Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (1)

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

AntczakWojciechW a r s z a w i e

(...) „Bogu podamy w końcu dłonie
spalone skrzydłem antychrysta
i on zrozumie, że ta młodość
w tej grozie jedna była czysta.”
                 Krzysztof Kamil Baczyński

        Szanowni Państwo, rozpoczynamy druk rękopisu powieści p. Wojciecha Antczaka z Mississaugi. Zapraszamy do lektury!

I

        – Stanisław Bohuszewicz? – zapytał go niski, przysadzisty mężczyzna.

        I nim się zorientował, kim jest pytający go facet w podniszczonej skórze i w zawadiacko przekrzywionym kapeluszu, został popchnięty przez tego drugiego łapsa wprost do stojącej tuż przy krawężniku „cytryny”. Siedząc już pomiędzy nimi, zagłębiony w miękkiej kanapie tylnego siedzenia, próbował protestować, tłumaczyć im, że to na pewno jest jakaś pomyłka... Wtedy ten drugi, znacznie wyższy od siedzącego obok faceta w skórze, warknął na niego, żeby milczał.

        – Ale, panowie...

        – Siedź cicho, bo zaraz ci przyłożę! – pogroził mu, dodając jeszcze kilka obraźliwych epitetów. Cuchnęło mu z ust, a w czasie jazdy wiercił się niespokojnie, prawdopodobnie z powodu przyciasnej na niego kurtki w jodełkę. Najwidoczniej wyrósł z niej, nie wiedząc nawet kiedy, najwyraźniej uwierała go pod pachami i musiał ją nosić od niedawna, od nastania pierwszych październikowych chłodów, gdyż czuć było od niej intensywny zapach naftaliny.

        Po kilku minutach jazdy samochód gwałtownie skręcił w ulicę Koszykową, a potem wjechał na podwórze przed gmach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Kiedy zatrzymał się przed jednym z bocznych wejść, teraz ten w skórze ostrzegł Stanisława, że jakakolwiek próba ucieczki, choćby krok w lewo lub w prawo, może skończyć się dla niego nawet śmiercią.

        – Zastrzelę jak psa! Zrozumiałeś?

        Nic im nie odpowiedział.

        – Zrozumiałeś co do ciebie mówię?! – powtórzył. – I ruszaj się!

        – Spokojnie – zdążył odpowiedzieć i w tym momencie oberwał pięścią w twarz. Z trudem poskromił wzbierającą w sobie złość. – Żeby to ubeckie gówno tak mnie traktowało! – pomyślał w swojej bezsilności.

        Wprowadzono go do pokoju na parterze, gdzie przyjął ich umundurowany mężczyzna w stopniu podporucznika.

        – Spiszcie personalia i na „Dziesiątkę” z nim. Tutaj nie mamy już wolnych cel. Pospieszcie się, bo dziś wyjątkowy tłok.

        Nie dłużej niż po półgodzinie odwieziony został, tą samą czarną „cytryną”, do mokotowskiego więzienia przy Rakowieckiej. Brama otworzyła się niemal natychmiast, jakby ich tu już oczekiwano. Za ciężkimi drzwiami, które się zaraz za nim zatrzasnęły, niczym bramy piekieł, eskortowany przez strażnika w mundurze podobnym do wojskowego, minął jedną, a potem drugą kratę. Po opuszczeniu głównego budynku Stanisław doprowadzony został do długiego, wąskiego pawilonu z wejściem w szczytowej ścianie. Zaskrzypiały drzwi zupełnie podobne do tych w głównym gmachu. Strażnik zastukał w kratę pękiem kluczy, wezwał w ten sposób drugiego mundurowego, po czym niedbale zasalutował i oddalił się.

        – Za mną – powiedział ten nowy strażnik.

        Szli teraz długim, marnie oświetlonym korytarzem, po jego obu stronach ciągnął się rząd drzwi z judaszami. Potem skierowali się do schodów prowadzących na żelazną galeryjkę. Po przejściu nią kilkunastu kroków stanęli przed także żelaznymi drzwiami. Zazgrzytał klucz.

        – Wchodźcie.

