Goniec

Switch to desktop Register Login

Pamięć (24)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

braunfotoTORUŃ

        Gdy już odbyłem rozmowy z Sykałą w Łodzi i Torończykiem w Lublinie, jedynymi dyrektorami, którzy wyciągnęli do mnie rękę, gdy już zaangażowałem się i reżyserowałem w ich teatrach i gdy nadeszła pora, aby umówić się – lub nie umówić – na następny sezon, otrzymałem nieoczekiwaną propozycję z Torunia. A było to tak…

        Pewnego dnia wczesną wiosną 1965 r. Zofia jest w domu sama z Moniką w naszym mieszkaniu w Warszawie. Dzwonek. Zofia otwiera. Widzi ponurego człowieka w prochowcu i kapeluszu, który pyta: „Czy tu mieszka Kazimierz Braun?”. Zosia odpowiada: „Tak...”. Na to przybysz mówi: „Ja jestem z teatralnej policji”.

        Zosia – jak mi potem opowiadała – była przekonana, że istnieje jakaś specjalna teatralna policja, tylko myśmy o tym nie wiedzieli. Była pewna, że kroi się jakaś straszna sprawa, rewizja, przesłuchanie, aresztowanie, lub coś takiego. Taki był odruch żony polskiego reżysera w 1965 roku!

        Zaraz potem przybysz zdjął kapelusz, pocałował Zosię w rękę i wyjaśnił, że nazywa się Andrzej Wróblewski, jest kierownikiem literackim w Teatrze im. Horzycy w Toruniu i chce porozmawiać w imieniu dyrektora Morycińskiego. Tak sobie tylko zażartował. Telefonu nie mieliśmy, więc przyszedł. A przyszedł właśnie teraz, bo dopiero teraz dowiedział się od dyrektora Morycińskiego, że chciałem nawiązać z nim kontakt rok temu, ale on mi w ogóle nie odpowiedział na list. To, oczywiście, było niedopatrzenie, nieporozumienie, dyrektor Moryciński mnie nie znał, ale on, Andrzej Wróblewski, opowiedział mu szczegółowo, kim jestem. Moryciński bardzo chciałby sprowadzić mnie do Torunia i – aby to podkreślić, poprosił jego, kierownika literackiego, aby ze mną porozmawiał i postarał się mnie do Torunia ściągnąć.

        Zosia zaprosiła go na herbatę. Gdy rozmawiali, on nagle zapytał:

        – A pani to z Mirogonowic?

        Zosia znowu zamarła, bo okazywało się, że ten nieznajomy człowiek wiedział wiele o niej, o nas.

        – Tak – z Mirogonowic...

         – Znam Mirogonowice, bywałem tam w czasie wojny.

        I tyle. Nie ciągnął tego tematu. Po bardzo wielu latach przeczytaliśmy jego książkę wspomnieniową, w której zapisał, że jako Żyd, ukrywał się przez pewien czas w tamtych okolicach, w tym w majątku państwa Reklewskich w Mirogonowicach.

        Andrzej Wróblewski był bardzo miłym człowiekiem. Mieszkał w Warszawie. Był podobny do Louisa Jouveta – pociągła, ponura, kamienna twarz z wydatnym nosem. Pracował w  dwutygodniku „Teatr”, a w Toruniu miał tak zwaną „chałturę” kierownika literackiego. Wielu warszawskich krytyków tak dorabiało: mieszkali w stolicy, ale brali etaty kierowników literackich w teatrach pozawarszawskich. Mieli w ten sposób dodatkowy zarobek, a zatrudniające ich teatry zapewniały sobie w ten sposób przychylne recenzje; jeśli ci kierownicy literaccy nie pisali ich sami, to mieli sposoby, aby uzyskać je od kolegów. Wróblewski przyjeżdżał – jako krytyk – na moje przedstawienia do Torunia, Lublina, Wrocławia. Utrzymywaliśmy kontakty latami. Był nam życzliwy – zapewne z powodu jakiegoś sentymentu do Zosi, do rodziny Reklewskich, od której musiał doznać wiele dobra w czasie wojny.

        W czasie tej pierwszej wizyty Wróblewski rozmawiał z Zosią bardzo miło. Potem ja się z nim spotkałem. Namawiał mnie na Toruń. Pojechałem na rozmowę. Moryciński zaproponował mi reżyserię „Wesela” Wyspiańskiego, które zostałoby wystawione na obchodzoną w roku 1965 w  całym kraju rocznicę utworzenia Teatru Narodowego w 1765 r. Dwieście lat! W dalszej perspektywie Moryciński obiecywał mi całkowicie wolną rękę w proponowaniu repertuaru. Chciał mi dać pełny etat reżysera. Gwarantował mieszkanie służbowe.

