Goniec

Switch to desktop Register Login

Pamiątki Soplicy (32)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

pamiatki-soplicyZbierają się posłowie: jedni jakimś dzikim uśmiechem chcą pokryć wewnętrzne pomieszanie, drudzy, zalani łzami, zdradzają i poczciwe uczucia, i słabość duszy; kilku tylko, z obliczem wypogodzonym, okazują, że wszystko oprócz Boga poświęcą, że za progami izby zostawili, co tylko do żywota przywiązać ich mogło, i że są przygotowani do wszelkiej walki i ofiary. Haniebnej pamięci kanclerz ogłasza propozycją królewską, aby zawiązać sejm pod konfederacją, i zaprasza Ponińskiego na marszałka.

        – Zgoda! – odpowiedzieli (jednak głosem drżącym) zaprzedani posłowie.

        – Zgoda! – jeszcze słabiej powtórzyli posłowie przelękli.

        – Nie ma zgody! – odezwał się Rejten. – Na sejm walny jesteśmy zebrani, a nie na konfederacją; przystąpmy do wyboru marszałka walnego sejmu.

        – Tadeusza Rejtena obieramy marszałkiem! – odezwał się Korsak, Bohuszewicz i trzech innych posłów, kupiących się przy Rejtenie. Zdumieli się wszyscy. Rejten porywa laskę i sesją zagaja. Przez chwil kilka kanclerz, Poniński i inni jurgieltnicy moskiewscy zamilkli; już większa część izby poczuła chęć do powinności wrócić; ale z jednej strony zatwardziałe zdrajce, z drugiej – przybliżające się lonty do panewek, przydusiły ten słaby płomyk. Okropny szmer powstaje, jakby na zborzyszczu piekielnych duchów.

        – Nie damy się owładać przez pięciu posłów, konfederacji chcemy i Ponińskiego za jej marszałka!

        Wyrodki wydzierają laskę Rejtenowi; pięciu wszystkim się opierają.

        – Nie ma zgody na konfederacją! – krzyczy Rejten. – Na Boga, na rany Chrystusa, zaklinam was, bracia, nie plamcie imienia polskiego! Pamiętajcie na waszą przysięgę! Pamiętajcie, że podział kraju zaraz po zawiązaniu konfederacji nastąpi!

        Świętokradzkie ręce biją Rejtena i jego kolegów, a Poniński, ośmielony, już z laską w ręku, śmie sejm zagajać. Korsak i Bohuszewicz, szamocąc się między oprawcami, krzyczą:

        – Nie wyjdziem z tej izby, chyba trupami, a na zdradę ojczyzny nie pozwolim! Ostatniego środka legalnego chwyta się Rejten:

        – Sisto activitatem! – mówi. – Sejm zerwany, nie ma sejmu!

        – Nie ma sejmu! – powtarzają wierne męczennik!.

        – Panowie bracia – odzywa się Poniński – widać, że ci panowie zmysły mają pomieszane. Nie oglądajmy się na nich, a postępujmy w obradach naszych. Zapraszam panów do zapisania aktu konfederacji.

        – Zdrajco! – krzyknął Rejten – jak ty śmiesz marszałkiem się ogłaszać, kiedy nie ma sejmu!

        Poniński, zapisawszy akt, solwował sesją na dzień pojutrzejszy, a posłowie się porozchodzili, oprócz wiernych tych sześciu, którzy się zostali dla zaniesienia manifestu. Tam trzy doby siedzieli zamknięci o głodzie, a potem nareszcie osłabionych wypuszczono. Nie było ofiar, którymi by ich nie kuszono, aby od manifestu odstąpili, a zrobili akces do konfederacji. Rejtenowi laskę mniejszą litewską i starostwo borysowskie, Korsakowi i Bohuszewiczowi kasztelanie i intratne królewszczyzny ofiarowano; toż innych trzech wiernych posłów kuszono. Niecnota Poniński śmiał z nim o tym mówić i mógł znieść jego oblicze.

         – Podły człowieku – odpowiedział Rejten – mam z sobą trzy tysiące czerwonych złotych i te ci oddam, a opamiętaj się.

