Goniec

Register Login

Historia powojenna (9)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

        W sobotę, 2 października 1948 roku, odbył się mój ślub z Aliną Marią Dunin-Majewską, na którym świadkiem był mjr Andrzej Czaykowski, ps. Garda, były dowódca Baonu „Ryś” w Powstaniu Warszawskim. Wśród zaproszonych gości, poza rodziną i krewnymi żony, był mjr dypl. Franciszek Kłosowski z rodziną, mój były przełożony z Biura Informacyjnego, serdeczny przyjaciel z Foxley Camp.

        W pierwszych dniach września 1949 roku zostałem przyjęty i otrzymałem stypendium na trzyletni kurs projektowania i produkcji mebli w Centralnej Szkole Sztuki i Rzemiosła w Londynie, który ukończyłem w czerwcu 1952 roku, otrzymując dyplom z wyróżnieniem (Diploma with Distinction), jedyny w tym departamencie.

        10 lipca 1950 roku urodził się syn, Jacek Tadeusz.

        Po ukończeniu szkoły, z dyplomem w kieszeni, jako „foreigner” (cudzoziemiec), nie mogłem znaleźć pracy projektanta w przemyśle meblarskim i postanowiłem  się usamodzielnić. Zacząłem od małych napraw i odnawiania mebli, specjalizując się w antykach. Zadowoleni klienci, Anglicy, polecali mnie znajomym i na brak pracy całodziennej, wieczorowej, a często w soboty i niedziele, nie mogłem narzekać. W ten sposób odnowiłem antyczne meble do dużego domu na wyspie Jersey dla Mr. Schoffielda, byłego sekretarza osobistego króla Jerzego VI w czasie wojny, a przed wojną pierwszego sekretarza ambasady angielskiej w Warszawie. 

        Na przełomie roku 1952 i 53 wspólnie z kolegą W. Jaremem (z Biura Inf.) przemalowaliśmy kilkanaście pokoi i korytarzy w czteropiętrowym budynku ambasady holenderskiej przy ul. Oxford w Londynie. Dzięki temu, że kwatermistrz ambasady Huisman był zadowolony z małych prac wykonanych przez nas oraz z wdzięczności za uratowanie życia jego rodziny w Holandii przez oddział pancerny gen. Maczka, kiedy byli uwięzieni jako zakładnicy przez niemieckie Gestapo.

        Ostatnią, „prestiżową” pracą było szycie nowych dywanów w sypialni królowej Wilhelminy w rezydencji ambasadora w Holandii przy ulicy Kensington Gardens przed jej przyjazdem do Londynu na koronację królowej Elżbiety II. Do tej pracy zaangażował mnie i kuzyna mojej żony (inżyniera chemii), Andrzeja Dunin-Majewskiego, właściciel warsztatu tapicerskiego, porucznik legionów w stanie spoczynku Tadeusz Malinowski, przed wojną zastępca prezydenta miasta Warszawy Stefana Starzyńskiego. 

        W tym czasie w Anglii dywany były produkowane szerokości trzech stóp i długości kilkudziesięciu. Ażeby pokryć dużą podłogę sypialni, musieliśmy najpierw nakryć ją pasami filcu, a potem na leżąco na podłodze, zszywać półokrągłą igłą pasy dywanu, co było bardzo męczące.

        W dniu śmierci Stalina, zamiast pracować, wszyscy trzej staliśmy w oknach rezydencji ambasadora, które były przez ulicę na wprost rezydencji ambasadora sowieckiego Gromyki, i uradowani obserwowaliśmy duży ruch w budynku i poza zamkniętą bramą przy samochodach. Samochody wyjeżdżające i przyjeżdżające do rezydencji Gromyki miały okna zasłonięte ciemnymi firankami.

        Pracując „na własny rachunek”, przekonałem się, że jeżeli ktoś zaczyna w Anglii pracę samodzielnie w roli rzemieślnika, to pozostaje takim przez całe swe życie i bez dużego własnego kapitału nie ma szans na rozbudowę dużej firmy, aby zatrudniać rzemieślników, tym bardziej obcokrajowiec, wobec tego zdecydowałem się na emigrację do Kanady, gdzie powojenna koniunktura dawała te szanse.

        18 czerwca 1953 roku wypłynąłem z żoną i trzyletnim synem Jackiem statkiem „Atlantic” z angielskiego portu Southampton, aby po ośmiu dniach przyjemnej podróży wylądować w Quebec City w Kanadzie 26 czerwca. Po wyładowaniu i załatwieniu formalności imigracyjnych, wieczorem tego dnia wyruszyliśmy pociągiem do miasta Toronto w prowincji Ontario, dokąd przybyliśmy w sobotę, 27 czerwca 1953 roku, o godzinie 6 rano.

        Życie emigranta w Kanadzie rozpocząłem z rodziną i 85 dolarami w kieszeni oraz 450 dolarami długu bezprocentowego w Caritasie, opłaty za transport nas wszystkich do Toronto.

        Po opłaceniu umeblowanego pokoju z małą kuchenką i używalnością łazienki za dwa tygodnie w wysokości 36 dolarów, kupnie żywności na tydzień oraz deski i żelazka do prasowania („bo Jacuś musi mieć bieliznę upraną i wyprasowaną”!) z pozostałymi paroma dolarami w kieszeni, przyjąłem pierwszą nadarzającą się pracę stolarza, za 45 dol. na tydzień, co po potrąceniach dawało mi 42 dolary na czysto. 