        Poprosił mnie również, abym wyreżyserował, i to prawie zaraz, sztukę miejscowego, toruńskiego młodego pisarza, którego chciałby jakoś wypromować. Pisarz nazywał się Jerzy Mech, a sztuka miała tytuł „Uroczy taras”. Przeczytałem ją wieczorem w hotelu. Zawsze interesowała mnie najnowsza dramaturgia. Była to opowieść z życia „wyższych sfer partyjnych” krytykująca, acz nieśmiało, ich wystawny tryb życia i lekceważenie zwykłych obywateli PRL-u. Sztuka odważna – jak  na to, co można było powiedzieć nie przekraczając granic cenzuralności. Akcja rozgrywała się w czasie przyjęcia na tarasie („uroczym tarasie”) willi jednego z prominentów.

        Spotkaliśmy się ponownie nazajutrz. Powiedziałem dyrektorowi Morycińskiemu, że jestem bardzo zainteresowany jego propozycją „Wesela”; nad „Uroczym tarasem” trzeba by jeszcze wiele pracować z autorem, ale mógłbym tę sztukę zrobić. Muszę jednak omówić wszystko z żoną. „Zaraz się poradzę żony”, jak mówi Gospodarz właśnie w „Weselu”.

        Z tym wróciłem do Warszawy. Naradzaliśmy się. Rozważaliśmy wyjazd z Warszawy i przeniesienie się do Torunia. Skończyłyby się rozłąki. Skończyłyby się moje ciągłe nieobecności w domu, długie dojazdy do pracy. A teatr jest dobry, dyrektor doświadczony, atmosfera wokół mnie przychylna. Pojechaliśmy tam oboje na ostateczną rozmowę. Obejrzeliśmy mieszkanie – było przyzwoite, choć bardzo skromne, trzy pokoiki na czwartym piętrze bez windy, podłogi z czegoś sztucznego, sąsiedztwo dość ruchliwej ulicy Mickiewicza. Poszliśmy wieczorem do teatru. Poznani po przedstawieniu aktorzy byli bardzo serdeczni i gościnni. Wszystko rysowało się zachęcająco.

        A co to było za przedstawienie? „Myszy i ludzie” Steinbecka. W czyjej reżyserii? Krasowskiego! Krasowski, który wyrzucił mnie z Teatru Polskiego w Warszawie, sam został wkrótce potem wyrzucony (wraz ze Skuszanką) z tego teatru. I teraz szukał pracy. Tak jak ja. I spotkaliśmy się w Toruniu.

        Tu trzeba opowiedzieć krótko, co stało się w warszawskim Teatrze Polskim, gdy już zostałem z niego usunięty i w ten sposób został on oczyszczony z „obcych ideowo elementów”. Już tylko w tle moich własnych perypetii i bez mego udziału rozgrywały się dalsze intrygi w Polskim i wokół niego. Krasowski, który spowodował odejście Balickiego z Polskiego, triumfował bardzo krótko. Balicki spadł na cztery łapy. Wrócił do Ministerstwa Kultury, gdzie utworzono specjalnie dla niego nowe stanowisko „Dyrektora Generalnego”.

        W ciągu niewielu tygodni, Balicki doprowadził do wyrzucenia z Polskiego Krasowskich, a na czele teatru postawił, a raczej pozostawił Jasieńskiego, jako dyrektora i kierownika artystycznego. Potem Balicki był przez parę lat dyrektorem generalnym w Ministerstwie, skąd odszedł w niesławie urzędnika, który na polecenie Gomułki „zdjął” z afisza „Dziady”. Krasowski natomiast został zapamiętany jako ten, który zniszczył w latach 60. Teatr Polski, przy okazji, co było mało znaczącym ułamkiem tej sprawy, niszcząc dobrze rozwijającą się karierę pewnego młodego reżysera.

        Wracam do kolacji u państwa Morycińskich. Gospodarze, Zosia i ja, Krasowski. Najbardziej niezręczne, najgłupsze spotkanie towarzyskie, w jakim kiedykolwiek uczestniczyłem. Krasowski był starszy ode mnie o dziesięć lat, był reżyserem o sporej sławie i partyjnym luminarzem, niedawno potężnym dyrektorem stołecznego teatru, a teraz znajdował się na dnie upadku i jeździł po kraju, szukając pracy. I ja, jego ofiara, też szukałem pracy, tyle że już ją miałem na wyciągnięcie ręki, a on nie. (Miał ją zresztą wkrótce znaleźć we Wrocławiu.)

        Gdy siedliśmy do stołu, Krasowski zapytał: „A państwo tu tak na stałe, z kamieniem do kapusty?”. Ani ja, ani Zosia nie zrozumieliśmy o co mu chodzi. Co za „kamień do kapusty”? Widząc nasze niepewne miny, wyjaśniła nam to pani Morycińska: chodzi o to, że na wsi duży kamień do przyciskania wieka beczki z kiszoną kapustą, należał do skarbów domowych. Gdy rodzina przeprowadzała się z chałupy do chałupy, co zdarzało się zresztą niezwykle rzadko, to brała ze sobą ten kamień. Aha.

