Goniec

Switch to desktop Register Login

Pamiątki Soplicy (38)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

pamiatki-soplicy– Dobrze mówi pan Żydaczewski – odezwał się pan Korsak.

        – I ja z nim trzymam! – krzyknął pan Franciszek Dzierżanowski – z jego łaski zginął pan Sawa i pan Pstrokoński, i dwóch braci rodzonych naszego naczelnego wodza, i tylu mężów, co ich i naliczyć nie można, i cały mój pułk w onegdajszej potyczce, co w nim ledwo półtorasta koni zostaje – a my byśmy go mieli żałować, a zasię!

        – Zgoda, zgoda! i Litwa trzyma z Koroną – odezwał się pan Kiersnowski i pan Staniewicz.

        – Zgoda! zgoda! – zaczęto krzyczeć. – Poniatowskiego zabić, i kwita! Jak się trochę uciszyło:

        – Panowie bracia – odezwał się pan Puławski – z woli waszej odebrałem nad wami dowództwo i chociaż, jak to mówią, bywaliśmy pod wozem, czasem siedzieliśmy na wozie, podchlebiam sobie, że waszego zaufania nigdy [nie] zawiodłem. Ale jeżeliście ufność we mnie stracili i chcecie po swojemu robić, odbierzcie mi władzę, a ja jako prosty żołnierz z wami służyć będę; ale do takiej roboty, by królowi życie odbierać, należeć nie chcę. Czy wy nie widzicie, że tylko pozoru szukają? Dziś Poniatowski ubity, a za tydzień i Prusacy, i królowa węgierska do nas przyjdą, a tu z jednymi Moskalami ciężka sprawa. A potem, bądź co bądź, a poczciwie róbmy. Czy to była rzecz słyszana, żeby Polak krwią królewską ręce swoje mazał?

        Na to pan Cyriak:

        – Co to mnie za król, co go ktoś tam narzucił! Pan starosta nadto na rozum bierzesz, a jeżeli niełaska tak działać, jak my sobie życzym, to niech pan nas nie straszy, że od nas odstąpi. Strachy na Lachy! Szanujemy pana, daj Boże, byś zawsze nas prowadził, ale kiedy pana nie stanie, znajdzie się taki, co konfederacją zaprowadzi, gdzie potrzeba, a nie będzie się oglądał ani na króla, ani jego jakichś braci.

        – Hola! Hola! – powstał ksiądz Marek – a co to za wiatr waćpanu do głowy zawinął, panie Cyriaku? Czy nie waćpan chcesz nas prowadzić zamiast pana Puławskiego? Tłomacz się waćpan: jak króla Poniatowskiego sprzątniecie, co uradzicie? czy nie waćpana na jego miejscu ogłosić? I dla tej nadziei bunty podniecać w obozie i na naczelnego wodza powstawać?

        – Ja na pana starosty nie powstaję i umiem mu być posłusznym, kiedy trzeba, ale jako konsyliarz konfederacji radę daję; będzie ją wola przyjąć lub nie. Ja nie teolog ani minister, tylko zwyczajnie szlachcic i żołnierz, ale co się myśli, to szczerze się przed swoimi mówi; mnie to nie o starostwo moje chodzi, co z łaski tego bękarta mnie odsądzili – mniejszać o to: mam ja swój kawałek ziemi, a nie potrzebuję baki świecić jak on u Niemców albo porubstwem się bawić dla pieczeni. A potem, księże Marku, jeśli go bym ubił, to mam słuszność za sobą: on mnie nie stanął, gdziem go po rycersku zaprosił; mam prawo w łeb mu strzelić. A potem... żartuj sobie ze mnie, jak chcesz, księże Marku, a taki, choć mówi pan starosta, nasz wódz, że jak Poniatowskiego sprzątniem, to wszyscy się na nas rzucą, ja mówię, że nikt nie ruszy, a Moskale, jak obaczą, że nie ma za kim się bić, do siebie powrócą, a dopiero urządzim siebie, jak sami zechcemy.

        – Ciekawy jestem wiedzieć, jak ty byś nas urządził, panie Cyriaku?

        – Łatwiej, niż się spodziewasz, księże Marku. Ja za piecem nie wychowany i przypatrzyłem się, jak się po ludziach dzieje. Byłem z księdzem Sierakowskim, moim wujem, w Rzymie i papieżam widział, i mówił do mnie – a ksiądz Marek tam nie był – i jechałem na Wenecję, gdzie króla nie ma, tylko waszeci patron panuje, a przecie dobrze wszystkim się dzieje. A za cóż u nas Najświętsza Panna nie miałaby sama panować i jej zawsze ma być dodany jakiś król, to Sas, to Piast!