        Żona, po paru tygodniach poszukiwań, otrzymała pracę w domu towarowym Simpson przy pakowaniu paczek za 20 dolarów na tydzień, a Jacuś został przyjęty na cały dzień do przedszkola sióstr zakonnych felicjanek za 9 dol. za tydzień.

        12 stycznia 1958 roku urodziła się córka, Martha Teresa.

        Pod koniec stycznia 1958 roku zdecydowałem się na otwarcie fabryki produkującej wyroby stolarskie i wykonującej prace ciesielskie, która po paru zaledwie latach, w roku 1964, zatrudniała przeciętnie od 40 do 45 stolarzy i cieśli. Po sprzedaży firmy w 1967 roku z powodu zawału serca, do 1983 roku pracowałem na kierowniczych stanowiskach w dużych firmach zatrudniających po kilkuset pracowników fabrycznych oraz kilkudziesięciu cieśli instalatorów. Również sub-kontraktorów wielu pokrewnych rzemiosł, jak elektrycy, hydraulicy, malarze itp., w wykonywaniu dużych kontraktów w przemyśle budowlanym w wielu prowincjach Kanady, USA i na Wyspach Bahama.

        Od kwietnia 1983 roku jestem na emeryturze i dużo czasu spędzam z dziećmi, wnukami: Melanią ur. w 1976 roku, córką Jacka, oraz Katharine (Katie), ur. w 1991, i Graemem, ur. w 1995 roku, dziećmi Marty. Katie i Graeme oboje jako drugie imię mają Milczyński, a po ojcu nazwisko Dunlop. Marta ze względu na dyplomy dwóch uniwersyteckich fakultetów pozostała przy nazwisku Milczyński (w języku angielskim nie ma odmiany żeńskiej nazwiska). Sukcesy i osiągnięcia życiowe moich dzieci potwierdzają, że mój wybór Kanady jako kraju osiedlenia był trafny.

        W parę lat po wojnie, były szef kompanii kpr. pchor. „Prus”, Władysław Pietrzak, nie żałował wysiłku i trudu, aby przy pomocy kolegów i koleżanek, żołnierzy kompanii „Pyry-Dąbrówka” i „Krawiec”, opracować listę żołnierzy, którzy pozostali przy życiu w dniu zakończenia walk w Powstaniu Warszawskim, z zaznaczeniem rannych. Moja funkcja i dużo wolnego czasu pozwoliły mi napisać szczegółowe relacje oparte na „Dzienniku bojowym” i luźnych notatkach pisanych w niewoli „na świeżo”, oraz zapoczątkować sporządzanie wniosków awansowych i odznaczeniowych. Te ostatnie uzupełniałem w miarę zdobywanych informacji w ciągu następnych kilkunastu lat, korespondując z kolegami w Argentynie, Stanach Zjednoczonych, Australii, Francji i Niemczech. 

        Powołując się na różne trudności, Komisja Weryfikacyjna Zarządu Koła Byłych Żołnierzy Armii Krajowej w Londynie załatwiła ich niewiele, i to przeważnie dla tych, którzy pozostali na emigracji. 

        Dopiero po moim pierwszym urlopie w Polsce (po 26 latach) w 1970 roku, dzięki przechowanym przez pchor. „Prusa”, Władysława Pietrzaka, dokumentom ewidencji żołnierzy Kompanii „Pyry-Dąbrówka” i ocalonym przez niego z Powstania Warszawskiego Kompanii „Krawiec”, byłem w stanie wiele wniosków pomyślnie załatwić. Dzięki jego żmudnej paroletniej pracy powstała lista żołnierzy, łączniczek i sanitariuszek tych kompanii, którzy pozostali przy życiu w dniu zakończenia walk w Powstaniu Warszawskim.        

        W ciągu moich następnych, corocznych urlopów w Polsce, w roku 1973 zawiozłem 73 Krzyże Armii Krajowej i tyleż Medali Wojska Polskiego z imiennymi legitymacjami oraz podpisałem kilkadziesiąt wniosków odznaczeniowych Warszawskiego Krzyża Powstańczego.         W Londynie załatwianie wniosków zawdzięczam płk. dypl. K. Irankowi-Osmeckiemu, przewodniczącemu Studium Polski Podziemnej.

        Niestety, groźby „konsekwencjami” agentów Urzędu Bezpieczeństwa w stosunku do mego brata Stefana i ich żądania, abym „zaprzestał przywozić do Polski workami akowskie medale”, bo nigdy więcej nie otrzymam wizy urlopowej, od tego roku bardzo utrudniły, a nawet uniemożliwiły mi zbieranie danych personalnych potrzebnych do składania wniosków awansowych i odznaczeniowych dla tych, którzy najbardziej na nie zasłużyli. Ta sytuacja zmieniła się, kiedy rząd PRL w późniejszych latach ustanowił Warszawski Krzyż Powstańczy i uznał Krzyż Armii Krajowej za odznaczenie państwowe.

        We wrześniu 1989 roku brałem udział w obchodach 50-lecia od chwili pobytu w SPP w Ostrowie-Komorowie, a w sierpniu 1994 roku 50. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego w Warszawie.

        13 listopada 1996 roku zostałem zaszczycony aktem Rady Gminy Warszawa-Ursynów nadania Szkole Podstawowej nr 101 w Warszawie przy ul. Kajakowej 10 imienia Kompanii AK por. Gryfa.

        27 października 2000 roku Minister Obrony Narodowej Rzeczpospolitej Polskiej decyzją nr 362/Komb. mianował mnie na stopień majora Wojska Polskiego.

Toronto, 4.04.2004

KONIEC