnie po moim powrocie ze zjazdu.

        Wśród tych koleżanek były dwie córki gen. Sulika, przybyłe z Kraju, Maria i Anna, później żona prezydenta RP na uchodźstwie, Kazimierza Sabbata.

        Pod koniec września 1947 roku podpisałem dwuletni kontrakt z „His Majesty the King George the VI”, czyli z Jego Królewską Mością Królem Jerzym VI, wstępując do PRC (Polish Resettlement Corps), po polsku PKPR, tzn. Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozmieszczenia (do życia cywilnego), i rozpocząłem intensywną naukę języka angielskiego, abym mógł z „Królem Jurkiem” rozmawiać, jak mnie zaprosi na „cup of tea” do Buchkingham Palace. 

        W ciągu tych dwóch lat służby na jego „żołdzie” nie znalazł dla mnie czasu i kubka herbaty.

        11 listopada 1947 roku, w obozie Delamere niedaleko miasta Liverpool, gen Roman Odzierzyński udekorował mnie Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari 5. klasy i Krzyżem Walecznych, po raz trzeci. Była to dla mnie bardzo wzruszająca uroczystość.

Na zdjęciach od góry: jako kurier w drodze  z Mottoli do Ankony; z przyjaciółmi we Włoszech;  1946 r., w Martina-Franco