Goniec

Switch to desktop Register Login

Pamiątki Soplicy (29)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

pamiatki-soplicyCoś to było na kształt świsłockiej potyczki, kiedy pierwszy raz szedłem na nieprzyjaciela, ale gorzej jeszcze: bo tam człowiek z kolegami niebezpieczeństwo podzielał, a tu samemu wystąpić trzeba było; tam człowiek był pewny, że się tchórzem nie pokaże, a tu obawa, żeby się głupcem z wielkiego pomieszania nie wydać. A im więcej zbliżaliśmy się do Gruszówki, tym większy strach, tak że kiedyśmy wjeżdżali na dziedziniec, to żeby się ziemia otworzyła, może bym w nią skoczył. Ośmielał mnie, jak mógł, towarzysz podróży i szczerze się litował nade mną. Jakoś się to odbyło przed JW. podkomorzyną, która była pani wielkiej powagi i wyrozumiałości. To prawda, że pan Fabian wszystko za mnie mówił, mruczałem, sam nie wiem co, tylko tyle pamiętam, że dziękując do nóg jej padłem – i odbyły się zaręczyny. A ja i moja narzeczona wyglądaliśmy jak delikwenci na śmierć dekretowani. To wiem od pana Fabiana, bom siebie nie widział, a na moją narzeczoną oczu nie podniosłem. Zamieniwszy pierścionki, po oznaczeniu dnia szlubu opuściliśmy Gruszówkę. Że już było późno, w karczmie nocowaliśmy; tam dopiero przyszedłem do siebie.

Potem jak się rozeszła wieść o moich zaręczynach, a zaczęli na sądach kosmato mnie witać i sędziowie, i koledzy, i pacjenty łaskawi, to była nowa przeprawa. Ale byłem śmielszy, bo było wielu takich, co już przez to przeszli. Jeżeli czasem mnie nadokuczano tymi winszowaniami, gdzie bez jakiego siakiego żarciku się nie obeszło, z drugiej strony miałem też i wielkie pociechy, odbierając dowody uczynności polskiej od obywatelów, którym służyłem. Jak zaczęły do mojego dworku chodzić fury, to ze zbożem, to z legominą, to z omastą, żebym miał hrabstwo dziedziczne, moja żona porządniejszej spiżarni znaleźć by nie mogła. A na wiktuałach się nie skończyła niektórych łaska. Wielmożny strażnik Łęski dał mnie dwie krów na nowe gospodarstwo; wielmożna Bemowiczowa, cześnikowa nowogródzka, dała dwa obrusy i dwa tuziny serwet swojej roboty, a JW. chorąży Rdułtowski, chociaż nie miałem czasu jemu się zasłużyć, beczką wina mnie obdarzył – tak że było i na czym, i czym przyjąć, czyja łaska mnie nawiedzieć. I dnia 25 listopada, w dzień św. Katarzyny, panna Magdalena Bohuszewiczówna została panią Soplicową. Lubo przed szlubem do niej pięciu słów nie byłem wyrzekł i oprócz jej urody, która mi była wdzięczną, sam z siebie nie mogłem wiedzieć ani o jej roztropności, ani o jej cnotach chrześcijanki i szlachcianki, a przecież wziąłem ją, bom jak najlepiej o niej trzymał spuszczając się na instynkt Boży i na charakter sędziwego jej krewnego, a mojego najszczególniejszego łaskawcy, na którego zdaniu i radzie śmiało mogłem polegać. Jeszcze to przy oddawaniu wieńca miał mowę pan Jakub Wereszczaka, wicesgerent nowogródzki, w której jak to zwykle bywało, wynurzywszy życzenia wszelkich boskich błogosławieństw i dobrą onych wieszczbę zwiastując w wybraniu na dzień szlubu święto świętej Katarzyny, patronki szczęśliwych małżeństw, wyliczył procedencje panny i jej koligacje z domami Rejtenów, Wańkowiczów, Kiersnowskich, Jeśmanów, Rdułtowskich i innych starożytnych a zasłużonych ojczyźnie w naszym województwie. A za mnie odpowiadał niezmordowany dla mnie w życzliwości szanowny mój niegdyś mecenas, pan Fabian Wojniłowicz, regent ziemski nowogródzki, w której [oracji] tłomacząc powody mojej wdzięczności Panu Bogu i Najświętszej Pannie, że mnie obdarzają tak poczciwą małżonką, niemniej otuchy w dalsze ich błogosławieństwo, rozpatrując i jej cnoty, i związki, których zawieram z tak zacnymi domami – nadmienił on, że lubo podobnymi urzędami mój ród nie był zaszczycony, jednak iż jestem starożytnym szlachcicem, że zaścianek rozrodzonych Sopliców jest założony na ziemi od wielkiego księcia Witolda nadanej mojemu przodkowi za wzięcie w niewolę pod Orszą murzy Ułan Murudyna, że sześciu z mojego domu są podpisani na elekcją króla Stefana. A na koniec podał za rękojmią przyszłego szczęścia mojej żony poczciwość moją, za którą dał świadectwo, co mógł dać z wiadomością niepłonną, znając mnie od lat kilkunastu, a doświadczywszy mnie lat dwoje w swoim domu.

