Goniec

Register Login

Pamięć (26)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

braunfotoPojechałem na tydzień oglądania przedstawień, aby niejako na nowo poznać zespół aktorski, choć z wieloma ludźmi już przecież pracowałem. Trzeba było pilnie, na co nalegał Torończyk, odbyć rozmowy sezonowe. Mogłem także obejrzeć mieszkanie, które miałem otrzymać. W warunkach PRL-u było zupełnie dobre: trzy pokoje z kuchnią i łazienką, na pierwszym piętrze, w środku osiedla blokowego, więc nie bezpośrednio przy ulicy.

        Jak się jednak okazało, gdy tam zamieszkaliśmy, w tym osiedlu była restauracja z dancingiem. Okno naszego pokoju sypialnego wychodziło – prawie – na okna tego lokalu. Pięć dni w tygodniu mieliśmy do późnej nocy „koncert” lichej muzyki tanecznej. Po wewnętrznych uliczkach osiedla zataczali się pijani. Niepokoiło nas to, bo choć Zosia i dzieci nie wychodziły wieczorami z domu, to pod oknem stała świeżo kupiona syrenka. Tak, w Lublinie kupiliśmy nasz pierwszy samochód, właśnie syrenkę, częściowo przy pomocy pożyczki od mamy Zosi. I pewnego ranka patrzę z okna – syrenka znikła. Straszne przeżycie. W naszej sytuacji finansowej – straszna strata. Myśleliśmy, że ukradł ją jakiś bywalec tej pobliskiej restauracji. Na szczęście po trzech dniach syrenka się znalazła. Stała na przedmieściu Lublina uszkodzona, porzucona, z pustym bakiem, ze śladami jazdy po ściernisku – w błotnikach były wiechcie słomy.

        Przedstawienia, które oglądałem w Teatrze Osterwy, ujawniły, że zespół ma wielkie braki i bardzo szwankuje dyscyplina artystyczna, a przedstawienia są w większości na niskim poziomie. Repertuar był nastawiony na widownię przeciętną, o niewygórowanych ambicjach, w tym szkolną. Teatr prowadził objazd województwa lubelskiego, a nawet wyprawiał się dalej. W sumie Teatr Osterwy zrobił na mnie teraz gorsze wrażenie niż wtedy, gdy byłem w nim gościem dwa lata temu. Może biorąc odpowiedzialność za cały teatr, widziałem wszystko ostrzej i wyraźniej?

        Wytyczyłem sobie program wprowadzania w krwiobieg teatru, takiego jaki zastałem, nowych elementów w zakresie repertuaru, teatralnych środków wyrazowych, sposobu komunikowania się z widzami i całego stylu uprawiania teatru. Ogólnie, jak zatytułowałem kiedyś wspomnienie o mojej pracy w Lublinie, chciałem robić „w starym teatrze nowy”. Planowałem to robić stopniowo. Miało się okazać niebawem, że jednak robiłem to zbyt szybko. Po pierwszej rundzie rozmów i decyzji w Lublinie, dokończyłem moje prace w Toruniu i Gdańsku. Po chrzcie Grzesia w kwietniu, moi rodzice, którzy przyjechali na tę uroczystość do Torunia, zabrali Monikę do Milechów. Ja kursowałem między Gdańskiem a Lublinem, a Zosia z malutkim Grzesiem na rękach, pakowała toruńskie mieszkanie.         