        Ale my mu wszyscy przerwali mowę:

        – Wybaczaj, panie, ale na to nie ma zgody: ani w domu bez gospodarza, ani w Rzeczypospolitej bez króla. Trzeba nam króla, ale Sasa. A ksiądz Marek na nas z góry:

        – A cicho, dzieci, a w nie swoje rzeczy nie wdawajcie się. Bijcie się, a starsi uradzą. A pana Puławskiego słuchajcie, bo Pan Bóg chce, aby do końca on wami dowodził. Już dnieć zaczyna, zapewne pan Puławski na koń siąść wam wkrótce każe, a najlepiej Rzeczypospolitej zaradzimy, jak będziemy posłuszni.

        A pan Puławski:

        – Panowie bracia, teraz na koń, a o panu Poniatowskim w swoim czasie pomyślim, jak go dostać.

        I kazał trębaczom zatrąbić marsz, a my wszyscy na koń – i doszliśmy aż do Częstochowy. Ale pan chorąży litewski z księdzem Markiem od nas się odłączyli zaraz po wyjściu naszym z Niepołomickiej Puszczy. Pan chorąży dostał się do Preszowa i widziałem go później w Nieświeżu, kiedy już było po wszystkim. A księdza Marka już odtąd nigdy nie widziałem.

        Otóż tak rzucona była myśl pierwsza, która wyszła od pana chorążego litewskiego, myśl wielka, ale która dlatego tylko skutku nie otrzymała, bo pan pułkownik Łukawski –daj mu Boże wieczne odpocznienie – podrwił głową, jako się może kiedy o tym wspomni.

 

BŁOGOSŁAWIONA ANNA Z OMIECIŃSKICH

        Nic lepszego, jak we wszystkim spuszczać się na Opatrzność, bo bez jej pomocy na co się zda najprzenikliwszy rozum? Pan Bóg stworzył człowieka, więc o nim zapomnieć nie może i tak mu wszystkie okoliczności skieruje, aby w nich zbawienie swoje najwłaściwiej mógł uskutecznić. Dobrze się dzieje, Panu Bogu dziękuj; źle, zgadzaj się z Jego wolą. A jak szemrać będziesz, cóż zyskasz? Jego nie nastraszysz ani zmusisz. Jeżeli nie uważa [na] twoje szemrania, jako na głupstwo, więc one ci się na nic nie przydadzą; jeżeli uważa, to ze wszystkim zginiesz. Kogo nie zmożesz, temu ulegaj. A módl się w złych przygodach, płacz przed Nim, proś, błagaj, póki Go nie zmiękczysz, bo On jest Pan dobry, miłościwy, kochający swoje stworzenie. On nie tylko stwórcą i zbawicielem; sam jest człowiekiem, sam cierpiał i jest wyrozumiałym na nędze ludzkości.

        – Jako błogosławiona Anna z Omiecińskich miała dziwne objawienie, które czytałem w rękopiśmie w Supraślu u ojców bazylianów, wkrótce po jej śmierci napisanym, pod tytułem Łaska Boga w Trójcy jedynego nad obywatelami Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego, a który, że z wielką szkodą naszą nie był drukiem ogłoszony, to z tego powodu, iż byliśmy już pod gwarancją carowej, a że w tych objawieniach były przepowiednie, które by Moskwie do smaku nie przyszły, więc książę biskup Massalski postanowił, aby utaić, co Bóg powiedział, aby się nie narazić aliantce naszej. Tak to wszystko się z czasem odmienia. Pierwszy papież i pierwsi biskupi wyrzekli przed urzędem, że lepiej Panu Bogu niż jemu być posłusznym; teraźniejsi uczą, że posłuszeństwo Panu Bogu na tym się zasadza, aby urzędowi być posłusznym we wszystkim.

        Dotąd głośne na Litwie misje ojca Atanazego Nowochackiego, bazylianina w Słuczyźnie, że nawet mnóstwo popów skłaniali się do unii, a cóż dopiero świeckich; aż ambasador moskiewski na to użalił się przed księciem biskupem Massalskim, że to jest przeciwko aliansowi – poddanych duchownych carowej do odszczepieństwa namawiać. Książę biskup zabronił ojcu Nowochackiemu misjonarzować i ustnie go strofował, iż on naraża bezpieczeństwo Rzeczypospolitej, dodając, iż roztropność ludzka zniewala go być uległym ambasadorowi. A biedny bazylian, co był sobie niby prostaczkowaty, na to:

        – Przewielebny panie! A w takich okolicznościach, a może niebezpieczniejszych, apostołowie odpowiedzieli:

        „Si justum est in conspectu Dei vos potius audire quam Deum?”

        Książę biskup obruszył się jako każdy obrońca złej sprawy i zdobył się na koncept:

        – Zrób, księże, by jak powiem: „Surge et ambula”, chromi wstawali, to ja jak apostołowie na wszystkich się porwę.

        Ale bazyliana w ciemię nie bito.