Po odbytym szlubie panu regentowi do nóg padłem, choć tą powierzchowną oznaką dając mu dowód uszanowania i prawdziwie synowskiej wdzięczności za tyle łask jego, których uwieńczył tą mową swoją. Umiałem czuć, o ile pochwała mojego charakteru z ust tak szanownego męża była dla mnie zaszczytną, a i niemniej byłem mu wdzięczny, że publicznie o mojej prozapii odezwał się; bo biorąc familiantkę, byłem rad, iżby wiedziano, że i ja sroce spod ogona, jak to mówią, nie wypadłem. Potem, że JW. podkomorzyna sprawiła wesele, był wielki zjazd; kielichy krążyły gęsto, bo pan Fabian był gospodarzem, i wszyscy się ubawili, jak potrzeba.

Takie było moje ożenienie. Oprócz pary sukienek i cukiernicy srebrnej nie wziąłem nic po żonie; ale wielki odebrałem posag w jej cnotach i w szczęściu, którego do mnie przyniosła. Przez cały przeciąg trzydziestoletniego pożycia w moim domowym pożyciu najmniejszego zmartwienia nie doświadczyłem. Ośmnastu laty byłem od niej starszy, a przecie ją przeżyłem. Taka była wola Pana Boga. I tęsknię czasem za chwilą, która mnie złączy z moją Magdusią. Nasza intercyza mogła być bardzo krótka, mogliśmy sobie wspólnie zapisać dożywocie na wspólnych nadziejach, bo nadzieja była całym naszym funduszem. Ale jakem ją zaprowadził do mojego dworku, wszystko zaczęło iść jak z kłębka.

Dwa lata nie upłynęły, a już i dworek, któregom najmywał, był naszą własnością, i parę tysięcy leżało na procencie. Potem zaraz książę wojewoda wileński powierzył mi swoje interesa i Doktorowicze dostały mi się w dzierżawę. Ja siedzę przy sprawach, a Magdusia pilnuje gospodarstwa. Dobrze to mawiał pan Fabian, że dobrze z żonką. W percepcie złoty, a w ekspensie srebrny grosz, a przecie lepiej się żyło, niż kiedy byłem kawalerem, bo taki co dzień ktoś był, a na świętą Magdalenę co roku, nim nawet na wsi osiadłem, to w naszym dworku i sędziowie, i koledzy, i nawet umyślnie ze wsiów łaskawi przybywają, i cały dzień nas swoją bytnością zaszczycają, a przecie majątek się robił. Coś się już dało, a po śmierci i folwarki, i trochę po ludziach pieniędzy znajdą wnukowie. A co po eksdywizjach pracy przepadło! Bóg i ludzie wiedzą. Ciągle doświadczałem błogosławieństw Bożych: mam co jeść z jego łaski – i dom, i świeronek we wszystko opatrzony. Raj byłby na ziemi, gdyby nie jedna rzecz.

– Żeby choć na starość ten wiatr północny przestał mnie wiać w uszy! Żeby przynajmniej moi wnukowie moje zwłoki mogli złożyć obok żoninych na swojej ziemi, ale zupełnie na swojej! Niech się stanie jednak wszystko tak, jak Bóg, a nie jak my chcemy.

TADEUSZ REJTEN

Śmieją się z nas, starych, że my radzi zawsze mówić o dawnych czasach i o dawnych ludziach. Ale kiedy bo i czasy, i ludzie byli lepsi niż teraz! Wielkie sądy Boże... Pan Bóg Sodomie był gotów odpuścić, gdyby się w niej przynajmniej dziesięciu sprawiedliwych znalazło; czyż już i tak małej liczby u nas nie było, aby ojczyznę ocalić? Na to nigdy nie pozwolę. Widać, że nasz upadek tylko chwilowy, że to jest zawieszenie bytu, ale nie zagładzenie, omdlenie, a nie śmierć; po czym życie silniejsze i świetniejsze wrócić się koniecznie musi, jako ziarno w ziemię rzucone przegniwa i zamiera, aby ożywić potem dziesięć razy na sób obfitszy plon.