         W końcu czerwca pojechaliśmy pociągiem we trójkę z Torunia do Milechów – nocą, z dwoma przesiadkami. Zosia została w Milechowach z dziećmi, a ja znów pojechałem do Lublina, przygotowywać sezon; mieszkałem w teatrze, w pokoju gościnnym. W sierpniu zwolniło się obiecane nam mieszkanie. Pojechałem do Torunia teatralną ciężarówką i przewiozłem nasz, niewielki zresztą, dobytek do Lublina – część mebli, jakich używaliśmy w Toruniu to były teatralne atrapy, więc zostały w Toruniu.  – W Lublinie w rozpakowywaniu dopomógł mi „Koperek”, jak zwany był przez przyjaciół o. Andrzej Koprowski, jezuita, kolega Zosi z polonistyki. Pamiętam, jak stanęliśmy obaj, rozglądając się bezradnie po stertach paczek i gratów, zrzuconych chaotycznie na podłogę po transporcie.  – Jak się do tego zabrać? – powiedziałem bezradnie. – Po prostu, zaczniemy od drzwi i będziemy po kolei rozpakowywać każdą paczkę, ustawiać kolejne meble – powiedział o. Andrzej. Takie to było proste, a dla mnie odkrywcze. Porządkowaliśmy przez trzy dni. Potem pojechałem po Zosię i dzieci do Milechów. Sprowadziliśmy się do Lublina w końcu sierpnia 1967 r. Dzień był deszczowy. Mieliśmy w Lublinie krąg ludzi już nam znanych, przyjaznych, bliskich. Gałkowscy: moja siostra Isia i jej mąż, Jurek; oboje zostali profesorami na KUL-u; ich dzieci – Staszek, Julek, potem Marysia, potem Janek. Sąsiadowaliśmy z nimi Lublinie, a w Milechowach spędzaliśmy wspólne wakacje. Byli pewnym punktem niepewnego dla nas nowego gruntu. Kłoczowscy: Krysia i Jurek, historyk, profesor KUL-u, i ich pięcioro dzieci. Zosia miała z nimi już od dawna kontakt, bywała u nich na wakacjach w Tatrach, ja zaprzyjaźniłem się z nimi w Lublinie. Strojnowscy: Bronia i Jurek, profesor KUL-u, lekarz, oraz ich ośmioro dzieci; ich wszystkich poznaliśmy w Lublinie. Z tymi trzema rodzinami byliśmy najbliżej. Monika szczególnie poprzyjaźniła się z Kamilą Strojnowską. Równie pewnie czuliśmy się z Lidką i Adamem Stanowskiemi. Na  KUL-u akurat wtedy duszpasterzem akademickim był o. Andrzej Koprowski, kolega Zosi ze studiów, ten sam, który pomógł mi się rozpakować po przeprowadzce do Lublina. Profesor Irena Sławińska była wielkim autorytetem wszystkich norwidologów, więc i moim. Autorytetem był też dla nas profesor Stefan Sawicki. W Leszku Mądziku wkrótce odkryłem bratnią duszę teatralną. Kilkoro znajomych-przyjaciół ze Świętej Lipki było na KUL-u bądź pracownikami, bądź studentami starszych lat, wystarczyło odbudować kontakty z nimi.

        W Lublinie, inaczej niż w Toruniu, byliśmy więc od początku zanurzeni w szerokie środowisko – ale początkowo nie było w nim ludzi teatru. Stopniowo się zbliżali. Najpierw z zespołu, który zastałem. Najserdeczniej i z największym zaufaniem odniosła się do mnie Zofia Stefańska. Następnie, blisko nam było z tymi, których do teatru angażowałem, ze szkół teatralnych, z innych teatrów. Z czasem wytworzyła się cała młoda grupa, której w naturalny sposób przewodziłem, a jej członkowie w naturalny sposób do mnie ciągnęli.

        Najdalej trzymali się ode mnie, co było zresztą oczekiwane i nie dziwiło, kolejni pierwsi sekretarze partii stojący na czele „POP” (Podstawowej Organizacji Partyjnej) w teatrze. Byli to, jeśli dobrze pamiętam, w kolejności ich kadencji za mojego dyrektorowania w Lublinie: Andrzej Chmieralczyk (potem dyrektor miejscowej operetki), Roman Bartosiewicz, Jerzy Smyk, Zbigniew Sztejman. Smyk wpisał się w mój dyrekcyjny życiorys jednoznacznie i wyraziście. Był dużym mężczyzną i słabym aktorem. Grał niewiele i niewielkie role. Po wybraniu go przez jego towarzyszy na I sekretarza przyszedł do mnie i oświadczył mi, że oczekuje teraz obsadzania go w rolach głównych. Natomiast Sztejman, też słaby aktor, choć nieźle śpiewający, był tym, który konsekwentnie zatruwał mi życie i psuł pracę na ostatnim etapie mojej dyrekcji. I to on właśnie – cóż za niespodzianka, prawda? – objął dyrekcję teatru po moim odejściu.                             