        Strażnik zatrzasnął drzwi i znowu słychać było ten sam zgrzyt klucza. Bohuszewicz znalazł się w niewielkiej celi ze stołem i taboretem. Przystawiwszy taboret do ściany próbował wyjrzeć przez zakratowane okienko, ale niestety, nie mógł nic zobaczyć. Widok zasłaniała blinda – ukośnie zamontowane deski na zewnątrz okna. Po jakimś czasie zaczął nerwowo przechadzać się po celi. Chodził w tę i z powrotem, aż uprzytomnił sobie bezsens tego dreptania. Później przysiadł na taborecie i z twarzą ukrytą w dłoniach rozmyślał, co też mogłoby być powodem jego zatrzymania. Myślał o coraz bardziej chorej żonie i synku, na szczęście będących razem z teściową, a potem o swojej matce, zmarłej tak nagle, niespodziewanie, w bardzo jeszcze młodym wieku. Rozmyślał także o ojcu, który niebawem także zniknął. Podobno wyjechał aż do Ameryki, za chlebem, a w kilka lat później dowiedział się, że tato miał zginąć w wypadku samochodowym, a może po prostu założył tam rodzinę... Jego przygarnęli do siebie dziadkowie Jabłońscy, dziadkowie ze strony mamy... Ledwie skończył liceum, został powołany do wojska i zaraz, w miesiąc później wybuchła wojna, ta straszna wojna światowa...

        Znowu zgrzytnął klucz. Do celi wszedł wysoki, elegancki mężczyzna.

        – Dobry wieczór panu, a właściwie to już dzień dobry – przywitał się z nim uprzejmie.

        – A więc, od czasu aresztowania, musiało upłynąć co najmniej z dziesięć godzin – skonstatował Stanisław. – Dzień dobry – odpowiedział nieco uspokojony, widząc kulturalnego pana w granatowym, eleganckim garniturze i białej, wykrochmalonej koszuli z krawatem.

        – Pan Stanisław Bohuszewicz, o ile się nie mylę.

        – Tak... A czy mógłbym wiedzieć, z kim mam przyjemność...

        – Ha! – żachnął się tamten. – Dowie się pan niebawem, z pewnością się pan dowie – odparł z lekkim sarkazmem, przysiadając na rogu stołu.

        Stanisław także przysiadł na przeciwległej stronie.

        – A za cóż to trafił pan tu do nas, szanowny panie Bohuszewicz?

        – Prawie pół doby już zadaję sobie to samo pytanie, wielce szanowny panie – odpowiedział mu z ironią Stanisław.

        – Nawet się pan nie domyśla? A czy przynajmniej wie pan, gdzie się teraz znajdujemy?

        – Na Mokotowie.

        – Tak, oczywiście, że na Mokotowie, ale czy wie pan dokładnie, gdzie? – zapytał, kierując nań zimne, bezlitosne spojrzenie.

        – W więzieniu.

        – A konkretnie?

        – Przypuszczam, że w areszcie.

        – Świetnie, świetnie!

        – Jestem niewinny!

        – Doskonale! Niech pan tak dalej myśli, a spotka pana jeszcze sporo niespodzianek. Dla ścisłości powiem panu, że tutaj nie trafiają niewinni, a na pocieszenie dodam tylko, że nie jest pan tu pierwszy, ani ostatni, który tak sądzi, panie, panie... – mówił, zaglądając do tekturowej teczki. – Boguszewicz...

        – Bo-hu-szewicz – poprawił go Stanisław.

        – Ależ oczywiście, panie Bohuszewicz. Dodam jeszcze, że stąd rzadko kto wychodzi, a jeśli już, to do innego więzienia. „Lasciate ogni speranza, voi ch’entrante”... [„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy (tu) wchodzicie] chciałoby się powiedzieć... Wiecie z czego to?

        – Z „Boskiej”...

        – Świetnie! – wstając, wykrzyknął elegancki pan. – Widzę, że się dogadamy! I kto wie, kto wie... może będziecie prawdziwym szczęściarzem i opuścicie ten przybytek... po jakimś czasie.

        – Ja też tak myślę. I myślę nawet, że szybciej niż się panu wydaje.

