Goniec

Register Login

Pamięć (21)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

braunfotoZOSIA

        Znałem tę dziewczynę już od stosunkowo dawnego czasu. Studiowała polonistykę.  Nazywała się Zofia Reklewska. Rozmawialiśmy wiele o Norwidzie, chodziliśmy razem do teatru, wpadaliśmy na siebie w trolejbusie, bo moja trasa z Miodowej na Mokotowską, z PWST do Teatru Współczesnego, często pokrywała się z jej jazdą z Uniwersytetu na Krakowskim Przedmieściu też na Mokotowską, gdzie mieszkała tuż obok Współczesnego, czy do biblioteki na Koszykowej, w której spędzała długie godziny. Spotykaliśmy się też u naszej wspólnej przyjaciółki Basi Makomaskiej (zwanej Mako), a raczej jej mamy, w gościnnym mieszkaniu przy ulicy Słupeckiej numer 4, blisko placu Narutowicza. Wiedziałem, że ma powodzenie u chłopców. A ja sam oglądałem się wtedy za wieloma dziewczynami.

        Pamiętam dokładnie dzień, nawet moment, gdy Zosia nagle jakby pojawiła się na pierwszym planie mego życia. Dotąd bowiem była jakby jedną z wielu postaci dramatu. Teraz zaczęła być gwiazdą.

        Był jesienny dzień 1960 r. Imieniny Basi Mako – dlatego pamiętam ścisłą datę: 4 grudnia, świętej Barbary. Dzwonię. Basia mi otwiera. Składam jej życzenia. Prowadzi mnie do pokoju, gdzie już pełno ludzi – na krzesłach, na kanapie, na dywanie. Rozglądam się. Przyjaciele, znajomi, koledzy. Nagle widzę niezwykłe, ciemnogranatowe szpilki – wąsko zakończone, o wysokim, długim obcasie, supermodne. W szpilkach są stopy, ponad nimi nogi – piękne, zgrabne, smukłe, długie, dopiero gdzieś wysoko przesłonięte spódnicą. Bluzki nie pamiętam. A twarz właścicielki nóg i szpilek, to twarz Zosi Reklewskiej.

        Tego dnia, na chwilę, dzięki tym szpilkom niezwykłym, wspaniałym, modnym, zagranicznym, zatrzymałem na chwilę całą swoją uwagę na niej. Jakbym dotąd oglądał ją w planie ogólnym, a teraz, nagle, w zbliżeniu. Zbliżeniu tych szpilek. Ale zaraz potem zbliżeniu twarzy.

        Z jej twarzy promieniowało jakieś delikatne światło. Była urodziwa urodą czystą i promienną, prawdziwą i autentyczną, jasną i słoneczną, subtelną i delikatną, ufną i budzącą zaufanie. Miała ogromne, mądre oczy i nieco zmysłowe wargi. Mówiła melodyjnie, przepiękną, wyszukaną, literacką polszczyzną, wypowiadając swoje myśli wprost, celnie i inteligentnie. Jej zachowanie było naturalne, a zarazem w oczywisty sposób przeniknięte dobrymi manierami. Co do szpilek, dowiedziałem się niebawem, że przywiozła je ze stypendium w Paryżu, aha, więc te szpilki nie tylko były zagraniczne, ale i paryskie. Tak, to był ten moment, kiedy, dzięki tym szpilkom, Zosia pojawiła się w mojej świadomości jak w ogromnym zbliżeniu.

        Potem powróciła w plan ogólny, więc jakby zmniejszając się i oddalając, choć pozostając nadal jego elementem. Nie widywaliśmy się zbyt często. Następnego roku ja z kolei wyjechałem na kilka miesięcy za granicę na stypendium Międzynarodowego Instytutu Teatralnego. Byłem we Francji, potem we Włoszech, gdzie o mało nie związałem się, a raczej o mało nie zostałem związany z pewną dziewczyną z miasta Cagliari na wyspie Sardynii. Już o tym opowiadałem.

        Gdy wróciłem i spotkałem się z Zosią, miała znowu parę nowych, przepięknych, przemodnych szpilek, tym razem brązowych, krajowych, ale robionych na modę paryską. Dowiedziałem się, że te szpilki kupiła „u Śliwki”, jedynego wtedy warszawskiego szewca, który robił ręcznie takie szpilki.

        Wiedziałem już, że Zosia prowadzi życie bardzo skromne, ledwie wiąże koniec z końcem; utrzymuje się sama, zarabiając korepetycjami; nie ma domu, mieszka u kogoś kątem; nie ma ojca, a matka mieszka gdzieś osobno, też kątem. Te szpilki, kupowane za pieniądze zaoszczędzone niejedzeniem w Paryżu, okupione dodatkowymi godzinami pracy w Warszawie, to była jej fantazja, a zarazem manifestacja niezgody na całą tę biedę, w jaką została wtrącona.