            Szybko zrozumiałem, że Torończyk sprowadził mnie dlatego, że Teatr Osterwy znajdował się w kłopotach – przyjście nowego kierownika artystycznego, a nie tylko zapraszanie gościnnych reżyserów, mogło tę sytuację odmienić. Nie wiedziałem, że stały za tym także dalekosiężne plany dyrektora, w których wydałem mu się użytecznym elementem. Początkowo współpraca układała nam się dobrze. Popsuła się, gdy dyrektor Torończyk wysunął wobec mnie propozycję wstąpienia do partii. W „tandemie” z nim (to jego często powtarzane wyrażenie), obaj partyjni, mieliśmy zajść wysoko, mieliśmy otrzymać dyrekcję teatru w Warszawie. Torończyk myślał o Teatrze Narodowym, w którym on byłby dyrektorem naczelnym, a ja dyrektorem artystycznym. Jak przekonywał mnie, on miałby silną pozycję jako wieloletni członek partii i doświadczony administrator, z punktu widzenia władz absolutnie godny zaufania, a ja wniósłbym swoją wysoką pozycję artystyczną i nie byłbym już, tak jak to się dzieje teraz, kwestionowany z powodu braku przynależności do partii. To były te jego dalekosiężne plany. I ambicje. Kuszące. Po propozycji Sykały, abym „wszedł do sitwy”, ta, którą przedstawił mi Torończyk, to była druga, konkretna i jednoznaczna oferta wstąpienia do partii, tym razem od razu z perspektywą nagrody: dyrekcji teatru w Warszawie. Ale ja odmówiłem zapisania się do partii. Odmówiłem zresztą jak najgrzeczniej. Odmowa musiała być jednak jednoznaczna. Od tego momentu nasze stosunki zaczęły się psuć. I stopniowo było coraz gorzej. Dyrekcja teatru w Warszawie zniknęła z horyzontu. A w Lublinie Torończyk zaczął robić mi drobne i większe trudności.

        Od razu opowiem o trzeciej takiej propozycji, a raczej trzecim kuszeniu. Gdy już pracowałem we Wrocławiu, gdy już osiągnąłem tam pierwsze sukcesy i gdy już pojawiły się, nie pierwsze, trudności, wysoki urzędnik w KC PZPR, nadzorca teatrów, wezwał mnie na rozmowę w cztery oczy. Powiedział mi wprost, że swoją odmową współpracy (tak powiedział, musiał mieć na ten temat informacje ze służby bezpieczeństwa) i swoim brakiem przynależności do partii łamię sobie karierę. A nie jest jeszcze za późno, abym się do partii zapisał. On może mi w tym pomóc. Moja kariera nabierze przyspieszenia. Polecę w górę (tak powiedział) i wyląduję w Warszawie. Nie poleciałem.                        

         Co gorzej, z partyjnymi urzędnikami rozmawiałem tylko, gdy mnie wzywali lub kiedy nie mogłem jakiejś sprawy w żaden sposób inaczej załatwić. A gdy już rozmawiałem, to z wewnętrznym obrzydzeniem. W rezultacie powstała o mnie opinia „że nie rozmawiam z władzami”.                        

         Na razie, po tej, dość dramatycznej rozmowie z Torończykiem w sprawie zapisania się do partii i po mojej odmowie, pracowałem w Lublinie tak jak przed nią. Pewnie warto by opowiedzieć po kolei, co wydarzyło się w ciągu następnych siedmiu lat i ośmiu miesięcy. Wyreżyserowałem tam przeszło trzydzieści przedstawień – na dużej scenie, oraz kilka na małej. Były wśród nich prapremiery nowego dramatu (Różewicz!) i ważne chyba realizacje klasyki (Norwid!). Wystawiałem sztuki Jarosława Abramowa i Ernesta Brylla ze współczesnych, oraz Szekspira i Moliera z klasyków. Stopniowo zespół aktorski odmienił się – na pewno na lepsze. Teatr zaistniał na mapie teatralnej kraju.                     