        – A skąd ta pewność?

        – Bo jestem niewinny.

        – Och! Odnoszę wrażenie, że poza znajomością literatury średniowiecza, grzeszycie nieznajomością dzisiejszych realiów. No, i ta wasza pewność siebie! Dosyć tego! Kpiny sobie ze mnie robicie, czy co?! – krzyknął niespodziewanie. – A wasza przynależność do batalionu „Huragan”, to co?! Niewinna igraszka, takie sobie nic?!

        – Słucham? – spytał mocno zdziwiony.

        – Słuchajcie dalej. Wasze pseudo – „Virtus”, stopień – porucznik Armii Krajowej, a wcześniej należeliście do Narodowych Sił Zbrojnych.

        – Zgadza się. Ale...

        – Tu nie ma żadne „ale”. Należeliście do NSZ-etu! I to jest wystarczający dowód na to, żeby was nieźle ukarać.

        – Nie rozumiem. Narodowe Siły Zbrojne walczyły przecież z Niemcami... podobnie zresztą, jak Armia Ludowa, a wcześniej Gwardia...

        – Milczeć! – przerwał mu śledczy. – Co w ogóle ma znaczyć to porównanie bandyckiej, faszystowskiej organizacji, w której pod pozorem walki z Niemcami niszczyliście siły wyzwoleńcze, prawdziwie demokratyczne, zwłaszcza zaś Armię Ludową! I o jakiej niewinności mi tu mówicie, Bohuszewicz! Że nie wspomnę już o waszej spiskowej działalności na Zachodzie, a i potem, po powrocie do kraju próbowaliście wraz z innymi stworzyć klikę mającą na celu obalenie panującego ustroju...

        – To jakaś niedorzeczność! W czasie okupacji hitlerowskiej walczyłem z niemieckim okupantem, a na Zachód zostałem wywieziony, właściwie pognany pieszo... – próbował się bronić. – Poza tym, nie mam zamiaru tłumaczyć się tu, przed panem. Ujawniłem już całą swoją działalność wojenną i tę za granicą, przed byłą Komisją Likwidacyjną przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. Powiedziałem wam już całą prawdę!

        – Całą prawdę? Całą prawdę to wy nam dopiero powiecie, zarówno tę okupacyjną, jak i powojenną.

        – Nie mam nic do ukrycia.

        – Czyżby? Już za samą działalność okupacyjną należy się wam czapa, nie mówiąc o nie mniej przestępczej działalności po wojnie. Dowodów na to mamy bez liku. Tak że radzę wam się zastanowić, nim jeszcze raz zaczniecie mówić, Bohuszewicz, o tej waszej... niewinności.

        – ?

        – Czemuż to robicie taką zdziwioną minę? Czyżbyście mieli mi coś jeszcze do zakomunikowania?

        – Tak. Chciałem powiedzieć, że nie jestem żadnym spiskowcem. Uczciwie pracuję, a ponadto kontynuuję studia doktoranckie, studia rozpoczęte jeszcze podczas okupacji.

        – Pięknie! I co jeszcze chcielibyście powiedzieć na swoje usprawiedliwienie.

        – Choćby to, że jestem w zespole naukowo-badawczym, który otrzymał nagrodę ministra kultury za całokształt badań nad średniowieczem, a ściślej nad...

        – Dosyć tego bredzenia! – wykrzyknął niebieskooki elegant. – Słuchajcie Bohuszewicz, jeśli myślicie, że wprowadzając nas tylko w błąd tą swoją pracą czy studiami, uda się wam ukryć swoją i innych prawdziwą działalność wywrotową zmierzającą w prostej linii do obalenia siłą legalnych władz państwowych, to wy, chodząca, kurwa wasza mać, niewinność, jesteście w cholernym błędzie! Zrozumiano?! – krzyknął, waląc pięścią w blat stołu. – A teraz zostawiam was tu samych z papierem i piórem. Spiszecie mi wasz życiorys, podkreślam, bardzo dokładny życiorys. Jak będziecie gotowi, zastukajcie w drzwi.