        – JO. panie, będą chromi wstawać na twoje słowa, byle były zupełnie w tym porządku jak i apostolskie, bo święty Piotr nim wyrzekł: „Surge et ambula”, powiedział: „Argentum et aurun non est mihi”

        Zmieszał się książę biskup, ale nic nie mógł odpowiedzieć ani go ofuknąć, raz, że było wielu przytomnych, przed którymi nierad był źle się wystawić, po wtóre, że było wszystkim wiadomo, iż ojciec Atanazy od blisko pięćdziesięciu lat, co był zakonnikiem, ręką nie dotknął się kruszcu, oprócz chyba kielicha przy ołtarzu, i miał za wielkie ubliżenie świętobliwości kapłańskiej zajmywanie się interesami świeckimi i posiadanie złota i srebra. I temu łakomstwu całego duchowieństwa przypisywał upadek wiary w owczarni, którą paśli niegodni pasterze. On to omal na całe życie nie był zamknięty za to, że w Wilnie, na konsekracji biskupa każąc, śmiał powiedzieć:

        – Teraz duchowieństwo dary Ducha Świętego poświęca za pieniądze; a na tym skończy, że ani Ducha Świętego, ani pieniędzy mieć nie będzie, bo Pan Bóg swoje, a diabeł swoje odbierze.

        Duchowieństwo obrządku łacińskiego bardzo się było na niego oburzyło; nawet ksiądz Witoga, teolog biskupa wileńskiego, wydał był naprzeciw niemu książeczkę, w której usiłował dowodzić, iż kacerstwo husytów wznawia. Ale mu nic to nie zaszkodziło, bo duchowieństwo obrządku ruskiego, mniej pieniężne od łacińskiego, jego poparło, po wtóre, szlachta i pospólstwo za nim bardzo obstawały, ile że on niczego nie pragnął, żadnego urzędu zakonnego nie sprawiał, misje o zebranym chlebie odbywał, od ludzi możnych uciekał, tylko z chłopkami i nędzarzami przystawał.

        A na koniec niechętni mu pasterze i kapłani nie bardzo śmieli naprzeciw niemu za daleko się posuwać, bo chodziły wieści, że czasem Pan Bóg jego świętobliwość błogosławił cudami. Jakoż w Lidzie w czasie głodu, który prawie całą Litwę trapił w roku 1748, stos kamieni w stos bochenków chleba przemienił znakiem krzyża świętego, co więcej tysiąca ludzi stwierdziło swoim świadectwem, a kilkadziesiąt szlachty swoim podpisem.

        Otóż błogosławiona Anna Omiecińska nie tyle mądrością słynęła, ile miłością pałała dla Chrystusa Pana; ale ona tą miłością i do najwyższej mądrości doszła. Na próżno diabeł chciał jej tę miłość uszkodzić, zawsze ze wstydem był odparty; ale przecie dokazał, iż w jej umyśle niespokojność wzniecił następną pokusą: że jest jedno piekło dla wszystkich, a przecie Pan Bóg nie jednaki los wszystkim przeznacza. Nędzarz kradnie, na koniec rozbija – umiera nie opamiętawszy się. Sprawiedliwość boska jego do piekła odsyła. A gdyby on był się urodził jak ów drugi bogatym, nie miałby potrzeby kraść i byłby może uszedł wiecznego zatracenia. Toż i inni, do których zguby szczególnie wpływały okoliczności, w których się znajdowali. Ta myśl ciągle ją dręczyła i ze łzami błagała Zbawiciela, aby ją od tej myśli oswobodził, że niczego wiedzieć nie pragnie, tylko żeby nic ją nie odrywało od Jego miłości i na modlitwach nie poprzestając, takimi pokutami się umęczyła, że wyschła była do kości; aż zwierzchność klasztoru, w którym mieszkała, zabroniła jej postów i innych umartwień cielesnych, czemu się poddała z największą pokorą, a to poddanie się było dla niej większym nad wszystkie dawniejsze umartwieniem.

        Otóż Pan Bóg zlitował się nad nią i zachwycił jej duszę przed swoje oblicze, aby przed nią odkryć tajemnice swojej sprawiedliwości. Wszystkich jej znajomych żyjących dusze stały przed Bogiem: byli kapłani, co w domu jej rodziców uczęszczali, i samiże rodzice, i krewni, i słudzy, i poddani, i żebracy, których znała; było też kilku magnatów, zaszczycających swymi względami jej rodziców, i sam król August Wtóry, szczęśliwie wówczas panujący, a którego przed rokiem widziała w Warszawie, kiedy jej ojciec, będąc jednym z delegatów wysłanych do króla dla powinszowania mu szczęśliwie zawartego karłowickiego traktatu, przedstawił mu żonę i dzieci.

        Jeszcze w dniu tym król mocno zmieszał świętobliwą i skromną panienkę, zbytnie chwaląc jej piękność; a będąc żartobliwym i nieco za poufałym z kobietami, kiedy rękę pańską do ust przybliżała, chciał ją król w twarz pocałować, co za granicą jest uważane jako grzeczność królewska poddance okazana. Ale panna Anna Omiecińska tak się przelękła, że zemdlała, czym i króla, i cały dwór, i szczególnie rodziców swoich nafrasowała.