            W Lublinie napisałem doktorat i obroniłem go w 1971 r. na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu, a potem, także w Lublinie napisałem pracę habilitacyjną, którą obroniłem 1975 r. na Uniwersytecie Wrocławskim,  niedługo po wyjeździe z Lublina. Gdyby to wszystko przypomnieć, mogłaby się z tego wysnuć „jakaś historia wesoła, a okrutnie przez to smutna”, jak mówi Stanisław Wyspiański.  Nie sposób opowiedzieć tego po kolei i po szczególe. Spróbuję jednak wskazać na zasadnicze wątki tego siedmiolecia.

 

W LUBLINIE

        Jako „obcego ideologicznie” i „wrogo ustosunkowanego do ustroju” określił mnie „oficer operacyjny” w jednym z pierwszych ubeckich dokumentów, jakie sporządzono na mój temat w Lublinie. Zawarty jest on w jednej z moich IPN-owskich teczek. Rekonstruując w mojej pamięci Lublin, muszę się od razu zabrać do tych trudnych i brudnych spraw.

        Otóż, jak wiem teraz, a nie miałem o tym pojęcia wtedy, w ślad za mną przyszły do Lublina moje akta, obecnie odtajnione przez Instytut Pamięci Narodowej. Otrzymałem je jakiś czas temu jako „pokrzywdzony” przez reżim. Wynika z nich, że byłem „rozpracowywany” przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych już od 1961 r., przy czym zebrane o mnie informacje sięgały daleko w głąb mego życia i historii mej rodziny.

        Te teczki z okresu lubelskiego zawierają liczne moje „charakterystyki” sporządzane przez tajne służby, rozsyłane do mych nadzorców partyjnych i administracyjnych. Mówi się tam o „szkodliwej działalności”, o „wrogiej postawie wobec ustroju”. Są tam wytyczne do „rozpracowania” mnie oraz szczegółowe plany „czynności operacyjnych”, w tym na przykład zalecenie „spowodowania szczegółowej kontroli finansowej” prowadzonego przeze mnie Teatru Osterwy, zalecenie „ukierunkowania” pewnego felietonisty prasowego, aby pisał o mnie paskudztwa. Są tam też także zalecenia objęcia inwigilacją „żony figuranta” – „figurant” to ja, a „żona figuranta” to Zofia.

        W moich teczkach są również wypisy z korespondencji kierowanej do mnie, dokumenty na temat zakładania w moim mieszkaniu podsłuchu, niezliczone donosy (dwa nawet wierszem!), kopie obrzydliwych anonimów, zalecenia do odpowiednich organów – np. aby „skompromitować figuranta  w środowisku KUL-u”, „spowodować pisanie negatywnych recenzji o K. Braunie”, albo też „aby wysyłać anonimy do żony”, w których „wskazywać na prowadzenie przez K. Brauna niemoralnego trybu życia”. (Takie anonimy przychodziły. Zosia mi je pokazywała. I natychmiast lądowały w koszu na śmieci albo sama je tam od razu wyrzucała.) Zosia była również inwigilowana, ale, jak się okazuje, przez innych donosicieli. A donosiciele – „tajni współpracownicy” („t.w.”) ubecji byli rzeczywiście tajni, jeden nie wiedział o robocie drugiego, więc ich raporty często się dublowały.

        Jestem przekonany, że Jerzy Torończyk, jako zaufany i partyjny, od samego początku wiedział, co jest w moich teczkach. Początkowo „zapisy” na mnie mu nie przeszkadzały, bo miał w ten sposób w ręku materiał do szantażowania mnie. Zarazem, zneutralizowanie mnie, a nawet przeciągnięcie na stronę reżimu kogoś takiego jak ja, umocniłoby go w kręgach partyjnych.