        I tak zrobił, po przeczytaniu jeszcze raz tego, co napisał. Po kilkunastu minutach wrócił ten, którego uważał za bardzo kulturalnego jegomościa, a który ostatecznie okazał się być tylko wulgarnym knajakiem.

 

II

        – Najważniejsze trzymać się! Tak, trzymać się i robić swoje, jakby nigdy nic. Jakby tej całej wojny nie było, jakby życie zaczęło się jeszcze raz. I nie rozpamiętywać, co by było gdyby... Gdybym wtedy nie spotkał Władka i on nie wyraził zdziwienia, że mimo iż tylu nas jest czynnie zaangażowanych, a ja właściwie nic nie robię, tylko zabawiam się w handelek, no i oczywiście chodzę na komplety i przygotowuję się do egzaminu ze średniowiecza, który, jak dobrze pójdzie, będę zdawał za trzy dni u profesora Świerczyńskiego... „Nomina sunt odiosa” – upomniał go Władek. – „Bez nazwisk, tak będzie lepiej.”

        Później następne kontakty i następne... Pierwsza akcja, druga, trzecia, aż wreszcie staje się to chlebem powszednim. I jeszcze powłóczyste spojrzenia tych wszystkich dziewcząt, pięknych, wręcz cudnych. I te oczy pełne podziwu: „Ach, nie wiedziałam, że to właśnie pan tak brawurowo odbił szkopom majora »Narcyza« na Mazowieckiej” lub „Słyszałam o nim wiele, ale nie wiedziałam, że to właśnie pan jest tym legendarnym »Virtusem«”. „Legendarnym”?

        I wreszcie wpadka. Pierwsza. Najgorsza, bo wcale niebrana pod uwagę. Nocne przesłuchania na Gestapo. Uderzenie kastetem. Na szczęście trochę powyżej oka. Słodkawy smak gęstego płynu, który, o dziwo, okazał się jego własną krwią obficie broczącą z rozbitego łuku brwiowego. Później bicie przez dwóch siepaczy cuchnących mieszaniną potu i alkoholu, zziajanych zbirów o zlepionych włosach, przymrużonych ślepiach bestii zionących nienawiścią, bijących nieustannie, aż nie zatrzymał ich okrzyk oficera prowadzącego śledztwo: „Pause!”. Wtedy ci dwaj przerywali katowanie, a oficer wstawał zza stolika i pytał zimnym, przenikliwym głosem i bardzo spokojnie: „Czy powiesz nam, Herr Bohuzewic, kto jest twój Führer”? [dowódca]. I kiedy cisza przedłużała się zanadto, milcząco wskazywał głową na katowanego, dając tym samym polecenie dalszego „zmiękczania” i jeśli po tym więzień w porę nie stracił przytomności, kończyli zwyczajowo potężnym kopniakiem w głowę. To było ich „grande final”, a po niemiecku „Schluss” [koniec]. No i jeszcze trzeba było delikwenta wrzucić do piwnicy cuchnącej odchodami, niewynoszonymi od kilku dni. I kiedy tylko zdążył jako tako dojść do siebie, znowu wyciągali go z piwnicy i znowu ten sam oficer zadawał mu różne pytania, a on uparcie milczał i to jego milczenie doprowadzało oficera do szału, a to z kolei owocowało bezustannym biciem go, torturowaniem, aż zapadł w stan kompletnego odrętwienia i kiedy w przebłyskach świadomości zdał sobie sprawę, że następne przesłuchanie może być pożegnaniem się z tym światem, wtedy właśnie dali mu spokój, bo wymienił nazwisko oficera w stopniu majora, o którym usłyszał w rozmowie dwóch nowo przybyłych więźniów, że ten major jest już poza Warszawą i może nawet walczy gdzieś w Górach Świętokrzyskich, albo nawet na Wileńszczyźnie.

        W sennych majakach, w wędrówce po piekle, chwilami zaczął odzyskiwać przytomność i kiedy przebudził się już na dobre, zobaczył nad sobą zarośniętą twarz Mężczyzny. Twarz, którą musiał już kiedyś widzieć. Ale kiedy? Twarz pełną dobroci i dostojeństwa oraz najwyższego współczucia dla niego, anonimowego więźnia Gestapo. Po wielu latach od wojny, zobaczywszy twarz należącą do Mężczyzny z Całunu Turyńskiego, nie miał już wątpliwości. To była ta sama twarz...