        Straszono ich odsądzeniem od czci i konfiskatą majątków; ale ci mężowie milczeniem pełnym pogardy odpowiedzieli. Wywieziono ich na koniec za miasto, a pan Gurowski, któremu zlecono było ich wywieźć do pierwszej poczty, dodając szyderstwo do innych pocisków, tam im powiedział:

        – Bywajcie, waćpanowie, zdrowi i próbujcie nową konfederacją przeciw nam podnieść, jeśli znajdziecie równych sobie półgłówków. Ale pamiętajcie, że Najświętsza Panna tego zmazać nie potrafi, co carowa jejmość o nas napisała.

        Pan Tadeusz osiadł w Gruszówce, ale to pasowanie się ciągłe a świeżo odbyte, to zranienie najdrażliwszych uczuciów znacznie mu zdrowie osłabiło; tym więcej że w czasie tej rozbójniczej sesji jeden z tych potworów, wydzierając mu laskę, silnie pięścią w ciemię go ugodził. Zawrót głowy częsty przy innych boleściach cierpiał, a w ciągłych zadumaniach nocy bezsenne przepędzał, jednak śladu nie było nadwątlenia umysłu. Ale jak doszła do niego wieść o pierwszym podziale ojczyzny za zezwoleniem jednomyślnym skonfederowanych stanów, tego ciosu wytrzymać nie mógł – i rozum jego rozbił się, przywalony sromotą publiczną. Nikomu do siebie przystępu nie dawał, każdego nazywając zdrajcą i nikczemnikiem, że nie biegnie do Warszawy ojczyzny ratować. Gdy dał się słyszeć, że sławy narodu swojego przeżyć nie chce, zaczęli bracia mieć go w pilnej straży. Całe obywatelstwo nowogródzkie biegło do Gruszówki oglądać swojego nieśmiertelnego posła na łożu boleści, z umysłem nadwerężonym w usługach ojczyzny, a pogrążonego w ostatniej rozpaczy. Ale nie dał się widzieć, mówiąc:

        – Ja ich nie znam. Obywatele nowogródzcy są w Warszawie, oni zdrajców ojczyzny myślą rozsiekać, a nie z chorym gawędzić.

        Kiedy ośmieliłem się go nawiedzić, gdy mnie jemu oznajmiono, przypomniał mnie sobie:

        – Seweryn Soplica to kolega szkolny i wojskowy; a dobrze, niech wnijdzie.

        Uprzejmie mnie powitał i z początku spokojnie rozmawiał, ale zamyśliwszy się, zaczął z ruska przebąkiwać:

        – A co, panie Sewerynie, nie winszujesz mi szczęścia, żem postąpił na Moskala? Tak, Berezdów w guberni białoruskiej, ja już carowej poddany. Proszę mnie mojego zaszczytu nie odejmywać: mnie sejm oddał. Jestem mu wdzięczny, bo tam Ponińskich nie ma.

        I zaczął drzeć na sobie wszystko i porywać się, że gdyby słudzy nie przytrzymali, na mnie by się rzucił. Ze łzami go pożegnałem. Matka jego, JW. podkomorzyna, z wielkiego żalu opuściła była Gruszówkę i aż w Mozyrskie się przeniosła nie mogąc znieść cierpień syna. Jakoż wkrótce skończył swoją pielgrzymkę na tym padole płaczu. Przez okno obaczył wysiadającego z powozu generała moskiewskiego, który stał w Nowogródku, a przyjechał rewizytę oddać panu Michałowi, natenczas gospodarzowi Gruszówki. Pan Tadeusz chciał koniecznie iść na pokoje i odgrażał się na generała, ale ludzie go nie puścili i jego zamknęli. Wtenczas wpadł w jakieś zapamiętanie i szybę u okna rozbiwszy, szkłem uraził sobie jelita. Dwa dni po tym przypadku życie Panu Bogu oddał. Mówię: Panu Bogu, bo w kilka godzin przed skonaniem zupełna przytomność mu wróciła i najprzykładniej gotował się na śmierć, której tyle razy nieustraszony szukał. Panu Michałowi różne jakoby przepowiednie o dalszych naszych losach robił, których nie chciał ten szanowny jego brat przed ludźmi odkrywać, mówiąc:

        – Nie chcę was zasmucać, bo co ma być dobrego, tak dalekie, że żaden z nas się [nie] doczeka, a bieda na karku siedzi.

