Goniec

Register Login

Pamiątki Soplicy (54)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

pamiatki-soplicy        Jeszcze księciu wojewodzie wileńskiemu residuitatis [pozostałości] zostawało u pana kaniowskiego czternaście tysięcy, które się zawiodły z powodu zamieszek krajowych od śmierci Augusta III. Książę pan, wróciwszy do Ołyki z Lublina po ukończonym interesie z książętami Lubomirskimi, przypomniał sobie, że mu jeszcze coś należy od starosty kaniowskiego, a chcąc mi łaskę wyświadczyć za moje usługi, darem darując, odstąpił mnie tych czternastu tysięcy, dodając:

        – Panie kochanku! Waszeć teraz na Rusi, rusza jże sobie do Kaniowa po pieniądze, abyś z gołymi rękoma nie pokazywał się żonce, której od waści kłamać się będę.

        Padłem do nóg mojemu JO. panu. Czternaście tysięcy wtedy był piękny grosz, a nawet i teraz, kto by ich na drodze nalazł, nie szczędziłby rąk swoich do ich podniesienia. Ale jak zaczęli mi ludzie mówić o dziwactwach pana starosty, że zamiast monety srebrnej nietrudno w Kaniowie o rzemienną, niemałom się nafrasował, lecz powiedziałem sobie:

        – Naprzód, panie Sewerynie! Czyż już dla wilka nie iść do lasu, choć skóra w strachu? Ojciec dzieciom czternaście tysięcy dla strachu nie opuści, chybaby już oczu nie pokazać między ludźmi.

        Postanowiłem tedy, odebrawszy list od księcia pana do pana starosty, nazajutrz puścić się w podróż. Pan Bartłomiej Chodźko napierał się być moim towarzyszem, ale mnie na to nie namówił, bym szedł z żarem do prochowni. Cały wieczór na pokojach miną nadrabiałem, ale w sercu była wielka niespokojność, tak że przed wyjazdem na intencją pomyślnej podróży opatrzyłem się Przenajświętszym Sakramentem w kolegiacie ołyckiej i uczyniłem ślub, że po odtrąceniu wszelkich wydatków z całej kwoty, co ją odbiorę, opłacę dziesięcinę w połowie kolegiacie, a w połowie siostrom miłosierdzia w Nowogródku. 

        A lubom wiedział, że pan starosta wówczas znajdował się w Kaniowie, puściłem się jednak ku Podolu, a to żeby przypomnieć się JW. Potockiemu, podczaszemu litewskiemu, u którego kilkakrotnie byłem na ordynansie w czasie konfederacji barskiej. Ba, omal że nie zabrał mnie wtedy z sobą do Stambułu, co mi się bardzo podobało, bo który młodzian nierad jak najwięcej świata przebiec. Ale wola Pana Boga była, bym swoim w kraju służył, bom tak na malignę zapadł był, że JW. podczaszy beze mnie wyjechał. Lecz mogłem sobie pochlebiać, że jakiś wstęp mam do jego osoby.