        Mężczyzna ów podtrzymywał mu głowę i karmił go w milczeniu bardzo smaczną zupą, jakiej smak pamiętał jeszcze z dzieciństwa, kiedy zmęczony bieganiem wracał do domu. Było to wtedy, kiedy żyła jeszcze Mamusia... Czuł życiodajne ciepło rozchodzące się od żołądka po całym ciele. Później zapadł w długi, głęboki sen, a kiedy się przebudził, zauważył, że leży w innej, większej niż poprzednia, celi, w celi pełnej mężczyzn w różnym wieku. Próbował odnaleźć tego, który karmił go z tak wielką troskliwością. Niestety, nie było Go wśród nich. A może to tylko przywidzenie, sen na jawie? Może...?

        Przeznaczeniem ich był transport do któregoś z obozów koncentracyjnych albo „tylko” na roboty do Niemiec. Bardzo osłabiony, ale o własnych siłach wraz z innymi wyszedł na więzienny dziedziniec, gdzie czekała już na nich „buda”, ciężarówka z opuszczoną klapą, i słychać było wrzask uzbrojonych w karabiny wartowników tworzących szpaler. Więźniowie odwykli od słońca szli, mrużąc oczy, ogłuszeni wrzaskiem, niczym szczekaniem wściekłych psów, szli niemal po omacku z założonymi na tył głowy rękoma, popychani i bici kolbami i jakby mało tego było, dwóch gestapowców siekało ich jeszcze szpicrutami. Kazano im siadać na podłodze „budy” z dłońmi wciąż zaplecionymi na głowie i nogami tak rozłożonymi ,aby między nimi mógł usiąść każdy następny więzień. I ostrzeżono ich, że opuszczenie rąk albo zmiana pozycji to kula w łeb zadana przez strażników siedzących u wylotu skrzyni ciężarówki.

        Na Dworcu Zachodnim czekał już pociąg. Po wyselekcjonowaniu spośród nich starszych i kalekich, których popędzono gdzieś w okolice dworca i „rozwalono”, jako element nieużyteczny na potrzeby III Rzeszy, a ich, przy wtórze krzyków eskorty, popychanych i bitych po głowach, ramionach i plecach, upchnięto do bydlęcego wagonu wypełnionego już innymi więźniami. Po zaryglowaniu drzwi czekali jeszcze kilka godzin na odjazd. Najbardziej dokuczało pragnienie, zaduch i odór przepoconych ciał i ekskrementów współtowarzyszy.

        O zmierzchu targnęło nimi nagle, tą zbitą masą ciasno upchanych ciał rzuciło do tyłu i do przodu i jeszcze raz do tyłu. Pociąg powoli nabierał prędkości, a Stanisław, stojąc przy samej ścianie, miał to szczęście, że przez szpary w deskach wlatywało do wnętrza trochę więcej świeżego powietrza. Po jakimś czasie z trudem udało mu się kucnąć. Ku swemu zdumieniu zauważył dość sporą szczelinę w podłodze, przez którą widać było uciekającą ziemię. – A więc – pomyślał. – Jest szansa. Gdyby tak można było wyrwać chociaż ze dwie deski...

        Z wysiłkiem, podtrzymywany za nogi, wypełznął przez dziurę w podłodze i uchwyciwszy się metalowego pręta próbował znaleźć miejsce, gdzie mógłby w miarę spokojnie przeczekać aż pociąg zwolni na tyle, żeby móc bezpiecznie wyskoczyć poza tory. A później... Na razie, ogłuszony hukiem pędzącego pociągu, panicznie szukał oparcia. Żwir i drobne kamienie waliły w twarz, ręce i piersi. Wreszcie, z ogromnym trudem udało mu się zrobić półobrót i zahaczyć jedną nogą na poprzecznej belce tuż przy kołach wagonu. I tak uczepiony, niemalże cudem uniknął upadku na tory.