        Toruń miał dwa wyraźne „plusy dodatnie”. (To powiedzonko spopularyzował nasz syn Grzegorz.) Rodzinne i teatralne. Mieszkalibyśmy znów razem, a jako stały reżyser, miałbym szansę systematycznej pracy z zespołem aktorskim oraz, jak zapewniał Moryciński, swobodę repertuarową. Zdecydowaliśmy się przenieść się do Torunia. Traktując to zresztą jako rozwiązanie prowizoryczne. Choć nie wyznaczaliśmy sobie terminu, jak długo ta prowizorka ma trwać. A może ma się przekształcić w coś trwałego, stałego? A może ujawnią się jakieś inne, nowe otwarcia? Następnego dnia podpisałem umowę.

        W Toruniu zrobiłem na wiosnę, wciąż dojeżdżając z Warszawy, „Uroczy taras”, aż do premiery pracując z autorem nad poprawianiem egzemplarza. Sztuka obroniła się. Przedstawienie też. Zostało przyjęte dobrze wewnątrz teatru i na zewnątrz. Niestety, duży wysiłek nie zaowocował następnymi sztukami młodego autora.

        W lecie znalazłem się w Anglii, na stypendium British Council, na które musiałem zapracować, ucząc się języka i zdając egzamin. Wypożyczałem w British Council płyty z rozmówkami angielskimi. Lekcji konwersacji udzielała mi koleżanka Zosi, anglistka, Janina Hera-Asłanowicz, z którą nawiązaliśmy oboje trwałą przyjaźń. Janka stała się z czasem znanym historykiem i teatrologiem, po tej samej stronie barykady ideowej co my.

        Miesiąc w Anglii był dla mnie potężną dawką doświadczeń, nauki teatru, oglądania wielkich inscenizacji i wielkich aktorów w Londynie, a tam między innymi: Lawrence Olivier, Peter O’Toole, Ian Holm; w Stratfordzie, gdzie seria przedstawień Szekspirowskich w reżyserii Petera Halla, Johna Bartona, Clifforda Williamsa. W tych przedstawieniach na scenie: Paul Scofield, Eric Porter, Glenda Jackson, Janet Suzman. Pojechałem też do Chichester, aby obejrzeć nowoczesny budynek teatru ze sceną arenową, otwartą, a na niej wspaniałego Alberta Finneya w sztuce Johna Ardena „Ostatnie dobranoc Armstronga”.

        Po wakacjach w Milechowach, przeprowadziliśmy się z Warszawy do Torunia. Wyprowadzka z Warszawy...  Oboje z Zosią przeżywaliśmy to mocno... Toruński teatr przysłał po nas ciężarówkę i trzech maszynistów. Zosia wdrapała się do skrzyni ciężarówki wraz z maszynistami. Ja siadłem w szoferce z maleńką Monisią na kolanach, trzymaną mocno w ramionach. Nie było pasów bezpieczeństwa. Więc cały czas modliłem się, aby samochód nie musiał gwałtownie hamować, albo, broń Boże, nie zderzył się z czymś. Nawet zaplanowałem, co zrobię w takim wypadku: zsunę się błyskawicznie z fotela w kierunku przedniej szyby, zostawiając na fotelu Monisię i w ten sposób przegradzając ją sobą od szyby. Na szczęście nie było takiej potrzeby. Dotarliśmy na ulicę Reymonta szczęśliwie.

        Po „przebieżce” (to termin lekkoatletyczny określający bieganie treningowe, przed biegiem właściwym), jaką był „Uroczy taras”, nastąpił bieg właściwy: „Wesele”.

        Ileż wspomnień z opowieści wuja Antoniego o Wyspiańskim, o Krakowie... Wiele tygodni pracy nad tekstem. Sesja obsadowa z Morycińskim, któremu szczerze zależało, aby przedstawienie  się udało. Jak to się mówiło w teatrze: sprawdzianem, czy dany teatr ma dobry zespół aktorski, jest – czy ma obsadę do „Wesela”, te 35 osób, 12 kobiet, 23 mężczyzn. Teatr toruński miał obsadę do „Wesela”. Była różnorodna i mocna.

        Miał też świetnego scenografa, Antoniego Tośtę. Na pustej scenie, z odrzuceniem naturalizmu, stawiając na wizyjność, ustawił tylko tylną ścianę bronowickiej chaty, złożoną z kilku wystrzelających aż do nieba ogromnych bierwion. W przestrzeni wokół chaty pojawiały się w drugim akcie, a potem w finale, zjawy; Wyspiański nazwał je „osoby dramatu”. Ja, współpracując z Tośtą ukazałem te zjawy jako ogromne nadmarionety-chochoły. I sam Chochoł był ogromną nadmarionetą. (Nie na darmo uczyłem się od Craiga).

        Muzykę skomponował zaproszony z Poznania profesor Florian Dąbrowski. Praca była dobra. Rezultat – przedstawienie otrzymało nagrody na kolejnym festiwalu toruńskim – dla reżysera, dla scenografa, dla dwojga aktorów: Krystyn Wójcik dostał nagrodę za rolę Gospodarza, a Tatiana Pawłowska za Marynę.