        Pojechałem więc do Morafy, raz dla złożenia czołobitności ziomkom poświęconemu panu, po wtóre, że on zasługami swoimi mógł być uważanym za głowę domu Potockich; chciałem się więc ubezpieczyć w Kaniowie jego listem do pana starosty. Jakoż chociaż tuzin lat i więcej minęło, jak mnie widział ostatni raz pan podczaszy, od razu mnie poznał, nazwał mnie po chrzestnym imieniu i tak łaskawie mnie przyjął, że padłem mu do nóg, łzami się zalawszy. Z wielką czułością wypytywał mnie o JO. księciu, moim panu, i o innych magnatach litewskich, z którymi miał przyjaźń, a których od dawna nie widział, bo od sejmu podziałowego zamknął się był w Morafie i zajmował się gospodarstwem, usunąwszy się od życia publicznego, w którym wedle jego przekonania nie godziło mu się być czynnym. I tyle okazał się dla mnie łaskawym, że chociaż zostawał w obojętności względem pana starosty kaniowskiego, z powodu iż ten świeżo kazał był powiesić Żyda z Morafy nie odniósłszy się do niego – jednak własną ręką napisał za mną list instancjonalny, co mi go przed wyjazdem wręczył JPan Wirski, marszałek jego dworu, a niegdyś jak ja konfederat barski. Pan Wirski przyjął mnie był na swoją kwaterę i przez dwie doby, com przebył w Morafie, miałem u niego wszelką wygodę. Nie był mu tedy tajny mój interes z panem starostą, a że go znał dobrze i sam bywał nieraz świadkiem jego dziwactw, różne dał mi informacje o trybie życia, jakie on przybrał. Szczególnie mnie radził, bym nie ważył się kołami zajeżdżać przed jego zamek, ale konno przybyć, gdyż pan starosta zaraz się kwasi na szlachcica, co nie będąc chorym ani zgrzybiałym, pozwala sobie podobnych zniewieściałości. Utrzymywał albowiem, że w Polsce temu tylko pojazd godziwy, kto ma krzesło w senacie lub trybunale albo miejsce na ławach poselskich – dając z siebie przykład, że będąc tylko starostą, podróże, chociażby najdłuższe, wierzchem odbywał. Tak więc, listami, radami, a najwięcej ufnością w Bogu opatrzony, puściłem się do Kaniowa dnia 4 sierpnia, w wigilią Najświętszej Panny Śnieżnej. Nie omieszkałem kupić po drodze w Niemirowie terlicę kozacką z całym moderunkiem, a miałem w lejcu klacz skarogniadą, która w potrzebie niezgorzej pod siodłem chodziła – i szczęśliwie po czterech dniach podróży, już po zachodzie słońca, zajechałem do żydowskiego domostwa na przedmieściu kaniowskim. A nazajutrz raniuteńko wysłuchałem Mszy Świętej u ojców bazylianów. Do południa nachodziwszy się po mieście i namedytowawszy kazałem chłopcu klacz okulbaczyć i w imię boskie ruszyłem na niej wprost do zamku. Przed bramą spostrzegłem trzy słupy z uszami żelaznymi do zawiązywania przy nich koni. 

        O, tu pan Wirski zapomniał mnie oświecić, że ja samym instynktem tylko uniknąłem napaści. Jeden słup był karmazynowy, drugi biały, a trzeci czarny; przy pierwszym uwiązałem klacz i dobrze mi się udało, bo jakem się później dowiedział, ten słup był dla szlachty, drugi dla chłopów, trzeci dla Żydów; a jak kto wybierze słup niewłaściwy swojemu stanowi, a pan starosta to spostrzeże, temu już bieda, zwłaszcza jeżeli podochocony.

        Że to była sobota, pan starosta ten dzień suszył i żadnego mocnego napoju nie używał, o czym się dowiedziałem u bazylianów, więc miałem dobrą nadzieję o pierwszym spotkaniu, a wziąłem na siebie mundur albeński, do którego noszenia świeżo byłem upoważniony. 

        Uwiązawszy tedy kobylinę u szlacheckiego słupa, poszedłem na dziedziniec, gdzie zastałem wychodzących z kaplicy zamkowej i rozpierzchających się po dziedzińcu dworzan i sług kaniowskich; kilku zostało tylko przed kaplicą, z czapkami pod pachą, a jeden miał głowę nakrytą, którego po tym samym można było poznać, że to był sam pan starosta. Chociaż wzrostu nikłego, a chudy i ogorzały jak Cygan, było coś odznaczającego się w jego obliczu, coś okazującego, że był nawykłym do dawania rozkazów, a jeszcze więcej do tego, by je natychmiast spełniano. Z dworzan otaczających go żadnego nie było, co by go przynajmniej głową nie przenosił, a szczególnie jeden, bliżej jego stojący (do którego właśnie w tej chwili przemawiał i można było zaraz poznać, iż się zaszczyca ściślejszą poufałością pana), był i ogromnej tuszy, i olbrzymiego wzrostu. 