        – Trzymać się! Trzymać się, aż pociąg zwolni i może wtedy...

        Najpierw usłyszał przeciągłe muczenie krów. Leżał w głębokiej trawie nieopodal nasypu kolejowego. Było już widno. I kiedy próbował zmienić pozycję, poczuł ból w piersiach. Z trudem uniósł głowę. Nad nim stał niski, pucołowaty chłopak w poszarpanej, za dużej kapocie. W ręku trzymał bat. Patrzył na Bohuszewicza szeroko otwartymi oczami. Jeszcze chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.

        Z oddali słychać było nadjeżdżający pociąg. Stanisław odruchowo przywarł do ziemi. Chłopak spojrzał w stronę nasypu kolejowego, po czym bez namysłu zdjął palto i nakrył nim leżącego. Stanisław znieruchomiały, nasłuchiwał wciąż hamującego pociągu, który w chwilę potem znowu zaczął nabierać prędkości i kiedy usłyszał oddalający się odgłos miarowo dudniących kół, uspokoił się nieco.

        Leżał jeszcze jakiś czas nieruchomo w obawie przed ewentualnym nadejściem „bahnschutzów” – uzbrojonych konwojentów transportu. Wreszcie zdecydował się zrzucić z siebie nakrycie.

        Słońce stało już dość wysoko. Po chwili usłyszał najpierw parskanie konia, a potem rozmowę mężczyzn mówiących po polsku. Z trudem podczołgał się do krzaków.

        – Ej! Zaczekaj! – zawołał któryś z nich. – Nie bój się! My swoi!

        Było ich trzech. Najstarszy, prawdopodobnie ojciec tych dwóch, siedział obok prowadzącego furmankę. Pierwszy podszedł do niego najmłodszy, ten, który go tu znalazł. Zgarnąwszy swoją kapotę przedstawił mu pozostałych.

        – Pan sie nie boi, my stond, znaczy sie tutejsze. Mój tato i mój brat, Mieciu.

        – Skond żeśta sie tu wzieny? – zapytał ich ojciec.

        – Z transportu... w nocy... udało mi się uciec – odpowiedział Stanisław z wielkim trudem.

        – Tośta mieli, panie szczęście. Bo tam dalej leżą trzy trupy. Jeden, to aż strach patrzeć... W poprzek go przerżneno – powiedział, krzywiąc z odrazą pooraną twarz.

        – Gdzie ja jestem?

        – Ało tu, zara przy stacji, znaczy sie przed Płochocinem, a tam – wskazał za siebie. – To bedzie Gołaszew, a tam, trochu w bok, za torami, to Ożarów.

        – Chwała Bogu, niedaleko od Warszawy. – pomyślał Bohuszewicz.

        Na swoje szczęście miał tylko połamane żebra i skręcone kolano, jak zaopiniował miejscowy felczer sprowadzony przez chłopów.

        – Może by jeszcze po ksiendza... – nie dokończył Romek, najmłodszy syn Szczygłów, ten który znalazł go przy torach.

        – A czyżeśty z konia spad! – zgromiła go matka. – Czy on to umiera? Wydobrzeje za tydzień, abo dwa i se pójdzie zdrów, ale tera póki co, trza by mu odsapnąć. A ksiendzu można powiedzieć, nie zawadzi, nikomu wiency, pamiętajta chłopy, abyśta nikomu, ale to nikomu we wsi nie gadali, że on tu jest! – kategorycznie ostrzegła, wracając do swoich zajęć.

        Stanisława umieszczono na czymś w rodzaju antresoli, czyli „na górce”, pod samym dachem dużej szopy, i zabroniono mu wychodzić w dzień w myśl porzekadła, że strzeżonego Pan Bóg strzeże.

        Gospodarstwo Szczygłów było na skraju wsi, a jego schronienie, szopa-graciarnia, przylegało do lasu. W najgorszym wypadku, w każdej chwili mógł umknąć niezauważony i ukryć się w zaroślach. Gospodarz uspokajał go, że tu do nich Niemcy nie zaglądają, bo i po co.