        Wskazanie na ten podskórny, rynsztokowy nurt było tu konieczne, bowiem fakt, że byłem określany jako „obcy” czy „wróg”, miał istotny, praktyczny, wymierny wpływ na moją pracę, w tym na jej recepcję, a także treść i ton wielu recenzji o moich przedstawieniach. (Przypomniałem przed chwilą, że ubecja zalecała powodowanie  pisania o mnie negatywnych recenzji.) Jako „wróg” byłem określany przez ludzi z aparatu władzy, tak mówiono o mnie w czasie licznych zamkniętych obrad „aktywu partyjnego” czy „Podstawowej Organizacji Partyjnej” w teatrze, co relacjonowali mi nieraz życzliwi – zawsze jednak takich miałem. Negatywne opinie o mnie przekazywano „usługowym” dziennikarzom i recenzentom.

        Działał określony mechanizm: teatralni donosiciele budowali mój negatywny obraz (gdyby mówili o mnie dobrze – byliby nieużyteczni); aby uwiarygodnić ten obraz, starali się go zaszczepić innym pracownikom teatru, dzielili się nim z „decydentami”, z dziennikarzami, z krytykami teatralnymi, w ogóle rozpowszechniali go; w ten sposób ten obraz nabierał swoistej „obiektywności”. Działał i drugi mechanizm: budując system donosicielski w teatrze, werbując zastępy „tajnych współpracowników”, ubecja zarówno rozciągała i zacieśniała kontrolę nad zespołem mego teatru, jak i dzieliła go: z jednej strony na tych, którzy byli ze mną, wierzyli w to, co proponuję, chcieli pracować, i pracowali ciężko, sądzili, że teatr jest na dobrej drodze, a z drugiej strony na tych, którzy byli niechętni, niezadowoleni, pracowali z łaski, uważali, że w teatrze jest źle i skwapliwie o tym donosili.

        Mechanizm divide et impera (dziel i rządź) znali już Rzymianie. Komuniści stale się nim posługiwali. Zespół podzielony był łatwiejszy do sterowania z zewnątrz – przez partię, przez ubecję. Zarazem, trudniejszy do kierowania przeze mnie. Paradoksem było to, że choć doprawdy nie byłem „wrogiem ludu” (ja, propagator „teatru wspólnoty”), to rzeczywiście cały ten komunistyczny ustrój przemocy, niesprawiedliwości i kłamstwa był mi całkowicie obcy i robiłem wszystko, co mogłem – na gruncie artystycznym i intelektualnym – aby go podważyć.

        W dokumentach ubeckich, jak również w czasie przeróżnych obrad (a raczej konwentykli) na mój temat, byłem także określany jako „klerykał”, „gorliwy katolik” czy „fanatyczny katolik”. W donosach notowano, że jestem „demonstracyjnie praktykujący”. Wytaczano to wszystko jako ogromne zarzuty. Choć nigdy nie byłem chyba „fanatykiem”, choć nie jestem pewien, czy byłem dość „gorliwy” i choć praktykowałem bardzo zwyczajnie, a nie „demonstracyjnie” – to reszta informacji zawarta w tych doniesieniach była oczywiście prawdą. Nigdy nie kryłem się z moją wiarą, nie praktykowałem gdzieś w ukryciu czy tylko w gronie zaufanych. Przeciwnie, całą rodziną co niedziela chodziliśmy na Mszę Świętą  do kościoła parafialnego, nieraz do kościoła akademickiego na KUL-u, czasem do Katedry. Korzystaliśmy z sakramentów. Uczestniczyliśmy w rekolekcjach. Spotykałem się też z gronem „Świętej Lipki”, będącej – z uwagi na swego opiekuna, biskupa, potem kardynała Karola Wojtyłę – pod szczególną obserwacją. Nasze dzieci chodziły na lekcje religii. Urodzona w Lublinie Justyna – została też ochrzczona w Lublinie. Wytykano mi też, że utrzymuję kontakty z KUL-em, co było oczywiste – pracowała tam moja siostra, jej mąż i wielu przyjaciół.

        Na dodatek, cały czas szły za mną wielokrotnie powtarzane informacje o katolickich korzeniach i praktykach mego ojca, stryja, żony, siostry. Ojca określano – w moich (!) aktach – jako jednego z „czołowych działaczy katolickich, nieprzejednanego przeciwnika komunizmu i socjalistycznego systemu gospodarczego”.