Nędza i ucisk częstokroć bywały zwiastunami wielkich pomyślności. Dlatego ludzie mądrzy w naukach boskich, których zgłębić nie można, jeno przez wielką niewinność serca, w wielkiej są obawie, kiedy wszystko im się wiedzie; jęczą, że tak powiem, pod niezmordowaną pomyślnością i radzi, kiedy jaki frasunek niespodziany cokolwiek przerwie im pasmo snute przeznaczeniem ciągle przyjaznym.

Takim był JW. Rejten, podkomorzy nowogródzki, którego w młodości mojej często miałem szczęście oglądać, chodząc do szkół ze wszystkimi jego synami, oprócz pana Michała, co się wychowywał w Nieświeżu z księciem Karolem Radziwiłłem, hetmanowiczem wielkim litewskim. JW. podkomorzy był urzędnik, jakich i dawniej nawet mało było mu podobnych; bo i rozum nadzwyczajny, i sprawiedliwość ledwo nie wyrównywająca tej, jakiej wzór nam zostawili święci sędziowie ludu Bożego. A pobożność i wiara, że gdyby nie jego pokora, umarłych by wskrzeszał! On to był szczególnym dobrodziejem ojców jezuitów w Nowogródku, a tameczny ubogi klasztor dominikański jego szczodrotą został jednym z bogatych na Litwie.

Bywało, co miesiąc sprowadza zakonników do Gruszówki, by z nimi rekolekcje odprawiać, i wtedy dyscypliną się chłoszcze jakby jaki winowajca; nie tylko on, ale i cała czeladź. „Mój chleb jecie – prawi – pokutujcie więc ze mną.” Strach w całym dworze, kiedy się jaki dominikanin lub jezuita pokaże! A żaden sługa go nie opuścił: starzeli się i umierali u niego, a byli przywiązani, że w ogień za niego by wskoczyli, chociaż był groźny, że nie tylko oni, ale i dzieci, i żona nawet czuj duch byli przed nim. Nadzwyczajne było jego szczęście. Z rodziców już bogaty; majątek ciągle wzrastał, a zdawało się, że o niego nie dbał. Ani się spyta, co się na jego poletkach dzieje, dyspozytory, jak chcą, rządzą, a on mawiał: „U mnie Pan Jezus gospodarz, a Najświętsza Panna gospodyni” – i na nich się zdawał tak dalece, że miał dobra Berezdów w województwie połockim, niedaleko Wielkich Łuk, do których przez całe życie swoje raz tylko zawitał i parę tygodni przesiedział; a przecie kiedy je objął po ojcu, sześć folwarków tam było, a tyle ich przykupił, że zostawił dzieciom piętnaście. Miał on po nim jeszcze Gruszówkę, w której mieszkał, i trzysta chat w Mozyrskiem z własnego nabycia, i Rubieżewicze miał w dożywociu od księżnej kanclerzyny Radziwiłłowej, która za jego dobrymi radami miliony ocaliła, a nie znał zabiegów, o nic nie prosił i nad własnymi interesami się nie troszczył. Na zaszczyty równie był obojętny. Dwa razy był deputatem, raz posłem, potem sędzią ziemskim, na koniec na najpierwszy urząd województwa wyniesiony, a na żadnym z tych sejmików się nie znajdował. Każdy laudum i przywilej szukały go w Gruszówce, a nie on ich w Nowogródku ani w Warszawie. Frasował się nieraz, że mu tak ciągła pomyślność się nie przerywa. Razu jednego zgorzał mu magazyn wódczany, w którym kilkoletni zapas był złożony. Nic z niego nie wyratowano, na trzydzieści tysięcy przeszło poniósł szkody, cały dom był w smutku, on jeden wesół. „Przecie aby raz się nie powiodło – wyrzekł – sobiem rad, bo Pan Bóg pamięta o mnie.”

A to był jakby żarcik Opatrzności, bo doby nie minęło, aż odbiera przywilej na starostwo krzyczowskie w Mścisławskiem, co na rok więcej przynosiło niż to, co dopiero utracił, z czego prócz niego wszyscy się w domu weselili. To mu upadło jak kamień z nieba, bo ani się starał o to, ani stosunków nawet nie miał u dworu.