        – My tam sie, panie do polityki nie mieszamy, wystarczy nam, że przez te wojne, panie, jeno tych dwóch sie zostało, a tamte dwa najstarsze to jeszcze w trzydziestem dziewiątem jak pośli, a ten średni... szkoda słów, panie... – stary westchnął ciężko i zamilkł nagle, podrapał się w czerwoną pręgę odciśniętą od czapki zsuniętej na tył głowy. – Pojąć nie idzie, co ony, te Niemce z nami wyprawiają. Nie dalej, panie, jak ze dwie niedziele temu nazad, takiego jednego z Michałówka zastrzelił Niemiec. W biały dzień, panie. Za to tylko, że wlaz mu pod nogi jak z woza skoczył i nie zobaczył Szwaba, a ten, panie, nic tylko wyjon pistolet i trach-trach w niego. W biały dzień! I co on mu takiego zawinił, znaczy sie ten chłop michałowski? Kobitę samą z trójką drobiazgu zostawił. A znowuż w takim Grodzisku, Jagodziak mówił, że widział w knajpie, jak pijane Niemce, takie młode szczuny, dla zabawy podpalali Żydom brody. I co im te Żydy przeszkadzali, panie? A tu, u nas, przed Wielkanocą... tak, dobrze mówie, to było we Wielki Tydzień, panie, na stacji w Płochocinie, tym co wieźli do Warszawy zaopatrzenie, znaczy sie żywność, zrobili rewizje i wszystko powywalali na peron albo na tory i dawaj to wszystko kopać, deptać buciorami... To ludziska mówili, że z żalu to aż sie serce ściskało... Na szczęście nikogo nie zabili i chwała Bogu, puścili wolno, ale już bez zaopatrzenia, panie. A wiadomo, że w takiej Warszawie bez prowiantu ze wsi sie nijak nie da wyżyć, panie...

        Nie odwracał głowy w stronę tego, który przyglądał mu się z tak wielką ciekawością, a kiedy Stanisław próbował przejść na drugą stronę ulicy, tamten podszedł do niego i wprost zapytał:

        – „Virtus”?

        – Słucham? – udawał zdziwionego.

        – Znaczy się, pan Stachu? Stanisław Bohuszewicz?... Pan mnie nie poznaje, bo i jak... Ja jestem Zdzisiek, młodszy brat Józka „Czarnego”, to jest Wisłockiego.

        – Ach tak, rzeczywiście, teraz sobie przypominam... A co z bratem?

        – Nie żyje – odpowiedział, spuszczając głowę.

        – ?

        – To było w niecały tydzień, jak was zgarnęli, po tej słynnej akcji na Marszałkowskiej. Wracaliśmy z imienin od naszej kuzynki i szkopy urządzili łapankę na Puławskiej i spychali wszystkich w Różaną, a tam już stały „budy”. Nie wytrzymałem i bez uzgodnienia z Józkiem zacząłem uciekać w stronę bazaru i wtedy Niemiec złożył się za mną do strzału, a Józek, niewiele myśląc, popchnął tego Szwaba... No i stało się. Do końca życia sobie tego nie daruję!

        – Rzeczywiście – mruknął pod nosem Bohuszewicz, nie bardzo wiedząc, co mu odpowiedzieć. – Słuchaj Zdzisiek, czy ty pamiętasz taką dziewczynę, blondynkę od „Jawora”?

        – Tą... Lucynę? Mowa, każdy ją pamięta! Najładniejsza z całego Mokotowa. Ee, co ja gadam, z całej Warszawy.

        – Więc, co z nią?

        Znowu spuścił wzrok, patrząc na czubki butów.

        – Mów! Co z nią?!

        – A tam, nie warto powtarzać... To na pewno plotki, przez zazdrość... Gadali, że...

        – Co gadali? Mów, na litość boską!

        – Że jest... że była z oficerem wysokiej rangi. Z niemieckim oficerem. Ale ja w to nie wierzę, żeby właśnie ta Lucyna...

        – Wiesz, gdzie ona teraz jest... gdzie może być?

        – Słyszałem tylko, że wyjechała z Warszawy, gdzieś na wieś. Wyjechała na dobre.

        – A więc żyje! Pewien jesteś?!