        Potem tylko Zbawicielem naszym i Jego Najświętszą Matką był zajęty, ofiarując im i te nowe cierpienia, których w nieprzytomności sobie zadał.

        – Rozmyślnie nigdy mojego Stwórcy nie obraziłem i najmniejszego powątpiewania nie miałem o wierze. Tuszę, że mnie miłosierdzie i zasługi Jego najdroższego Syna nie ominą; a cierpienia mnie, nędznego, ofiaruję Tobie. o Panie, za moją nieszczęśliwą ojczyznę.

        To były jego ostatnie słowa.

 

KLASZTOR CZŁUCHOWSKI

        Niechaj mędrkowie, jak chcą, rozumują, zaprzeczeniu podpaść nie może, że wiara ze wszystkich uczuciów jest najsilniejsze i najwięcej twórcze. Sława, potęga, duma, męstwo, rozum wielkich rzeczy na świecie dokazały; ale co jest największego, co przetrwało czasy, to było owocem wiary.

        Wiele to starożytnych narodów upadło, że ledwo ich pamięć zachowuje się między ludźmi, a jeżeli coś się zostało, co by dotykalnie świadczyło o ich niegdyś bycie, to tylko pomniki ich wiary. Te trwają dotąd, a pomniki ich potęgi, lubo bardzo starownie musiały być wzniesione, w kurzawę już się zamieniły, jak zwłoki tych, co je wystawili. A jeżeli wiary, choć błędne, ale istotne, tak były silnymi, czegóż by nie dokazała nasza wiara, jedynie prawdziwa, którą sam Bóg wcielony nauczył? Jakoż, co tylko jest teraz na świecie trwałego, szlachetnego, potężnego nawet godziwie, wszystko to natchnęła wiara naszym ojcom.

        Nawet nie pojmuję, czym się człowiek podnieść może, kiedy wielkich dopuściwszy się zbrodni, niezupełnie przecie zagładził pewną szlachetność duszy, jeżeli w fałszywej zostaje wierze alboli, co gorzej, żadnej nie ma. Bo człowiek w sobie nie posiada siły, którą by mógł siebie w niektórych okolicznościach oczyścić, musi ją koniecznie otrzymać od potężniejszego. Toć i u pogan były jakieś obrzęda oczyszczające sumienie.

        Być może nawet, że Pan Bóg i tam, widząc szczerze korzącego się zbrodniarza, użyczał mu środków, którymi do cnoty powracał, i błogosławił jego pokutę. Bo nikt Panu Bogu nad możność ofiary nie zrobi, a niewiadomość nie jest występkiem; a na koniec, co tylko jest dobrego, czy uczynek, czy myśl, bez Boga nie będzie. Ale to jest rzecz głęboka, którą nie tylko świecki, ale kapłan nawet jaśnie nie rozbierze, bo co się nas tyczy, to jest pewne i niezawodne – i tego pilnujemy; a co będzie z innymi, tego nigdy nie dojdziem. Jest to zagadka, której słowa nasz Pan nam nie objawił.

        Wiemy tylko, że o ile jest lekkomyślnie im dotuszać, o tyle jest okrutnie ich potępiać. Dziękujemy naszemu Zbawicielowi, że nas oświecił i że wprost dał nam środki, którymi umiemy jego łaskę, że tak powiem, zniewalać, że prawodawstwo naszej chrześcijańskiej pokuty jest tak jasne, tak dokładne, tak skutkiem usprawiedliwione, że niczym się nie wymówiemy, jeżeli z niego korzystać nie będziem.

        W tym wielka wyższość dawnych czasów nad teraźniejszymi, że chociaż z jednej strony, bywały zbrodnie większe niż te, na które patrzymy (bo żywotność naszych przodków była silniejszą niżeli zniewieściałych ich potomków, którzy nie są nawet zdolni podnieść się do namiętnościów gwałtownych, jedynie w podłych gnuśnieć), z drugiej – wielkie było wyobrażenie o cnocie i o pokutach, którymi się wykupywały przeciw jej wykroczenia.