        Tak więc od samego początku i przez wszystkie lata pracy w Lublinie byłem zwalczany,  utrudniano mi pracę i życie osobiste. W tej perspektywie trzeba patrzeć na wszystko, co w Lublinie udało mi się zrobić, i na to, czego nie udało mi się zrobić.

        Te wszystkie maźnięcia ciemności – jak błoto rozpryskujące się pod kołem samochodu prowadzonego przez nieuważnego kierowcę, który obryzguje przechodniów czekających na przejściu dla pieszych – wyłaziły co trochę na wierzch, określały moją sytuację teatralną i naszą sytuację rodzinną. Ale w ciemności były też mocne strumienie światła.

        Pracę wraz ze mną podjęła w teatrze Zosia jako sekretarz literacki. Była do tego doskonale przygotowana: studiowała polonistykę, napisała magisterium u Jana Kotta. Pracowała w Państwowym Wydawnictwie Naukowym w Warszawie w redakcji encyklopedii teatralnej kierowanej przez Zbigniewa Raszewskiego. Rozpoczęła pisanie doktoratu o dramacie francuskim na scenach polskich (znała świetnie francuski). Gromadziła do niej materiały już w Warszawie, a potem w Toruniu. Niewiele jej brakowało, aby doktorat zdobyła. Gdy Zosia wychodziła do pracy, dziećmi zajmowała się nasza sąsiadka, pani Aniela Dębińska, często wraz ze swoją córką Tereską.

        Stanowiskiem pracy Zosi była biblioteka Teatru Osterwy, na ostatnim piętrze gmachu, a zarazem tuż nad moim gabinetem. Jej obecność w teatrze była dla mnie bardzo cenna i ważna. A przy tym, ze swoją łatwością nawiązywania kontaktu z ludźmi, zyskała sobie wielu przyjaciół w teatrze. To właśnie do Zosi zaprzyjaźniona urzędniczka administracji przynosiła wiadomości z zamkniętych dla mnie narad partyjnych, gdzie brano ją jako protokolantkę.

        Zosia miała ogromne wyczucie teatru i świetne pióro. Do jej codziennych obowiązków należało redagowanie programów i pisanie do nich artykułów, czytanie nowych sztuk i opiniowanie ich oraz prowadzenie archiwum teatralnego. (Notabene: archiwum to po moim odejściu zostało po prostu zniszczone). Przygotowywała regularnie prelekcje, które sama wygłaszała przed przedstawieniami szkolnymi, albo też napisany przez nią tekst odczytywał któryś z aktorów. Przed każdą premierą zamieszczała w prasie „Felieton przedpremierowy”. To ona nosiła programy naszych przedstawień do cenzury i ona też pierwsza zbierała niesympatyczne, a czasem chamskie, uwagi na temat „prowokacji”, jakich się dopuszczała, powołując się w swych artykułach na Witolda Gombrowicza, Czesława Miłosza, Jana Kotta czy Kazimierza Wierzyńskiego – objętych, jak mieliśmy się dowiedzieć później, całkowitym „zapisem”. Nazwiska te były przez cenzorów skreślane. Są na ten temat „doniesienia” w moich teczkach.

        Zawdzięczałem Zosi nie tylko podsuwanie mi celnych pomysłów repertuarowych, ale także mądrą krytykę moich poczynań reżyserskich oraz ułatwianie mi kontaktów z ludźmi. Zofia była bowiem dla wszystkich otwarta, życzliwa, dobra – i nieraz mediowała między mną a którymś z moich pracowników. Oczywiście, jako żona dyrektora, Zosia była także celem ataków i adresatką anonimów. Znosiła to dzielnie. Jej stała obecność w teatrze była dla mnie silnym umocnieniem.