        – Tak słyszałem.

 

III


        Zatrzymali się pod drzwiami celi. Znowu charakterystyczny zgrzyt klucza.

        – Właźcie! – wykrzyknął strażnik, popychając go do środka. I w tym momencie Bohuszewicz zobaczył kilkunastu mężczyzn stojących na baczność. Zarośnięci, brudni, w porwanej bieliźnie, stali na czymś w rodzaju siennika, poprutego, z wyłażącą zeń zmieloną pylastą masą czegoś, co kiedyś musiało być sieczką. Stali w skąpym świetle nagiej żarówki wiszącej u sufitu, w unoszącym się kurzu, stali niczym posągi z jakiejś galerii koszmaru. Wyglądali na ponurych i wściekłych bandziorów, których brutalnie wyrwano ze snu, a nie na więźniów politycznych.         

        Cuchnęło mieszaniną potu, brudu i czosnku.

        – Kładźcie się panowie, to jeszcze nie apel, to tylko nowy – przerwał przedłużającą się ciszę głos jednego z nich.

        Trzasnęła klapka judasza i zgasło światło. Stanisław stał nieruchomo, jak oni wszyscy przed chwilą, i nie bardzo wiedział, co robić.

        – Niech pan tak nie stoi, proszę usiąść albo się położyć – usłyszał głos tego, który przed chwilą polecił im wszystkim dalszy spoczynek.

        Przykucnął i delikatnie obmacywał miejsca wokół siebie, żeby przypadkiem nie przygnieść któregoś z leżących. Siedząc z podkurczonymi nogami, patrzył w stronę małego okienka, przez które sączyło się nikłe światło z zewnątrz, prawdopodobnie światło którejś z lamp umieszczonych na więziennym murze.

        – Zapali pan? – spytał znowu ten sam głos.

        – Chętnie, ale nie mam przy sobie papierosów, wszystko mi zabrano.

        – Proszę, niech pan dokończy mojego.

        – Ale...

        – Śmiało, proszę. Będzie pan miał papierosy, jak tylko dostanie pan wypiskę, a teraz proszę, tylko ostrożnie. Niech pan pali pod przykryciem, bo w nocy to zabronione. I niech pan spróbuje jeszcze przysnąć. O piątej pobudka. Dobranoc – powiedział, choć to już mogło być około czwartej nad ranem.

        Stanisław z rozkoszą zaciągał się papierosowym dymem.

        Z półsnu wyrwało go głośne walenie w drzwi.

        – Wstawać! Pobudka!

        – Aresztowanie na Marszałkowskiej... Koszykowa, stamtąd jazda „cytryną” na Mokotów, przesłuchanie i cela – przypominał sobie Stanisław, jednocześnie zdumiony, że udało mu się w tych warunkach zdrzemnąć. Ale na jak długo?

        Wstawali niemrawo spod przykryć, koców-szmat brudnych i dziurawych jak ich bielizna – podkoszulki i kalesony z troczkami.

        Młody, może kilkunastoletni chłopak pierwszy stanął przy muszli klozetowej służącej jednocześnie za umywalkę. Najpierw spuścił wodę, a potem brudną szmatką „wyczyścił” wnętrze klozetu, po czym jeszcze raz spuścił wodę i dopiero wtedy przemył twarz i całą głowę. Po nim następni zaczęli się przemywać. Po kilkunastu minutach cała cela gotowa była do apelu.

        – Czas na prezentację – powiedział ten, który w nocy podzielił się z nim papierosem, szpakowaty, o miłej powierzchowności. – Chciałbym na wstępie, nim pan zacznie mówić, uprzedzić pana, że dla pańskiego dobra, nie musi pan składać nam szczegółowych relacji ze swego życia, ze względu tylko i wyłącznie na pana własne bezpieczeństwo, bo jak przypuszczam, jest pan jednym z nas, aresztantem oczekującym na tak zwany... proces, nazwijmy to tak, a potem wyrok... Więc dla pańskiego dobra chciałem pana tylko uprzedzić. Dziękuję – i skinął przed nim głową. Wszyscy patrzyli teraz wyczekująco na Stanisława.