        Dowiadywałem się też od niej – w coraz dłuższych rozmowach – o jej ziemiańskim dzieciństwie w wielkim, bogatym majątku, we dworze w Mirogonowicach w Sandomierskiem, już bez ojca, bo został zabity na samym początku wojny, gdy miała ledwie trzy miesiące; o okrucieństwach komunistycznych partyzantów-bandytów, którzy zamordowali jej siostrę przyrodnią i najbliższego kuzyna w czasie wojny; o wyrzuceniu jej wraz z całą rodziną z rodzinnego gniazda w 1945 r. i o krzywdzie reformy rolnej; o młodości panienki ze dworu w robotniczym i komunistycznym Ostrowcu Świętokrzyskim, przezywanej przez dzieci z ulicy „dziedziczką”; o jej studiach polonistycznych na seminarium Jana Kotta; o jej zainteresowaniach teatrem; o jej wizytach w Laskach, gdzie i ja bywałem, a tam, choć każdym z nas osobno, opiekował się nami duchowo ojciec Tadeusz Fedorowicz. Udzielił nam nieformalnego kursu przedmałżeńskiego, też każdemu z osobna. Podkreślał, że to na całe życie, że małżeństwo katolickie jest nierozerwalne. Świetnie!

        Chodziliśmy razem do teatru. Na długie spacery. Odwiedzałem ją w jej małym pokoiku przy Teatrze Współczesnym. A ona mnie w moim małym pokoiku w Dziekance. I to wszystko prowadziło do tego, że było nam coraz bliżej do siebie. Tak blisko, że bliżej mogło być już tylko po ślubie.

        Taką podjęliśmy decyzję. Nasz ślub odbył się 15 lipca 1962 r. w kościele Sióstr Franciszkanek na Piwnej. Udzielił go nam ojciec Tadeusz Fedorowicz. I potem rozpoczęło się wspólne życie, którego najważniejszą cechą stało się trwanie. Razem. Tu mogę dodać, że nasze małżeństwo trwa już pięćdziesiąt cztery (54!) lata.

        Po ślubie zamieszkaliśmy w małym pokoju Zosi w mieszkanku pań Reklewskich w Warszawie, na Mokotowie, przy ulicy Belgijskiej. W drugim pokoju mieszkała mama Zosi. Była tam jeszcze mała kuchenka. Dostęp do łazienki był ograniczony przez innych lokatorów. Myliśmy się w kuchni, w miednicy. Tam też często pisałem na maszynie, trzymając ją na kolanach. Dom stał na skarpie. Pokoiki były na niskim parterze, a kuchenka w suterenie. Wiele miesięcy jesieni 1962 r. spędziliśmy z Zosią w Gdańsku, mieszkając w pokoju gościnnym Teatru Wybrzeże. 19 czerwca 1963 r. w Warszawie urodziła się Monika. Wielkie wydarzenie! Mieliśmy córkę!

W niespełna rok potem  przenieśliśmy się do naszego nowego mieszkania – naszego! Było to mieszkanie spółdzielcze. To ojciec dopomógł mi zapisać się do WSM zaraz po moim osiedleniu się w Warszawie i poniósł pierwsze, znaczne przecież, koszty. Wywalczyłem w Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej przyspieszone otrzymanie kluczy. Mieszkanko było małe i biedne: w bloku na Okęciu, przy ulicy Strubiczów, trzy pokoje, maleńka kuchnia, łazienka (z wejściem od korytarzyka i od kuchni!), czwarte piętro bez windy. Dla nas było cudem. Myśleliśmy, że będziemy w nim mieszkać długie lata.

        Zosia pracowała w Państwowym Wydawnictwie Naukowym w redakcji encyklopedii teatralnej, pod kierunkiem profesora Zbigniewa Raszewskiego. Rozpoczęła pracę nad doktoratem.

        Wydawało się nam obojgu, że osiągnęliśmy stabilizację małżeńską, rodzinną, zawodową: pierwsze dziecko, mieszkanie, praca. Rozstania i moje dojazdy na Wybrzeże traktowaliśmy jako normalne trudności życiowe, które trzeba było brać na siebie i nieść. Mnie wydawało się, że osiągnąłem stabilizację jako reżyser, pracując w dwóch dobrych teatrach, w Teatrze Polskim w Warszawie i w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, oraz stawiając coraz pewniejsze kroki w warszawskiej telewizji. Miałem już także stałe miejsce jako publicysta w dwutygodniku „Teatr”.