        Pełniła także nieformalnie rolę rzecznika prasowego teatru i jego reprezentanta w kontaktach z prasą, ze szkołami, gdzie spotykała się z nauczycielami i młodzieżą, oraz z autorami wystawianych przez nas sztuk, z którymi prowadziła korespondencję. Podejmowała przeróżnych gości teatru – najczęściej u nas w domu. Te jej zadania wykraczały często daleko poza teatr, bowiem goście teatru stawali się z reguły naszymi gośćmi, i to Zofia gotowała dla nich i podawała obiady czy kolacje, podczas gdy pod nogami plątało się jej dwoje, a potem troje małych dzieci – Monisia, Grześ, Justysia. A ponieważ ja sam nie zawsze na taki posiłek zdążałem, więc cały ciężar reprezentowania teatru i konwersowania z gośćmi spadał na nią. Ona zaś do tego wszystkiego prowadziła dom, wystawała w kolejkach, nosiła siatki z zakupami. Miała wszystkie cechy „niewiasty dzielnej”, jak określa takie kobiety jak ona Księga przysłów.

        Jeszcze jednym terenem pracy Zosi był Teatr przy Stoliku, który sama zorganizowała i prowadziła przy teatrze. Dobierała repertuar i przygotowywała wykłady, które każdorazowo rozpoczynały wieczór. Pod jej kierunkiem pokazy przygotowywał aktor Roman Kruczkowski. Teatr przy Stoliku oparty był na lekturze, jednak z pewnymi sytuacjami i efektami dźwiękowymi oraz celowym zaaranżowaniem przestrzeni i oświetlenia. Występowali nasi aktorzy. Repertuar składał się głównie z najnowszych sztuk, branych najczęściej z „Dialogu”, które nie mogły się zmieścić w zasadniczym repertuarze. Teatr przy Stoliku poszerzał w ten sposób znacznie ogólną ofertę teatru. Był bardzo popularny w mieście i w całym województwie. Stale dopominały się o niego szkoły, kluby, domy kultury. Aktorzy wysoko cenili zaproszenia do obsad, bo było to za każdym razem ciekawą przygodą artystyczną, no, i dawało dodatkowy zarobek.

        Na wakacje jeździliśmy co roku do Milechów, choć z tygodni milechowskich odkrawaliśmy także dni na góry lub morze. W 1968 r. po lipcowym pobycie w Milechowach, na początku sierpnia odwiozłem Zosię, Monisię i małego Grzesia do Bukowiny Tatrzańskiej. Z Warszawy dojechały tam mama Zosi i Tunia, siostra Zosi. Po paru dniach wróciłem do Lublina, zostawiając ich w górach.

        Rano 21 sierpnia do teatru przyszedł jakiś urzędnik partyjny, kazał Torończykowi zwołać zebranie kierownictwa teatru i poinformował o „udzieleniu bratniej pomocy” Czechosłowacji przez wojska Układu Warszawskiego, w tym polskie. A więc wojna.

        Zebranie nie było długie. Wszyscy się rozeszli w ponurym nastroju. Natychmiast zdecydowałem jechać do Bukowiny po najbliższych. Abyśmy byli razem, aby wojna nas nie rozłączyła. Drogi były dość puste. Dwa razy wyprzedzałem kolumny wojskowe, pewnie jakichś zapóźnionych oddziałów. Wczesnym popołudniem dotarłem do Bukowiny. Tam już wszystko wiedzieli, opowiadali, jak nocą przelatywały na południe niezliczone eskadry samolotów – napięcie, zdenerwowanie, najstraszniejsze wspomnienia i najgorsze przeczucia, co robić?

        Postanowiliśmy zaraz wracać do Lublina z Zosią i dziećmi. Panie z Warszawy miały na razie zostać w Bukowinie i czekać na rozwój wypadków. Zapakowaliśmy się w tempie alarmowym. W małym samochodzie było bardzo ciasno, ale jakoś się upchaliśmy, sam nie wiem jak, bo mieliśmy nawet łóżeczko Grzesia. Wyjechaliśmy przed wieczorem. Już w Pcimiu Grześ oświadczył, że wysiada. Jechaliśmy „zakopianką” do Krakowa. Mijaliśmy po lewej ciągnące ku granicy ciężarówki wojskowe, lawety z czołgami. Raz musieliśmy ustąpić na szosie miejsca kolumnie czołgów. Zapadła noc. Kielce, Radom, Puławy. Dojechaliśmy do lubelskiego domu po północy.