        Przecię, gdyby nawet pan starosta wraz, z nimi miał głowę odkrytą, anibym się wahał domyślić, że on nad nimi wszystkimi panuje. Poznać pana po cholewach. Jego czupryna czarna i kędzierzawa, u spodu podgolona, długim spadała kudłem niżej prawego ucha, więcej z kozacka niż z polska. Małe oczy, czarne, błyszczały jakby jaszczurcze w twarzy, po której kilka szramów świadczyło, że w burdach swoich własnego łba nie szczędził, a najgłębsza kresa, co mu lewy policzek na dwie części ledwo nie równe przedzielała. Jakem się później dowiedział, była pamiątką tego najpoufalszego dworzanina, z którym rozmawiał, a który tym, iż go przemógł, zaskarbił sobie szczególne pańskie względy. 

        Wszyscy dworzanie byli odziani porządnie, nawet nie bez jakiegoś przepychu. Ale on sam miał na żupanie płótno domowej roboty, spod którego wyglądały karmazynowe hajdawery, długą kurtkę granatową z potrzebami, a żupan był opasany rzemiennym łykiem, przy którym wisiała ogromna szablica. Właśnie zapalał mu lulkę kozaczek, mający za pasem nahaj w srebrną skuwkę oprawny. Zbliżyłem się ku niemu i nisko skłoniwszy się, zabierałem się do opowiedzenia siebie, ale jak utkwił we mnie wzrok swój, zmierzywszy mnie wprzód od głowy do pięty, zmięszał mnie zrazu tak, że zapomniałem języka w gębie. Zaraz wszelako przyszedłem do siebie, jak się odezwał pan starosta:

        – Co to waszeć, jak widzę, albeńczyk; a co nam z Litwy przynosisz?         Odpowiedziałem śmiało:

        – Mam listy do JWPana, które dadzą mi wstęp do mówienia o interesie – i dobywszy z zanadrza list z Morafy złożyłem go w jego ręce. Ale ledwom wspomniał Morafę, nadstawił marsa.

        – To znowu wymówki za Żyda, co go w Kaniowie powiesili; pan podczaszy za Żydem się ujmuje jakby za rodzonym bratem, aż albeńczyka na mnie sprowadził. A wiesz, że to Kaniów? Jeśli z Morafy przyjeżdżasz, to musisz wiedzieć, że Boćki do pana podczaszego należą i że ja stamtąd co roku kilkadziesiąt nahajów sprowadzam. – Tu wziąwszy nahaj od kozaka: – Widzisz waszeć timor Domini alias [bojaźń Pana, czyli] pióro. Ja miewam we zwyczaju, że na listy z wymówkami odpisuję nim na skórze tych, co mi je oddają.

        Tu się obruszyłem, jakby nie było, a nadto dobrym się czułem szlachcicem, bym dał sobie mówić o batogach.

        – JW. starosto! – powiedziałem śmiało – może na Ukrainie we zwyczaju nahaj za pióro, a skórę szlachecką za papier uważać. Ja jestem dworzaninem księcia wojewody wileńskiego, od niego w swoim interesie przyjeżdżam, o czym list od JO. mojego pana przekona. O żadnym Żydzie morafowskim nie wiem, tylko JW. podczaszego o list instancjonalny prosiłem do JW. pana i dostałem go, bo mnie znał JW. podczaszy, kiedyśmy razem nie nahajem ze szlachtą, ale szablą z wrogiem wojowali. Ja jestem litewskim szlachcicem, a do tego albeńczykiem, i mam przy sobie pałasz, który moją skórę przegrodzi od batogów. A jeżeli mnie liczbą rozsiekacie, znajdą się koledzy moi, którzy choćby w zamku kaniowskim, po mojej śmierci nawet, odszukają mojej krzywdy.

        Wypogodził oblicze swoje pan starosta, a obróciwszy się do poufałego dworzanina:

        – Oto nawiżenny Łytwak, czorta by nałykaw. Widzę, żeś prawdziwy albeńczyk, panie bracie. Samopas gotoweś mnie najechać w moim zamku. Mospane Łopuski! proczytaj no, czoho choczet wid  nas pan podczaszy.

        Odczytał głośno ogromny dworzanin list pana podczaszego, w którym żadnych nie było wymówek, tylko za mną instancja w nader chlubnych o mnie wyrazach, którychem się ani spodziewał, anim na nie zasłużył.

        – Dobre, bratku, dobre, pomyrim sia; na szczo nam z soboju wojowaty! – i podał mi rękę, którą z uszanowaniem pocałowałem. – Dawaj no teper piśmo księcia Radziwiłła.